poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Chcę, mam

Hello!
Gdy w lipcu wyjawiałam pewne wątpliwości dotyczące rozszerzania tematyki bloga i jego strony na facebooku o rzeczy związane z kpopem i trochę mniej koreańskimi dramami, ktoś miły w komentarzu napisał, że bardzo go ciekawi jak taki wpis miałby wyglądać. Z dramami jest łatwo - to odrobinę inne, ale jednak seriale. Natomiast o muzyce jeszcze nie wiedziałam, co chcę pisać. Teledyski do koreański piosenek pojawiają się na razie na facebooku i w zdecydowanej większości tam pozostaną.


Ale gdybym nie miała o czym pisać ,nie byłoby dziś notki. Około maja K. odkryła, że na 4FunTV o 11 w programie Chcesz?Masz! pojawia się kpop. Faktycznie leci. Kiedyś usiadłam i policzyłam ile koreańskich piosenek pojawia się przez godzinę. Wyszło, że 3, a drugą było "KoKoBop" EXO, które miało premierę dwa dni wcześniej (pisałam o tym na facebooku). Muszę przyznać, że byłam bardzo zaintrygowana, jak to działa, kto głosuje, itd. Więc postanowiłam usiąść i to spisać. 

Początkowo sprawdzanie miało trwać tydzień. Ale po 3 dniach zorientowałam się, że coś jest nie tak. Piosenki, które były wybierane były dość zaskakujące. Postanowiłam więc zainstalować aplikację, bo może ona coś mi wyjaśni. I faktycznie. Okazało się, że w aplikacji jest około 96 piosenek na dany dzień, na które można oddawać głosy z czego zwykle 3 to kpop. Zagadka rozwiązana. Widzowie decydować mogą co najwyżej o kolejności tych piosenek, nie samych piosenkach. Co nie znaczy, że obserwowanie tego programu nie było ciekawe. 


Przez 29 dni (od 24 lipca do 21 sierpnia) pojawiło się 25 różnych piosenek, 12 boysbandów i 8 girlsbandów (a zasadniczo 6 bandów i 2 solistek). Piosenki, które najczęściej pojawiały się do wyboru to "I Am The Best" 2NE1 - 7 razy - i muszę przyznać, że sama byłam zaskoczona, gdy to policzyłam. Następnie "As If It's Your Last" BlackPink, "Red Flavor" Red Velvet, "Shine Forever" Monsta X i "Get The Treasure" SHINee (piosenki te miały premierę odpowiednio w czerwcu, lipcu, czerwcu i styczniu tego roku, natomiast "I Am The Best" to piosenka z 2011 roku) pojawiły się po 6 razy. 

Po 5 razy do wyboru były: Day6 "Hi Hello", Seventeen "Don't Wanna Cry", SF9 "Fanfare", Mamamoo "Yes I am", Twice "Signal".
Po 4: Nu'est "Face", NCT 127 "Cherry Bomb".
Po 3: HyunA "IceCream" (z czego był jeden dzień, gdy była do wyboru, ale nie dostała tylu głosów, aby pojawić się w telewizji), Apink "Five".
Po 2: EXO-CBX "Hey Mama", "Ka-Ching", EXO "For Live", GOT7 "Just Right", "My Swagger" (aka piosenka o moim swetrze).
Tylko raz przez 29 dni pojawiły się piosenki: "Bae Bae" BigBang, iKON "Bling Bling", GOT7 "Hard Carry" i "Never Ever" (daje to GOT7 tytuł najpopularniejszego zespołu, bo w sumie pojawiły się ich 4 piosenki), EXO "Lotto" i CL "Hello Bitches" - muszę przyznać, że byłam bardzo zaskoczona, gdy to zobaczyłam. 


Dobór piosenek wydawał mi się bardzo przypadkowy. Byłam pewna, że piosenki Monsta X i SHINee nie są z tego roku, ale starsze. Sprawdziłam więc daty premier pozostałych, aż 14 to piosenki z tego roku (z każdą koleją piosenką, którą sprawdzałam, byłam coraz bardziej zaskoczona, że to tak nowe utwory), 5 z zeszłego, 3 - 2015, 2 - 2012 i ta, która pojawia się najczęściej z 2011. Także repertuar jest bardzo na czasie szkoda, że tak mało różnorodny, bo w wakacje pojawiło się całe mnóstwo nowych teledysków, a jestem pewna, że fani chętnie by na nie głosowali. 

Z ciekawostek dotyczących kolejności pojawiania się tych piosenek na antenie - najczęściej kpop był jako 3 lub/i 4 piosenka i bardzo często 2 były po sobie albo oddzielone jedną inną piosenką. Po 6 utworach następowała przerwa na reklamy i 9 razy kpop pojawiał się jako 7 piosenka. 12 razy 2 kpopowe piosenki następowały po sobie, plus 4 razy 3 dostępne były jedna po drugiej. 


W sobotę 5 sierpnia do wyboru było 6 utworów z Korei, 5 udało się dostać na wizję. Ludzie na czacie w aplikacji byli zszokowani i szczęśliwi, ale do dziś podobna sytuacja się nie powtórzyła nawet w weekend. 

Tak naprawdę to zastanawiam się kto decyduje jakie piosenki się pojawiają i dlaczego akurat te i tych zespołów. Nie tylko kpopowych, ogólnie, bo program cierpi na brak różnorodności. Co może tez oznaczać, że fani po prostu lubią te konkretne piosenki, albo głosują na te co mają, bo wyboru brak. Codziennie pojawiają się i w komentarzach, i na czacie w aplikacji prośby o jakąś piosenkę BTS (ktoś napisał, że ostatnio byli 4 marca), a fani tego zespołu w międzyczasie głosują na inne.

Poza kpopem odkryłam kilka innych trendów wśród głosujących i oglądających program. Przekonałam się też, że pomimo mojej dużej tolerancji dla muzyki słuchanie Girls Aloud i ich piosenki "Something New" (10) jest ponad moje siły. Nie było dnia bez piosenki One Direction albo dwóch, a jeśli nie samego zespołu, to któregoś z jego członków. Najczęściej "Back to You" Louisa Tomlinsona (16). Szczególnie na początku mojego oglądania i spisywania często pojawiał się Shawn Mendes i "Nothing Holding Me Back" (10), ostatnio było go trochę mniej. A piosenką, która powtarzała się najczęściej jest "Thousand Years" (17) Bars and Melody (i jest tuż po "Something New" jeśli chodzi o mój brak siły do słuchania). Wydaje się, że Cheryl Cole ma sporo głosujących widzów, bo kilka jej piosenek pojawiło się w dość znaczący sposób, skoro zwróciłam uwagę. Oprócz One Direction na fanów mogą liczyć takie grupy jak 5 Seconds of Summer i Twenty One Pilots. Plus Selena Gomez i "Fetish" też mają się dobrze w programie.


Wniosków z tego nie wyciągnę. Myślałam, że faktycznie fani bezpośrednio decydują o klipach, które się pojawiają. Mogłabym posprawdzać, jak często "Shine Forever" pojawiało się na antenie przed "Get The Treasure", ale dalej tak naprawdę nic o niczym mi to nie powie. Co absolutnie nie zmiania faktu, że a) emocje, w czasie sprawdzania czy twoja piosenka będzie następna, czy jacyś inni fani się zmobilizowali i to piosenka, na którą oni głosowali będzie na antenie, bywają zaskakująco duże, b) uwielbiam robić takie rzeczy, jak mało sensu by nie miały. 

Oglądanie Chcesz!Masz? stało się wręcz rytuałem w moim domu, nikt nie protestuje, gdy punkt jedenasta zabieram pilota i przejmuję telewizor, Mama powoli przekonuje się do kpopu, a młodszy (środkowy) brat kibicuje mi w oglądaniu. Przypuszczam, że będę spisywała dalej, aby zobaczyć kiedy repertuar się rozszerzy i jakie nowe trendy się pojawią. Albo kiedy obecne znikną. 

LOVE, M

sobota, 19 sierpnia 2017

Kotlety nie rosną na drzewach ("Okja")

Hello!
Od czasu filmu "Miasto kości" jestem zainteresowana karierami aktorów wcielających się w głównych bohaterów: Clary- Lily Collins oraz Jace'a - Jamie'go Campbell Bower'a. Dzięki temu dowiedziałam się, że Lily nagrywa film pod tytułem "Okja". Po premierze tytuł wywołał więcej zamieszania w związku z kanałami dystrybucji (to film Netflixa więc taki jakby telewizyjny ale niezależny, a był w Cannes) niż w związku z poruszanymi tematami. I wcale się nie dziwię.


Zarys fabuły wygląda tak: korporacja wymyśla program super świnek, które mają być hodowane w różnych zakątkach świata i za 10 lat zobaczy się, gdzie super świnka wyrosła najlepiej. Cała koncepcja pokazana jest w ładnej animacji, szkoda, że nie była ciągła a przerywano ją aktorskimi wstawkami. Jedną z takich świnek dostał hodowca z Korei. Okja - bo to imię tej konkretnej świnki - wychowywała się razem z Miją (albo to Mija wychowywała się z nią) i podobno są najlepszymi przyjaciółkami. Podobno, bo przez pierwsze 45 minut filmu, podczas których moglibyśmy zobaczyć, jakieś sceny obrazujące tę relację, dostajemy jedną, a potem nie wiem na co patrzyłam przez resztę czasu. Co prawda scena jest dramatyczna, ale nie robi żadnego wrażenia, bo wiemy, że nikomu nie może się nic stać. 

A fakt, że wiemy jak ten film się skończy od samego początku to jeszcze inna sprawa.  A jest to obraz raczej dla widowni, która nie powinna się domyślać od pierwszej minuty, jak wszystko zostanie rozwiązane. Brakuje w "Okji" jakiegoś napięcia i niepewności.


Jeśli zaś chodzi o przesłanie to mam problem z określeniem o czym zasadniczo ten film w ogóle jest. Najbardziej skłaniam się jednak do przyjaźni i relacji Mija-Okja. Na pewno dziewczynce bardzo na super śwince (która bardziej przypomina hipopotama, zachowującego się nieco jak połączenie kota i psa, a także okazuje się, ze wszystkie te stworzenia są całkiem inteligentne i w sumie sympatyczne). Problem jest jedynie taki, że my wiemy, że jej zależy, ale nie do końca wiemy dlaczego. Rozumiem 10 lat razem, ale jeśli w filmie czegoś nie ma na ekranie i widz musi sobie dużo dopowiedzieć, to nie jest dobrze. Możliwe, że osoby, które posiadają własne zwierzątka albo ogólnie lubią zwierzęta, będą tę historię przeżywać nieco bardziej niż osoby, które są do różnych żyjątek bardziej zdystansowane (tak, piszę o sobie). 


Druga sprawa w filmie pojawia się ugrupowanie Front Wyzwolenia Zwierząt. Zamiary mają szlachetne, credo też, ale już nawet postaci związane z firmą Mirando (do której należy Okja i pozostałe super świnie) są ciekawsze i sympatyczniejsze niż oni. Ten film nie wystawia laurki wszelkim organizacjom związanym z różnego rodzaju ratowaniem zwierząt. Ale nie wiem czy to było zamierzone, czy tak wyszło albo to tylko ja tak widzę. W sumie nie do końca wiadomo o co oni walczą. Chcą uwolnić Okję. Dobra, ale wcześniej od hodowców zabierano pozostałe super świnie, dlaczego dopiero teraz postanowili zrealizować swój plan? Polega on na ujawnieniu tego co robi się z tymi świnkami w tajnym laboratorium Mirando. Cały ten wątek jest zbudowany na glinianych nogach i im więcej się o nim myśli, tym bardziej się kupy nie trzyma. 


Sprawa dwa i pół. Wbrew pozorom w filmie nie jest bezpośrednio podnoszona kwestia tego, jak traktuje się zwierzęta w ubojniach i tym podobnych miejscach. Oprócz końcówki, bo wtedy jesteśmy zabierani w takie miejsce, ale też nie po to, aby dłużej zastanawiać się nad losem zwierząt. Front Wyzwolenia też nie walczy o poprawę warunków tylko po prostu o ich wypuszczenie. Albo walczy między sobą. Naprawdę ich szef jest jedną z najbardziej nieprzyjemnych filmowych postaci, jakie widziałam. Niechęć do tej postaci niestety odbiera sporo ewentualnej ciekawości z oglądania drugiej połowy filmu. 


Co całkiem zaskakujące w filmie wszyscy zdają sobie sprawę, że kotlety nie rosną na drzewach. Czy też kiełbaski i suszone mięso, bo to bardziej pasuje do filmu. Nawet Mija nie ma złudzeń, że Okja może zostać zabita. Dlatego chce ją uratować. Ale Mija nie będzie walczyła z systemem, konsumpcją mięsa i zabijaniem innych super świnek i modyfikacjami genetycznymi. Ona chce wrócić do domu ze swoim przyjacielem. 


Skoro zaczęłam od aktorów to na nich też skończę. Lily gra jedną z członkiń Frontu Wyzwolenia Zwierząt, jedyną dziewczynę w grupie i wyróżnia się tym, że ma czerwone włosy i reaguje tak jak powinna reagować dziewczyna, gdy widzi na ekranie brutalne rzeczy. Ale w filmie jest Tilda Swinton, a każdy film z nią jest lepszy i Jake Gyllenhaal, który gra weterynarza-zapomnianą gwiazdę telewizyjną.

Pozdrawiam, M

czwartek, 17 sierpnia 2017

Niespodzianka ("Illuminae")

Hello!
Wydawnictwo chciało wydać bardzo specyficzną książkę, ale trochę bało się wyłożyć na nią pieniądze, więc postanowiło zapytać zainteresowanych (tj. przyszłych czytelników) czy się trochę nie dorzucą. Społeczność książkoholików się zmobilizowała i takim sposobem zostało wydane "Illuminae".
Tak naprawdę to na pewno nie do końca tak wyglądało i nie było takie proste, ale fakt jest faktem: Moondrive urządził udaną zbiórkę i "Illuminae" trafiło do osób, które dołożyły swoją cegiełkę 27 lipca. 

Nie znałam wcześniej tej książki, nie słyszałam o angielskim oryginale, ale po zapoznaniu się z notką wydawnictwa byłam bardzo zaintrygowana i uznałam, że chcę mieć swój egzemplarz i, że warto urozmaicić wydawane w Polsce książki. To wyjaśnia także kwestię tego, czy miałam wobec "Illuminae" jakieś oczekiwania. 

Pierwszą i najważniejszą rzeczą wyróżniającą "Illuminae" spośród innych książek jest jej forma, to jak jest zbudowana i fakt, że zasadniczo nie ma w niej narracji. O wydarzeniach i relacjach bohaterów dowiadujemy się z czatów, komunikatów i rozmów dowództwa, wiadomości prywatnych, ale pojawiają się też tradycyjne formy: pamiętnik (teraz tak się zastanawiam kiedy bohaterka miała czas go pisać) czy opisy nagrań z kamery. Wyliczenie wszystkich typów przekazu informacji byłoby świetną zabawą, ale na co najmniej kilka trzeba by znaleźć odpowiednią nazwę. To jeszcze jednak nie robiło by aż takiego wrażenia i nie sprawiałoby tylu trudności w składzie i druku. Wszystkie te komunikaty i czaty są dość krótkie, ale każdy jest opatrzony odpowiednim anturażem. Do tego jest bardzo wiele czarnych stron (na których strasznie odznaczają się palce) z białymi literami, kilka rysunków i sporo różnych bajerów. Bardzo chce się robić tej książce zdjęcia, jej wnętrze jest bardzo fotogeniczne. Gdy do mnie przybyła i szybko ją przekartkowałam zaczęłam się obawiać przerostu formy nad treścią, ale niepotrzebnie. Okazało się za to, że czyta się to dłużej niż można by przypuszczać.


Problem leży nieco gdzie indziej. Otóż taka forma nie jest w stanie przekazać uczuć, choćby nie wiem jak autorzy się starali. A uczucia w tej książce są istotne. To podwójnie źle dla "Illuminae". Główną bohaterką jest Kady, która w dzień ataku na kolonię Kerenza rzuca chłopaka, ale ostatecznie po szaleńczej ucieczce, oboje trafiają na statki (pisałam już, któryś akapit niżej i stwierdziłam, że można to nie być dość jasne - akcja dzieje się w przestrzeni kosmicznej), które udzieliły pomocy kolonistom. Kady na Hypatię, a Ezra na Alexandra. Jest jeszcze Copernicus statek transportowy oraz Lincoln - bardzo zły statek, bardzo złych ludzi, który goni flotę, aby zniszczyć świadków inwazji na kolonię. To początek akcji. A potem dzieje się dużo, dużo więcej. 

Akcja książki bardzo wyraźnie podzielona jest na dwie części plus wprowadzenie oraz zakończenie. To cztery części z czego pierwsza i ostatnia są bardzo krótkie. O dwóch pierwszych i samym końcu można pisać bez spoilerów, ale druga połowa książki jest dość zaskakująca. 


Kilka słów o bohaterach. Ezra jest nieprzyzwoity, zabawny i troskliwy i na pewno ma większą zdolność do przystosowywania się do nowych warunków niż Kady. Która jest samolubną manipulatorką. Przez bardzo, bardzo długi czas nie znamy też motywów jej działania, co jest frustrujące, biorąc pod uwagę jak bardzo bohaterce zależy na PRAWDZIE. To brzmi szlachetnie, ale patrząc na rzecz z perspektywy, żeby nie szukać daleko na przykład Ezry, wcale nie jest takie oczywiste. Można się zacząć zastanawiać czemu to ona rzuciła jego, a nie on ją.  Później bohaterka zostaje postawiona w takiej sytuacji, że jest tylko pionkiem i nawet nie ma się ochoty jej nie lubić. Ezrę za to lubi się praktycznie z miejsca. Ale jedynym bohaterem, który ma w "Illuminae" charakter jest system komputerowy AIDAN. Brzmi to niedorzecznie tym bardziej, że Aidan jest delikatnie mówiąc psychopatyczny, ale to zdecydowanie najbardziej interesujący element książki. W pewnym momencie wyjaśnia się nawet zagadka, czemu tylko jego i Ezrę można jako tako polubić. Nie żeby oprócz ich i Kady był jakiś wybór. Chociaż jest jeszcze jeden bohater, przyjaciel Ezry, poznajemy go tylko trochę, ale wiemy, że są dla siebie ważni - to jedyna postać, której los szczerze mnie poruszył. 

Pisałam, że to źle dla "Illuminae", że uczucia są ważne. Jak ławo się domyślić nasi bohaterowie, co prawda po jakimś czasie, ale w końcu znów zaczynają się dogadywać, fakt, że są na innych statkach im nie przeszkadza. Element romansu nie działa. Czytelnik nic nie czuje, choć chyba powinien cieszyć się ich szczęściem. Lepiej i ciekawiej dla akcji, byłoby, gdyby bohaterowie i owszem pisali ze sobą i współpracowali, ale się nie zeszli. Przynajmniej do połowy książki. Koniec też mógłby być poważniejszy, ale mam wrażenie, że autorzy nie byli gotowi na konsekwencje  i stwierdzili, że czary-mary załatwią sprawę. Ostatecznie okazuje się, że "Illuminae" to książka raczej dla nastolatków. I może napisałabym więcej o fabule, ale zakończenie książki jest rozczarowujące. A wystarczyłoby trzymać się konsekwentnie jednej wersji. 


Oprócz słabego przekazywania uczuć, mimo precyzji dokumentów, książka ma nieco problemów z określaniem czasu. Napisanie dat to nie to samo co zaznaczenie upływu czasu. Ale to pokazuje jeszcze większą jej specyfikę. Mam poczucie, że aby w pełni zrozumieć zdarzenia, jakie miały miejsce na obu statkach i poczuć je trochę lepiej, a nie tylko się o nich dowiadywać, musiałabym przeczytać "Illuminae" raz jeszcze. I pewnie tak zrobię. 

Jeszcze jedna rzecz, która w każdym momencie wzbudziła mój śmiech - w książce ocenzurowane są przekleństwa. Nie mam pojęcia czy tak było w oryginale (przypuszczam, że owszem), ale to niesamowicie zabawne.

LOVE, M


wtorek, 15 sierpnia 2017

Bywają lepsze ("Tonari no Kaibutsu-kun")

Hello!
"Tonari no Kaibutsu-kun", "My Little Monster" lub "Bestia z ławki obok" to shoujo anime, które, co prawda nie wyskakiwało z lodówki (patrzę na was "Ao Haru Ride" i "Kaichou wa Maid-sama!"), ale jednak pojawiało się w różnych miejscach i przy różnych okazjach na tyle często, że kwestią czasu było aż je zobaczę. 

 Gdy oglądałam nie zwróciłam uwagi na ten tekst, ale teraz jest naprawdę zabawny.

Początek jest intrygujący. Rzeczy, które zwykle znaczą koniec wspólnej drogi bohaterów, w tym anime wydarzyły się w ciągu dwóch odcinków. Wydaje się, że to coś nowego i twórcy mają jakiś ciekawy pomysł jak pokazać relacje bohaterów. Gdzieś z tyłu głowy widza jednak pojawia się pytanie "no dobrze, więc o czym będzie to anime?". Niepotrzebnie, bo szybko przekonujemy się, że nie jest takie odkrywcze ani ciekawe jak się zapowiadało. 

 To bardzo popularny gif.

Shizuku jest dziwczyną, dla której ważna jest tylko nauka, Haru jest uroczym łobuzem. Tylko, że nikt o tym nie wie, bo nie umie radzić sobie z agresją i wszyscy się go boją. W pierwszym odcinku Shizuku przynosi mu kserówki, on na nią napada, ale gdy okazuje się, że mało ją interesuje czy Haru wróci czy nie wróci do szkoły, nazywa ją swoją przyjaciółką. Na koniec drugiego nasi bohaterowie po dwa razy wyznali sobie miłość (jak to się mówi: that escalated quickly), ale uznali, że miłość Haru jest inna niż miłość Shizuku i nie będą parą. Tyle byłoby z innowacyjności. 


Później z "Tonari no Kaibutsu-kun" robi się typowe, na dodatek nieszczególnie dobre anime. Nawet typowe tropy nie są wykorzystane, a nawet jeśli fabuła o nie zachacza, to z nich nie korzysta (możliwe, że potem w mandze jest to rozwinięte). Wiele wątków jest urwanych i niewyjaśnionych. Tak naprawdę to niedobre anime, a jeszcze gorsza reklamówka mangi, bo kończy się w takim momencie, że widza naprawdę nie będzie obchodziło, co stanie się z bohaterami. Cała ta animacja jest dość mocno wyprana z emocji i nie jest to nawet wina 'zimnej' głównej bohaterki, ale tego, jak wydarzenia są pokazywane widzowi. 


To jest pewne osiągnięcie, aby zrobić nudne 13 odcinków. Ale się da. Skoro od pierwszego odcinka wiemy, że bohaterowie się kochają, to naprawdę trudno wymyślić coś, co mogloby zachwiać naszą wiedzą. A Haru i Shizuku na zmianę twierdzą -teraz ja kocham ciebie -teraz ja wolę się uczyć - teraz ja nie spełniam twoich oczekiwań -teraz ja kocham ciebie. Momentami to anime jest całkowiecie niedorzeczne, bo wystarczyłoby żeby postaci ze sobą naprawdę porozmawiały, a one są głównie obok siebie. 


Z czasem dużo bardziej interesującą kwestią niż to czy główni bohaterowie się zejdą staje się to, czy ich koleżanka wyzna, że kocha się w starszym kuzynie głównego bohatera. Jak łatwo się domyślić, w anime się tego nie dowiadujemy. Całym tym 'małym potworem' trochę się zawiodłam, trochę znudziłam, a przy okazji dostałam dowód, że nawet jeśli coś zaskakuje pomysłowością, to koniec końców i tak powróci na tory typowe dla danego gatunku. Taraz przynajniej wiem, czemu to inne szkolne romanse są bardziej popularne. 

Trzymajcie się, M

niedziela, 13 sierpnia 2017

"Rybki z ferajny"

Hello!
Posiadanie w domu dość sporej kolekcji bajek na DVD bardzo ułatwia nie tylko przypominanie sobie samych fabuł, ale także odkrywanie nowych elementów w prawie każdej animacji. Ułatwia też pisanie notek. Dzisiaj pod lupę wzięłam "Rybki z ferajny". 


Po pierwsze to jestem zaskoczona, jak bardzo to krótki i skondensowany film. Trwa nieco ponad godzinę i nie ma w nim ani jednej niepotrzebnej sceny. Bajka jest wręcz krótka, konkretna, a mieszczą się w niej w sumie dwie historie o osobnych zakończeniach-morałach. 
Nie wiem czy nie jest wręcz zbyt prosta (postać Loli bardzo się prosi o jakieś wytłumaczenie), ale nie o to tu chodzi, żeby się czepiać. Za bardzo.

- No.
- Co no.
- Że jest.

Po drugie, widziałam, że "Rybki z ferajny" są bardzo śmieszne, ale głównie przez pierwszą połowę filmu, później żartów jest zdecydowanie mniej. Ale może ich liczba się zmniejsza, bo Oskara nachodzi refleksja nad jego życiem. Przy okazji okazało się, że dubbing i polskie napisy prawie się nie różnią. Czasami w dubbingu coś jest skrócone, ale większość żarów i kwestii jest identyczna. 


Aleja Gwiazd. A to Gwiazda Seala. Nie będę tłumaczyła żartu.


Biedna Rose.

Ilość popkulturowych nawiązań w tej bajce zasługuje na osobną i bardzo dokładną analizę. Ja za każdym razem widzę coś nowego czy rozpoznaję coś, czego wcześniej nie znałam. "Ojciec chrzestny" to oczywisosć, aż że sam w sobie jest znany, dzieci mniej więcej łapią o co chodzi. Sama natomiast pamiętam, że gdy pierwszy raz oglądałam dużo większe wrażenie zrobiły na mnie nawiązania do "Titanica".

 To raczej typowo polskie nawiązanie. I to takie, które zrozumie raczej rodzic niż dziecko.

Pamiętam też, że miałam traumę przez scenę 'pogrzebu' zabitego kotwicą rekina. Możliwe, że jestem przewrażliwiona, ale akurat ją jedną można zakwalifikować jako niepotrzebną. Sama 'stypa' spokojnie by wystarczyła, przecież i tak widzieliśmy jak on ginie. 

I to byłoby na tyle mini wrażeń. "Rybki z ferajny" chyba nie są aż tak znaną bajką, ale może się mylę. Oglądaliście? 

Trzymajcie się, M

piątek, 11 sierpnia 2017

Nijak ("Dziewczyna z pociągu")

Hello!
Spora część blogów, jakie czytam, to blogi książkowe. Lubię obserwować fale recenzji, które pojawiają się przed i po premierze nowych tytułów. Nawet, jeśli istnieje niewielka szansa, że kiedyś, którąś z tych książek przeczytam. Ale jakaś tam jest więc mam później punkt odniesienia, gdy jednak przeczytam i chcę o niej napisać. A mam całkiem niezłą pamięć do pojawiających się opinii. 


Recenzje "Dziewczyny z pociągu" były raczej pozytywne, aczkolwiek zarzucano jej wypływanie na popularności "Zaginionej dziewczyny". W zeszłym roku wyszedł film z Emily Blunt w roli głównej, ale o nim chyba nie przeczytałam ani jednego dobrego słowa i został szybko zapomniany. Teraz wiem dlaczego. Materiał źródłowy jest wprost niesamowicie nudny.

W "Dziewczynie z pociągu" dzieje się nic, a do tego dużej części intrygi można się domyślić, bo autorka naprawdę słabo próbuje odwrócić uwagę czytelnika i skierować jego podejrzenia w inną stronę. O ile komuś chce się myśleć o tej historii, bo wlecze się jak flaki z olejem i nie jest interesująca w najmniejszym stopniu. Ta niesamowita rzecz, którą to widziała Rachel zostawia czytelnika z wyrazem 'aha' i człowiek się zastanawia o co tyle szumu. 

Później, co prawda, okazuje się, że z głównej bohaterki jest niezła agentka, ale to co robi, nie możne być czytelnikowi bardziej obojętne. Rachel pije, nie umie pogodzić się z rozstaniem, nęka nową rodzinę byłego męża, nie potrafi się ogarnąć i początkowo można jej trochę współczuć, ale to uczucie mija bardzo szybko wraz z przewracaniem kolejnych kartek. O polubieniu jej nie ma mowy. W całej książce nie ma ani jednej postaci, którą można by obdarzyć sympatią. I to nie tylko dlatego, że brakuje im charakterów (1-2 cechy to nie charakter, obsesja na punkcie dziecka też nie). Najbliżej posiadania, jakiegoś konkretnego zarysu osobowości jest Megan. Ponieważ narracja prowadzona jest na 3 głosy, a każdy w pierwszej osobie, możemy dość dobrze poznać każdą z bohaterek i zauważyć bardzo się od siebie różnią - nie znaczy, że mają charakter, ale nawet bez kolejnych podpisów byłoby wiadomo, która z nich akurat przelewa swoje myśli na papier. Uczucie, że książka to pamiętnik jest silne w trakcie czytania, tym bardziej, że daty, a nawet pory dnia są określone.

Przez 3/4 książki fabuła wlecze się niemiłosiernie, ale zakończenie podane jest nagle i bardzo szybko. Zastanawiam się czemu nazwano to thrillerem. Może powodu braku możliwości lepszego przyporządkowania. Thriller powinien trzymać w napięciu. A czytając "Dziewczynę z pociągu" nic takiego się nie czuje. Wręcz można się zastanawiać, dlaczego niby zaginięcie Megan miałoby nas w ogóle interesować, bo zasadniczo powodu nie ma. Oprócz tego, że główna bohaterka ma obsesję, bo nie ma na to lepszego słowa. Bardzo chce być w centrum wydarzeń, a jeszcze bardziej chce być ważna. Zdecydowanie jest niezrównoważona. I doskonale zdaje sobie z tego sprawę, a i tak nic z tym nie robi. 

Chyba nigdy nie czułam takiej obojętności wobec książki jak w przypadku "Dziewczyny z pociągu". Albo książkę lubię albo nie, ewentualnie moje odczucia oscylują wokół neutralności lub coś mnie denerwuje, ale tytułu, który tak bardzo nie robiłby mi różnicy, nie czytałam. 

Trzymajcie się, M


środa, 9 sierpnia 2017

Nie tylko w kinie i teatrze XIX - W grupie raźniej II

Hello!
Nie jestem zachwycona, że po raz kolejny wpis jest luźniejszy, ale przez ostatnie dwa dni nie było mnie w domu. Na dodatek były to wyjazdy spontaniczne i nawet nie mogłam przygotować nic na zaś. Oprócz tego, co już miałam przygotowane, czyli teledysków. Porządnie wzięłam się za porządki i może w końcu wygrzebię się z tych zapasów, co oznacza, że prawdopodobnie będą po dwie teledyskowe notki w miesiącu. 
A druga część "W grupie raźniej" bardzo długo czekała na publikację, bo pierwsza pojawiła się prawie dwa lata temu. Ale i zbieranie materiału nie jest łatwe, bo nie ma go za wiele. Chociaż namówienie więcej niż jednego aktora/aktorki do udziału w klipie i tak jest pewnie trudniejsze.

Jake Gyllenhall
Forest Whitaker
Samuel L. Jackson
Ron Howard
w teledysku Jamiego Foxxa do piosenki "Blame"



Między innymi:
Maisie Williams
i Victoria Justice
w teledysku Pentatonix "Sing". Resztę cameos sprawdźcie sami, bo pojawiają się nie tylko aktorzy i aktorki, ale przeróżne postaci z show biznesu.



Ian U'Chong
Jozef Aoki
Oraz kilka innych osób podpisanych pod teledyskiem Bring Me The Horizon do piosenki "Oh No". Naprawdę szkoda, że informowanie o tym, kto bierze udział w teledysku nie jest standardem, ale zdarzają się chlubne wyjątki. To bardzo ułatwia pracę.
W teledysku "Blame" aktorzy są nawet przedstawieni w samym klipie.


Kimiko Glenn
Retta
Mike Doyle
Rizwan Manji
Mary Kay Place
W teledysku zespołu Bleachers "I Wanna Get Better"


Między innymi:
Milla Jovovich
Jean-Claude Van Damme
Priyanka Chopra
W teledysku do piosenki "Don't You Need Somebody" są dużo lepsze camea niż w klipie do "Sing". Przekonajcie się sami.


Millie Bobby Brown
Ashton Sanders
oraz Ernesto Cervantes, Paris Jackson, Lulu
W teledysku The xx "I Dare You"



Następny wpis na pewno już będzie normalny.
Trzymajcie się, M

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Kocham Instagram #3

Hello!
Ponieważ ostatnie dni nie są dla mnie najlepsze i nie czuję się zbyt dobrze, a ostatnie strzępki kreatywności wykorzystałam na niedzielny post o dramie, to dziś wpis najprostszy z możliwych, czyli ulubione zdjęcia z Instagrama. 


Z moją kreatywnością naprawdę nie jest dobrze. Prawie porzuciłam pomysł na dodawanie jednego zdjęcia na Instagrama dziennie.
Ale ponieważ było lepiej, zdjęcia wyszły bardzo fajnie. Do mojej finałowej 9 z powyższych wchodzą: fotografia babeczek - jedna z moich najulubionych; zdjęcie poniżej - tak światło padało przez dach w holu przed mniejszą salą mojego kina; zdjęcie z roweru (ale bitwa ze zdjęciem kubeczków była zaciekła). A do tego 6 poniższych. 


Pierwsze zdjęcie to prawdopodobnie najlepsze zdjęcie, jakie w życiu zrobiłam. Drugie prezentuje zasadniczą różnicę pomiędzy dziewiątką z serduszek, a dziewiątką, którą ja najbardziej lubię - w moich zdjęciach w większości nie chodzi o same fotografie, a podpisy bądź momenty. Czarno-białe zdjęcie niżej, które było już w poście z urodzin, też doskonale to obrazuje. Fotografia z Gburkiem pojawiła się w piątek. Ale nie po to, aby potwierdzić napis - pamiętam, że był to wyjątkowo niedobry dla mnie piątek więc podpis brzmiał "szczególnie w piątki". Dla odmiany, aby umieścić kilka wersów z piosenki, która pojawiła się w sieci 4 sieprnia ("I wanna be with you. I wanna be with you. You the only one. Love me love me more" WINNER "Love me Love me - nie mogłam odpuścić sobie przyjemności, aby o niej nie wspomnieć), przeszukałam kilka folderów we zdjęciami, aż w końcu znalazłam pasujące z Chorwacji. Podpisywanie zdjęć fragmentami z nowo wychodzących piosenek chyba stanie się tradycją. Były cytaty z "Untitled, 2014", a zdjęcie z filiżankami jest oznaczone hasztagami z "Ko Ko Bop", teraz czekam do 16 sierpnia. I rumianek. Bo zdjęcia kwiatów zawsze wychodzą najładniej na świecie, a tych konkretnych ostatnio jest bardzo dużo. 

Mam nadzieję, że na środę uda mi się napisać coś konkretniejszego, ale nie obiecuję. Odkąd na koniec czerwca wróciłam do pisania co dwa dni, wcale tego nie odczułam, a wręcz zdziwiłam się jakie to łatwe, gdy ma się odpowiednią ilość czasu i jak niesamowicie satysfakcjonujące, gdy odbiór wpisów jest taki świetny, jak w minionym miesiącu.

Pozdrawiam, M

sobota, 5 sierpnia 2017

Z historią niestety nie wygrasz ("Moon Lovers: Scarlet Heart Ryeo")

Hello!
Już prawie miałam nie pisać o dramie "Moon Lovers: Scarlet Heart Ryeo", ale nawet po ponad dwóch tygodniach odkąd ją obejrzałam, w mojej głowie kłębią się pewne spostrzeżenia na jej temat i dopóki ich nie spiszę, to nie dadzą mi spokoju. 

"Moon Lovers" to pierwsza pełnoprawna drama, jaką obejrzałam. I już po jakiś dwóch odcinkach miałam głowę pełną przemyśleń, jak innym doświadczeniem dla widza może być oglądanie dramy, jeśli do tej pory nie miał z nimi styczności, ale może zostawimy ten temat na inny post. Dziś skupię się na tym konkretnym serialu. 

Główna bohaterka (będę się posługiwać jej imieniem, którego używała w przeszłości) Hae Soo, przeniosła się w czasie i wylądowała w łaźni królewskiego lub książęcego pałacu. Cofnęła się jedenaście wieków i musiała poradzić sobie w naprawdę niesprzyjającym klimacie intryg, knucia i niełatwej hierarchii pałacu. Co prawda Hae Soo odrobinę za szybko godzi się z tym, co ją spotkało i nie wykazuje chęci szukania możliwości powrotu (z drugiej strony nie za bardzo ma do czego wracać), ale faktycznie pałacowe życie wciąga, a bohaterka na swój sposób bardzo szybko zaskarbia sobie sympatię książątek. 


Początkowo bohaterka jest jednak dość irytująca, ale z czasem daje się polubić. To bardzo pozytywna osoba, nie daje sobie w kaszę dmuchać, nie chce dostosować się do standardów traktowania ludzi w X wieku, co można odbierać, jako głupotę albo odwagę. Stawiam na odwagę, bo udowodniła ją kilkanaście razy stawiając swoje życie na szali w różnych sytuacjach. Na początku dramy Hae Soo jest dwórką żony jednego z książąt (ósmego, w sumie jest 7, ale nie po kolei), ale ponieważ akcja dramy jest rozłożona na kilka lat, przechodzi przez różne pozycje na dworze - nawet najniższej z możliwych służących. I każda z tych ról przyjmuje z pokorą, sam fakt jak i jej reakcja na zdarzenia bardzo mi się podobały. 


Muszę wspomnieć o zaskoczeniu jakim było odkrycie, kto wciela się w bohaterkę. Zdziwiłam się, bo gdy zobaczyłam ją na ekranie, wydała mi się znajoma, a moja orientacja w koreańskich aktorkach jest praktycznie zerowa. Więc sprawdziłam i okazało się, że Lee Ji-eun to nie kto inny, a IU - piosenkarka, którą już wtedy znałam. Dzięki temu na pewno oglądanie było milszym przeżyciem. 

Do komplementów względem dramy wrócimy zaraz, a teraz chwilę pomarudzę. Ponieważ odcinki trwają godzinę, jest problem z konstrukcją poszczególnych epizodów. Dużo się w nich dzieje, ale montaż scen jest niespójny, czasami trudno odnaleźć się w czasie i przestrzeni. Jest okropnie poszatkowany. Ale to też problem scenariusza, który przypomina miejscami szwajcarski ser, a miejscami patchworkową narzutę na łóżko. Chyba najlepszym przykładem na to jest wykorzystanie postaci jednej z królowych (poza tym wiece, królowa zawsze knuje, bo chce, aby to jej syn został następcą tronu) oraz księżniczki. Scenariusz przypomina sobie o nich tylko i wyłącznie wtedy, gdy ich obecność jest konieczna i niezbędna do popchnięcia fabuły. Wpadają na jedną, dwie sceny robią zamieszanie i znikają. Oprócz tego, że są złe i knują, wiemy o nich niewiele. Poza tym tak przypadkowego wstawiania "2/5/10 lat później", jak w tym serialu nigdzie nie widziałam. Na dodatek te przeskoki często robione są z zaskoczenia. Ale tylko dla widza, bo dla bohaterów chyba nie, rzadko coś się zmienia i wydaje się, jak by jednak to, co teoretycznie wydarzyło się 2 lata wcześniej, stało się wczoraj.


Co się zaś tyczy tego, że serial jest posklejany jak kolaż. Mamy w nim dużo postaci więc było to nieuniknione. Poza tym odcinki są długie i trzeba było je zapełnić. I w tym miejscu można pójść w dwie strony: jeżeli polubiło się książątka to ich interakcje z główną bohaterką, nawet jeśli to tylko rozmowy czy zabawa (a zdecydowana większość ich kontaktów jest zabawna, przynajmniej przez jakaś pierwszą połowę dramy - potem się robi poważniej) będą się nam podobać, a fragmenty, gdzie bardziej bezpośrednio ich poznajemy bardzo nas zainteresują. Trzeba tylko zaznaczyć i samemu serialowi nieźle to wychodzi, że istnieje w nim wyraźny podział na sceny ważne dla rozwoju akcji oraz sceny ważne dla poznania bohaterów, które z kolei dzielą się na te dodane dla zapełnienia czasu antenowego oraz dla rozwoju ich historii, charakterów czy wątków. Najprościej jest polubić książątka - bez tego oglądanie może być trudne.


Z tym że nie wszyscy są dobrzy, a niektórzy bardzo zmieniają się w trakcie dramy. Źli są tak oczywiści, przewidywalni i sztampowi, że bardziej być nie mogą, a biorąc pod uwagę, że akcja dzieje się w pałacu wystarczy mieć minimalne pojęcie, jak zwykle takie rzeczy się rozwiązują, aby skutecznie przewidzieć rozwój fabuły. Główna bohaterka próbuje mieszać i często zachowuje się nieprzewidywalnie, ale z historią nie wygra.

Wróćmy do książątek. "Moon Lovers" to romans historyczny, ale wbrew temu czego można by się spodziewać nie mamy trójkąta. Hae Soo dostaje co prawda dwóch panów do kochania, ale sprawa rozwija się zaskakująco naturalnie. Ósmy książę daje widzom lekcję, że nie można być tchórzem, bo się będzie tego żałowało do końca życia. Natomiast czwarty to tragiczna postać, odrzucona przez matkę, jest nieakceptowany przez środowisko, sam siebie też nie akceptuje, ale zostaje uratowany przez bohaterkę. Od początku był nią szczerze zainteresowany, ale ona (naiwna) wierzyła w 8. Potem wiele spraw potoczyło się źle i Hae Soo dogadała się z 4, chociaż była to droga długa i wyboista, a później zamiast być lepiej było tylko gorzej. Z historią. Na historię nic się nie poradzi, a aby wyjaśnić zawiłości relacji Soo i 4 potrzebowałabym chyba oddzielnej notki.


Pozostałe książątka (10, 13 i 14; książę koronny to postać praktycznie trzecioplanowa; 3 to złol, a 9 to zaskoczenie) to przeurocze, przemiłe postaci drugoplanowe, także najprostsze rozwiązanie, aby przyjemnie oglądało się dramę, czyli ich polubić, nie może być łatwiejsze. Poznajemy ich razem z Hae Soo i chyba nawet szybciej od niej, zaprzyjaźniamy się z nimi. Ich poboczne wątki zaczynają nas szczerze interesować, zaczynamy im kibicować i przeżywać ich historię. I zostajemy wpuszczeni w maliny.


Mniej więcej połowa dramy jest naiwna, słodka i urocza. Później do głosu dochodzą intrygi. I o ile samo knucie jest średnio intrygujące, to konsekwencje polityki ponoszą nasi bohaterowie. Gra o tron nie tylko w "Grze o tron" jest krwawa. SPOILER Jak wiadomo wszem i wobec M płacze na wszystkim i jest do tego przyzwyczajona. Ale "Moon Lovers" złamało mi serce, gdy 10 książę został zabity. Płakałam do tego stopnia, że po jakiś 30 minutach skończyły mi się łzy, a nie miałam pojęcia, że to możliwe. Naprawdę, w tym wypadku można było namieszać w historii, bo Dziesiąte książątko to była kochana, słodka, zabawna, urocza, przemiła, troskliwa postać, najjaśniejszy punkt tej całej dramy, a musiał zostać uśmiercony. KONIEC. 

Podobno ma powstać drugi sezon. Ucieszyłabym się, bo może miałabym okazję lepiej opisać relację Hae Soo i Czwartego Księcia. Prawie zapomniałam, a niewspomnienie o tym, byłoby wielkim niedociągnięciem. Drama na cudowny soundtrack.

LOVE, M

czwartek, 3 sierpnia 2017

W sumie miło i sympatycznie ("Spider-Man: Homecoming")

Hello!
Wychowałam się na filmach o "X-Menach" oraz "Spider-Manie". Tobey Maguire na zawsze będzie moim Spider-Manem. Co nie oznacza, że gdy teraz oglądam jego trylogię to nie widzę, że nie są to najlepsze filmy na świecie. Ale są lepsze od Niesamowitego Spider-Mana, których to dwóch filmów szczerze nie znoszę. Dlatego do wieść, że będzie trzecie podejście do tej postaci byłam więcej niż sceptyczna. Ale nowy w "Wojnie bohaterów" okazał się zabawny i entuzjastyczny więc powoli zaczęłam się przekonywać. Zwiastuny sugerowały co prawda, że Homecoming może  być Iron Manem 3.5, ale obawy okazały się niepotrzebne.


Nowego Spider-Mana ogląda się bardzo dobrze (możne z wyjątkiem tych scen na szczycie Pomnika Waszyngtona - chyba jednak mam lęk wysokości), doskonale patrzy się na to, co dzieje się na ekranie, bo dzieje się akurat tyle ile powinno, widać znają jednak umiar w Marvelu i ogólnie to taki miły i sympatyczny film i na pewno obejrzę go jeszcze nie raz. A jednocześnie im więcej myślę, o tym co widziałam, tym bardziej wiele elementów mi się nie podoba i nie gra.  


Zaczniemy jednak od tego co mi się podoba. Tom Holland to zaskakująco dobry aktor. Ale jego Spider-Man nie jest aż tak zabawny jak być powinien. Jasne kończy mu się sieć (nie lubię tego konceptu, że bohater musi sam ją sobie robić i kombinować, co zrobić jak się skończy) i musi biegać z miejsca na miejsce (może to i lepiej, bo niestety nie lata między wieżowcami, a miedzy niskimi domkami na przedmieściach i sieje spustoszenie oraz straszy dzieci). Widzimy bardzo mało szkolnego życia Petera, a jeśli już, to jest ono pretekstem lub punktem wyjścia do jego Spidermanowych misji. Teoretycznie też wiemy sporo o Peterze - taki mądry! taki zdolny! - ale tego nie widzimy na ekranie. Widzimy, że jest szkolnym przegrywem, a bycie Spidermanem nie ułatwia wyjścia z tego stanu rzeczy. 


Doskonale jednak, że nie jest to znów historia o jego początkach. Dostajemy jedno zdanie ugryzł mnie pająk, wiemy, że May przeżyła ciężkie chwile i jest trochę nadopiekuńcza. Niestety dla Petera, a stety dla fabuły, brakuje gadki o odpowiedzialności - może gdyby się pojawiła, Peter nie narobiłby tylu głupstw.
Początek filmu jest świetny - to osobiste nagrania Petera, takie mini vlogi z wypadu do Berlina. Po czym Tony trochę go porzuca, Happy ma być jego opiekunem, a Peter staje się lekko zafiksowany na punkcie zostania Avengersem. Ale nie za bardzo ma co robić, dopóki nie odkrywa ludzi, którzy kradną kosmiczny materiał, robią z niego broń i ją sprzedają. Początkowo wydaje się, że Toomes/Vulture ma zadatki na nie najgorszego złego, ale szybko okazuje się dość karykaturalny, a jego motywacja (rodzina) choć szlachetna, to jednak sztampowa. Jednocześnie sam koncept na przeciwnika całkiem mi się podobał - był całkiem akuratny dla Spider-Mana. 

Akcja filmu jest bardzo dobrze poprowadzona, tak dobrze, że bardzo widać, że jest skonstruowana i dość konsekwentna. Oczywiście są dziury w scenariuszu, ale można na większość przymknąć oko. Jak pisałam wyżej doskonale śledzi się przebieg akcji. 


Teraz będę się czepiała. Wątek Liz. Peter kocha się w niej po uszy, gdy tylko pojawia się na ekranie, bądź dzieją się rzeczy w jakiś sposób z nią związane film staje się słodki, a muzyka przestaje być nieco zbyt majestatyczną ścieżką (trochę a'la Thor lub jakieś inne kosmosy - Michael Giacchino robił muzykę do Star Treka i Łotra 1.) jak na film o nastolatku w Queens i staje się całkiem milusia. Ale problem jest taki, że z tego całego pseudoromansu nic nie wynika i nie zostaje on odpowiednio zakończony. Nie wiem czy fakt, że plot twist, bo chyba można to tak określić SPOILER to, to że zło to ojciec Liz KONIEC SPOILERA robi wrażenie na kimś poza Peterem (o ile Holland jest dobrym aktorem, to Peter jest fatalnym). Byłam rozczarowana tym, jak wątek zauroczenia jest poprowadzony.


Biorąc pod uwagę jak bardzo film promowany był przez Zendayę wydawać, by się mogło, że jej postać odgrywa, jakąś znaczącą rolę. Nic bardziej mylnego. Na pewno na ekranie jest krótszy czas niż Liz, ale za to nosi na czole wieki napis - będę ważna w następnym filmie. Rozumiem, że aktorka grająca Liz (Laura Harrier) jest mniej rozpoznawalna niż Zendaya, ale uważam, że potraktowana ją bardzo niesprawiedliwie. Ten napis jest naprawdę duży - na koniec filmu przedstawia się jako MJ. 

Najlepszy przyjaciel Petera - Ned, to jeden  z najbardziej irytujących bohaterów z jakim  spotkałam się w filmie. Naprawdę liga desperatów. Co było złego w postaci Harrego? Chociaż budowali Gwiazdę Śmierci z Lego, za to punkt.

Końcówka filmu to taka mini "Katastrofa w przestworzach". Jest samolot jest dobrze. Jeśli "Spider-Man: Homecoming", czegoś uczy, to tego, że samoloty nigdy nie będą latać bez pilotów, bo gdy nikogo nie ma w kokpicie, za łatwo taki samolot zhakować. 

Trzymajcie się, M

wtorek, 1 sierpnia 2017

Nie tylko w kinie i teatrze XVIII

Hello!
Ostatnio było dużo pisania, tak mojego jak i Waszego (komentarze pod postem o "13 powodach" ciągle się pojawiają), więc dziś coś luźniejszego na początek tygodnia. Dziś wyjątkowo dość przypadkowo, ale mam zapisane już tyle teledysków i nowych pomysłów (reżyserzy!), a aby posty się dobrze otwierały mogę mniej więcej sześć bez problemu załączyć, więc trzeba zacząć wyciągać zapasy. 

Ansel Elgort w teledysku "Be The One" Dua Lipa. Nie wiem czy wiecie, że Ansel nagrywa własne piosenki, a jego klip do utworu "Thief" to pod wieloma względami jeden z najgorszych teledysków, jakie widziałam. Ale sama piosenka potrafi przyczepić się do głowy. 
"Be The One" ma dwie wersje teledysku, nas interesuje ta Vevo.



Diego Luna w teledysku Katy Perry "The One That Got Away". Pamiętam, że gdy ten teledysk wyszedł bardzo mi się podobał. Ale zapomniałam i o nim, i o piosence. Potem pojawił się film "Łotr 1" i sprawdzając obsadę zobaczyłam, że Diego Luna w ciekawostkach ma napisane, że brał udział w teledysku Katy Perry. Ale, że w tym konkretnym zobaczyłam dopiero teraz. 



Johanna Bros w teledysku Ofenbach "Be Mine". Znalazłam ten teledysk tuż po tym, gdy został opublikowany. Sprawdziłam, był to jeden z tych doskonale podpisanych klipów z nazwiskami najważniejszych osób, biorących udział w jego powstawaniu. Zapisałam. Na piosenkę nie zwróciłam szczególnej uwagi. Niedługo później (około 2 miesięcy, jesteśmy tacy szybcy) okazało się, że utwór jest bardzo popularny w Polsce. Muszę przyznać, że cieszyłam się, że znałam go dużo wcześniej. 


Jeremy Renner. Nie mam pojęcia czemu on pojawia się tu dopiero teraz. Ale może tylko wydawało mi się, że sprawdziłam większość aktorów z filmów superbohaterskich i powinnam zrobić to raz jeszcze. Tym bardziej, że w międzyczasie rozrosła się liczba aktorów i aktorek w MCU i serialach Marvela.
1. Teledysk Pink "Trouble", którego nie można znaleźć na YT, ale jest na Vimeo więc załączam link. 
2. Brother Sal "Scenes On Sunset". 


Natalie Portman (oraz jej dziecko w brzuszku) w teledysku "My Willing Heart" James Blake. Jest piękny, po prostu go zobaczcie. 


LOVE, M



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...