czwartek, 29 września 2016

Wściekły antropolog ("Chemia śmierci")

Hello!
Każdy chyba natknął się na pierwszy akapit "Chemii śmierci": "Ciało ludzkie zaczyna się rozkładać cztery minuty po śmierci. Coś co kiedyś było siedliskiem życia, przechodzi teraz ostatnią metamorfozę...". Ja też. I pomimo tego postanowiłam przeczytać książkę w całości. 



David Hunter przeprowadza się do Manham, aby uciec przed przeszłością i zaznać odrobiny spokoju. Trwa on mniej więcej trzy lata - do czasu, aż dwóch chłopców znajduje niedaleko miasteczka zwłoki. David zostaje namówiony do powrotu do swojego poprzedniego zawodu, a to dopiero początek. 

Najpierw będę się czepiała - krótki opis z tyłu okładki (wiem, że to ma swoją nazwę, ale zawsze zapominam) sugeruje, że będzie to niesamowicie trzymająca w napięciu książka, taka po której nie można będzie spać i inne cuda. A prawda jest taka, że wcale aż tak bardzo tych emocji nie czuć, a na pewno nie od pierwszych stron. Akcja, choć rozpoczyna się mocno, później się wycofuje, na rzecz ekspozycji głównego bohatera, by następnie powoli, ale systematycznie wzrastać aż do osiągnięcia naprawdę ogromnego poziomu w punkcie kulminacyjnym. Najciekawsze jest to, że on sam jest podwójny. 

Emocje są ogromne, ale dopiero na koniec. Wcześniej, tak czytelnikom jak i Davidowi, są one bardziej wmawiane niż prawdziwe. Aż do chwili, gdy bohater zmienia się we wściekłego antropologa. Przemiana jest ogromna, można ją zrozumieć, choć jednocześnie autor niewystarczająco zadbał o przedstawienie relacji pomiędzy Davidem, a powodem jego wściekłości, co może sprawiać, że jego potrzeba działania wydaje się naciągana. 

Czym "Chemia śmierci" wygrywa? Tym, że David nie pomaga bezpośrednio w śledztwie, nie bawi się w detektywa-amatora, nie udaje, że zna się na pracy policji lepiej niż oni sami, a jedynie wykonuje swoją pracę jako antropolog. Do czasu oczywiście, ale jego późniejsze działania są umotywowane i nie byłoby głównym bohaterem książki, gdyby w końcu nie wziął spraw w swoje ręce. Od tego momentu książka staje się naprawdę bardzo dobra.

Samego bohatera poznajemy całkiem nieźle, ale książka ma tylko 250 stron, co sprawia, że nie na wszystko jest miejsce i przez skróty jakie czyni Simon Beckett, dość dobrze znamy jego przeszłość, a jednocześnie jego teraźniejszość w aspekcie życia prywatnego jest dość słabo zarysowana, a powinna być lepiej, biorąc pod uwagę późniejsze wydarzenia książki. Nie można natomiast nic zarzucić części dotyczącej pracy Davida. Oprócz dwóch wstawek podobnych do fragmentu rozpoczynającego książkę, autor odpuszcza szczegóły i czytanie o tym co robi jest raczej intrygujące niż straszne. 

Zakończenie książki jest z gatunku "najciemniej pod latarnią", ale nieco bardziej skomplikowane. Obnaża naprawdę najgorsze ludzie instynkty, uczucia i zachowania, udowadnia, że określenie "zezwierzęcenie" nie wzięło się znikąd. Robi wrażenie.

Jeszcze jedną rzeczą, na którą zwróciłam uwagę był sposób narracji - jakby z David z przyszłości opowiadał o tym, co się wydarzyło, ale jednocześnie napisane jest to tak, że jesteśmy przekonani iż czytamy o wydarzaniach na bieżąco. Pojawiają się liczne dopowiedzenia głównego bohatera na ich temat typu: "miałem później tego bardzo żałować", itp. I od razu czytelnik się zastanawia, co się takiegoż stanie i dlaczego David będzie żałował. 

Trzymajcie się, M

wtorek, 27 września 2016

M i praktyki

Hello!
W niedzielę skończyłam praktyki w Ostrołęckim Centrum Kultury i była to jedna z najfajniejszych rzeczy w moim życiu. 


Nie pamiętam kiedy dokładnie wpadłam na pomysł, że mogłabym odbyć praktyki u siebie na miejscu, w OCK, ale była to doskonała myśl. Chciałam spędzić w domu jak najwięcej czasu, a wiedziałam, że będę 6 tygodni w Niemczech. Napisałam email do działu Marketingu i Promocji, i zamiast negatywnej odpowiedzi, otrzymałam prośbę o szczegóły, liczbę godzin, itp. Nawet nie wiecie jak się ucieszyłam, gdy w kolejnej wiadomości przeczytałam, aby złożyć wniosek i będziemy umawiać się na termin kiedy mogę zacząć. Ponad tydzień chodziłam i wszystkim się chwaliłam. 

Muszę się przyznać, że myślałam, że tylko ja jestem taka pomysłowa, aby mieć praktyki w OCK, ale nie byłam pierwszą praktykantką. Nawet w tym samym czasie, co ja był pan na stażu (którego widziałam i nawet z nim pracowałam) oraz jakaś druga dziewczyna (której nie widziałam, ale podobno była). 

W weekend przed pierwszym dniem denerwowałam się bardzo. Niestety nie mam cudownego daru podchodzenia do rzeczy na zasadzie wyzwania, przygody i ciekawego doświadczenia, zamiast tego się martwię, denerwuję i stresuję. Najczęściej niepotrzebnie, bo wszystko się jakoś układa, ale to po prostu naturalna reakcja organizmu, nawet jak sobie wmówię, że będzie dobrze. A tutaj miało mnie czekać coś zupełnie nowego i nie miałam pojęcia co. Mogę się oszukiwać, ale nie znoszę tego co nieznane, nie wiadomo jakie będzie i niezaplanowane, w niespodzianki też nie jestem najlepsza. Wolę wiedzieć z góry (i najlepiej z dużym wyprzedzeniem) co i jak. Ale wróćmy do praktyk. Oczywiście okazało się, że to nic strasznego, a jedną z ich ciekawszych części była praca w kinie. Nic nadzwyczajnego - sprawdzanie biletów, a po sensie ewentualnie posprzątanie sali, nauczyłam się też sprzedawać i rezerwować bilety i podpatrywałam pracę przy kasie.

Dzięki temu obejrzałam filmy, których w innych okolicznościach pewnie bym nie zobaczyła ("Julietta" - opis ma się praktycznie nijak do tego co w filmie, bohaterka nieszczególnie aktywnie szuka córki; "Nowe przygody Alladyna", o których popełniłam nawet osobny wpis; "Smoleńsk", bo się nadarzyła okazja; "Nerve" chociaż nie znoszę Emmy Roberts, film naprawdę nie był najgorszy; "Bridget Jones 3" i śmiać się nie przeszkodził nawet fakt, że nie widziałam dwóch poprzednich części i "Sługi boże", o którym nawet nie wiedziałam, że powstaje dopóki nie poszłam pracować do kina). Zostając na moment przy "Smoleńsku" - mam niemałą zagwostkę dotyczącą jedzenia bądź niejedzenia w kinie. Daleka jestem od tego by komuś zakazywać, rozumiem, że popcorn to pewien element rytuału wyjścia do kina itd. a jednocześnie mam wrażenie, że są pewne filmy, na których być może jednak popcorn nie wypada. I być możne właśnie takim filmem jest "Smoleńsk". Z drugiej (albo i trzeciej) strony przecież kino to nie teatr, jedzenie nie jest wyrazem braku szacunku (a może jest?) przecież ani reżyser, ani aktorzy tego nie widzą. To niejedzenie być może pewnego rodzaju pokazaniem szacunku do historii przedstawionej (i nie chodzi tu o tę nieszczęsną dziennikarkę i jej śledztwo, ale o fakt, że tam zginęli ludzie). Ale tu znów jest problem, czy to powinno w takim razie odnosić się do wszystkich filmów gdzie ktoś ginie (oni i tak nie widzą co robimy na sali kinowej - chyba, że widzą i wtedy dopiero byłoby ciekawie), czy tylko takich, które oparte są na prawdziwych wydarzeniach. Bo już innym elementem tej dyskusji jest to czy współwidzowie szanują siebie nawzajem jedząc w kinie, ale tę kwestię zostawmy na kiedy indziej.  Zdecydowana większość osób, która przyszła obejrzeć ten film nie wnosiła popcornu. Podobną sytuację pamiętam z seansu filmu "Bogowie", gdzie też popcornowych ludzi praktycznie nie było. Co Wy sądzicie o jedzeniu w kinie?

Wszystkie panie i panowie, z którymi miałam do czynienia w trakcie praktyk, byli to przemili ludzie. Z jednym wyjątkiem. Gdy niczego się nie spodziewałam jedna z pań po rozmowie ze mną stwierdziła, że nie nadaję się do pracy w kulturze. Ale od początku. Rozmawiałam z panią między innymi na temat, tego że nie wyglądam na swój wiek, ale za to wyglądam jakbym była zaskoczona, smutna i zaraz miała się rozpłakać jednocześnie. Niektórzy mają Resting Bitch Face, a ja mam chyba jakąś ulepszoną wersję. Pani chyba myślała, że nie mam w domu lustra i sobie nie zdaję sprawy. Cóż, mam i doskonale wiem jak wyglądam, ale na rysy twarzy pod tym względem nic nie poradzę. To był jednak tylko początek. Potem zaczęło się czepianie mojego charakteru. Jestem osobą nieśmiałą i raczej wycofaną, ale jak muszę, to zrobię naprawdę wiele. Ale pani stwierdziła, że skoro nie potrafię wpaść do biura cała w skowronkach, pytając się wszystkich "co tam?" i z jeszcze większym entuzjazmem "co mam robić?" to nie nadaję się do pracy w kulturze. Być może nie powinnam tego brać do siebie. Jedna wzięłam, bo doskonale zdaję sobie sprawę z mojego charakteru. Troszkę się załamałam. Na szczęście inne panie, szczególnie moja opiekunka, uważały (i mam nadzieję, uważają nadal) inaczej. 

To oczywiście tylko mały wycinek, ale chciałam bardziej podzielić się emocjami niż pracą, a z InQbatora jest oddzielna relacja tu.

Trzymajcie się, M

sobota, 24 września 2016

"Re: Zero Kara Hajimeru Isekai Seikatsu"

Hello!
Sezon letni anime się kończy więc zaczyna się sezon podsumowań. Zaczynamy od 25 odcinkowej serii, która na pewno będzie konkurowała o tytuł najlepszego anime roku.


"Re: Zero Kara Hajimeru Isekai Seikatsu"
Obejrzałam pierwszy odcinek tego anime, bo rzuciło mi się w oczy coś związanego z Szekspirem, ale epizod mnie nie przekonał więc nie kontynuowałam oglądania. Do czasu, aż w połowie sezonu, zaczęły podnosić się głosy, że może to być najlepsze anime lata. Nie chciałam ominąć tego fenomenu i zaczęłam nadrabianie.


Subaru Natsuki to zwyczajny licealista, który pewnego dnia wychodząc ze sklepu przenosi się do innego świata. Kiedy zaś zostaje napadnięty przez bandę opryszków, z opresji ratuje go piękna, srebrno-włosa dziewczyna. Chłopak postanawia zostać z nieznajomą, by w jakiś sposób jej się odwdzięczyć, jednak nie jest on wtedy jeszcze świadom strasznego przeznaczenia jakie na niej ciąży. Gdy dwójka ta zostaje wkrótce zaatakowana przez wrogów, obojgu nie udaje się przeżyć tego starcia. W tej właśnie chwili Subaru dowiaduje się, iż posiada moc „przewinięcia śmierci”, cofnięcia się w czasie do momentu kiedy pierwszy raz postawił stopę w tym dziwnym świecie. Jest jednak jedno ale – tylko on pamięta co się wydarzyło. (animezone.pl)


Od drugiego odcinka do mniej więcej 7-8 nie mogłam się oderwać od przedstawionej historii. Obejrzałam je praktycznie na raz. Anime mają problem z zaskakiwaniem widza, bo opieraja się na schematach, a temu się udaje i pod tym jednym względem Re:Zero nigdy nie zawodzi. Potem zaczęły się schody. Zachowanie i pomysły naszego głównego bohatera zaczynają być więcej niż głupie, a ich oglądanie to wyjątkowo irytująca czynność. Chce się wejść ekran i zacząć na niego wydzierać, do tego stopnia, że można zawiesić oglądanie by się uspokoić. 


Oglądanie wywołuje wszystkie i skraje emocje - zaskoczenie, ciekawość, jest intrygujące, zaskakujące, irytujące, męczące, głupie. I od początku. Prawie zapominałam, że anime bywa też całkiem, całkiem zabawne. Do tego tytuł ma skłonność o zapominaniu o wprowadzonych wątkach i postaciach, czasami o ich motywach. Ale ilość akcji jakoś to tuszuje. Niestety tu też jest problem, bo wydarzeń jest sporo, ale jeśli chodzi o aspekt opowiadania historii to tytuł niestety nie należy do najlepszych. Za dużo w nim dziur. Nawet jak na anime.

Braki nadrabiają postaci drugoplanowe (bo do głównego bohatera odnoszą się bezpośrednio te same zarzuty, co do całego anime, czyli te z początku poprzedniego akapitu). Emilia pojawia się na początku, potem nieco znika, by znów pokazać się pod koniec sezonu, ale to ona jest przyczyną, motywacją i początkiem wszystkiego. Może się nie wydawać, ale tak naprawdę to jest anime o miłości i o tym ile Subaru jest w stanie zrobić dla Emilii. Uwaga spoiler - wszystko. Z tym, że tutaj w też wątek ucieka, bo początkowo fabuła prowadzona jest tak, że bohater ma pomóc jej w wygraniu wyborów, a potem się o tym zapomina. Chyba, że rozwój tego elementu przewidziano na kolejny sezon. Jakoś sobie nie wyobrażam, żeby mógł nie powstać. 


Ram i Rem wyróżniają się bardzo, ich historia jest bardzo ciekawa, a relacja Rem i Subaru to jedna z lepszych rzeczy jaka się wydarzyła w anime. Całkiem interesujący jest też Wilhelm oraz rycerze Julius i Felis, na szczęście dla naszego głównego bohatera, postanowili go nauczyć życia, w mniej lub bardziej brutalny, ważne, że skuteczny, sposób.


Do tej pory nigdy nie miałam aż takiego problemu z jednoznacznym ocenieniem jakiegoś anime. Bo chociaż ma wiele wad i błędów, rzucających się w oczy dziur fabularnych oraz wygląd tytułu dla kategorii wiekowej 13+ to jednocześnie, nie można mu odmówić bycia powiewem świeżości (chociaż temat podróży w czasie też jest ostatnio mocno na tapecie) oraz tego, że akcję ma na wyższym poziomie niż większość podobnych anime. Być może fakt iż wzbudza tyle różnych emocji jest najlepszą rekomendacją, aby sprawdzić jak Wam się podoba. Warto jeszcze wspomnieć, że sama ścieżka dźwiękowa i utwory wręcz wyprzedziły popularnością samo anime.

Trzymajcie się, M

czwartek, 22 września 2016

Natchnienia jesień 2016

Hello!
Z letnimi natchnieniami nie zdążyłam na czas, jakim cudem tego nie wiem, ale jesienne są punktualnie.

Kiedyś lubiłam jesień, ostatnio chyba się starzeję, bo od tygodnia tylko myślę, o tym czy bardzo głupio byłoby zacząć nosić już rękawiczki. Wełnianych skarpet przynajmniej nie widać.

Starałam się znaleźć źródła zdjęć, ale na tumblr jest to dość trudne lub wręcz niemożliwe. 












LOVE, M

wtorek, 20 września 2016

Brak słów - InQbator 2016

Hello!
3 dni, 13 spektakli, parada, wernisaż wystawy fotograficznej, finał Lekcji Kultury Fizycznej, gra Maska. A wcześniej działania promujące festiwal InQbator w szkołach - Duża Przerwa. Widziałam wszystko.

A brak słów w tytule, to nie dlatego, że poziom festiwalu był niski, tylko dlatego, że jest to festiwal teatru ruchu, pantomimy, performansu i działań łączących te formy. A milczenie często wyraża więcej niż tysiąc słów.

Zdjęcia pochodzą ze stron - moja-ostroleka.pl oraz eostroleka.pl

Calineczka - Ostrołęcka Scena Autorska 
Piękne, cudowne przedstawienie, znam Calineczkę i nigdy nie spodziewałabym się, że mogłabym, aż tak wzruszyć, a się wzruszyłam bardzo. Śliczne było.

Marcel - Teatr Warszawskiego Centrum Pantomimy
Niestety spóźniłam się na początek i później trudno było mi wczuć się w historię. Była to opowieść biograficzna o Marcelu Marceau - mimowi, nauczycielowi Lionela Ménarda.

 
Mewa - Lwowski Akademicki Teatr Woskresinnia 
Ostrołęczanie bardzo lubią ten teatr, z wzajemnością chyba. Mewa, w porównaniu z następnymi plenerowymi spektaklami, nie była aż tak widowiskowa, chociaż, oczywiście, szczudła, ogień, fajerwerki były jak najbardziej, za to było to przedstawienie na podstawie Czechowa więc stanowiło opowieść i miało jasną fabułę.




CMOK - Teatr Scena 
Spektakl dla dzieci. Trochę historia o smoku i szewczyku, trochę o każdym. Z mojej perspektywy ciekawsze od samego przedstawienia było obserwowanie reakcji dzieci na to, co robili aktorzy na scenie. Fascynujące zjawisko, ponieważ dzieci albo wcale, albo nie do końca rozumieją to, że aktorzy grają, ogromnie przeżywają ich przygody. Krzyczą, wstają i bardzo wczuwają się w scenę, nie mają poczucia, że teatr to przestrzeń sakrum. I to jest cudowne, w jak naturalny sposób dzieci odbierają spektakle. 

Wieczór współczesnej pantomimy - "Wieczór etiud" Studio Warszawskiego Centrum Pantomimy 
Bardzo lubię pantomimę właśnie w formie etiud. Fascynuje mnie to, jak w tak krótkiej formie, jedynie ruchem, gestem i mimiką aktorzy są w stanie ukazać tysiąc razy więcej niż gdyby próbowali to powiedzieć. Etiud było 12, a najciekawsze według mnie to: "Na pełnym morzu", "Cabaret" i " Nie zapomnę".



Historie, których nigdy nie opowiedzieliśmy - Lubelski Teatr Tańca
Jak bardzo mi się ten spektakl nie podobał. Z tego co wiem, teatry tańca ogólnie niezbyt się popisują na InQbatorze i wielu ludziom się nie podobają. Głównie dlatego, że próbują bazować na taniej sensacji, a tutaj to nie przejdzie. Spektakl był nieco autobiograficzny - zawsze mnie to zastanawia, jak aroganckim trzeba być by uważać, że swoje życie może zainteresować zupełnie obce osoby. Miał lepsze momenty - szczególnie te, w których aktorzy postanowili się nie odzywać tylko tańczyć. A pod tym względem prym wiedli panowie, ich solówki były warte uwagi, ale poza tym nic wartego uwagi.



Gdybyśmy byli kotami, nikt by nas nie zatrzymał - Teatr Strefa WolnoSłowa
Premierowy spektakl, poruszający, o losach uchodźców. Po tytule się tego nie spodziewałam, ale gdy już się wie, o co chodzi i tytuł staje się jasny. Rekwizytami były koce termiczne (te srebrno-złote folie) - ciekawy pomysł, a temat bardzo na czasie.

 
Exultet - Teatr A 
Spektakl o poszukiwaniu i stawaniu się na motywach, podstawach opowieści biblijnych od Starego Testamentu, Mojżesza aż po ukrzyżowanie, a wszystko okraszone dużą ilością efektów - ogień, dym i fajerwerki. Pod tym względem było to jedno z bardziej widowiskowych przedstawień.



Czarne i białe - Teatr Pod Orzełkiem
Spektakl dla dzieci, ale tak bardzo dla dzieci, takich w przedziale wiekowym 3-5 może 7. Pomysł fajny, prosty, ale wątpię czy rodzice bawili się tak dobrze jak dzieci.



Bal - Teatr Scena Kotłownia 
Z tego co udało mi się ustalić to przedstawienie po warsztatach z pantomimy w wykonaniu młodzieży. Co prawda oglądałam je od kulis, ale było całkiem fajne.


Karnawał wenecki - Teatr Gry i Ludzie 
Przepiękne, choć krótkie przedstawienie składające się z 4 epizodów. Najpierw żonglerzy popisują się swoimi umiejętnościami, później dwórki walczą o uwagę widzów i króla, a następnie szczudlarze - Księżyc i Słońce w walce o panowanie nad niebem, a następnie miłosny taniec Ptaka i Róży - co prawda ich chorografie nie robiły takiego wrażenia jak ich stroje, ale i tak było pięknie.


Les Aimants - Company Managano-Massip
Najpiękniejszy pod każdym względem spektakl. Fotografowie mieli używanie, bo gra świateł na scenie to było coś niesamowitego, a połączona z wręcz magicznym ruchem scenicznym dawała nieziemskie wrażenie. Przedstawienie opowiadało o parze, żyjącej razem, ale obok siebie stanowiło fenomenalne studium takiego przypadku. Nie bez przyczyny spektakl otrzymał największe brawa i owacje na całym festiwalu. Sami aktorzy wydawali się zdziwieni tym jak bardzo poruszyli mieszkańców Ostrołęki.


Płonące laski 4 - Teatr Akt
W ostatnim punkcie programu nastąpiła zmiana, na zamknięcie festiwalu miał wystąpić Teatr Klinika Lalek ze spektaklem Cyrk bez przemocy, ale chyba nie dojechali. Zamiast tego obejrzeliśmy Płonące laski 4. Przesympatyczny, lekko sprośny - płonące laski trzeba potraktować jak najbardziej poważnie - spektakl o tym jak w każdym wieku można się świetnie bawić. Totalna radość, szczęście i zabawa. Podobnie jak w innych spektaklach plenerowych aktorzy popisywali się umiejętnościami chodzenia na szczudłach oraz animacji ognia - to zawsze robi wrażenie. A pan, który do "Happy Birthday Sweet sixteen" tańczył na szczudłach to mój mistrz.

Nie mogę się doczekać przeszłorocznego InQbatora, M

niedziela, 18 września 2016

Pięknie do sześcianu ("Kimi no Na wa" ("Your name"))

Hello!
Na "Kimi no Na wa" czekałam odkąd na tumblr zobaczyłam pierwsze materiały promocyjne. Fotosy, kadry od pierwszego spojrzenia robiły ogromne wrażenie, były niesamowicie piękne. Później, gdy doczytałam, kto zajmuje się tym filmem, odrobinę się zmartwiłam, bo mój pierwszy kontakt z animacją Makoto Shinkai należał do średnio udanych. Na szczęście "Your name" nie tylko nie powiela błędów "5 centymetrów na sekundę", a wręcz, pod względem wizualnym, jest od niego jeszcze piękniejsze. 


Historia rozgrywa się wokół dwójki głównych bohaterów. Pierwszą z nich jest Mitsuha – uczennica liceum, spędzająca swoje życie w niezbyt dużej wiosce wraz z młodszą siostrą i babcią. Dziewczyna jest bardzo uczciwa i rzetelna, jednak nie znosi zwyczajów swojej rodziny, nie wspominając o ojcu, który jest politykiem i przez zbliżające się wybory praktycznie nie widuje się ze swoimi córkami. Największym marzeniem Mitsuhy jest skosztowanie życia w Tokio. Drugim z bohaterów jest Taki, licealista żyjący w samym centrum stolicy, zafascynowany architekturą i sztukami pięknymi. W wolnym czasie spotyka się ze znajomymi i pracuje w włoskiej restauracji. Pewnego dnia Mitsuha ma sen o byciu młodym chłopakiem. Taki również ma sen o byciu dziewczyną w małej wiosce w górach, w której nigdy nie był. Jaki jest sekret ich snów i doświadczeń? (animezone.pl)


Opis to zasadniczo tylko wstęp, historia głównych bohaterów jest dużo bardziej skomplikowana. A nie spodziewałam się szczególnie rozbudowanej fabuły i było to bardzo miłe, aczkolwiek, ze względu na to co się działo, smutne zaskoczenie. Nie byłoby jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki temu twórcy mogli zaszaleć z gatunkami i charakterem bohaterów. Zaczynamy więc od animacji fantasy, pierwszym elementem fabuły jest zamiana ciał naszych bohaterów w czasie snu. Próbują się oni dowiedzieć jak to działa, a później z tym żyć. Zostawiają sobie wiadomości, a ich przygody w tym czasie są zabawne. Do czasu, gdy proces ten znienacka ustaje.


Później animacja zaczyna nabierać nieco poważniejszych tonów. Robi się niesamowicie, przejmująco i aż do głębi serca smutna. Na szczęście to dopiero połowa czasu jej trwania więc jest nadzieja, że sytuacja zostanie opanowana. Ale w japońskich utworach nigdy nie wiadomo, w którą stronę pójdą twórcy. W tym wypadku skłonili się w stronę filmu superbohaterskiego w wykonaniu uczniów liceum. I, jakimś cudem, akcja ratowania głównej bohaterki i miasta pasuje do wcześniejszej części i stanowi jej rozwiązanie.

W wypadku tej animacji nie ma głupiego poczucia, że bohaterowie z innej bajki są wklejeni na niesamowite tła - wszystko jest spójne. A nawet więcej, bo piękno obrazu doskonale podkreśla piękno opowiadanej historii.

Do tego wszystkiego, oczywiście, dołącza element romansu. Jest jednak niezwykle delikatny, nieoczywisty (pomimo tego, że musiał się pojawić) i bardzo ładnie się rozwija. Nie trzeba dodawać, że nie jest łatwo - bohaterowie nie znają się osobiście, ale, ponieważ dzielili ciała, wiedzą o sobie bardzo wiele. Wystarczy to, aby zaczęło rodzić się uczucie. Które później było motywacją i motywem przewodnim działań głównego bohatera. Bardzo dobrze rozłożony był czas ekranowy Mitsuhy i Takiego, żadne z nich nie było ważniejsze i bardziej główne. Taki efekt nie jest łatwy do osiągnięcia, a w tej animacji mógł być kluczowy do tego, aby "Kimi no Na wa" trafiło zarówno do dziewczyn, chłopców, kobiet i mężczyzn. Jest to film dla każdego, wszyscy znajdą coś dla siebie.


Nie bez powodu animacja nosi tytuł "Your name" - niestety bohaterowie, gdy przestają zmieniać się ciałami, powoli zaczynają o sobie zapominać i nie pomaga nawet dalszy rozwój fabuły, który daje im możliwość spotkania. W tej scenie przekazują sobie inne wiadomości, niestety nie imiona. 

Widoki, animacja, kadry - totalnie niesamowicie piękne.

"Jeśli w pierwszym akcie pojawia się strzelba, to w ostatnim musi wypalić" - w wypadku "Kimi no Na wa" są dwie strzelby, na dodatek obie całkiem niematerialne. Pierwszą "zmierzch" jako czas, gdy dzieją się magiczne rzeczy. Drugą czas. To jak jesteśmy połączeni, jak on działa, wpływa na nas i jest jednym z motywów przewodnich całego filmu.

LOVE, M

środa, 14 września 2016

Perfumy #2

Hello!
Pierwszy post z reklamami perfum cieszył się zaskakująco dużym zainteresowaniem, a oto część druga. Dzisiejszymi bohaterkami są kobiety.

1. Natalie Portman
Miss Dior


2. Leighton Meester
Vera Wang Lovestruck


3. Blake Lively
Gucci Premiere


I dłuższa wersja



4. Lea Seydoux
Prada Candy



5. Scarlett Johansson
z Trentem Fordem
Calvin Klain Eternity Moment


z Matthew McConaughey (nawet nie będę próbowała tego odmieniać)
Dolce&Gabbana The One


6. Anne Hathaway
Lancome Magnifique


I druga wersja



7. Emily Blunt
Yves Saint Laurent Opium
Uwielbiam Reqiuem Mozarta, ale wykorzystywanie go w reklamie perfum jest nico dziwne. 


8. Keira Knightley
Chanel Coco Mademoiselle


LOVE, M

poniedziałek, 12 września 2016

Dać się wciągnąć ("Kancelaria")

Hello!
Korzystając z faktu, że nie byłam w domu, tylko u chrzestnej szukam w jej biblioteczce ciekawych książek. Tak trafiłam na "Kancelarię" Johna Grishama. Nazwisko obiło mi się już o uszy i to w bardzo pozytywnym kontekście więc postanowiłam dać szansę temu tytułowi.


Wally i Oskar mają kancelarię specjalizującą się w sprawach o uszkodzenie działa, odszkodowania, a ich hobby to uganianie się za sygnałami karetek pogotowia. Na dodatek jedynym prawem jakie stosują regularnie jest prawo ulicy i prawo dżungli, i nie raz byli oskarżani o naruszenie etyki zawodowej. David natomiast to pracownik wielkiej adwokackiej korporacji, z której pewnego dnia ucieka i w ciekawych okolicznościach trafia do "butiku" Wallego i Oskara. Panowie dają się wciągnąć w sprawę leku na obniżenie cholesterolu, świat pozwów zbiorowych i ogromnych sum pieniędzy. 

Opornie czyta się "Kancelarię", choć z każdą kolejną stroną jest lepiej. Ani Wally - alkoholik walczący z nałogiem, reklamujący usługi prawnicze wszędzie oprócz telewizji, bo Oskar się nie zgadza, a do tego straszny naiwniak po rozwodach - ani Oskar - straszy wspólnik, którego jednym marzeniem jest mieć święty spokój, który może osiągnąć rozwodząc się z żoną - nawet nie mają zadatków na postaci, które można polubić bądź być ich ciekawymi. W przeciwieństwie do Davida, który bardzo rozwija się na kartach książki i zasadniczo jest jej głównym bohaterem. I ma tę przewagę nad starszymi kolegami, że można mu kibicować w działaniach, których się podejmuje. 

Sprawa, nad którą prawnicy pracują nie jest, aż taka fascynująca jak mogłoby się wydawać. Dwie, poboczne sprawy, którymi zajmował się David w międzyczasie, gdyby opisać je ze szczegółami, byłyby tysiąc razy ciekawsze niż wątek krayoxxu. Choć i on ma swoje dobre momenty, głównie w czasie omówień postępowania przygotowawczego, na spotkaniach z sędzią oraz gdy dowiadujemy się jaką strategię będzie przyjmowało Varrick Laboratories, czyli, w skrócie, gdy jednymi postaciami, które sprawą się zajmowały nie byli Wally i David.

Książka zaczyna się robić naprawdę fascynująca gdzieś w 3/4, gdy nasi główni bohaterowie w końcu dowiadują się tego samego, co czytelnicy wiedzą już od jakiś 200 stron i muszą sobie z tą wiedzą poradzić, a jak łatwo się domyślić dla ich procesu nie jest to wiadomość pozytywna. Pomijając już nawet fakt, że samo rozpoczęcie prawdziwego procesu było dla naszych prawników zaskoczenie. Ale trzeba przyznać, że chociaż w tym momencie zaczęło się sypać wszystko, co posypać się mogło, David dzielnie sobie poradził i od stron, gdzie przebieg procesu był opisywany nie mogłam się oderwać. Książka byłaby lepsza, gdyby tak o połowę ją skrócić, naprawdę ta fabuła nie potrzebowała 500 stron.

Trzymajcie się, M

PS. Gdyby ktoś się zastanawiał czemu posty pojawiają się w nieregularnych porach oraz czemu aktywność na facebook'u wygląda podobnie, informuję - otóż jestem w trakcie praktyk. Będę o nich pisała pod koniec miesiąca i na początku października.

sobota, 10 września 2016

"Aldnoah.Zero" & "Code Geass"

Hello!
Anime jest niezwykle bogate w gatunki, rodzaje postaci i wszelkiego innego rodzaju podziały - sprawia to, że każdy jest w stanie znaleźć coś dla siebie. Dziś dwie serie mecha, których cechą wyróżniającą jest obecność humanoidalnych robotów sterowanych przez umieszczonego w nich pilota.

Aldnoah.Zero
Fabuła w tym dziurawa jak ser szwajcarski, motywacje bohaterów stoją na glinianych nogach, na dodatek większość z pierwszego planu ma po jednej cesze charakteru na głowę, ale nadrabiają te z drugiego, chociaż objawia się to głównie tym, że mają za sobą traumatyczne przeżycia. Większość problemów dałoby się w prosty sposób rozwiązać w dwóch pierwszych odcinkach, ale wtedy nie mielibyśmy co oglądać. A te konflikty pomiędzy poszczególnymi postaciami, jak i ogólnie Marsem a Ziemią, są nawet fascynujące z psychologicznego punktu widzenia.


W roku 1972 misja Apollo 17 odkryła na księżycu bramę czasoprzestrzenną pozwalającą na szybką podróż między Ziemią a Marsem. W 1999 roku wybuchła wojna między Ziemią, a Imperium Vers, jak nazwała samych siebie struktura utworzona przez nowych mieszkańców Marsa. W wyniku walk brama wymknęła się spod kontroli i doprowadziła do doszczętnego zniszczenia Księżyca, którego szczątki okrążąją teraz Ziemię. Po upływie 15 lat wciąż są one zamieszkane przez zmilitaryzowaną społeczność, której droga powrotna na Marsa została odcięta. Kiedy w wyniku niespodziewanego zamachu ginie ich księżniczka, która przybyła na błękitną planetę z misją pokojową, dochodzi do kolejnej wojny. Wojska Vers, złożone z żołnierzy pilotujących potężne mechy bojowe, w tym dowódców o pozornie niezwyciężonych maszynach, rozpoczynają natychmiastową ofensywę. Do walki przeciwko najeźdzcom włącza się uczeń o ponadprzeciętnej inteligencji, Inaho Kazuka. Ale czy jeden chłopak zdoła ocalić ludzkość przed wrogiem, z którym ta zdaje się nie mieć najmniejszej szansy? (shinden.pl)


Miałam lekkie obawy, co do ostatniego odcinka, bo naczytałam się, że nie jest on zbyt dobry i jeśli anime się podobało to lepiej go pominąć, ale gdzieś w połowie sezonu natrafiłam na informację, ze ma on dwa sezony więc nie martwiłam się tak bardzo.  Bo gdybym nie wiedziała, to chyba bym padła oglądając końcówkę.

On tego nie wymyślił. Było to w tym anime, było w "Code Geass", a jestem pewna, że to nie jedyne anime gdzie stwierdzenie "wojna jest formą negocjacji" występuje.

Jeśli poszukujecie postaci bez emocji, oto Inaho, genialny strateg, który umie tylko logicznie myśleć i tak też kategoryzuje swoje życie. Na przeciwwagę dostaje Slaina, oddanego przyjaciela księżniczki Marsa, chociaż sam pochodzi z Ziemi. Nie są bezpośrednio wrogami, ale na takowych są kreowani. W pierwszym sezonie, w drugim są, niestety, naprawdę. I to bardzo. A wystarczyłoby gdyby porozmawiali. Zasadniczo to oni biją się o księżniczkę, która jest tak nijaką, grzeczną, dobrą postacią, zupełnie niepasującą do pozostałych. Już ciekawszy charakter miała jej siostra pojawiająca się w drugim sezonie.

Mecha czy mechy to nie jest mój typ anime, to konkretne do 6 odcinka było bardzo nudne, potem okazało się, że jest przewidywalne i jest to jego najlepsza cecha, ponieważ oglądanie daje ogromną satysfakcję. Potem w drugim sezonie jest podoba sytuacja. Początek jest średni, ale ostatni odcinek to miazga. Wybaczcie kolokwialne określenie, ale to kolejne anime z bardzo słodko-gorzkim zakończeniem, nawet gdy bardziej lubiło się Inaho niż Slaina.


Najlepszym elementem całego anime jest muzyka. To z jej powodu zaczęłam oglądać "Aldnoah.Zero". W yt w proponowanych pojawiła się piosenka, włączyłam ją i przepadłam. Co prawda zanim włączyłam anime samej piosenki słuchałam bez przerwy przez jakieś dwa tygodnie, ale gdy już zasiadłam do oglądania, to okazało się, że nie tylko ta jedna - będąca endingiem jak się okazało - jest taka cudowna, bo cała ścieżka dźwiękowa jest absolutnie niesamowita.

 
"Code Geass"
Po namowach brata w końcu postanowiłam sięgnąć po "Code Geass". Poza tym potrzebowałam anime podobnego do "Aldnoah.Zero" i, nawet ku mojemu zaskoczeniu, okazało się, że tytuły są do siebie bardzo zbliżone. W swoich mocnych i słabych stronach, a także w zarysie fabuły.


Lelouch jest księciem Brytanii, żyjącym w ukryciu w Japonii - a właściwie strefie 11, bo tak nazywa się te tereny odkąd zostały podbite przez Brytanię. Prowadzi nudne, szkolne życie, zabawiając się wygrywaniem w szachy ze wszystkim dookoła. A przynajmniej się tak wydaje. Luluś układa plan zemsty za śmierć matki i pragnie utworzyć lepszy świat dla swojej siostry. Jego działania przyspieszają, gdy przez splot wypadków otrzymuje od C.C. moc - Geass, dzięki któremu ludzie są bezwzględnie posłuszni jego rozkazom. 


Jest jeszcze Suzaku, przyjaciel Lulusia z dzieciństwa, który też chce zmienić Brytanię, ale od środka więc zostaje zawodowym żołnierzem i myśli, że uda mu się coś w ten sposób zdziałać. Wydawać by się mogło, że Lelouch jest złą postacią, a Suzaku dobrą, ale sprawy są bardziej skomplikowane. Głównemu bohaterowi tak naprawdę zależy tylko na Nanali, o czym boleśnie przekonują się jego sprzymierzeńcy w ostatnim odcinku pierwszej serii. Ponad to Lulu cierpi na zaburzenia osobowości, które dodatkowo się pogłębiły, gdy został Zero. Niełatwo go polubić, ale niełatwo polubić też Suzaku, bo on, oprócz posiadania pięknego mecha, czyli Lancelota, nie robi nic. A przez mniej więcej 3/4 pierwszego sezonu najzabawniejszą rzeczą było to, że Lulu nie wie iż to właśnie Suzaku pilotuje białą maszynę.



Głównemu bohaterowi brakuje empatii i chociaż nie mam problemu z sympatyzowaniem ze złymi postaciami, to w Lulu ogromnie to razi. A jednocześnie nie można powiedzieć, że nie troszczy się o siostrę i osoby ze szkoły. Jednak trochę za szybko przechodzi do porządku dziennego nad sprawami, za które powinien być ukarany i ponieść konsekwencje. Możliwe, że nie ma sumienia. Do tego nawet jak narobi szkód z własnej głupoty to robi wszystko, aby przekuć to na swoją korzyść.


Na drugim brzegu jest Suzaku, który gnany własnymi demonami z przeszłości, a także późniejszym pragnieniem zemsty, rzuca się w wir wali i zabija sam, a nie jak Lulu wysługując się innymi, przez co nie ponosi konsekwencji swoich działań i nie bierze za nic odpowiedzialności. Porównując to do "Aldnoah" to Suzaku jest Slainem, a główny bohater Inaho. Tylko do drugiej potęgi i nawet bardziej tragiczni. Inspiracja szła od "Code", bo to anime z 2006 roku. Gdyby nie były to ogromne spoilery to zrobiłabym porównanie, ale rzeczy, które w "Aldnoah" wiemy od początku w "Code" wychodzą powoli i stanowią wielkie sekrety.


Drugi sezon od początku jest lepszy od pierwszego, a im bliżej końca robi się jeszcze lepszy. Z Lulu robi się postać prawdziwie tragiczna, a fabuła staje się brutalniejsza. Walk nie ma szczególnie więcej niż w pierwszym sezonie, ale wydarzenia dużo bardziej oddziałują na psychikę i uczucia bohaterów. Luluś zaczyna ponosić konsekwencje swoich działań, przysparzając wyrzutów sumienia także Suzaku i powodując ogromną zmianę jego zachowania.


Pojawia się kilka nowych postaci, ale w ciągu sezonu stopniowo, aczkolwiek widowiskowo, ich ubywa.
W czasie oglądania nie zapominajcie, że jednym z celów Lulu była zemsta za morderstwo matki i nie spadnijcie z krzeseł, gdy ten wątek będzie wyjaśniany. A samo zakończenie anime jest naprawdę dobre.
... a w ogóle - wszyscy kłamią. 

LOVE, M

czwartek, 8 września 2016

Jakaś pomyłka ("Nowe przygody Aladyna")

Hello!
Korzystam z praktyk w kinie i oglądam filmy. Dziś "Nowe przygody Aladyna", które nie są filmem dla dzieci, starszy widz może się pośmiać, ale ogólnie z seansu nie wynosi się nic.


 Aladyn traci znaną z bajki Disneya szlachetność. Nie jest już drobnym, uroczym złodziejaszkiem, kradnącym głównie po to, aby nie być głodnym, a staje się, co prawda mieszkającym na ulicy, ale kradnącym i oszukującym głównie dla zabawy złodziejem, znającym się na odpalaniu latających dywanów za pomocą kabli. Bohaterowi przybywa też lat, co wiąże się z tym, że choć wydaje się iż to film familijny, to bywa bardzo niesubtelny i taki raczej 12+. Jednak z utratą szlachetności Aladyn zyskuje przyjaciela, jednak na polu bycia filmem o przyjaźni też zawodzi. Teraz myślę, że jednym z błędów tego filmu jest to, ze nie wie do jakiej grupy wiekowej chce być kierowany. Wydaje się, że raczej do starszych, kompletnie nie sprawdza się jako "bajka", ale dla dorosłych jest zbyt naiwny. Choć pełen podtekstów. Różnych.


Na dodatek dzieje się jednocześnie na dwóch płaszczyznach - w rzeczywistości i jako opowieść bohatera. Który okłamuje swoją dziewczynę, że jest maklerem, a tak naprawdę to złodziejaszek, wykorzystujący zatrudnienie jako Mikołaj w centrum handlowym, aby je okraść wraz ze swoim przyjacielem. Jednak dopadają go dzieci rządne opowieści, a on zaczyna z Aladynem. Wraz z postępem opowiadania i odkrywaniem moralnych, i materialnych konsekwencji kłamania, następuje zmiana bohatera w rzeczywistości. Zdaje sobie sprawę, że kłamanie jest złe i wyznaje dziewczynie całą prawdę. Ona nawet nie jest na niego zła, bo są święta (czemu ten film miał premierę w sierpniu, a nie grudniu?) i wszyscy żyją długo i szczęśliwe. W bajce Jasmina (tutaj księżniczka nawet się tak nie nazywa) przynajmniej robi Aladynowi wyrzuty - tutaj nie ma nawet tego. Pisałam, że naiwny. 


"Nowe przygody Aladyna" to komedia, ale jakieś 90% jej śmieszności wynika z tłumaczenia, doskonale dostosowanego i wykorzystującego polskie realia. Oprócz "kończ już, wstydu oszczędź", bo zostało użyte bez potrzeby i w złym znaczeniu. Ale było odniesienie do gorszego sortu, pojawili się "4 pancerni", itp. Do innych elementów kultury popularnej też się odnosi, ale tu już trudno stwierdzić, co tłumacz, a co było, np: "...chcę mężczyzny o 50 twarzach" albo "Mój sssskarb", ahh i sceny a'la "Powrót Jedi". 


Film jest francuski i byłam pewna, że pracowały przy nim te same osoby, co przy "Asterix i Obelikx: Misja Kleopatra", bo schematy postaci, ich charakterystyka i sposób zachowania, są żywcem wzięte z tego filmu. Wezyr to gorsza wersja Marnypopisa, kolega głównego bohatera to Otis, itd. Chyba, że to pewne schematy charakterystyczne dla francuskich komedii. Myślałam, że to podobieństwo wydaje się tak wyraźne ze względu na tłumaczenie, ale robił je ktoś inny niż Asterixa. Nawet kwestia na zasadzie "a bez pałacu. nie ma pałacu" się pojawia. Być możne to pewien rodzaj hołdu dla twórców Asterixa. 


Innym problemem filmu jest to jego rytm. Początek nie jest najgorszy, wraz z rozwojem opowieści robi się coraz lepiej, ale popada w dłużyzny, twórcy zupełnie nie czują momentów, gdy powinni pokazać teraźniejszość, a gdy to robią, to tylko po to, aby bohater mógł opowiedzieć o szalonym pościgu na latających dywanach, bo jak łatwo się domyślić nie było ich stać, aby nagrać to z pomocą efektów komputerowych. Prawdopodobnie wszystkie pieniądze poszły na pseudoteledysk do piosenki, którą śpiewa Aladyn, gdy wjeżdża jako bogaty książę do Bagdadu. Po pierwsze ta wstawka jest żenująca, po drugie niepotrzebna, po trzecie za długa. Im bliżej końca tym bardziej widać, że budżet topniał jak lód, a film się dłuży. 


Nie byłoby Aladyna bez dżina, ale jak widzicie sama prawie o nim zapomniałam. Samo to już wiele mówi. Relacja dżin - Aladyn nie istnieje, dżin udaje, że ma wystrzałowy charakter, a nic w całym filmie nie wypada tak nieprzekonująco jak to że Aladyn ostatnim życzeniem oddaje mu wolność, Notabene, bohater licytuje się z dżinem i ostatecznie ma 6 życzeń. 

Trzymajcie się, M

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...