sobota, 29 października 2016

"Hatsukoi Monster" & "Taboo Tattoo"

Hello!
Chciałabym Wam na długi weekend polecić tytuły godne oglądania, ale na koniec podsumowania sezonu letniego zostawiłam dwa anime, nie warte Waszego czasu. Trzymajcie się od nich z daleka.


Hatsukoi Monster
W każdym sezonie wychodzi przynajmniej jedno wyjątkowo dziwne anime, w letnim przykładem może być właśnie Hatsukoi Monster. 


Kaho Nikaidu zakochuje się po uszy w tajemniczym nieznajomym, który ratuje ją od potrącenia przez samochód. Dziewczynę czeka jednak nie lada zaskoczenie, kiedy odkryje, że jej nowy bohater mieszka w tym samym bloku co ona… i nie skończył jeszcze podstawówki. (animezone.pl)


Nawet nie wiem dlaczego zaczęłam je oglądać. Nie widziałam go ani w zapowiedziach, ani o nim nie czytałam, ale włączyłam pierwszy odcinek i obejrzałam do końca. Nie było łatwo, to specyficzny tytuł opowiadający o uwaga, uwaga związku licealistki z uczniem piątej klasy podstawówki. Spokojnie, to anime od 13 roku życia, prawie nic niepokojącego się nie dzieje. Dziewczynom jednocześnie łatwo i trudno wczuć się w sytuację Kaho, najczęściej jednak chce się na nią nakrzyczeć, bo pomimo iż Kanade zdarza się zachowywać jak dżentelmen, to jednak dziecko ze wszystkimi wadami i dobrodziejstwem inwentarza, objawiającym się głównie w postaci jego szkolnych przyjaciół. I chociaż nieraz, byłam bardzo pozytywnie zaskoczona, przesłaniem jakie to anime niesie (tak, tak, zdarza się, że pod taką głupiutką otoczką przewijają się całkiem mądre rzeczy), to jest to lekka komedia, od której raczej szarych komórek nie ubędzie, ale o jakimś zysku też nie może być mowy.

Taboo Tattoo 
Zaczęłam to oglądać bez przekonania, ale z myślą, że pomysł ma potencjał. Chociaż od zapowiedzi słyszałam, że to nie będzie dobra seria. I nie była.


Justice Akazuka (przezwisko: Seigi) to młody chłopak nieźle wytrenowany w sztukach walki. Pewnego dnia ratuje on bezdomnego mężczyznę napadniętego przez bandę opryszków, ten zaś w zamian daje mu przedmiot, który odbija na dłoni chłopaka dziwny znak. Jak się prędko okazuje, nie jest to zwykły tatuaż – to specjalny rodzaj nowej broni obdarowujący swojego posiadacza nadnaturalnymi zdolnościami, takimi jak choćby zaginanie czasu i przestrzeni. Seigi spotyka też amerykańską agentkę o imieniu Easy, której misja polega na odzyskaniu rozproszonych tatuaży. Bohater postanawia jej pomóc, a tym samym ląduje w samym centrum międzynarodowego spisku. (animezone.pl)
 

Po pierwsze na początku tego nie zauważyłam, ale z każdym kolejnym odcinkiem rozumiałam coraz bardziej, że jest to anime typowo dla chłopców, głównie przez elementy eechi. Czasami jestem w stanie oglądać tytuły, w których to się pojawia, ale w tym wypadku, były one wyjątkowo niesmaczne. Historia opowiadana w "Taboo Tattoo" jest dziwna, zawiła i nieco niekonsekwentna. Wydaje się, że nawet w świecie przedstawionym jest nieprawdopodobna, a z czasem traci jakikolwiek sens.


Pozytywnie wyróżniają się postaci - dziewczyna-kot, Izzy i Tom, może też BB. Natomiast główny bohater to schemat, razem ze swoją najlepszą przyjaciółką. Największą tragedią tego anime jest jednak to, że pod względem animacji jest niesamowite i zupełnie nie zgrywa się z tym, co dzieje się na ekranie. W skrócie jest to głupi, aczkolwiek ładnie zanimowany tytuł. Nie oglądajcie. A zapowiada się, że będzie miał drugi sezon.

Pozdrawiam, M

czwartek, 27 października 2016

Ćwiczenia na studiach naprawdę istnieją!

Hello!
Druga część wtorkowego wpisu o studiach. Biorę pod lupę pierwszy miesiąc studiowania filologii i łączenia dwóch kierunków.


Zacznę od zajęć z mojej specjalizacji, a wybrałam edytorską. Historia książki i instytucji wydawniczych. Mam to szczęście, że lubię historię więc raczej nie uznam tych zajęć za nudne. A bardzo łatwo je tak określić. Oprawa redakcyjna książki. Ćwiczenia, na które muszę czytać słownik ortograficzny. Uczyłam się też znaków korektorskich. Ogólnie plan tego, co mamy na tych zajęciach robić jest ambitny i zastanawiam się, ile z niego zrealizujemy. Póki co muszę przygotować się na dyktando. Ciekawostka: ten przedmiot mam z bratem bliźniakiem profesora, z którym, na pierwszym semestrze ZIArtu, miałam teorie mediów.
Język łaciński z elementami kultury antycznej. Język to ćwiczenia, których nie znoszę najbardziej na świecie. Mam nadzieję, że szybko będę miała je za sobą. Z wykładem jest trochę lepiej, bo dotyczy bardziej tej drugiej części, czyli kultury antycznej. Jednak, oprócz prezentacji (trzeba było widzieć jak z prędkością światła zgłaszałam się do teatru antycznego - zboczenie ZIArtowe), będzie też testo-egzamin. Na który trzeba nauczyć się 6 stron sentencji, które przez półtorej godziny przepisywaliśmy, a na koniec prowadząca powiedziała, że wyśle ja nam mailem. Wstęp do wiedzy o współczesnym języku polskim - wykład, dotyczący 4 aspektów języka polskiego. A te aspekty są rozwijane później na ćwiczeniach, po jednym na semestr. Aby być dopuszczonym do egzaminu po drugim roku, trzeba wcześniej zaliczyć 5 komponentów (wykłady+ćwiczenia). W tym semestrze mam fonetykę z fonologią. Wiedza o kulturze. Nie ma zbyt wiele wspólnego z WOKiem ze szkoły. Zaczęliśmy od pojęcia kultury, rytualizacji, tradycji, ale będziemy też czytać takie bestsellery jak "Kultura jako źródło cierpień". Literatura powszechna do XVIII wieku - wykład i ćwiczenia. Zaczynamy od Biblii, Edypa przez Szekspira, po Wertera. Historia myśli humanistycznej. W skrócie Filozofia. Dokładnie to, czego się bałam, gdy w planie pierwszego semestru ZIArtu zobaczyłam to słowo. To znaczy, że będę musiała nauczyć się filozofów, poglądów i nurtów. 30 godzin w tym semestrze, 15 w drugim. Poetyka. Moje ulubione zajęcia w cały semestrze, również biorąc pod uwagę te z ZIArtu. Mamy cudownego prowadzącego, który tłumaczy wszystko nie tylko tak, że rozumiemy, ale powtarza pojęcia po kilkanaście razy w czasie zajęć. Od razu widać, że to prowadzący, nauczyciel z powołania. A ćwiczenia dotyczą wierszyków, ale od strony bardziej technicznej: strofy, wersy, itp. Stylistyka. Na pierwszych zajęciach zajmowaliśmy się wstawianiem przecinków w tekst i poprawianiem błędów ortograficznych, ale dokładny plan poznamy w ten piątek. Wydaje się, że te zajęcia będą doskonale uzupełniać się z oprawą redakcyjną książki. Literatura staropolska. Podobno najstraszniejsze, najgorsze zajęcia na całym pierwszym roku, a być może na całych studiach. Całkiem to możliwe. Lektur mamy od groma, do tego czytanie na bieżąco na ćwiczenia, a także podręczniki ze średniowiecza, baroku i renesansu. Do tego wejściówki (pierwsza już jutro), teścik z mitologi Parandowskiego. Ale jakoś mnie to nie przeraża. Być może powinno, bo podobno egzamin jest bardzo trudny. Zobaczymy. Literatura najnowsza. Zajęcia odbywają się co dwa tygodnie i będą dotyczyły poezji po 89 roku. Miałam dopiero jedno spotkanie, ale ćwiczenia wydają się całkiem sympatyczne. 

Kwestia dwóch kierunków.
NIKT NIC NIE WIE. A nawet jak wie, to nie wie. Na stronie UG, na stronach wydziałów, nawet w regulaminie studiów - jest za mało informacji. Albo inaczej, informacje być może są, ale niejasne i niepraktyczne. Brakuje jakiś jasnych wytycznych co, po kolei trzeba zrobić, do kogo, co zanieść, jakie zgody/podpisy są wymagane i ile czasu ma się na dostarczenie tych dokumentów. Na szczęście panie z dziekanatów są pomocne, bez nich byłoby ciężko. Sposobów na załatwianie IPS poznałam w ciągu tego miesiąca co najmniej 8. Do tego, jeszcze wczoraj dostałam kolejną informację. Mam nadzieję, że już ostatnią i że wszystko jest załatwione. Chociaż nie będę spokojna dopóki w elektronicznym indeksie, nie będę wpisana do odpowiednich grup. Takie szczęście, że na ZIA nie ma podziału na grupy ćwiczeniowe, to spore ułatwienie.
Dzięki tym przejściom, przynajmniej będę wiedziała, jak załatwić to w przyszłym semestrze, a w przyszłym roku (o ile utrzymam się na filologii) postaram się to zorganizować od razu na dwa semestry. 
Jeśli interesuje Was moje zmaganie z IPSem, to mogą napisać oddzielną notkę. Chciałam opisać to  w tej, ale ten akapit i tak niebezpiecznie się rozrósł. 

Czas 
W poniedziałki mam 3 wykłady, przerwę i ćwiczenia, od 8 do 16.30, tylko w starym budynku (czyli na filologii). Wtorki są najgorsze, co dwa tygodnie mam zajęcia od 8 do 20; oprócz ostatnich, wszystkie na ZIArcie. Środa, to bieganie między budynkami, muszę wykonać taki manewr 2 albo 3 razy, zależy czy mam literaturę najnowszą. Jeśli mam, to na 2 ostatnie zajęcia zostaję w starym budynku, jeśli nie, idę na neofilologię na podstawy prawne. Czwartek. Dziś miałam ostatnie zajęcia z architektury sceny w czwartkowym terminie (są przeniesione na wtorek) i od przeszłego miesiąca  czwartki mam tylko poetykę na ósmą. I dobrze, bo mam sporo czasu, aby przygotować się na piątkowe zajęcia, wśród których znajduje się literatura staropolska (wykład co dwa tygodnie, ćwiczenia co tydzień), ćwiczenia z łaciny, fonetyki i stylistyki (też co dwa tygodnie - wypada, tak że w jednym tygodniu mam rano wykład, w drugim zaczynam później i mam stylistykę). 
Na pierwsze trzy dni tygodnia, czy chcę czy nie chcę, muszę przygotowywać się w weekend, bo po zajęciach jestem praktycznie nie do życia. Ale, aby przygotować się na straszne piątkowe staropole i po prostu okropną łacinę, mam cały czwartek.

Czy cieszyłam się z powrotu do Gdańska? 
Nie. Bałam się go. Załatwiania spraw, wizji tego że będę musiała latać i zbierać podpisy, rozmawiać z mnóstwem różnych ludzi. Jak rodzice mnie odwozili, Mama stwierdziła, że wyglądam jakbym szła na ścięcie,  na co odpowiedziałam, że idący na ścięcie mają chyba lepiej, bo wiedzą, że to już koniec, a w moim przypadku, to dopiero początek. Byłam naprawdę zestresowana. Ale wiedziałam, że przecież rodzice nie zabiorą mnie z powrotem, muszę zostać i się z tym uporać. A jak coś muszę, to na 99,99% to zrobię. Dlatego teraz mogę cieszyć się, że udało mi się w miarę wszystko ogarnąć.
Co do samego miasta, to uwielbiam fakt, iż mieszkam tak blisko starego miasta i Długiej. Ogólnie Gdańsk bardzo lubię.

Trzymajcie się, M



wtorek, 25 października 2016

Sytuacja na drugim roku ZIArtu

Hello!
Otóż sytuacja wygląda tak, że praktycznie zostało nas 14 osób. Z 30, które się dostały, 27, które faktycznie rozpoczęły studia, około 23, które przetrwały pierwszy semestr, w trakcie drugiego wykruszyło się 9. Samo to powinno dać do myślenia. Albo po prosu jesteśmy feralnym rocznikiem, nie mamy nawet grupy scenicznej, i nie jest to wina tego, że te 17 osób rozczarowało się zarządzaniem instytucjami artystycznymi. (Zmiana -15 - dziś dołączyła do nas nowa koleżanka)


Żeby nie było wątpliwości, nie czerpię satysfakcji ze złego pisania o ZIA, próbuję być w miarę obiektywna i pokazać osobom, które planują studiować to, co ja, jak działa od środka. Inną sprawą jest, że pisząc jak jest, prawdopodobnie nikogo do ZIA nie przekonam, z tym, że to nie moja wina, a tego jak te studia wyglądają. 

Zacznijmy od tego, że plan ZIArtu jeszcze nie jest dokończony. Ze względu na przenoszenie zajęć i zmiany godzin, do tej pory nie wiemy kiedy będziemy mieć jedne zajęcia. Pominę ilość błędów jakie pojawiały się w pierwszych wersjach planu. Nikt nic nie mógł sobie zaplanować, bo co chwila okazywało się na przykład, że jakieś zajęcia są od grudnia, inne z powodu zmiany prowadzącego (dwa takie przypadki) będą się odbywały w innych godzinach. A to tylko czubek góry lodowej. W dwóch pierwszych semestrach się do tego przyzwyczailiśmy, w tym przeszliśmy od fazy śmiania się  do wściekłości. Od studentów oczekuje się, że będą traktowali uczelnię poważnie, a jak uczelnia traktuje nas? 

Przejdźmy do tegorocznych zajęć. 
Zarządzanie teatrem. Zajęcia co dwa tygodnie, z dyrektorem ds. administracyjno-technicznych z Teatru Muzycznego w Gdyni. Jednym z plusów ZIArtu są zajęcia z ciekawymi ludźmi. A plusem tych konkretnych zajęć jest, to że w Muzycznym grają "Notre Dame de Paris" i jeśli potrzeba jakiegoś przykładu, aby wyjaśnić dane zagadnienie, to produkcja tego musicalu idealnie się do tego nadaje. Od grudnia będę też miała zajęcia z Zarządzania Instytucjami Artystycznymi, ale o nich napiszę przy podsumowaniu semestru. Architektura sceny. Oczywiście chodzi o kontekst teatralny. Będziemy szli przez poszczególne epoki i typy teatrów i poznawali jak miejsca i przestrzenie, gdzie przedstawienia się odbywają, wpływają na ich odbiór. Teatr powszechny XXI wieku. Kontynuacja zajęć z XIX i XX wieku. Obecny teatr odznacza się tym, że próbuje szokować, ale na ludziach już mało co robi wrażenie. Czytamy jednak sztuki i o nich rozmawiamy. Sztuka a teatr. Druga część zajęć z poprzedniego semestru. Oglądamy i rozmawiamy, w tym roku między innymi o związkach teatru z video-artem, preformansem i filmem. Podstawy prawne działalności artystycznej. jedne z ciekawszych zajęć w tym semestrze, chociaż nie wydawałoby się. Analizujemy różne aspekty Ustawy o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej, ale także na przykład Kodeks Pracy. Angielski, w tym roku biznesowy. Do tego jeszcze semestr fonetyki. Także zajęcia z Czytania poezji mam po angielsku. Ostatnio zajmowaliśmy się sonetami Szekspira, fascynująca sprawa. A na zaliczenie będziemy organizować wieczorki poetyckie. Ze względu na drugi kierunek, nie mogę pojawiać się na zajęciach z Doktryn Artystycznych XX i XXI wieku oraz Planowaniu eventów kulturalnych. W listopadzie będę miała jeszcze 5 bloków zajęć z Zarządzania Zespołem. Z tego co wiemy, zespołem ludzików, nie takim muzycznym. W tym roku nie tylko piątki Ziartownisie mają wolne, ale, po zmianach, czwartki także. 

Dość skromnie się to prezentuje, w poprzednich semestrach więcej dało się napisać o poszczególnych zajęciach. 

W tym roku zobowiązani jesteśmy do samodzielnego zorganizowania warsztatów. Wbrew pozorom nie jest to ciekawe wyzwania, a efekt tego, że w zeszłym roku, ponieważ nie było chętnych do brania udziału w warsztatach organizowanych odgórnie i trzeba było (pierwszy raz w historii, czyli w ciągu 3 lat) je odwoływać. Obowiązek ten mają wszystkie lata, ale wina jest obecnego drugiego roku.

W czwartek część druga, dotycząca filologii i łączenia obu kierunków oraz tego czy cieszyłam się z powrotu do Gdańska.

Pozdrawiam, M

sobota, 22 października 2016

"D.Gray Man Hallow" & "Handa-kun"

Hello!
Zwykle staram się jakoś logicznie dopierać tytuły anime, a tym razem się nie udało. Jedynym wspólnym punktem obu tytułów jest to, że nie są to pierwsze sezony i z bohaterami mogliśmy zetknąć się już wcześniej. Z tym, że "D.Gray Man" to kontynuacja, natomiast "Handa-kun" opowiada o szkolnym życiu bohatera serii "Barakamon". 


D.Gray Man Hallow
Niespodzianka i szczęście dla fanów D.Gray Man powrócił do animowanej formy, niestety tylko na 13 odcinków. Za to jakich! W kategorii drugie sezony/kontynuacje Hallow zdobywa tytuł najlepszego anime lata. 


Chociaż oglądanie pierwszych odcinków do przeżyć lekkich, łatwych i przyjemnych nie należało. Odświeżono stronę wizualną, do czego można było się przyzwyczaić względnie szybko, chociaż te gładkie i śliczne postaci nie do końca pasują. Dużo gorzej było z faktem, iż zmieniono aktorów głosowych. Ich można zaakceptować gdzieś tak w połowie, co nie zmienia tego że gdy w ostatnim odcinku odzywał się Kanda, to pomimo mojej całej ogromnej miłości dla tej postaci, miałam ochotę wyłączyć głos. 

Ale wydarzenia, co tam się dzieje. Krótsza forma dobrze robi tej fabule. Zasadniczo pojawiają się dwie linie 1) Allen budzący się jako 14 i 2) przeszłość Kandy. Jeśli śledzicie mnie na twitterze, gdzie piszę po odcinkach to wiecie, że byłam najbardziej zainteresowana Kandą, który staje się obok Allena głównym bohaterem. Byłam zachwycona. Szkoda tylko, że o innych bohaterach sezon nieco zapomina (więcej Laviego i Leenalee, proszę), ale historia Kandy wystarczy. 


Ogólnie po pierwszym odcinku wiedziałam, że klimatem pasuje do pierwszego sezonu, tzn. jest odpowiednio poważny i zabawny w najbardziej nieprawdopodobnych momentach. Natomiast zakończenie jest dobre, ale mało satysfakcjonujące. Albo trzeba iść czytać mangę (chociaż i tam to się wyjaśnia bardzo powoli), albo czekać aż za kolejne 10 lat zrobią kolejny sezon.

Handa-kun
Przez długi czas Barakamon był jedynym serialem komediowym jaki widziałam, ale nie lubiłam go jakość szczególnie. Dopiero z czasem zaczęłam bardziej go doceniać i cieszyłam się, że powstaje Handa-kun, bo głównego bohatera darzyłam ogromną sympatią. Dlatego dobrze Wam radzę, jeśli lubicie Barakamon nie oglądajcie Handy. 


Niby to komedia, ale Handa jest postacią tragiczną. Biedak myśli, że wszyscy go nienawidzą, przez co jeszcze bardziej pogrąża się w depresji i odcina od świata, chociaż prawda jest dokładnie odwrotna. Bohater nawet nie wie jak duży i dobry wpływ ma na osoby, które znajdują się dookoła niego. I chociaż gagi wynikające z tego niezrozumienia są zabawne, to nie mogę się pozbyć wrażenia, że tak naprawdę to smutna historia. 


Albo zwyczajnie próbuję na siłę się w niej czegoś doszukać, bo nic tam nie ma. Ani pod komediowym względem nie jest jakieś szczególnie wyróżniające się, ani kreska czy animacja nie zasługują na większą uwagę. Seria miewa lepsze momenty, ale o odcinkach zapomina się w momencie ich zakończenia, a o sezonie nikt nie będzie w ogóle pamiętał. Chociaż ma fajny opening i piosenka z endingu też nie jest najgorsza.  

Trzymajcie się, M

czwartek, 20 października 2016

1287. Nigdy nie zapominaj, ile zawdzięczasz tym, którzy żyli przed tobą.

Hello!
Ostatnio ciężko idzie mi pisanie tych kilku słów wstępu, zanim przejdę do właściwej treści notki. O tym, że dwa kierunki studiów męczą i dlaczego, będzie w przyszłym tygodniu. Dziś zostawię tylko kilka myśli z "Dużego Małego Poradnika Życia".


1290. Panuj nad językiem.
1291. Pamiętaj, że wszystko, co twórcze i nowatorskie, będzie naśladowane. (naśladownictwo jest najwyższą formą uznania, czy jakoś tak, to szło)

1294. Trzymaj kilka ulubionych, inspirujących książek przy łóżku. (polecam, może się to wydawać dziwne, ale bardzo dobrze działa na człowieka)
1295. Nie pisz, jeżeli nie chcesz, żeby ktoś to przeczytał (bardzo ważny punkt, często się nad nim zastanawiam, a ostatnio nawet bardziej niż zwykle, bo gdy ostatnio rozmawiałam z Mamą, powiedziała, że czytała ostatnio bloga i powinnam bardziej się pilnować przy pisaniu, bo w tekstach jest za dużo skrótów myślowych; czuję się bardzo dziwnie jak Mama mówi, że czyta to, co tu zamieszczam)

1299. Zdając test, w którym trzeba odpowiadać "prawda" - "nieprawda", pamiętaj, że każde zdanie zawierające słowa "każdy", "żaden", "wszyscy", "zawsze", "nigdy" jest zazwyczaj nieprawdziwe.

1302. Przeleć się szybowcem.
1303. Przeleć się balonem. (kiedyś zrobię i jedno, i drugie)


1308. Pamiętaj, że najpiękniejsze chwile w życiu często przychodzą niezapowiedziane.
1310. Bądź entuzjastyczny.
1311. Bądź zaangażowany.
1312. Zdobądź wiedzę na temat antyków, wschodnich dywanów i sztuki współczesnej. (czasami, gdy czytam te porady, to zastanawiam się, co skłoniło autora, aby wymieniać tak szczegółowe i ciekawie dobrane aspekty różnych dziedzin)




Trzymajcie się, M

         

wtorek, 18 października 2016

Riennahera - gdy ktoś pisze to, co siedzi ci w głowie

Hello!
Czasami spotykamy w życiu ludzi, którzy wydają się być tacy sami jak my. Jeszcze częściej ma to miejsce w internecie i świecie blogów. A przynajmniej można tak wnioskować po komentarzach zostawianych pod ich wpisami. Ja mogę podpisać się pod większością tekstów z bloga Riennahery.


Nie ze wszystkimi i nie zawsze, bo po pierwsze ona jest dziesięć lat ode mnie starsza, jest mężatką, mieszkającą i pracującą w Londynie, a po drugie ja nie walczę z depresją, po trzecie, na niektóre sprawy mam po prostu zupełnie inne patrzenie/poglądy. Zauważenie zasadniczych różnic jest dość istotne dla dalszej treści notki.
Jednocześnie nie przeszkadzają mi one w czytaniu jej tekstów dotyczących Londynu, miłości i depresji, itd.

Dlaczego bardzo lubię ten blog? Ponieważ autorka pisze w cudowny sposób. Jak sama twierdzi głównie o sobie i dla siebie, i to jest najlepsze, bo nie próbuje uogólniać, odnosić wszystkiego do innych ludzi i nie twierdzi, że to co sprawdziło się u niej, sprawdzi się u każdego.  Przy tym jestem pewna, że w jej tekstach każdy znajdzie coś dla siebie. Choćby powód, aby polemizować. Naprawdę fenomenalna umiejętność budowania tekstów.

Najbardziej lubię teksty o radzeniu sobie z życiem. Te, w których opisuje jak ogarniani różne życiowe sytuacje. W skrócie o wychodzeniu ze strefy komfortu. Dzięki niej dowiedziałam się, że coś takiego istnieje i że dobrze jest z tym walczyć. Dla siebie, nie dla innych. I że nie ma nic strasznego w tym, że człowiek jest smutasem, introwertykiem i nie ma potrzeby być jak wszyscy.

Poza tym w tekstach odnosi się do przeróżnych wytworów kultury, od "Wojny i pokoju" przez Wiedźmina do "Gwiezdnych Wojen", często wykorzystując cytaty w bardzo ciekawy, często zaskakujący sposób.

Warto jeszcze dodać, że nieraz jej teksty, a konkretniej tytuły są dość szokujące i dopóki nie przeczyta się całości można niechcący i niepotrzebnie wyrobić sobie fałszywą opinię na temat zawartości bloga.

Ulubione teksty (przynajmniej te, do których chciało mi się dokopywać)
Poczytajcie, dowiecie się dlaczego tak lubię jej sposób pisania.
Mój dekalog stylu – 4 lata później  - ogólnie wpadłam na tego bloga szukając jakiś modowo-stylowych informacji

Pozdrawiam, M

niedziela, 16 października 2016

"Orange"

Hello!
Prawie każdy żałuje czegoś, co zrobił bądź czego nie zrobił w przeszłości. Niestety, nie mamy możliwości cofnięcia się w czasie, aby podjąć inne decyzje. Nie mamy też możliwości w inny sposób wpłynąć na przeszłość. Chyba, że jesteśmy bohaterem anime (lub mangi) "Orange" i wyślemy do siebie list z przyszłości.


Pewnego dnia Naho Takamiya otrzymuje dziwny list od samej siebie, który zaadresowany został dokładne 10 lat później niż obecna data – w przyszłości. Czytając go dalej okazuje się, że wszystkie przytoczone w nim wydarzenia naprawdę po kolei się spełniają, łączenie z dołączeniem do klasy bohaterki nowego ucznia, Kakeru Naruse.
W treści listu Naho z dziesięciu lat później ciągle podkreśla, iż żałuje swoich wyborów w wielu sytuacjach, które miały miejsce w czasie pomiędzy jej 16, a 26 rokiem życia, jej teraźniejszością. Z całego serca pragnie to naprawić, zaś w wysłanym nastoletniej Naho pamiętniku pokazuje dziewczynie kiedy ta powinna zmienić swoje decyzje, szczególnie w stosunku do Kakeru. Co bardziej szokujące, wychodzi na jaw, że dziesięć lat później chłopak ten nie jest już obecny wśród żywych. Naho z przyszłości prosi swój młodszy odpowiednik, by ta czuwała nad Kakeru i bacznie mu się przyglądała, a może zdoła zmienić przeznaczenie.
(animezone.pl)

Przez kilka pierwszych odcinków jest tak: zrobię to co napisała w liście, nienie zrobię tego, nie zrobię, albo jednak, nie, dobra zrobiłam jedną rzecz jest dobrze, ale kolejnej to już niekoniecznie, nie, nie jednak nie, a może, nie, dobra to może być, o zrobiłam coś i stało się coś o czym w liście nie jest już napisane i tak się motamy, bo bohaterka nie wie, czy ma w to wierzyć, czy nie. Oczywiście tu pojawia się jedna z najważniejszych w tym anime kwestii, że łatwiej powiedzieć/napisać niż zrobić, ale miło, gdy w końcu ta szamotanina się kończy, a Naho postanawia nie tylko słuchać się listu, ale wręcz wziąć sprawy w swoje ręce. Następnie na światło dzienne wychodzą nowe informacje i główna bohaterka zyskuje jeszcze większe wsparcie w swoich przyjaciołach - wszyscy, zgodnie z uratowania Kakeru robią swój priorytet. Ale sinusoida się nie zatrzymuje, zmienia tylko aspekt, którego dotyczy i w kolejnych odcinkach to relacja Naho i Kakeru jest samymi wzlotami i upadkami. Bywa to męczące i irytujące (chociaż, to też w dużym stopniu zależy od tego czy bohaterowie przypadli nam do gustu), bo za każdym razem, gdy coś się zmienia powiększa się szansa na niezmienienie przeszłości.

Kwestia podróży i tego jak list trafił do Naho jest prawie nie poruszana, ale mamy w każdym odcinku sceny dziejące się w przyszłości. Naprawdę wiele one nie wnoszą, ale są całkiem ważne i doskonale dopełniają teraźniejszość. Chociaż im bliżej końca sezonu tym więcej się z nich dowiadujemy. Nie liczcie jednak na naukowe wyjaśnienie faktu jak list dotarł do Naho z przeszłości. Ważną rzeczą było natomiast istnienie światów równoległych. Po wydarzaniach ostatniego odcinka zrozumiałam dlaczego manga "Orange" cieszyła się tak ogromną popularnością - spoiler - można powiedzieć, że ma dwa równoległe i jednakowo prawdziwe zakończenia, tak że wszyscy są zadowoleni, jednocześnie nie jest w tym nachalna.


Jednym z kolegów Naho był Suwa. Od samego początku wiadomo, że darzy on główną bohaterkę uczuciem i oczywiście wszyscy to wiedzą oprócz niej. I chociaż kibicowałam Kakeru i Naho (co wcale nie jest takie oczywiste, bo zwykle dochodzi do tego, że wolałabym aby bohaterka była z tym drugim chłopakiem) to uważam, że Suwa jest jedną z najbardziej poszkodowanych postaci w anime i mandze wszech czasów. Nawet pomimo (albo dlatego) równoległych światów i przyszłości. Całe anime było mi go niesamowicie szkoda, taki biedny Suwa, na dodatek okazuje się wspaniałym, oddanym przyjacielem. 


Jednak głównym tematem "Orange" jest kwestia tego, czego nie robimy w życiu, a potem żałujemy. My nie otrzymamy listu z przyszłości i myślę, że jeśli to anime będzie w stanie przekonać kogoś, aby żyć każdym dniem i wykorzystywać okazje, to będzie dla tego kogoś wspaniała lekcja. Bo nie jest to nachalnie motywujące i nie krzyczy jak "kołcze", ale pokazuje na przykładzie (chociaż wymyślonym i narysowanym) jakie mogą być inne skutki naszych działań. I wbrew pozorom, nawet gdy coś zrobimy, zmienimy jak w przypadku bohaterów anime, nie oznacza to równocześnie, że nam wyjdzie i się nie rozczarujemy i wszystko wyjdzie tak jak chcieliśmy.

Trzymajcie się, M

czwartek, 13 października 2016

"Święci codziennego użytku" - cytaty

 Hello!
 Nie byłabym sobą, gdybym nie wybrała paru cytatów z książki "Święci codziennego użytku". Enjoy!


Święty Józef z Kuperynu
„(…) pod względem intelektualnym był prawdopodobnie upośledzony w stopniu lekkim (i dlatego Kościół zrobił go patronem uczniów i studentów) (...)”

Święty Rafał Kalinowski
„Dziś powiedziałbym pewnie każdemu to, co święty Rafał: nie przejmuj się tym, że szukasz i nie znajdujesz, jeśli uczciwie szukasz, znajdziesz – najczęściej tam, gdzie w ogóle się tego nie spodziewasz.”

Wdowa ze świątyni
„Stosunek Jezusa do dóbr materialnych, zwłaszcza do pieniędzy, to temat na osobny traktat i fascynującą opowieść, która – założę się – wielu z nas doprowadziłaby do rozpaczliwej refleksji, że ze swoimi przyzwyczajeniami w tej materii nadajemy się na wyznawców Chrystusa jak Król Julian na prezydenta.”

Święty Antoni z Padwy
„Może jednak jest tak, że gdy człowiek uwierzy, iż życie jest cudem, cuda stają się jego codziennym życiem?”

Święty Charbel Makhlouf
„Święty w tym swoim kapturze, czarnych szatach, ze spuszczonym wzrokiem, wyglądał jak Meriln albo członek rady pedagogicznej z Hogwartu (...)”

Święty Andrzej Rublow
„Piękny kościół potrafi powiedzieć człowiekowi bez słów kazanie dużo bardziej poruszjace niż niejeden popisujący się w nim oracjami ksiądz. Piękno to w ogóle jedno z najbardziej dziś niedocenionych narzędzi do opowiadania światu o dobrym i kochającym Bogu. Może wyczuwają to intuicyjnie ci z moich znajomych, którzy zamiast do kościoła, chcą iść na łąkę lub do lasu?”

Kompania ochrony
„Oni pierwsi wiedzą, że wrogiem człowieka nie jest wróg, ale lęk przed nim. I że największym grzechem, jaki można popełnić, jest rozpacz.”

Święta Maria z Egiptu
„W kręgach dominikańskich do dziś krążą wspomnienia o pewnym zakonniku, który mówiąc kazania o Marii z Egipu, wprowadzał do nich osobliwy refren, nadający jej lubieżności wymiary niemal nieziemskie: „I kiedy tak pracowała jako kurtyzana w Aleksandrii, współżyła z mężczyznami dzień i noc bez ustanku, dzień i noc bez ustanku. I kiedy zdecydowała się pojechać w podróż do Ziemi Świętej, na statku też na okrągło współżyła. Dzień i noc bez ustanku, dzień i noc bez ustanku! A kiedy dopłynęła na miejsce, nadal grzeszyła z pielgrzymami! Dzień i noc bez ustanku, dzień i noc bez ustanku…”. W słuchaczu rośnie przerażenie, ale o lepsze walczy w nim tez podziw. No bo kto by takie brewerie, drodzy państwo, wytrzymał czysto kondycyjnie?” 

Pozdrawiam, M

wtorek, 11 października 2016

Poszukaj przyjaciela ("Święci codziennego użytku")

Hello!
Moje miasto rodzinne nie należy do wielkich metropolii, ale mamy muzeum. Obecnie prezentowana jest tam prezentowana wystawa "Zwykli niezwykli. Kult świętych w diecezji łomżyńskiej." Ktoś genialny skojarzył ten temat z książką Szymona Hołowni wydaną w styczniu 2015 roku "Święci codziennego użytku" i postanowił zaprosić go na spotkanie. Na które to wybrałam się z Mamą, która książkę zakupiła, ja przeczytałam i trochę napisałam.
A samo spotkanie było super, jak będziecie mieli kiedyś okazję iść i posłuchać jak mówi to wybierzcie się koniecznie, bo można się przeciekawych rzeczy dowiedzieć.


„Święci codziennego użytku” są książką zabawną, tam gdzie można, nawet bardzo, ale tam gdzie trzeba poważną, nie wpadającą jednak w tragiczne i dramatyczne tony, nawet gdy opisywany święty to męczennik bądź osoba cierpiąca, chorująca. Jednak co ważniejsze nie bez przyczyny to „święci codziennego użytku” - wielu z nich to osoby, których życiorysy są… normalne. Albo względnie normalne, biorąc pod uwagę czasy, w których żyli. Dlatego czytamy o świętym małżeństwie, które zostało święte, bo było małżeństwem, a nie dlatego, że przypadkiem dwójka świętych była mężem i żoną. Ba, nie wszyscy opisywani święci to święci wyniesieni na ołtarze. A nawet wśród takich znajdują się święci, ale uwaga prawosławni albo innych powiedzmy pokrewnych wyznań (nie jestem pewna jak działa „uznawanie” ich w wyznaniu rzymskokatolickim, ale nie dziwię się, że autor postanowił ich umieścić w książce). Bardzo ciekawa i inspirująca zbieranina postaci.

Do najciekawszych świętych należą: święty Józef z Kupertynu, święta Olga, święty Mojżesz Etjopczyk, Maria Magdalena („nie była prostytutką” - ode mnie: idźcie pooglądać National Geographic, albo podobne kanały, gdzie są programy typu „Tajemnice Biblii” i już będziecie wiedzieć, że Marie Magdaleny w samej Biblii był co najmniej dwie, a to późniejsza tradycja łączy postaci i tworzy z nich jedną), święty Roman Melodos, błogosławiony Oscar Romero (jego historia zawsze bardzo mnie porusza i ogromnie przemawia do wyobraźni), sporo miejsca poświęcone jest Aniołowi Stróżowi. Ogólnie świętych jest 52 – po jednym na każdy tydzień roku.

Widać jak ogromną pracę włożył autor w powstanie tej książki i to nie tylko po bibliografii znajdującej się na końcu. Cytaty są nad wyraz trafne i albo komentują, albo są komentarzem do omawianego aspektu życia świętego. Jest mnóstwo wtrąceń na zasadzie: ktoś pisze też coś tu – idź doczytaj, ewentualnie spytaj wujka Google i zobacz sobie zdjecie/wizerunek.

Jest to też bardzo osobista książka, z jakiejś przyczyny  święci zostali przecież wybrani. Tym powodem jest to, że autor ich lubi. Więc przy każdej postaci jest jakieś osobiste, krótsze lub dłuższe świadectwo działania bądź obecności tych świętych w życiu tak autora, jak i jego rodziny, czy przyjaciół (Marcina Prokopa na przykład; zresztą święty Prokop też jest). Co ma jeszcze jeden skutek czytelnik zostaje zapoznany z osobistymi poglądami autora, z którymi może się zgadzać bądź nie zgadzać, niektórych mogą miejscami razić, ale ogólnie nie przeszkadzają w czytaniu. Chyba, że ktoś ma ochotę mówić do książki, co byłoby chyba nawet dziwniejsze niż gadanie do telewizora.

"Święci codziennego użytku" to bardzo przyjemna, ładnie i z pomysłem wydana (zapomniałam dopisać - na końcu dołączone są obrazki wszystkich świętych do wycięcia i noszenia np.: w portfelu), oraz ciekawa pozycja. Nie jest jednak moralizująca albo oceniająca, a takie rzeczy słyszałam. Co prawda zaprezentowane w niej sylwetki świętych to nie suche biografie, a okraszone są osobistymi doświadczeniami autora, ale nie jest to powód, aby je umniejszać.

Pozdrawiam, M

sobota, 8 października 2016

"Servamp" & "Funigen na Mononokean"

Hello!
Pogoda za oknem nie dopisuje, pogoda postanowiła łzami powitać studentów powracających na uczelnie, a ja mam dla Was kilka słów (moja niechęć do używania słowa recenzja jest niezmienna od lat) o bardzo sympatycznych anime z sezonu letniego. Pierwsze zachwyca głównie kolorami, drugie natomiast historią.


Servamp
Co prawda planowałam zawrzeć wrażenia z tego anime w poście o wampirach, ale pisanie, go idzie mi bardzo źle. Bardzo, pewnie wcale się nie pojawi. Dlatego "Servamp" jak wszystkie pozostałe serie sezonu letniego, które oglądałam otrzyma kilka słów na bieżąco.

Bohaterem tej historii jest piętnastoletni Shirota Mahiru, który najbardziej na świecie ceni sobie spokojne, wolne od niespodzianek i komplikacji życie. Pewnego dnia zabiera z ulicy małego czarnego kota, przynosi go do domu i nadaje imię Kuro. Ku jego wielkiemu zdziwieniu nowy zwierzak okazuje się być… wampirem. W dodatku takim, który w swojej ludzkiej postaci nijak nie przypomina groźnego krwiopijcy. Nic mu się nie chce, nie przepada za przemocą, a sama myśl, że miałby podjąć się jakiegoś działania wywołuje w nim niemal samobójcze odruchy. Ale za to nie odmówiłby kubeczka herbaty. Jak się okazuje jest on jednym z legendarnych wampirzych sług, którzy związują się kontraktem ze swoim ludzkim mistrzem. (animezone.pl)


Opis brzmi dziwnie i średnio zachęcająco, ale nie dajcie się zmylić - to jedno z najfajniejszych anime sezonu. Główny bohater jest czarownicą - ma czarnego kota, czyli Kuro i miotłę. Jeśli kot Was nie przekonuje, to warto dodać, że "Servamp" ma fabułę i wyraźnie widać, że zmierza w kierunku wielkiego pojedynku i ogólnie jakoś rozwija się przez te 12 odcinków. A fakt, że wiemy, że zakończy się wielkim starciem nie przeszkadza w oglądaniu. Zasadniczo Mahiru zbiera, mniej lub bardziej przypadkiem, inne wampiry i ich mistrzów, by walczyć ze wspólnym wrogiem. Do tego wśród 7 wampirów, symbolizujących odpowiednio 7 grzechów (Kuro jest najstarszy i jest lenistwem jak łatwo się domyślić) też nie ma zgodności i jedności, a czyny z przeszłości rzucają cień na ich obecne relacje. Do tego nie tylko wśród wampirów pojawiają się niesnaski, bo niektóre układy wampir-mistrz też nie należą do najprostszych. Dużo się dzieje, ale najwięcej właśnie na płaszczyźnie relacji pomiędzy bohaterami.

A do bohaterów wyjątkowo łatwo i szybko można zapałać sympatią więc przeżywanie wydarzeń na ekranie, tych wszystkich dramatów i tragedii - to na szczęście głównie w retrospekcjach - to może być duży wysiłek energetyczny związany z emocjami. Ale warto, bo to naprawdę cudowne, urocze choć smutne historie. 


Mnie "Servamp" kupił Kuro, a potem Lichtem i jego wampirem. Hyde, bo tak się nazywa wampir, który nie tylko dostał imię nawiązujące a) do imienia mistrza, bo w całości brzmi Licht Jekylland Todoroki, to b) całość nawiązuje bez wątpienia do książki o Jekyllu i Hydzie. Nie wspominając o tym, że Licht jest światowej sławy pianistą. Natomiast Hyde biega i cytuje dzieła Szekspira, a później, gdy poznajemy jego historię okazuje się, że nawet kochał Ofelię. A i to niejedyne nawiązania, bo pojawią się także do Upiora z opery. Chyba nie muszę dłużej tłumaczyć dlaczego, aż tak bardzo przypadło mi do gustu.

Fukigen na Mononokean
Cudne, cudne anime, chociaż po pierwszym odcinku martwiłam się, że jak na tytuł o dwóch chłopcach ma za dużo kwiatków w openingu. Pomyliłam się, bo anime nic nie sugeruje, to nawet nie shounen ai, ale fanki wiedzą swoje. Wiele się można niechcący dowiedzieć w trakcie szukania gifów.


 Ashiya spędził pierwsze siedem dni swojego licealnego życia u szkolnej pielęgniarki, nie mogąc sobie poradzić z youkai, które z jakiegoś względu postanowiły się do niego przyczepić. By rozwiązać ten problem, prosi o pomoc właściciela małej herbaciarni o nazwie "Mononokean". Jak dowiaduje się nasz bohater, ponuro wyglądający mężczyzna będący jej właścicielem, na co dzień zajmuje się także odsyłaniem zbłąkanych dusz do zaświatów. 


Niestety pomimo jego cudowności i uroczości zasadniczo nie ma w nim linii fabularnej. Odcinki polegają na pomaganiu kolejnym yukai, a gdzieś w tle kryje się sugestia, że być może Abeno nie jest człowiekiem bądź ma na sumieniu jakiś ciężki grzech, a rozwiązanie jest takie, że albo zostaje to zapomniane, albo banalnie wyjaśnione. Albo, co przyszło mi do głowy dopiero po całym sezonie, jest to reklamówka mangi.

Jednocześnie przygody bohaterów są takie podnoszące na duchu, że można wybaczyć im brak głębi i tajemnicy, bo też nie o to w tym anime chodzi. Naprawdę oglądając je czuje się ciepło. Do tego obserwowanie jak Abeno i Ashiya uczą się od siebie różnych rzeczy jest całkiem miłe. Po prostu to bardzo proste, sympatyczne anime, z miłym, krzepiącym zakończeniem. 


LOVE, M

czwartek, 6 października 2016

OneRepublic

Hello!
Pamiętam jak by to było wczoraj, a było w ferie w pierwszej klasie gimnazjum. Ferie przesiedziane w domu, bo właśnie się przeprowadzaliśmy i był remont, a najmłodszy brat był jeszcze naprawdę malutki i ktoś musiał się nim zająć. Ktoś czyli ja. Za towarzysza obowiązku miałam telewizor, który z nieznanych przyczyn oprócz jedynki, dwójki i Polsatu, odbierał także VIVE. Dzięki temu zobaczyłam to: 


i wpadłam po uszy. Nie wiem jakim cudem jeszcze nie pisałam tutaj o OneRepublic, skoro pisywałam o zespołach, których słuchałam od miesiąca i po miesiącu od notki przestawałam, a ich słucham od tamtych ferii, choć z przerwami. A teledysk do "All The Right Moves" to jeden z moich absolutnie najulubionych klipów. 


Lubię film "Uczeń czarnoksiężnika" a powyższą scenę po prostu kocham i uwielbiam. Nie tylko dlatego, że piosenką, którą grają transformatory jest "Secrets" choć bez wątpienia jest to duży plus. I nie jest to jedyny film, w którym piosenka się pojawia - według Wikipedii jest na ścieżce dźwiękowej niemieckiego filmu "Miłość z przedszkola 2", a także seriali "Lost", "Słodkie kłamstewka" i "Nikita".


Później miałam lekką przerwę, bo single "Good Life" i "Feel Again" średnio przypadły mi gustu, ale potem przyszło "If I Lose Myself" i moja miłość wybuchła na nowo. 


Chociaż piosenki "Counting Stars", "Something I Need" i "I Lived" podobają mi się, to nie jest ten sam entuzjazm co w przypadku wcześniejszych utworów. 


Ale dwa najnowsze single z nadchodzącej płyty zmusiły mnie do napisania tej notki więc na szczęście prąd jest wznoszący, a "Wherever I Go" mogę słuchać i oglądać non stop. 


Piosenka, której nie mogło zabraknąć to "Apologize".


OneRepublic to połączenie pięknej muzyki, cudownego wokalu i tekstów, które zawsze, zawsze do mnie trafiają. Niby to pop (albo pop-rock) ale wcale nie jest to takie oczywiste. Po prostu ich uwielbiam. A piszę tylko o singlach, bo tak jest najłatwiej. 

LOVE, M

wtorek, 4 października 2016

"Romeo i Julia"

Hello!
Pamiętam jak kiedyś na lekcji języka polskiego pani opowiedziała nam swego rodzaju anegdotę. Zapytała się swojego brata, który mieszka w Warszawie czy nie chciałby wybrać się z nią i jej mężem do teatru. Mieszczącego się w Warszawie. Na co brat opowiedział: "jak kupisz bilety". Ja mam to samo odkąd mieszkam w Gdańsku. Chociaż mam możliwość oglądania, brania udziału w wielu rzeczach, to aby coś naprawdę zrobić muszę zostać zmotywowana. Na szczęście Bliźniaczki też mieszkają w Gdańsku i dzięki nim zobaczyłam retransmisję "Romea i Julii" Kenneth Branagh Theatre Company z Teatru Garrick w Londynie. 


Pierwsza rzecz, która może być zaskoczeniem, to fakt iż transmisja jest czarno-biała. Dlaczego? Dowiadujemy się tego z wprowadzenia reżysera, akcja przeniesiona jest do lat 50. XX wieku i ma klimat włoski "seksownych filmów noir" z tamtego okresu. Podobnie Branagh tłumaczy swój pomysł na postać Merkucja - najlepszą w całej sztuce. Dodatkowo przed samą sztuką jest montaż wypowiedzi młodzieży na temat bycia nastolatkiem, miłości, itp, oraz streszczenie sztuki w ich wykonaniu. (Zastanawiałyśmy się czy na sali mógłby być ktoś, kto nie znał tej historii). Natomiast w przerwie są ciekawostki na temat Włoch i ich kultury. Ciekawy pomysł a i ciekawostki były fajne. 


Jeszcze taka uwaga techniczna - pojęcia nie mam kto robił napisy, tłumaczył czy cokolwiek, ale było to złe i straszne. Mnóstwo wypowiedzi, linijek nie było w napisach; w którymś momencie zaczęto zwracać się do niani Julii po imieniu, tzn. imię zaczęło pojawiać się w napisach, chociaż już wcześniej postaci mówiły do niej po imieniu, ale ktoś uznał, że nie trzeba o tym informować widzów. Synchronizacja wypowiedzi też momentami nie istniała. Czasami było to więcej niż irytujące. Ale nic nie przebije "tłómacz" albo "tłómaczyć", po prosu paść i się nie podnosić. Naprawdę nie wiem skąd te napisy zostały wzięte. 


Ale może przyjdźmy już do samego przedstawienia. Pierwsza uwaga: było przegadane. Momentami do granic nudy. Nawet jak działo się coś niespodziewanego: śpiewająca Julia czy Merkucjo, to nie robiło to takiego wrażenia jak powinno. Chyba nie wykorzystano całego potencjału klimatu w jakim spektakl był robiony, chociaż wszystko pasowało idealnie. Wiem, że "przegadanie" to dziwny zarzut wobec sztuki, tym bardziej Romea i Julii, ale ponieważ jest to dramat powszechnie znany, potrzebuje jakiegoś większego urozmaicenia. Naprawdę podobała mi się koncepcja sceny balkonowej - Romeo prawdziwie zakochany, a Julia z butelką (przypuszczalnie) wina, nieco podpita woła: "Romeo, dlaczego jesteś Romeo?". 


Pierwsza część sztuki jest całkiem zabawna, niekiedy odrobinę na siłę, ale wybaczam, bo nie spodziewałam się, że tak wiele komediowego potencjału można z niej wycisnąć. Totalnie kradnie ją Derek Jackobi. I to absolutnie najlepsza postać całego spektaklu. Wybierzcie się na niego choćby tylko po to, aby zobaczyć jak on gra, bo to zupełnie inna liga niż pozostali aktorzy.
Koncepcja Julii w tej części jest natomiast taka: udajemy, że to faktycznie czternastoletnia dziewczyna, ale ponieważ grająca ją aktorka ma 27 lat, to niech gra tak przerysowanie i karykaturalnie jak może. W drugiej części to się bardzo zmienia i to jedyna postać jaka ulega rozwinięci w trakcie sztuki. Albo przynajmniej ja chcę w to bardzo wierzyć. Jedna rzecz jest irytująca w grze Lily - biedactwo nie wie co robić z rękami gdy mówi więc najczęściej w dramatycznym geście łapie się za brzuch, dół brzucha, rzadziej za serce. Po pięciu takich scenach przestanie Wam się chcieć liczyć ile razy i jak długo to robiła.


Natomiast Romeo jest rozchwiany. Nie ma na to lepszego słowa. Zupełnie mi nie leżał, miałam wrażenie, że to postać nieprawdopodobna. Chociaż Richard Madden całkiem ładnie wyglądał z Lily James. I ma naprawdę piękny głos. 
Poza tym, patrząc po zdjęciach i zapowiedzi samego reżysera, spodziewałam się, że sztuka będzie nieco bardziej intensywna i napięta. Otóż, oprócz samego początku balu, przedstawienie jest raczej dość niewinne, rzuca się w oczy to, że praktycznie wszystkie stroje Julii są białe.
Ciekawszą od Romea postacią okazuje się ojciec Julii z prawdziwie włoskim charakterem, na pewno zwrócicie na niego uwagę. I niania, której włoskość też jak najbardziej pasuje.


Najlepszym aspektem sztuki jest jej strona wizualna. Po prostu jest piękna, a na dodatek potrafiono
dobrze pokazać to w kinie. Julia w białych szatach bardzo się wyróżniała i na jej korzyść działał fakt, iż transmisja była czarno-biała. Scenografia jest prosta, ale trafiona w 10. Ogólnie jest ładnie. 

Pozdrawiam, M

niedziela, 2 października 2016

"Joker Game" & "91 Days

Hello!
Kontynuujemy podsumowania. Co prawda pierwsze opisywane anime jest z sezonu wiosennego, ale nie oglądałam go na bieżąco, a nadrobiłam jakiś czas temu, natomiast "91 Days: skończyło się w piątek i musiałam od razu o nim napisać.

Joker Game
"Joker Game" miało być objawieniem sezonu wiosennego 2016, a okazało się rozczarowaniem. Ja jednak byłam na tyle zaintrygowana, że i tak postanowiłam je nadrobić, dzięki czemu zrozumiałam skąd ten zawód.

Otóż z częstego i nagminnego błędu jakim jest mylący opis fabuły. Cierpi na tym wiele tytułów, bowiem napisanie dobrego, a co ważniejsze prawdziwego, wstępu do anime nie jest łatwe. I tak na przykład w wypadku "Joker Game" dowiadujemy się, że powstaje wywiadowcza Agencja D szkoląca szpiegów, przed którymi będą stały różne zadania, bądź jak w opisie na shinden, że dołącza do nich Sakuma. I faktycznie jest w dwóch pierwszych odcinkach, które są naprawdę dobre i jeśli anime poszłoby w stronę, którą one sugerują byłoby fantastycznie, ale niestety. Kolejne odcinki to właśnie szpiegowskie zadania bohaterów, których nie tylko nie zdążyliśmy poznać, ale nawet zapamiętać. Jednak nawet nie to jest najgorsze, najgorsze jest to jak słabo wykorzystano potencjał tego wszystkieg,o co stoi za byciem szpiegiem, a jak nudne i nie wiadomo skąd, są zadania bohaterów, i jak niewiele jest wyjaśnione widzowi.

Pewna poprawa następuje w 6 odcinku, chyba wynika z tego, że widz się przyzwyczaja do takiej epizodycznej narracji. A poza tym akcja się dzieje w pociągu, a szpieg, którego działania obserwujemy wydaje się całkiem sympatyczną postacią i ma fajne towarzystwo. Kolejny dzieje się na statku i pośrednio dotyczy Enigmy (każdy odcinek opatrzony jest informacją, że nazwy, działania, nazwiska, wydarzenia są fikcyjne i nie można traktować tego anime jako źródła wiedzy historycznej, ale nawiązuje do wielu znanych spraw z czasów, w których osadzono jego akcję), a na końcu szpieg zostaje z psem i dzieckiem. Taka ciekawostka - w wielu epizodach okazuje się, że to kobieta jest ta zła, kłamliwa i zdradza swój kraj. Później jest dwuodcinkowa historia o Agencji Wiatru, która konkuruje z Agencją D i też oczywiście nie wiadomo skąd, dlaczego, ani o co chodzi. Potem jest teoretycznie super intrygujący odcinek, w którym brytyjski szpieg próbuje zinfiltrować podpułkownika Yuukiego, ale w ostateczności okazuje się to mało ekscytujące. Ogólnie całość jest mało emocjonująca i brak w niej napięcia. Ostatni odcinek jest całkiem dobry i gdyby cała seria była podobna było by cudowanie. Mimo wszystko nie zdziwię się, gdy w przyszłości usłyszę, że powstaje kolejny sezon.

91 Days
Co prawda minęło dopiero 12, nie wiadomo czy kolejny sezon wyjdzie (powinno być te 91 odcinków!) a i tak to najlepsze anime roku. I jedno z naprawdę nielicznych anime, które mam ochotę obejrzeć jeszcze raz.


Rok 1920, w Stanach Zjednoczonych trwa era prohibicji, w miejscowości Lorel już od prawie pięciu lat. Mimo to w niektórych dzielnicach, zwanych "Bezprawiem", nielegalnie pędzony bimber leje się do gardeł i butelek całymi litrami, wszem i wobec ogłaszając, że na ulicach miasta króluje mafia i wszędzie szerzy się samowola. Avilio mieszkał niegdyś na jednej z takich właśnie ulic, jednak gdy po pewnym incydencie z miejscowymi gangsterami cała jego rodzina została zamordowana, mężczyzna skrył się w cieniu. Po pewnym czasie otrzymuje on list od tajemniczej persony, który działa nań jak iskra, rozpalając w naszym bohaterze żądzę zemsty, pod wpływem której powraca na "Bezprawie". Poszlaki na temat morderstwa jego rodziny wskazują na familię Vanettich i to do nich Avilio będzie próbował się zbliżyć. (shinden.pl)



K. twierdzi, że Avilio nabawił się w trakcie trwania sezonu syndromu sztokholmskiego, a ja się zastanawiam czy może nie dopadł on jednak Nero. Ogólnie Nero i Avilio to jeden z najlepszych duetów w anime.


Chociaż od początku wiemy jaki jest cel głównego bohatera, to równie często jak widać, że zbliża się on do wypełnienia zemsty, tak samo często wydaje się, że porzucił on zbrodnicze zamiary. Widz więc ciągle się zastanawia do czego doprowadzi ten ruch, który Avilio rozpoczął. Momentami wydaje się, że jakimś cudem, to może skończyć się inaczej niż wszystko sugeruje. Ale to nie jest anime dla trzynastolatków.  Na początku bywa nawet sielankowo, ale lepiej nie dać się zwieść. Z każdym kolejnym epizodem robi się mroczniej, a przedostatni (bo ostatni mniej, ale on nawiązuje do podróży Avilio i Nero z początku sezonu) to już samo dno depresji. Od momentu, gdy Avilio dostał list, niestety, nie było dla niego odwrotu. Sporo pisałam o "91 Days" na twitterze, polecam tam zaglądnąć.


Avilio gdyby żył naprawdę byłoby ciekawym obiektem badawczym dla psychologów. Bohatera anime z tak wyraźnym, złożonym i rozbudowanym charakterem ze świecą szukać. Do tego wygląda całkiem ładnie, a na pewno wyróżnia się wśród pięknych i gładkich postaci, których teraz pod dostatkiem. Co ciekawe w anime jest mnóstwo scen-zbliżeń na jego oczy, twarz, postać. To tak żebyśmy nie mieli wątpliwości kto jest głównym bohaterem. Ale też chyba twórcy byli całkiem zadowoleni z tego jak on wygląda więc postanowili, to podkreślać możliwe często.


Jednakże kreska, choć charakterystyczna i może się podobać (mi się podoba) to obiektywnie ciężko nazwać ją szczególnie ładną. Do tego czasami animacja mocno kuleje. Jednocześnie taki "brud" pasuje do tematyki anime. Ale wszystko wybaczam, bo opening to dzieło sztuki, tak muzycznie jak i animacja jest świetnie przemyślana.

LOVE, M

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...