niedziela, 29 listopada 2015

Pieczone kasztany

Hello!
Od czasu mojej niezbyt udanej próby zrobienia makaroników posty z kategorii Miam (miało być Mniam, ale widać jak to pisałam, byłam głodna i pożarłam jedną literkę), choć wcześniej też nie było ich zbyt wielu, przestały się pokazywać. Kontynuując jednak tradycję znów piszę o czymś co nie wyszło zbyt dobrze.


O spróbowaniu jadalnych kasztanów myślałam od czasu, gdy usłyszałam o nich w bajce "Szeregowiec Dolot", ale nieszczególnie dążyłam do spełnienia tego "marzenia". Aż do wczoraj, gdy mama wróciła z zakupów z torebką jadalnych kasztanów. Chciałam zabrać się za ich pieczenie od razu, ale miały być specjalnym, niedzielnym deserem.


Przygotowanie i obróbka to żadna filozofia, wystarczy je naciąć i upiec. Niestety efekt nie był tak fenomenalny jak się spodziewałam. Podobno miały smakować nieco jak migdały, orzechy nerkowca albo słodkie ziemniaki. I faktycznie najbliżej było im do tych ostatnich, ale niestety z jakimś nieprzyjemnym mącznym posmakiem i były średnio słodkie.
Z następną próbą zjedzenia kasztanów poczekam chyba do czasu, aż wybiorę się do Francji, tam są podobno najlepsze.

Trzymajcie się, M

piątek, 27 listopada 2015

"Oczy to najbardziej ekspresyjna część kobiecego ciała"

Hello!
Ostatnio przeżywam małą fascynację Japonią więc oczywistym było, że prędzej lub później sięgnę po książkę Arthura Goldena "Wyznania gejszy". Film też już widziałam. I jedno i drugie podobało mi się ogromnie, książka zdecydowanie trafia na listę moich ulubionych, a film jest jednym z najładniejszych jakie widziałam. Dlatego też nie będę się zbytnio rozwodziła i zostawię wybór cytatów i kilka kadrów z filmu.


> "Zmarszczył brwi, tak że zamieniły się w dwie małe, smętne parasolki nad oczami"

> "Czymże w końcu jest życie jak nie wiecznym sztormem, który zgarnia wszystko, co nam na chwilę dane i zostawia na brzegu tylko nagie i poszarpane szczątki?"

> " Ciocia na karku Hatsumomo wymalowała wzór zwany sambon-ashi, „trzy stopy”. To niezwykle ciekawy sposób makijażu, wywołujący wrażenie że patrzysz na skórę szyi przez oczka cienkiej białej siatki. Dopiero później zrozumiałam jak silnie działa to na mężczyzn; niczym kobieta zerkająca przez palce. Po prawdzie każda gejsza zostawia wąski pasek gołej skóry tuż pod linią włosów. Dzięki temu jej biała twarz nabiera jeszcze bardziej sztucznego wyrazu, niczym maska z teatru, no a mężczyźni aż płoną z ciekawości co się kryje za takim parawanem." 

 > "W tej samej chwili przykuśtykała Ciocia.
- Matte mashita! - krzyknęła.
Dokładnie słyszałam jaj słowa, lecz nie widziałam związku z sytuacją. W dosłownym przekładzie to znaczy "czekałam na ciebie". Jak się po czasie okazało, wybór był nader trafny, gdyż w ten sposób widzowie witają słynnych aktorów podczas przedstawień kabuki." 



> "Skoro parę minut cierpienia wywołuje gniew, co się dzieje z człowiekiem po kilkudziesięciu latach? Nawet kamień pęka po długotrwałym deszczu."



> "A marzenia bywają niebezpieczne: parzą niczym ogień i czasami potrafią spalić."

> "Prezes patrzył na mnie jak wirtuoz siadający do instrumentu. Zaglądał mi w głąb duszy, jakbym wręcz była częścią niego! W tej chwili zazdrościłam wszystkim instrumentom..." 

> "Mówię o sprawach znacznie większych, wykraczających poza zodiak. Ludzie są małą częścią ogromnej całości. Po prostu idąc, mogą przypadkowo zdeptać mrówkę lub choćby zmienić pęd wiatru i spowodować, żeby powiew trafił w zupełnie inne miejsce." 


> "Ideogram "gei" w słowie "gei-sha" oznacza sztukę. Gejsza to "człowiek sztuki", inaczej "artystka"."

> "Smutek to najdziwniejsze z uczuć; czyni nas bezradnymi. Jest jak okno otwarte wbrew naszej woli- przy nim można wyłącznie dygotać z zimna. Z czasem jednak otwiera się rzadziej i rzadziej, aż wreszcie całkowicie stapia się z murem." 

> " - Nie próbuję pokonać przeciwnika- odparł Yamamoto. - Staram się zniszczyć wiarę w jego własne siły. Zwątpienie to najprostsza droga do przegranej. Ludzie są równi- naprawdę równi- tylko wtedy, gdy każdy z nich mocno wierzy w siebie." 

> "Niedola jest jak uporczywy wicher. Nie tylko każe tkwić ciągle w tym samym miejscu, ale też zrywa wszystko, co da się zerwać, i zostawia obnażone postacie. Nie daje żadnych złudzeń." 


> " - Dobrze. Chcecie, to proszę bardzo- odparł. - Pierwsza. Miałem małego białego psa, wabił się Kubo. Pewnej nocy wracam do domu, a Kubo jest niebieski.
-Prawda! - wykrzyknęła Dynia. - Pewnie został porwany przez demony.
Nobu spojrzał na nią, jakby nie wierzył własnym uszom.
- Następnego dnia wydarzyło się to samo- dodał z ociąganiem. - Tylko tym razem Kubo stał się jaskrawoczerwony.
- Demony! - Dynia pokiwała głową. - Uwielbiają czerwień. To kolor krwi." 

> "Chciałam zacząć od Migoczących liści jesieni, lecz zmieniłam zdanie i poprosiłam Mamehę żeby zagrała Okrutny deszcz. Jest to opowieść o młodej dziewczynie, wzruszonej do głębi serca, tym że kochanek okrył ją własnym kimonowym płaszczem dla osłony przed siekącym deszczem. Kochanek był bowiem duchem zaklętym w człowieka i rozpuszczał się pod wpływem wody." 

> " - Czasami myślę, że wspomnienia są realniejsze od widoków." 

> "Dzisiaj wiem, że nasz świat jest tylko falą w wielkim oceanie życia. Triumfy i cierpienia, nawet najczarniejsze, z czasem bledną niczym lawowane rozwodnionym tuszem na papierze." 


Miłego weekendu, M

środa, 25 listopada 2015

(Nie)zwykła dziewczyna ("Jessica Jones")

Hello!
Pozostajemy na blogu w klimacie serialowym. Dziś słów kilka o "Jessice Jones".
Muszę się przyznać, że zanim usłyszałam o tym, że będzie serial o tej bohaterce, nie miałam pojęcia, że ona istnieje więc musiałam się nieco dokształcić, po czym stwierdziłam, że z tego faktycznie może być dobry serial. W skrócie: Jessica jest bardzo, bardzo silna i ma agencję detektywistyczną oraz zespół stresu pourazowego, jej dawny prześladowca powraca, a fabuła serialu skupia się głównie na próbach dorwania go.


Zauważyłam ostatnio, dobra po obejrzeniu "Mr.Robot" i serialu, o którym właśnie piszę, że chyba wolę takie produkcje, w których jeden odcinek to jedna akcja. Wiecie dlaczego? Bo jak bohaterka w jednym z pierwszych odcinków planuje, że dorwie tego złego, a do końca sezonu zostało 8 odcinków, to wiadomo, że go nie złapie. I będzie próbowała i próbowała. Nie żeby nie było to ciekawe, ale Jessica jest dużo lepsza w planowaniu niż w wykonywaniu. Ona chyba po prostu najlepiej sprawdziłaby się w improwizacji, bo plany ją za bardzo ograniczają.


Jako postać Jessica jest bardzo ciekawa. To nie jest bohaterka i to nie dlatego, że nie mogłaby nią być, ale dlatego, że nie chce i nie chce się oszukiwać. Poza tym wiele można o niej powiedzieć, ale nie to, że jest sympatyczna, ale to wcale nie przeszkadza jej lubić. Ani to, że momentami jest po prostu straszna. Chociaż w zasadzie stara się wszystkich ochronić, o ile może. Z jednej strony nie ma w sumie wątpliwości, że ona jest tą dobrą, ale z drugiej Jess wymyka się jednoznacznym ocenom moralnym. A przynajmniej ja mam takie wrażenie, że nie jest to takie oczywiste jak się wydaje. Szczególnie jak analizuje się jej poszczególne poczynania, można zacząć wątpić. Jedna rzecz nie pozostawia wątpliwości- Krysten Ritter nie gra Jess tylko nią po prostu jest i wychodzi jej to świetnie.


Przeciwnika i prześladowcę Jess- Killgrava- gra David Tennant (mój ulubiony 10 Doctor). On był drugim powodem dlaczego serial obejrzałam, pierwszym był sam fakt, że to ze świata Marvela. Wspominałam o Doktorze, ale gdyby porównywać rolę z tego serialu do innego występu Tennanta to najbliżej zdecydowanie jest Barty Crouch Jr. z 4 części "Harrego Pottera". Killgrave nie należy do takiego typu złola, jak na przykład Loki- w sumie to wszyscy go polubili, choć nie powinni, Killgrava nie da się lubić, nawet biorąc pod uwagę, że to David. Nie jest to też Wilson Fisk z "Daredevila", którego jakąś ludzką stronę było dane nam poznać. W wypadku przeciwnika Jess nie mamy nawet tego, Killgrave jest zły do szpiku kości i bez wyjątków. Prawie, jest jeden potwierdzający regułę. Muszę się jednak do czegoś przyznać: cały czas gdzieś w mojej głowie pojawiała się taka myśl, że w sumie to oni mogliby jednak być razem i byłoby to ciekawe gdyby serial się tak skończył. Choć totalnie niemożliwe, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności. 


Miałam lekki problem w trakcie oglądania, w którymś momencie pogubiłam się w motywach i powodach poszczególnych działań bohaterki. Nie było to dobre uczucie, bo i działania Jess często wykraczały poza granice prawa. A człowiek chce jednak wiedzieć, czemu bohater nagina prawo. Czy to będzie zemsta, inne pobudki osobiste, większa zemsta, próba ochronienia kogoś, wyciągnięcia zeznań, cokolwiek, byle tylko wiedzieć dlaczego. Uwaga może być spoiler, przejdź do następnego akapitu. Generalnie zakończenie było zabawne. To znaczy nieprawdopodobnie proste w porównaniu z działaniami, które do niego prowadziły. Kontrast robi wrażenie, tylko nie jestem jeszcze pewna czy to było czy nie było dobre. 


"Jessica Jones" urzeka chyba jednak najbardziej drugim planem. Tam jest naprawdę ciekawie. Zarówno sami bohaterowie jak i ich historie, ale także jakość wykonania jest naprawdę dobra. Pani adwokat, jej żona i kochanka; sąsiedzi Jess i grupa wsparcia; przyjaciółka Jess- Trish- myślałam, że będzie to taka głupiutka postać, a okazała się o wiele więcej niż pożyteczna, okazała się kochana; ciekawy też był policjant, chociaż on od początku wydawał się podejrzany, bo to było zbyt piękne, aby było prawdziwe, zastanawiam się czy on jeszcze powróci, a jeśli tak o jak. I chyba najważniejsza z postaci drugoplanowych czyli Luck Cage. Jego relacja z Jess jest bardzo skomplikowana, ale intensywna. A generalnie to zostałam totalnie przekupiona jak w ostatnim odcinku pojawiła się Clarie, czyli pielęgniarka Daredevila. Taki opis bardzo upraszcza jej rolę, ale najważniejsze, że się pojawiła. 


Serial trzyma poziom "Daredevila", tak mi się przynajmniej wydaje, ale nie jest taki zapierający dech w piersiach. Mi osobiście jednak bardziej podobał się ten pierwszy. Jednak w czasie oglądania historii Jess odkryłam, że fioletowe światło wygląda cudownie, a w życiu bym nie pomyślała, że może być takie piękne. Muzyka w serialu też jest dobra, szczególnie w sekwencji początkowej, choć ona sama choć fajna, to nie jest otwarciem "Daredevila".
W "Jessice" była jedna scena, gdy rodzice przypadkowej ofiary zamachów na NY, związanych oczywiście z działalnością Avengersów próbują się na niej mścić. Delikatnie mówiąc Jess nie daje się zastraszyć, ale chodzi o to, że twórcy zauważyli problem, który widzowie widzieli już od dawna- ktoś musi ponieść jakieś konsekwencje. I trochę to podobne zagranie jak w "Ant-Manie" z pytaniem czemu nie dzwonimy po Avengersów, w tym sensie, że to odpowiedź na spostrzeżenia widowni. 
Zostając w temacie Marvela i nawiązań, to od samego rana ta środa jest cudowna, bo jak tylko się obudziłam to zobaczyłam zwiastun nowego "Kapitana Ameryki" i on sam także jest cudowny. 



LOVE, M


poniedziałek, 23 listopada 2015

Really? ("Mr.Robot")

Hello!
Dawno nie pisałam nic o serialach więc czas to zmienić. Bohatera dzisiejszej notki planowałam obejrzeć od pewnego czasu i miałam to zrobić zaraz po przyjeździe do Gdańska, ale udało mi się za to zabrać dopiero, gdy Koleżanka z ławki zaczęła oglądać i grozić, że w przyszłości zostanie hakerem. Takim oto sposobem mam za sobą 10 odcinków pierwszego sezonu "Mr.Robot".

 
Podobno to jeden z najlepszych, najciekawszych seriali ostatnich lat. Wręcz genialny. Będę się nieco kłóciła z tymi opiniami i wcale nie dlatego, że miałam wobec "Mr.Robota" jakieś oczekiwania, tylko dlatego, że nawet pomimo, że ich nie miałam, serial mnie nieco rozczarował. Prawdę powiedziawszy bardziej zirytował. Wiecie co jest gorsze, od takiego taniego chwytu kończenia odcinka w takim momencie, że zaraz musi się włączyć kolejny? Robienie tego z całym sezonem. I wierzcie nie będę czekała na kolejny z niecierpliwością. Taki odbiór tego ostatniego odcinka, niestety, zniszczył mi przyjemność oglądania wszystkich pozostałych.


Bo poza tym to naprawdę dobry serial. Chociaż mocno nierówny. Pierwsze trzy odcinki podobały mi się bardzo, później był jeden nie wiadomo skąd i z którego zupełnie nic nie wynikało, ale później napięcie, aż do ostatniego momentu było bardzo dobrze budowane. Po prostu komplikowało się po mistrzowsku. Niestety, wyjaśnień dostaliśmy tyle co nic. Zawieszone w próżni, niedokończone wątki są niesamowicie irytujące, tym bardziej właśnie, że były tak pieczołowicie tworzone.


Zaczęłam te wywody nie od tej strony, od której powinnam. Serial odpowiada o młodym programiście i hakerze, chorym na fobię społeczną, który zostaje zrekrutowany przez tajemniczego anarchistę (moje tłumaczenie za IMDb). Ciekawy punkt wyjścia i ciekawe rzeczy mogą z tego wyniknąć. I jest tak w rzeczywistości, wypadki rozwijają się w zupełnie niespodziewany sposób. I chociaż wydarzeń jest sporo to w trakcie oglądania serialu miałam wrażenie, że nie ma on fabuły tylko bohatera. Jak gdyby on sam był siłą sprawczą. W sumie to powinnam usunąć to "jak gdyby" w poprzednim zdaniu, bo tak po prostu jest.


Główny bohater ma na imię Elliot i wytworzył w głowie kogoś do kogo się zwraca, a wygląda to tak jakby mówił do widza. Intrygujący zabieg, ale my wcale nie wiemy więcej niż Elliot. Siedzimy z nim w tej jego chorej głowie i razem z nim gubimy się, jesteśmy zdezorientowani i nie wiemy o co chodzi. Podwójnie nieprzyjemne uczucie, gdy świat z puzzli zaczyna się załamywać i wcale nie robi tego stopniowo.


Jednym z powodów dlaczego chciałam ten serial obejrzeć, był fakt, że w głównego bohatera wciela się Rami Malek. I chociaż daje rade, nawet bardzo, to liczyłam na nieco lepszy występ. Chociaż to może dlatego, że niechcący zaczęłam się zachwycać Martinem Wallströmem, który gra Tyrella Wellicka (wspominałam kiedyś, że nie znoszę i nie wiem jak odmieniać te wszystkie imiona i nazwiska). Nie dość, że jego postać jest totalnie fascynująca i kompletnie pokręcona, wręcz psychopatyczna to jest jeszcze fenomenalnie zagrana. 


Pominęłam cały kontekst społeczno-polityczny serialu, a to oprócz bohatera, najważniejszy element serialu. I muszę tu wrócić do poczynionej wcześniej obserwacji- nie ma fabuły, bo jest bohater. Jest to nieco za bardzo postawa czarno-biała bez miejsca na szarości, ale to poczucie rozdwojenia nie pozwoliło mi na połączenie tych dwóch aspektów. Tym samym ten cały antysystemowy, antykorporacyjny jakoś nie zrobił na mnie wrażenia. Po prostu przyjęłam to jako cześć świata przedstawionego i świata, w którym przyszło żyć bohaterowi, nie odnosząc tego do rzeczywistości. Wręcz mogłabym napisać, że potraktowałam to jako wizję przyszłości. Chociaż twórcy się starali się mocno osadzić to w naszych czasach. 


O "Mr.Robot" pisze Zwierz popkulturalny o tu. Pisze zdecydowanie bardziej entuzjastycznie niż ja. I dlatego musicie się jej posłuchać i obejrzeć przynajmniej pilota serialu, koniecznie. 
Poza tym jestem w trakcie oglądania serialu "Jessica Jones" więc na dniach będzie kolejna recenzja serialu.

 Trzymajcie się, M




sobota, 21 listopada 2015

Nie tylko w kinie i teatrze VII

Hello!
Po ostatnich nieco dłuższych tekstach przyszedł czas na coś nieco lżejszego i oto kolejna część "Nie tylko w kinie i teatrze".

Najciekawszym aspektem szukania kolejnych teledysków jest fakt, że można znaleźć wyjątkowo zaskakujące rzeczy. Jak chociażby Ioana Gruffudda w teledysku zespołu Westlife "Uptown girl". Tego się nie spodziewałam, co prawda rola nie jest wielka, ale zaczynam mieć podejrzenia, że Ioan się nie starzeje. Ponad to jeśli się nie mylę w teledysku za prawdziwą gwiazdę robi Claudia Schiffer. Pozostali panowie w garniturach to także aktorzy angielscy, ale nieco mniej znani.


Syn Clinta Eastwooda - Scott wystąpił w teledysku Taylor Swift do piosenki "Wildest Dreams". Z resztą jej teledyski nie raz już się tu pojawiały i pewnie pojawiać się będą.


Kolejna piosenka zespołu Westlife - "Bop Bop Baby", a w teledysku Vinnie Jones. Video ma świetny muszkieterski klimat i jest całkiem zabawne.


Czasami, jeśli nie znam zespołu, boję się odtwarzać teledyski, bo jak już nieraz pisałam aktorzy i aktorki często wybierają dość powiedziałabym dziwne i nietypowe projekty, a po drugie jak już się coś zobaczy to nie można tego od zobaczyć. Miałam trochę obaw przy poniższym, w którym występuje Natalia Tena, ale okazały się one bezpodstawne.


Teledysk zespołu Coldplay pojawił się już kiedyś na blogu, tuż po swojej premierze, w jakiejś ogólnej notce. Wtedy nieszczególnie zwróciłam uwagę na fakt, że w rolę iluzjonistki wciela się Ziyi Zhang, a utwór to oczywiście "Magic".


Nie jestem do końca pewna czym dokładnie jest poniższe video, ale wygląda jak teledysk i jest w nim Emma Stone i w sumie jest całkiem ciekawy więc dołącza do kolekcji.


Straszny, dziwny teledysk do piosenki "Time to dance" zespołu The Shoes, w którym występuje Jake Gyllenhaal.


To tyle na dziś. Następnym razem pojawią się znów polskie akcenty.

LOVE, M


czwartek, 19 listopada 2015

Wrażenia po "Koriolanie"

Hello!
Jeśli po wtorkowym tekście spodziewaliście się, że dziś napiszę coś o "Koriolanie" to mieliście rację! Ale nie będzie to recenzja, bo nie czuję się na tyle kompetentna aby napisać coś tak ambitnego. Raczej zbiór przeżyć, myśli i skojarzeń jakie napłynęły mi do głowy w trakcie i po spektaklu.




Powinnam napisać coś o czym ta sztuka jest, ale trudno byłoby ująć to w kilku zdaniach. Pomaga Wikipedia, tylko uważajcie, bo opis na stronie zdradza zakończenie.


Po pierwsze, oczywistym jest, że poszłam na sztukę dla Toma Hiddlestona, wszelkie wątpliwości rozwiewa wtorkowy wpis. Wydaje mi się, że większość widowni poszła na tę retransmisję po prostu ucieszyć oczy, bo jakieś 98% były to kobiety. Nie żeby było w tym coś złego, przecież ja też tam dlatego poszłam. I wydaje mi się, że widownia była absolutnie zachwycona tym co widziała. Ja była na pewno. Zrobiłam ten niesamowicie długi wstęp tylko po to, aby zaznaczyć, że Tom przez jakąś 1/3 lub 1/4 spektaklu ma albo zeszklone oczy albo po prostu płacze. Ale jak on to robi, od razu ma się ochotę płakać razem z nim. I naprawdę martwiłam się o jego głos, bo całkiem często go podnosił. Generalnie to był po prostu cudowny. Oprócz jednego momentu, który chyba niezamierzenie wypadł dość komicznie, generalnie było parę takich niby zabawnych momentów, ale zupełnie niepotrzebnie zostały one rozegrane w takiej konwencji, bo zupełnie nie pasowały i trochę burzyły odbiór całości, ale scena o której chcę napisać to walka pomiędzy głównym bohaterem, a Aufidiuszem. Wypada bardzo, bardzo sztucznie i na niby. Być może w teatrze, na żywo tak nie było tego widać, ale na nagraniu bardzo. Teraz słyszę głos z porannego wykładu" aktorzy nie muszę się naprawdę bić na scenie, aby odegrać bójkę". Ja też nie chciałam, aby oni się bili naprawdę, ale wyglądało to za bardzo "nie na prawdę". Ale poza tym sceny tych bohaterów razem wypadają najlepiej.


W życiu nie napiszę merytorycznej recenzji czy opisu czegoś co mi się podoba, bo tylko się potrafię tym zachwycać.


W pewnym momencie sztuki bardzo wyraźnie widać jak kamera zjeżdża pomiędzy aktorów, trochę to odziera przedstawienie z magii. W sumie jakby za mało było tego, że to i tak była retransmisja. Oczywistą oczywistością jest to, że stopień przeżywania na żywo i w kinie to zupełnie co innego. Nie oceniam co lepsze, bo jak ma się wybór czy obejrzeć czy nie obejrzeć sztukę, w której gra Tom (albo wpiszcie sobie kogo chcecie, a kogo nie macie możliwości obejrzenia na żywo) to wybór jest raczej oczywisty. A wiem, że jakiś czas temu była z tego całkiem spora afera, bo ktoś, jakiś krytyk bodajże, zhejtował, bo krytyką nazwać tego nie można, całą ideę przekazu nagranych przedstawień w kinie. Ja także zdaję sobie sprawę, że mój "aktorski" argument nie jest mocny, ale nie jest jedyny i naprawdę nie trzeba się wysilać, aby wymyślić kolejne na obronę tych transmisji. Z tym, że ja po prostu nie o tym miałam pisać i może kiedyś w przyszłości, jeszcze do tego wrócę.


Teraz będzie nieco krócej. W sztuce Meneniusza gra Mark Gatiss, który w Polsce jest chyba najbardziej znany z roli brata Sherlocka z BBC. Jest fenomenalny i bardzo, bardzo kradnie Tomowi przedstawienie. Mały aktor grający syna Koriolana jest ubrany jak jego tatuś. Nie ma co prawda zbroi, ale poza tym to po prostu jego młodsza i blond wersja. Takim sposobem przejdziemy do postaci żony głównego bohatera. Trudno mi powiedzieć jak została zagrana, bo sama obecność tej bohaterki była irytująca i cały czas miałam wrażenie, że ona w całej tej sztuce jest zupełnie niepotrzebna. Zupełnie wystarcza postać matki. Jestem pewna, że o charakterze tej bohaterki powstały całe tomy opracowań, na tyle to fascynująca osoba. Z jednej strony dumna, że syn naraża życie w imię ojczyzny, jest jej oczkiem w głowie (z wzajemnością chyba z resztą) z drugiej chyba widzi, że coś w wychowaniu jej nie wyszło. Mi się bardzo kojarzyła z jakimś liskiem chytruskiem, tylko nie wiem jaki dokładnie ona miała w tym wszystkim cel. Wierzcie, że to naprawdę skomplikowana i złożona postać, na którą można patrzeć z wieku punktów widzenia i chyba nigdy nie zrozumie się wszystkiego.


W sztuce występują trybuni ludowi. W oryginale są to dwaj mężczyźni, co jest całkiem zrozumiałe, ale tutaj była to kobieta i mężczyzna, i na dodatek zrobiono z nich parę, a przynajmniej tak można wnioskować z tego co się dzieje. Jakie to były denerwujące postaci. Kobieta swoją postawą przypominała profesor Umbridge z "Harrego Pottera", a facet to chyba najlepsze uosobienie definicji tchórza jakie widziałam.


W inscenizacji rzuca się w oczy scenografia, a raczej jej brak. Generalnie mamy krzesła, drabinę i w niektórych momentach dla zaznaczenia, że jesteśmy w senacie pulpit. Do tego na podłodze sceny, nie wiem jak to dokładnie określić, był narysowany najpierw jeden czerwony romb, całkiem duży, a później do tego jeszcze kwadrat. O ile drabinę i krzesła było dość łatwo rozkminić, szczególnie po wykładach na temat tego, że na scenie wszystko może być wszystkim o ile tylko zostało to odpowiednio dookreślone, natomiast co to malunków na scenie mam kilka koncepcji, ale nie jestem ich pewna. Generalnie moim ulubionym elementem całej scenografii była ta drabina.


Jest jeszcze tyle rzeczy, o których chciałabym napisać. Między innymi to, że sztuka jest niesamowicie smutna. Z tego co pamiętam w trakcie oglądania filmu nie miałam takiego głębokiego poczucia nieuniknionej klęski. Pominęłam całą politykę, która jest najważniejszym motywem całości i konflikt pomiędzy Koriolanem a ludem.Głównie dlatego, że ja całkiem rozumiem postawę głównego bohatera a ludu niekoniecznie. To znaczy mam wrażenie, że społeczeństwo jest po prostu przedstawione jako głupie i zupełnie nie potrafi udźwignąć konsekwencji swoich decyzji. Poza tym z całą tą sztuką jest tak jak z postacią matki- można na nią patrzeć z różnych stron i widzieć zupełnie inne rzeczy.

Nie było moim zamiarem tak się rozpisywać, na przyszłość obiecuję poprawę i na weekend coś lżejszego.

Pozdrawiam, M

wtorek, 17 listopada 2015

Jak to się wszystko zaczęło?

Hello!
Jak wiecie studiuję Zarządzanie Instytucjami Artystycznymi. Nie jestem jednak pewna czy wiecie skąd mi się wziął pomysł na takie studia i w ogóle takie artystyczne ukierunkowanie. Nie piszę o tym dziś bez powodu- tuż po publikacji tego tekstu, ruszam do Multikina na retransmisję sztuki "Koriolan" i chociaż aż do tego momentu jej nie widziałam to bez wątpienia miała ona duży wpływ na moje życie. Ale wszystko po kolei.


Chyba każda mała dziewczynka chciała być baletnicą, ja nie należę do wyjątków. Równolegle marzyłam o byciu łyżwiarką figurową. Łyżwy mam i jeżdżę, ale baletnicą nie zostałam. Co nie zmienia faktu, że jednym z moich najwcześniejszych wspomnień jest czekanie z mamą do godziny 1 czy 2 w nocy na pokaz "Dziadka do orzechów".  Miałam może 5 albo 6 lat i oprócz samego oczekiwania niewiele pamiętam, ale musiało to zrobić na mnie wrażenie skoro przywiązuję do tego tak dużą wagę. Następne były bajki Barbie- " W Dziadku do Orzechów" i "Z Jeziora Łabędziego". Pomijam wszelkie aspekty fabularne i inne treści merytoryczne- chodzi o muzykę to oczywiste. Ale jak byłam mała to lubiłam się też chwalić, że mam  prawdziwą Barbie Cukrową Księżniczkę. I chyba mi to zostało. Generalnie to zamiast do baletu trafiłam do zespołu tańców ludowych. Bardzo miło wspominam tamten czas, ale po 4 latach zrezygnowałam.

W klasach 4-6 wszyscy byli przekonani, że zostanę nauczycielką języka polskiego. Dzięki temu ja też byłam o tym przekonana. Najważniejszy jest fakt, że zawsze ciągnęło mnie bardziej do polskiego, historii, zajęć plastycznych niż do fizyki czy chemii. Gdzieś w międzyczasie widziałam w Romie "Akademię Pana Kleksa".

Idąc do gimnazjum całkiem poważnie rozważałam zostanie architektem wnętrz, psychologiem, a później dziennikarzem, nawet wybrałam dokładnie jakim- sportowym. Tym bardziej nie wiem skąd mi się to wzięło, ale pomysł zaowocował pójściem w liceum na profil dziennikarski. Najważniejszym wydarzeniem z gimnazjum było chyba dołączenie do chóru.  Nie sądziłam, że będzie to aż tak ważne i oddziałujące, ale te 6 lat zrobiło swoje. Teraz to jedna z rzeczy, za którymi najbardziej tęsknię.
Czas liceum i konieczności określenia co się chce robić w życiu, nie był łatwy. Jedynym konkretem był fakt, że byłam na humanie i takim sposobem zamknęłam sobie drogę na przykład na medycynę. Nie przejmowałam się tym szczególnie, ale perspektywy były średnio obiecujące.

Liceum jest zdecydowanie najważniejsze w tej historii, a ja mam ułatwione opisywanie tego fragmentu, bo większość ważnych elementów układanki pojawiło się na blogu. 11 marca 2013 roku pojawia się pierwsza wzmianka o "Upiorze w Operze", zainspirowana filmem "Amadeusz". Muzyka niezaprzeczalnie ma ogromną moc. Zaczęłam od baletu, teraz musicale. "Notre Dame de Paris", "Mozart, l'Opera Rock" i wyjazd na "Ale musicale!". Później była jeszcze "Zemsta". Jednak pomiędzy Mozartem a Musicalami jest całkiem spora dziura, którą dziś mam zamiar załatać.

8 listopada 2013 roku polską premierę miał film "Thor: Mroczny świat". Poszłam na niego z Koleżanką z ławki. Ona sama była na nim 3 razy, bo gra tam Tom Hiddleston. Oto klucz do całej zagadki. Ponieważ K. zaczęła się nim interesować, ja nie miałam innego wyjścia jak zrobić to samo. Takim sposobem trafiłam na informację, że grał on właśnie w "Koriolanie". Widziałam sporo zdjęć, zapowiedzi i filmików z prób. Z jakiegoś, prawdopodobnie nie do końca racjonalnego, powodu zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. A nawet więcej, to co widziałam, pochłonęło mnie całkowicie. A przypominam, że były to tylko fragmenty. Taka miłość od pierwszego wejrzenia. Totalnie. 

Zaczęłam szukać dalej i znalazłam film "Koriolan", w którym główną rolę gra Ralph Finnes, a także to reżyserował. Dość szybko obudziła się we mnie miłość do Szekspira, polegająca bardziej na jej deklarowaniu i czytaniu sztuk, niż jakimkolwiek naukowym podejściu.
Nie mam jednak pojęcia, w którym momencie umyśliłam sobie, że w sumie to mogłabym zostać reżyserem teatralnym. A także kiedy dowiedziałam się o Gdańskim Teatrze Szekspirowskim i obrałam go sobie za miejsce przyszłej pracy.  Na pewno musiało to być jeszcze przed 18 urodzinami, bo na tę okazję dostałam "Reżyserię teatralną" od Bliźniaczek.

Na początku III klasy pojechaliśmy do Warszawy na targi edukacyjne i tam na stanowisku Uniwersytetu Gdańskiego wśród tony ulotek wyróżniała się a jedna- Zarządzanie Instytucjami Artystycznymi. Już w drodze powrotnej wiedziałam, że to mój kierunek. Chociaż wizja studiowania w Gdańsku przerażała, teraz jestem bardzo zadowolona, że się zdecydowałam.

Miłość do teatru spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Nie ma dla niej wyjaśnienia. Po prostu jest. Ja sama nie wiem czemu ten "Koriolan" zrobił takie wrażenie, tym bardziej, że zobaczę go w pełnej krasie dopiero dzisiaj. W sumie to mijają 2 lata od początku tego uczucia i 2 lata 8 miesięcy od obejrzenia "Upiora". Poza tym mam wrażenie, że ten tekst wcale niczego nie wyjaśnia. Gdybyście mieli jakieś pytania to śmiało.

Trzymajcie się, M


niedziela, 15 listopada 2015

Sposób na przeszłość ("Złamane pióro")

Hello!
Przeszłość ma każdy, najczęściej, na szczęście, nie jest ona szczególnie traumatyczna. Czasami jednak minione wydarzenia nie pozwalają nam żyć normalnie w teraźniejszości, nie wspominając o próbach planowania przyszłości. Zapomnieć o przeszłości próbuje Emily, bohaterka książki "Złamane pióro", którą miałam możliwość przeczytać dzięki uprzejmości autorki- Małgorzaty Marii Borochowskiej.


Czasami jest tak, że okładki książek są ładne, ale nieszczególnie się o nich pamięta; piękne i o takich można na przykład napisać notkę; przerażające jak okładka "Złamanego pióra". Bezsprzecznie rzuca się w oczy i jest mocno niepokojąca. Nie ma się jednak czego bać, to nie horror, a wręcz świadomość tego co jest na okładce daje czytelnikowi dużą przewagę i nikłe pojęcie o przeszłości bohaterki.

Emily po studiach postanawia wyprowadzić się na wieś i napisać powieść. Ma sympatycznych sąsiadów- szczególnie pewnego architekta i przyjaciółkę w mieście. Jej dzień zaczyna się od kawy z wspomnianym sąsiadem a później zajmuje się domem i pisaniem. Z czasem relacje Emily i Jacoba zaczynają się pogłębiać, ale demony przeszłości nie dają o sobie zapomnieć, zatruwając znajomość. I mniej więcej w tym momencie fabuły właściwej autorka prezentuje nam dodatkowo książkę pisaną przez Emily. Jest to taki punkt kulminacyjny, właściwe pogodzenie, rozwiązanie kwestii przeszłości, bohaterka możne pójść dalej.

Zwykle nie piszę takich opisów, ale bez tego trudno byłoby napisać coś więcej o bohaterach. Emily jest przewrażliwiona na tematy związane z jej przeszłością, Jacobowi charakter zmienia się co pięć minut, a jednymi z ich ulubionych tematów do rozmów przy porannej kawie są rasizm, tolerancja, Hitler i religia. Mieszanka wybuchowa i często dochodzi do eksplozji.
Przy postaciach najczęściej wspomina się o tym czy się je polubiło. Otóż ciężko mi było przywiązać się do Emily, ale w trzeciej części książki, po punkcie kulminacyjnym, faktycznie ją polubiłam. Natomiast postaci Jacoba nie potrafię ogarnąć jako całości, dostajemy w trakcie lektury bardzo dużą ilość informacji na jego temat, ale poskładanie z tego jasnego obrazu nie jest łatwe.

Wiecie co najbardziej wyróżnia Emily? Jej zamiłowanie do synonimów. Jak wiadomo książki poszerzają nasze horyzonty i zasób słów. "Złamane pióro" można traktować jak słownik wyrazów bliskoznacznych. Na początku trudno przyzwyczaić się do takiego sposobu wyrażania myśli, ale potem nie zwraca się na to większej uwagi. Generalnie styl autorki jest niezwykle charakterystyczny. Sama mam zamiłowanie do dziwnych konstrukcji gramatycznych więc ich czytanie nie sprawia mi problemu, ale zdaję sobie sprawę, że dla wielu ludzi mogłoby być to ciężkie doświadczenie.Wierzcie mi warto się przemęczyć.

Pozdrawiam, M

piątek, 13 listopada 2015

784. "Pamiętaj, że prawie wszystko wydaje się lepsze, jak się człowiek porządnie wyśpi"

Hello!
Październik był wyjątkowo inspirującym miesiącem, niestety dobra passa niekoniecznie utrzymała się na listopad. Być może to po prostu wpływ pogody- wiatr kiedyś mnie wykończy, jest szaro i deszczowo i chyba nigdy wcześniej nie doceniałam tak bardzo choć pięciu minut słonecznego światła. Na pocieszenie jak zawsze przychodzi mi "Duży Mały Poradnik Życia".


788. Pamiętaj, że lepiej zrobić kiepski interes z dobrymi ludźmi, niż dobry interes ze złymi ludźmi.
790. Pamiętaj, że to, jak coś mówisz, jest równie ważne jak to, co mówisz. 
797. Czytaj między wierszami.
803. Pamiętaj, że dobrzy przyjaciele, dobre zdrowie i dobre małżeństwo nie są ci dane raz na zawsze. 
809. Pamiętaj, że nic tak nie skraca drogi do celu, jak dobry towarzysz podróży. 
818. Dziel się swoją wiedzą. To sposób na osiągnięcie nieśmiertelności. 
824. Poświęcaj swój czas i energię na tworzenie, nie na krytykowanie.
841. Kiedy trzeba wspiąć się na górę, nie myśl, że jak będziesz stał i czekał, góra zrobi się mniejsza.

853. Nie patrz na ludzi z góry tylko dlatego, że mniej od ciebie zarabiają. Żeby uzyskać właściwą perspektywę, zastanów się, co by straciło społeczeństwo, gdybyś nie wykonywał swojej pracy przez miesiąc.
Potem zastanów się, co by było, gdyby śmieciarze nie wykonywali swojej pracy przez miesiąc. No i jak, czyja praca jest ważniejsza? 

Ostatni punkt z całej książki najbardziej utknął mi w pamięci. Bardzo często do niego wracam w różnych rozmyślaniach. Nie pracuję, studiuję i chyba tym bardziej czuję się taka "mała" wobec śmieciarzy, sprzątaczek i pracowników innych zawodów powiedzmy społecznie niedocenianych. Może to duże słowa, ale ten 853 punkt uczy pokory. W książce pojawia się też punkt "Doceniaj pracę ludzi, którzy mają brud za paznokciami"- parafrazuję, ale mam nadzieję, że sens jest zrozumiały.

Na koniec jeszcze jedna rzecz z zupełnie innej beczki. Dziś piątek więc pojawił się nowy odcinek podcastu Zombie vs. Zwierz, w którym to poruszane są zagadnienia związane "fanowaniem". Powiedziałabym, że temat został potraktowany dość poważnie i szeroko. Prowadzący mają niesamowitą zdolność do ubierania w słowa rzeczy, które zauważam, ale których nie wiem jak nazwać. W każdym razie posłuchajcie koniecznie Zombie vs. Zwierz.

LOVE, M

środa, 11 listopada 2015

Co robię, gdy oglądam film? Oprócz oglądania filmu oczywiście.

Hello!
Skupienie się na jednej rzeczy to sztuka, której trzeba się nauczyć. Do tego męcząca, nie zawsze wychodzi i czasami zupełnie nie widać efektów tego wysiłku. I wcale nie mam na myśli nauki, gdy piszę te słowa. Skupić trzeba się także na oglądaniu filmu. Szczególnie jeśli nie jest się w kinie. A w domu przed komputerem czy telewizorem jest tak wiele rozpraszających rzeczy. Odpowiem więc na pytanie z tytułu: co robię gdy oglądam filmy?


1. Piję herbatę. Ostatnio doprowadziłam tę sztukę do perfekcji oglądając "The Riot Club" popijając herbatę i jedząc ciasteczka. I chociaż siedziałam w dresie to czułam się bardzo "szlachetnie".
2. Rysuję. Po to aby zająć czymś ręce. Podobno to już udowodnione naukowo, że, wbrew pozorom, lepiej się zapamiętuje co ktoś do ciebie mówi, gdy jednocześnie się bazgrze. Całkiem niedawno powstał szkic części mojego widoku z okna, a być może w przyszłości powstanie cały.
3. Piszę. Często robię notatki dotyczące tego co widzę. Czasami włączam film jako tło na przykład w czasie pisania posta (uległam bondowej modzie i właśnie słucham "Casino Royale"). Zdarza się, że w trakcie oglądania filmu mam genialny pomysł i trzeba od razu zabrać się za jego opracowanie. Tak było w przypadku tego wpisu- natchnienie przyszło w czasie oglądania drugiej części "Władcy Pierścieni".
4. Piłuję/maluję paznokcie. Generalnie lubię robić kilka rzeczy na raz, a gdyby nie oglądanie filmu, to na tak prozaiczne czynności jak zajmowanie się paznokciami szkoda byłoby mi czasu.
5. Wyszywam. Po godzinach praktyk jestem naprawdę dobra w łączeniu tych dwóch czynności.
6. Hula-hop. Po co siedzieć skoro można stać?
7. Sprzątam. To podlega pod film jak tło do innych zajęć.

To raczej niepełna i uproszczona lista. Gdy odkryję co jeszcze można robić to na pewno napiszę. I żeby nie było wątpliwości- to wszystko odnosi się raczej do filmów, które już widziałam niż oglądanych po raz pierwszy.

Pozdrawiam, M

poniedziałek, 9 listopada 2015

Hurts


Hello!
Muzycznych zaległości nadrabiania ciąg dalszy. Miałam zrobić nieco dłuższy odstęp, ale już nie mogłam się doczekać, aby podzielić się z Wami pewną uwagą dotyczącą nowego teledysku zespołu "Hurts".


Zacznijmy jednak od początku. Pięć lat temu, niewiarygodne, że było to tak dawno, pojawiła się piosenka "Wonderful Life" i wszyscy oszaleli na ich punkcie.



"Illuminated" to jedna z moich ulubionych piosenek zespołu. Duetu właściwie.


Fascynujący jest fakt, że ich teledyski są mocno prowokacyjne, przynajmniej niektóre, ale jednocześnie na tyle spójne i choć eleganckie to jednak chyba zbyt duże słowo, to widać, że absolutnie nie są nastawione na tanią sensację.


Niedawno wyszła nowa płyta panów, a powyższa piosenka stała się jedną z najczęściej puszczanych w radio w ostatnim czasie.


A oto sprawca całego zamieszania: Theo w teledysku do "Wish" wygląda zupełnie jak Anthony Hopkins roli Hannibala Lectera.

LOVE, M


sobota, 7 listopada 2015

Fizyka to suka czyli o jeżdżeniu tramwajem słów kilka

Hello!
Nie zwykłam wyrażać się w sposób obejmujący wyrażenia takie jak "suka" i tym podobne, ale w odniesieniu do praw fizyki panujących w tramwaju nie ma po prostu lepszego określenia. Chociaż przez 4 dni w tygodniu spędzam w tym środku transportu przynajmniej po godzinie, to chyba nigdy nie przyzwyczaję się do tego sposobu przemieszania się.


Naprawdę nie trzeba iść do lunaparku, nie potrzeba karuzeli ani innych sprzętów, aby poczuć się jak na kolejce górskiej. Wystarczy tylko przejechać się tramwajem w Gdańsku. Wyjdzie na pewno dużo taniej, a emocje te same. Jak nie większe. Bo wcale nie musisz siedzieć, a przecież możesz stać- to gwarancja jeszcze lepszej zabawy.


Rzuca tobą na wszystkie strony, na innych ludzi (nawet nie chcę liczyć na ilu), utrzymanie równowagi graniczy z cudem i jest to dość niebezpieczna zabawa. Naprawdę nie wiem z czego to wynika. Czy w charakterystycznej techniki jazdy (która polega na przyspieszaniu do połowy trasy pomiędzy przystankami-co wbija w siedzenie, albo pcha do tyłu- a później od połowy hamowanie- efekt odwrotny). Chyba, że akurat jest skrzyżowanie i hamowanie jest bardziej nagłe. Dalej nie mogę się nadziwić, że nie wiedziałam jeszcze nikogo kto poleciałby na przód tramwaju.


A może to sposób w jaki są ułożone tory, a Gdańsk usytuowany geograficznie. Wbrew temu co mogłoby się wydawać jest tu dość nierówno, a trasy są pozakręcane. Moim ulubionym fragmentem jest ten przed (gdy jadę na uczelnię) Galerią Bałtycką. Tory wiją się pomiędzy dwoma lub trzema budynkami pod kątem chyba 90 stopni. To straszne.


Możliwe jest także, że to tylko mną tak rzuca na wszystkie strony, albo, że jest to zemsta nauk ścisłych za to, że wolałam humanistyczne.


 Króciutkie filmiki, które towarzyszą dzisiejszej notce prezentują różne zachowania w komunikacji miejskiej. Warto na nie zerknąć, bo są zabawne i z dystansem. Takie przykazania.

Trzymajcie się, M

czwartek, 5 listopada 2015

"Po Cudzemu"

Hello!
Uwielbiam mieć powód, wytłumaczenie, uzasadnienie dlaczego o czymś piszę. Z dzisiejszym tematem wiąże się kilka takich spraw. Po pierwsze właśnie wróciłam z moich jedynych dzisiejszych zajęć i rozpoczynam weekend. Po drugie tymi zajęciami była fonetyka. Po trzecie raczej rzadko udaje mi się znaleźć coś naprawdę godnego uwagi na youtube. Po czwarte miesiąc temu, gdy już byłam w Gdańsku, ale rok akademicki się nie rozpoczął, wyżej wymieniona strona sama zaproponowała mi coś interesującego. Był to kanał "Po Cudzemu". I takim oto sposobem właśnie o nim piszę.

Zaproponowanym przez  YT odcinkiem był ten o tym jak nie bać się mówić po angielsku.


I wsiąkłam. W ciągu dwóch dni obejrzałam wszystkie pozostałe. A wtedy jeszcze nawet nie wiedziałam, że będę miała fonetykę. Muszę przyznać, że wiadomości z filmików przydały się.
Zajęcia z fonetyki są fascynujące, ale dość przerażające, szczególnie pod tym względem, że uczyliśmy się języka 9 czy 12 lat i okazuje się, że nikt nigdy nie wytłumaczył nam jak powinno się mówić, a nawet więcej nauczyciele w szkołach prawie wcale nie zwracali na to uwagi. Już nawet pomijam kwestię tego co jest, a co nie jest akcentowane. Skoro więc można łatwo, przyjemnie i ciekawe czerpać taką wiedzę z internetu to grzechem byłoby nie skorzystać.



Wierzcie to naprawdę się przydaje. Od 3 tygodni ćwiczymy "th", dziś pojawiło się ulubione słówko wszystkich, czyli "iron" albo jeszcze lepiej "ironing", a na wykładach jeśli któraś z pań chce przeliterować jakieś słowo to raczej nie robi tego po polsku.
Póki co filmików jest 15 więc gdyby ktoś się uparł to spokojnie możne je obejrzeć w jeden dzień. Jednak polecam nieco to rozłożyć aby wiedza się nie pomieszała i aby ewentualnie móc poćwiczyć.

LOVE, M

wtorek, 3 listopada 2015

Basil Rathbone jako Sherlock Holmes

Hello!
Wspominałam, że mam jeszcze kilka pomysłów na posty związane z Sherlockiem Holmesem oto jeden z nich. Podobną notkę zrobiłam o "Upiorze w Operze", bo także nie udało mi się obejrzeć wszystkich filmów. Spodobała mi się taka formuła i prezentuję filmy, w których jako Sherlock Holmes wystąpił Basil Rathbone.
Tytuły to linki do filmwebu, opisy filmów także pochodzą z tej strony.

1939 - The Adventures of Sherlock Holmes - Moriarty, chcąc odwrócić uwagę Sherlocka Holmesa od kradzieży klejnotów królewskich, zleca morderstwo niewinnej dziewczyny.

1939 - Pies Baskerville'ów - Sherlock Holmes wraz ze swoim przyjacielem próbuje rozwiązać zagadkę tajemniczych zgonów członków rodu Baskerville'ów.

1942 - Sherlock Holmes and the Voice of Terror -  Na początku II Wojny Światowej w Anglii pojawiają się tajemnicze komunikaty radiowe, nadawane prawdopodobnie z nazistowskich Niemiec. Ostrzegają przed aktami terroru, które zaraz po tym mają miejsce. By zapobiec wzrastającej panice i odkryć prawdę, Ministerstwo Obrony wzywa do pomocy Holmesa.

1942 - Sherlock Holmes i tajna broń -  Sherlock otrzymuje zadanie ochrony wynalazcy tajnego celownika bombowego. Detektyw nie może dopuścić, by wpadł on w ręce nazistów.

1943 - Sherlock Holmes in Washington - Detektyw wraz z doktorem Watsonem udaje się do Waszyngtony, aby udaremnić kradzież ważnego dokumentu.

1943 - Sherlock Holmes Faces Death - Podczas Drugiej Wojny Światowej w domu w którym pracuje Dr Watson dochodzi do serii brutalnych morderstw. Doktor wzywa swego przyjaciela Holmesa, by ten rozwiązał mroczną zagadkę.

1944 - The Scarlet Claw - Holmes i Watson prowadzą śledztwo w sprawie tajemniczego morderstwa w kanadyjskiej wiosce "La Mort Rouge". Czy genialnemu detektywowi i jego przyjacielowi uda się rozwiązać i tą zagadkę w tak obcym dla nich odległym od Londynu środowisku?

1944 - The Pearl of Death - Z muzeum ginie bezcenna perła, która według legendy przynosi nieszczęście każdemu, kto wszedł w jej posiadanie. Odpowiedzialnym za kradzież jest morderca o pseudonimie "Creeper". Jedynym człowiekiem, który może odnaleźć skradziony przedmiot oraz schwytać groźnego przestępcę jest Sherlock Holmes.

1944 - Sherlock Holmes i Kobieta Pająk

1945 - The House of Fear - Sherlock Holmes bada sprawę serii zagadkowych zgonów, poprzedzonych dostarczeniem pestek pomarańczy do ofiar.

1945 - Pursuit to Algiers - Sherlock Holmes oraz jego wierny towarzysz - doktor Watson zostają wynajęci do ochrony księcia Nikolasa.

1945 - Kobieta w zieleni - Sherlock Holmes próbuje wytropić seryjnego mordercę młodych kobiet w Londynie. Podejrzewa groźnego kryminalistę Moriarty'ego...

1946 - Sherlock Holmes i tajny szyfr

1946 - Sherlock Holmes: Pociąg do Edynburga -  W pociągu z Londynu do Edynburga zostaje zamordowany pasażer, który miał przy sobie cenny przedmiot. Dochodzenie przeprowadza Sherlock Holmes.

Widziałam dwa filmy z tej listy. Ostatni, o którym nawet pisałam tu, całkiem mi się podobał. Obejrzałam także "Kobietę w zieleni", ale nie za bardzo było co opisywać. Latem, a być może i teraz, w niedzielę rano, ale też chyba nie każdą, można było spotkać te filmy na bodajże Stopklatce.

Trzymajcie się, M

niedziela, 1 listopada 2015

Jechać nad morze szukać gór

Hello!
Od nieco ponad miesiąca mieszkam w Gdańsku, a tu jeszcze nie pojawiły się żadne zdjęcia. Na obrazy wody i Bałtyku nie macie co liczyć, bo morze samo w sobie zupełnie mnie nie interesuje i gdybym tylko mogła, najchętniej wyjechałabym na studia w góry. Ale trzeba się cieszyć tym co się ma więc w Gdańsku odnalazłam kilka wzniesień. Dziś pokazuję Bastion i Górę Gradową.










 Lepiej chodziło mi się po Bastionie, na dodatek okazało się, że jest on naprawdę bardzo blisko akademika, ale mam wrażenie, że dużo lepiej wyglądają zdjęcia z Góry. Do tego niestety pogoda nieszczególnie mi sprzyjała, jak widać było szaro i pochmurnie, a w drodze powrotnej złapał mnie deszcz. Ale polecam wybrać się na spacer w jedno albo drugie miejsce, a najlepiej oba, chociaż są od siebie trochę oddalone.








Na koniec chciałam się jeszcze podzielić takim małym przemyśleniem w temacie pożegnań. Nie tak ostatecznych jak sugerowałby dzisiejszy dzień, ale bardziej codziennych. Ostatnio zdałam sobie sprawę, że nienawidzę pożegnań. Gdy ktoś bliski wyjeżdża, mam wrażenie, że tworzę horkruksy, moja dusza jest rozrywana a jej cząstkę zabiera osoba, która wyjeżdża. Jeśli tylko mogę tego uniknąć to się nie żegnam. Traktuję to zbyt poważnie. Tak samo jak słowa: "Do zobaczenia". Jak obietnicę. Która w wielu przypadkach pozostaje niespełniona.

Trzymajcie się, M
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...