sobota, 22 lipca 2017

Bo mogę

Hello!
Z jakiegoś powodu wiele rzeczy związanych z moim życiem i blogiem dzieje się w wakacje. To znaczy w lipcu urodziny mam ja, w sierpniu blog. Tyle okazji na osobiste notki.


Trochę gorzej z pomysłami, bo chociaż wiedziałam o czym chcę dziś napisać, po przeanalizowaniu materiału okazało się, że aż tak wiele się nie zmieniło. A z drugiej strony mnóstwo rzeczy się zmieniło w tym roku. Sama jestem zaskoczona, że, co prawda obija się to na blogu, ale w dużo mniejszym stopniu niż mi się wydaje. Zawsze myślę, że piszę za dużo o swoim życiu. Okazuje się, że wcale niekoniecznie. Dużo więcej na facebooku. Tam też dzieją się rzeczy, które można nazwać interakcjami z czytelnikami i innymi blogerami. Coś w czego moc nie wierzyłam, ale to działa. 

Jednak jeśli jest rzecz, co do której zostałam przekonana w tym roku, to, to że niezależnie od tego ile napiszę, tak naprawdę znanie pewnych informacji, faktów czy nawet cech charakteru nie oznacza, że się daną osobę poznało. To jednocześnie odrobinę smutne, bo sama chciałabym mieć poczucie relacji z blogerami, których czytam, a z drugiej strony to konieczne, aby druga strona czuła się komfortowo z tym co pisze. 

Czasami mam problem, jeśli znajoma osoba odnosi się w rozmowie do czegoś, o czym pisałam na blogu. A z drugiej strony chciałabym, aby moi bliscy czytali wpisy. Czasami chciałabym się zapytać wprost czy daną notkę przeczytali i co o niej myślą, bo a) ich opinia jest dla mnie ważna, b) mogą tam znaleźć rzeczy, których nie powiem, bo dużo lepiej idzie mi stukanie w klawiaturę niż mówienie. Na przykład ostatni post o przyjaciołach był dla mnie bardzo istotny.
A czasami nie mam problemu tylko nie lubię się powtarzać i szczególnie, jeśli chodzi o recenzje, to mam ochotę niekiedy ludziom powiedzieć: napisałam o tym notkę, weź przeczytaj. 

To miała być zapowiedź mojego urodzinowego postu, który pojawi się w poniedziałek, w takiej samej formie jak w zeszłym roku, bo pomysł robienia zdjęcia, co godzinę bardzo mi się podoba. Ale w nadchodzącym poście chyba nie zmieszczę rzeczy, o których chciałam jednak napisać dziś. 

Oryginalny pomysł na wpis był następujący: poszukać pytań i odpowiedzi, nominacji i innych tagów oraz list prezentowych z poprzednich lat i zobaczyć, czy coś się pozmieniało. Ale jak pisałam wyżej w sumie to niewiele bym zmieniła. Listy prezentowe są w sumie aktualne. Listy typu: fakty o mnie i odpowiedzi na tagi, też bym w większości nie zmieniała. Ale mogę co nieco dodać i uaktualnić. Punktem odniesienia będą zeszłoroczne notki 8 oraz Chcieje na 20 urodziny, ale piszę też o zupełnie nowych rzeczach.

1. W maju zrobiłam sobie dodatkową dziurkę w prawym uchu. Bilans 4 w lewym, 2 w prawym. Więcej nie planuję. 

2. Jakiś czas temu odkryłam, że nie umiem mieć otwartej tylko jednej karty w przeglądarce, niezależnie co robię. Nawet w tym momencie mam otwarte 8. 

3. Ostatnio najprostszym sposobem, aby wyrwać mnie z życia na długie godziny jest wejście na YT i oglądanie  kpopych teledysków. Chociaż bardziej występów zespołów w programach rozrywkowych. Pokażcie mi ciekawą choreografię a obejrzę wszystkie dostępne wykonania. O mojej fascynacji kpopem jeszcze niewiele pisałam, ani tu, ani co ciekawe na facebooku, ale obawiam się, że już długo nie wytrzymam. Muszę jednak przyznać, że nie czuję się pewnie ani nie czuję czy to dobry pomysł. Przy anime nie miałam żadnych wątpliwości. Teraz się martwię, czy to byłoby tylko rozszerzanie tematyki czy odpływanie. Z drugiej strony odbywałoby się to jednak głównie na facebooku (teledyski!), a bardzo mnie cieszyło jak przyjęliście moje pisanie o łyżwiarzach, a było to znienacka, więc może nie powinnam się aż tyle nad tym zastanawiać. 

A gdybyście się zastanawiali na co ostatnio patrzę i jakie rzeczy mogłyby się zacząć pojawiać na FB, oto przykład. 


4. Dalej czekam na moją urodzinową imprezę niespodziankę i wierzę, że kiedyś się doczekam. 



Wyszło z tego posta nie wiadomo co. Ale jaki będzie miał tytuł wiedziałam od wczoraj. Jedną z rzeczy, które absolutnie uwielbiam w moim blogowaniu jest to, że mogę pisać o czym mam ochotę i kiedy mam ochotę, nie czuję żadnej presji, a tylko ogromną chęć dzielenia się. 
Chociaż nie czuję się najlepiej z publikowaniem takiego chaosu, ale skoro to napisałam, to widocznie była potrzeba na ten tekst.

Pod ostatnim postem pojawiło się tyle komentarzy i miał on tyle wejść, że gdy spojrzałam w statystyki, to byłam pewna, że coś musiało się zepsuć. Ale nie, to prawda, cyferki nie kłamią, za co bardzo, bardzo dziękuję. Zależałoby mi też bardzo, abyście Niezmiennie Zaskakujący Czytelnicy i tym razem zrobili mi niespodziankę i wypowiedzieli się w kwestii kpopu. 

LOVE, M

czwartek, 20 lipca 2017

Sezon letni 2017 - pierwsze wrażenia

Hello!
Podobno anime można ocenić już po jednym odcinku, ale przyjmuje się, że aby wiedzieć czy jest warte kończenia, trzeba obejrzeć trzy. Zobaczyłam od jednego do trzech odcinków z obecnego sezonu i spisałam wrażenia oraz przewidywania na przyszłość poszczególnych serii. 


Ballroom e Youkoso (Welcome to the Ballroom)
Najbardziej oczekiwana seria tego lata i prawdopodobnie jesieni, bo będzie miała 24 odcinki. Podoba mi się pomysł - sportówka, ale o tańcu. Po zapowiedziach byłam jednak odrobinę przerażona kreską a'la Haikyuu!!! Można się do niej przyzwyczaić dość szybko. Większym problemem jest animacja i niekiedy dobór scen i kadrów, które są pokazywane, ale liczę, że anime się jeszcze wyrobi. Bo póki co dużo lepiej wychodzą mu statyczne kadry (całkiem możliwe, że przeniesione kreska w kreskę z mangi) niż ruch postaci. Welcome to the Ballroom ma też dużo elementów komediowych, tak sytuacyjnych jak i obrazkowych.


Głównemu bohaterowi trochę brakuje charakteru, ale jego zaskakująca determinacja jest naprawdę  godna podziwu. Do tego jest utalentowany. Coś czuję, że to nieoszlifowany diament, ale obawiam się czy nie będzie mu szło za łatwo i za szybko. Z drugiej strony mamy 24 odcinki, dużo się może stać więc pewnie będzie wiele wzlotów i upadków. O postaciach drugoplanowych też wiemy na razie niewiele, wszyscy są mili i dopingują naszego bohatera. 


Trudno powiedzieć czy seria spełni oczekiwania fanów. Trzeba poczekać, gdzieś do 6 odcinka, aby próbować przewidywać aż tak daleko, ale trzeba przyznać, że 2 pierwsze zdecydowanie się udały i zachęcają do oglądania kolejnych.

Katsugeki/ Touken Ranbu
Mam słabość do wojowników zrodzonych z miecza. Pierwsza ekranizacja ich przygód w bezpiecznej cytadeli była uroczą komedią. Natomiast druga zapowiada była jako bardziej mroczna opowieść o tym, czym faktycznie wojownicy się zajmują, czyli obroną historii. Jednak dwa pierwsze odcinki też są dość lekkie, dopiero w trzecim nastrój się zmienia. Ale nie sądzę, aby seria okazała się bardzo poważna, serio podchodziła do konsekwencji. Będzie więcej walk i scen bitew, ale ciągle to raczej lekkie anime. 


Trzeba zaznaczyć jedną rzecz - jest śliczne. Efekty 3D, które mogłyby kuć w oczy, działają, a i same postaci wyglądają bardzo ładnie. To zasługa materiału wyjściowego, ale zawsze mogli go zepsuć, a zrobili tak, że jest chyba jeszcze lepszy.
Zastanawiam się czy dwaj bohaterowie, których można uznać za głównych komediowej serii, pojawią się i w tej. Mam taką nadzieję. 

Vatican Kiseki Chousakan (Vatican Miracle Examiner)
Spodziewałam się sporo po tym anime, ale póki co nie jest dobrze. Punkt wyjściowy i pomysł na księży badających cuda brzmi bardziej niż zachęcająco, jednak już po dwóch pierwszych odcinkach widać, że twórcy chcą zrobić za dużo na raz i zamiast skupić się na kryminalnej i detektywistycznej stornie anime, skupili się na tym, aby zbrodni było jak najwięcej. I to jest problem, bo cudziki, co prawda jakieś są, ale główni bohaterowie na razie zajmują się morderstwami. 


Liczyłam też na nieco bardziej epizodyczną fabułę - jeden odcinek, jedna sprawa. Minęły dopiero dwa, ale chyba zostaniemy w miejscu, w którym teraz się dzieje akcja na dużo dłużej. Nie wiem czy będę oglądała tę serię dalej. 


Postanowiłam też zerknąć na kilka tytułów, które po zapowiedziach i reakcjach fanów zapowiadają się na fenomeny sezonu, ale gdyby nie to nie zwróciłabym na nie uwagi.

Koi to Uso (Love and Lies)
Zastanawiałam się, czy jednak nie umieścić go wyżej, ale 3 odcinki, które wyszły obejrzałam na potrzeby tej notki więc zadziałał mechanizm obrony przed możliwymi fenomenami. Być może niesłusznie, ale pierwszy odcinek podobał mi się średnio, dopiero drugi przekonuje, że warto dać temu tytułowi szansę. Punkt wyjścia jest następujący: w świecie tego anime, to rząd decyduje kto się z kim ożeni. Głównemu bohaterowi to się nie podoba, bo od szkoły podstawowej kocha się w swojej koleżance. Pytanie co z tym uczuciem zrobi.

 To kolega głównego bohatera, wraz z resztą zainteresowanych jest na samej górze.

Odpowiedź nie jest za trudna, bo pomimo niektórych scen, to dość naiwne anime, z jedną cechą charakteru na bohatera, ale ma szanse na rozwój. Minimalne, ale ma. O ile nie okaże się dziwniejsze niż już jest. A zapowiada się, że się okaże. Szkoda jednak byłoby nie wykorzystać tak ładnego obrazu, ładnej delikatnej kreski i nieco akwarelowych kolorów. 

Kakegurui
Już po zwiastunach widziałam, że to nie będzie anime dla mnie, ale trochę z poczucia obowiązku zerknęłam na pierwszy odcinek. I tak jak się zapowiadało jest straszne i paskudne.  Pomysł na hazard w szkolne ze wszystkimi konsekwencjami jest całkiem intrygujący (a z drugiej strony szkoła i hazard, to nie brzmi jak wzór do naśladowania), ale skoro nie da się tego oglądać, to coś poszło nie tak. 

Dive!!
Reklamowane jako nowe Free!! (przynajmniej na polskich stronach zajmujących się tematyką anime) i w sumie dużo się zgadza. Ale we Free!! bohaterowie chociaż wyglądali jak licealiści, tutaj to podstawówka. No i nie pływają tylko skaczą do wody. Same tytuły są bardzo podobne, fabuła mniej więcej, ale w Dive!! chyba będzie więcej spraw sportowych (w końcu bohaterowie chcą się dostać na Olimpiadę), a mniej o relacjach między nimi. Co warte zauważenia to anime ma też świetną obsadę aktorów głosowych więc wydaje się, że studio za nie odpowiedzialne bardzo chce, aby spodobało się widzom. I chyba ma na to szansę. 

Pozdrawiam, M

wtorek, 18 lipca 2017

Sceptycyzm pokonany ("Metalowa Dolna")

Hello!
Jakiś czas temu poszczęściło mi się w konkursach u blogowej koleżanki. Najpierw wygrałam "Magię olewania", później "Metalową Dolną". Ale, o ile udało mi się znaleźć odrobinę czasu na przeczytanie pierwszej książki, wiedziałam, że z drugą zapoznam się dopiero w wakacje.

Konkurs, w którym wygrałam "Metalową Dolną", poprzedzony był recenzją. Pozytywną. Jednak sam opis książki nastawił mnie do niej sceptycznie. Pomysł na ludki mieszkające pod podłogą i pomagające głównemu bohaterowi w uporaniu się z bólem po śmierci żony, wydawał się nawet nie tyle dziwny, co taki, który nie może się udać. Ale to jednak działa, teraz rozumiem czemu recenzja była pozytywna. 


Chociaż przez pierwsze 3-4 rozdziały byłam prawie pewna, że książka jednak nie będzie dobra. Narracja prowadzona w pierwszej osobie, bardzo charakterystyczny język autora (Bruno Kadyny) tak pod względem dobory słów, jak i konstrukcji zdań, początkowo mogą sprawiać lekkie problemy. Gdy się jednak do niego przyzwyczai, a co istotniejsze, gdy do głównego bohatera dołączy druga postać - Zgniatacz i zostaną wprowadzone dialogi, książkę czyta się błyskawicznie. Prawdopodobnie także, ponieważ rozdziały - zatytułowane Trening, bo miejsce akcji, to siłownia w piwnicy domu bohatera (ma na imię Tomek, ale czytelnik dowiaduje się o tym bardzo późno) - dwadzieścia dwa, mają po góra 8-9 stron, a na okładce możemy przeczytać, że to opowiadanie. W sumie to nieco ponad 100 stron, godzina do dwóch czytania. 

Głównemu bohaterowi umiera żona, jest pogrążony w ogromnym smutku, który jak się okazuje czuje nie tylko on, ale także stworzonka spod podłogi siłowni. A ponieważ są ogromnie wrażliwe na wszelkie złe emocje, jeden z nich postanawia wyjść na powierzchnię i uświadomić bohatera, że jego uczucia zagrażają życiu Bulwaków. Poznajmy po trochu historię tych ludków, po trochu historię i plany na przyszłość Tomka. Przez praktycznie cały czas uważa on, że Bulwak jest wymysłem jego wyobraźni, ale zaprzyjaźnia się z 'kartoflem'. Nawet udziela mu rad sercowych i zaczyna zapominać o swojej żonie (to znaczy czytelnik zauważa: dawno nie było nic o Kasi, ale wspomina o niej w następnym rozdziale), a na pewno podchodzi do tematu jej śmierci z dużym spokojem. 


Do tego momentu to bardzo sympatyczna opowieść. Chciałabym napisać ciepła, ale dzieje się w zimnej piwnicy, podczas treningów, a jej bohaterami jest dwóch facetów, posługujących się bardzo potocznym językiem, więc ciepła nie nie pasuje, ale jest miło. Na pewno czytelnik czuje, że bohaterom jest miło. I gdy już wszystko zaczyna się układać następuje zwrot akcji, punt kulminacyjny, szok i niedowierzanie. 

Tu muszę skończyć, bo gdybym napisała choć słowo więcej, a i tak zdradziłam, że dzieje się coś dużego, zepsułabym całą niespodziankę. Muszę przyznać, że dawno nic co czytałam nie zrobiło na mnie takiego wrażenia, jak zakończenie "Metalowej Dolnej". Tym bardziej, że początkowo byłam bardzo sceptyczna. 

Pozdrawiam, M

niedziela, 16 lipca 2017

Wonder Woman / Lewa ręka Boga / The Secret Message

Hello!
Od początku lipca zebrało się kilka rzeczy, o których chciałam napisać, ale, gdy się za to zabierałam, okazywało się, że pojedyncze teksty to trochę za mało na całą notkę. Dlatego postanowiłam zebrać je w jednym wpisie. Są to trzy rzeczy z zupełnie różnych beczek, ale wszystkie łączy to, że wzbudziły mój umiarkowany entuzjazm.


Wonder Woman
Byłam trochę nieostrożna w internecie i naczytałam się, i nasłuchałam spoilerów, więc wiedziałam, jak film się skończy (i tu też będą spoilery). Miało to dwa skutki: film mnie nudził i odkąd Chris Pine pojawił się na ekranie oglądałam go wielce wzruszona. 
Wbrew temu, co krzyczy większość to nie jest niesamowicie odkrywczy film, po prostu bohaterką jest kobieta. Jest superbohaterką. I to tyle. Albo aż tyle. Cieszę się, że Wonder Woman zarobiła dużo pieniędzy i może będzie więcej filmów z superbohaterkami w roli głównej, ale mogłoby cokolwiek wynikać z faktu, że Diana nie jest facetem. 
Znałam zakończenie więc nie byłam zaskoczona wielkim zwrotem akcji, ale mam wrażenie, że on na nikim nie zrobił wrażenie, bo zwyczajnie bez niego film byłby za prosty, więc musiało się wydarzyć coś dodatkowego. Chociaż mogłoby to być mniej widowiskowe. Bo zdecydowanie Wonder Woman ma problem z efektami specjalnymi i zbyt dużą ilością slow motion. Wykorzystywanie SM to trend, który mam nadzieję szybko się skończy i nie będzie zajmował więcej czasu w filmach, bo w dużych ilościach jest męczący.
A tak ogólnie to i tak film ukradł Chris Pine. Ze wszystkich filmów, które z nim widziałam w tym zdecydowanie najlepiej się na niego patrzy. I trzeba przyznać, że z Gal Gadot tworzą bardzo, bardzo ładną parę.

Lewa ręka Boga
Po książkę Paula Hoffmana sięgnęłam dlatego, że stała na regale fantasy, a druga część miała napisane coś o Aniele śmierci na okładce. Blurb na okładce pierwszej części trylogii też wydawał się zachęcający. Dawno nie dałam się tak wkręcić. 

W Sanktuarium nie ma miejsca na litość i miłosierdzie. Ci, którzy trafiają do kamiennego labiryntu sal, mają tylko jedno zadanie: walczyć aż do śmierci o Jedynie Słuszną Wiarę. Tomas Cale ma piętnaście albo szesnaście lat – nie pamięta. Nie pamięta również tego, jak nazywał się, nim trafił w ręce okrutnych braci. Niezwykle utalentowany, zarówno czarujący, jak i zdolny do niebywałego okrucieństwa, w chwili słabości pozwala sobie na nieodpowiedzialny czyn. W odruchu litości zabija pastwiącego się nad młodą kobietą odkupiciela, podpisując na siebie wyrok śmierci. Tomas musi uciekać przed karzącą ręką Powieszonego Odkupiciela i jego fanatycznych wyznawców. Wraz z ocaloną dziewczyną i przyjaciółmi, Henrim i Kleistem, opuszcza Sanktuarium, by stawić czoła rzeczywistości poza jego murami. Niełatwy charakter, porywczość i budzące niepokój zdolności nie ułatwią mu ukrycia się pomiędzy normalnymi ludźmi.. (okładka)


Po pierwsze brak tam fantastyki, chyba, że weźmiemy pod uwagę geografię i układ polityczny świata przedstawionego, bo to misz-masz Egiptu, Włoch, a nawet pojawiają się wzmianki o Norwegii. Pomysł, czy raczej brak pomysłu na wiarę i Powieszonego Odkupiciela, aż boli w trakcie czytania, bo jest to fatalnie zrealizowane. Poza tym pojawiają się tam pewne irytujące nieścisłości dotyczące Siostry i Matki tegoż Odkupiciela (rok zajęć z edytorstwa robi swoje). Miałam też problem z niektórymi słowami, to znaczy musiałam sprawdzić ich znaczenie w słowniki i nie były to wyrazy oznaczające element uzbrojenia, tylko na przykład bardzo dziwny synonim słowa rozmowa (niestety nie wynotowałam, co to było za słowo). Pojawiały się w toku narracji zupełnie niepotrzebnie i wybijały z rytmu czytania. Gdyby jeszcze chociaż w dialogu, to można by przyjąć, że to element języka danego bohatera. 
Problem z Lewą ręką Boga jest taki, że ogólna historia jest interesująca, ale wypełnienie jej fabułą i szczegółami nie działa. Kolokwialnie mówiąc, to się kupy nie trzyma.  Realizacja pomysłu jest zła. A na dodatek to pierwsza część trylogii i stanowi bardzo długie wprowadzenie do kolejnego tomu. Cała książka to ekspozycja, służy tylko temu aby poznać bohaterów. 
Dziewczyna, którą uratowali bohaterowie, wydawałoby się, że powinna odegrać jakąś większą rolę w fabule. Nic z tego. Mamy co prawda znaki, że sprawa będzie rozwijana w kolejnych tomach, ale w pierwszym, Riba wyskakuje od czasu do czasu, bo autor akurat sobie o niej przypomniał i stwierdził, że wypadałby poinformować czytelnika co akurat u niej, bo została rozdzielona z głównymi bohaterami.
Muszę napisać jeszcze o motywacjach głównego bohatera. Otóż zakochał się on w córce doży i wszystkie jego decyzje podporządkowane były temu, aby być blisko niej. Wyda się, że to nic nadzwyczajnego, ale to najgorzej poprowadzony wątek romansowy, z jakim się spotkałam. Do tego stopnia, że wybuchałam śmiechem podczas czytania o kolejnych przemyśleniach i pomysłach Thomasa. Większość z nich była totalnie niedorzeczna. 
Zastanawiam się dla kogo jest ta książka. Chłopak w wieku bohatera popuka się w głowę czytając o powodzie działań bohatera, dla młodszych jest am zdecydowanie za dużo brutalności i zabijania, a starsi zauważą, że całość zwyczajnie dobrze nie działa. 
Czekam, aż drugi tom będzie w bibliotece. 


(The) Secret Message
Nie ma już dla mnie ratunku: oglądam anime, słucham popu w wykonaniu Koreańczyków i zaczęłam oglądać koreańskie dramy. Do pełnego zestawu brakuje tylko japońskich filmów, a to tylko kwestia czasu. Wpadłam jak śliwka w kompot, ale nie narzekam, bo są to fascynujące rzeczy.
The Secret Message ma 18 dziesięciominutowych odcinków więc spokojnie można obejrzeć ten serial w ciągu jednego dnia i nawet się nie zauważy, że czas zleciał. Drama pokazuje historię Koreańczyka, który przyjechał do Japonii robić wywiady o miłości, oraz Japonki, która przyleciała do Seulu na warsztaty taneczne (albo coś podobnego, nie jest to nigdzie jasno powiedziane, a o tym, że jest tancerką dowiadujemy się w jednym z końcowych odcinków). Łączy ich to, że nie mogą zapomnieć o swoich byłych miłościach. Koreańczyk - Woo-Hyun - dostaje telefon z numerem, którego użytkownikiem wcześniej była miłość Haruki. Woo-Hyun nieoczekiwanie odpisuje na wiadomość dziewczyny i tak nasi bohaterowie się poznają.
Początkowo, mniej więcej przez pierwszą połowę, to absolutnie przeurocza, sympatyczna historia, którą bardzo miło się ogląda. Później dzieje się coś bardzo złego i to dość nagle, jak gdyby ktoś przyszedł na plan i  powiedział: "jest za normalnie trzeba udziwnić" i zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Natomiast oglądanie końcówki jest frustrujące. Takie, że masz ochotę krzyczeć na postaci. To niekoniecznie dobrze, gdy widz wie więcej od postaci.
W przedostatnim odcinku (lekki spoiler), gdy bohaterowie są o krok od spotkania, nie może do niego dojść, bo 'ganiają się' po Tokio Tower i nie mogą się znaleźć. Sam koniec jest uroczy, ale odrobinę mało emocjonujący, zważywszy na to co przeszli bohaterowie.
Secret Message ma bardzo ładny montaż wewnątrz odcinków, historie Haruki i Woo-Hyuna przedstawione są bardzo równo i ładnie się zgrywają w czasie, nie ma poczucia, że któraś z postaci jest ważniejsza. Większy problem jest z połączeniem poszczególnych odcinków, bo czasami moment zajmuje zanim widz ogarnie, co teraz się dzieje i będzie działo w odcinku. Drama ma też przyjemną czołówkę, co jest ważne, zważywszy, że można ją obejrzeć 18 razy jednego dnia.
Także postaci drugoplanowe są warte wspomnienia, bo są bardzo ważne w życiu głównych bohaterów, a widzom pomagają ich lepiej poznać. Wnoszą też dużo ciepła i bardzo dużo humoru.


Pozdrawiam, M

piątek, 14 lipca 2017

Nie tylko w kinie i teatrze XVII - Z drugiej strony kamery - Edgar Wright

Hello!
Teledyski to moje oczko w głowie, z każdym kolejnym znalezionym, obejrzanym i dodanym do zakładki 'aktorzy w teledyskach' coraz bardziej. A przecież oglądam je też dla czystej przyjemności, nie tylko zbieram materiał do wpisu. I potrafię jeden zapętlić i obejrzeć 20 razy, zastanawiając się co i jak jest tam pokazane, zmontowane, i jak to wszystko razem działa. Niech jeszcze są w nim fascynujące układy choreograficzne, to przepadłam na co najmniej godzinę.
Chociaż aktorskimi teledyskami zainteresowałam się ponad dwa lata temu, dopiero niedawno odkryłam, że interesują mnie one też od (powiedzmy) technicznej strony. I niekoniecznie muszą występować w nich aktorzy/aktorki.
Jak do samego odkrycia doszło, być może kiedyś opiszę, ale teraz ważniejsze jest, że prawie zbiegło się ono z premierą filmu "Baby Driver". Siedzę w takiej części internetu, że musiałam natknąć się na jego recenzje. I w każdej pojawiają się stwierdzenia: teledyskowy, teledyskowe, reżyser robił wcześniej teledyski, film jest zmontowany pod muzykę. Więc sprawdzam kto jest reżyserem - Edgar Wright. Jakimś cudem nie widziałam żadnego jego filmu toteż przygodę z twórczością, rozpocznę od teledysków. Bo żadnego z nich też wcześniej nie widziałam.

2014
Pharrell Williams ft. Daft Punk "Gust od Wind"


Minusy: piosenka nie jest nadzwyczajna
Plusy: współgranie kolorystyki, jesiennego klimatu i strojów tancerek. 

2005/2004
Charlotte Hatherley
Minusy: to nie mój typ muzyki; teledyski, tak jak filmy albo i jeszcze szybciej, się starzeją. 
Plusy: koncepcja ożywiania zdjęć.

"Summer"


Minusy: jak wyżej plus kobieta z gitarą się nie sprawdza. 
Plusy: animacje.

2003
Mint Royale "Blue Song" 


Same plusy. I wiadomo skąd się wziął koncept do "Baby Driver". 

The Eighties Matchbox B-Line Disaser
Plusy: większość sekwencji w samochodzie i większość animacji.
Minusy: cała reszta.

2002
The Bluetones "After Hours"


Plusy: wszystko! i tańczą!
Minusy: odrobinę zbyt wiele wysiłku włożonego w udawanie śpiewania na planie (ale zastanawiam się czy to nie było celowe, ale nawet jeśli, to jest troszkę przesadzone).

2000
The Bluetones
 Plusy: piżama i scena. I cała historia. 

Daje nam to 7 teledysków, z czego dwa są naprawdę świetne, jeden naprawdę dobry, jeden dobry, a trzy pozostałe można pominąć milczeniem. I chyba jednak wybiorę się do kina na "Baby Driver".

Trzymajcie się, M
 

środa, 12 lipca 2017

Westerplatte i Twierdza Wisłoujście

Hello!
Dawno, dawno temu miałam pomysł, aby pokazywać moje ulubione miejsca w Gdańsku. Pomysł upadł, bo w tym roku nie miałam czasu żeby go realizować, ale wycieczka, którą odbyłam tuż przed powrotem do domu nawet się w niego wpisuje. 


To była moja druga wizyta na Westerplatte. Z pierwszej pamiętałam, że była góra, a na jej szczycie pomnik. Za wiele się od tamtego czasu nie zmieniło, tylko wzniesienie się okazało dużo niższe niż myślałam.





Ale zaczęłam trochę od końca, bo zanim dotrze się do pomnika mija się między innymi, chciałam napisać bunkier, ale to chyba budynek koszar. W każdym razie jest bardzo zniszczony, ale można wejść do środka. 



Ja wbiegłam i mało brakowało, że wybiegłabym jeszcze szybciej, bo wszystko wygląda tak jakby za moment miało się człowiekowi zwalić na głowę. Chwilę zajęło zanim zapewnienia Karoliny, która wyciągnęła mnie na tę wycieczkę, że nic mi się nie stanie i to wszystko jest odpowiednio zabezpieczone, sprawiły, że faktycznie poczułam się bezpiecznie. 

Czyż to nie wygląda strasznie? Uczucie jest naprawdę przerażające, ale warto tam zajść.




Drugim miejscem, które odwiedziłyśmy tego samego dnia jest Twierdza Wisłoujście. Jest blisko Westerplatte jeśli ktoś lubi spacerować to spokojnie można się przejść. Gorąco polecam, bo zasadniczo na Westerplatte nie ma jako tako co robić, a skoro już się przyjechało to warto do Twierdzy zajrzeć. 


Zasadniczym i najważniejszym punktem, dla którego warto tam zajść jest oczywiście wieża. Uwielbiam punkty widokowe. A z tego widać między innymi Westerplatte. Kierunek zdjęcia poniżej jest odpowiedni i będąc na wieży faktycznie pomnik był widać, ale teraz albo jednak nie złapałam go na zdjęciu, albo nie potrafię go zlokalizować. Ale on gdzieś tam jest.




Twierdzę zwiedza się z przewodnikiem, który opowiada o historii budowli i budynków oraz ich przeznaczeniu. 



Twierdza broniła ujścia do morza, jak łatwo się domyślić, ale była też miejscem reprezentacyjnym. O szczegółach dowiedzie się, gdy będziecie zwiedzać. Ale napiszę Wam, że te podziemia to kazamaty, bo to takie ładne słowo.


A powyżej koszary, po których można sobie samemu pobiegać, chociaż jest nisko, ciasno i wąsko.

Pozdrawiam, M













poniedziałek, 10 lipca 2017

"Seikaisuru Kado" & "Fukumenkei Noise"

Hello!
Brakowało mi bardzo pisania o anime, więc jestem bardzo zadowolona, że mam teraz dużo czasu, nadgoniłam anime z poprzedniego sezonu, w tym będę oglądała dużo na bieżąco i postaram się nadrobić serie,  które od dłuższego czasu mam zapisane do obejrzenia.

Seikaisuru Kado (Kado: The Right Answer)
Zaczęłam oglądać to anime, ponieważ w opisie i zapowiedziach był samolot. Nie przeraziła mnie nawet komputerowa animacja i przez pięć tygodni byłam nawet na bieżąco, potem ze względu na naukę musiałam odpuścić. Ale wyszło lepiej dla mnie, bo Seikaisuru Kado to dużo bardziej zaskakujące anime niż może się początkowo wydawać.

Kilka słów o czym jest: na lotnisku Haneda ląduje ogromny kwadrat wchłaniając przy okazji samolot, który właśnie startował. Kwadratem, czy też Kado, porusza się Yaha-kui zaShunina, nie do kosmita, sprawa jest bardziej skomplikowana. Najważniejsze jest to, że przybywa w pokojowych zamiarach i nawet przynosi ludzkości prezenty. A ponieważ całej ludzkości, nie tylko Japonii w sprawę wplątany jest rząd. Najważniejsi są negocjatorzy: Shindou, który występuje jako reprezentant kosmity, jego kolega Hanamori, który zostaje specjalnym ambasadorem oraz Saraka, negocjatorka ze strony rządu.


Początkowo bardzo dużo w tym anime rozmawiania - a to rząd zastanawia się co zrobić z prezentem od kosmity, a to negocjatorzy rozmawiają między sobą, albo zaShunina coś tłumaczy Shindou. A jest bardzo dużo do tłumaczenia. Kosmita chce ulepszenia ludzkości i chce jej pomóc, ale po pierwsze sam nie rozumie wielu rzeczy, a po drugie ludzie mają jeszcze większy problem ze zrozumieniem jego postępowania.

Tak do 8 odcinka w tym anime głównie rozmawiają, a działania jakie są podejmowane są mało znaczące. Ale Seikaisuru Kado z każdym odcinkiem robi się coraz lepsze. Co nie znaczy, że gdyby zostało samo gadanie, to byłoby złe anime. Byłoby dobre, bo te negocjacje, rozmowy i tłumaczenia też są zaskakująco ciekawe.

Z ostatnim odcinkiem jest problem. Albo przyjmiemy go z dobrodziejstwem inwentarza i stwierdzimy, że to anime, tam można wszystko, nawet jeśli nie pasuje do poprzednich 11 odcinków, albo uznamy, że zniszczył serię. Ja należę do pierwszej grupy, ale to nie oznacza, że nie wiem, że to nie było najlepsze zakończenie. Po prostu próbowano w nim zbyt wiele na raz osiągnąć i wyszedł bardzo zaskakujący przerost formy nad treścią.  

Fukumenkei Noise
Wspominałam o tym anime w notce Ten niekochany / Ten trzeci i miałam napisać czy Yuzuru i główna bohaterka się zejdą. Nie będzie zaskoczeniem, że nie. Ale Fukumenkei Noise jest przykładem ciekawego anime, w którym praktycznie od pierwszego do ostatniego odcinka utrzymany jest status quo. Wygląda, iż jest to anime-reklamówka mangi, na dodatek nie najlepsza. Coś tam się dzieje, wszystko kręci się wokół śpiewania i obsesji głównej bohaterki, aby jej głos dotarł do Momo, czyli jej przyjaciela z dzieciństwa. Ale właśnie w tej,  zasadniczej dla tego anime, kwestii przez 12 odcinków nic się nie rusza. A nawet jak się zaczyna wydawać, że coś się stanie, to bohaterowie, jak to postaci z anime, boją się, wstydzą i zaprzeczają. Do sięgnięcia po mangę nie zachęca, bo na jak długo jeszcze można tę historię rozciągnąć? Już anime bywa nudnawe i powtarzalne. 


Fukumenkei Noise posiada jednak cechę, które wyraźnie wyróżnia je na tle innych, czyli kreska. Anime wygląda jak połączenie "Code Geas" z "Vampire Knight" i wbrew pozorom, oglądanie wcale nie boli. Do momentu, gdy ktoś stwierdził, że wstawki CGI to dobry pomysł. Nie, to w 99% przypadków bardzo zły pomysł. Na nie się nie da patrzeć. Ktoś powinien uświadomić twórców anime, że samo wstawienie tego typu efektów nic nie oznacza, a jeśli są doklejone bez sensu i potrzeby, są tylko i wyłącznie irytujące.

Trzymajcie się, M

sobota, 8 lipca 2017

Ale Ty masz życie, ja niekoniecznie - drugi semestr filologii polskiej

Hello!
Ostatnim egzaminem na jakim miałam przyjemność spotkać się z moją grupą z polskiego była poetyka. A, że byłam pierwsza na liście, gdy wyszłam zostałam otoczona przez zestresowane koleżanki i uspakajałam je, że egzamin był przemiły. Odetchnęły z ulgą i pytały jak tam egzaminy na drugim kierunku. Bardzo dobrze. Po czym jedna z nich mówi: "Ja to cię podziwiam, ja bym tam nie mogła, ledwo ogarniam jeden, a ty dajesz radę dwa". Na co odpowiedziałam słowami z tytułu notki. Co oznacza mniej więcej tyle, że studiowanie dwóch kierunków pochłania nawet nie tyle mnóstwo pracy, co mnóstwo czasu. Na przykład: plan polskiego w tym semestrze był taki, że wtorki co dwa tygodnie mieli wolne, a ja co tydzień na ZIArcie spędzałam godziny od 8 do 18. Ogólnie w tym semestrze na polskim było mniej zajęć i teraz przejdę do opisywania poszczególnych. 
Jeszcze dla jasności: studiuję na Uniwersytecie Gdańskim. 


Ruch wydawniczy. Wykład specjalizacyjny, który z pewnych powodów był prowadzony nie tylko przez innego wykładowcę niż zwykle, to jeszcze w lekko chaotyczny sposób, ponieważ pani profesor wyjeżdżała, musieliśmy odrabiać te zajęcia. Ogólnie nic z niego nie pamiętam. 

Opracowanie redakcyjne (i estetyka) książki. Kontynuacja zajęć z poprzedniego semestru, ale robiliśmy też kilka nowych rzeczy. Mieliśmy na przykład do napisania tekst na tył okładki książki, przepis na bestseller (udał mi się i nawet zastanawiałam się czy go nie opublikować, ale jeszcze ktoś by mi ukradł pomysł) i zaliczenie odbywało się na zajęciach, a nie jak w poprzednim semestrze, w domu.

Stylistyka. Zajmowaliśmy się zagadnieniami takimi jak budowa tekstu, akapitu, cechy dobrego stylu, także naukowego, sporo czasu poświęciliśmy na analizę środków stylistycznych. Poznawaliśmy też na przekład rodzaje wstępów i zakończeń tekstów. Zajęcia odbywały się co dwa tygodnie. 

Literatura staropolska. Kontynuacja zajęć z poprzedniego semestru, już bez wykładu i z innym prowadzącym, a ćwiczeń było 7, rozpoczynały się od połowy semestru. Zajęcia kończą się egzaminem.
Musieliśmy też napisać pracę roczną o wybranym utworze, utworach lub zagadnieniu z tej literatury , a ocena z niej liczona jest w indeksie, jako oddzielny przedmiot. Ja pisałam o sielance "Wierzby".

Literatura oświecenia.  Wykład co dwa tygodnie, wystarczyło być na połowie, aby zaliczyć. Plus ćwiczenia. Dzięki zainteresowaniom prowadzącej, a tylko moja grupa miała z nią zajęcia, pozostałe z profesorem od wykładu, temat teatru oświeceniowego mam niemal w małym palcu, a zajęcia ogólnie były bardzo przyjemne. Gorzej, gdy przeszło do uzupełniania wiedzy i czytania podręcznika. Nie mylicie się jeśli uważacie oświecenie za najnudniejszą z możliwych epok. Na widok słów: dydaktyzm, moralizatorstwo, edukacja i wychowanie reaguję ucieczką. I tak w kółko i każdy autor. Prawie, bo były może 3 wyjątki, ale z tego co kojarzę, nie dowiecie się o nich w szkole. 
Zajęcia kończą się egzaminem i to był kolejny przemiły egzamin. W końcu moja intuicja na coś się zdała i wylosowałam poetę, którego tak czułam, że dostanę i powtarzałam jego życiorys w tramwaju. 

Filozofia. Ogromnie żałuję, że nie mogłam chodzić na te zajęcia, wpadłam na nie chyba dwa razy, bo miałam w tym czasie na ZIArcie, takie, których nie mogłam opuszczać. Filozofia w drugim semestrze odbywała się co dwa tygodnie, zajęcia kończyły się egzaminkiem, pisemnym dla odmiany. Nasz tegoroczny profesor to absolutnie cudowny człowiek, a filozofia okazała się dużo bardziej fascynująca niż się spodziewałam. 
Z tego co wiem, na następny rok wraca już pani, która normalnie prowadzi te zajęcia. 

Poetyka. Znów zajęcia, które były już w poprzednim semestrze, ale zmienił nam się prowadzący. Niestety nasz ulubiony profesor poszedł pisać książkę i przyszła do nas pani doktor. Na szczęście okazała się, co prawda bardzo ambitna, bo naprawdę mieliśmy bardzo dużo do zrobienia w tym semestrze, ale też przemiła i od razu widać, że to nauczyciel z pasją. Także bywało ciężko, sporo czytania artykułów dotyczących głównie zagadnień z epiki: czas, przestrzeń, narrator, narracja, ale nie dajcie się zwieść, to wcale nie są takie oczywiste zagadnienia jak się wydaje. Z poetyki także była praca do napisania, ale w ramach zajęć, to znaczy jako element ich zaliczenia. 

Słowotwórstwo. Nudne i męczące, zarówno fizycznie (piątek 8 rano) jak i psychicznie zajęcia. Coś jak łacina w zeszłym semestrze. Spodziewałam się czegoś ciekawszego, a w sumie to było to czytanie podręcznika i kilka wyrazów do analizy słowotwórczej. 

Jak widać zajęć nie było zbyt wiele i większość była zdecydowanie przyjemna. Przygotowania do egzaminów byłe mniej przyjemne i naprawdę uczenie się na dzień przed raczej nie wchodzi w grę. Trzeba sobie pracę rozłożyć na zdecydowanie dłużej, chociaż tak naprawdę ciężko mi powiedzieć jakby to wyglądało, gdybym studiowała tylko polski.

Dla osób wybierających się na polski mogę napisać, że a) jest dużo mniej wierszy i interpretacji niż się spodziewacie, b) jest dużo czytania. Bez lubienia czytania nie ma co się na polski wybierać. Myk jest tylko taki, że częściej niż książki czyta się o książkach. Co stanowi dużą różnicę. Możecie sobie nawet sprawdzić, co dokładnie: wziąć na przykład "Monachmachię" Krasickiego w wydaniu Biblioteki Narodowej i tam jest magiczny Wstęp. To coś jak opracowanie, ale na początku nie na końcu. Plus podręczniki. Też można je znaleźć zaryzykuję stwierdzenie, że w każdej bibliotece. Ostatnio widziałam w Bibliotece dla Dzieci i Młodzieży. Podręczniki dotyczą poszczególnych epok literackich są bardzo grube i bardzo charakterystyczne i, gdy je zobaczycie, na pewno będziecie wiedzieli, że to one.

Jak zawsze zachęcam do zadawania pytań, a gdyby komuś zależało na bardziej bezpośrednim kontakcie to najszybciej jest napisać przez facebooka (https://www.facebook.com/miedzyinnymikulturalnie/). 

Miłego weekendu, M

czwartek, 6 lipca 2017

Kinowe plany 2017 II

Hello!
Jakiś czas temu rozmawiałam z koleżanką na temat nadchodzących premier kinowych. -Nie wiesz, kiedy film NN ma premierę? -Nie, nie mam pojęcia. Nawet nie mam go zapisanego w kinowy.... O kurczę! I takim sposobem przypomniałam sobie, że druga część kinowych planów czeka na napisanie.


Spider-Man: Homecoming (14 lipca) - Bardzo, bardzo lubię pierwsze filmy o Spider-Manie, mam do nich ogromny sentyment. O tych z Andrew Garfieldem wolę zapomnieć. Mam duże obawy czy ten film mi się spodoba. 

Dunkierka (21 lipca) Moja pani od historii z liceum byłaby dumna. A ja naprawdę lubię filmy historyczne i o tym co działo się w czasie II WŚ, tak w fabularnej, jak i dokumentalnej formie.

Tulipanowa gorączka (8 września) Znalazłam ten film w czasie przeglądania premier, wcześniej o nim nie wiedziałam, ale gdy zobaczyłam o czym jest, Alicię Vikander w obsadzie i kostiumy wiedziałam, że będę chciała go obejrzeć.

Kingsman: Złoty krąg (22 września) Pierwsza cześć była tak absurdalna, niedorzeczna i urocza, że nie sposób nie chcieć zobaczyć części drugiej.

Twój Vincent (13 października) Chyba gdzieś odpowiadałam na pytanie, kto jest moim ulubionym malarzem, ale jeśli nie natknęliście się na tę informację na blogu: Vincent van Gogh, ale tylko połowicznie uzasadnia zainteresowanie tym filmem. Obejrzyjcie zwiastun!


Thor: Ragnarok (25 października) On chyba nie wymaga dodatkowego komentarza.

Justice League (17 listopada) Za to Liga Sprawiedliwości jak najbardziej. Widziałam film o Batmanie i Supermenie, pamiętam z niego dwie rzeczy, wróć, trzy: ciemność, fakt, że bohaterowie naprawdę pogodzili się przez to, że ich matki tak samo się nazywają i śmierć Supermana. Ale byłam też na Wonder Woman (i może o niej napiszę, ale naprawdę nie mam kiedy wcisnąć tego tekstu, a pojawiają się kolejne tematy) i to nie był taki najgorszy film więc dla DC jest nadzieja. O ile porzucą mrok i zdobędą się na trochę mniej wtórne żarty.

Morderstwo w Orient Ekspresie (24 listopada) Bardzo, bardzo lubię książkę, do tej pory pamiętam, jak szczęka mi opadła, gdy przeczytałam rozwiązanie zagadki. I tak pokochałam kryminały. A jeśli fakt, że to kolejna ekranizacja tej książki Was nie przekonuje to zerknijcie na obsadę.

Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi (14 grudnia) Sprawa jak z Thorem, oczywista.

Pitch Perfect 3 (22 grudnia) Cierpię na brak nowych tworów w stylu Street Dance, ale filmy o nieporadnych, lekko szurniętych chórzystkach częściowo wypełniają tę pustkę. Chociaż muszę to przyznać, że momentami te filmy są żenujące.

Smutna prawda jest taka, że prawdopodobnie w kinie i tak zobaczę tylko 3 z tych filmów, chyba, że kino w moim mieście mnie zaskoczy we wrześniu. I w sierpniu, bo jak widać zapowiada się bardzo ubogi w filmy miesiąc.

A na co Wy planujecie wybrać się do kina? LOVE, M

wtorek, 4 lipca 2017

Perfekcyjna Pani Akademika

Hello!
Kocham mój akademiki i prawdopodobnie zostanę w nim do końca magisterki z polskiego. Jest cisza, spokój i prawie nie ma imprez. To znaczy przez dwa lata słyszałam dwie. W zeszłym roku trafiłam na cudowną współlokatorkę - żyłyśmy sobie, każda swoim trybem i nie interesowałyśmy się co robi druga, ale byłyśmy dla siebie miłe i uprzejme. Zero problemów, zero presji. W tym roku było inaczej. 

Ostatnio nie było zdjęcia z "Harrego Pottera" przy poście o studiach, a gdy tylko zobaczyłam Nevilla, stwierdziłam, że będzie pasował.

Pierwsza lampka ostrzegawcza zaświeciła się, gdy koleżanka chciała poprzestawiać meble w pokoju. W sumie nie robiło mi to aż takiej różnicy, więc się zgodziłam. Nigdy więcej. Wtedy jednak jeszcze liczyłam, że uda się jednak utrzymać miły dystans. Nic z tych rzeczy.
Współlokatorka z typu tych rozmownych. Kolejna lampka zaświeciła się, gdy zaczęła mnie przekonywać, że w "Pięćdziesięciu twarzach Greya" jest drugie dno i zasadniczo to książka psychologiczna. Potaknęłam i liczyłam, że będzie spokój. Przez pewien czas wymieniałyśmy jakieś uwagi o studiach i szło razem żyć. Do momentu, gdy okazało się, że mieszkam z Perfekcyjną Panią Domu. Z tym, że w akademiku. I zaczęły się schody. 

Ale zanim dalsza część historii jeszcze kilka uwagi: koleżanka, powiedzmy A., uwielbia rozmawiać przez telefon i robi to prawie cały swój wolny czas. Po drugie, A. uważa się za szczerą i mówiącą ludziom wprost, co o nich myśli osobę. Po trzecie na samym początku stwierdziła, że jest zmarzluchem i chciałaby aby grzejnik był bardziej odsłonięty. Przy normalnym układzie pokoju jest za jednym z biurek. W trakcie roku okazało się, że jest takim zmarzluchem, że śpi w sportowym staniku i spodenkach. Ona nawet nie stała przy prawdziwym zmarźlaku, chociaż zasadniczo mieszkała z jednym cały rok.

Otóż koleżance nie podobało się to jak sprzątam. I nie, nie powiedziała mi tego wprost. Wysłuchałam tego z jej rozmowy telefonicznej z kimś. A w sumie to nawet z co najmniej kilkunastoma ktosiami, bo temat sprzątania w akademiku, tego, jaki jest syf, brud i bałagan był jej ulubionym tematem rozmów przez bardzo długi czas. Ogólnie sprzątanie było jej tematem, a porządek obsesją. Niestety nie spełniałam standardów. I nie sprzątałam na pokaz w przeciwieństwie do niej. Zrobiłam tak tylko raz, gdy w którąś sobotę, gdy była w pokoju, przyniosłam odkurzacz z portierni. Zdziwieniom nie było końca, bo koleżanka chyba nie wiedziała, że ten cud techniki jest w akademiku. Poza tym koleżanka potrafiła 'poprawiać' po mnie. Myć podłogę czy umywalkę dzień po tym, gdy ja to zrobiłam. I nie dlatego, że zdążyły się jakoś szczególnie ubrudzić.
Druga sprawa - śmieci.  3/4 zapełnionego kosza to pełen kosz, a plastikowe butelki po półtoralitrowej wodzie nie nadają się do zgniatania. Więc to zwykle A. wyjmowała śmieci. Ale śmieci trzeba jeszcze wynieść do kosza za akademikiem. Ogólnie przyjętą zasadą było to, że ta, która pierwsza po wystawieniu śmieci, wychodzi z pokoju, ta je zabiera. Chciałabym. Koleżanka potrafiła tuż przed wyjściem zmienić worki, ale nie zabrać tych zapełnionych. W pewnych momentach wynoszenie śmieci to była zimna wojna na to, która pierwsza się ugnie.
Trzy. Akademik jest w bardzo ruchliwym miejscu, co wiąże się z tym, że okna robią się brudne w zastraszającym tempie. Jesienią i zimą mycie ich jest bez sensu, ale na wiosnę to konieczność. A ponieważ układ pokoju jest taki, że moje łóżko i biurko było pod oknami, uznałam, że to ja je umyję. Ale zdążyłam tylko jedno, bo coś się stało i musiałam pilnie jechać na uczelnię/wyjść z akademika. Gdy wróciłam do półki nad biurkiem A. przyklejona była duża kartka, na której szczycie zapisane było: UMYĆ OKNA!!! Niżej była dalsza lista rzeczy do posprzątania. Cóż, okna umyłam następnego dnia ja. Nie umiem też zliczyć deklaracji, że ona nie będzie już sprzątała tego pokoju.

A. nie miała też problemu z ruszaniem, przestawianiem i rządzeniem się moimi rzeczami. Nie było tego dużo i nie za często, i w sumie, gdyby odstawiała potem te rzeczy na miejsce, nie było by problemu. Ale ona nie uważała za stosowne, odłożyć wszystko tak jak było. 

Rzeczą, która przerosła moje najśmielsze oczekiwania było przywiezienie przez nią do Gdańska roweru i stwierdzenie, że pokój w akademiku to odpowiednie miejsce, aby go trzymać. Co prawda w naszym domu studenckim pokoje są duże, ale to pewna przesada. Tym bardziej, że skorzystała z niego raz, przez dwa miesiące.

Ale to nie jest najlepsze - najlepsze są jej przemyślenia na temat akademika i humanistów. I mojej osoby. Wszystkie wyrażone przez telefon. Duża część z pełną premedytacją. 
Zacznijmy od tego, że mam dość regularny tryb życia. Spać - 23, wstać - 6. Wiąże się to z tym, że najczęściej o 22.30 idę się kąpać. Koleżanka przez 2 semestry tego nie zauważyła i w czerwcu zaczęła narzekać. To znaczy osobie, z którą akurat rozmawiała przez telefon, mówiła rzeczy w stylu: "no zawsze jak wracam z angielskiego, to ta łazienka musi być zajęta; zastanawiam się czy ktoś nie robi tu tego złośliwe; złośliwość ludzka nie zna granic; tak to jest, jak się mieszka z pojebanymi ludźmi (a pojebanymi we wszelkich możliwych odmianach, to jej ulubione słowo); może pójdę się umyć jak się łazienka łaskawie zwolni, co może się stanie za 10 godzin". Ale kiedyś przeszła samą siebie, mówiąc mniej więcej: "no k***a znowu jest zajęta łazienka. blablaba. a pewnie TO COŚ dopiero weszło". Inne jej ulubione określenia na moją osobę - dziecko. Z tym też się wiąże ciekawa historia, otóż A. w rozmowie z chłopakiem stwierdziła, że lepiej by było, aby aborcja była możliwa/legalna (nie pamiętam dokładnie jakiego słowa użyła, ale nie do końca jej poglądy na aborcję są ważne), bo wtedy nie musiałaby żyć na świecie z pojebanymi dziećmi. Z resztą to nie pierwszy ani nie ostatni raz, kiedy komuś życzyła śmierci. Obrywało się oczywiście humanistom - "humaniści są niepotrzebni, ja to bym ich spaliła na stosie". Średniowiecze skończył się ładnych parę wieków temu, ale widać człowiek może wyjść ze średniowiecza, a średniowiecze z człowieka nie. Ogólna pogarda dla humanistów biła z większości jej wypowiedzi. Czepiała się tego, że uczymy się rzeczy na pamięć, że na egzaminie powiemy cokolwiek i zdamy, a jej wypowiedź, którą przytoczyłam na stronie bloga na facebooku była najbardziej lajkowanym postem od dawna. 

Moja tegoroczna współlokatorka studiuje chemię i cierpi na mocną awersję do humanistów. To słowem wstępu.
Jutro mam egzamin z filozofii, więc romansuję z Sokratesami, Platonami i pozostałymi Arystotelesami. I tak powtarzam i czytam, i akurat o logice ogólnie i logice w filozofii. Moja współlokatorka akurat rozmawia przez telefon i w idealnym momencie mówi mniej więcej: "No, ja nie rozumiem, jak można się tak uczyć na pamięć, przecież to bez sensu! Dla mnie wszystko musi być logiczne!".
Szkoda, że chyba nie wie skąd logika i zasadniczo cała nauka się wywodzi.

Gdy w czasie sesji przychodzili do niej znajomi, aby tłumaczyła im chemię, usłyszałam taki tekst: "no gdyby moje dziecko okazało się humanistą, to wywaliłabym jest z okna dziesiątego piętra".  Niech ona gada o mnie, o innych humanistach, ale żeby się tak, o biednym nienarodzonym dziecku, wyrażać.  

Wyszło tego więcej niż się spodziewałam. A mam materiał na jeszcze jedną notkę, więc jeśli podobał Wam się ten post będzie kolejny, nieco bardziej szczegółowy. 
Jeszcze tylko kilka uwag. Po pierwsze od razu odpowiem na pytanie, dlaczego nie próbowałam zmienić współlokatorki. Otóż przez pierwszy i większość drugiego semestru jej zachowania były znośne, choć nieprzyjemne, ale ją dużo bardziej irytowało to, że nie reaguję na jej zaczepki i to, co słyszałam przez telefon, niż mnie jej działania. Prawdziwa złośliwość zaczęła się od przywiezienia roweru, ale wtedy zostały dwa miesiące do końca roku i naprawdę miałam lepsze rzeczy do robienia, niż użeranie się z akademikowo-uczelnianą biurokracją. Po drugie to nie tak, że byłam święta, ale takiego poziomu złośliwości jak ona nigdy nie osiągnęłam. W sumie całkiem ją podziwiam, że jej się nie znudziło i chciało dalej, pomimo że, jak pisałam, jej gadanie i wszystko inne niezbyt mnie ruszało, a z czasem zaczęło ogromnie bawić. Po trzecie: mam obawy przed opublikowaniem, ale z drugiej strony, nie wymyślam tych rzeczy, życie pisze najlepsze scenariusze. 

Trzymajcie się, M

niedziela, 2 lipca 2017

Będziemy czekać ("Doctor Who" S10 "The Doctor Falls")

Hello!
Po zeszłotygodniowych zachwytach nad przedostatnim odcinkiem nie zostało nic. Godzinny finałowy odcinek jest przegadany i niepotrzebnie rozciągnięty. 

Straszny potencjał Cybermenów nie jest wykorzystany i w całym odcinku ani odrobinę nie czuć żadnego zagrożenia. Zupełnie nie sposób się nimi przejmować. Są, ale mogłoby ich nie być gdyby Missy nie chciała być taka szybka i to, że znaleźli Doctora, Nardola i resztę to jej wina. Fabuła i historia jako takie są bardzo słabe.


Co natomiast niezawodnie działa to relacja Bill i Doctora. A w zasadzie robo-Bill, bo ta jest Cybermanem. Jestem pewna, że nie tylko ja oglądając ten, a nawet już poprzedni odcinek, wspominałam epizod, w którym chłopak Clary został Cybermanem. I tamten był pod wieloma względami lepszy niż ten. Ale sprawa dotyczy Bill, a Bill i Dwunasty Doctor to jedna z najlepiej dobranych par New Who i na szczęście na tej linii do końca wszystko działa. Bill reaguje na wszystko bardzo po ludzku, ale wykazuje się rozsądkiem, zrozumieniem a w końcu spokojem, tak bardzo jest pewna, że jeśli nie może być sobą, woli w ogóle nie być.


Naprawdę chciałabym rozpływać się w zachwytach nad Missy i Mistrzem, ale nie mogę. Ich interakcje między sobą często tryskają iskrami, ale to wszystko. W sumie nie mogło być inaczej. Z obecności Mistrza nic nie wynika, Missy missed her chance (nawet ja zrozumiałam te językowe żarciki) żeby stać się lepszą, chociaż próbowała. Zakończenie ich wątku jest mistrzowskie. Znaczy pasuje do koncepcji postaci, tylko tyle i aż tyle. I niestety Michelle Gomez nie sięga do swoich najlepszych zdolności grania Missy (chociaż sam koniec odcinka ohh) w tym sezonie i będę za nią tęskniła, ale dużo mniej niż przypuszczałam. Ale pewnie jakiś Mistrz jeszcze się kiedyś pojawi. 


Najbardziej ze wszystkich szkoda mi jednak Nardola. Szkoda, że go już raczej nie zobaczymy. Bill dostała bardzo ładne (tylko odrobinę naciągane) zakończenie. Ale kwestia regeneracji. To mnie ruszyło. Ja też nie chcę, aby Dwunasty się zmieniał, tuż po tym jak go polubiłam, gdy odnalazł się w byciu Doctorem. Ale spokojnie poczekam do grudnia. Może wtedy dostanę wszystkie te emocje, na które liczyłam w tym odcinku. Być może obejrzę go jednak jeszcze raz, bo może coś przeoczyłam. A może tylko chciałabym, aby mi się podobało, ale to tak nie działa.

Trzymajcie się, M
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...