poniedziałek, 30 marca 2015

Makaronikowy (nie)wypał

Hello!
Jeśli spędzacie dużo czasu w internecie musieliście spotkać się z makaronikami. Przeuroczymi, pastelowymi ciasteczkami. Ja wyczaiłam je najpierw w "Plotkarze" a później w innych filmach i serialach, a z czasem także na blogach. A ilość zdjęć jakie widziałam w międzyczasie mogłaby być spokojnie liczona w tysiącach. U mnie w mieście tych cudeniek się nie dostanie, ale od czego jest internet. Postanowiłam upiec je sama.
Znalazłam przepis, a w zasadzie całe mnóstwo, nawet się nie spodziewałam, że tyle ich będzie. Większość radziła przygotować białka z jajek kilka dni wcześniej, co też uczyniłam. 


















  

Nawet waga jajek (3) dokładnie zgadzała mi się z tą z przepisu. Co mogło pójść źle?

Nic nie zapowiadało katastrofy. Nawet znalazłam tarte migdały, żebym sama nie musiała ich zmieniać na proszek. Niestety z mojego pójścia na łatwiznę nie wyszło nic dobrego. Na opakowaniu migdały były ładne, jasne, drobniutkie. Takie jakich potrzebowałam i jakie być powinny. Po otwarciu okazało się, że nie tylko nie są mączką, ale chyba były tarte razem ze skórkami. Były w nich grudki i nie zapowiadało się to dobrze.

 Że nie wygląda to smacznie to mało powiedziane.

Postanowiłam mimo wszystko dodać je do białek. Miksowało się i miksowało. Przy wykładaniu na blaszkę wcale nie wyglądało to tak jak powinno, co więcej porozlewały się i nie miały kształtu. W tamtym momencie nie robiło mi to zupełnie różnicy. Wstawiłam je do pieca i czekałam.

 Pierwsza porcja! Zdjęcie nie oddaje tego dokładnie, ale one są bardzo duże.

Po jakiś 5 minutach zauważyłam, że rosną. Był to dobry znak i zapowiedź tego, że nie wszystko stracone. Za 10 minut były gotowe. Niemiłosiernie słodkie, mega chrupiące i, co najważniejsze, jadalne i smaczne!

 Druga, niestety trochę za długo była w piekarniku.

Następnym razem kupię migdały w płatkach i sama je przerobię na mąkę. Nie stanie się to w najbliższym czasie, eksperymentów mi wystarczy, ale próbę ponowię. Chyba, że w międzyczasie jakiś inny serial/film zainspiruje mnie do gotowania. Wtedy będzie szybciej, choć niekoniecznie o makaronikach.

Trzymajcie się, M

sobota, 28 marca 2015

Niebezpieczny sen ("Nasza klątwa")

Hello!
Na początku grudnia wpadła mi w ręce gazeta z wywiadem. Rodzice opowiadali tam o strasznej chorobie swojego dziecka, zwanej klątwą Ondyny- w skrócie człowiek może po prostu przestać oddychać w trakcie snu, o podróżach i o filmie. Nie wiem czy nie wyłapałam tego w tekście, bo bardzo dużo czasu zajęło mi skojarzenie, że był to wywiad z twórcą nominowanej do Oscara "Naszej klątwy". A gdy już połączyłam te informacje, wiedziałam, że muszę to zobaczyć. Był to chyba pierwszy, obejrzany przeze mnie z własnej inicjatywy krótkometrażowy, a dokładniej 27 minutowy, film dokumentalny.

Nie mam pojęcia, z której strony mam się zabrać za pisanie. Mogłabym napisać po parę słów na temat każdej sceny, nie byłoby to zbyt trudne. A na pewno łatwiejsze niż ogarnięcie go jako całości, pomimo tych 27 minut. Bo film jest bardzo, bardzo osobisty. Mam wrażenie, że cokolwiek napiszę będzie to wchodzenie z butami w czyjąś prywatność, co więcej ocenianie jej, a tego nie chcę.

Dwie rzeczy. Scena gdy rodzice wymieniają synowi plastikowe coś, które ma podłączone w tchawicy. Porażająca, niepokojąca, nerwowa. Przez całe ujęcie nie mrugałam. Druga sprawa. Po prostu obejrzyjcie, będzie prościej. Jestem pewna, że skorzystacie.

Znalazłam leoblog, a także dwa wywiady tvn24 i loopedmag.

Niezwykle poruszona i w szoku, M

PS. Dziękuję bardzo za ostatnie wejścia na bloga, w liczbie jakiej nie widziałam od jego założenia. To niesamowite, dzięki, dzięki, dzięki <3

czwartek, 26 marca 2015

Fenomen opisany ("Hardkorowy romans")

Hello!
Na początku miesiąca pisałam o konkursie, w którym brałam udział. Nie wygrałam, ale tak się złożyło, że dostałam drugą nagrodę w postaci 4 książek widocznych na poniższym zdjęciu. Już wiadomo o czym będę pisała w najbliższym czasie.


Na pierwszy ogień poszła książka "Hardkorowy romans. Pięćdziesiąt twarzy Greya, bestsellery i społeczeństwo". Na początku myślałam, że będzie to dopisywanie do Pięćdziesięciu twarzy Greya filozofii i doszukiwanie się w tej książce jakiś głęboko ukrytych znaczeń. Szczególnie, że przedmowa do polskiego wydania coś takiego sugeruje. Ale autorka Eva Illouz, socjolożka, robi coś innego. Zastanawia się na jakie potrzeby współczesnego społeczeństwa odpowiada ta trylogia, a tym samym co stoi za jej sukcesem. Zajmuje się bardziej stroną wzajemnego oddziaływania na linii książki-czytelnicy, a dalej nawet jej oczekiwanym wpływem na kulturę popularną i prywatną.

Jednak najciekawszym elementem całej książki jest pierwszy rozdział "Bestsellery i nasza społeczna nieświadomość", w którym autorka rozpracowuje mechanizmy marketingowe rynku wydawniczego i podejmuje próby, oparte na różnych schematach i opracowaniach, wyjaśnienia fenomenu Pięćdziesięciu twarzy Greya. Dostarcza ogromnej ilości informacji na temat funkcjonowania w społeczeństwie pojęć takich jak fantazja (możliwe, że odchodzenie w psychologii od teorii Freuda wcale nie jest trafną drogą), seksualność i cała kontrowersyjna otoczka, której poświęcone jest całe podsumowanie. Pokazuje też na licznych przykładach, że wcale nie jest taka odkrywcza jak by się mogło wydawać.

"Hardkorowy romans" pozwala choć odrobinę wyjaśnić popularność tej trylogii, przynajmniej od strony powiedzmy technicznej. Autorka podkreśla, że w początkowej fazie był to fan fiction i czytelnicy mogli mieć wpływ na to co się dzieje a to później przyczyniło się do zainteresowania nią gdy została wydana w papierowej formie. Określa te książki jako "poradniki", istniejące na pograniczu czegoś co uznawane jest za romans, a jednocześnie funkcjonujące w bardzo specyficznych warunkach.

Naukowe spojrzenie na ten fenomen jest potrzebne by nie stracić wiary w ludzkość. Myślę, że "Hardkorowy romans" może zainteresować zarówno osoby, które mają coś wspólnego z socjologią, ale także zupełnych laików, którzy, tak jak ja, nie pojmują popularności Pięćdziesięciu twarzy Greya.

Pozdrawiam, M

wtorek, 24 marca 2015

Nie daj się zwieść ("Tajemnice lasu")

Hello!
Jeśli zaglądacie tu od jakiegoś czasu wiecie, że kocham musicale. A jak nie wiedzieliście to właśnie się dowiedzieliście.
Przed seansem "Into the Woods" zdążyłam przeczytać masę rzeczy na jego temat więc byłam mniej więcej przygotowana, na to co zobaczę. Jednak zanim postanowiłam się merytorycznie przygotować myślałam, że to muzyczne, bajkowe połączenie znanych historii. Jak bardzo się myliłam mogą jedynie wiedzieć osoby, które nie pomyślały, aby dokładnie sprawdzić w co się pakują.


Zaczyna się niewinnie. Bohaterowie życzą sobie różnych rzeczy. Kopciuszek chce iść na bal a Jack sprzedać krowę. Nie jest to nic podejrzanego, chyba że zastanowić się nad znanymi słowami: "Uważaj czego sobie życzysz. Marzenia się spełniają." Całość opiera się zaś na postaciach Piekarza i jego żony oraz Czarownicy, którzy w różny sposób związani są z pozostałymi postaciami takimi jak Roszpunka czy Czerwony Kapturek. Spotykają się w tytułowym lesie. A ponieważ baśnie uczą i bawią to stanowią doskonały materiał na pewnego rodzaju przykrywkę pod jeszcze głębszy moralitet.

Jeśli do tej pory historia Czerwonego Kapturka i Wilka nie wydawała wam się jeszcze podejrzana, to po tym filmie już nigdy nie spojrzycie na nią tak samo.

Pojemność znaczeniowa podejmowanych motywów i problemów w tym musicalu jest przeogromna. Na pierwszy rzut oka: bezdzietne małżeństwo, teoretycznie nie mają innych zmartwień; matkę próbującą chronić córkę; biedną rodzinę. Generalnie relacje rodzice-dzieci. I już w tym miejscu widać jak ważna w tym wszystkim jest rodzina, poczucie bezpieczeństwa jakie daje, ale to idzie jeszcze dalej do tematów samotności, wybaczenia, kary czy samego definiowania moralności. Później nawet dobra i zła. W interpretacji, bo spokojnie film potraktować jako wielką przenośnię, albo po prostu wiersz, można iść jeszcze dalej. Bo mamy tu także poszukiwanie swojego idealnego miejsca w świecie, które jest gdzieś pośrodku, ale również związane z tym poszukiwanie własnej tożsamości. Oprócz "Marzenia się spełniają" jest jeszcze drugie słowo klucz: decyzja. I gdy już ją podejmiemy, ponoszenie jej konsekwencji. Tu idealnym przykładem jest Kopciuszek i jej utwór na schodach pałacu ("On the Steps of the Palace"). Ale także Żony Piekarza po pewnym incydencie z Księciem. Udowadnia nam, że przygody na jedną noc to nic dobrego.  Wydaje mi się, że warto też zwrócić uwagę na utwór Czerwonego Kapturka "I Know Things Now", a także "Your Fault". Słowa, wszystkie, są bardzo, bardzo ważne i trzeba koniecznie słuchać ich bardzo uważnie. 


Warstwa muzyczna jest niemniej ciekawa jak słowa. Mnie najbardziej zachwyciły 3 utwory: "Giants in the Sky" Jacka, "It Takes Two" Piekarza i Żony oraz "Last Midnight" Czarownicy. A w tej roli absolutnie spektakularna Meryl Streep. Czytając, że skradła film, podchodziłam do tego sceptycznie, ale to prawda. Gdy tylko się pojawia robi wokół siebie mnóstwo zamieszania i wszystkie oczy zwrócone są na nią. Jednak moim osobistym idolem jest Chris Pine jako Książę Kopciuszka. Utwór "Agony" i scena na rzecze/wodospadzie będzie mi się śnić po nocach. Jako koszmar, żeby było jasne. Do tej pory nie wiem co to miało być, choć jednocześnie idealnie oddaje charakter Księcia: "Miałem być czarujący nie wierny".

 Tylko dla ludzi o mocnych nerwach.

Nie będę jednak pisała o każdej postaci z osobna, chociaż uwielbiam to robić, z jednego prostego powodu. Wszyscy są genialni. A z resztą wystarczy spojrzeć na obsadę, żeby wiedzieć, że nie da się pod tym względem na tym filmie zawieść. I na innych względach chyba też. Chociaż, wracając do początku, wiedziałam, że nie będzie szczęśliwego zakończenia i trochę zaczęłam się martwić, gdy nie następowało wielkie bum i wszytko zaczęło się źle dziać. Ale się doczekałam i to ze strony, z której się nie spodziewałam. Wszystko stało się jednak jasne, gdy okazało się, że postać Olbrzymki to uosobienie AIDS. A przynajmniej jako takowe jest interpretowana.


Oprócz Roszpunki i jej Księcia żadna z postaci nie ma tradycyjnego, znanego szczęśliwego zakończenia. Zdążyłam doczytać, że w teatralnej wersji z nimi także było źle. Ale poza tym czy inne zakończenie tych historii jest mniej szczęśliwe niż te, które utarło się za takie uważać? Zdecydowanie nie. A musical idealnie podsumowuje się sam w ostatnich utworach. Ja pod koniec już nie wytrzymałam, choć przez cały film trzymałam się nieźle i wiem, że nie tylko ja, bo pani, która siedziała niedaleko też już nie mogła dać rady swoim emocjom. Ponieważ oryginalny musical został dość mocno zmieniony na potrzeby Disneya, zastanawiam się czy dałabym radę psychicznie obejrzeć oryginał. Bo przeczytałam trochę dokładniej o treści i mam wątpliwości. Ale podobno w zakamarkach internetu są nagrania z teatrów. Może kiedyś.


To wszystko co jest tu napisane, to niewiele. Jestem pewna, że gdzieś na świecie są całe tomy poświęcone analizie tego musicalu. I, że zarówno te napisane po jego premierze, oraz te, które napisalibyśmy dzisiaj były by równie prawdziwe. Pisząc i czytając na temat "Into the Woods" doszłam do wniosku, że niesie ze sobą uniwersalne przesłanie, możemy go dopasować do naszych czasów, ale także do nas samych. Każdy może się w nim doszukać czego chce i dzięki temu będzie zawsze aktualny.

Trzymajcie się, M

niedziela, 22 marca 2015

Co ciekawego może przytrafić się nocą w muzeum?

Hello!
Gdy całą sześcioosobową rodziną zasiadamy przed telewizorem najczęściej w telewizji pokazują właśnie którąś z części Bibliotekarza, Skarbu Narodów lub Nocy w Muzeum. Dziś chciałabym zatrzymać się przy tych ostatnich filmach.



Na początku stycznia razem z braćmi wybraliśmy się do kina na ostatnią część:  "Noc w muzeum: Tajemnica grobowca". W porównaniu z dwiema poprzednimi wypada blado. A nawet gorzej, to całkowicie niewykorzystany potencjał. Głównie miejsca, bo tym razem akcja filmu toczy się w Londynie w Muzeum Brytyjskim. Twórcy wprowadzają postać Lancelota. Na początku wydawał mi się to genialny pomysł. Niestety udowodniono mi, że jest inaczej. Jego zachowanie było pozbawione jakiegokolwiek sensu i racjonalnej motywacji. Poległ cały wątek kultury brytyjskiej i za to mam największy żal, bo na pewno dałoby się z tego wyciągnąć dużo więcej. W ramach ciekawostki pojawia się za to Hugh Jackman. Niezawodni pozostają jednak Jedediah  i Oktawiusz. Nawet bym powiedziała, że ich relacja wkracza na wyższy poziom. We wcześniejszych filmach być może nie zwróciłam na to uwagi, ale w tym pojawia się kilka spraw bardziej obyczajowych. Problemy Larrego z synem, wspomniana wyżej dwójka czy cały wątek strażniczki z Muzeum Brytyjskiego. Jednak to i tak nic w porównaniu ze sceną pożegnania Larrego i Teodora Roosevelta, granego przez Robina Williamsa. Ten film to jeden z ostatnich w jakich zagrał, a ta scena, sama w sobie była niesamowicie wzruszająca, a dokładając zaistniałe fakty nie sposób było nie uronić łzy. Żeby to jednej. I choć to jednocześnie straszne i smutne ten moment jest najlepszym fragmentem filmu. 



Zaczęłam nie dość, że kompletnie od tyłu to przy okazji od części, która wypada najsłabiej. Chociaż mam ogromny sentyment do pierwszej części to moją ulubioną jest druga. Gdzie Larremu w przemierzaniu Muzeum Smithsonian partneruje Amelia Earhart. Ale w tej części pojawiają się same sławy: Napoleon, Iwan Groźny czy Al Capone. A także genialni mali Einsteini. Wrażenie robią niesamowite przestrzenie muzeum i fakt, że to kompleks kilkunastu budynków. Generalnie wszystkiego jest dużo, żeby nie napisać za dużo. Przyprawia o zawrót głowy. Ale pozytywnie. 


Z pierwszej części pamiętam najmniej, bo oczywiście zabrałam się za pisanie, ale nie pomyślałam, że powinnam przedtem odświeżyć sobie pamięć i obejrzeć filmy jeszcze raz. Ale to nic, sprawdźmy co w takim razie zapadło w pamięć najbardziej. Na pewno poraził mnie fakt, że poprzednicy Larrego są źli. Nie spodziewałam się tego po nich, a miałam koło 10 lat. Podobała mi się książka z poradami jak sobie poradzić z ożywionymi eksponatami, a szczególnie z dinozaurem. Od początku polubiłam kowboja i Rzymianina, i oczywiście prezydenta. I Attylę. I innych bohaterów, w sumie do lubienia i śmiania się zostali stworzeni więc doskonale spełnili swoje zadanie. 



Miłego tygodnia, M

piątek, 20 marca 2015

"Rozkwita na drzewach, na krzewach"


Hello!
Wiosna, zaćmienie Słońca i Międzynarodowy Dzień Szczęścia. Wszystko się wyjątkowo pięknie składa. Jedyne co nam pozostaje to cieszyć się i dawać radość innym.
Piosenka, z której cytat wybrałam na tytuł, nie do końca w całości pasuje do tego optymistycznego obrazka, ale akurat ten fragment idealnie oddaje ducha posta. Miłego oglądania!









W początkowym zamyśle miały się tu pojawić tylko zdjęcia aktorów. Siedzących na drzewie, stojących obok, albo w inny sposób z drzewami pokazanymi. Jednak w czasie poszukiwań nie znalazłam tak wielu jak chciałam, ale za to znalazłam całe mnóstwo innych uroczych, wiosennych zdjęć, a efektem tego jest powyższe połączenie.

Szczęśliwego Międzynarodowego Dnia Szczęścia, M

środa, 18 marca 2015

Z kamerą wśród wampirów ("Co robimy w ukryciu")

Hello!
Ostatnio mocno narzekałam na filmy, które oglądałam. Jakoś nie miałam szczęścia. Zła passa się jednak odwraca, z niecierpliwością czekam na "Tajemnice lasu" i "Kopciuszka". A wczoraj widziałam "Snajpera", który zrobił na mnie dość duże wrażanie, dawno nie czułam się tak spięta oglądając film. Ale dziś coś z zupełnie innej beczki. Słyszeliście o filmie "Co robimy w ukryciu" ? Otóż jest to dokument. O życiu wampirów. W Nowej Zelandii. Od razu widać, że coś tu nie gra. ; >
 Pozory mogą mylić, a filmy dokumentalne być ciekawsze niż się wydają. Istnieje specjalny gatunek dokumentów- mockumenty. Wykorzystuje on techniki dokumentalistyczne do opowiedzenia fikcyjnej historii. A temat wampirów ja widać się nie nudzi i został wykorzystany do stworzenia kolejnego filmu.  Efekt takiego połączenia, już samego w sobie dość intrygującego, jest zaskakująco ciekawy.

 Od lewej: Vladislav, Viago; niżej: Deacon i Petyr; po prawej Nick i Stu.

Na początku filmu poznajemy Viago, Vladislava, Deacona i Petyra, czyli naszych silnie zindywidualizowanych głównych bohaterów, za którymi chodzimy krok w krok, podglądając jak żyją. Czy raczej jak nie żyją. Towarzyszymy im w przeróżnych sytuacjach: próbach dostania się do barów, przy posiłkach, na balu. Brzmi to absurdalnie, bo cały czas z tyłu głowy kołata się myśl: przecież wampiry nie istnieją. Ale to podkreśla komediową wymowę filmu. Podobno to jedna z najzabawniejszych komedii minionego roku. Słuchanie wampirów kłócących się o obowiązki domowe czy sceny, gdy szykują się do wyjścia w miasto, a jest to dla nich dość trudne, przecież nie widzą się w lustrze, a i z tego faktu wynika świetna zabawa, to nie jest codzienny widok. A może jest? Ich życie wbrew pozorom wcale nie różni się tak bardzo od naszego. Jednak zaraz obok słowa komedia, pojawia się słowo horror. I też trzeba się z tym zgodzić. Nie oszczędzano krwi, a i wnętrzności na wierzchu też się pojawiają. Ale, oprócz potyczki z wilkołakami, nie ma w filmie brutalności czy jakiejś szczególnej przemocy. To brzmi dziwnie, lecz nawet scena, w której jeden z wampirów przekręca głowę leżącemu na brzuchu człowiekowi, aby zobaczyć kto to był, wypada wyjątkowo naturalnie.



Widać także, że aktorzy, dobrze się bawili robiąc ten film. Poza tym scenarzystami i reżyserami byli dwaj z głównych bohaterów. Ale chyba najlepiej wypada postać Stu, przyjaciela rodziny, który kompletnie nie wie co się dookoła niego dzieje. Wszyscy świetnie odnajdywali się na planie. Nie ma nadmiernej egzaltacji, jest dużo dystansu. Nawet bardzo dużo, powiedziałabym wręcz, że to główna cecha tego filmu. I to zarówno w stosunku do samego tematu jaki i w relacjach poszczególnych bohaterów. A widz, ponieważ ma się momentami wrażenie, że ogląda się to na żywo, wyjątkowo mocno przeżywa wydarzenia z życia wampirów. A z tyłu głowy wciąż: ONI NIE ISTNIEJĄ. Istnieją, istnieją. W społecznej, a konkretniej ludowej, świadomości i to od bardzo, bardzo dawna. Popularyzacja tych kreatur nastąpiła po premierze powieści "Dracula" pod koniec XIX wieku i jak widać wcale nie słabnie.


O tak zakręconym filmie trudno jest napisać coś bardziej konkretnego. A szczególnie, że jest tak niezwykłym i dziwacznym wytworem czyjeś wyobraźni. Specyficzny film z jeszcze bardziej specyficznego gatunku, który w Polsce jest niepopularny i mało znany. Czas to zmienić.


Pozdrawiam, M

poniedziałek, 16 marca 2015

Nie tylko w kinie i teatrze II

Hello!
Kolejny, bo już wiem, że będzie ich co najmniej 5, post, z aktorami, a dziś konkretniej aktorkami, występującymi w teledyskach. Choć może się to wydawać mało interesujące, to niekiedy, to co widzimy w teledysku jest ciekawsze niż niektóre role w filmach. Czasami zupełnie nie pasuje do obrazu jaki tworzy świat na temat danego aktora czy aktorki. A przypuszczam, że w wielu wypadkach to taka właśnie mała ucieczka od utartego wizerunku i świetna zabawa.

A to dokładnie ten teledysk, po którym wpadłam na pomysł tych notek. Hozier "Someone new", a występuje Natalie Dormer.

Scarlett Johansson w długometrażowym teledysku/ krótkometrażowym filmie - trwa ponad 9 minut- Justina Timberlake'a - "What Goes Around". Ale oprócz tego znalazłam jeszcze 5 innych.

Emma Watson - One Night Only  "Say You Don't Want It"

 Marion Cotillard w teledysku do piosenki "No Reason To Cry Out Your Eyes"- Hawksley'a Workman'a. Ale można ją jeszcze zobaczyć między innymi w teledysku "More Than Meets the Eye" Yodelice, odrobinę psychodelicznym czy u Davida Bowie w "The Next Day"

Zooey Deschanel - Panic! At The Disco "Ballad of Mona Lisa"

 Nikki Reed w teledysku z historią, warto posłuchać, warto obejrzeć. "Just Feel Better" Santana ft. Steven Tyler. 

Jaimie Alexander - Mathew Perryman Jones "Save You"

Tilda Swinton w dość dziwnym, choć wydaje się być niezwykle prawdziwy, teledysku  "The Stars (Are Out Tonight)" - David Bowie.

Spodziewajcie się kolejnych części, ale dopiero jak będę miała więcej wolnego. Szukanie, słuchanie i oglądanie, a potem wybieranie jest ogromnie czasochłonne.

LOVE, M


sobota, 14 marca 2015

"Nieśmiali rządzą światem" ("Yves Saint Laurent" i "Saint Laurent")

Hello!
Nie raz i nie dwa pisałam, że lubię biografie. Niestety ostatnio nie mam do nich szczęścia. Dwie koleje, które obejrzałam, a dotyczące tego samego człowieka- projektanta Yves Saint Laurenta- to ani wybitne biografie, ani nawet ciekawe filmy. A zapowiadały się intrygująco: wyszły w tym samym roku, zdobyły mnóstwo nominacji do Cezarów, choć każdy tylko po 1 nagrodzie, a do tego pierwszy "YSL" był "autoryzowany", drugi natomiast nie miał wsparcia marki. Koniec końców jednak wyszły z tego nieprawdopodobnie wręcz nudne filmy.
"Yves Saint Laurent"
Ponieważ w "SL" główną rolę gra Gaspard Ulliel, aby się nie uprzedzać, postanowiłam jako pierwszy obejrzeć "YSL". I dobrze zrobiłam. Bo chociaż film z jednej strony rzuca nas przed fakt dokonany- oto jestem i projektuję u Diora- to wszystko układa się w nim dużo bardziej logicznie niż w "SL" i dla osoby, która wcześniej nie miała styczności z życiorysem tej postaci całkiem sporo wyjaśnia i tłumaczy. Jeśli ktoś ma ochotę obejrzeć oba filmy to polecam właśnie w takiej kolejności. Bo "SL" z czasem, a ma go dużo, trwa 2 godziny 15 minut, zaczyna przypominać chaos, ciąg prawie, że niezwiązanych ze scen. Wszystko się miesza i nie sposób tego poukładać. Trudno zrozumieć jaki był zamysł pokazywania niektórych rzeczy. Bo film ten opisuje się jako odważny. I z jednej strony jest, dużo pokazuje, ale z drugiej chyba nie przekracza granic tego co już widzieliśmy. Zaszokować dzisiejszych widzów to trudna sztuka. A narkotyki i nagość jest i w jednym i drugim filmie. Tylko w tym pierwszym trochę mniej.

"Yves Saint Laurent" Gdyby ktoś miał wątpliwości to ten po lewej.  

Co jednak sprawia, że filmy są tak nudne? "YSL" to właściwie nawet nie do końca biografia projektanta, ale bardziej historia zmagań jego partnera Pierra Bergé z rozchwianym i niestabilnym psychicznie Saint Laurentem. I to właśnie on zasługuje na większą uwagę. Oraz Victoire Doutreleau jedna z modelek. Ale nawet nie to, że główny bohater jest co najmniej nieprzyjemny i porywczy stanowi główny problem. Jest nim atmosfera. A chyba najlepiej oddaje to muzyka na pierwszym albo drugim pokazie. Wszyscy się cieszą, są wręcz zachwyceni, a w tle muzyka jak by to była stypa, a nie pokaz mody. I tak jest cały film. Ciężko, przytłaczająco i ciemno. A muzyka tylko potęguje to uczucie. O ile jakaś jest. Zawiodą się też osoby, które liczyły na "ładne sukienki". Są oczywiście, ale stanowią trzeci plan. I miłą odskocznię, bo przynajmniej widać, że coś się dzieje.

  "Saint Laurent"   
Z drugim filmem jest nieco lepiej. Reżyser wykorzystał swoją wolność, ale się nie popisał. Tyle, że "SL" jako całość wypada trochę pogodniej, a sam film nie jest taki ciemny. Dosłownie, pracowania jest biała, pomieszczenia też raczej w jasnych barwach i gdzieniegdzie złoto. Ale na mnie dwie rzeczy zrobiły największe wrażenie. Sposób przedstawienia wybranych projektów z różnych kolekcji, gdzie ekran został podzielony na dwie części i po lewej widać było czarno-białe obrazy z wojny, a po prawej schody, z których schodziły modelki i prezentowały ubrania. Drugi fragment to końcówka filmu i pokaz, ale to trzeba zobaczyć.
 "Saint Laurent"

Obraz Yves Saint Laurenta, czy też jego charakter, jaki pokazują oba filmy jest delikatnie rzecz ujmując niesympatyczny. Zdaję sobie sprawę, że projektanci to ekscentrycy, ale tego się nie spodziewałam. Całokształt generalnie jest po prostu rozczarowujący.  Co do nagród, to jeśli się nie mylę zarówno Gaspard jaki i Pierre byli nominowali w kategorii Najlepszy aktor, nagrodę dostał ten drugi, ale powinien dostać ten pierwszy. Ale  "Saint Laurent" dostał za kostiumy. Jak widać na powyższym obrazku- słusznie.

Pozdrawiam, M

czwartek, 12 marca 2015

427. Nie zadowalaj się ocenami dostatecznymi

Hello!
Moje lenistwo osiąga szczyty. Mogę robić absolutnie wszystko byle się nie uczyć. Aż sama się sobie dziwię, bo nigdy tak nie miałam. I nie powinnam na miesiąc, dwa tygodnie i 5 dni, mniej więcej, przed maturą. Ale im częściej nauczyciele o tym przypominają, używają słowa powtórka, w każdej możliwej formie, tym bardziej mi jest to wszytko obojętne. Mam nadzieję, że ten stan mi szybko przejdzie. Trochę motywacji się przyda, a nie ma nic lepszego niż "Duży Mały Poradnik Życia"

428. Dawaj z siebie więcej, niż od ciebie oczekują. Ta rada i z tytułu cudownie motywujące w moim stanie.
434. Jeśli powiedziałeś, że czegoś nie da się zrobić, a ktoś to robi, to mu nie przeszkadzaj. Ale może warto by mu pomóc? Albo chociaż popatrzeć? Wyniki mogą być interesujące.
459. Nie trać czasu ani słów na darmo, bo już nigdy ich nie odzyskasz. To znaczące, szczególnie w relacjach międzyludzkich.
464. Skupiając się na sprawach przyszłych, nie przegap uroków teraźniejszości. Entuzjazmu!
474. Bądź przygotowany. Nigdy już nie nadarzy się druga okazja, żeby zrobić dobre pierwsze wrażenie. A mi się przypomniało powiedzenie zasłyszane w bajce "Bliższe poznanie, większe rozczarowanie"
476. Bądź wytrwały. Kiedy się podejmujesz jakiegoś zadania, doprowadź je do końca. Słomiany zapał nie ma racji bytu.
484. Uważaj na wielkie kłopoty, kryją się za nimi wielkie szanse. I nie używaj słowa kłopot czy problem tylko wyzwanie.
497. Lepiej podjąć walkę i przegrać, niż przegrać, czekając na błąd przeciwnika. To się zgadza z mottem moim oraz pierwszego adresu tego bloga "Kto walczy może przegrać. Kto nie walczy już przegrał"
507. Twój umysł może pomieścić tylko jedną myśl naraz. Niech to będzie myśl konstruktywna i pozytywna. I to zgadza się z moim podejściem do życia.

Kilka zdań, rad, a siły i motywacja jak za sprawą magicznej różdżki powraca.
Trzymajcie się, M

wtorek, 10 marca 2015

Nie tylko w kinie i teatrze I

Hello!
Nałogowo przeglądam portale plotkarskie. Raczej niczego ciekawego nie można się z nich dowiedzieć, ale czasami trafi się jakaś rzecz warta uwagi. Tak było w przypadku premier dwóch teledysków. Łączyło je to, że w obu występowali aktorzy. Uznałam to za coś niecodziennego, a same nagrania całkiem mi się spodobały. Zrobiłam małe przeszukanie i okazało się, że aktorzy częściej niż przypuszczałam grają w teledyskach, dlatego, to co chciałam pokazać dzisiaj musiałam podzielić, na razie na dwie części, ale jak się uzbiera więcej to będą kolejne. Dodatkowo okazało się, że całkiem wielu aktorów/aktorek śpiewa, ale to już temat może na oddzielną notkę. I prawdę powiedziawszy nie wiem czemu te odkrycie mnie tak zdziwiły, bo przecież powstają musicale.
 Oto wybór teledysków z aktorami. W przyszłym tygodniu można się spodziewać z aktorkami. 

Tom Hanks w teledysku Carly Rae Jepsen "I Really Like You" - to jeden z dwóch, które mnie natchnęły.


Jamie Campbell Bower w teledysku  Florence and the Machine "Never Let Me Go"


Ian McKellen w teledysku do piosenki "Listen to the Man" - George Ezra.


Robert Downey Jr. w teledysku Eltona Johna "I Want Love"


Ben Whishaw-  Years&Years "Real"


Głowa Adriena Brody w chyba najdziwniejszym teledysku jaki widziałam- Tori Amos "A Sorta Fairytale"


Sam Riley w teledysku "Shadowplay" The Killers


Liam Hemsworth - "Colder Weather" - Zac Brown Band.


 Miało być 10, ale po dogłębniejszym sprawdzeniu zostało 8. Poza 2 i 3 wcześniej nie widziałam żadnego, ale całkiem miło się zaskoczyłam, bo chyba wszystkie zarówno teledyski i piosenki mi się podobają.

Trzymajcie się, M





niedziela, 8 marca 2015

Trzy razy "Anna Karenina" na Dzień Kobiet

Hello!
Uwielbiam dostosowywać to co piszę do jakiejś okazji. Nie zawsze mi się udaje, ale czasami jak sobie coś wymyślę, to temat będzie czekał rok (na przykład ten z piątkowej notki) aż o nim napiszę. „Anna Karenina” roku czekać nie musiała, tylko 7 miesięcy. I to dlatego, że wcale nie miałam o niej pisać Ale przeglądając kalendarz i ustalając notki o Hannibalu, okazał się, że skończę je idealnie przed Dniem Kobiet, a postać Anny Kareniny idealnie nadaje się by opisać ją przy takiej okazji.


Moi rodzice posiadają kolekcję filmów na DVD, w której znajduje się między innymi „Anna Karenina” z 1997 roku. Od zawsze mnie ten film interesował, ale wiedziałam, że jest na podstawie książki więc go nie oglądałam. Aż do ubiegłorocznych wakacji w czasie, których przeczytałam książkę. Później obejrzałam pierwszy film, a następnie ten z 2012 roku. Dziś napiszę o wszystkim po trochu.


Od razu zaznaczam, że nie lubię Anny. Próbowałam ją zrozumieć w książce, nie udało się. Potem liczyłam, że może w filmach przedstawią ją tak, że będę w stanie przyjąć jej punkt widzenia i rozeznać się w motywach jej działań. Nie pomogło. Jednak sama książka mi się podobała. Trochę za dużo w niej było zagadnień rolniczych w wykonaniu Lewina i polityki, rzeczy, których nie byłam w stanie zrozumieć. I w porównaniu z filmami wątek Lewina generalnie był dużo bardziej rozbudowany. Podczas czytania było to denerwujące, bo w pewnych momentach zastanawiałam się czemu ta książka ma tytuł „Anna Karenina”. Ale później przy oglądaniu byłam trochę zawiedziona, bo jednak to co się u niego działo miało wpływ na bohaterów. A tych też było całkiem sporo wbrew pozorom. Ale samolubna Anna ukradła tytuł, powodując moje podwójne rozczarowanie. Udowadnia swój egoizm, a jednocześnie wywołuje oczekiwanie poznaia jej historii. Jak już wspominałam bohaterów jest jednak spora ilość. Przewijają się członkowie rodzin, ale także księżne czy hrabiny, mniej lub bardziej ważne. Bardzo światowe towarzystwo. I sprawca całego zamieszania Wroński. Ze wszystkiego co związane z tą postacią, w pamięć najbardziej zapadły mi wyścigi konne. I konieczność zastrzelenia konia, któremu złamał kręgosłup. Bo niestety postać Anny była tak irytująca, że przyćmiła wszystkie inne. 


W filmie z 1997 roku Annę gra Sophie Marceau, Wrońskiego Sean Bean, a Lewnia Alfred Molina. Spodziewałam się, że ekranizacja będzie nieco dłuższa, to sugeruje objętość książki, ale film trwa niecałe dwie godziny. Anna była odrobinę mniej irytująca, ale dalej jakoś nie wzbudzała współczucia. Chociaż w jednym momencie, gdzie zmieniono fakty z książki i bohaterka zamiast z dzieckiem bawiła się z lalką. Jednak główną siłą filmu są obrazy. Absolutnie najlepsza scena to ta, w której Anna wyłania się z dymu na stacji kolejowej, a patrzy na nią jak zahiponotyzowany Wroński. Fantastyczny jest także bal, a szczególnie moment gdy Karenina goni Kitty. A jak bal to i muzyka, która, nie tylko w czasie tańców, była cudowna. 


Drugi film odznacza się wyjątkowo ciekawą koncepcją- teatralną. Postaci poruszają się nie tylko po scenie, ale także po zapleczu. Ale nie ma to wiele wspólnego z przedstawieniem teatralnym i nie jest to nagranie takowego. Chociaż określenie spektakl jak najbardziej do filmu pasuje. Nawet wspomniane wyżej wyścigi konne odbywały się na scenie. Jednak aby dokładnie te różne aspekty techniczne zrozumieć to trzeba to zobaczyć. Pomysł jednak może się albo bardzo podobać, albo nie podobać wcale, jego zastosowanie zamyka drogę półśrodków. Ale koncepcja nie jest poprowadzona dość konsekwetnie, a momentami może irytować jeszcze bardziej niż Anna. Zaleta tego filmu to Wroński, którego w końcu można zauważyć. Nie ukrywam, że świecące oczy Aarona Taylora-Johnsona, paradującego w białym bądź niebieskim mundurze, bardzo przyczyniły się do napisania tej notki. Z tą uwagą, że osoba, która kazała mu nosić wąsy powinna dostać zakaz pracy przy filmach. Ja wiem, że moda epoki i tak dalej, ale te wąsy to było więcej niż krzywdzące. No i mam pytanie: aktorki się skończyły czy co?, kto mi może wyjaśnić Carę Delevingne w tym filmie. Prawie jej nie ma, a i tak pozostawia niesmak. Ale żeby znaleźć coś dobrego to twórcom fenomenalnie wyszła scena balu.


Moja mama nie rozumie mojej niechęci do postaci Anny. Twierdzi, że nie biorę pod uwagę epoki i konwenansów. Do tego pani od polskiego powiedziała mi, że to postać tragiczna. Nie mam pojęcia czy wisiało nad nią fatum czy co innego, ale to nie zmienia faktu, że, chociaż na początku się wzbraniała, to ona sama się doprowadziła do własnego końca. Zachorowała z zazdrości, nie była w stanie zaufać Wrońskiemu, do tego kochała przecież swojego syna, ale gdy już dokonała wyboru nie była w stanie znieść konsekwencji.

 







Teraz zastanawiam się, czy to był dobry pomysł pisać o tej książce i filmach dzisiaj. Ale porzucając moje zdanie, to miłość Anny i Wrońskiego to podobno jedna z najromantyczniejszych i najtragiczniejszych historii w literaturze. I dlatego jeśli planujecie się z nią zapoznać, bo jeszcze tego nie uczyniliście to koniecznie przeczytajcie książkę. 

LOVE, M 

piątek, 6 marca 2015

Always

Hello!
Zainspirowana konkursem klik postanowiłam nieco przyspieszyć pokazanie następnych części mojego mini projektu. Związane jest to z faktem, że na pytanie konkursowe odpowiedziałam zielonym cytatem z Harrego Pottera, który absolutnie kocham i uwielbiam. Na drugiej części również widnieje słowo "Always" i jest to efekt mojej krótkiej, acz żarliwej, miłości do serialu "Castle". Jednak dlaczego to słowo i co się z nim wiąże, oraz funkcje jakie pełni w filmach, serialach, książkach czy muzyce mam zamiar przedstawić kiedy indziej. Żeby pasowało do koncepcji to prawdopodobnie w przyszłym roku koło Walentynek, ale i to już dużo mówi.  Poza tym jeśli ktoś czytał/oglądał "Insygnia śmierci" to zrozumie.




LOVE, M
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...