środa, 24 maja 2017

1477. Przebywaj w towarzystwie osób, które mają życiu szczęście

Hello!
Miało nie być notki, ale nie, jedna w tygodniu to za mało, tym bardziej, że mam pozapisywane jakieś wersje robocze. Chociaż "Duży Mały Poradnik Życia" już powoli mi się kończy i nie jestem tym faktem zachwycona. 

Już kiedyś wspominałam, że moją ulubioną stroną ze zdjęciami jest libreshot.com.

1482. Nigdy nie umawiaj się na randki z osobą, która ma więcej niż dwa koty. To ciekawe i zastanawiam się skąd się wzięło autorowi.
1486. Kiedy ktoś mówi, że cię kocha, nigdy nie odpowiadaj: "Wcale nie". Odpowiedz "Dziękuję". Albo "Wiem".
1490. Pamiętaj, że aby osiągnąć coś ważnego, trzeba podjąć ryzyko. Im dalej w tę książkę, tym bardziej autor zaczyna coachować. A z drugiej strony ma dużo racji.
1497. Nigdy nie opieraj się przed odruchem szczodrości. To bardzo ładne, posłuchajmy się pana Browna.
1500. Bądź wierny. Proste i na temat i jeszcze ma taki piękny numer. A wierność może mieć tak wiele aspektów, że ta w związku to tylko szczyt góry lodowej. Ciekawy temat do rozwinięcia.
1503. Pamiętaj, że każdy ma gorsze dni. Także motorniczy w tramwaju, którego drzwi się zepsuły i nie chciały zamykać i bardzo wściekły pan, zaczął krzyczeć na Bogu ducha winnych pasażerów, którzy stali przy feralnych drzwiach. Ale chyba gorszy dzień miały osoby, które, gdy już sytuacja z drzwiami była prawie opanowana (ostatecznie tramwaj się poddał i kazał opuszczać pokład), zaczęły gadać, delikatnie mówiąc, głupoty na temat kierowcy. Oczywiście, nie powinien był on krzyczeć, ale określenia jakie wtedy usłyszałam na temat tego człowieka, nie nadają się do zacytowania.
1504. Naucz się jeść pałeczkami. Taki mam plan i kiedyś to zrobię. To tej pory używałam pałeczek może ze 4 razy i mam przed tym niestety silne opory. Ale się nauczę. Wy też!
1506. Nigdy nie ostrz bumerangu. Uwielbiam. W tych czterech słowach jest zawarte więcej niż tysiąc słów cztery razy.
1511. Kiedy jesteś wściekły, idź na półgodzinny spacer. Kiedy jesteś naprawdę wściekły, porąb drewno.  Szkoda, że druga część porady nie jest tak akuratna, jak chciałabym, aby była. Skąd wziąć drewno do porąbania w środku miasta?

LOVE, M

sobota, 20 maja 2017

Spokojnie ("Doctor Who" S10 - "Oxygen")

Hello!
Tygodniowe opóźnienie w mini notkach o kolejnych odcinkach "Doctora Who", staje się tradycją i pewnie tak zostanie. Gdyby nie to, że zrobiłam sobie notatki do posta, na któryś nudniejszych zajęciach w tygodniu, mogłabym nie znaleźć czasu, aby napisać cokolwiek. Całkiem możliwe, że w środę nie pojawi się nowy wpis, bo cały przyszły tydzień jestem wyjątkowo zajęta na uczelni. Tyle tytułem wstępu i ogłoszeń. 


Kosmos i zombie to zdecydowanie nie jest moje ulubione połączenie. Do tego stopnia, że gdyby nie był to "Doctor Who". to nigdy w życiu nie obejrzałabym nic łączącego te dwa elementy. A zombie to też nieodzowny sygnał tego, że kolejny odcinek jest w horrorowej stylistyce. Naprawdę bardzo się cieszyłam, że znalazłam chwilę przed zajęciami i nie przyszło mi do głowy oglądać "Oxygen" wieczorem.

A potem się okazuje, że ten cały element zombie to tylko przykrywka dla rozgrywania dramatów na poziomie czystko emocjonalnym. Przeskok poziomu uczuć pomiędzy tym a poprzednim odcinkiem jest przeogromny. "Doctor" ma epizodyczną fabułę, ale nie kojarzę, kiedy ostatnim razem miałam wrażenie, że dwa kolejne odcinki są od siebie tak oderwane. Ale to też może charakterystyka tego sezonu - Doctor powinien siedzieć na Ziemi a zwiewa od Nardola, kiedy tylko może i próbuje ratować, jeśli nie cały Wszechświat, to przynajmniej tych, którzy wzywali pomocy. Ten tęskniący do kosmosu i przygód Doctor, bardzo mi się podoba. 


W samym odcinku jest sporo dziur i niedopowiedzeń w fabule, ale to nieważne, bo dramaty jakie się rozgrywają na linii Bill-Doctor, a których chyba nikt się nie spodziewał to wszystko przykrywają. Oprócz tego, że twórcy nie tyle przypominają, co straszą widzów regeneracją Doctora. Nieładnie i w sumie niepotrzebnie, ale gdyby tak naprawdę zregenerował się w połowie sezonu to by było zaskoczenie. Ale widz się denerwuje. I w sumie ma czemu, bo Doctorowi naprawdę przytrafiają się rzeczy, których się nie spodziewaliśmy. Jego skłonność do poświęceń zdecydowanie wzrosła, jego działania i pomysły, jak zawsze są skuteczne, a jednocześnie chyba gdzieś zapomina o konsekwencjach. To chyba z tej tęsknoty. A Nardole na niego krzyczy i słusznie. 

Bill okazuje się straszną panikarą, na początku niepotrzebnie, ale odcinek nie zostawia dla niej zbyt wiele spokoju i jeśli w następnym nie zostanie ukazana jakaś jej zmiana, rozwój, albo nie nabawi się dystansu do Doctora, to będę rozczarowana i zwątpię w jej charakter.


Zombie koniec końców nie okazali się aż tacy straszni, motyw z tlenem też nieszczególnie, a próba pokazania kapitalizmu z którejś tam strony, to wszystko okazało się w odcinku nieważne. I nudnawe. Co prawda mniej niż historia z odcinka poprzedniego, ale jednak. Ale dość często podkreślam, że zwykle dużo bardziej interesują mnie relacje między postaciami, więc jeśli w moim odczuciu, w odcinku wysunęły się na pierwszy plan to cała reszta stanowi dla nich tylko tło. 

Nie mogę się doczekać kolejnego odcinka. Zapowiedzi wyglądały na tyle kusząco, że nawet zerknęłam do materiałów promocyjnych, czego zwykle nie robię, i och Missy! Wątpię, czy to ona siedzi zamknięta w tajnym pomieszczeniu w Tardis, to chyba raczej Mistrz, ale tak bardzo chcę się dowiedzieć, co ona kombinuje. 

Trzymajcie się, M

środa, 17 maja 2017

Nie tylko w kinie i teatrze XVI - teledyski Eda Sheerana

Hello!
Podobno powinno pisać się wstępy na samym końcu pracy nad tekstem. Mi się to nie zdarza prawie nigdy, a więc dzisiaj wpis wyjątkowy. W czasie szukania i wybierania teledysków, spostrzegłam, że już 3 są Eda Sheerana, bo akurat wyszedł klip do "Galway Girl", więc doszukałam 2 dodatkowe i takim sposobem cała dzisiejsza notka poświęcona jest aktorom i aktorkom w jego teledyskach.

Saoirse Ronan w teledysku Eda Sheerana "Galway Girl".
Wspominałam kiedyś, jak rzadkim zjawiskiem jest podpisywanie występujących w klipach aktorów i aktorek. Nie? Dziwne, bo to już XVI część cyklu. Jestem więc niezmiernie wdzięczna Edowi, że przedstawił Saoirse, chociaż akurat ją chyba bym poznała. Poza tym i piosenka i teledysk są super.



Rupert Grint w teledysku Eda Sheerana "Lego House"
Żeby nikt nie miał wątpliwości w opisie klipu napisano: Official music video for Ed Sheeran's 'Lego House', featuring Rupert Grint from Harry Potter (Ron Weasley).



Jeszcze jedna piosenka Eda. "The A Team"
Występują" Katie Brandy oraz Selina MacDonald. Pierwsza prawie nie udziela się w filmach, ale figuruje jako aktorka, druga ma większą filmografię, ale nieszczególnie imponującą.


W tym momencie stwierdziłam, że całą część poświęcę Edowi. I tak brakowało mi tylko 2 teledysków do magicznej piątki. W teledysku "Give Me Love", który jest jednym z moich ulubionych klipów, występuje Isabel Lucas.


W "You Need Me, I Don't Need You" występuje Matthew Morgan, podpisany: "With thanks to 17 year-old signing actor Matthew Morgan."


LOVE, M

sobota, 13 maja 2017

Haczyk ("Doctor Who" S10 - "Knock knock")

Hello!
Gdzieś między czytaniem lektur a robieniem notatek z notatek, zerknęłam na kolejny odcinek "Doctora Who", bo to już sobota i prawie byłabym jeden do tyłu. Z małym uszczerbkiem dla mojej osoby. Dziś wpis będzie krótki, bo (nieco paradoksalnie) odcinek mi się nie podobał i nie mam ochoty poświęcać mu zbyt wiele czasu. 


Bill z nieznanego nam powodu, nagle się przeprowadza i wraz z grupą nieznajomych studentów, wprowadza się do podejrzenie taniego, dużego domu. O święta naiwności. Odcinek pogrywa na najbardziej nieoryginalnych schematach horrorów, jakie można sobie wyobrazić. Ma też podwójnego minusa za sam fakt horrorowego klimatu oraz brak jakiejkolwiek podróżny czy przygody. 

W przeciwieństwie do studentów Doctor od pierwszej sekundy wietrzy grubszą sprawę. I ma rację. Rozwiązanie zagadki okazje się być tak samo zaskakujące jak elementy horroru w odcinku. Nawet ja się rozczarowałam. Była jakaś próba zagrania na emocjach, ale kompletnie się nie udała. Knock-knock niezbyt człowieka rusza, bo ani nie zna pożeranych przez dom ludzi, ani właściciel domu oprócz bycia dziwnym w sumie nie jest szczególnie zły, tylko nie widzi dla siebie innej drogi. Ale widzieliśmy podobne motywy już tysiąc razy, a dodanie kosmitów tak naprawdę niewiele zmienia. 


Jeśli chodzi o relację Bill i Doctora, to dziewczyna zadaje pytania tak jak zadawała, a Doctorowi zdarza się niejako wpadka i używa słowa 'regeneracja', co ma chyba przygotować na nią bardziej widzów niż Bill. Poza tym nasza bohaterka nie chce, aby Doctor był obecny w jej codziennym życiu. I bardzo dobrze, gorzej, że Doctor chce, a znając zwyczaje Doctorów to będziemy mieć sytuację, gdy to on będzie bardzie przywiązany do towarzysza, niż towarzysz do niego. 

Twórcy pokazują widzom coraz więcej tajemniczych drzwi, dostajemy też jakieś interakcje pomiędzy Doctorem a kimkolwiek kto się tam znajduje (internet jest prawie pewien, że to Mistrz lub Mistrzyni). Oraz tak mało subtelne nawiązanie do treści odcinka, jak tylko można sobie wyobrazić, bo postać zza drzwi gra "Dla Elizy", a tajemnicza bohaterka odcinka też miała tak na imię. 

Trzymajcie się, M

środa, 10 maja 2017

"Kajko i Kokosz - komiksowa archeologia"


Hello!
Ostatnio spodobało mi się chodzenie po muzeach. A ponieważ słyszałam, że w muzeum w moim mieście jest ciekawa wystawa, postanowiłam się tam wybrać w czasie majówki.


Nie znam zbyt dobrze "Kajko i Kokosza". Wiem, że te komiksy są i cieszą się popularnością, i czasami się o nich nawet gdzieś tam słyszy, ale to wszystko. A jednak tytuł wystawy przykuł moją uwagę i byłam bardzo ciekawa, co zostanie pokazane.



Zanim przejdę do samej wystawy, to kilka słów o miejscu, w którym jest pokazywana. To Muzeum Kultury Kurpiowskiej w Ostrołęce i kiedyś zabiorę Was na zdjęciową wycieczkę po wystawach stałych i opiszę, co się tam znajduje.
O ile pracownicy muzeum zdążą ochłonąć z szoku, jaki wywołała chęć oglądania wystawy czasowej. Naprawdę dawno nie widziałam tak zaskoczonego człowieka, jak przy kupowaniu biletów. Które kosztują 2 złote.



Chyba nie widać podpisu tego zdjęcia, a jest to "satyryczne ujęcie "Bitwy pod Grunwaldem"", które narysował autor komiksów "Kajko i Kokosz", czyli Janusz Christa.


Makieta Mirmiłowa wykonana z klocków Lego. Uwielbiam tego typu rzeczy, niestety, trochę się zawiodłam, bo chociaż wygląda ciekawie, to nie robi takiego wrażenia jak się spodziewałam.



Eksponaty archeologiczne pochodzą z Gdańska. One przyjechały do Ostrołęki i ja przyjechałam do Ostrołęki. W sumie mogliśmy wcale nie wyjeżdżać. Plansze natomiast można oglądać dzięki uprzejmości Fundacji "Kreska" Janusza Christy.  


O co chodzi w całej tej wystawie? Aby za pomocą komiksowych odniesień, przedstawić prawdziwy lub zbliżony do prawdziwego, obraz życia w średniowieczu. Chyba. W każdym razie dawno temu. Plansze na przykładach kadrów z komiksu opisują różne aspekty codzienności: ubiór, sprawy kuchenne, ale i wojskowe. Troszkę mało jest tam tych informacji i dobrze by było, gdyby jednak ktoś dodatkowo o tym opowiadał, a więc cała ta wystawa to genialny punkt wyjścia dla lekcji muzealnych. Ostrołęckie szkoły powinny skorzystać z takiej okazji, bo dzieciom na pewno się spodoba, a jest to dużo ciekawsze niż suche fakty. 



Kadr z komiksu jak najbardziej w temacie.



Wystawa podzielona jest na dwie części i trzy sale. W pierwszej można poczytać o samym autorze, zobaczyć komiksy i różne gadżety z nimi związane. A w kolejnych te bardziej archeologiczne eksponaty. Jeśli do 29 czerwca będziecie przypadkiem w Ostrołęce, to polecam zajrzeć do MKK. 

Trzymajcie się, M


niedziela, 7 maja 2017

Relacje kosmiczne ("Strażnicy Galaktyki vol.2")

Hello!
Strażnicy Galaktyki w świecie Marvela to osobliwe zjawisko. Praktycznie nie mają powiązań z Ziemią, ich akcja dzieje się w kosmosie, są samodzielni i autonomiczni. Oraz zabawni. Albo przynajmniej tak im się wydaje. W drugim filmie coś bardzo nie zagrało. Gdy tylko wyszłam z kina nie potrafiłam zbyt dużo powiedzieć o tym filmie, tyle, że mi się podobał i fajnie się na niego patrzyło, ale z przekonaniem, że zaraz o nim zapomnę. Wiedziałam też, że będzie z tego powodu problem z napisaniem recenzji, ale wymyśliłam sposób, jak ją ugryźć. Wpis jest wybitnie spoilerowy.
 


Baby Groot vs. reszta kosmosu. Uwielbiam Groota, nie rozumiem, dlaczego cały film nie ma tytułu „Groot i rodzina”. Nie było możliwości, aby badylek nie skradł serc widzów. Ale na przekładzie scen z jego udziałem można napisać, o jednym z problemów tego filmu, czyli zbyt długich, niepotrzebnie rozciągniętych sekwencjach. O ile napisy początkowe są naprawdę super, to na przykład moment, gdy Rocket i Yondu wysyłają Groota po 'irokeza' po 3 nieudanych próbach nie jest zabawny a męczący.

Drax vs. Mantis. A najlepszym przykładem męczących żartów jest relacja tych dwojga. Jeśli to miało być zabawne, to ktoś odpowiedzialny za ich wymiany zdań nie ma za grosz smaku. I chociaż wiadomo jaki jest Drax, to było zdecydowanie za dużo. W sumie to nawet nie było męczące, to było żenujące. Na dodatek na bardzo różnych poziomach. 
 

Gamora vs. Nebula. Mam problem z nimi dwiema. Nie wiem, czy fakt pojawienia się Nebuli i tego, że siostrzany wątek ma miejsce w filmie mi się podoba, bo nie został najgorzej poprowadzony, czy nie podoba, bo jest jednocześnie niepotrzebny i potrzebny. Niepotrzebny, bo wszystkie sceny, w których jest Nebula można by skrócić do 3, czy potrzebny, bo gdyby nie ona Gamora zostałaby bez pary. Z Mantis się nie dogadała, co nie jest szczególnie zaskakujące, ale gdyby nie była taka wredna, bohaterowie szybciej by się dowiedzieli o planach Ego. Co nie zmienia faktu, że zaraz po Groocie Gamora jest moją ulubioną postacią.

Gamora vs. Peter. I ich 'mała milcząca sprawa' lub podobnie. To znaczy nie liczcie na rozwój wątku romantycznego, bo rodzina jest ważniejsza. Prawda jest jednak taka, że Gamora faktycznie namawiała Petera do polecenia na planetę, a potem stwierdziła, że coś jest z nią nie tak i powinni wracać. I tak w sumie większość filmu na siebie wrzeszczą, bo oboje są uparci i nic się nie zmienia. 



Rocket vs Peter. Jak bardzo oni się nie dogadują nie sposób opisać słowami. Są wredni, złośliwi i aroganccy (obaj ale zarzuty o bycie profesjonalistą we wkurzaniu ludzi lecą tylko w stronę Rocketa), ale bez tych kłótni, które chyba w którymś momencie miały być śmieszne, a nie są, na koniec nie mogłaby zajść w Rockecie przemiana, nie mógłby zrozumieć, że może otworzyć swoje serce i że Strażnicy naprawdę go lubią. I to jego rodzina.

Rocket vs. Yondu. Otóż sprawcą zmiany Rocketa jest nie kto inny tylko Yondu. Jest on też sprawcą jednej z najbardziej dręczących mnie scen filmowych od dawna. Na statku, którego był kapitanem wybuchł bunt, którego nie udało się stłumić. Członkowie załogi, którzy pozostali wierni kapitanowi, zostali na jego oczach wyrzuceni w przestrzeń kosmiczną. Sam Yondu potem trafił do celi z Rocketem, ale udało im się uwolnić. Ale Yondu postanowił się zemścić. Swoją strzałką zabił buntowników. Problem jest taki, że jak na morderstwa są zdecydowanie zbyt widowiskowe. Naprawdę efekt świetlny strzałki robi wrażenie, niesamowite i te sceny w dużej części są bardzo ciekawie nakręcone i nawet pomysłowe, ale ich motywacja mnie uwiera.

Peter vs. Ego. Jeśli coś jest zbyt piękne aby było prawdziwe, to pewnie nie jest. Początkowo nie miałam złych podejrzeń wobec ojca Petera, ale o ja naiwna. Jednym z sygnałów, że coś jest zdecydowanie nie tak, to przeurocza scena, gdy bohaterowie rzucają sobie kulkę mocy. Jeśli wcześniej jeszcze mogło się wydawać, że będzie to historia o ich szczęściu, to właśnie przestało. Teraz pozostawało pytanie, czy Peter da się porwać wizji swojego ojca, zwanej Ekspansją, czy nie.



Ego vs. Logika. Logika to nie postać w tym filmie, chociaż by się przydała. Wiecie, czemu Peter nie przeszedł na stronę ojca? Bo pan planeta, żyjący od miliardów lat, najmądrzejsze stworzenie we wszechświecie przyznało się, że guz mózgu matki Petera, to jego sprawka. Tak wprost. Chociaż Peter powtarzał, jaka ona była dla niego ważna, jak ją kochał. Poza tym Ego zniszczył mu też walkmana. Druga dziura: to cały plan Ego. Ponieważ cierpiał na samotność, stworzył istotę biologiczną, ale się rozczarował więc postanowił zrobić sobie dzieci z różnymi kosmitkami, z czego tylko Peter to przeżył i razem z tym dzieckiem zniszczyć wszystko w kosmosie, tak, aby tylko ich dwójka pozostała. Na wieczność. Kwestia tego, że Ego jest psychiczny chyba nawet całkiem otwarcie pada w filmie.

Peter vs. Yondu. Przez tę scenę, która była już w zwiastunach i ogłoszeniem, kto jest tatą Petera patrzyłam na ten film troszkę jak na „Gwiezdne Wojny”, ale wystarczyło poczekać jeszcze parę minut, aby skojarzenie było inne. Otóż „Strażnicy Galaktyki vol.2” chcą robić konkurencję "Szybkim i wściekłym" w pokazywaniu tego, że rodzinę jednak można wybrać i że ona jest najważniejsza. A najważniejsza jest kwestia ojcostwa. Widz ma lepiej, niż bohaterowie, bo wie dużo więcej i naprawdę bardzo szybko załapie, że Yondu nie oddał Petera Ego, bo nie chciał skazywać go na los poprzednich dzieci i że tak w sumie, to bardziej go adoptował. Peter przez te 34 lata tego nie załapał, ale nie żeby Yondu mu to ułatwiał, ale dzięki temu mamy 'ładne' zakończenie.


Sprzymierzeni vs. ludzkie zachowania. Złote ludki nie odgrywają w filmie znaczącej roli, ale mają jedną cudowną scenę. Nasi główni bohaterowie uciekają przed ich flotą, skutecznie, bo został ostatni statek złotych. Który ostatecznie też został pokonany. Pilotowi, bo Sprzymierzeni korzystają ze statków kierowanych zdalnie, kibicowali piloci wcześniej zestrzelonych jednostek. W momencie, gdy  i on stracił statek, posypały się w jego stronę komentarze typu "typowe", "zwaliłeś sprawę", itp., itd. Widać nawet kosmici zachowują się jak typowi ludzie. 

M vs ładność. Otóż ludzie zachwycają się jak ten film jest kolorowy, ładny i niesamowity. Mamy złotych ludzi, planeta Ego wygląda ładnie i niektóre sceny w przestrzeni kosmicznej są faktycznie powalające, ale poza tym nie jest jakiś szczególny. Co do muzyki: to nie moje klimaty, chociaż zdarzało mi się 'tańczyć' na fotelu. Najbardziej podobała mi się piosenka z momentu, gdy Peter rzuca się na ojca. Jeszcze co do ładności - piękny jest pogrzeb Yondu, ale po pierwsze dużo brakuje mu do piękna pogrzebu Friggi, a po drugie emocji. 

Pozdrawiam, M


piątek, 5 maja 2017

Pałac Opatów #3

Hello!
W zeszłym tygodniu, trochę przypadkiem, znów znalazłam się w Pałacu Opatów. A ponieważ jest tam nowa wystawa czasowa, udokumentowałam ją i pokazuję.



To nie obraz - to pszczoły w trumienkach. Głęboko wierzę, że miało to na celu zwrócenie uwagi na problem wymierania tych owadów.

Poniższa rzeźba robiła furorę. Chyba każdy robił sobie z nią zdjęcie.



















Jak na wystawę o materii (i materiale) dużo jest tam dość normalnych obrazów. Ale to malarstwo unikatowe.



Jedno się nie zmieniło - oświetlenie w Pałacu jest fatalne do robienia zdjęć. Ale za to obiekty do fotografowania okazały się dużo chętniejsze do współpracy.



Nie mam pojęcia, co to jest, ale jest super. Wygląda jak wielki pies pasterski puli albo komodor.

Trzymajcie się, M

środa, 3 maja 2017

Ludzie i niekosmici ("Doctor Who" S10 - "Thin ice")

Hello!
Jak na życzenie, trzeci odcinek "Doctora Who" dzieje się w dziewiętnastowiecznym Londynie. Tardis nie zechciała wrócić do współczesność i stwierdziła, że należy zrobić porządek na jarmarku na zamarzniętej Tamizie. 


Dostajemy więc trochę obaw Bill ze względu na czasy i jej kolor skóry, który w odcinku nie okazuje się być problemem, oprócz tego, że zły tego epizodu, to rasista i dostaje od Doctora w twarz z tego powodu. Wcześniej nasi bohaterowie przeprowadzają też rozmowę brzmiącą mniej więcej tak: -Jest u więcej czarnoskórych ludzi niż pokazują w filmach (Bill) - History's a whitewash (Doctor). Można też bez trudno zauważyć Azjatów przemykających po ekranie. Taka ciekawostka. Inną poważną rozmową, jaką odbywają bohaterowie jest ta na temat śmierci, tego jak Doctor przechodzi nad nią do porządku dziennego (szybko), Bill zarzuca mu także, że przez to się nie przejmuje oraz zadaje pytania, o to, ilu ludzi czy kosmitów zabił sam Doctor. Konkluzja jest taka, że jeśli szybko się z tym upora, to można pomóc tym, którzy zostali. Na początku odcinka pojawia się także wątek o efekcie motyla. 


Widzę w Bill Donnę i przypuszczam, że nie zmieni się to do końca sezonu. Każda towarzyszka kazała Doctorowi ratować ludzi/kosmitów, ale sposób przeżywania Bill i jej rozkazujący ton, przypominają trzecią towarzyszkę. Jednocześnie role Doctor-nauczyciel i Bill-uczennica średnio pasują do takiego zestawiania, ale na koniec tego odcinka Doctor nazywa ją szefem, co także nieco przypomina stosunek Doctora do Donny. 


Co do samej intrygi, zagadki, problemu. Główny zły oprócz tego, że jest rasistą, jest też żądnym pieniędzy człowiekiem. Nie zawsze kosmici muszą stanowić problem, najczęściej ludzie są najgorszym problemem innych ludzi. Doctor w tym momencie dostaje także swoją przemowę, bardzo udaną i ja, podobnie jak Bill, zastanawiam się, jak długo trzeba żyć, aby takie wypowiedzi przychodziły człowiekowi/kosmicie naturalnie. Sprawa nie jest wybitnie skomplikowana, ale mini śledztwo okazuje się ciekawsze niż można było przypuszczać.

Zastanawiam się kto jest za drzwiami i kto tam bardzo dobija się do wyjścia. Przypuszczalnie jest to Mistrz albo Mistrzyni, ale chyba jeszcze trochę zajmie nam odkrycie tajemnicy.

Trzymajcie się, M
Ze względu na przesuniecie, kolejny wpis będzie w piątek.

niedziela, 30 kwietnia 2017

Olać tę książkę ("Magia olewania" Sarah Knight)

Hello!
"Magia olewania" kusiła mnie swoim tytułem, odkąd zobaczyłam pierwsze przedpremierowe recenzje na blogach, więc gdy blogowa koleżanka ogłosiła konkurs, szybciutko się do niego zgłosiłam i takim sposobem książka trafiła w moje ręce.

Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam, jeszcze zanim zaczęłam czytać, było sprawdzenie, czy oryginalny tytuł "Magii olewania", także stanowi bezpośrednie nawiązanie do książki Marie Kando "Magia sprzątania". Odpowiedź jest twierdząca. Trzeba też przyznać, że wydawnictwo bardzo ładnie poskracało te tytuły, bo oba angielskie są raczej długie. Po drugie zastanawiałam się, czy "Magia olewania" to tytuł nie tyle nawiązujący do wcześniej wspomnianej książki, co będący w jakiś sposób anty. W tym wypadku odpowiedź jest negatywna. Po lekturze wstępu dowiadujemy się, że "Magia sprzątania" była inspiracją dla Sarah, a jej książka jest jak gdyby drugą częścią, dotyczącą nie materialnego, a bardziej mentalnego sprzątania. 

Podchodziłam do tej książki z entuzjazmem. Po przeczytaniu wstępu byłam gotowa na zmiany w życiu. Jeszcze czytając część pierwszą liczyłam, że wszystkie poruszone w niej zagadnienia, które nie zostały dostatecznie wyjaśnione, zostaną poruszone w dalszej części książki. Część kwestii jest opisana jasno i klarowanie, ale część powierzchownie. I prawdę powiedziawszy, te które są wyjaśnione, są mało odkrywcze. W części drugiej mamy podjąć decyzję, że coś olewamy i zwizualizować te rzeczy, pracę, znajomych i przyjaciół, rodzinę. Przy rzeczach autorka podaje kilkanaście przykładów, tego co ona sama olewa więc dość łatwo stworzyć swoją listę. Liczyłam, że rozdział dotyczący pracy będę mogła, w jakiś sposób przełożyć na studia, ale nie było to możliwe. To jednak zupełnie inne światy. W tym momencie pierwszy raz napisałam notatkę na marginesie, że autorka się powtarza.

To chyba zwykła literówka, nawet zabawna. Notatki robiłam, jadąc autobusem, dlatego mogą być lekko nieczytelne, ale mam nadzieję, że można mnie rozczytać.

Pomijam fakt, że książka zaczęła być zwyczajnie nudna. Uogólnione przykłady zachowań ludzi, które można olać, a które, jak przypuszczam, są powszechne w Ameryce, w Polsce są rzadkością. Inną sprawą jest to, że autorce zdarza się rozwlekać 'problemy', które można opisać jednym zdaniem, na kilka stron. Niepotrzebnie, bo znów nie pisze nic odkrywczego.  Poza tym pozuje na eksperta w olewaniu (tak jakby ona je wymyśliła), a z drugiej strony zachowuje się, bo tak to można określić, jak nieprofesjonalista. Autorka zdaje sobie sprawę, że jej metoda nie jest idealna, bo sama porusza tę ewentualność, ale zamiast się do tego przyznać, to daje odpowiedź na zasadzie "najwyraźniej to z tobą/twoją rodziną jest coś nie tak, nie z moją metodą". Daje też tego wyraz, w co najmniej kilkakrotnym reklamowaniu swojej książki w swojej książce. Czemu nikt tego nie powstrzymał? W wielu problematycznych momentach autorka też, tak owija w bawełnę, że czytelnikowi wydaje się, że przeczytał dużo i  zostało mu wyjaśnione, jak powinien się zachować, ale tak nie jest.


Albo to słowo nie zostało wcale przetłumaczone albo ktoś uznał, że jest w tym stanie poprawne w języku polskim. Nie jest. W słowniku jest hejter i są hejterzy.

Część trzecia - Odpuszczanie sobie. Mimo całego powyższego narzekania, które dotyczy całej książki, początek tego rozdziału na nowo rozbudził mój entuzjazm. Trochę dlatego, że autorka wspomina o przestawaniu obserwowania ludzi na Facebooku, a jestem w tym mistrzem. Jednak udowadnia to jeszcze jedną wadę tej książki i chyba metody Zero Żalu także - mianowicie nie wydaje mi się, że przy trudniejszych, bardziej złożonych sprawach wykorzystanie jej w praktyce, jest tak łatwe, jak utrzymuje autorka. Natomiast podaje naprawdę dobre przykłady z życia dotyczące takich spraw, jak olewanie głupich programów telewizyjnych, "Gry o tron", czy tego, kto naprawdę napisał sztuki Szekspira. Podobnie przy pracy. Niestety podrozdziały dotyczące osób znów okazały się rozczarowujące. Ale jeśli interesują Was wesela i spadki, to możliwe, że te znajdziecie tam coś dla siebie. Ostatni rozdział jest ładnym i dobrym podsumowaniem, po prostu.

 Wydawnictwo MUZA się nie popisało.

Mi ta książka magicznie nie odmieniła życia, ale dość szybko zauważyłam, że  zasadniczo jej nie potrzebuję. Przynajmniej w kwestii rzeczy. Sprawy ludzi nie zostały przedstawione w satysfakcjonujący sposób. A praca mnie nie dotyczy. Może za 10 lat ta książka będzie bardziej adekwatna. Ale znalazłam w niej 3 błędy, które widzicie na zdjęciach.

Pozdrawiam, M



czwartek, 27 kwietnia 2017

Kocham Instagram

Hello!
W zeszłym roku, podczas ankiety blogowej, ktoś napisał, że powinnam zacząć działać na Instagramie. W tamtym momencie nie miałam możliwości technicznych, ale nawet, gdy sytuacja się zmieniła pod koniec grudnia, jeszcze trochę zwlekałam z założeniem profilu. Pojawił się pod koniec stycznia. Niewiele było trzeba, aby Instagram mnie całkowicie pochłonął. 


Jeśli w internecie faktycznie jest wszystko, to poszukiwania można spokojnie zacząć od Instagrama nie wyszukiwarki Google. Problemem bywa to, że na Insta łatwiej zobaczyć rzeczy, których się potem nie odzobaczy i to całkowitym przypadkiem. 
Często przeglądam zdjęcia czy obrazki po hasztagach i denerwujące jest, gdy 80% rzeczy, to nie jest, to czego szukałam. Ludzie chyba chcą się takim sposobem wybić, ale to niezmiernie irytująca praktyka. 
Instagram bywa też dziwny i niepokojący. Szczególnie na początku komentarze, jakiś profili z obserwatorami, zupełnie mnie o nie interesowało. Na szczęście po pewnym czasie przestało się to pojawiać. Kolejne niepokojąco-dziwne rzeczy, to oprócz tego, że zupełnie obcy ludzie mogą polubić Twoje zdjęcia, to kwestia dlaczego oni to robią. Jeśli dodaję zdjęcie moich ulubionych dźwigów i serduszkują je osoby, które też mają dźwigi na zdjęciach, to rozumiem i wszystko jest okey. Podobnie jak to, że komuś mogło się po prostu spodobać zdjęcie i na szczęście można, to dość łatwo rozpoznać po zajrzeniu na profil tej osoby. Gorzej, gdy trenerzy personalni i tym podobni, którzy stanowią chyba swojego rodzaju plagę Instargama, bo z rozmów z ludźmi wynika, że jest to powszechne, polubią zdjęcie. Bo mam jakieś 99,99% pewności, że to sposób promocji i dotarcia do ludzi. Słaby moim zdaniem, ale być może się sprawdza. Jednak najdziwniejsze są profile firm nie osób. Przykład: firma produkująca muszle sedesowe. Pojęcia nie mam, kto (chyba, że był to algorytm - ale to sugerowałoby, że bardzo słaby) stwierdził, że jestem grupą docelową ich produktu, ani co moje zdjęcie miałoby mieć z nim wspólnego. Zawsze miałam wrażenie, że reklama, promocja, marketing powinny być celowe i skuteczne, ale być może się mylę. 
Mechanizmy działania Instagrama są dla mnie nie do końca zrozumiałe, ale ilość rzeczy i szybkość z jaką się tam znajdują, jest powalająca.  Estetyka jest dla mnie sprawą drugorzędną. Jeśli potrzebuję ładnych, inspirujących obrazków, to najczęściej szukam ich jednak na Pintereście. Ale ja mam specyficzne podejście do wszelkich social mediów, cały czas też próbuję je zrozumieć i ogarnąć.


 Wasze ulubione zdjęcia:


Zdjęciem, które ma najwięcej serduszek, jest zdjęcie wieżowca z <3 GDAŃSK. Od dawna wiem, że Gdańsk się kocha miłością ogromną i wzajemną, ale czemu musi to robić też ma moim Instagramie?
Mamy tu też dwa zdjęcia książek - "Bramy światłości" przez bardzo długi czas, dopóki nie udostępniłam wieżowca, miały najwięcej polubień. Uwielbiam wyglądać przez okna, już w zeszłym roku zachwycałam się widokiem z akademika. Zachód Słońca, który widzicie na środku, to jeden z najpiękniejszych, jakie miałam okazję widzieć. Deszczowa szyba to zaś widok z tramwaju. Mój ukochany obiekt fotografowania to dźwigi z budowy Forum Gdańsk. A z tego ich zdjęcia jestem szczególnie dumna. Po prawej widzicie kwitnącą mirabelkę. Zbieżność nieprzypadkowa. A niżej mnie z turkusowymi włosami, które uwielbiam. I to też ciekawe - wystarczy dodać selfie (pierwsze i  pewnie ostatnie), a szybkość serduszek robi się zatrważająca. Natomiast dlaczego pudełko z herbatą zdobyło takie uznanie instagramowiczów, nie mam pojęcia. Widać społeczność tea lovers jest dużo większa niż myślałam.

Moje ulubione zdjęcia:


Moje ulubione zdjęcia pokrywają się z Waszymi ulubionymi, mniej więcej tak samo, jak ulubione posty na blogu. Czyli prawie wcale. Widać, że moje są bardzo tendencyjne - 3 związane z łyżwiarstwem bezpośrednio. Ciekawostka na temat mojego zdjęcia a'la Yuzuru Hanyu: byłam pewna, że dobrze go 'udawałam' do chwili, gdy przygotowując tę notkę i wyciągając zdjęcia z Insta (bo on w tej pozie też tam jest), nie zaważyłam, że podnoszę nie tę nogę co on - trzeba będzie naprawić tę pomyłkę w przyszłym roku. Wyżej jest Yuzuru z Brianem Orserem i Tracy Wilson, reagujący na jego wynik po programie dowolnym na MŚ w Helsinkach. Po krótkim był 7, ale długi pojechał tak, że jak był na 1 miejscu, tak nikt z 6, która jeszcze jeździła po nim, już mu podium nie odebrał. A na dole specjalne walentynkowe zdjęcie. 3 zdjęcia są związane z łyżwiarstwem nieco bardziej pośrednio. Żonkil jest symbolem nadziei. Yuzuru jeździł program dowolny do utworu "Hope and Legacy". Żonkil został opisany: Hope (and Legacy). Taki żart, który może zrozumiała jedna osoba. I dwa związane z łyżwiarstwem przez "Yuri!!! On Ice", czyli urocze, chibi wyszywanki oraz moja twórczość pisankowa na tegoroczną Wielkanoc. Ale jest tam też Loki, Kapitan Ameryka i Tardis. Ze zdjęć okolicznościowych jest jeszcze Szekspir, bo nie mogło go zabraknąć. I do tego dwa ujęcia z Gdańska, bo po prostu mi się podobają. A szczególnie te światła koła. 

LOVE, M

wtorek, 25 kwietnia 2017

W pułapce optymizmu ("Doctor Who" S10 - "Smile")

Hello!
Z natury wolę odcinki "Doctora Who" dotyczące przeszłości, z natury też omijam większość materiałów promocyjnych przed premierą sezonu, ale gdy pojawiły się zapowiedzi z robotem porozumiewającym się za pomocą emotikonek, to nie mogłam się doczekać. 

Z Doctorem i Bill trafiamy do miasta z przyszłości. Miejsce jest prawie puste, w czasie zwiedzania bohaterowie trafiają tylko na robota. Początkowo myślą, że ludzie jeszcze do miasta nie dotarli, ale widzowie już wiedzą, że roboty są mordercze. Chociaż miasto zaprojektowano jako utopię, a one miały stać na straż szczęścia jego mieszkańców.

Zapowiada się, że będzie to odcinek o opresyjności i konieczności bycia wesołym i ciągle uśmiechniętym. I pośrednio tak jest, ale konkluzja całego epizodu sprowadza się bardziej do faktu, że nie nauczymy sztucznej inteligencji myśleć w ludzki sposób. A przynajmniej nie na poziomie uczuć, bo, jak się okazuje, pieniądze działają na wszystkie twory i stworzenia podobnie. 


Intryga nie jest wielka i dużo ciekawsze jest podejście do sprawy prezentowane przez Doctora. W pewnym momencie odcinka, gdy Bill stwierdza, że lubi on być kosmicznym policjantem, tylko się nie chce otwarcie przyznać, ale to dlatego Tardis ma formę policyjnej budki telefonicznej, Doctor prawie na nią krzyczy mówiąc, aby nie robiła z niego jakieś sentymentalnej postaci. Ale jak inaczej powiedzieć, gdy Doctor z własnej, nieprzymuszonej woli chce wracać do miasta, z które właśnie uciekli, aby uchronić ludzi, którzy do niego zmierzają przed nie do końca rozumiejącymi uczuć robotami? Oczywiście Doctor jest od tego, aby ratować ludzi, ale spodziewałam się, że Bill będzie musiała go przekonać (przypomniał mi się tu odcinek z wybuchem Etny i Donną, być może dlatego, że Peter Capaldi grał uratowanego Rzymianina), a on pobiegł tam sam. Może nie powinnam się dziwić, bo Doctor to Doctor. W sumie później koloniści, jak koty w worku i zachowanie Doctora wobec nich niweluje to wrażenie... Ogólnie końcówka odcinka jest taka sobie, ale ponieważ początek wypada tak dobrze, to bardzo łatwo dać się ponieść temu wrażeniu i przymknąć oko na to, co tam się  później dzieje.

Pozdrawiam, M

niedziela, 23 kwietnia 2017

Szekspir w anime #2

Hello!
453 rocznica urodzin Williama Shakespeara i 401 jego śmierci. Światowy Dzień Książki. Oraz 12 urodziny TVP Kultura. Jestem pewna, że dwie drugie daty nie pozostają bez związku z pierwszymi.
A ponieważ kocham pisać rzeczy związane z datami i w zeszłym roku z okazji okrągłej rocznicy śmierci Szekspira, powstał wpis o nawiązaniach do jego sztuk w anime, w tym roku kontynuuję tradycję i przedstawiam Wam kolejne 8 przykładów. I już szukam na następny rok.

O Szekspirze w "Kuroshitsuji" pisałam już w zeszłym roku, ale wspomniałam tylko o jeden ovie, gdzie organizowano przedstawienie "Hamleta". Ale okazuje się, że pojawia się jeszcze jedno nawiązanie - do "Romea i Julii". Nie jestem pewna, w którym sezonie ani odcinku pojawia się fantazja Grella dotycząca Sebastiana. Drugie nawiązanie pojawia się w ovie "Book of Murder".



"Handa-kun" to niezbyt dobre anime, ale pożytek z obejrzenia taki, że mam kolejny przykład. W liceum zorganizowano przedstawienie i pożyczono postaci ze sztuk Szekspira. Pojawia się: Król Lear, Romeo i Julia oraz Othello. Z tego co pamiętam - podobnie jak całe anime - przedstawienie nie wyszło.


Kolejna szkolna sceneria, tym razem w typowym shoujo anime "Kaichou wa Maid-sama" ("Służąca przewodnicząca"). A skoro romans to tylko sztuka, która może się pojawić jest tylko jedna - "Romeo i Julia".


Odchodzimy od szkolnych przedstawień w stronę nawiązań, które można przeoczyć jeśli się mrugnie okiem. Ewentualnie mrugnie 3 razy.
"Kore Wa Zombie desu ka?" to jest, to anime, o którym myślałam w zeszłym roku, ale nie zdążyłam obejrzeć przed publikacją poprzedniej notki. Po jeszcze większych poszukiwaniach okazało się, że nie było to, to czego szukałam, ani to czym miało być i ogólnie wszystko koniec końców, to była pomyłka. Ostatecznie obejrzałam całe anime prawie bez sensu. Prawie, bo w jednym odcinku bohater wspomina Szekspira. Niestety niezbyt konkretnie. Wzmiankę o kobietach jak kwiatach znalazłam w "Śnie nocy letniej", ale bardzo prawdopodobne, że w innych dziełach też ten motyw występuje. Na coś, co mogłoby być podstawą do drugiego stwierdzenia wpadłam w sonetach. Ale trzecie zdanie pozostaje dla mnie zagadką. To znaczy wydaje się ono dość znane i oklepane i nie wiem, czy aby na pewno można przypisywać je Szekspirowi.


Zmieniamy klimaty bardzo. W anime "Neon Genesis Evangelion" pojawiają się dwa motywy związane z Szekspirem. Pierwszy to wypowiedź Kaworu Nagisy nawiązująca bezpośrednio do najbardziej znanego cytatu z Hamleta - "Być albo nie być". (A przynajmniej nawiązuje w tłumaczeniu polskim i głęboko wierzę, że tak samo było w oryginale. Ta wątpliwość się odnosi do wszystkich przykładów, w których nie ma oczywistego szkolnego przedstawienia.) Sam Kaworu jest zaś jedną z najbardziej tragicznych postaci, jakie widziałam w anime. I w serialu, i w filmie. Z resztą w mandze też. 
Jeszcze nie wiem, czy będę pisała oddzielną notkę o Evangelionie. Trochę czekam na premierę 4 filmu, który gdzieś tam podobno powstaje, a trochę musiałabym obejrzeć serial raz jeszcze.


Drugie nawiązania to nazwy statków - "Otello" oraz "Tempest". Otello jest oczywisty, drugi statek zaś mógłby być przetłumaczony jako "Burza", bo taki polski tytuł ma sztuka "Tempest". Ale dobrze, że zostawili w oryginale - chociaż Otello powinno być Othello, ale to już czepialstwo.




Nie mam pewności co do kolejnego nawiązania. To znaczy nie wiem, na ile jest celowe, chociaż biorąc pod uwagę, kim jest postać obdarzona imieniem Puck, od razu kojarzącym się z tą postacią ze "Snu nocy letniej" wydaje się, że to nie przypadek. Anime, w którym pojawia się Puck to "Re:Zero Kara Hajimeru Isekai Seikatsu". W sztuce Puck jest duszkiem-psotnikiem, w anime to towarzysz Emilii, też duszek, zwykle miły, ale niebezpieczny.


Kolejne subtelne nawiązanie, to słowa C.C w anime "Code Geass", gdzie parafrazując słowa Julii, zamienia imię Romea na imię głównego bohatera serii - Lelouch.


Jeszcze raz "Sen Nocy Letniej". Tym razem w "Sword Art Online". A dokładnie w drugiej części pierwszego sezonu, gdzie bohaterowie trafiają do ALfheim Online, gdzie Asuna jest Królową Wróżek Tytanią. Niestety nie jest to nic dobrego, bo Król Wróżek Oberon, to szalona postać, tak w grze, jak i w rzeczywistości i trzyma Asunę w klatce. 



LOVE, M
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...