sobota, 31 grudnia 2016

2016 - Podsumowanie

Hello!
Kończy się kolejny rok i chociaż, funkcjonuję bardziej w kategoriach roku akademickiego niż kalendarzowego, to podsumowanie roczne tak dobrze się pisze.


Styczeń
Rok zaczęliśmy z "Sherlockiem i Upiorną Panną Młodą"  a nawet podwójnie, bo pojawił się także Sherlock wyszywany półkrzyżykiem. Pojawiła się recenzja książki "Kłamca. Papież sztuk". Oraz rozważania po pierwszym odcinku "Shadowhunters".
Po co wybierać jeden obrazek, skoro można pokazać wszystkie? 
Przy okazji będziecie mogli zobaczyć jak anime powoli przejmowało moje życie.

Luty
Post, z którego jestem dumna: Always  

Wszystko zaczęło się oczywiście od "Harrego Pottera" i chyba najbardziej znanego cytatu z rozmowy Dumbledor'a i Snape'a.
 "After all this time?

Alwyas"


A potem zauważyłam, że słowo always często jest prawie jak wyznanie miłości, albo je zastępuje i zaczęłam to nieco uważniej śledzić. 

Pojawiło się też kilka recenzji. "Deadpoola"  - był super, "Mozart in the Jungle" sezon pierwszy, raczej rozczarowujący, za to drugi sezon "Galavanta" to było coś.

Marzec
"Hamilton"! Notka, z której jestem bardzo dumna, zadowolona i samozachwycona. "Wesołe Kumoszki z Windsoru" pozostajemy w tematach teatralnych i powtórzę się po raz setny - jeśli jesteście w Gdańsku i akurat grają "Kumoszki" po prostu musicie na nie iść. I zdecydujcie się na miejsca stojące, nie pożałujecie. Ciekawy temat zainspirowany studiami - Czytanie na głos. I dwie recenzje, o których warto wspomnieć - "Zwierzogród" i "The Night Manager".

Kwiecień 
W styczniu pisałam po pierwszym odcinku "Shadowhunters" a w kwietniu po całym sezonie - "Shadowhunters" . W tym miesiącu okazało się także, że sekcja teledysków się rozrosła i zrobiłam małe podsumowanie - Nie tylko w kinie i teatrze X. Było też ambitnie pod względem teatralnym - "Rozmowa po "Burzy"" oraz "Królowa śniegu" . Co prawda Rok z anime będzie miał swoje podsumowanie, ale nie mogę nie wspomnieć o Szekspirze w anime. Kolejna notka z kategorii: jestem super szczęśliwa, że ją napisałam.

Maj
To był miesiąc superbohaterski - "Civil War" oraz "X-Men Apocalypse". Jednym z najczęstszych haseł po jakich ludzie trafiają na bloga jest "noga w gipsie" w różnych odmianach i okraszona różnymi innymi słowami, a popełniłam na ten temat jeden wpis - 10 spostrzeżeń osoby z nogą w gipsie. I nie mogę zapomnieć o recenzji "Dwóch panów z branży".

Czerwiec
Obejrzałam drugi sezon "Mozart in the Jungle" i podobał mi się bardziej niż pierwszy. Widziałam też 3 sezony "Peaky Blinders" prawie na raz i zakochałam się w tym serialu. Z filmów pojawiła się recenzja "Alicji po drugiej stronie lustra", a z książek "Pani Noc". Napisałam też alfabetyczne podsumowanie roku akademickiego w Gdańsku - Od A do Z życia w akademiku, na studiach i w Gdańsku.

Lipiec
Byłam w Niemczech i moje pisanie opierało się na wcześniej przygotowanych postach i ciekawych rzeczy jest nieco mniej. Wyszywanie  Jane Eyre i Pan Rochester, kilka kadrów z "Herkulesa" , oraz moje urodziny w zdjęciach - Cały dzień, co godzinę.
 
Sierpień
Trochę zdjęć z Niemiec - Wycieczka po Bad Soden oraz Ogród Koreański. Oraz jedna rzecz, której gdyby nie wyjazd, nie miałabym okazji przeczytać - Manga "Hamlet". Popełniłam też wpis o Najbardziej inspirującej osobie w internecie. Pojawia się też recenzja filmu "Mr. Holmesa". W sierpniu blog obchodził też 4 urodziny - Wyznania blogerki, albo 4 urodziny bloga.

 
Wrzesień
Jeszcze raz o Niemczech - "Frankfurt - miasto i ludzie". W moim mieście odbywał się  Festiwal Teatralny InQbator - Brak słów - InQbator 2016 . W drugiej części roku zwiększa się liczba recenzji i notek o książkach - "Kancelaria"  i "Chemia śmierci".


Październik   
Powrót do Gdańska. Nieco wcześniejszy niż było to konieczne, bo razem z Bliźniaczkami wybrałam się na "Romea i Julię"Dość ważnym postem jest dla mnie ten o Riennaherze. Do tego jedne z Waszych ulubionych postów, czyli te dotyczące studiów - tu ZIArtu, a tu filologii polskiej. Z recenzji - pojawiła się książki Szymona Hołowni "Święci codziennego użytku".


Listopad
Prawie same recenzje, a i w ramach Roku z anime pojawiły się nieco ambitniejsze treści. Zaczynamy od "Doctora Stranga" oraz "Fantastycznych zwierząt i jak je znaleźć" poprzez kilka kadrów z "Planety skarbów" aż po "Japonki nie tyją i się nie starzeją" oraz "Harry Potter i Przeklęte Dziecko". Pytanie tylko, jakim cudem miałam na to wszystko czas?


Grudzień
Z niecierpliwością czekałam na pierwszy tydzień grudnia, aby opublikować dwie książkowo-blogowo-vlogowe notki, czyli Blogerzy książkują i Vlogerzy książkują. Nieoczekiwanie miałam też możliwość w tym miesiącu zobaczyć w Teatrze Muzycznym w Gdyni jeden z moich ulubionych musicali - Najtragiczniejszy friendzone świata - "Notre Dame de Paris". Do końca dobiega też akcja Rok z anime, a najważniejszym anime i przy okazji wpisem na blogu i na facebooku zostało: Najlepsze anime na świecie - "Yuri On Ice" . To moja ulubiona, najważniejsza notka w tym roku. Grudzień był w tym roku wyjątkowo produktywny i zapowiada to dobrze na przyszły rok.


Bardzo się cieszę, bo powoli, ale systematycznie odnotowuję na blogu polepszenie statystyk i każdy rok jest coraz lepszy. Dziękuję, że jesteście!
W sumie pojawiło się 175 wpisów, o 10 mniej niż w 2015, z czego 51 dotyczących anime. A 8 absolutnie najważniejszych dla mnie wpisów to: Always, Hamilton, Szekspir w anime, Manga Hamlet, Najbardziej inspirująca osoba w internecie (podpowiem, że to Krzysztof Gonciarz), wpis o Riennaherze i wszystkie z grudnia, które wymieniłam wyżej, ale "Yuri!! On Ice" jest na pierwszym miejscu.

Nie poprawiałam wyników czytania, a wręcz było źle, ale dokończyłam "Wojnę i pokój", w sumie z listy BBC trzy książki. Natomiast nieco lepiej było w "Czytam literaturę angielską" ze względu na dramaty, które czytałam na studia, ogólnie 11 tytułów.

Nad prawdziwymi planami na 2017 zacznę się zastanawiać, gdy skończę semestr, czyli w lutym. Póki co utrzymuję plan pisania wtorek, czwartek plus weekend. Ale do tematu wrócimy przy podsumowaniu Roku z anime. 

Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku, LOVE, M

czwartek, 29 grudnia 2016

Wojny - "Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie"

Hello!
W zeszłym roku tłumaczyłam się dlaczego serię Gwiezdnych Wojen obejrzałam dość późno. Przy okazji "Łotra 1" muszę tę kwestię wytłumaczyć jeszcze raz. Otóż bałam się GW. Słowa wojny i gwiazdy połączone w jedno wyrażenie przerażały mnie totalnie. Potem okazało się, że to opowieść o miłości nie wojnie i nie ma się czego bać. A w "Łotrze 1" dostałam dokładnie ten element GW, którego bałam się, gdy byłam młodsza. Plus tonę ciężkich uczuć i emocji na koniec. 

 Jego lubię, to najciekawsza postać w całym filmie.
Bardzo podobało mi się tłumaczenie tytułu jako "Łotr Jeden" - tak jakby ktoś zwracał się do niegrzecznej, ale uroczej (patrz: Han Solo) osoby. I być może dałam się zwieść własnej wizji tego filmu i nawet późniejsza zmiana na cyfrę mnie nie zaalarmowała, a powinna była.

Przez pierwsze 40 minut filmu praktycznie nic się nie dzieje. To znaczy ja byłam przez taki czas w stanie skupić się na tyle, aby wyczekiwać zasadniczej części filmu, potem się poddałam. Opuściłam gardę i dałam się podejść, jak się później okazało, ale do tego dojdziemy. "Łotr 1" bywa nudnawy, niektóre sceny są zdecydowanie za długie. Wiem, że były przypadki drzemek na sali. Mogło to być też spowodowane tym jak ciemny jest film. Planety albo nieprzyjazne albo pada, albo jedno i drugie, a jak nie to akcja dzieje się w ciemnych pomieszczeniach. Dopiero ostatnie miejsce jest jaśniejsze, ale to wcale nie jest dobry znak. 

 Pięć bardzo ciekawych postaci, ale oprócz jednej-dwóch cech szczególnych i od razu bardzo wyróżniających nie wiemy nic. Potrzebujemy prequela do prequela (do prequela?), aby ich wykorzystać.

Początek filmu to historia rodzinna i po pierwsze, wszystkie pobudki bohaterów są mocno naciągane, a po drugie, to chyba ktoś naoglądał się "Interstellar". Ale nie potrafię się przeczepić, bo pełnego poświęcenia ojca głównej bohaterki gra Mads Mikkelsen. Natomiast sama bohaterka... W zestawieniu z Rey z "Przebudzenia mocy" wypada blado. Nawet bez porównania nie jest szczególnie ciekawa. Drugoplanowe postaci dookoła są bardziej interesujące niż ona. Nie mamy też zbyt wiele czasu, aby tak naprawdę je poznać, na szczęście są na tyle charakterystyczne już od pierwszej chwili, w której pojawiają się na ekranie, że bardzo łatwo zapałać do nich sympatią. Problemem jest jednak, to jaką niepołączoną zbieraninę oni stanowią. Uzasadnienie wszystkiego w tym filmie rebelią jako wspólnym punktem odniesienia, to trochę za mało.


Nie jestem specem od Gwiezdnych Wojen i ich świata, dlatego jeśli nawiązania były subtelne, to ich raczej nie zauważałam. Ale jedno było nie tylko niesubtelne, a wręcz nachalne, do tego biorąc pod uwagę wydarzenia jakie mają miejsce po tych słowach, to jeszcze zmieniają kompletnie sens tego cytatu. Nie można go tak bezkarnie używać. Bo następnym razem już będziemy wiedzieć, że to nie tylko uczucia są złe. Poza tym chronologicznie to nawiązanie jest bez sensu i irytujące. Ale jednocześnie stanowi jeden z dwóch żartów jakie są w filmie.

 Uważam, że Felicity Jones wygląda w tym stroju absolutnie uroczo.

Uwaga, dalej są spoilery, bo inaczej nie sposób opisać ostatniej części filmu.
Z jakiegoś powodu byłam przekonana, że ten film się dobrze skończy. Jak wspominałam wyżej, po pierwsze dałam się zwieść tłumaczeniu tytułu, po drugie nie wierzyłam, że w GW coś może się tak skończyć, po trzecie pierwsze minuty filmu mnie w tym utwierdzały. Ale podskórnie czułam,  chociaż uchroniłam się od spoilerów, że to będzie zupełnie inny film niż przypuszczam. A wiedziałam, że będzie źle, gdy robot został zniszczony. Robotom nigdy nic się przecież nie dzieje! Nawet go nie polubiłam (i chyba należę do nielicznych osób, ale jak można twierdzić, że on jest fajniejszy niż BB-8?), ale to co się z nim stało było jasnym dowodem, że jednak przeczucie było słuszne. I takim sposobem przepłakałam całą końcówkę filmu, zanosząc się szlochem, gdy kolejna postać bohatersko ginęła. Ale najbardziej pokonana zostałam sceną, gdy Leia odbiera plany. Pisałam o tym na facebooku, ale napiszę raz jeszcze: wiadomość o śmierci Carrie Fisher przeczytałam wychodząc do kina. Ostatnie sceny dotknęły mnie bardzo. (Nie wspominając o tym, że dziś (29.12) do tego dołączyła wiadomość, że nie tylko oglądanie GW będzie teraz dziwne, bo także "Deszczowa piosenka" nie będzie taka sama, po córce zmarła matka - Debbie Reynolds)

"Łotr 1" to zupełnie inny klimat niż pozostałe filmy z serii. Może nie zupełnie to wciąż GW, ale odkrywanie nie zawsze jasnych stron jasnej strony, tak samo jak odkrywanie niekoniecznie ciemnych stron ciemnej strony, jest tematem do dalszej pracy.

Trzymajcie się, M



wtorek, 27 grudnia 2016

Sympatyczne i urocze - "Doctor Who" Christmas Special 2016

Hello!
Świąteczną tradycją wrażenia na bieżąco ze specjalnego odcinka "Doctora Who" - "The Return of Doctor Mysterio".

Od poprzedniego sezonu moja relacja z Doctorem jest bardzo skomplikowana, nieszczególnie czekałam na ten odcinek, ale dziwnie bym się czuła, gdybym nie obejrzała go tuż po świętach.


Zaczynamy.
Komiks, a to ciekawe.
Doctor-nietoperz i dzieciak, co go nie chce wpuścić, bo trzeba zawołać mamę, grzeczny chłopczyk.
Mleko i ciastka, MIKOŁAJ!
Więcej komiksów! A Doctor taki błyskotliwy i taki do tyłu.
Ale ma nawet swój superbohaterski pseudonim.
Jaki milusi.
Grant to zjadł jak nic. No, wiedziałam.
Oooooooooooooooooooooooooooooooooooooo
Więcej dzieci w odcinku, naprawdę sympatycznie. W końcu nasz bohater jest nianią.
I superhero jednocześnie.


Robi się jeszcze ciekawiej. Jakaś większa intryga się szykuje.
Akuku!
Trochę to straszne.
BOHATER! O, tak, jest super.
Nie użyjesz tej mocy. Taaa, jasne...
Wielka moc to wielka odpowiedzialność <3
Ohhhh, to trochę wyjaśnia. Trochę dużo.
Co ciekawe, Doctor faktycznie wydaje się przejmować losami Granta.
TIGER!
Pani dziennikarka jest nawet ciekawsza niż się wydawało. A intryga straszniejsza.
Doctor jest prawie dumny z Granta. 
Śliczna scena z rozmową telefoniczną.


Co ten Doctor kombinuje. Jakoś się narracja cały czas rozjeżdża na część Doctora i Granta i są ze sobą jednak zbyt lekko połączone. Ale ogląda się tak dobrze, że prawie nie zwraca się na to uwagi.
Ale Doctor cały odcinek jakiś taki nieswój.
Tokio? To by wyjaśniało wcześniejsze sushi. I popijają herbatkę w czarkach.
Kolacja poszła w dobrą stronę... A ona nie patrzy! I za późno.
Chociaż w sumie ci kosmici jacyś mało oryginalni, było już tyle podobnych planów i w sumie podobni kosmici też już byli... Ale akcent tego odcinka położony jest zupełnie gdzie indziej, więc nawet niekoniecznie ciekawi przeciwnicy nie rażą.
Ale okazja, aby wcisnąć wszystkie możliwe przyciski na konsoli zawsze jest dobra.
Nowy Jork taki biedny, zawsze muszą go atakować, a nawet nie jest stolicą.
Urocze.... <3
Ładną mówkę miał Doctor na koniec, wzruszyłam się. On chyba też.


Zapowiedź sezonu chyba przekonała mnie do Bill, a bardziej dlatego, że widziałam Nardola, który także tam będzie więc jestem nieco spokojniejsza. A także urywki z odcinków zapowiadały całkiem ciekawe przygody.

Bardzo miło spędzona godzina, bawiłam się naprawdę dobrze oglądając odcinek świąteczny i myślę, że nawet będę do niego wracać. Warto jeszcze wspomnieć, że aktorzy Justin Chatwin (Grant, niania, superhero) i Charity Wakefield (Lucy, dziennikarka) wykonali kawał świetnej roboty.

Pozdrawiam, M

niedziela, 25 grudnia 2016

Zima

Hello!
Mam nadzieję, że spędzacie miłe, ciepłe, rodzinne święta z dala od smartfonów (stwierdzenie o odkładaniu telefonu i spędzaniu czasu z rodziną w rzeczywistości było najczęściej powtarzanymi życzeniami, jakie widziałam w internecie w tym roku, każdy to powtarzał; znak czasów) i cieszycie  się niepowtarzalną atmosferą tego Święta. Zostajemy wśród choinek, a także w oczekiwaniu na śnieg, z kilkoma zimowymi zdjęciami.








Wszystkie zdjęcia pochodzą z mojej ulubionej strony od zdjęć, czyli Libreshot.

LOVE, M

środa, 21 grudnia 2016

Najlepsze anime na świecie - "Yuri On Ice"

Hello!
Nie spodziewałam się, że anime o łyżwiarzach, na które czekałam z przeogromną niecierpliwością, odkąd tylko usłyszałam, że ma się pojawić zostanie tak wielkim fenomenem, że nawet Zwierz Popkulturalny się nim zainteresuje (co prawda nie czytałam jej tekstu, nie chcąc się sugerować). Nic nie zapowiadało, że "Yuri On Ice" (albo "Yuri!!! On Ice") stanie się jednym z najciekawszych anime tego roku. Powodem mojego wstawania o 5.30 tylko po to, aby na spokojnie obejrzeć odcinek jeszcze przed wyjściem na uczelnię. Praktycznie jedynym tematem rozmów z K, z czym wiązało się przeżywanie, radość i szczęście. Przyczyną prawdopodobnie najdłuższej notki. I padnięcia tumblra po ostatnim odcinku.
(Niżej są spoilery. Raczej małe, ale czasami dodatkowo ostrzegam. I proszę o wybaczenie, że mieszam czasy gramatyczne, ale notka była pisana na raty, część przed 12, a część już po ostatnim odcinku) 


Sportowym anime ostatnio nie dzieje się dobrze. Albo inaczej są dwa o ugruntowanej i niezachwianej pozycji liderów i są to "Haikyuu" oraz "Kuroko no Basket", kolejne sezony wychodzą, pojawiają się kolejne filmy i fani są zadowoleni. Natomiast żadne sportowe dwunastoodcinkowe anime w ostatnim czasie nie było powalające. Aż do teraz. 


Punkt wyjścia jest następujący: Yuri Katsuki to światowej klasy japoński łyżwiarz, ale ogromnie nie powodzi mu się na finale Gran Prix, załamuje się i wraca w rodzinne strony, aby odpocząć. Jeździ na miejscowym lodowisku, a trojaczki jego przyjaciółki (które notabene nazywają się: Axel, Lutz i Loop) nagrywają go, gdy powtarza układ swojego idola - rosyjskiego czempiona Victora Nikiforova i umieszczają nagranie w sieci. Film staje się bardzo popularny i Victor także w końcu go ogląda. Po czym zjawia się w Japonii, przyprawiając Yuriego o zawał nie tylko samym pojawieniem się, ale także informacją, że zostanie jego trenerem. I obserwujemy ich wspólną drogę do finału GP. 


Pierwsze 2 odcinki oglądałam to anime zła, później mi przeszło. Chciałam serię o łyżwiarzach i łyżwach, a dostałam jakieś ecchi dla kobiet, bo napisać, że to był fanserwis to za mało. Ale postaci i choreografie były tak niesamowite, że mogłam przymknąć na to oko. Tym bardziej, że miałam wrażenie, że tam jeszcze się coś kryje, tylko nie wiedziałam co.


A potem się okazało, że to nie jest ani fanserwis (znaczy to jest, ale wbrew pozorom nie jest istotą), ani nawet shounen ai. "Yuri On Ice" to mniej więcej schemat shoujo mangi, szkolnego romansu, ale między mężczyznami. Z tym, że realizuje go nawet lepiej, a co ciekawsze z prędkością światła uwalnia się także od tego szablonu i rusza w swoim własnym kierunku. Co oznacza ogromny postęp w postrzeganiu relacji męsko-męskich w świecie anime. I jak się może okazać później wszelkich relacji. Tym bardziej, że zasadniczo Yuri i Victor są równymi sobie postaciami (i nie chodzi o pozycję głównego bohatera, a równość w zdolności do podejmowania działań). Chociaż początkowo Yuri jest dość nieśmiały z czasem, ta relacja tak pięknie i naturalnie się rozwija, że momentami ma się wrażenie, że ogląda się postępową bajkę z Ameryki, a nie japońskie anime. Szok. I chociaż są typowo animowe zagrania i schematy, to wszystko nic.


W 7 odcinku następuje przełom. Zaskoczenie i szok. Fandom szaleje, bo choć od pierwszego odcinka oczywistość pary Yuri i Victor (Victuri) była jasna, to nawet najśmielsi fani nie spodziewali się, że twórczyni (do której fandom zwraca się Kubo-sensei i niesie to ze sobą więcej znaczenia, niż się wydaje) postanowi pokazać na ekranie ich pocałunek. I to w bardzo publicznych okolicznościach. Bo choć twórcy anime (ogólnie) bardzo sprawnie i zręcznie grają sugestiami, fanserwis mają opanowany na mistrzowskim poziomie, to najczęściej magiczna granica w seriach dla więcej niż jednego konkretnego odbiorcy, nie jest przekraczana.


W tego typu anime, podobne przykładny kojarzę tylko w 3 tytułach. W "Mirai Nikki" chociaż wątek pojawia się i znika w jednej chwili, jest całkiem istotny dla całości. W "My Youth Romance Comedy Is Wrong, As I Expected" główny bohater ma uroczego kolegę i czasami zapomina, że to chłopak, a ta ciekawość pokazana jest bardzo naturalnie. Warto jeszcze wspomnieć o "No.6". Bo chociaż anime klasyfikowane jest jako shounen ai, to zdecydowanie odbiega od pewnych standardowych schematów tego gatunku. "Yuri On Ice" nie do końca jest shounen ai, ale do jakiegoś porządku trzeba ten tytuł włączyć. Albo poczekać i zobaczyć czy YOI nie jest prekursorem całego nowego gatunku, albo przynajmniej, mam nadzieję, rozpocznie nowy sposób pokazywania relacji.


To jest po prostu historia o miłości, albo bardziej zakochiwaniu się, i nie robi różnicy czy postaciami jest dwóch facetów, czy byłaby to para chłopak i dziewczyna, czy dwie dziewczyny. Bo to uczucie dla wszystkich działa tak samo. Niby oczywista prawda, ale w całym kontekście jest to niesamowicie odkrywcze. Love wins.


Tym samym wpisywanie "YOI"  nurt yaoi i bardzo popularne hasło "Yaoi On Ice" jest wręcz niesamowicie krzywdzące dla tytułu i twórczyni. Yaoi nie ma pozytywnych konotacji, poczytajcie sobie na Wikipedii, czy gdziekolwiek i już po krótkim researchu dowiecie się, że równość, naturalność czy delikatność raczej nie wpisują się w ten gatunek i kłóci się to mocno, z tym co oglądamy w kolejnych epizodach "Yuri On Ice". 


Tym bardziej, że obserwujemy sobie jak Victor i Yuri chodzą zwiedzać i ogólnie spędzają ze sobą czas, tak normalnie. Te stwierdzenia wydają się dziwne, to znaczy dziwne może wydawać się to, że trzeba je stwierdzać, ba, trzeba je podkreślać, ale jest to konieczne, bo nie wszędzie i nie dla każdego są oczywiste. W czasie oglądania można na przykład odkryć, że pokazywanie zwiedzania w anime nie musi być nudne, a scenę lotniskową równie dobrze może odegrać dwóch facetów.


Ale, ale to brzmi zbyt pięknie, aby było prawdziwe, dlatego na sam koniec jedenastego odcinka zamiast czegoś uroczego dostajemy cliffhanger nie z tej ziemi. Obawiam się, że słowa, które wypowiada Yuri do Victora mogły spowodować liczne załamania nerwowe, zawały, a ogólnie wywołały trwogę i poruszenie wśród fandomu. Przez ilość teorii, co też mogło to znaczyć, ciężko się przebić, a jednocześnie fani pokładają ogromną nadzieję w twórczyni (We believe in you, Kubo-sensei). Sama się bardzo wahałam, co też mogło to oznaczać. Bo z jeden strony moje believe było ogromne, a z drugiej to jest japońska animacja i złe zakończenie byłoby, wbrew pozorom, równie prawdopodobne. A złe oznaczałoby rozstanie Vica i Yuriego.

 Gdy oglądałam ten odcinek, to spadłam z krzesła, gdy Victor zagwizdał.

Jeszcze jedna ciekawa rzecz. W czasie zawodów to nie działa tak, że Yuriemu wszystko wychodzi. Wręcz przeciwnie, bardzo często mu nie wychodzi. To bardzo dobrze, bo całość wypada prawdopodobnie, a rzeczywistość anime nie jest naciągana.  Ale wiąże się to także z tym, że rywalizacja jest na najwyższym poziomie w związku z czym, na finale GP wszyscy łyżwiarze starali się pokazać z jak najlepszej strony. Yuriemu wyszło średnio, Yurio wypadł absolutnie doskonale i to on ma zdecydowanie większe szanse na wygraną. W ostatnim odcinku odnajduje się także to, czego brakowało mi na poprzednich zawodach czyli Gala.


Dwunasty odcinek. Rozpocznijmy od tego, że wielu prawdziwych łyżwiarzy ogląda "YOI" i są na to dowody, a twórcy do ostatniego epizodu zaprosili Stephana Lambiela, a dla wyjaśnienia Lambiel jest trenem Denissa Vasilijysa i zabrał go ze sobą na nagranie i ogólnie jest to mega urocza historia. A w jedenastym był Nabunari Oda, sympatyczny japoński łyżwiarz. Ogólnie wielu łyżwiarz się odnajduje w animowanych postaciach, ale o kwestii głównych bohaterów napisałam na samym dole.
Jak się skończyło (albo i nie, bo szanse na kolejny sezon się przeogromne)? Wiara w Kubo-sensei się opłaciła się bardziej niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Koniec był dobry i na pewno będzie kolejny sezon. Nie pamiętam kiedy oglądając coś płakałam ze szczęścia,  a tu się po prostu nie dało inaczej. To nie było zbyt piękne, aby było prawdziwe, to było cudowne, idealne, doskonałe i miało miejsce. Mogę umierać szczęśliwa. To jest najlepsze, najcudowniejsze anime na świecie, definicja piękna i dobra.


Teraz czas na to co kocham najbardziej, a nie dość, że prawie o tym zapomniałam, to jeszcze po napisaniu większości notki, nie miałam pewności czy w ogólne uda mi się to wcisnąć. Ale K. bardzo sugestywnie przekonywała, że trzeba napisać o Yurio więc teraz skupię się na postaciach. O Yurim wiecie już co nieco z opisu fabuły i powyższych akapitów, ale trzeba usystematyzować te informacje, ponieważ nasz główny bohater bardzo się zmienia, albo odkrywa samego siebie w ciągu tych 12 odcinków. Początkowo załamany, ale się nie poddaje i trenuje program Victora, który ten potem ogląda i przybywa do Hastetsu, aby trenować Yuriego. Powoli, dzięki wpływowi Victora, Yuri zaczyna zyskiwać pewność siebie w różnych dziedzinach życia. Z samą jazdą na łyżwach ma to pośredni związek, ale objawia się głównie w zachowaniu i słowach Yuriego do Victora przed i po występach, które to z czasem stają się coraz śmielsze. Jednak tak naprawdę na całą historię najlepiej patrzeć z perspektywy samego Victora, a szczególnie po 10 odcinku, który zaskakuje każdą minutą coraz bardziej, aż do totalnego rozwalenia systemu od środka. Opisanie tego dokładnie byłoby zbyt wielkim spoilerem, ale ważne jest to, że jego zakończenie nie tylko wyjaśnia wiele spraw, ale także dokłada nowe znaczenia do wszystkich poprzednich odcinków, a co istotniejsze słów Victora. A sam bohater jest chodzącą pewnością siebie, która przeżywa kryzys twórczy, potrzebuje inspiracji i wsparcia, bo nagle odkrywa, że samotność nie jest fajna. Przy okazji jest też łyżwiarskim geniuszem i najgorętszym sportowym kawalerem świata. Ale niestety presja, tak wewnętrzna jak i zewnętrzna, prowadzi do odpuszczenia sezonu. Jednym z pytań anime jest to, czy Victor po przerwie da rade powrócić na lód i dalej osiągać sukcesy.


I Yurio. Małe, wredne kociątko, które zaskakująco często okazuje się sympatycznym chłopakiem. Wygrał GP Juniorów, a w sezonie, gdy Victor trenuje Yuriego, przechodzi o seniorów. Co oznacza że mamy dwóch Yurich (bo Yurio to rodzaj ksywki, a naprawdę jest Yuri). Którzy jeszcze przed sezonem GP ze sobą rywalizowali w specjalnym wydarzeniu w Hasetsu. Główny Yuri przez Yurio nabawia się kompleksów, bo w przeciwieństwie do Rosjanina (Yurio i Victor to Rosjanie, Yurio pojechał za Vickiem do Japonii, ale wrócił do Rosji) Yuri nie jest szczególnie utalentowany, a po prostu kocha jeździć. Yurio to także chodząca pewność siebie, ale to bardziej rodzaj reakcji obronnej na świat niż jego charakter, bo wystarczy popatrzeć na jego uczucia wobec dziadka, czy późniejsze zachowania wobec Yuriego, kiedy zaczął mu kibicować. A potem nawet znalazł przyjaciela. Rozbieżność w tym, ile można na pisać na temat Victora i Yurio, a ile na temat Yuriego, może sugerować, że głównemu bohaterowi brakuje charakteru, ale to nie prawda, można być spokojnym, psychologizacja postaci w tym anime stoi na bardzo wysokim poziomie.


Oprócz nich jest całe mnóstwo postaci drugoplanowych, rozpoczynając od rodziny i przyjaciół Yuriego, trenerach i kadrze Rosji, a skończywszy na wszystkich innych łyżwiarzach, ale długość tej notki i tak jest zatrważająca więc z bólem serca muszę odpuścić ich opisywanie.

Popularny motyw wśród fandomu: Victor i Yuri jako tatusiowie Yurio. Zwany Proud Dads albo Daddys.

Muzyka  Z tego co wiem, wszystkie piosenki do programów zostały napisane specjalnie do anime. Po pierwszych dwóch czy trzech odcinkach bardzo intensywnie ich szukałam i byłam bardzo zdziwiona, że wszystko są to oryginalne utwory,  a nie gotowe klasyki.  A to ogromy plus i wielki szacunek dla twórców, bo piosenki są niesamowite, bardzo różnorodne i piękne. W skrócie: to jeden z najlepszych soundtracków. Podobnie  jak same programy, ale z nimi jest ten problem, że wiele zależy od tego jak zostały zaniomowane, a to nie zawsze były szczyty zdolności animatorskich. Wręcz przeważnie nie były, ale z drugiej strony w odcinku potrafiło być po 6 układów. Te najważniejsze, czyli krótki i dowolny Yuriego i krótki i dowolny Yurio, szczególnie w pierwszych wykonaniach to są wyżyny zdolności, program Victora "Stay Close To Me" jest po prostu niesamowity. A na określenie poziomu animacji w ostatnim odcinku brakuje skali w górę.  Natomiast reszta, czyli programy innych postaci, to jak kiedy wyszło, w zależności od elementu, czy odcinka, a bardzo często zdarzało się że genialne animacje były łączone z bardzo złymi. Trzeba przyznać, że patrzenie czasem boli, ale przeważnie jest co mniej dobrze i nie można odmówić animatorom dynamiki (płynności można), która czasami ratuje gorsze występy.
Anime stanowi dla mnie nieustanną inspirację dotyczącą czesania włosów. Fryzura Yurio to obecnie moje ulubione uczesanie.

Tak błyskawicznego pojawienia się fandomu nie widziałam nigdy w życiu. A jednocześnie tak kłócącego się i mającego tak różne postrzeganie na pojawiające się kwestie. Ogólnie fandom "YOI" jest bardzo intensywny w przeżywaniu wszystkiego, tworzeniu teorii i ton fanartów. A szybkość z jaką pojawiają się w internecie prace czy cracki dotyczące odcinka, który dopiero co wyszedł jest jak prędkość światła, pojęcia nie mam jak ludzie to robią. A absolutnie ulubionym tematem jest życie Yuriego i Victora jako małżeństwa. Mój ulubiony, który pojawił się bardzo wcześnie, to para Victor-Yuri występująca jako para taneczna w zawodach. To też jedna z ogólnych teorii spiskowych fandomu na dalszy rozwój fabuły. (Spoiler: TO SIĘ DZIEJE).

PS. Bo w emocjach nie dopisałam tego wczoraj, ale fakt, że pierwszym układem jaki widzimy w serii jest TEN układ Victora, który, on wykonywał na zawodach, a Yuri w tym samym czasie pokazywał go Yuuki i te wykonania się przenikają, a ostatnim jest TEN sam układ, ale Victor i Yuri tańczą go razem jest absolutnie fenomenalny i pokazuje jak bardzo całość była przemyślana. Nie wspominając o tym jak genialnie pokazuje to rozwój postaci i całej historii, a także jak z narracyjnego punktu widzenia jest to mistrzowskie posunięcie.

Ostatnia kwestia, ale wymagająca wspomnienia. Najbardziej znanym japońskim łyżwiarzem jest Yuzuru Hanyu, natomiast rosyjskim Jewgienij Pluszczenko. Otóż, o ile można przyjąć, że Yuri i Victor byli w jakiś sposób inspirowani tymi postaciami, bo jest to zbyt oczywiste, aby to wyprzeć, to fandom ubzdurał sobie, że można w prosty sposób uznać, że postaci są tymi osobami. I odwrotnie. Szczególna eskalacja tego problemu miała miejsce do 6 odcinka, potem już logicznie byłoby trudno utrzymać tę tezę. Co nie zmienia faktu, że nie problem był, bo ludzie naprawdę wymyślali i wyobrażali sobie nie wiadomo co. Przyznaję, że jak się okazało, że Pluszczenko jest Wiktorowicz to przypadkowość została jeszcze bardziej podkopana, ale pod żadnym pozorem, w żadnym wypadku nie można postawić znaku równości pomiędzy Yurim i Yuzuru (tak te imiona też są podobne) a Jewgienim i Victorem.
Taka ciekawostka, gdy robiłam rewatch 3 pierwszych odcinków zwróciłam uwagę na liczbę punków Victora  w finale GP - 335,76. Obecny światowy rekord punktów należy do Yuzuru i wynosi 330, 43.

Mam nadzieję, i mam nadzieję, że nienaiwną, że to anime naprawdę coś zmieni. To trudna, wyboista i daleka droga, ale Yuri i Victor naprawdę tworzą historię.

LOVE, M

wtorek, 20 grudnia 2016

Iluminacja w Parku Oliwskim 2016

Hello!
W sobotę oficjalnie zapalono iluminacje w Parku Oliwskim. Wszyscy nie mogą wyjść z zachwytu, sypią się ochy i achy, ilość zdjęć przytłacza internet, więc trzeba było jechać i zobaczyć na własne oczy. To nic, że Oliwa jest dokładnie po drugiej stronie Gdańska.





























Największą furorę robiły świetlne ściany z pierwszych dwóch zdjęć, praktycznie nie dało się tamtędy przejść. Z resztą, poruszanie się po całym oświetlonym Parku, było bardzo utrudnione. Przeciskanie się pomiędzy ludźmi nie służyło dobrze oglądaniu i zachwycaniu się iluminacją. Prawdę powiedziawszy, po tym co słyszałam, byłam pewna, że będzie to coś niesamowitego, a byłam lekko rozczarowana tym co zobaczyłam. Być może w nieco spokojniejszych okolicznościach, spacer wśród tych światełek byłby większym doznaniem estetycznym, ale w tłumie - nieszczególnym.

Natomiast poniższe światełka już chyba nie pochodzą z samego Parku Oliwskiego, ale nie jestem pewna jego dokładnych granic. W każdym razie tuż obok także była zorganizowana iluminacja i jeśli będziecie w  Parku polecam zajrzeć też tam.




Pozdrawiam, M


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...