piątek, 24 listopada 2017

1559. Pamiętaj, że wszystkie ważne prawdy są proste.

Hello!
I nadszedł ten dzień. Moja ulubiona książka do cytowania się skończyła, po prawie 3 latach. Nie wiem, co teraz będzie, dalsze blogowanie właśnie straciło sens. Mogłabym spróbować publikować je od początku, w końcu, kto pamięta, co było trzy lata temu? Mogę sprawdzić, czy inne książki tego autora są wydane po polsku i czy są podobne do tej. Mogłabym dopisać, bo duża część porad, szczególnie początkowych, nie ma mojego komentarza, mogłabym pozmieniać istniejące, chociaż znając życie nic bym nie zmieniła, bo zapewne pod wieloma względami zgadzam się ze mną sprzed trzech lat, ale wypadałoby to sprawdzić. Dzisiejsze ostatnie punkty też nie będą miały pojedynczych komentarzy, zniszczyłoby to ich strukturę. Poza tym to truizmy, ale z natury takich, które może warto powiesić nad łóżkiem. Nie irytująco-motywacyjne, ale takie, które mogą mieć proste a skuteczne przełożenie na życie. Ale nawet to powiedział autor "Dużego Małego Poradnika Życia" Jackson Brown, Jr., co możecie przeczytać w tytule dzisiejszej notki, bo jak widzicie to jej numer jest ostatnim w książce, a tym samym to ostatnia porada. 



1547. Walcz uczciwie.

1548. Ocal swoje marzenia.

1550. Ucz dając przykład.

1551. Znajdź sobie wielki cel.

1552. Żyj prosto.

1553. Myśl szybko.

1554. Pracuj wytrwale.

1555. Dawaj hojnie.

1556. Śmiej się głośno.

1557. Kochaj głęboko.


KONIEC 


Ale to koniec, nie tak do końca, bo w grudniu szykuję coś specjalnego. 
Powyższe podpunkty specjalnie są powiększone. 
Miłego weekendu, LOVE, M

wtorek, 21 listopada 2017

Pisaniowe nawyki

Hello!
Miało być pisanie to jest. I to wręcz podwójne, bo gdy nie wiesz o czym pisać, to zawsze może pisać o tym, jak piszesz.

1. Powinnam zacząć od czegoś innego, ale ten nawyk widać nawet w dzisiejszym tytule więc niech będzie pierwszy. Tworzę sobie słowa, jeśli ich potrzebuję, nieszczególnie przejmując się zasadami poprawnej polszczyzny. Albo nawet nie tyle tworzę, bo język jest zaskakujący i okazuje się, że wiele form odmiany jakiś wyrazów, czy samych wyrazów, istnieje tylko są prawie nieużywane. 



Po przeczytaniu tejże definicji powinnam się poważnie zastanowić czy zostawić te pisaniowe nawyki w tytule, ale niech będą. Wyjaśnię tylko, że w założeniu pisaniowe ma tu oznaczać 'związane z pisaniem'. Ale to są trzy wyrazy. A pisaniowe to jeden. Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że może gdybym jednak użyła dłużej formy to post by się lepiej wyszukiwał w Google, ale nie żebym kiedykolwiek przejmowała się pozycjonowaniem czy innymi dziwnymi rzeczami.
Czasami bywa też tak, że istnieje wyraz, ale mi się nie podoba i sobie zastępuję go innym. Bo tak.
Na blogu rzadziej, ale w prywatnych rozmowach, szczególnie jeśli chce napisać coś bardzo szybko i cała w emocjach, zdarza mi się łączyć dwa wyrazy, zwłaszcza przymiotniki. I tak z przyjemny i miły chodzi przyiły, itp., itd. Ale z tego co wiem, to akurat całkiem powszechne zjawisko. 

2. Wyliczanie.
Po pierwsze, po drugie... dziesiąte. Kiedyś pisałam mniej w ten sposób, ale to tak ładnie porządkuje wypowiedź, chociaż dzieli ją na punkty i może przez to nie był tak płynna, jak powinna. Ale, nawet jeśli nie zacznę od po pierwsze to zapewne po drugie i tak się pojawi. Z jakiegoś powodu taki sposób wymieniania myśli wydaje mi się naturalniejszy niż pisanie następnie, bo czasami potrzebuje się, żeby wszystkie punty były tak samo ważne, a wydaje mi się, że następnie i podobne określenia nieco ujmują znaczenia rzeczom/zdaniom, które po nich następują. Oczywiście nie zawsze się to sprawdza, ale w moim przypadku dość często.

3. Zaczynanie zdań od ale, a, więc, etc.
Po pierwsze (aha widzicie nie mogę się powstrzymać, nawet jeśli już używam cyferek do numerowania punktów, to jeszcze wewnątrz punktu to się musi pojawić) zaczynanie zdania od więc niekoniecznie jest błędem. Zaczynanie swojej wypowiedzi od więc jest, choć też nie zawsze. Podobnie jest z a i ale. Teraz policzmy ile razy zrobiłam to w tekście powyżej. Pięć. W sumie nie wiem, czy to dużo, czy mało, ale jest to zauważalne. Podobno jeśli ktoś sam zaczyna zauważać jak pisze to znaczy, że ma jakiś problem i za bardzo się powtarza. Zastanawiam się, czy nie powinnam zacząć się martwić.

4. Jakimś cudem.
Stało się moim ulubionym wyrażeniem, gdy spadłam ze schodów i skręciłam kostkę i wydawało się, że powinna, musi wręcz być połamana, bo wyglądało to paskudnie, ale lekarka, która przyszła z moim rentgenem powiedziała: "Jakimś cudem nie jest złamana". A ja byłam najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Dlatego też teraz sporo rzeczy, które opisuję na blogu są "jakimś cudem dobre", "jakimś cudem nie są złe", "jakimś cudem da się je oglądać" i tak dalej. Ostatnio używam tego trochę mniej, ale w zeszłym roku musiało być tego sporo.

5. O ile.
To jeden z moich najnowszych nawyków, ale nawet nie wiem skąd się wziął. Chyba z chęci porównywania. Szczególnie charakterów bohaterów albo ich konkretnych cech. Albo dwóch innych rzecz, dwóch czegokolwiek. Z naciskiem, że rzecz następująca po o ile jest dużo lepsze/bardziej pozytywna, niż rzecz następująca po 'to', bo ta część tego wyrażenia najczęściej brzmi mniej więcej tak: to czegoś tam nie da się znieść/czytać/oglądać/wytrzymać. "O ile" zdecydowanie wprowadza silne emocje.

Mam wynotowane jeszcze kilka podobnych wyrażeń, ale niestety nie pięć, aby ładnie dobić do dziesiątki więc tu się zatrzymam i zacznę szukanie kolejnych, żeby było chociaż następne 5.
A może Wy zauważyliście w moim pisaniu, jakieś inne charakterystyczne cechy? A może sami macie takie słowa/wyrażenia, które już nawykowo wprowadzacie do swoich tekstów?

LOVE, M

sobota, 18 listopada 2017

Nie tylko w kinie i teatrze XXIII

Hello!
Naprawdę, naprawdę miałam napisać dziś normalny wpis, a nie siedzieć w teledyskach. Ale siedziałam całe rano w bibliotece i kończyłam kolejny podpunkt licencjatu i choć uwielbiam pisać to było odrobinę za dużo. Tym bardziej, że temat choć bardzo mi się podoba jest jednak mi dość obcy i wymaga sporej ilości wertowania książek, zastanawiania się i prób jego zrozumienia. Więc odpuszczam pisanie i zajmuję się moją inną ulubioną dziedziną. 

Muszę przyznać, że nowy teledysk Eda Sheerana też trochę wpłynął na to, że Nie tylko w kinie i teatrze jest dzisiaj. Na święta, choinki i śnieg może jeszcze trochę za wcześniej, chociaż dekoracje są ładne, a może wydłużenie okresu świętowania przeniesie się jakoś na zachowania ludzi i będą dla siebie nawzajem milsi już od 2/3 listopada, a nie od powiedzmy 6 grudnia, w każdym razie piosenka jest bardzo ładna, a teledysk przeuroczy. 

Zoey Deutch w teledysku "Perfect" Eda Sheerana.


To jest coś bardzo ciekawego, ale musicie to sami zobaczyć. Są dwa teledyski w jednym, tym który znajduje się poniżej, występuje Natalie Portman (notabene ona zawsze wybiera niesamowite projekty) w drugim, który linkuję w imieniu i nazwisku, Johnny Depp.

Natalie Portman w teledysku "My Valentine" Paula McCartneya.


Przy okazji szukania teledysków do tego cyklu zdarza mi się wpadać na naprawdę dziwne rzeczy, choć jeśli nie przekraczają one pewnych norm to i tak je pokazuję. Do tej pory nie zamieściłam tylko jednego teledysku, ale przeglądając zasoby aktorów i aktorek musiałam zbanować teledysk, w którym podobno jest Michael Rooker. Podobno, ponieważ po jakiś pięciu do ośmiu sekundach klip wyłączyłam i nie mogę potwierdzić, że on tam jest. Jeśli chcecie sprawdzić to nietrudno go znaleźć, ale na blogu ten teledysk nie przejdzie. 

Sprawdzając następne zapisane linki, trochę się obawiałam, że teledysk do piosenki "Eat You Alive" też możne nie przejść weryfikacji, na szczęście tylko słowa są bardzo dziwne, sam klip aż tak nie odstaje od podobnych. 

Bill Paxton oraz Thora Birch w teledysku "Eat You Alive" Limp Bizkit 


Chciałabym, aby kiedyś udało mi się w końcu zebrać w jednym poście tylko teledyski, które wyszły niedawno. Próbuję stworzyć takiego posta w sumie odkąd zaczęłam Nie tylko w kinie i teatrze, ale jakoś zupełnie mi z nimi nie po drodze. To znaczy mam zapisane starsze i chciałabym je wykorzystać, ale chęć pokazywania nowych też jest silna, ale nigdy nie jest ich tyle, aby zebrało się chociaż pięć i takim sposobem się mieszają. W każdym razie teraz klip z sierpnia. 

Zendaya w teledysku "Versace On The Floor"


Inną ciekawą rzeczą w pracy nad tym cyklem jest to, że gdy robię jeden post czasami wpadam na inne teledyski czy nazwiska aktorów i aktorek do sprawdzenia, zapisuję je w specjalnym folderze, a później zapominam skąd się tam wzięły i jestem bardzo zdziwiona. Naprawdę czasami chciałabym odtworzyć drogę, jaka doprowadziła mnie do znalezienia danego klipu. I to nie tylko ze względu na ilość dziwnych rzeczy na jakie wpadam, ale także ze względu na jakie ciekawe, nietypowe i wręcz niszowe teledyski. Albo piosenki, bo niszowość klipów wynika z piosenek. Przykład poniżej. 

Aidan Gillen w teledysku "Cameo" Micka Flannery'ego. 


Z prezentowanych teledysków, w sumie jak zawsze, wyszedł niezły misz-masz i to nie tylko pod względem lat, z których klipy pochodzą. Następny post - grudniowy - będzie pod hasłem "w grupie raźniej", bo spostrzegłam, że chociaż poprzedni był w sierpniu, to mam zapisane zaskakująco dużo teledysków pasujących do tej kategorii. 

Pozdrawiam, M


środa, 15 listopada 2017

Kocham Instagram #5

Hello!
Niewiele brakuje, a postów z tagiem zdjęcia będzie więcej niż tych z etykietą książki. Ale z drugiej strony to zdjęcia właśnie książek najlepiej mają się na moim instagramie, co w sumie jest dobrym znakiem. Co widać też na poniższym obrazku.


Gdybym miała więcej czasu (i siły, dzisiaj, gdy wróciłam z uczelni położyłam się na chwilę i obudziłam prawie dwie godziny później) to przeczytałabym książkę widoczną na drugim zdjęciu, bo z takim tytułem idealnie wpasowuje się w moje gusta. Ale, ponieważ spędzam większość wolnego czasu w bibliotece, którą uwielbiam i naprawdę pierwsze zdjęcie nie sugeruje, że to więzienie, po prostu jestem za niska i gdy siedzę to moje oczy są na takiej mniej więcej wysokości, to mam czas tylko na czytanie książek związanych z moim licencjatem. Ogólnie temat komunikacji marketingowej jest zaskakująco ciekawy i całkiem nieźle mi się pisze. W sumie to mam plan, aby dokończyć dwa podrozdziały w ten weekend, bo definicję mam opracowaną nawet dokładniej niż potrzeba. Poza tym zapadłam na typową chorobę: chodzę i opowiadam o tym jak piszę. Ale idzie mi tak dobrze i ogólnie jestem z siebie zadowolona, a to nie jest częsty stan, że po prostu muszę. 
Niedawno, cztery lub pięć dni temu, odsłonięto napis GDAŃSK, na Ołowiance, obok filharmonii i na 11 listopada był ślicznie podświetlony na biało-czerwono. Nie wiem czy już o tym wspominałam, ale w tym roku mieszkam na 10 piętrze i z drugiej niż zwykle strony. Co oznacza, że gdy wyjrzę przez okno i spojrzę w lewo mam taki widok. A gdy patrzyłam w lewo na którymś z wykładów zauważyłam prześlicznej urody trójkolorowe drzewo. W sumie szkoda, że wszystkie te zdjątka takie małe. 
Mieszkanie z drugiej strony wiąże się też z tym, że widzę mniej moich ulubionych dźwigów. Znaczy widzę je codziennie, gdy idę na tramwaj, który powrócił na śródmieście i zamiast 7 mam do przejścia tylko 3 światła, ale nie widzę ich przez okno. Na zajęciach z estetyki książki mówimy właśnie o wyglądzie liter więc profesor przyniósł nam przykłady. Mogłam zrobić jeszcze M, ale nie pomyślałam. Cieszę się, że udało mi się zrobić to zdjęcie Yuzuru występującego w GP, bo więcej okazji nie będzie. Ogólnie całe GP jest mocno bez sensu, bo w tym momencie wiadomo kto wygra. A jeśli coś by się zmieniło to musiałoby stać się coś bardzo złego. I w sumie patrząc po tym, co działo się i dzieje wśród solistów oraz częstotliwości upadków nawet najlepszych łyżwiarzy i łyżwiarek, to nie jest niemożliwe. Ale ogólnie będzie tak, że GP w kategorii solistek wygra Evgenia Medvedeva, par tanecznych Tessa Virtue i Scott Moir, par sportowych Wenjing Sui i Cong Han, a solistów Nathan Chen. Chociaż osobiście bardzo, bardzo chciałabym, aby Shoma Uno go pokonał. I bardzo im  wszystkim kibicuję (oprócz Nathana nie mogę się do niego przekonać, jeździ za bardzo pod skoki, brakuje mu wyrazu artystycznego - i nie ja to wymyśliłam, to specjaliści powtarzają) i polecam bardzo zobaczcie sobie Tessę i Scotta bo ich program do muzyki z Mulin Rouge jest absolutnie niesamowity.

LOVE, M

niedziela, 12 listopada 2017

"Nowe szaty króla"

Hello!
Chyba każdy zna historię o oszukanym królu, który pewien, że ma na sobie strój z niesamowitego materiału, paradował przed swoimi poddanymi nagi. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że znacie także bajkową adaptację ze studia Walta Disney, której kadrom będę się dzisiaj przyglądała. 

 Yzma i Kronk mają później rozmowę na temat martwości Kuzco i myślałam, że powyższe słowa to znak, że napisy będą pasować do tego co postaci mówią. Nie pasowały.

Jeśli chcielibyście kiedykolwiek oglądać tę bajkę w oryginale, ale z polskimi napisami to tego nie róbcie pod żadnym pozorem. Z dotychczasowych animacji w tej napisy są najsłabsze. Nieśmieszne i bardzo często zaskakująco niepasujące do sceny, co znaczy, że do tego co mówią postaci. I "Nowe szaty króla" zajmują też pierwsze miejsce, jeśli chodzi o ogólne różnice pomiędzy tekstem do czytania a tekstem, który słyszymy. Zdecydowanie lepiej (chociaż nie sprawdzałam, to założenie z góry) włączyć napisy angielskie i liczyć na to, że w oryginale te dwa teksty będą się zgadzać.

"Wybiłeś mnie z rytmu!"

"Nowe szaty króla" są z 2000 roku, dobrze, że czad został zastąpiony rytmem, bo i bardziej pasuje do tego, że król (notabene w napisach nazywany cesarzem, co jest spoko, bo to dosłowne tłumaczenie, ale w scenie "pogrzebu" Izma 'mówi' o księciu - to dość duże obniżenie rangi) w tamtym czasie śpiewał i sprawia, że dzisiejsze dzieci wiedzą o co chodzi.

Druga sprawa, sama bajka bez kontekstu jest nieszczególnie zabawna. Prawie nie ma tam żartów, które można by opowiedzieć czy nawet przywołać, jako anegdotkę w rozmowie z osobą, która "Nowych szat króla" nie widziała. Nie jest to wielki zarzut, sama byłam zdziwiona, gdy to sobie uświadomiłam.

 "Którzy nie wiadomo po co zeszli z drzeeeeeeeeeeew"

A ktokolwiek zrobił tłumaczenie piosenki z początku filmu powinien dostać nagrodę. Jej słowa zawsze były fenomenalne, proste do zapamiętania i takie, że od razu miało się ochotę śpiewać, ale robią jeszcze większe wrażenie, gdy porówna się z tłumaczeniem zdecydowanie nieprzeznaczonym do śpiewania. Chociaż plus za Kolumba. 


Obie listy, gdy mówią postaci są dużo zabawniejsze i zdecydowanie bardziej kreatywne. Szczególnie potrawy, które ma przygotować Kronk. Pojawia się  Kuba Rozpruwacz i gangrena lukrowana. Pycha. 

Miłego tygodnia, M

czwartek, 9 listopada 2017

Tumblr

Hello!
Gdy ostatnio przeszukiwałam foldery z materiałami ze studiów wpadłam do takiego z pierwszego semestru zarządzania i znalazłam plik podpisany tumblr. Wiedziałam, że kryje się za nim moja praca zaliczeniowa na teorie mediów. I pamiętałam, że miałam ten tekst opublikować na blogu po tym jak otrzymamy oceny. Niestety ocena nie była taka jaka chciałabym, aby była i o pomyśle publikacji zapomniałam. Aż do dziś, gdy przeczytacie, jaka mądra chciałam być prawie dwa lata temu. Muszę przyznać, że byłam w tamtym czasie całkiem dumna z tego tekstu. Oraz muszę przyznać, że nie przeczytałam go jeszcze raz przed publikacją, co jest błędem, ale skoro w takiej formie wysłałam go profesorowi to za późno żeby się wstydzić. I jeszcze jedną rzecz pamiętam: jak siedziałam po nocy i liczyłam średnie polubień i reblogowań.


Tumblr, działania promocyjne i popularność.

Według Wikipedii Tumblr to „platforma mikroblogowa. Pozwala użytkownikom tworzyć wpisy w kategoriach: tekst, obrazek, klip wideo, plik dźwiękowy, link, cytat, dialog. Serwis powstał w 2007 roku”.
W praktyce Tumblr stał się siedliskiem i głównym miejscem aktywności fanów i fandomu, najgłębszą studnią w internecie, w której można znaleźć dosłownie wszystko. Korzystanie z serwisu polega głównie na reblogowaniu i lubieniu materiałów zamieszczonych na blogach. Ludzie najczęściej w obrazkach, zdjęciach, gifach komentują bieżące wydarzenia głównie z popkultury. Już 5 minut po premierze odcinka serialu, a nawet filmu, blogi zalewane są różnego rodzaju materiałami, które kolejne osoby podają dalej i obiegają one platformę w niesamowicie szybkim tempie.
Potencjał dotarcia do ogromnej liczby osób odkryły mądre i sprytne, acz póki co nieliczne, stacje telewizyjne (np.: BBC America- Tumblr zdecydowanie bardziej doceniany jest za oceanem), autorzy i inni twórcy wykorzystując portal do promocji i dystrybucji własnych produktów. Na takich oficjalnych stronach pojawią się niekiedy materiały przedpremierowe, a po premierze: autoryzowane i najczęściej doskonałej jakości zdjęcia i gify. Czasami oficjalne strony reblogują także twórczość fanowską pojawiającą się na platformie. W poniższych akapitach liczby w nawiasach to dokładne bądź średnie ilości polubień i reblogowań poszczególnych materiałów.
Stacja NBC była chyba jedną z pierwszych, która założyła swojemu serialowi oficjalnego Tumblra, a serialem tym był „Hannibal”. Początkowo pojawiały się tam zdjęcia z planu, a zainteresowanie stroną było znikome. Po premierze okazało się, że serial zaskarbił sobie sympatię widzów, którzy z coraz większym zainteresowaniem obserwowali co pojawia się na platformie. Pierwszym materiałem, który wzbudził ogromne zainteresowanie był udostępniony fragment scenariusza, który polubiono lub reblogowano 970 razy. W tym momencie zadziałała moc tej strony- ogromna liczba osób dowiedziała się o serialu- koleje materiały podawane były dalej ponad 2000 razy. A sama stacja widząc jak ogromną siłę przekazu ma ta platforma zaczęła pokazywać na niej coraz więcej materiałów, a sama strona prowadzona była nad wyraz profesjonalnie i w klimacie serialu. Dodatkowym atutem było widoczne z jej strony przyjazne podejście do fanów i fandomu serialu- udostępniali twórczość i odnosili się do fanowskich teorii i pomysłów. Ostatecznie dzięki połączeniu tych wszystkich czynników „Hannibal” zyskał ogromną popularność w internecie oraz jeden z najbardziej zżytych z twórcami serialu fandom.
Nieco inaczej wygląda promocja brytyjskiego serialu „Doctor Who” na stronie Tumblr. Strona prowadzona jest przez fanów, ale „opiekuje się” nią BBC America. W związku z tym pojawia się na niej więcej materiałów reblogowanych niż oryginalnych i mają one bardzo różny charakter- od zdjęć i gifów z poszczególnych odcinków do twórczości fanowskiej różnego rodzaju. Dzięki temu strona cieszy się dużą popularnością wśród innych fanów. Ale pojawiają się także oficjalne komunikaty, na przykład o dostępności nowych figurek Pop!(1449) , informacje na jakich stronach można legalnie obejrzeć odcinki serialu w różnych krajach (średnia z ostatniego sezonu 399) czy wywiady z twórcami serialu (500).
Autorka popularnych książek młodzieżowych Cassandra Clare także posiada swoją stronę na platformie i wykorzystuje ją na wiele sposobów. Zaczynając od odpowiadania na pytania fanów (578), poprzez zamieszczania informacji na temat swoich książek (1650), a ostatnio także serialu(600) , który powstaje na ich podstawie (między innymi pojawiły się zdjęcia z obsadą), aż do reblogowania rzeczy z jej twórczością związanych, czyli różnego rodzaju twórczości fanowskiej.
Co ciekawe nie tylko wytwory i twórcy kultury popularnej korzystają z Tumblr'a. Swoją stronę ma także National Theatre Live (inicjatywa polegająca na przekazywaniu przedstawień teatralnych z najlepszych brytyjskich teatrów w kinach). Można tam znaleźć zdjęcia z prób i przedstawień, wywiady i oczywiście zapowiedzi nadchodzących przedstawień. (159)
Rzeczą, która łączy wszystkie powyższe przykłady jest fakt, że strony te powstały z oddolnej potrzeby widzów i fanów do kontaktu i zbliżenia się do lubionych przez siebie seriali, książek czy inicjatyw, a zrozumianej przez ich twórców.
Przykład „Hannibala” może sugerować, że popularność na Tumblr przekłada się na popularność w rzeczywistości i odwrotnie. Rzadko działa to jednak w ten sposób, choć na pewno bardziej w przypadku rzeczy popularnych „i tak”, poza tym serwisem. Próby „wybicia się” na przykład fotografa, który publikuje na stronie swoje zdjęcia i podpisuje je odnośnikiem do własnej strony internetowej, najprawdopodobniej, o ile przyjmiemy, że zdjęcie w ogóle się spodoba, zakończy się kilkoma reblogowaniami, zapewne większą ilością polubień i znikomą albo wręcz zerową liczbą wejść na stronę własną. Z tego punktu widzenia Tumblr jest niesamowicie zamkniętą strukturą, do której co prawda łatwo się dostać, ale z popularności tam niewiele wynika poza serwisem.
Póki co jednak marketingowcy i osoby odpowiedzialne za promocję gubią się na stronie i nie rozumieją jak ona działa. Z drugiej strony, aby oficjalny, profesjonalny miniblog zdobył popularność musi się dostosować do nieco śmieciowych i wręcz bezwartościowych materiałów i treści tam prezentowanych, a nie wszyscy twórcy czy inne odpowiedzialne osoby podjęły takie ryzyko w związku z przedstawieniem swojego produktu z dystansem koniecznym w tak luźnej strukturze jaką jest Tumblr. Jeśli jednak się na to zdecydują mogą osiągnąć porozumienie z fanami jak twórcy „Hannibala”. 

LOVE, M  

poniedziałek, 6 listopada 2017

Sezon zimowy 2017 - pierwsze wrażenia

Hello!
Trzeci i ostatni wpis z cyklu 'pierwsze wrażenia'. Całkiem ładnie się to czasowo złożyło. Ale nie studiuję 3 kierunków - dzisiejsza notka jest o anime. 


The Ancient Magus' Bride (Mahoutsukai no Yome)
Czekałam na to anime od pierwszych zapowiedzi, czyli w sumie już dość długo, bo ogłoszenie, że powstanie pojawiło się w lipcu 2016 roku. The Ancient Magus' Bride powstaje na podstawie bardzo popularnej mangi, która ukazuje się także w Polsce pod tytułem "Oblubienica czarnoksiężnika" i ogromnie mi się to tłumaczenie tytułu podoba.
Hype wokół tego anime był bardzo duży, a obawy o to, że wcale nie wyjdzie tak dobrze jeszcze większe. Ale podobnie jak inny tytuł, który był tak mocno reklamowany (mam tu na myśli "Welcome to the Ballroom") będzie miał 24 odcinki  i w takim przypadku po pierwszych pięciu trudno wyrokować, ale póki co spełnia pokładane w nim oczekiwania.

Po pierwsze - jest tak ładne jak zapowiadało się, że będzie. Miejsca, a jeszcze bardziej krajobrazy są śliczne. Postaci też są bardzo ładne i warto zauważyć, że ani główna bohaterka Chise, która ma zielone oczy i krótkie czerwone włosy, ani Elias, który wygląda jak widzicie na zdjęciu, nie wyglądają na typowych bohaterów shounen anime. 
Po drugie - jest zaskakująco zabawne. Umiejętnie wykorzystuje żarty do rozładowania napięcia (bo poważniejsze kwestie też się pojawią) i pojawia się ich dokładnie tyle ile potrzeba. Na dodatek są naprawdę urocze więc efekt jest podwójny.
Trzy. Tu sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Otóż fabuła jest interesująca, ale narracja prowadzona jest dość wolno. Wydaje mi się, że to przez rozłożenie jej na 24 odcinki, ale nie miałabym nic przeciwko, aby The Ancient Magus Bride było nieco bardziej dynamiczne.

Code:Realize:Sousei no Himegimi
Zobaczyłam ładną zapowiedź na początku tego roku  i czekałam, aż zadebiutuje. Code:Realize powstaje na podstawie gry otome, a to jest zapowiedź kłopotów z historią i fabułą. Ale jest śliczne, rozgrywa się w steampunkowym Londynie i okolicach. Poza tym bohaterowie nazywają się jak postaci historyczne albo bohaterowie literaccy, a to ogromy plus. 
Po tych 4 odcinkach, które widziałam, zapowiada się, że to może nie być aż tak durne anime, jak większość z tej kategorii. Ale no właśnie, tego typu anime trzeba rozpatrywać wewnątrz gatunku, oprócz tego, że są ładne i tym wyróżniają się zawsze i wśród wszystkich anime, to pod względem historii tylko nieliczne wyjątki mogłyby konkurować z nawet słabymi normalnymi shoujo anime. W ramach własnego świata przedstawionego działania bohaterów Code:Realize całkiem się sprawdzają. Postaci można też bardzo szybko polubić. Chociaż główna bohaterka cierpi na nijakość. Ale można to lepiej niż miałaby być niemiłosiernie irytująca. 


Istnieje szansa, że na koniec sezonu przeczytacie jeszcze raz o tym anime, ale być może do zimowych anime powrócę dopiero wiosną, bo "Oblubienicę czarnoksiężnika" oglądała będę na pewno, ale Code:Realize nie jestem pewna czy skończę. 

Postanowiłam zerknąć jeszcze na inne tytuły bez szczególnych oczekiwań. 

Ousama Game (King's Game, Gra w króla)
Jakiś czas temu manga (zasadniczo jest to cell phone novel, nie wiem czy po polsku i na polskim rynku, coś takiego funkcjonuje) zrobiła zamieszanie w internecie. Początkowo wydawało się, że może być to coś naprawdę oryginalnego, ale ostatecznie większość ludzi była zażenowana i rozczarowana. Czytać nie mam zamiaru, ale lubię sprawdzać rzeczy, które wywołują poruszenie więc zerknęłam na anime. Nawet jeśli miało wyraźnie napisane horror w gatunkach i zaczyna się dość strasznie. A fabuła też startuje z wysokiego C i nawet po pierwszym odcinku widać pewne ograniczone możliwości jej rozwoju. Kreska jest bardzo przeciętna w stronę brzydkiej, podobnie animacja. A momentami, gdy akcja jest brutalna kreska robi się zwyczajnie paskudna, aby się dopasować do tematu. Zobaczyłam dwa odcinki, może obejrzę ostatni z ciekawości, jeśli nie zapomnę. Za to na pewno to anime, jako całość, zostanie zapomniane. 

Dies Irae
Z takim opisem to powinno być ciekawe anime. Intrygujące od pierwszej minuty. A jest nudne. I paskudne, tak pod względem kreski jak i tego, co ta kreska przedstawia. Być może fabuła się wyjaśnia i rozwija w kolejnych odcinkach, ale bardzo szybko widać, że to zwyczajnie nie jest dobre anime i szkoda czasu na oglądanie, aby się o tym przekonać.

I to tyle. Inne anime nie wydają się szczególnie interesujące w tym sezonie. Chyba, że Wy wiecie o jakiejś perełce, o której ja nie mam pojęcia, to  z chęcią sprawdzę.

Pozdrawiam, M

 

piątek, 3 listopada 2017

Monoftongizacja dyftongów, czyli trochę o pierwszym miesiącu trzeciego semestru filologii polskiej

Hello! 
W tym roku w porównaniu z poprzednim, byłam dużo spokojniejsza jeśli chodzi o sprawy związane z IPSem. Oprócz tego, że ćwiczenia z romantyzmu, który jest moim najważniejszym przedmiotem w tym semestrze na filologii, pokrywały mi się z zajęciami na Ziarcie. Ogólnie cały połączony plan jest w tym roku cięży niż w zeszłym. A w sumie będzie, bo część zajęć na jednym i drugim kierunku zaczyna mi się od końca tego miesiąca/początku grudnia. Ale teraz czas na szybką przebieżkę po pozostałych przedmiotach. 

Koncept na ozdabianie notek o studiach był taki, że będę wykorzystywała fotosy z "Harrego Pottera" z Hermioną, ale w sumie inne postaci też całkiem pasują.

Analiza dzieła literackiego. Drugich zajęć, których nazwa lepiej oddawałaby to, co na nich robimy chyba nie mam. Ale za to miałam zajęcia o takiej samej nazwie na ZIA, nawet w takim samym wymiarze godzin, niestety liczba punktów ECTS się nie zgadza i nie mogłam przepisać oceny. Mogłam za to przenieść ocenę z Wiedzy o teatrze i już mam ją nawet wpisaną w indeksie. Inne związki polskiego z Ziartem? Zajęcia z Literatury najnowszej mam z doktorem, który prowadzi na ZIA zajęcia z Doktryn artystycznych XX i XXI wieku i bardzo się cieszę, bo to fenomenalny człowiek. A na zajęciach czytamy prozę i o niej rozmawiamy. Podobnie na Literaturze powszechnej XIX wieku. W sumie to nazwy zajęć na polskim są dużo bardziej konkretne niż na ZIA. 
Z Romantyzmu mam i wykład i ćwiczenia. Wykład co dwa tygodnie, ćwiczenia normalnie co tydzień, plus co drugi tydzień. Nie mogę powiedzieć, aby romantyzm to była moja ulubiona epoka, ale póki co nie jest źle. Stylistyka. Część literaturoznawcza. Od tej z poprzedniego roku różni się tym, że pracujemy na tekstach literackich i po każdych zajęciach mamy coś do napisania. Wiedza o historii języka polskiego, zwana potocznie gramatyką historyczną albo diachroną to najtrudniejszy przedmiot tego roku. W sumie nazwa mówi sama za siebie. Na razie nie jest bardzo, bardzo strasznie, ale zdążyliśmy omówić w sumie tylko przegłos. Poza tym zajęcia są cały rok i z tego co policzyłam, wynika, że na koniec 4 semestru będę miała 5 bardzo dużych egzaminów. A elementem jednego z nich jest Fleksja. Która jest dużo, dużo lepsza od Słowotwórstwa. 
Z moich zajęć specjalnościowych mam Tekstologię, na której zastanawiamy się jak, ale najpierw skąd wziąć, wydawać teksty dawne. Zajęcia są ciekawe, bo nagle dowiadujemy się, że wydawcy z tytułem profesora nawet nie widzieli oryginału tekstu, który wydają, bo oni pracują w Krakowie a tekst jest w Warszawie. Tak dla przykładu, ale podobnych kwiatków jest całkiem sporo. Mam też zajęcia z estetyki książki i przez październik próbowaliśmy ułożyć listę najładniejszych i najbrzydszych książek, ale nam się nie udało. 
I na koniec zostawiłam wf. Wychowanie fizyczne na uczelniach i jego sens to mógłby być temat na oddzielną notkę. Ale skoro jesteśmy do tego zmuszani to trzeba coś wybrać. Wyszło, że czasowo najbardziej pasują mi zajęcia z fitnessu w poniedziałki od 18.30 do 20. Dodam tylko, że pierwszego dnia tygodnia jestem na uczelni od 8. I nie jest to pierwsza sytuacja, że mam tak długo zajęcia, ale zdecydowanie najbardziej męcząca. 
W skrócie na razie nie jest źle, ale im bliżej końca semestru tego, a później następnego będzie coraz gorzej. Chociaż ludzie przecież są na trzecim roku polskiego więc jakoś musieli sobie dać radę z tymi wszystkim egzaminami na koniec. 

Pozdrawiam, M

wtorek, 31 października 2017

"I popełnił takie seppuku, tylko bardziej puku niż se", czyli pierwsze wrażenie z piątego semestru ZIA

Hello!
Mamy koniec października więc czas na pierwsze wrażenia z kolejnego semestru zarządzania instytucjami artystycznymi. 
Tytułem wyjaśnienia tytułu: oczywiście to cytat z jednego z moich profesorów, ale z polskiego. Więc, gdyby były wątpliwości to żart językowy, a kontekst jest taki, że jeden ktoś zrobił drugiemu komuś coś złego. A ja pomyślałam, że może cały Ziart zrobił jednak se puku wybierając te studia. A z drugiej strony z każdym kolejnym semestrem, coraz mniejsze wrażenie robi to jak bardzo te studia są nieprzemyślane i bez sensu, i teraz każdy chce je już tylko skoczyć.

Wracam do ozdabiania wpisów o studiach Hermioną.

Po pierwsze w piątym semestrze mamy uczestniczyć w wykładzie ogólnouczelnianym. Większość Ziartu wybrała Globalne rejestry w lokalnych kontekstach czyli formaty TV. I tak sobie rozmawiamy na zajęciach na temat Kuchennych rewolucji, Koła fortuny i innych programach. Dlaczego w Polsce wyglądają tak i dlaczego tak lubimy Ślub od pierwszego wejrzenia. Znaczy kto lubi to lubi, ja nie mam telewizora. Angielski. Dalej mamy buissnes english i retorykę. Z tym, że zmienił nam się prowadzący od tego drugiego przedmiotu, jest on też naszym opiekunem roku i dobrego wrażenia na nas nie zrobił. Przez nas mam na myśli osoby z IPSem. Otóż jest to jedyny prowadzący, na zasadniczo 3 kierunkach, bo ani mi na polskim, ani Mart na jej drugim kierunku, nikt nie powiedział, że prowadzącego nie obchodzi, że mamy drugi kierunek jego zajęcia są najważniejsze. I, gdyby to był normalny wykładowca to niech sobie mówi, ale jako nasz opiekun roku, gdybyśmy miały problemy z innymi profesorami powinien nam w jakiś sposób pomóc się z nimi dogadać. A sam ma takie a nie inne podejście do sprawy. Pan prowadzi nam jeszcze jedne zajęcia: Twórcze zaangażowanie poprzez happening. I w styczniu będziemy robić happening. Jestem bardzo ciekawa, co z tego wyjdzie. Mam też zajęcia z fotografii i będę je miała nawet 2 semestry. To oznacza, że będę miała lepsze formalne wykształcenie w tym kierunku niż jakieś 80% pseudofotografów z mojego miasta, reklamujących się na facebooku. Co do efektów w postaci ładniejszych zdjęć nie jestem przekonana, ale zobaczymy po roku. Mam dwa zajęcia dotyczące muzyki i niestety charakteryzują się tym, że w momencie opuszczenia sali zapominam o czym były, nawet jeśli na samych zajęciach podejmowane tematy były ciekawe. A teraz uwaga, przedmiot faktycznie związany z zarządzaniem: zarządzanie projektami. Co dwa tygodnie. Przez semestr. Prowadzi je pani z GTSu, która, oprócz dyrektora, jest drugą najbardziej kompetentną osobą z tego teatru, z którą mamy zajęcia. Będę jeszcze miała zajęcia ze Sztuki radia i telewizji i zapowiadają się interesująco, bo mają się odbywać w studiach, ale to dopiero w listopadzie. Tak w sumie to niewiele tych zajęć.

Najważniejszą rzeczą na trzecim roku studiów jest licencjat. Ponieważ moje studia to taka mała wiedza o teatrze, piszę pracę o marketingu. A konkretniej o komunikacji marketingowej. Instytucji artystycznych żeby nie było tak bez związku ze studiami.

Pozdrawiam, M

sobota, 28 października 2017

Akuratnie plus ("Thor: Ragnarok")

Hello!
Mam na studiach ćwiczenia, których bardzo nie lubię i jest to retoryka (a to lekka zapowiedź następnej notki, bo już czas, aby spisać pierwsze wrażenia). Na ostatnie zajęcia mieliśmy przygotować konwersacje, na szczęście na dowolny temat. Z kolegą wybraliśmy temat filmów Marvela i przez większość czasu rozmawialiśmy na temat naszych przewidywań na temat nowego Thora. Do tej pory zastanawiam się czy nasz prowadzący chociaż trochę ogarnął z naszej gadaniny. Nie to jest jednak tutaj istotne. Ważne jest to, że w ciągu tej rozmowy powtórzyłam chyba z milion razy, że sądząc po zwiastunach, w tym filmie będzie się za dużo działo i nie wiem, jak oni zmieszczą wszystko to, co pokazali w czasie, który zapowiedzieli. A ja mam już trochę dość filmów, w których postaci robią dużo rzeczy bez ładu i składu i to ma cieszyć widza. 


I co się okazało? Martwiłam się niepotrzebnie. Film układa się w logiczną całość, a scen akcji nie ma za dużo. Jest akuratnie. Dobrze się go ogląda. Tylko tyle (i aż tyle). Widziałam i czytałam recenzje i zauważyłam, że zasadniczo są dwa typy: ludzie, którym się po prostu podobało i ludzie, którzy byli zachwyceni i choć zdają sobie sprawę, że zdecydowanie nie jest to najlepszy film Marvela, bawili się doskonale. Ja jestem w tej pierwszej grupie, więc standardowo zacznę od tego, co mi się nie podobało. 


Skurge. Dlaczego nikt nie wyciął go ze scenariusza. Tak schematycznego, przewidywalnego, bez charakteru bohatera ze świecą szukać. Dosłownie po drugiej scenie, w której się pojawia, można domyślić się co to za typ postaci i co się z nim stanie. Naprawdę aż tak sztampowej postaci dawno nie widziałam. I najgorsze jest to, że widz od początku wie, że on nie zostanie poprowadzony inaczej niż wszystkie inne takie postaci, tylko skończy dokładnie tak samo. 

Hela ląduje obok wszystkich innych nieciekawych złoli Marvela. I chociaż początkowo Kate Blanchett ma sporo scen i wydaje się, że jej wątek będzie bardziej rozbudowany, szybko okazuje się, że, no właśnie, tylko nam się tak wydawało. Prawda jest taka, że ona nic nie robi. Znaczy siedzi w Asgardzie i deklaruje, że chce podbić inne światy. I tyle. Poczucie zagrożenia z jej strony wynosi zero. 


Ragnarok. Będą spoilery. Sam koniec filmu, "Asgard to ludzie, nie miejsce" mi się podobała i ogólnie czuję wielki i przeogromny ból w serduszku z powodu tego co się stało (i tak, płakałam), ale to jest naprawdę okrutne rozwiązanie fabuły. Ale z całym tym Ragnarokiem (i Helą) jest taki problem, że gdy ogląda się film, jest on niewyczuwalny. Znaczy Thor chodzi i mówi "bardzo zła kobieta jest w Asgardzie, zbliża się Ragnarok", ale trochę nic z tego nie wynika. 


Zastanawiam się i piszę, i dochodzę do wniosku, że nowy "Thor" mi się podobał, ale na samym filmie nie bawiłam się aż tak dobrze. Po przemyśleniu, wiele rzeczy wydaje się działać dużo lepiej niż faktycznie wygląda na ekranie. Nie jestem pewna czy to nie jest przykład filmu, który jednak odrobinę lepiej składa się w całość na papierze niż na ekranie. Choć tak jak wspominałam wyżej, byłam zaskoczona jak dobrze udało im się połączyć elementy pokazane w zwiastunach w jedną całość. 


A co mi się podobało? 
Humor. Choć pierwsze sceny nastrajają nieco sceptycznie i można się zacząć obawiać, czy nie będzie przesady. Spokojnie, nie ma. Jest śmiesznie, jest zabawnie, jest wspaniale pod tym względem.
Hulk. I Bruce Banner. I jego, i jego relacja z Thorem. Oraz później jak sam bohater odnalazł się w świecie przedstawionym. Jest super. 
Arcymistrz. Jeff Goldblum kradnie każdą scenę, w której się pojawi, ale chyba nikt nie jest tym zaskoczony. 
Anthony Hopkins. Który musiał grać nie tylko Odyna-ojca, ale także Lokiego w ciele Odyna i wyszło doskonale. Podobnie jak cała scena z teatrem i odgrywaniem sceny śmierci Lokiego z poprzedniej części filmu. Cudo. 
Loki. Aż dziwne, że nie napisałam o nim na samym początku. Hela ukradła mu kolory i chodziła w zielono-czarnym kombinezonie, a jemu dodano elementy żółtego, trochę tego nie rozumiem, czemu ona nie mogła dostać innego kolory, ale mniejsza. W sumie to nie do końca wiadomo o co mu chodzi przez cały film. Skłaniałabym się do interpretacji takiej, że w sumie Loki jest samotny i chociaż gada, że chciałby aby drogi jego i Thora się rozeszły to i tak się z nim trzyma. I chciałabym, i nie chciałabym, aby Loki zaczął być dobrym bohaterem. Ale to biedactwo zawsze będzie powodowało kłopoty i obrywało. No i to jak zaświeciły mu się oczy, gdy zobaczył taką małą niebieską kosteczkę... A Tom Hiddleston wygląda cudownie w czarnym. 

Rozważam pójście na film jeszcze raz, może mnie olśni. Póki co trochę brak mi wobec niego szczególnego entuzjazmu. 

LOVE, M

środa, 25 października 2017

Z bólem przez temat ("Anime - w poszukiwaniu istoty fenomenu")

Hello!
Od czasu, gdy zaczęłam zeszłoroczny Rok z anime, zastanawiałam się czy są w Polsce książkowe, profesjonalne opracowania tego tematu. Więc wpisałam w wyszukiwarkę biblioteki UG hasło anime. Znalazłam dwie potencjalnie interesujące książki, niestety były wypożyczone na zastanawiająco długi czas (jakiś magistrant albo doktorant zainteresował się tematem) i nie udało mi się ich dostać w zeszłym roku akademickim. W tym postanowiłam nie czekać i wypożyczyłam je nawet wcześniej od lektur na romantyzm.

Nie miałam zamiaru pisać o tych książkach, chciałam przeczytać, dowiedzieć się rzeczy i później wykorzystywać wiedzę w pisaniu o anime. I jeszcze nie wiem czy o drugiej napiszę, ale "Anime - w poszukiwaniu istoty fenomenu" to tak fatalnie napisana książka, że  muszę Was ostrzec. 

Pierwszy czytelniczy kryzys pojawił się na 13 stronie i dotyczy kwestii seiyuu: "Warto wspomnieć, że seiyuu są swego rodzaju aktorami użyczającymi swych głosów postaciom z japońskich animacji. W krajach zachodnich głosów animowanym bohaterom użyczają zwykle aktorzy, ale w Japonii rzecz ma się zupełnie inaczej (...)". Seiyuu to nie są "swego rodzaju aktorzy" tylko aktorzy głosowi, po prostu. Aktorzy głosowi to są aktorzy, podobnie jak aktorzy powiedzmy dubbingowi to aktorzy dubbingowi, a nie swego rodzaju aktorzy. Już widzę, że będzie ciężko przebrnąć przez resztę. 

Sprawa numer dwa. Powtórzenia. I to nie tylko wyrazów w kolejnych zdaniach, ale całych akapitów - pisanie dokładnie tego samego innymi słowami. Naprawdę wystarczy raz napisać, że bohaterka jest dobra, nie trzeba pisać, że jest tak dobra, że aż nudna, ani tak dobra, że aż schematyczna na dwóch stronach obok siebie. A to naprawdę najmniejszy przykład, bo i znacznie większe partie wypowiedzi są powtarzane dwu-trzykrotnie.
W pewnym momencie chciałam zacząć liczyć ile razy pojawiają się w książce słowa "tradycja i kultura Japonii" i ile stron dzieli ich użycie. Szczególnie w rozdziale o filmach Miyazakiego są one tak mniej więcej co 2-3. A później każdy rozdział i podrozdział kończy się mniej więcej takim stwierdzeniem: "(...) w percepcji dzieła przez odbiorców, którzy w zależności os stopnia znajomości japońskiej tradycji i kultury mogą okazać się mniej lub bardziej wyrozumiali dla inwencji twórczej autora."
W pewnym momencie autorka zaczyna też zdecydowanie nadużywać słowa albowiem, do tego stopnia, że po pierwsze niesamowicie rzuca się w oczy, a po drugie zaczyna zwyczajnie irytować. 

Sprawa numer trzy. Nie wiem czy to wynika z tego, że cały poprzedni rok miałam zajęcia z edytorstwa i uczyli mnie porządku i pilnowania pewnych aspektów tekstu, ale naprawdę irytowało mnie w tej książce posługiwanie się i polskimi, i japońskimi tytułami animacji bez żadnego uzasadnienia raz pisząc w tym, a raz w tym języku. I takim sposobem na jednej stronie mamy Tonari no Totoro, ale niżej Ruchomy zamek Hauru. Nie wiem dlaczego tak, przecież mamy tłumaczenie Mój sąsiad Totoro. I jeszcze gdyby dany tytuł zawsze występował w tylko w tym języku, w którym pojawił się w książce jako w pierwszym. Ale nie. Autorka potrafi rozpocząć jedno zdanie tytułem japońskim, a następujące po nim polskim.
Sprawa numer trzy i pół: jestem prawie pewna, że część przypisów w książce jest źle zrobiona. A z drugiej strony do książki dołączona jest bibliografia i filmografia, co daje pewien punkt wyjścia do szukania kolejnych książek.  
Trzy i trzy-czwarte: Autorka opisuje Death Note, główny bohater ma na imię Light. Ktoś nie zauważył i co najmniej dwa razy to imię pozbawione jest literki "h", także w tym w momencie, gdy autorka przedstawia tę postać.

Sprawa numer cztery: dygresje. I może nie byłyby one najgorsze, bo czasami zawierają ciekawe dodatkowe informacje, ale jest ich zdecydowanie za dużo, a autorka wraca do zasadniczego tematu w szkolno-rozprawkowy sposób. Ogólnie wykorzystuje za dużo schematycznych, utartych zwrotów, które powinny spajać tekst, a dają tylko wrażanie, że to nie tekst książki a rozprawki maturalnej.

Sprawa numer pięć: do kogo jest ta książka. Zaczynając nawet od języka tytułów, sama nie kojarzę wszystkich tytułów dzieł Miyazakiego w oryginale, a więc jak może je kojarzyć osoba, która nie miała wcześniej styczności z anime? Raczej nie może, ale na przykład istnieje całkiem duże prawdopodobieństwo, że o Moim sąsiedzie Totoro słyszała. Po drugie dla osoby, która choć trochę orientuje się w anime czytanie tej książki to będzie męczarnia, nie ma w niej nic na tyle odkrywczego, że nie można samemu się tego domyślić. Stwierdzenia typu: jest wiele gatunków anime, które przeznaczone są dla widzów w różnym wieku, powtarzane po pięć razy to więcej niż oczywistość. Osoba, która chciałaby czytać tę książkę bez żadnego kontekstu i z jakiegoś powodu z niej dowiadywać się jak działa anime i na czym polega, powinna po prostu obejrzeć Spirited Away i sama będzie w stanie wyciągnąć wnioski.

Sprawa numer sześć: streszczenie. Rozdział o Hayao Miyazakim to streszczenia jego pięciu filmów, po trzy razy każdego, przy czym przy każdym powtórzeniu treści autorka stara się dodać jakąś interpretację. Przy okazji powtarzając w każdym z podrozdziałów informacje z części dotyczącej samego autora. I tak na przykład co najmniej 3 razy czytamy, że Miyazaki zafascynowany był lotnictwem, a w każdym podrozdziale o tym, że tworzył charakterystyczne scenografie i ważną rolę w jego filmach odgrywa przyroda.
Ale o tym, że Ruchomy zamek Hauru powstał na podstawie książki, autorka pisze w ostatnim akapicie podrozdziału dotyczącym tego anime. Zdziwiłam się, bo prawdę powiedziawszy, byłam już prawie pewna, że wcale o tym nie wspomni. 

Sprawa numer siedem: podejście autorki do rozróżnienia bajek (głównie Disneya) oraz anime. W największym skrócie: anime jest bogate, niesie ze sobą przesłanie, drugie dno, trzeba zawsze szukać ukrytych znaczeń, zakończenia często są otwarte, fabuły zagmatwane i dla zachodniego widza mogą być ciężkie w odbiorze, a dzieciom to może wcale nie pokazywać i tak nic nie zrozumieją, w sumie to i tak rodzic w Europie czy Ameryce nie pokaże, bo to za brutalne i skomplikowane dla dziecka. A bajki Disneya są płytkie, zawsze dobrze się kończą, nie trzeba się wysilać aby je zrozumieć, itp. Cieszę się, że autorka ma tak wysokie mniemanie o anime, ale naprawdę nie docenia, a powiedziałabym, że wręcz kwestionuje inteligencję widzów. I to nie tylko dzieci, ale i dorosłych.

Sprawa numer osiem: rozdział o tym, kto może być bohaterem anime, nie jest taki zły. To najbardziej udana ze wszystkich części książki. Nie jest pozbawiona wad, bo wszystkie zarzuty o powtarzanie i schematyczność też się jej tyczą, ale autorka robi całkiem niezły przegląd przez typy postaci.
W tym rozdziale jest też chyba mój ulubiony cytat: "Istotnym wydaje się również fakt, iż bohaterem anime może być także homoseksualista, czyli osoba o odmiennych preferencjach seksualnych." Zastanawiam się, czy to zdanie jest wynikiem faktu, że książkę opublikowano w 2011 i stan powszechnej wiedzy na temat homoseksualizmu był dużo mniejszy niż obecnie, czy autorka kwestionuje w tym miejscu już nie tylko inteligencję potencjalnego widza, ale także bezpośrednio czytelnika swojej książki. 
Ale to nie jedyny fragment, który każe się zastanowić, czy przypadkiem postrzeganie pewnych spraw oraz samo anime przez ostatnie sześć lat nie zmieniło się na tyle, że książka wymagałaby pewnej aktualizacji.

Sprawa numer dziewięć: spoilery. Można pisać o filmach, książkach, serialach i anime tak, aby nie tylko nie streszczać fabuły, ale co ważniejsze nie zdradzać zakończenia. Albo chociaż nie zdradzać go tak wprost jak robi to autorka "Anime - w poszukiwaniu istoty fenomenu". O ile streszczenia można przeboleć i nawet byłabym w stanie przeboleć zdradzanie zakończeń filmów, to pisanie 'wszyscy giną, nie ma happy endu' jeśli mowa o serii dwunasto- czy dwudziestoczteroodcinkowej, to przesada.

Sprawa numer dziesięć: wracanie do tych samych przykładów. Brakuje w tej książce różnorodności. Autora poświęca jeden rozdział na opis Full Metal Alchemist i naprawdę nie ma potrzeba aby później przy typach postaci, czy w ostatnim rozdziale dotyczącym nawiązań do mitologii i legend, wracała do tego przykładu. Innymi ciągle pojawiającym się tytułami są na przykład Naruto, Princess Miyu, Dragon Ball, ale autorka bardzo często w kilku miejscach odnosi się do tego samego tytułu. A przecież anime jest tyle, jestem pewna, że znalezienie innych tytułów do zobrazowania pewnych zjawisk nie byłoby problemem. 

Dowiedziałam się z tej książki dużo mniej niż bym chciała, jej czytanie było bardzo męczące i ogólnie jest wielkim rozczarowaniem. 

Trzymajcie się, M

niedziela, 22 października 2017

Nie tylko w kinie i teatrze XXII - teledyski The Lumineers

Hello!
Podobno w internecie najłatwiej znaleźć ludzi, którzy mają podobne zainteresowania. W wypadku popularnych filmów, seriali i książek jest to bardzo proste. W przypadku mangi i anime nie jest najtrudniejsze wystarczy zacząć. W przypadku kpopu nawet się nie zauważa, gdy już się należy do tej społeczności. Ale, chociaż szukam i się interesuję, nie znalazłam jeszcze ludzi tak zainteresowanych teledyskami jak ja. Co nieszczególnie powstrzymuje mnie przed pisaniem, oglądaniem, szukaniem informacji i czytaniem. 
I właśnie, gdy kiedyś sprawdzałam jakiś teledysk zespołu The Lumineers w komentarzach przeczytałam, że to kolejna część historii i jest kilka, które się łączą, opowiadając losy pewnej kobiety.

Sleep On The Floor



Ophelia 




Cleopatra 


Angela 


Teledyski załączyłam w kolejności w jakiej ułożone są piosenki na płycie, chociaż MV publikowane były w kolejności: Ophelia (luty), Cleopatra (lipiec), Angela (wrzesień), Sleep On The Floor (listopad) i chyba w takiej najlepiej je oglądać, chociaż słyszałam sporo głosów, że dopiero ostatni nadaje sens pozostałym. Chociaż piszą też, że można je też obejrzeć w kolejności SOTF, Angela i dopiero Cleopatra. Wikipedia twierdzi zaś: "It (Cleopatra) acts as the conclusion to the storyline that began with Sleeping on the Floor music video and continued in the video for Angela." A gdzieś jeszcze indziej przeczytałam, że najlepiej je obejrzeć od końca, odwrotnie chronologicznie o tego jak pokazywały się na YT. Sama się pogubiłam

W Sleep On The Floor występuje Elise Eberle oraz Adam Lively. 
Ophelia to śpiew i taniec wokalisty, ale bez kontekstu tej piosenki nie będzie można przejść do ciekawej rzeczy, która ukazała się na początku tego roku. Powyższe cztery teledyski są z 2016. 
Pani taksówkarz, którą ludzie, oglądający teledysk, uwielbiają, a która jest podpisana dokładnie nigdzie na oficjalnych stronach i, chociaż jestem wprawiona w poszukiwaniach, to uważam, że to jednak nie fair nie napisać, kto występuje w MV, to Gwynn Lewis. A aktor, który najwidoczniej gra jej syna to John Bubniak. 
Natomiast pani w ciąży w Angela to chyba nie jest zawodowa aktorka. Przejrzałam komentarze, mnóstwo stron, sprawdzałam każdym znanym mi sposobem i żadnego nazwiska nie znalazłam. Do czasu.

Za to bez problemu można znaleźć namiary na reżysera wszystkich 4 (a nawet 5, ale o tym za moment) teledysków i jest nim Isaac Ravishankara. Który zrobił także MV do piosenki Stubborn Love, a fani nawet dopatrzyli się powiązań pomiędzy wszystkimi pięcioma klipami. Więc pan Isaac zasadniczo odpowiada za wszystkie teledyski The Lumineers oprócz pierwszego do "Ho Hey", który zrobił Ben Fee. 

Jeśli tak samo jak ja i prawdopodobnie wielu fanów zespołu, pogubiliście się w teledyskach to The Lumineers przyszło z pomocą takim owieczkom i pokazało "The Ballad of Cleopatra" (gdzie, uwaga, podpisało wszystkie aktorki! dobrze, że wcześnie), które wyjaśnia i kończy historię tytułowej Cleopatry i słyszymy piosenkę "My Eyes".
Dzięki "The Ballad of Cleopatra" dowiadujemy się, że bohaterkę w Angeli gra Bethany  Toews, która jest terapeutką, psychologiem, nie wiem jak się to klasyfikuje, ale prowadzi bloga oraz coś co nazywa się Empathetic Heart Session, słucha ludzi. Natomiast najstarszą odgrywa Sis Gold i gdy wpisze się to imię i nazwisko w Google to pokazuje się profil na LinkedIn, który sugeruje, że pani nie jest zawodową aktorką.

"The Ballad of Cleopatra" opublikowano w kwietniu tego roku, co oznacza, że cała historia pokazywana była przez ponad rok (14 miesięcy). 3 zasadnicze filmy (2, 3 i 4 w kolejności) publikowane były co 2 miesiące, a pomiędzy pierwszym a drugim minęło pół roku. Natomiast od "Sleep On The Floor" do TBOC prawie drugie pół, bo pięć miesięcy. Ophelia i SOTF mają najwięcej wyświetleń na YT, po ponad 60 mln.


Trzymajcie się, M



czwartek, 19 października 2017

Długi, luki i schematy ("Sword Art Online Movie: Ordinal Scale")

Hello!
W stosunku do niektórych filmów, seriali, książek czy anime wykazuję pewien nieuzasadniony sentyment. Jest tak na przykład z serią "Sword Art Online", której zasadniczo bardzo podobało mi się pierwsze dwanaście odcinków pierwszego sezonu. A całą resztę obejrzałam, bo jestem naprawdę zła w porzucaniu raz rozpoczętych historii. 


Ale to nie tak, że SAO nie lubię, nawet czekałam na film i cieszę się, że zapowiada się kolejny projekt anime. Po prostu to już nie jest tak dobre, jak był początek przygody. W filmie Kirito, Asuna i spółka grają w nową grę, która już nie pochłania gracza do swojego wnętrza, a nakłada grę na świat rzeczywisty. Kirito wynalazku raczej nie lubi, reszta jest nastawiona pozytywnie. Asuna, która jest zdecydowanie większym badassem niż Kirito, radzi sobie w Ordinal Scale doskonale, do czasu. Zaczyna tracić wspomnienia. I nie ona jedna, ale to przez nią Kirito włącza się tryb bohatera. Bohater chce odzyskać wspomnienia Asuny i dowiedzieć się dlaczego w ogóle je straciła. 


Z tej bardzo prostej fabuły zrobiono dwugodzinny film, który możne nie do końca jest nudny, ale zdecydowanie się wlecze i jest zwyczajnie za długi. Półtorej godziny wystarczyłoby i to z nadmiarem. Bo tam nie ma materiału aby zapełnić 120 minut. Do tego jest mnóstwo dziur, niektóre niesamowicie widoczne, wydaje się, że ktoś zapomniał wkleić, jakiegoś kawałka filmu w niektóre miejsca. Są też dziury logiczne mniejsze i większe. I to także wina montażu. Ale, na jakieś 90%, jestem przekonana, że ten film początkowo mógł być jeszcze dłuższy i trochę z niego wycięto nie zauważając, że postaci tracą motywację, jakieś wątki się zaczynają i nie kończą albo postaci wspominają rzeczy, które wydają się istotne, a później do nich nie wracają i nie ma to żadnego rozwinięcia. 
PS. Trochę doczytałam i film dzieje się pomiędzy którymiś sezonami lub ich częściami i uzupełnia luki, które tam były z powodu zbyt małej ilości informacji. Szkoda tylko, że sam film zostawia więcej pytań niż odpowiedzi. Ja na pewno nie będę oglądała znów anime, aby się przekonać co zostało wyjaśnione, ale być może są fani, którzy będą chcieli sezon/sezony obejrzeć jeszcze raz. 


Ordinal Scale nie jest też wybitne pod względami estetycznymi. Jest na dobrym poziomie, ale liczyłam, że będzie ładniejsze, tym bardziej, że bez wątpienia są możliwości i potencjał. Ostatnia walka z bossem pozytywnie się wyróżnia, ale w porównaniu z podobnymi scenami z nowo wychodzących anime jest nieszczególnie wyjątkowa. Muzyka, która odgrywa ważną rolę w fabule, oprócz tych ważnych utworów niezbyt się wyróżnia, a i te ważne piosenki są takie typowo openingowe na czwórkę z plusem. Jest też klika scen/ujęć, które podają w wątpliwość dobry smak twórców. Bezsensowne, nikomu niepotrzebne i zrobione czasami w dość zaskakujących momentach zbliżenia na piersi bohaterek są zwyczajnie niesmaczne. Tym bardziej, że chociaż SAO to shounen, to Asuna jest w nim na prawach równorzędnej bohaterki z Kirito, a jak wspominałam wcześniej, jest nawet lepszym strategiem i wojownikiem niż bohater. I jestem pewna, że SAO tak samo lubią i chłopcy, i dziewczęta. 


A z drugiej strony SAO to SAO ono takie po prostu jest i można je w sumie przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza, bo po raz kolejny widać, że sposób pokazywania tego świata się nie zmienia. I tak jest wtórny i schematyczny. Po prosu wypełniony nieco innymi motywacjami złych postaci. Które okazują się nie do końca złe, a bardziej nieszczęśliwe i nie wiedzą co ze sobą zrobić. Ale ile razy można robić i wykorzystywać zaawansowaną technologię tylko dla osobistych celów albo zemsty. Do kolejnych serii i filmów z tego świata trzeba podchodzić bez większych oczekiwań, bo nawet jeśli zwiastuny zapowiadają, że to może być coś nowego to jedyną nowością jest właśnie akurat wykorzystywana technologia, a najczęściej nawet z tego nic nie wynika, jest ona tylko przekaźnikiem. 


Czepiam się i czepiam, ale to nie jest bardzo zły film, większość jego wad wynika z długości oraz, najprawdopodobniej, z tego, że nie jest chronologicznie kolejny po anime (a przynajmniej tak przeczytałam i wierzę, bo z anime pamiętam niezbyt wiele). 

Pozdrawiam, M




poniedziałek, 16 października 2017

Porwanie z filmami w tle / Filmy z porwaniem w tle ("Kim Dzong-Il. Przemysł propagandy")

Hello!
Nie kupuję zbyt wielu książek. Gdy już na jakąś się zdecyduję to znaczy, że musiała mnie bardzo zainteresować. Dziś spróbuję Wam wyjaśnić, jak książka z wielką twarzą Kim Dzong Ila na okładce, znalazła się w mojej biblioteczce.

Chciałam "Przemysł propagandy" czytać w tramwaju, ale zdecydowanie nie czułabym się komfortowo podróżując z taką okładką. 

Od wiosny tego roku przeżywam wzmożone zainteresowanie południowokoreańską muzyką. A przy okazji także szerzej pojętą kulturą popularną Korei. Gdy pod koniec czerwca wróciłam do domu i zostałam odcięta od sprawdzania nowości w Epiku, musiałam zadowolić się zwykłą księgarnią. W której akurat były spore promocje. Trzeba przyznać, że okładka książki, o której piszę zwraca uwagę bardzo. Poza tym kosztowała 10 zł. To bardzo znaczący argument. Ale wtedy jeszcze nie byłam przekonana do zakupu. Do czasu, aż obejrzałam fragment koreańskiego programu rozrywkowego, których jest mnóstwo na YT, stacje telewizyjne same je wrzucają, bardzo często od razu z angielskimi napisami. A same programy są prześmieszne, nawet jeśli oglądając nie do końca rozumie się żarty bądź są one żenujące, to Koreańczycy są tak ekspresywni, że nie sposób się nie śmiać razem z nimi. Ale akurat ten fragment nie do końca był zabawny. Piosenkarka Kim Yonja opowiadała o tym, jak została zaproszona do Korei Północnej i została zapytana przez jedną z osób, czy się nie bała, że, gdy pojedzie, to nie wróci. Odpowiedziała, że się bała, a osoba, która pytała dodała, że przecież pewna para została porwana. Skojarzyłam fakty i stwierdziłam, że parą, o której wspominali byli zapewne bohaterowie książki, którą widziałam w księgarni. I ciekawość zwyciężyła, kilka dni później ją kupiłam. 

Teraz, gdy znacie już historię mojego życia, zajmijmy się samą książką. Po pierwsze opis z tyłu okładki sugeruje, że będzie to tylko opowieść o porwaniu reżysera Shin Sang Oka oraz aktorki Choi Eun Hee (notabene: na okładce imiona zapisywane są z dywizem (Sang-Ok, Dzong-Il w tytule), ale w treści książki bez), a dostajemy o wiele więcej. Po pierwsze o życiu osobistym bohaterów, także Kim Dzong Ila. Nie jestem przekonana czy można tę książkę nazwać biografią, nawet fabularyzowaną. Jest to oczywiście opowieść oparta na faktach, ułożona chronologicznie, dotycząca życia tych osób, ale mimo wszystko do kategorii biografii nie można jej zaliczyć.

Oprócz historii ludzi i o ludziach "Przemysł propagandy" to opowieść o filmach. I w sumie dowiadujemy się bardzo dużo o rozwoju przemysłu filmowego w obu Koreach, trochę o Japonii i Chinach. Trochę historia filmu tamtego okresu w pigułce, a na pewno historia filmów reżysera Shina. Ale autor książki - Paul Fischer - wplata w nią elementy polityki, głównie dotyczące Korei Północnej. Możemy przeczytać o micie założycielskim, o przykładach innych porwań, o więzieniu głównie z perspektywy Shina, o filmowych ambicjach Kim Dzong Ila.

Najzabawniejsze jest to, że najmniej w tej książce propagandy. Bo przemysł propagandy to oczywiście przemysł filmowy, ale o filmach typowo propagandowych dowiadujemy się bardzo niewiele. Tyle, że nie były dobre i nie spełniały swojego zadania. Dlatego też Shin i Choi zostali porwani, aby zrobili lepsze filmy. Ale jak się okazuje do tytułów propagandowych było im na tyle daleko, na ile wolności twórczej pozostawił im Kim. Angielski tytuł książki brzmi "A Kim Jong-Il Production".

"Przemysł propagandy" jest wciągającą i intrygującą książką, czyta się ją z wielkim zainteresowaniem. Naprawdę, nie znoszę pisać takich zdań w recenzjach, ale to najkrótszy i najlepszy jej opis. Chociaż to nie do końca tak, że książka ta jakość szczególnie trzyma w napięciu, ale i chyba nie ma takiego zamiaru, przecież od początku wiemy, że w końcu bohaterom uda się zbiec. Co prawda dla osoby, która zupełnie nie interesuje się ani filmami, ani Koreami, ani nie przepada za biografiami (uznajmy na moment, że może znajdować się w tej kategorii) może nie być, aż tak fascynująca, jak dla osoby, która zainteresowana jest chociaż jednym z wymienionych aspektów. Ale warto dać jej szansę, bo można dowiedzieć się wielu zaskakujących rzeczy, naprawdę wielu. Dodano do niej też 4 kartki ze zdjęciami, co było świetnym pomysłem.

Ze względu na ilość podejmowanych tematów, choć połączonych wspólnym wątkiem bohaterów, którzy zostali porwani książka cierpi narracyjnie. Większość historii Shina i Choi opowiedziana jest w trzeciej osobie, ale z ich perspektywy, w fabularyzowanej formie. Ale między te części wplecione są fragmenty informacyjne, powiedzmy zostają wymienione przykłady innych porwań. Z tym, że często to nie jest ani nowy akapit, ani tym bardziej rozdział. Po prostu w pewnym momencie zostaje zawieszona fabuła, następuje przekazanie wiadomości, po czym opowieść znów się zaczyna. Podobnie jest, gdy autor cytuje pamiętniki bohaterów i nagle używa czasu przeszłego w dziwnym kontekście, chociaż historia opowiadana jest tak, jakby działa się teraz. Czasami też w tych informacyjnych częściach nie wiadomo do jakiego czasu autor się odnosi. Tego, gdy Shin czy Choi (porwana w 1977 roku) byli w Korei Północnej czy zakłada, że obecnie jest tam dokładnie tak jak było i odnosi się do współczesności. Zasadniczo nieszczególnie przeszkadza to w czytaniu, choć dla wrażliwych na chaos czytelników, może być irytujące.

Ciekawostką jest to, że można wyraźnie wyczuć, że autor faworyzuje w opowieści Choi Eun Hee. Poświęca jej dużo więcej uwagi, a przecież to Shin Sang Ok dwa razy próbował uciekać. Może to wynikać z faktu, iż Madame Choi jeszcze żyje, autor albo się z nią spotkał osobiście (to sugeruje epilog, ale nie zostaje bezpośrednio napisane, że to Fischer się z nią widział) albo utrzymywał blisko kontakt w czasie pisania książki. Praktycznie cały epilog poświęcony jest Choi. Tak jak wcześniej faworyzowanie było tylko silnym przeczuciem czytelnika, tak w epilogu zostaje potwierdzone. A nawet bardziej, autor zasadniczo pisze, że to ona była zdecydowanie ważniejsza.

"Myśląc o Choi Eun Hee, kobiecie urodzonej w kraju rozdartym przez supermocarstwa, na której życie tak zasadniczo wpłynęli reżyser filmowy Shin oraz Drogi Przywódca Kim - dwaj mężczyźni o wielkim ego oraz ambicji decydowania, kontrolowania i kierowania - nie sposób zapomnieć o dwudziestu czterech milionach innych krewetek pośród wielorybów żyjących na północ od strefy zdemilitaryzowanej, bezwolnych statystach w produkcji filmowej na wielką, ogólnokrajową skalę."

Trzymajcie się, M

piątek, 13 października 2017

1518. Pamiętaj, że najważniejsze jest, aby to, co najważniejsze, pozostało najważniejsze

Hello!
Powracam do szarej rzeczywistości blogowania, gdy nie mam na to czasu i muszę ratować się wcześniej przygotowanymi materiałami. Problem w tym, że "Duży Mały Poradnik Życia" mi się kończy, będą z niego jeszcze najwyżej dwa wpisy, a w grudniu tego roku, 4 lata odkąd ukazała się pierwsza notka z radami Jacksona H. Browna (a ja dalej nie pamiętam jak nazywa się autor i za każdym razem muszę to sprawdzać), najprawdopodobniej opublikowana zostanie ostatnia. Ale do tego strasznego momentu jeszcze dwa miesiące, chociaż przygotowuję się na to od dłuższego czasu. Dziś jednak cieszmy się kolejnymi ośmioma złotymi myślami z tej świetnej książki. 


1527. Wysiadając z samolotu, podziękuj pilotowi za bezpieczny i wygodny lot. Naoglądałam się tyle "Katastrofy  w przestworach", że całkowicie rozumiem ludzi, którzy po wylądowaniu biją pilotom brawa, gratulują udanego lotu i na pewno bym z entuzjazmem do nich dołączyła. 

1530. Nie myl sprytu z mądrością. "Wiedzę możemy zdobywać od innych, ale mądrości musimy nauczyć się sami" - taki cytat znajdował się w sali od matematyki (nie był podpisany, ale internet twierdzi, że to Mickiewicz) w moim liceum i od razu skojarzył mi się z tym punktem. Wiedzę chyba też możemy dodać, aby jej nie mylić ani ze sprytem, ani z mądrością. 

1531. Pamiętaj, że prawda często jest wypowiadana żartem. Każdy to zna. Ktoś mówi coś szczerego/nieprzyjemnego/zaskakującego, potem żałuje i mówi "Żartowałem!!!". Albo ktoś faktycznie chce przekazać coś ważnego, ale albo nie umie inaczej, albo się denerwuje, albo jeszcze coś innego i robi z tego żart. Oba przypadki zwykle są dość nieudolne i zostawiają nieprzyjemne odczucia w rozmówcach. 

1532. Nie żyj z wciśniętym hamulcem. A  takim razie co z tymi wszystkimi slow lifeami, stylami, jedzeniem i całą resztą?

1534. Pamiętaj, że najlepszym lekarstwem na zmartwienie jest działanie. Gorzej jeśli zamartwiasz się czymś, co ciebie dotyczy, ale nie masz na to żadnego wpływu i żadnej możliwości działania. Można jednak robić rzeczy, które odciągną po prostu nasze myśli od tego, nad czym łamiemy sobie głowę.

1539. Pamiętaj, że prawdziwe szczęście rodzi się z godnego życia.

1543. Rozmawiaj ze swoimi roślinami. I puszczaj im muzykę klasyczną, podobno lepiej od tego rosną.

1544. Proś o radę, kiedy jej potrzebujesz, ale pamiętaj, że nikt nie jest ekspertem od twojego życia. Ciekawe czy jest ktoś, kto czuje się ekspertem nawet od swojego własnego życia. 

Czasami, gdy robię komentarze do poszczególnych porad zastanawiam się, czy na pewno wyraźnie czuć, gdzie jestem, gdzie nie jestem i gdzie jestem nie do końca sarkastyczna. Mam nadzieję, że tak, abyście nie odnieśli wrażenie, że kwestionuję niektóre z rad, które, jak by nie było, sama wybrałam. 

Miłego weekendu, M



wtorek, 10 października 2017

Jeśli nie polubicie bohaterów, to się zanudzicie ("Hwarang")

Hello!
Ponieważ miałam listę naprawdę dobrych (a przynajmniej recenzje miały dobre) dram, postanowiłam obejrzeć tytuł, na który wpadłam przypadkiem na Wikipedii, i w którego opisie było napisane, że nie zdobył popularności i okazał się finansową klapą. Typowa ja, musiałam przekonać się na własnej skórze. 

Tak powinno być. 
Ale nie oni musieli wcisnąć tam trójkąt miłosny.

I okazało się, że "Hwarang" (Hwarang: The Poet Warrior Youth), bo o tej właśnie dramie piszę, wcale nie jest aż taki zły, jak się spodziewałam, że będzie. Nie jest szczególnie zachwycający ani ogólnie szczególny, ale myślałam, że będzie dużo gorszy. Fabuła skupia się na królewiątku (Ji Dwi/ Król Jinheung), które żyje w ukryciu, bo królowa matka nie chce odstąpić mu tronu; chłopiątku (Sun Woo), bez imienia, które dostaje się do stolicy, gdzie w dramatycznych okolicznościach traci przyjaciela i oskarża królewiątko o jego śmierć; oraz postać, którą można nazwać główną bohaterką - Ah Ro. Oczywiście to dość klasyczny trójkąt. Królowa matka wymyśla sobie, że aby utrzymać tron, zbierze synów wszystkich dostojników w jednym miejscu i wyszkoli do służby państwu (znaczy sobie). Królewiątko bez wiedzy i zgody matki dostaje się do Hwarangu oraz chłopiątko pod przybranym imieniem i nazwiskiem również. I tak mniej więcej zaczyna się historia. 

    Biedne i śliczne królewiątko                 Główna postać kobieca                 Chłopiątko pod                                                                                                                           przybranym nazwiskiem                                                                             
Skróciłam to bardzo, ponieważ 4 pierwsze odcinki tej dramy są niesamowicie nudne i spokojnie można byłoby zrobić z nich jeden. Później jest trochę lepiej, ale zawsze w połowie odcinka musiałam na jakiś czas przerwać oglądanie, ponieważ skupienie wyczerpuje się bardzo szybko i po 30 minutach ma się średnią ochotę, dalej patrzeć na nieszczególnie szybko posuwające się do przodu wydarzenia. Tym bardziej, że montaż poszczególnych sekwencji scen bywa dość przypadkowy i nie zawsze łatwo podążać za tokiem odcinka. To chyba też wina scenariusza, w którym widać sporo dziur, które wydaje się były zapychane niejako na siłę. A jednocześnie wszystkie 20 odcinków wydają się jednym bardzo długim filmem i samo pocięcie go na odcinki jest zaskakująco akuratne. Być może to dlatego, że cała drama została nagrana wcześniej, co z tego, co wyczytałam nie jest powszechną praktyką i zwykle seriale nadrywa się zasadniczo w trakcie ich trwania. 

 Księżniczka ma na temat Ah Ro to samo zdanie co ja.

Najłatwiej będzie opisywać i oceniać poszczególne postaci, bo jeśli nie poczujecie choć najcieńszej nici sympatii do chociaż jednej z nich, to oglądanie będzie trudne. Tym bardziej, że Ah Ro to jedna z najbardziej irytujących postaci, jakie widziałam na ekranie. A w pierwszych odcinkach zapowiadała się nawet na dość silną i niezależną kobiecą postać. Niestety później wszystko to traci, staje się płaczliwą, zależną i niewdzięczną bohaterką. Na dodatek aktorka, która ją gra wygląda w tej roli wyjątkowo niekorzystnie, a jej przeszarżowana gra jeszcze to podkreśla. Na dodatek Ah Ro to same kłopoty, ona nie może zrobić tego o co ją poproszą, tak jak ją poproszą, nie robić rzeczy, których nie powinna, mogłaby też sama na siebie uważać, czego też nie robi. Najlepszym sposobem, aby "Hwarang" był lepszą dramą byłoby wycięcie albo przynajmniej znaczne zmniejszenie jej roli i pozostawienie tego serialu, jako opowieści o młodych mężczyznach uczących się w Hwarangu...

                                               Ban Ryu kocha ją, a ona jest siostrą Soo Ho.

...Bo, iż, gdyż, ponieważ element męskiej przyjaźni, a także kłótni, współzawodnictwa i rywalizacji, a najprościej rzecz ujmując - męscy bohaterowie całkiem się tej dramie udali. Zaczynając od biednego królewiątka, które nie tylko całe życie się ukrywało, nie miało przyjaciół, a jak się zakochało to w nieodpowiedniej osobie; przez Soo Ho, który najpierw robi, później myśli, ale ma bardzo dobre serce oraz głęboko cierpi z powodu platonicznej miłości do królowej matki; przez Ban Ryu, który jest chyba nawet tragiczniejszą postacią od królewiątka, bo ma dwóch zdecydowanie nadambitnych ojców, którzy każą robić mu straszne rzeczy, presja jest ogromna, a on wcale nie chce ich robić, chciałby w spokoju żyć z dziewczyną, którą kocha z wzajemnością; po Sun Woo, który ma dwa wyrazy twarzy i wydaje mu się, że jest sprytny i fajny. Chociaż jest jednym z trzech głównych bohaterów to naprawdę trudno go polubić, a motyw zemsty, który przewija się przez całą dramę jest zwyczajnie słaby. Jest jeszcze dwóch, prawie trzech ważniejszych członków Hwarangu, ale wymienieni powyżej są najistotniejsi. W każdym razie, gdy jeszcze odrobinę bardziej rozwinąć ich osobiste wątki oraz elementy wspólnego życia to mogłaby być naprawdę ciekawa drama. 

Han Sung był najmłodszym członkiem Hwarangu i miał wszystkie przymioty z tym związane. Ogólnie jego postać od razu kojarzy się z 10 książątkiem z "Moon Lovers". 
A po prawej Yeo Wool, którego rola zasadniczo sprowadzała się do bycia ładnym i zniewieściałym.

Dobrze byłoby też wyciąć przynajmniej część drugiego planu, bo dzieje się tam za dużo zupełnie niepotrzebnych rzeczy. Zasadniczo przez większość odcinków wydaje się, że drama skręca raczej w komediową niż poważną stronę, ale nie jest nachalnie, choć niekiedy za to prymitywnie, zabawna i nawet jej to wychodzi. Poważne kłopoty z tym, jaka drama chce być, zaczynają się około 15 odcinka, gdy rzeczy powinny zacząć się wyjaśniać a problemy rozwiązywać, więc wypadałoby być nieco poważniejszym. I to nie działa. Nawet nie tyle, że nie jest to wiarygodne, co dramie dużo lepiej wychodzi bycie czymś lżejszym. Intrygi, knucie i kombinowanie najlepiej zostawić królowej matce, bo w wykonaniu innych postaci, jak podłe by nie było, nie robi wrażenia. Poza tym, jeśli sprawdzi się fakty historyczne, to nawet jeśli przed każdym odcinkiem napisane jest, że i owszem akcja dzieje się w określonych czasach, ale postaci są wymyślone, to zakończenie dramy jest totalnie przewidywalne. W sumie jest nawet jeśli się tego nie sprawdzi. 

Tak w skrócie "Hwarang" to momentami wyjątkowo dłużąca się drama, z niesamowicie irytującą bohaterką, ale ciekawymi bohaterami męskimi, dzięki, którym oglądanie jest znośne. Ale gdybyście mieli się decydować na dramę historyczną, to bardziej zachęcam do zerknięcia na "Moon Lovers"

LOVE, M
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...