wtorek, 19 września 2017

Fiszu Chybaryba i rodzice zrozumieją, czyli kilka kadrów z "Kurczaka Małego"

Hello!
Nie wiem jak jest w innych miastach i kinach, ale w moim rodzinnym prowadzona jest Akademia Edukacji Filmowej. Dzieci i młodzież, na każdym poziomie edukacji, ma możliwość chodzenia do kina raz w miesiącu. Ja chodziłam w podstawówce oraz w liceum. W gimnazjum jakoś się nie udało.
Większość filmów i bajek, które widziałam w klasach 1-6 nie pamiętam. Chyba, że usłyszę tytuł i wtedy skojarzę, że widziałam to w ramach AEF. 
Ale "Kurczaka Małego" pamiętam. Bo bałam się na niego iść. Do pewnego momentu  życia, gdy usłyszałam o kosmosie, kosmitach i tym podobnych rzeczach zwyczajnie się bałam. Teraz już zdecydowanie mniej, ale nie są to moje ulubione tematy. Seans "Kurczaka Małego" był wtedy stresujący.
Obecnie kosmici nie robią wrażenia. Ale chyba jak w przypadku każdej animacji dla dzieci oglądanej po latach zaskakuje, jak wiele rzeczy robionych jest dla starszej widowni, bo dziecku umkną lub zwyczajnie nie zwróci na nie uwagi. W przypadku "Kurczaka Małego", co prawda morał jest jasny i jednoznaczny, ale jest tam wiele ukrytych smaczków, które dostrzec i zrozumieć może tylko ktoś, kto widział nieco więcej niż bajki. 


Zaczynając od samego początku "Kurczak Mały"próbuje rozpoczynać się na kilka charakterystycznych dla innych bajek sposobów. 


Nawiązanie do "King Konga" jest jasne i wyraźne. 
A pod koniec filmu Luśka wspomina też o "Wojnie światów". Ja piszę o tym dlatego, że chociaż dubbing i napisy w tej bajce zgadzały się w 99,9% to tej wzmianki w tekście nie było, została ona tylko wypowiedziana.


"Kurczak Mały" to animacja z 2005 roku. Zastanawiam się czy naprawdę już wtedy wszyscy wyciągali telefony zamiast ze sobą rozmawiać, czy to przewidywanie twórców bajki.


Początek tego zdania to "Nie wszystkie..". Dopiero, gdy dziś oglądałam tę bajkę zwróciłam uwagę, że komentator sportowy robi śmieszne błędy, myli związki frazeologiczne i ogólnie mówi w zabawny sposób. 


Może się mylę, ale "Jestem zwycięzcą" z tej bajki to chyba najpopularniejszy i najlepszy fałsz piosenki, jaki kiedykolwiek powstał. 


Ogólnie wykorzystanie piosenek w "Kurczaku Małym" jest dobre. Bardzo dobre są dwa polskie wykonania "Ten mały błąd" i "Tylko tyle wiem". Nie wracam do tej bajki zbyt często, a nawet w porównaniu z innymi bardzo rzadko, ale teksty piosenek znam i śpiewam.


Bardzo dynamiczna scena z kamieniem i kolejne nawiązanie. Tym razem do "Indiany Jonesa". Zdruzgotanie kina idealnie zostało idealnie zgrane z pasującą sceną z tego filmu. 


I kolejna rzecz, na którą zwróciłam uwagę dopiero przy którymś oglądaniu. Gdy przyjrzymy się bohaterom to wyraźnie widać, że to nawet nie są przeciętni przedstawiciele swoich gatunków, ale zdecydowanie postaci z problemami. I to nawet pomijając te stanowiące główną oś całej bajki, czyli relacje ojciec-syn. Kurczak jest wyjątkowo mały, Luśka jest brzydka (i film wcale tego nie ukrywa), prosiaczek ma problemy psychologiczne, z rybą też jest coś na rzeczy. W każdym razie to postaci bardzo różne i dalekie od oczywistości. I wymagałby by lepszego opisania, ale zostawiam to spostrzeżenie, może jeśli Wy będziecie oglądali coś jeszcze na ich temat wpadnie Wam do głowy. 

A to już nawiązanie będące zdecydowanie inwencją tłumacza. Dzieci raczej nie zrozumieją, do tej pory "Krzyżaków" czytało się w gimnazjum. Chociaż z drugiej strony to bardzo popularne zdanie. Z tym, że w tym kontekście to ono się odnosi do... zębów tej postaci? A dalej w tej samej scenie jest jeszcze jedno nawiązanie tym razem do samego hymnu Polski. "Nie będzie obcy pluł nam w dziób" - chyba, że jestem przewrażliwiona, ale brzmi to dość jednoznacznie. 
Oprócz tych dwóch typowo polskich wspomnień jest na pewno jeszcze jedno - o zespole Ich Troje. 

Muszę dobrze sprawdzić szafkę z DVD, zobaczyć o ilu bajkach mogę jeszcze napisać, a o jakie tytuły dobrze byłoby ją uzupełnić i zacząć przygotowywać wpisy na zapas. Pisanie w taki sposób o animacjach jest bardzo przyjemne i wychodzi całkiem zgrabnie, myślę więc, że trzeba zacząć ten pomysł wykorzystywać bardziej. 

Trzymajcie się, M




niedziela, 17 września 2017

InQbator 2017

Hello!
O ile w zeszłym roku widziałam dokładnie wszystkie spektakle w ramach Festiwalu Teatralnego InQbator w tym zobaczyłam dwa. I kilka fragmentów. Dlatego zdecydowałam nie rozdzielać wpisu o InQbatorze i wpisu o praktykach, ale połączyć je w jeden i napisać, co ciekawego zaobserwowałam i czego się nauczyłam. 


Po pierwsze. Reżyser, twórca, artysta coś sobie wymyśli, ale z technicznego punktu widzenia tego nie zrobi więc ktoś inny się musi o to martwić. I takim sposobem spędziłam cały dzień malując wielkie tekturowe płyty, ponieważ budynek, na którym miała się odbyć projekcja miał okna i trzeba było je jakoś zasłonić. Ale nie tylko to. Pomagałam robić kostiumy dla Ostrołęckiej Sceny Autorskiej. Trochę je malowałam, trochę mierzyłam. Dowiedziałam się jak ważne są przymiarki i to, aby aktorzy mieli je wcześniej niż dzień przed spektaklem i żeby koniecznie byli wszyscy. Bo później pojawiaja się niepotrzebne narzekania i gadanie, a wystarczyło podejść w tygodniu do pracowni plastycznej i zainteresować się tym, jak kostium będzie wyglądał. Łatwiej jednak przyjść na gotowe i ględzić. 

Dwa. To bardziej kwestia programowa i oznaczania spektakli. Otóż nie wystarczy wyraźnie oznaczyć spektakli dla dzieci, trzeba także wyraźnie oznaczyć, że pozostałe spektakle dla dzieci nie są, bo później są problemy. Trochę, że dzieci nie zostały wpuszczone, a nie było wcześniej informacji, a trochę, że dzieci zostały wpuszczone, a rodzice uważają, że nie powinni byli. Druga kwestia jest taka, że ludzie chyba szli na te przedstawienia, a wcześniej nic nie czytali i nie wiedzieli na co się piszą. 
Poza tym spektakle dla dzieci zwykle są w programie pierwsze i/lub rano, faktem pozostaje jednak, że "Cyrk bez przemocy" Teatru Klinika Lalek był o 21.30 więc zdecydowanie za późno. 

 Wszystkie ładne zdjęcia pochodzą ze strony moja-ostroleka.pl. 
I są ze spektaklu Vai Vem oraz Piękna i bestia.

Trzy. Jestem kompletnie niewiarygodna w roli ochroniarza/osoby pilnującej drzwi. Ale dzięki temu nauczyłam się, że jeżeli nie chce się kogoś wpuścić, to trzeba dosłownie oprzeć się plecami o klamkę a nie obok niej, bo ludzie rzucą się do klamki, zanim człowiek zdąży zareagować i ludzie sami się wpuszczą. Nieciekawe są też sytuacje, gdy ty wiesz o innej godzinie otwierania drzwi, a ktoś z wnętrza sali otwiera je wcześniej. Aktorzy nie są zachwyceni, ale ich opiekun/reżyser/nie jestem pewna kim był ten pan, twierdzi, że wszystko w porządku. Ale część aktorów nie zdążyła ustawić się na swoich miejscach. 

Cztery. Nie wiem, czy to akurat ci aktorzy, z którymi mijałam się w biurze i na korytarzach, czy wszyscy, ale były to przemiłe, sympatyczne osoby. I naprawdę było mi przykro, gdy nie mogłam im pomóc, bo na przykład wszystkie odpowiedzialne i kompetentne osoby były akurat na spektaklu, a ja nie byłam dokładnie obeznana z wymaganiami teatrów.

Mierzyłam to wszystko. Jeśli się zastanawiacie, jak to się trzyma - na bardzo długie rzepy, przymocowane do zainstalowanych w środku dranek zszywkami tapicerskimi. Gdybyście się zastanawiali czego najwięcej używa się w pracowni plastycznej, to oprócz wspomnianych zszywek to jeszcze klej na gorąco z pistoletu.

Pięć. Frekwencja. Jestem naprawdę dumna z mieszkańców mojego miasta, bo sale pękały w szwach, ludzie, jeśli mogli, to siedzieli na schodach, a wychodzenie w trakcie spektaklu to były pojedyncze przypadki. Najczęściej rodziców, którzy zabrali dzieci na nieodpowiednie przedstawienie. 
Pięć i pół. Fotografowie. Plaga, chamstwo i prostactwo. W zdecydowanej większości. InQbator to festiwal teatru bez słów, pantomimy, teatru tańca, itp. Większość teatrów pozwala na fotografowanie pierwszych dziesięciu minut spektaklu. Ale ludzi, którzy stosują się do tej prośby jest garstka. Reszta ma to w głębokim poważaniu. Podobnie jak prośby o nieużywanie fleszy, czerwonych migawek, dźwięku, czy o to aby się nie przemieszczać w trakcie trwania przedstawienia. A ludzie potrafią kłaść się na podłogę, czołgać, a nawet chować pod ławki czy fotele. Nie wspominając o bieganiu po schodach. To wszystko przeszkadza nie tylko aktorom na scenie, ale sprawia też, że duża część widowni jest niepotrzebnie poirytowana. A wystarczyłoby trochę szacunku. 

Z uwag ogólnych to chyba wszystko, teraz napiszę trochę o spektaklach, które widziałam. Na większości nie byłam, ponieważ pilnowałam biura albo robiłam coś około tego. 


Vai Vem
GATO SA Company - Portugalia 
Czwórka bohaterów, podróż i rozbity statek. Naczytałam się dużo materiałów prasowych na temat tego spektaklu i obawiam się, że pisząc, mogę popaść w niepotrzebny patos, którym były one przesycone. A tak naprawdę to prosty spektakl bazujący na motywie podróży w różnych ujęciach: ucieczki, poszukiwania czy po prostu dążenia do celu. W całym spektaklu najbardziej robiło wrażenie zgranie muzyki, światła oraz aktorów. Naprawdę doskonale było to dopracowane. No, ale z tego co widziałam, teatr przyjechał ze swoim sprzętem i jego obsługą. Poza tym aktorzy wykorzystywali różne techniki - pantomimę, najbardziej utknęło mi w pamięci zakładanie płaszcze, który niekoniecznie chciał zostać założony, odrobinę ruchu tanecznego, gesty, rekwizyty i prostą, ale znaczącą scenografię. 
Ale Francuzów z zeszłego roku nie pobili. 

Nie policzyłam w ogólnym rozrachunku teatru, który prowadził paradę. Porywacze Ciał i przedstawienie czy może bardziej happening "Cykliści" o ślubie Bractwa Cyklistów. Głośni, kolorowi, na duży ozdobionych hulajnogach i rowerach, bawią się oni, bawi się publiczność. Naprawdę szkoda, że trasa parady była dość krótka, bo było wesoło. 

 A płomienie świecznika to nawet malowałam.

Między owadami
Fundacja Sztuka Ciała 
Fragmenty niektórych spektakli mogłam oglądać z antresoli i tak było z tym przedstawieniem dla dzieci. Bardzo ładne, aktorki świetnie się poruszały, ale najważniejsze jest to, jak bardzo podobały się dzieciom. A z góry doskonale było widać (i słychać) jak one reagują. Takiej spontaniczności i przyjemności z odbioru tego co dzieje się na scenie oraz na widowni, bo aktorki wchodziły miedzy dzieci, nie ma nikt. 

Dwa inne spektakle, które w kawałkach widziałam z antresoli. dobrzedobrze/będziedobrze Teatru Akademia, nie widziałam początku i później trudno było mi zrozumieć o czym jest ten spektakl. Prawdopodobnie z tego powodu nieszczególnie mi się podobał. Biały KWADRAT na czarnym tle a zasadniczo to miał być ten spektakl, ale aktorzy na próbie stwierdzili, że coś pozmieniają i wyszła z tego jakaś improwizacja. A ja akurat weszłam na chyba najgorszy możliwy moment, bo akurat aktorzy grali to, że mają przerwę. Zasadniczo mówi się, że <przerwa> i udaje, że aktorzy przestają grać. Ehhh.  Kiedyś podobno było to w teatrach bardzo modne, potem się znudziło. 


Piękna i bestia
Ostrołęcka Scena Autorska  
To do tego przedstawienia mierzyłam i malowałam stroje. A w jego trakcie przeszkadzałam ludziom, bo ustawiłam się z kamerą na samym środku i nagrywałam. Mogłam, ale trochę mój błąd, bo mogłam założyć mój piękny identyfikator z napisem "organizator" i może słyszałabym mniej "nie widzę". Mogłam też szybciej zająć miejsce i następnym razem tak zrobię. Ale ludziom trzeba przyznać, że zebrali się bardzo wcześnie. 
Co do samego przedstawienia. Podobało się, ale Calineczka w zeszłym roku bardziej. I chyba nawet wiem dlaczego. Średni wiek aktorów się zmniejszył i chociaż młodzież robiła naprawdę dobrą robotę, to były inne emocje. 

Mam nadzieję, że w przyszłym roku, nawet nie w ramach praktyk, ale także uda mi się coś przy InQbatorze porobić, bo to naprawdę super sprawa.

LOVE, M

czwartek, 14 września 2017

Na serce fana ("Kuroshitsuji: Book of the Atlantic")

Hello!
Ostatnio oglądam i czytam tyle nudnych rzeczy, że cokolwiek w czym coś się dzieje jest dobre. A jeżeli jest to animowany film, będący kontynuacją anime, które bardzo lubię tym lepiej dla mnie. I dla filmu.

Ekranizacja Luxury Liner Arc mangi Kuroshitsuji została zrobiona z okazji 10 lecia. Dzieje się po wydarzeniach z "Book of  Circus". Ale wbrew pozorom to nie znaczy, że osoby, które nie miały wcześniej styczności z Czarnym Kamerdynerem nie mogą filmu zobaczyć. To osobna, zamknięta historia i chociaż niektóre relacje między postaciami albo odwołania do wcześniejszych wydarzeń mogą nie być jasne, to i tak spokojnie można animację zobaczyć. 

Sama intryga nie jest nad wyraz skomplikowana, a wręcz bardzo pretekstowa, ale sporo się dzieje, szczególnie w pierwszej części filmu. Są to co prawda głównie walki z zombie i jest to odrobinę straszne, ale stanowią one ładny punk wyjścia do scen, gdzie postaci mają okazję wykazać się bohaterskością czy pokazać swój charakter. Całość anime dzieje się na statku, a Ciel oraz Sebastian chcą ustalić kto, dlaczego i jak ożywia zwłoki. Fabularnie to naprawdę jest tak proste jak tylko mogłoby być, ale zombie powodują sporo szkód i zamieszania więc jest co robić. 


Co do samego statku. Prawdopodobnie gdybym sama miała możliwość robienia czegoś takiego, też nie oparłabym się pokusie nawiązywania do "Titanica". Mamy więc prawie powtórkę sceny na dziobie oraz zderzenie z górą lodową. Poza tym studia produkujące anime popisują się ostatnio umiejętnościami robienia animacji 3D i to samo robi A-1 Pictures pokazując Campanię. I trzeba przyznać, że wychodzi im to bardzo ładnie. Technicznie anime jest ładne i dobrze zanimowane, miejscami nawet robi duże wrażenie, ale w niektórych scenach i przy dalszych obrazach szczegóły się rozjeżdżają i kreska bywa brzydka. 


Dla fanów Kuroshitsuji film o miód na serce. Mamy okazję zobaczyć te strony charakteru Ciela, o których nie mieliśmy pojęcia, dowiedzieć się więcej o przeszłości jego i Sebastiana i tego, jak uczyli się razem żyć. Lizzy dostaje swoje dziesięć minut z czego jestem bardzo zadowolona, bo zdecydowanie była to pomijana i niedoceniania postać, a to naprawdę silna dziewczęca dziewczyna. Okazuje się, że Ciel naprawdę się o nią troszczy  i bywa zakłopotany w jej obecności. A także potrafi docenić Sebastiana, co nie jest oczywiste. Pod tymi względami to naprawdę miły, sympatyczny film.

Mam nadzieję, że kolejne wątki fabularne "Kuroshitsuji" także doczekają się przeniesienia na ekran. Bo z tego co wiem manga ma się ciągle bardzo dobrze, a pomysłowość autorki się nie wyczerpuje.

LOVE, M

wtorek, 12 września 2017

Pod górkę ("Aż do kości")

Hello!
Kontynuuję nadrabianie filmografii Lily Collins. Dziś przyszła pora na "To the Bone" czy po polsku "Aż do kości", gdzie Lily gra główną bohaterkę. 


"To the Bone" to film o osobach z zaburzeniami odżywiania, głównie anorektyczkach, ale pojawia się jeden chłopak. Przed rozpoczęciem pojawia się ostrzeżenie, że temat jest delikatny, a obrazy mogą sprawić, że widz poczuje się niekomfortowo. Czuję się niejako zobowiązana, aby powtórzyć ostrzeżenie także przy wpisie, bo nawet jeśli zdecydowanie bardziej zajmę się opisem filmu, to notka opatrzona jest zdjęciami. 



Ellen ma anoreksję, 4 nieskuteczne terapie za sobą, bardzo skomplikowane relacje rodzinne i niewielkie szanse na poprawę w niedalekiej przyszłości. O jej charakterze wiemy niewiele. Oprócz tego, że jest realistką skręcającą w pesymistyczne strony. Wiemy też, że rysuje. Z tego wyciągane są wnioski, że jest bardzo wrażliwą artystką, ale na ekranie tego nie widać. Widać, za to, że Ellen ma bardzo poważny problem, ale sama nie wie dlaczego. Nie jest to nawet kwestia tego, że przyczyna na pewno nie jest jedna, a złożyło się na nią wiele czynników. I choć pokazano w filmie wiele możliwości, nie ma jednoznacznie stwierdzonej przyczyny. 


Akcja filmu dzieje się w ośrodku terapeutycznym. Ellen mieszka tam wraz z sześcioma innymi pacjentami. Którzy jako postaci mają po jednej charakterystycznej cesze i ogólnie są zbiorem typów. Oprócz chłopaka. Dla Luka główna bohaterka to love interest. I jest to zwyczajnie bardzo słabe, zaczynając od tego, że kompletnie niepotrzebne. Scenarzyści mogli chociaż dodać jeszcze jednego chłopaka, aby nie wypadło to tak źle. Ale nie Luke jest sam jeden i zakochuje się w naszej bohaterce. Którą wydaje się, że znał, bo obserwował jej tumblra. 

 Przez pierwsze pół filmu nic się w nim nie dzieje. Obserwujemy bohaterkę, która kwalifikuje się na leczenie do nowego ośrodka i to jak się do niego przyzwyczaja. To powinna być ta część, w której poznajemy bohaterkę, ale my ją tylko obserwujemy. Ewentualnie dowiadujemy się rzeczy. I to w bardzo dużej ilości. Ale po pierwsze nic z tego nie jest pokazane na ekranie, po drugie wręcz nie mają one odzwierciedlenia w filmowej rzeczywistości, po trzecie nic z nich nie wynika. 


Największy problem tego filmu stanowi to jak dużej ilość tematów, motywów, itp., itd., dotyka. Chociaż to za dużo powiedziane. Głaszcze i przesuwa się po powierzchni. Żeby podać tylko jeden przykład. Rodzina głównej bohaterki - ojciec, którego nie ma, nie pojawia się na ekranie nawet na minutę, gadatliwa macocha, która nie do końca jest zła, ale na pewno Ellen jej nie lubi, biologiczna matka Ellen, która jest lesbijką i ułożyła sobie życie z kobietą, z czym macocha bohaterki ma problem, choć udaje, że nie oraz przyrodnia siostra, wyciągnięta z podręcznika jak być dobrą siostrą. Chaos. A to tylko jeden element historii. Najgorsze są jednak te niewyjaśnione, zawieszone gdzieś w powietrzu informacje, z którymi widz trochę nie wie co zrobić, z czym mają związek i do czego je odnieść. 


Co za to film pokazuje na pewno. Że wychodzenie z choroby to niełatwy, długotrwały proces, w którym dużo, ale jednak nie wszystko zależy od pacjenta. Nawet jeśli to nie wszystko jest bardzo przewidywalne i naprawdę bardzo łatwo się domyślić pewnych wydarzeń, które zostaną pokazane w filmie. 


W "To the Bone" występuje Keanu Reeves w roli doktora. Niestety jest to rola niesatysfakcjonująco mała. Lily Collins do roli bardzo schudła, bardzo, ale mam nadzieję, że chociaż część jej widocznej chudości to były sztuczki makijażystów, osób odpowiedzialnych za stroje czy kamery. Jej bohaterka jest budowana w filmie trochę niekonsekwentnie i brakuje jej charakteru, ale scenariusza nie przeskoczysz. Ale Lily daje radę. 

Pozdrawiam, M


niedziela, 10 września 2017

Chociaż spróbować się wykazać ("Ookami Shoujo to Kuro Ouji")

Hello!
Mam wrażenie, że wszystkie dobre lub za takie uważane anime typu szkolny romans już obejrzałam, bo od pewnego czasu każdy kolejny tytuł jest coraz gorszy.


Erika jest tak zdesperowana, że to aż boli. Boli też to, że chociaż jest narysowana nie ma do siebie za grosz szacunku. Główny bohater jest aroganckim, samolubnym dupkiem. A ten cały pomysł z udawaniem chłopaka i psem - bardzo zły. Tym bardziej, że gdyby potraktować to z przymrużeniem oka - w końcu to animacja, postaci są narysowane- to może by to nawet wyszło. Ale to anime traktuje się poważnie i nie jest ani trochę zabawne. Nawet jeśli podejmuje nieliczne próby, to efekt jest raczej żałosny.

Poza tym to anime pokazuje, że jedyną ambicją dziewczyny powinno być znalezienie chłopaka, bo inaczej zostanie wykluczona ze społeczeństwa. Obowiązkowe dwie przyjaciółki Eriki to puste, momentami złośliwe postaci, od których w innych anime główna bohaterka trzymałaby się z daleka. Znaczący drugi plan nie istnieje. Erika ma co prawda jeszcze jedną przyjaciółkę, ale nie wnosi nic do fabuły. Główny bohater ma przyjaciela, który jest istotny w jednym odcinku. Potem pojawia się nawet drugi i nawet wszyscy trzej razem, ale nie zmienia to sytuacji.


Gdy ogląda się czy seriale czy filmy czasami ma się odruch mówienia do bohaterów, co powinni czego nie powinni robić, albo inaczej żywo reaguje się na wydarzenia na ekranie. "Ookami Shoujo.." to następny poziom zaangażowania w oglądanie, gdyż od razu chce się rzucać w bohaterów rzeczami, które ma się pod ręką. Bardzo mało brakowało żebym tego anime nie dokończyła, ale chciałam wiedzieć dokładnie, co twórcy wymyślą w finale.  

I się dowiedziałam, ale zakończenie jest mdłe. Bohaterowie w trzech-czterech ostatnich odcinkach robią się odrobinę bardziej znośni, ale może to być też zasługa tego, że widz przestaje zwracać na nich uwagę. Są na tym ekranie, wiemy jak będą się zachowywać i wiemy też żeby za wiele nie wymagać. Bo to źle zrealizowane schematy. "Ookami Shoujo to Kuro Ouji" jest gorsze od bardzo podobnego anime, o którym pisałam ostatnio, czyli  "Tonari no Kaibutsu-kun". Jeśli z jakiegoś powodu mielibyście wybierać spośród tych dwóch tytułów do obejrzenia, to zdecydujcie się na "Tonari". 


A tak ogólnie to nie zapowiadało się źle. Punk wyjścia jest następujący: Erika, aby przypodobać się swoim pustym przyjaciółkom, udaje, że ma chłopaka. Potrzebuje dowodu więc robi zdjęcie przypadkowemu przystojniakowi na ulicy. Później się okazuje, że to jeden z najpopularniejszych chłopaków w szkole. Prawda prawie wychodzi na jaw, ale Czarny Książę, zgadza się zostać udawanym chłopakiem Eriki. Ma tylko jeden warunek... Dziewczyna ma być jego pieskiem. To być może nie brzmi najlepiej, ale czytałam gorsze opisy, a okazywało się, że anime są naprawdę dobre. Tylko trzeba się wykazać odrobiną kreatywności. 

Trzymajcie się, M

piątek, 8 września 2017

Synonim nudy ("Trzepotanie jego skrzydeł")

Hello!
Udało się, doczytałam najnudniejszą trylogię świata. Była to trudna przeprawa, ale trzy tomy "Lewej Ręki Boga" już za mną.
Dla zainteresowanych: tom pierwszy, tom drugi.


W przeciwieństwie do poprzednich części ta jest dużo mniej irytująca. Jest nudna, ale czytelnik ma jej tak dość, że nawet nie ma ochoty poświęcać jej swoich emocji. O jakimkolwiek zaangażowaniu w czytanie nie wspominając. "Trzepotanie jego skrzydeł" stanie obok podręcznika do Oświecenia w szeregu najnudniejszych książek, jakie czytałam. Z tym, że autorzy podręcznika nie za bardzo mieli wpływ na to, co było w tej opoce tworzone. A Paul Hoffman jest całkowicie odpowiedzialny za swoje pisanie. 

I wydaje się, że chyba zdawał sobie sprawę, że jego książki średnio podobają się czytelnikom. Na początku i na końcu tego tomu znajdują się, jakieś dziwne 'dokumenty', w których trylogię (jak ja się cieszę, że to słowo było tyle raz w nich podkreślane, naprawdę bałam się, że może powstać jeszcze jeden tom, bo gdy czytałam strony mijały i zbliżały się do końca, a fabuła ani trochę się nie rozwiązywała) przedstawia się, jako wielkiej wagi znalezisko archeologiczne. I są napisane w bardzo aroganckim tonie. Pan autor, bo bez wątpienia to on ukrywa się pod postacią archeologa, odkrywcy tych książek, bardzo próbuje się wytłumaczyć.  Ale mu nie wychodzi. Za to z podziękowań można się dowiedzieć naprawdę skąd autor czerpał różne cytaty. Choć wolałabym, aby były oznaczone w przypisach. 

Z geografii, która w tym tomie jest jeszcze bardziej pomieszana, na środku czegoś, co można by uznać za Europę, pojawia się rzeka Missisipi, autor też się tłumaczy. Otóż Szwecja, Egipt, Kent, Warszawa, Londyn, Syrakuzy, Rzym, Dunkierka (to wybór kilku, które wymienia Hoffman) leżą w odległości 350 kilometrów od Nowego Jorku (Nowego Amsterdamu). Nie trzeba wielkiej wiedzy geograficznej, aby wiedzieć, że Warszawa na pewno nie leży 350km od NY. Nawet do 'starego' Amsterdamu jest więcej kilometrów. 

Gdyby tego było mało autor miesza też historię. Tę dotyczącą I wojny światowej - dwóm zabójcom pojawiającym się w książce nie udaje się zamach na arcyksięcia Ferdynanda. A także pojawią się hasła takie jak Piąta Rzesza i Alois Huttler. Subtelnie. Do książki dołączony jest esej autora pod tytułem "Udziwnianie świata". Próbowałam go przeczytać, ale chyba nie dam rady przełknąć więcej fikcji. Chociaż rzuciłam okiem na kolejne akapity i tam Paul Hoffman dalej próbuje się tłumaczyć z trylogii. Może to doczytam jutro i napiszę na facebooku bloga, jeśli okaże się, że jest tam coś interesującego. 

Trochę śmiechłam.

"Trzepotanie jego skrzydeł" cierpi na tony niepotrzebnych wzmianek, opisów postaci, które są dłuższe niż ich faktyczny udział w fabule, mnóstwa niepotrzebnych historyjek pobocznych, dotyczących postaci epizodycznych. Ma za dużo słów.

Opisy wielkich bitew są tak mało fascynujące, że zdarzało mi się czytać lepsze opisy przyrody w naprawdę złych książkach. Nie wiem jak z czegoś, co mogłoby być opowieścią o wielkich politycznych intrygach zrobiono coś, co ani nie intryguje, ani nawet nie zaciekawia. Czyta się kolejne zdania i nawet jeśli dzieje się coś, co powinno być zaskakujące to nie robi to na czytelniku absolutnie żadnego wrażenia.

Muszę się przyznać, że byłam bardzo bliska niedokończenia czytania. Wszystko było bardziej interesujące niż to, co działo się w książce. I to byłby pierwszy przypadek, że się poddałam. Jeśli w pierwszym tomie główny bohater był nawet interesujący to po tym się zwyczajnie snuje i nic nie robi. Nie wiem o czym jest ta książka. Ona nie ma zbyt wiele sensu w kontekście 2 poprzednich, a Thomas, jako Lewa Ręka Boga, to jest zmarnowany pomysł.

Na całych 558 stronach jest jeden bardziej poruszający moment. Jeden. Z tym, że tak kompletnie do niczego nie pasuje i spowodowany jest taką głupotą, że zamiast wzruszenia wywołuje raczej śmiech. Jest w sumie jeszcze drugi, który może robiłby większe wrażenie, gdyby nie to, że dotyczy wątku, który pojawił się w poprzednim tomie, i który był całej tej fabule potrzebny jak dziura w moście. 



Trzymajcie się, M

środa, 6 września 2017

Zachwyty ("Descendants of the Sun")

Hello!
Dawno nie napisałam pozytywnej i entuzjastycznej recenzji. Zaczęłam się ostatnio nawet martwić, że uznacie mnie za człowieka, któremu nic się nie podoba. Na szczęście dziś same zachwyty i to, uwaga, nad dramą. 


W przeciwieństwie do "Bride od Habaek", które zostało ogłoszone 'dramą roku' zanim jeszcze pierwszy odcinek pojawił się w telewizji, a później okazało się rozczarowaniem, "Descendants of the Sun" osiągnęło ten status po zakończeniu emisji (chociaż całkiem prawdopodobne, że też było tak oczekiwane i zyskało miłość widzów już w czasie, gdy było regularnie wypuszczane w TV) i ludzie kochają je całym sercem cały czas. I słusznie, bo to cudowny serial. 

"Descendants of the Sun" udowadnia, że jeśli scenarzyści chcą to mogą. Na ZIA na zajęciach o teatrze często powtarzają nam, że liczy się proces nie efekt i chociaż odnosi się to raczej do kwestii przygotowywania przedstawień, to jest to doskonały opis na fabułę wszystkich romansów. My wiemy, że bohaterowie będą razem, więc trzeba nas, po pierwsze, przekonać do tego pomysłu i dać nam dowody na to, że postaci do siebie pasują, a później tak przedstawić ich znajomość, abyśmy byli w stanie uwierzyć, że jest ona prawdopodobna. Na różnych poziomach. Z tym, że, ponieważ to jednak serial, to niektóre przeżycia bohaterów są pokazane trochę jak na sterydach, ale to pasuje. 

To najlepszy przyjaciel głównego bohatera. Po prawej jego dziewczyna. Po lewej widzimy plecy jej ojca. Wszyscy są w mundurach. Status tego związku: to skomplikowane. Do sześcianu.

Naszymi głównymi bohaterami są pani doktor Mo-yeon i pan żołnierz-kapitan Si-jin (obiecuję, że jak wrócę na uczelnię to pójdę, do któregoś z moich profesorów i zapytam się, jak to jest z zapisem i odmianą koreańskich imion i nazwisk w języku polskim; słowniki, które posiadam w domu nie okazały się w tej sprawie pomocne). Dość łatwo zauważyć konflikt interesów tych dwóch profesji, ale kapitan zakochuje się w pani doktor od pierwszego wejrzenia. Jednak prace głównych bohaterów nie dają o sobie zapomnieć. Kapitan szefuje siłom specjalnym i zawsze jest wzywany na misje w najmniej odpowiednim momencie. Dodajmy do zachwytów nad scenariuszem fakt, że gdy postać pani doktor ma okazję to robi coś podobnego. Niby takie małe powtórzenie tego samego motywu, na dodatek dość oczywiste, ale po pierwsze ładnie pokazuje relacje bohaterów, a po drugie jest tak wbudowane w fabułę, że ostatecznie wypada jak najnormalniejsza rzecz na świecie (bo w sumie nią jest, ale w serialach to nie takie oczywiste).

Fabuła "Descendants of the Sun" jest mocno rozciągnięta w czasie, ale działa to na jej korzyść, co raczej nieczęsto się zdarza. Działa za to na niekorzyść kapitana, bo ten usycha z tęsknoty. Ale w szpitalu, w którym pracuje pani doktor dochodzi do bardzo nieprzyjemnych wydarzeń w efekcie czego ona wraz z grupą lekarzy i pielęgniarek zostaje wysłana do Uruk. Kapitan, który jest tam z misją nie posiada się z radości, ale bohaterka, niestety dla niego, ma postawę i chciałabym, i boję się. Co mogłoby być irytujące, gdyby nie to, że ma niezłe uzasadnienie. Inną cechą Mo-yeon, która mogłaby zostać uznana za denerwującą, jest jej płaczliwość. Ale to dopełnia jej charakter i dzięki temu kapitan może robić żarty z tego, jak bardzo pani doktor się zmienia, gdy już nie płacze. A ona uwielbia jego dowcipy. 

Zwykle nie piszę, aż tyle streszczenia, ale do recenzowania tej dramy i opisu jaki przemyślany, choć niepozbawiony klisz, potrzeba odniesienia do poszczególnych wydarzeń. 
W Uruk dochodzi do trzęsienia ziemi. Katastrofalnego w skutkach i pokazane są one bez ostrzeżenia, a o kilku scenach ludzie o słabych nerwach powinni zostać uprzedzeni. Ale fabularnie jest to wykorzystane na maksa. Pani doktor musi podjąć dramatyczną decyzję dotyczącą ocalałych i to niejedną, przy okazji może popatrzeć na nieco inne oblicze pracy kapitana, który wykazuje się bohaterstwem. 

 Cały poniższy akapit jest o tym biedactwie.

Po drugim planie pałęta się młody doktor, który dostał w Uruk szkołę życia. Pokazywany jako pogody i radosny, ale także zdystansowany do polowych warunków Uruk, zostaje przytłoczony wydarzeniami. Uznaje, że ponosi klęskę jako lekarz i nigdy nie zostanie dobrym doktorem. Załamuje się, ale tak zostaje pokazane jego dorastanie. Bo w Korei czeka żona w ciąży (notabene pokazywanie czy pisanie o kobietach w ciąży jest niebezpieczne, bo łatwo nie dopilnować terminu porodu) i trzeba nauczyć się odpowiedzialności. I Lee Chi-hoonowi się to udaje. Trzeba przyznać też, że miał dużo wsparcia ze strony innych lekarzy będących w Uruk.


W czasie pisania powyższego akapitu zdałam sobie sprawę, że po drugiej stronie barykady albo po prostu w koszarach w Uruk jest bardzo podobna postać. To znaczy Kim Ki-bum. Głównych bohater oraz jego najlepszy przyjaciel w pierwszym odcinku uratowali mu tyłek, a on później zaciągnął się do armii, aby uciec od gangów i bycia złodziejaszkiem. Jest taką trochę maskotką i dobrym kucharzem oraz kolejnym przykładem na to, że jak ktoś pojawia się w scenariuszu to ma znaczenie i możemy się spodziewać, że wróci. Byłam zaskoczona, bo spodziewałam się, że kieszonkowiec z tego pierwszego epizodu będzie kimś zupełnie przypadkowym, a stał się całkiem miłą postacią na drugim planie. 

Kapitan mniej więcej (więcej) zawsze się tak patrzy na panią doktor.

Ponieważ nie pamiętam imion bohaterów (żadnych, postaci z DotS nie są wyjątkiem; wyjątkiem jest Habaek- może dlatego, że jego imię jest w tytule dramy; to wyjaśnia także dlaczego fakt, że w MoonLovers książątka byli ponumerowali bardzo ułatwia kontakt pomiędzy fanami- nie tylko nie trzeba wiedzieć jak książątko miało na imię, to jeszcze, po tym, którego księcia grał rozpoznaje się aktorów) posiłkuję się Wikipedią. I tak szukając imienia doktora z wcześniejszego akapitu, przewinęłam niżej i zerknęłam na informacje dotyczące oglądalności, odbioru w społeczeństwie (była fala chętnych do wojska po zakończeniu serialu; ciekawe czy na studia medyczne) oraz krytyki. Główny zarzut był taki, że drama nie ma fabuły. Pisałam wyżej- chodzi o to, aby główni bohaterowie się zeszli- a ten proces przedstawiony jest ciekawie. Wszystko inne jest na drugim planie. W dramie jest bardzo zły człowiek. Kiedyś żołnierz, ma wspólną historię z kapitanem, teraz robi interesy na diamentach. Być może ktoś oczekiwał, że to będzie wielki konflikt i ogromny element fabuły. Złol jest nieco karykaturalny w byciu złym i faktycznie jest ogromnym problemem dla bohaterów, ale od jego pojawienia się było wiadomo, że będzie miał rolę do odegrania i zniknie, gdy przestanie być potrzebny.

Innym zarzutem było to, że drama jest nierealistyczna. Dla mnie ważniejsze jest to, że w ramach świata, jaki zostaje nam pokazany jest prawdopodobna. Główny bohater jest jednak żołnierzem, trzeba dać mu jakieś okazje, aby mógł się wykazać. Bo wydaje mi się, że to tego się czepiano. Chociaż i ja mam jedną scenę, której nie mogę dramie wybaczyć, bo to było za wiele. SPOILER. Nasza pani doktor, jedzie samochodem, wypada z drogi i wisi na krawędzi klifu. Dzwoni po kapitana. Ten przybywa jej na ratunek. Ratunek polega na tym, że spycha samochód z klifu. Po czym ratuje i doktor i siebie. Nawet samochód udało się uratować.


Ten wpis jest już za długi, a powinnam napisać jeszcze o stu tysiącach rzeczy. Że drugi i trzeci i każdy kolejny plan jest zaplanowany i są na nim sympatyczne postaci i nie ma się poczucia, że gdy scenariusz skupia się akurat, na którejś z nich, dzieje się o dlatego, że scenarzyści nie mieli pomysłu na główny wątek. To też pierwsza drama, którą daną jej godzinę antenową wykorzystuje w pełni i umie kończyć odcinki w odpowiednim momencie. Nie zawsze muszą to być cliffhangery, choć oczywiście są, ale po prostu widać, że odcinek miał się w danym miejscu skończyć, a nie, że musiał się w nim zatrzymać. Co ważne drama jest też naprawdę zabawna, ale nie w nachalny sposób, jaki kojarzony jest z dramowym humorem.


Ostatnia rzecz- muzyka. Piosenkę "Everytime" kocham całym sercem, reszta też jest super. Ale mam jedną uwagę dość ogólną dotyczącą dram. Utwory z ich ścieżek dźwiękowych są naprawdę super, ale nie są tak dobrze wykorzystywane w samym serialu jak mogłyby być. To znaczy: dany utwór pojawia się niezależnie od okoliczności i niezależnie od pary. Całują się, rozstają, spotykają ze znajomymi, inna para rozmawia - wszędzie ten sam utwór. W skrócie dobrze się dzieje, źle się dzieje - jedna piosenka. Może gdyby do wszystkich pozytywnych scen podkładać tę samą piosenkę byłoby nudo, ale byłby porządek i muzyka faktycznie podkreślałaby nastrój. Póki co wyborem rządzi dość duża przypadkowość i chaos.

LOVE, M

poniedziałek, 4 września 2017

Nie tylko w kinie i teatrze XX - Z drugiej stronie kamery Dave Meyers

Hello!
Muszę przyznać, że odkąd zaczęłam zwracać uwagę na to, kto reżyseruje teledyski (i na sam fakt, że one są reżyserowane - chociaż zdawałam sobie sprawę, że ktoś musi je wymyślać i realizować, widziałam też przecież mnóstwo teledysków-mini filmów) ich oglądanie stało się podwójnie ekscytujące i zajmuje mi, jakieś cztery razy więcej czasu niż wcześniej. Bo gdy znajdę nazwisko to za nim podążam jak odkrywca za mapą. 


Zawszę będę wdzięczna za podpisywanie twórców teledysków. Dzięki temu odkryłam pana Dave'a Meyersa. Jest ładnie wyszczególniony na początku teledysku do piosenki "Really Really" koreańskiego zespołu Winner (i ze wszystkich ich teledysków, ten ma najwięcej wyświetleń; wcale się nie dziwię). Wpisałam nazwisko w Google i okazało się, że to nie jest pierwszy jego teledysk, który widziałam. Oraz, że pan jest znanym i uznanym reżyserem MV - w tym roku na MTV Video Music Awards nagrodzony został teledysk "Humble" Kendrica Lamara, za który odpowiadał on i The Little Homie (ktokolwiek lub cokolwiek to jest). Notabene ten teledysk mi się nieszczególnie podoba, ale fakt, że dostał nagrodę przyspieszył napisanie tej notki.


Ale, ale to nawet nie jest pierwsza nagroda MTV Dave'a Meyersa. Wcześniej w 2011 nagrodzony został teledysk do piosenki Katy Perry "Firework". Pamiętam, że na tę piosenkę był szał. Jednak i to nie było pierwsze wyróżnienie MTV. W 2003 Missy Elliott i MV "Work It" i ono było pierwsze. Z resztą Meyers kilka razy współpracował z Missy Elliot i to całkiem udanie, bo teledyski do takich piosenek jak "Pass That Dutch", "Lose Control" czy "We Run This" także zdobywały przeróżne nagrody. "Lose Control" na przykład Grammy. A w 2015 reżyserował teledysk do piosenki WTF (Where They From) tejże pani oraz Pharrella Williamsa. I w tym roku Missy Elliott oraz Lamb wydali piosenkę "I'm Better" i MV także jest dziełem naszego dzisiejszego bohatera.


Inną znana panią, która chętnie współpracuje z Meyersem jest Pink. Na przykład "Just Like Fire", "Blow Me", "F**kin' Perfect" (to też pamiętam była sensacja), "Raise Your Glass", "Funhouse", "Don't Leave Me", "So What", "Stupid Girls" i 8 innych. W sumie 15. Z tych widziałam dużą część w przeciwieństwie do teledysków Missy Elliott, które sprawdzałam przed opublikowaniem wpisu. 


I na koniec pojedyncze współprace warte wspomnienia. Gdybyście interesowali się pozostałymi teledyskami to Wikipedia oraz IMDb są całkiem niezłymi źródłami informacji. 

Dziełem Meyersa jest teledysk Rihanny "Where Have You Been" - szał większy niż przy "Firework". Ale nasz dzisiejszy główny bohater jest także odpowiedzialny za teledyski mojego idola już od przedszkola to znaczy Enrique Iglesiasa. Z czego "Be With You" już oczywiście znałam, ale "Escape" usłyszałam i zobaczyłam dziś po raz pierwszy. Może, w przeciwieństwie do pierwszego, nie puszczali go na Vivie, gdy byłam mała. Nowy teledysk Katy Perry "Swish Swish" jest także autorstwa Meyersa. "Somebody to Love" Justina Bibera, "Alice" Avril Lavigne czy "Objection" Shakiry to też jego teledyski. Zauważyłam, że Meyers aktywniejszy w dziale MV był przed 2003 rokiem, ale nie kojarzę zdecydowanej większości zespołów i piosenek. 


Żeby zakończyć tak jak zaczęłam. Dave Meyers zrobił jeszcze jeden teledysk dla koreańskiego artysty. Artystki, aby być dokładnym. CL jest byłą członkinią rozwiązanego zespołu 2NE1. Piosenka "Lifted" ma zapowiadać jej amerykańską debiutancką płytę, ale jej premiera jest odkładana i odkładana. 


sobota, 2 września 2017

Zamek w Trokach

Hello!
Druga część zdjęć z Litwy.


Zamek w Trokach znajduje się na wyspie, na którą z parkingu dla autokarów trzeba się kawałek przespacerować. Same Troki znajdują się blisko Wilna i były stolicą księstwa Kiejstuta. Był wtedy jeszcze w budowie i nie udało się jej dokończyć przed jego śmiercią. O zamek bili się Jagiełło i Witold, oblegali go Krzyżacy. Po tym jak zmarł Witold zamek popadał w ruinę.


Z tego co można wywnioskować ze słów przewodniczki i historii zamku, to cud, że on stoi. Był niszczony, przebudowywany, niszczony, pełnił przeróżne funkcje, ale nie miał szczególnego strategicznego znaczenia, więc gdy zaczął niszczeń niezbyt się tym przejmowano.


Dopiero w XIX wieku zaczęto rozważać jego odbudowę. W salach, które się zwiedza, bo oczywiście teraz jest to muzeum, można dokładnie zapoznać się z jego historią. Oraz historią Litwy ogólnie.


Ale widać i po samym zamku, gdy tylko się do niego podchodzi, że  wiele przeszedł. Widać kamienie, czerwoną cegłę z różnych lat i beton. 

Niżej widać fosę. Teraz jest sucha, ale kiedyś była tam woda z jeziora. Poza tym po zdjęciach ładnie widać, jak zmieniała się pogoda. Dzień wcześniej w Wilnie a to padało, a to wychodziło słońce. W Trokach najpierw było bardzo ładnie i ciepło, później zaczęło lać.



Niestety mój telefon ma skomplikowaną relację ze światłem, czasami sama nie jestem w stanie wyczuć, czy będzie, czy nie będzie wystarczające. W wypadku zdecydowanej większości zdjęć z muzealnych sal zamku, nie było. A eksponaty, które faktycznie były dobrze oświetlone, niekoniecznie były tymi najciekawszymi. 
Powyżej widać kopię obrazu Bitwa pod Grunwaldem.




Kolekcja fajek. Pokazuję, bo to jedno z najostrzejszych zdjęć, jakie udało się zrobić w środku zamku.



Pozdrawiam, M

czwartek, 31 sierpnia 2017

Utopieni ("Bride of Water God")

Hello!
Gdy skończyłam oglądać moją pierwszą dramę chciałam więcej. Ale nie za bardzo wiedziałam, czego i jak szukać, aby serial był dobry i nie wpaść na jakąś szmirę. Na szczęście internet okazał się pomocny i okazało się, że wszyscy czekają na "The Bride of Water God". Hype był ogromy i zapowiadało się naprawdę dobrze. Niestety, jak często bywa w takich wypadkach, podekscytowanie było mocno na wyrost. Chociaż sama chciałam obejrzeć tylko w miarę dobrą dramę i podchodziłam do niej bez szczególnych oczekiwań, to ostatecznie długo nie mogłam się zebrać, aby obejrzeć finał, bo wiedziałam, że jak skończę, to będę musiała o niej napisać. 


I nie pomyliłam się, ostatni odcinek jest naprawdę zły (to mało powiedziane, jest fatalny), ale to tylko zwieńczenie wszystkich nieścisłości, dziur i ogólnie realizacji złego scenariusza. "Bride of Habaek" (widziałam chyba 4 wersje tego tytuły po angielsku) jest też zwyczajnie nudne. Momentami niesamowicie. Coraz bardziej zaczynam uważać, że godzinne odcinki. nawet jeśli jest ich 16, to za długo. A na pewno za długo, jeśli wyraźnie widać, które sceny, nawet całe wątki, są prowadzone dla wypełnienia czasu antenowego. Nawet jeśli te zapchajdziury nie są złe, to są zwyczajnie niepotrzebne.


Ale może zanim konkretnie co oprócz tego, że drama jest nudna, nie do końca jej się udało, to o czym ona w ogóle jest. Habaek to bóg wody, król krainy wody i przyszły władca całego królestwa bogów (w kilku pierwszych odcinkach zdarza mu się i to po kilka razy przedstawiać całą tą formułką), który, aby tym władcą zostać, musi udać się na ziemię. Yoon So Ah jest psychiatrą a także potomkinią rodu, którego przeznaczeniem jest służenie bogom, gdy są na ziemi. To do niej oczywiście odnosi się tytuł dramy. Która powinna być ładnym romansem z domieszką fantasy, a jest mało pasjonującym obserwowaniem, jak dwójce bohaterów bardzo długo zajmuje zrozumienie, co do siebie czują.


Początkowo wydaje się, że główna bohaterka ma charakter i jest całkiem odważna. Niestety z kolejnymi odcinkami robi się coraz bardziej nijaka i przewidywalna.  Habaek. Był dość zabawny i nieporadny w ludzkim świecie. Na początku nie był też byt miły i przyjemny, przecież to król więc mu się należy. Później się zmienia. Z założenia ma go zmienić relacja z Yoon So Ah. W praktyce ciężko zobaczyć, jakiś ciąg przyczynowo-skutkowy. Z resztą cała ich relacja jest bardzo chaotyczna.


Zastanawiam się, czy fakt, że aktor grający Habaeka (Nam Joo Hyuk) jest duży wyższy od aktorki grającej So Ah (Shin Se Kyung) nie spowodował, że zamiast wyglądać razem uroczo czy chociaż sprawiać wrażenie, że do siebie pasują, nie czuć między nimi chemii, a aktorzy często wyglądają jakby grali obok siebie nie ze sobą.


Najlepiej, najkonsekwentniej i najlogiczniej poprowadzony jest wątek Shina. To szef ośrodka wypoczynkowego. A także rywal Habaeka o serce głównej bohaterki. W jego przypadku mamy ładnie poprowadzoną relację z So Ah, wyjaśnianą jego przeszłość w odpowiednich porcjach, a do tego wszystkie bieżące sprawy dotyczące jego osoby są pokazane w zaskakująco przemyślany sposób. A to tylko dowód na to, że jeśli scenarzyści się postarają to potrafią zrobić naprawę bardzo dobrą robotę.


Na drugim planie mamy za to bohaterów, którzy mogą przynieść nam emocje, których główna para (ba, nawet kwestia trójkąta nie jest szczególnie fascynująca) nie jest w stanie nam dostarczyć. Początkowo bałam się, że postać Moo Ry będzie zła, a jakoś nie chciałam jej nie lubić. Trochę gorzej było z Bi Ryumem (pojęcia nie mam jak zapisywać i odmieniać ich imiona i nazwiska), który nie tyle jest zły, co ma poważne problemy ze sobą i z tym, że jest nieszczęśliwie zakochany i zachowuje się jak rozpieszczony nastolatek. I Moo Ra, i Bi Ryum to bóstwa i starzy znajomi Habaeka, którzy w świecie ludzi radzą sobie dużo lepiej niż on. I, jak wspominałam na początku, emocje związane z tym, czy Bi Ryumowi w końcu uda się jakoś podbić serce Moo Ry (która zakochana jest w Habaeku, żeby było zabawniej) i przekonać ją, że darzy ją prawdziwym uczuciem, były większe niż, czy Habaekowi i So Ah się ułoży.


Ogromnym plusem tej produkcji jest to jak dobrze się na nią patrzy. To znaczy wszyscy mają cudowne kostiumy. A jeśli nie mogą być piękne i modne, to i tak idealnie pasują do postaci, które je noszą. Pod tym względem to najładniejszy serial, a i chyba nie miałby konkurencji wśród filmów, jaki widziałam. Widzowi mogą umknąć dziury w scenariuszu, jeśli za bardzo zapatrzy się na te eleganckie ubrania.

LOVE, M

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...