sobota, 20 maja 2017

Spokojnie ("Doctor Who" S10 - "Oxygen")

Hello!
Tygodniowe opóźnienie w mini notkach o kolejnych odcinkach "Doctora Who", staje się tradycją i pewnie tak zostanie. Gdyby nie to, że zrobiłam sobie notatki do posta, na któryś nudniejszych zajęciach w tygodniu, mogłabym nie znaleźć czasu, aby napisać cokolwiek. Całkiem możliwe, że w środę nie pojawi się nowy wpis, bo cały przyszły tydzień jestem wyjątkowo zajęta na uczelni. Tyle tytułem wstępu i ogłoszeń. 


Kosmos i zombie to zdecydowanie nie jest moje ulubione połączenie. Do tego stopnia, że gdyby nie był to "Doctor Who". to nigdy w życiu nie obejrzałabym nic łączącego te dwa elementy. A zombie to też nieodzowny sygnał tego, że kolejny odcinek jest w horrorowej stylistyce. Naprawdę bardzo się cieszyłam, że znalazłam chwilę przed zajęciami i nie przyszło mi do głowy oglądać "Oxygen" wieczorem.

A potem się okazuje, że ten cały element zombie to tylko przykrywka dla rozgrywania dramatów na poziomie czystko emocjonalnym. Przeskok poziomu uczuć pomiędzy tym a poprzednim odcinkiem jest przeogromny. "Doctor" ma epizodyczną fabułę, ale nie kojarzę, kiedy ostatnim razem miałam wrażenie, że dwa kolejne odcinki są od siebie tak oderwane. Ale to też może charakterystyka tego sezonu - Doctor powinien siedzieć na Ziemi a zwiewa od Nardola, kiedy tylko może i próbuje ratować, jeśli nie cały Wszechświat, to przynajmniej tych, którzy wzywali pomocy. Ten tęskniący do kosmosu i przygód Doctor, bardzo mi się podoba. 


W samym odcinku jest sporo dziur i niedopowiedzeń w fabule, ale to nieważne, bo dramaty jakie się rozgrywają na linii Bill-Doctor, a których chyba nikt się nie spodziewał to wszystko przykrywają. Oprócz tego, że twórcy nie tyle przypominają, co straszą widzów regeneracją Doctora. Nieładnie i w sumie niepotrzebnie, ale gdyby tak naprawdę zregenerował się w połowie sezonu to by było zaskoczenie. Ale widz się denerwuje. I w sumie ma czemu, bo Doctorowi naprawdę przytrafiają się rzeczy, których się nie spodziewaliśmy. Jego skłonność do poświęceń zdecydowanie wzrosła, jego działania i pomysły, jak zawsze są skuteczne, a jednocześnie chyba gdzieś zapomina o konsekwencjach. To chyba z tej tęsknoty. A Nardole na niego krzyczy i słusznie. 

Bill okazuje się straszną panikarą, na początku niepotrzebnie, ale odcinek nie zostawia dla niej zbyt wiele spokoju i jeśli w następnym nie zostanie ukazana jakaś jej zmiana, rozwój, albo nie nabawi się dystansu do Doctora, to będę rozczarowana i zwątpię w jej charakter.


Zombie koniec końców nie okazali się aż tacy straszni, motyw z tlenem też nieszczególnie, a próba pokazania kapitalizmu z którejś tam strony, to wszystko okazało się w odcinku nieważne. I nudnawe. Co prawda mniej niż historia z odcinka poprzedniego, ale jednak. Ale dość często podkreślam, że zwykle dużo bardziej interesują mnie relacje między postaciami, więc jeśli w moim odczuciu, w odcinku wysunęły się na pierwszy plan to cała reszta stanowi dla nich tylko tło. 

Nie mogę się doczekać kolejnego odcinka. Zapowiedzi wyglądały na tyle kusząco, że nawet zerknęłam do materiałów promocyjnych, czego zwykle nie robię, i och Missy! Wątpię, czy to ona siedzi zamknięta w tajnym pomieszczeniu w Tardis, to chyba raczej Mistrz, ale tak bardzo chcę się dowiedzieć, co ona kombinuje. 

Trzymajcie się, M

środa, 17 maja 2017

Nie tylko w kinie i teatrze XVI - teledyski Eda Sheerana

Hello!
Podobno powinno pisać się wstępy na samym końcu pracy nad tekstem. Mi się to nie zdarza prawie nigdy, a więc dzisiaj wpis wyjątkowy. W czasie szukania i wybierania teledysków, spostrzegłam, że już 3 są Eda Sheerana, bo akurat wyszedł klip do "Galway Girl", więc doszukałam 2 dodatkowe i takim sposobem cała dzisiejsza notka poświęcona jest aktorom i aktorkom w jego teledyskach.

Saoirse Ronan w teledysku Eda Sheerana "Galway Girl".
Wspominałam kiedyś, jak rzadkim zjawiskiem jest podpisywanie występujących w klipach aktorów i aktorek. Nie? Dziwne, bo to już XVI część cyklu. Jestem więc niezmiernie wdzięczna Edowi, że przedstawił Saoirse, chociaż akurat ją chyba bym poznała. Poza tym i piosenka i teledysk są super.



Rupert Grint w teledysku Eda Sheerana "Lego House"
Żeby nikt nie miał wątpliwości w opisie klipu napisano: Official music video for Ed Sheeran's 'Lego House', featuring Rupert Grint from Harry Potter (Ron Weasley).



Jeszcze jedna piosenka Eda. "The A Team"
Występują" Katie Brandy oraz Selina MacDonald. Pierwsza prawie nie udziela się w filmach, ale figuruje jako aktorka, druga ma większą filmografię, ale nieszczególnie imponującą.


W tym momencie stwierdziłam, że całą część poświęcę Edowi. I tak brakowało mi tylko 2 teledysków do magicznej piątki. W teledysku "Give Me Love", który jest jednym z moich ulubionych klipów, występuje Isabel Lucas.


W "You Need Me, I Don't Need You" występuje Matthew Morgan, podpisany: "With thanks to 17 year-old signing actor Matthew Morgan."


LOVE, M

sobota, 13 maja 2017

Haczyk ("Doctor Who" S10 - "Knock knock")

Hello!
Gdzieś między czytaniem lektur a robieniem notatek z notatek, zerknęłam na kolejny odcinek "Doctora Who", bo to już sobota i prawie byłabym jeden do tyłu. Z małym uszczerbkiem dla mojej osoby. Dziś wpis będzie krótki, bo (nieco paradoksalnie) odcinek mi się nie podobał i nie mam ochoty poświęcać mu zbyt wiele czasu. 


Bill z nieznanego nam powodu, nagle się przeprowadza i wraz z grupą nieznajomych studentów, wprowadza się do podejrzenie taniego, dużego domu. O święta naiwności. Odcinek pogrywa na najbardziej nieoryginalnych schematach horrorów, jakie można sobie wyobrazić. Ma też podwójnego minusa za sam fakt horrorowego klimatu oraz brak jakiejkolwiek podróżny czy przygody. 

W przeciwieństwie do studentów Doctor od pierwszej sekundy wietrzy grubszą sprawę. I ma rację. Rozwiązanie zagadki okazje się być tak samo zaskakujące jak elementy horroru w odcinku. Nawet ja się rozczarowałam. Była jakaś próba zagrania na emocjach, ale kompletnie się nie udała. Knock-knock niezbyt człowieka rusza, bo ani nie zna pożeranych przez dom ludzi, ani właściciel domu oprócz bycia dziwnym w sumie nie jest szczególnie zły, tylko nie widzi dla siebie innej drogi. Ale widzieliśmy podobne motywy już tysiąc razy, a dodanie kosmitów tak naprawdę niewiele zmienia. 


Jeśli chodzi o relację Bill i Doctora, to dziewczyna zadaje pytania tak jak zadawała, a Doctorowi zdarza się niejako wpadka i używa słowa 'regeneracja', co ma chyba przygotować na nią bardziej widzów niż Bill. Poza tym nasza bohaterka nie chce, aby Doctor był obecny w jej codziennym życiu. I bardzo dobrze, gorzej, że Doctor chce, a znając zwyczaje Doctorów to będziemy mieć sytuację, gdy to on będzie bardzie przywiązany do towarzysza, niż towarzysz do niego. 

Twórcy pokazują widzom coraz więcej tajemniczych drzwi, dostajemy też jakieś interakcje pomiędzy Doctorem a kimkolwiek kto się tam znajduje (internet jest prawie pewien, że to Mistrz lub Mistrzyni). Oraz tak mało subtelne nawiązanie do treści odcinka, jak tylko można sobie wyobrazić, bo postać zza drzwi gra "Dla Elizy", a tajemnicza bohaterka odcinka też miała tak na imię. 

Trzymajcie się, M

środa, 10 maja 2017

"Kajko i Kokosz - komiksowa archeologia"


Hello!
Ostatnio spodobało mi się chodzenie po muzeach. A ponieważ słyszałam, że w muzeum w moim mieście jest ciekawa wystawa, postanowiłam się tam wybrać w czasie majówki.


Nie znam zbyt dobrze "Kajko i Kokosza". Wiem, że te komiksy są i cieszą się popularnością, i czasami się o nich nawet gdzieś tam słyszy, ale to wszystko. A jednak tytuł wystawy przykuł moją uwagę i byłam bardzo ciekawa, co zostanie pokazane.



Zanim przejdę do samej wystawy, to kilka słów o miejscu, w którym jest pokazywana. To Muzeum Kultury Kurpiowskiej w Ostrołęce i kiedyś zabiorę Was na zdjęciową wycieczkę po wystawach stałych i opiszę, co się tam znajduje.
O ile pracownicy muzeum zdążą ochłonąć z szoku, jaki wywołała chęć oglądania wystawy czasowej. Naprawdę dawno nie widziałam tak zaskoczonego człowieka, jak przy kupowaniu biletów. Które kosztują 2 złote.



Chyba nie widać podpisu tego zdjęcia, a jest to "satyryczne ujęcie "Bitwy pod Grunwaldem"", które narysował autor komiksów "Kajko i Kokosz", czyli Janusz Christa.


Makieta Mirmiłowa wykonana z klocków Lego. Uwielbiam tego typu rzeczy, niestety, trochę się zawiodłam, bo chociaż wygląda ciekawie, to nie robi takiego wrażenia jak się spodziewałam.



Eksponaty archeologiczne pochodzą z Gdańska. One przyjechały do Ostrołęki i ja przyjechałam do Ostrołęki. W sumie mogliśmy wcale nie wyjeżdżać. Plansze natomiast można oglądać dzięki uprzejmości Fundacji "Kreska" Janusza Christy.  


O co chodzi w całej tej wystawie? Aby za pomocą komiksowych odniesień, przedstawić prawdziwy lub zbliżony do prawdziwego, obraz życia w średniowieczu. Chyba. W każdym razie dawno temu. Plansze na przykładach kadrów z komiksu opisują różne aspekty codzienności: ubiór, sprawy kuchenne, ale i wojskowe. Troszkę mało jest tam tych informacji i dobrze by było, gdyby jednak ktoś dodatkowo o tym opowiadał, a więc cała ta wystawa to genialny punkt wyjścia dla lekcji muzealnych. Ostrołęckie szkoły powinny skorzystać z takiej okazji, bo dzieciom na pewno się spodoba, a jest to dużo ciekawsze niż suche fakty. 



Kadr z komiksu jak najbardziej w temacie.



Wystawa podzielona jest na dwie części i trzy sale. W pierwszej można poczytać o samym autorze, zobaczyć komiksy i różne gadżety z nimi związane. A w kolejnych te bardziej archeologiczne eksponaty. Jeśli do 29 czerwca będziecie przypadkiem w Ostrołęce, to polecam zajrzeć do MKK. 

Trzymajcie się, M


niedziela, 7 maja 2017

Relacje kosmiczne ("Strażnicy Galaktyki vol.2")

Hello!
Strażnicy Galaktyki w świecie Marvela to osobliwe zjawisko. Praktycznie nie mają powiązań z Ziemią, ich akcja dzieje się w kosmosie, są samodzielni i autonomiczni. Oraz zabawni. Albo przynajmniej tak im się wydaje. W drugim filmie coś bardzo nie zagrało. Gdy tylko wyszłam z kina nie potrafiłam zbyt dużo powiedzieć o tym filmie, tyle, że mi się podobał i fajnie się na niego patrzyło, ale z przekonaniem, że zaraz o nim zapomnę. Wiedziałam też, że będzie z tego powodu problem z napisaniem recenzji, ale wymyśliłam sposób, jak ją ugryźć. Wpis jest wybitnie spoilerowy.
 


Baby Groot vs. reszta kosmosu. Uwielbiam Groota, nie rozumiem, dlaczego cały film nie ma tytułu „Groot i rodzina”. Nie było możliwości, aby badylek nie skradł serc widzów. Ale na przekładzie scen z jego udziałem można napisać, o jednym z problemów tego filmu, czyli zbyt długich, niepotrzebnie rozciągniętych sekwencjach. O ile napisy początkowe są naprawdę super, to na przykład moment, gdy Rocket i Yondu wysyłają Groota po 'irokeza' po 3 nieudanych próbach nie jest zabawny a męczący.

Drax vs. Mantis. A najlepszym przykładem męczących żartów jest relacja tych dwojga. Jeśli to miało być zabawne, to ktoś odpowiedzialny za ich wymiany zdań nie ma za grosz smaku. I chociaż wiadomo jaki jest Drax, to było zdecydowanie za dużo. W sumie to nawet nie było męczące, to było żenujące. Na dodatek na bardzo różnych poziomach. 
 

Gamora vs. Nebula. Mam problem z nimi dwiema. Nie wiem, czy fakt pojawienia się Nebuli i tego, że siostrzany wątek ma miejsce w filmie mi się podoba, bo nie został najgorzej poprowadzony, czy nie podoba, bo jest jednocześnie niepotrzebny i potrzebny. Niepotrzebny, bo wszystkie sceny, w których jest Nebula można by skrócić do 3, czy potrzebny, bo gdyby nie ona Gamora zostałaby bez pary. Z Mantis się nie dogadała, co nie jest szczególnie zaskakujące, ale gdyby nie była taka wredna, bohaterowie szybciej by się dowiedzieli o planach Ego. Co nie zmienia faktu, że zaraz po Groocie Gamora jest moją ulubioną postacią.

Gamora vs. Peter. I ich 'mała milcząca sprawa' lub podobnie. To znaczy nie liczcie na rozwój wątku romantycznego, bo rodzina jest ważniejsza. Prawda jest jednak taka, że Gamora faktycznie namawiała Petera do polecenia na planetę, a potem stwierdziła, że coś jest z nią nie tak i powinni wracać. I tak w sumie większość filmu na siebie wrzeszczą, bo oboje są uparci i nic się nie zmienia. 



Rocket vs Peter. Jak bardzo oni się nie dogadują nie sposób opisać słowami. Są wredni, złośliwi i aroganccy (obaj ale zarzuty o bycie profesjonalistą we wkurzaniu ludzi lecą tylko w stronę Rocketa), ale bez tych kłótni, które chyba w którymś momencie miały być śmieszne, a nie są, na koniec nie mogłaby zajść w Rockecie przemiana, nie mógłby zrozumieć, że może otworzyć swoje serce i że Strażnicy naprawdę go lubią. I to jego rodzina.

Rocket vs. Yondu. Otóż sprawcą zmiany Rocketa jest nie kto inny tylko Yondu. Jest on też sprawcą jednej z najbardziej dręczących mnie scen filmowych od dawna. Na statku, którego był kapitanem wybuchł bunt, którego nie udało się stłumić. Członkowie załogi, którzy pozostali wierni kapitanowi, zostali na jego oczach wyrzuceni w przestrzeń kosmiczną. Sam Yondu potem trafił do celi z Rocketem, ale udało im się uwolnić. Ale Yondu postanowił się zemścić. Swoją strzałką zabił buntowników. Problem jest taki, że jak na morderstwa są zdecydowanie zbyt widowiskowe. Naprawdę efekt świetlny strzałki robi wrażenie, niesamowite i te sceny w dużej części są bardzo ciekawie nakręcone i nawet pomysłowe, ale ich motywacja mnie uwiera.

Peter vs. Ego. Jeśli coś jest zbyt piękne aby było prawdziwe, to pewnie nie jest. Początkowo nie miałam złych podejrzeń wobec ojca Petera, ale o ja naiwna. Jednym z sygnałów, że coś jest zdecydowanie nie tak, to przeurocza scena, gdy bohaterowie rzucają sobie kulkę mocy. Jeśli wcześniej jeszcze mogło się wydawać, że będzie to historia o ich szczęściu, to właśnie przestało. Teraz pozostawało pytanie, czy Peter da się porwać wizji swojego ojca, zwanej Ekspansją, czy nie.



Ego vs. Logika. Logika to nie postać w tym filmie, chociaż by się przydała. Wiecie, czemu Peter nie przeszedł na stronę ojca? Bo pan planeta, żyjący od miliardów lat, najmądrzejsze stworzenie we wszechświecie przyznało się, że guz mózgu matki Petera, to jego sprawka. Tak wprost. Chociaż Peter powtarzał, jaka ona była dla niego ważna, jak ją kochał. Poza tym Ego zniszczył mu też walkmana. Druga dziura: to cały plan Ego. Ponieważ cierpiał na samotność, stworzył istotę biologiczną, ale się rozczarował więc postanowił zrobić sobie dzieci z różnymi kosmitkami, z czego tylko Peter to przeżył i razem z tym dzieckiem zniszczyć wszystko w kosmosie, tak, aby tylko ich dwójka pozostała. Na wieczność. Kwestia tego, że Ego jest psychiczny chyba nawet całkiem otwarcie pada w filmie.

Peter vs. Yondu. Przez tę scenę, która była już w zwiastunach i ogłoszeniem, kto jest tatą Petera patrzyłam na ten film troszkę jak na „Gwiezdne Wojny”, ale wystarczyło poczekać jeszcze parę minut, aby skojarzenie było inne. Otóż „Strażnicy Galaktyki vol.2” chcą robić konkurencję "Szybkim i wściekłym" w pokazywaniu tego, że rodzinę jednak można wybrać i że ona jest najważniejsza. A najważniejsza jest kwestia ojcostwa. Widz ma lepiej, niż bohaterowie, bo wie dużo więcej i naprawdę bardzo szybko załapie, że Yondu nie oddał Petera Ego, bo nie chciał skazywać go na los poprzednich dzieci i że tak w sumie, to bardziej go adoptował. Peter przez te 34 lata tego nie załapał, ale nie żeby Yondu mu to ułatwiał, ale dzięki temu mamy 'ładne' zakończenie.


Sprzymierzeni vs. ludzkie zachowania. Złote ludki nie odgrywają w filmie znaczącej roli, ale mają jedną cudowną scenę. Nasi główni bohaterowie uciekają przed ich flotą, skutecznie, bo został ostatni statek złotych. Który ostatecznie też został pokonany. Pilotowi, bo Sprzymierzeni korzystają ze statków kierowanych zdalnie, kibicowali piloci wcześniej zestrzelonych jednostek. W momencie, gdy  i on stracił statek, posypały się w jego stronę komentarze typu "typowe", "zwaliłeś sprawę", itp., itd. Widać nawet kosmici zachowują się jak typowi ludzie. 

M vs ładność. Otóż ludzie zachwycają się jak ten film jest kolorowy, ładny i niesamowity. Mamy złotych ludzi, planeta Ego wygląda ładnie i niektóre sceny w przestrzeni kosmicznej są faktycznie powalające, ale poza tym nie jest jakiś szczególny. Co do muzyki: to nie moje klimaty, chociaż zdarzało mi się 'tańczyć' na fotelu. Najbardziej podobała mi się piosenka z momentu, gdy Peter rzuca się na ojca. Jeszcze co do ładności - piękny jest pogrzeb Yondu, ale po pierwsze dużo brakuje mu do piękna pogrzebu Friggi, a po drugie emocji. 

Pozdrawiam, M


piątek, 5 maja 2017

Pałac Opatów #3

Hello!
W zeszłym tygodniu, trochę przypadkiem, znów znalazłam się w Pałacu Opatów. A ponieważ jest tam nowa wystawa czasowa, udokumentowałam ją i pokazuję.



To nie obraz - to pszczoły w trumienkach. Głęboko wierzę, że miało to na celu zwrócenie uwagi na problem wymierania tych owadów.

Poniższa rzeźba robiła furorę. Chyba każdy robił sobie z nią zdjęcie.



















Jak na wystawę o materii (i materiale) dużo jest tam dość normalnych obrazów. Ale to malarstwo unikatowe.



Jedno się nie zmieniło - oświetlenie w Pałacu jest fatalne do robienia zdjęć. Ale za to obiekty do fotografowania okazały się dużo chętniejsze do współpracy.



Nie mam pojęcia, co to jest, ale jest super. Wygląda jak wielki pies pasterski puli albo komodor.

Trzymajcie się, M

środa, 3 maja 2017

Ludzie i niekosmici ("Doctor Who" S10 - "Thin ice")

Hello!
Jak na życzenie, trzeci odcinek "Doctora Who" dzieje się w dziewiętnastowiecznym Londynie. Tardis nie zechciała wrócić do współczesność i stwierdziła, że należy zrobić porządek na jarmarku na zamarzniętej Tamizie. 


Dostajemy więc trochę obaw Bill ze względu na czasy i jej kolor skóry, który w odcinku nie okazuje się być problemem, oprócz tego, że zły tego epizodu, to rasista i dostaje od Doctora w twarz z tego powodu. Wcześniej nasi bohaterowie przeprowadzają też rozmowę brzmiącą mniej więcej tak: -Jest u więcej czarnoskórych ludzi niż pokazują w filmach (Bill) - History's a whitewash (Doctor). Można też bez trudno zauważyć Azjatów przemykających po ekranie. Taka ciekawostka. Inną poważną rozmową, jaką odbywają bohaterowie jest ta na temat śmierci, tego jak Doctor przechodzi nad nią do porządku dziennego (szybko), Bill zarzuca mu także, że przez to się nie przejmuje oraz zadaje pytania, o to, ilu ludzi czy kosmitów zabił sam Doctor. Konkluzja jest taka, że jeśli szybko się z tym upora, to można pomóc tym, którzy zostali. Na początku odcinka pojawia się także wątek o efekcie motyla. 


Widzę w Bill Donnę i przypuszczam, że nie zmieni się to do końca sezonu. Każda towarzyszka kazała Doctorowi ratować ludzi/kosmitów, ale sposób przeżywania Bill i jej rozkazujący ton, przypominają trzecią towarzyszkę. Jednocześnie role Doctor-nauczyciel i Bill-uczennica średnio pasują do takiego zestawiania, ale na koniec tego odcinka Doctor nazywa ją szefem, co także nieco przypomina stosunek Doctora do Donny. 


Co do samej intrygi, zagadki, problemu. Główny zły oprócz tego, że jest rasistą, jest też żądnym pieniędzy człowiekiem. Nie zawsze kosmici muszą stanowić problem, najczęściej ludzie są najgorszym problemem innych ludzi. Doctor w tym momencie dostaje także swoją przemowę, bardzo udaną i ja, podobnie jak Bill, zastanawiam się, jak długo trzeba żyć, aby takie wypowiedzi przychodziły człowiekowi/kosmicie naturalnie. Sprawa nie jest wybitnie skomplikowana, ale mini śledztwo okazuje się ciekawsze niż można było przypuszczać.

Zastanawiam się kto jest za drzwiami i kto tam bardzo dobija się do wyjścia. Przypuszczalnie jest to Mistrz albo Mistrzyni, ale chyba jeszcze trochę zajmie nam odkrycie tajemnicy.

Trzymajcie się, M
Ze względu na przesuniecie, kolejny wpis będzie w piątek.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...