poniedziałek, 16 października 2017

Porwanie z filmami w tle / Filmy z porwaniem w tle ("Kim Dzong-Il. Przemysł propagandy")

Hello!
Nie kupuję zbyt wielu książek. Gdy już na jakąś się zdecyduję to znaczy, że musiała mnie bardzo zainteresować. Dziś spróbuję Wam wyjaśnić, jak książka z wielką twarzą Kim Dzong Ila na okładce, znalazła się w mojej biblioteczce.

Chciałam "Przemysł propagandy" czytać w tramwaju, ale zdecydowanie nie czułabym się komfortowo podróżując z taką okładką. 

Od wiosny tego roku przeżywam wzmożone zainteresowanie południowokoreańską muzyką. A przy okazji także szerzej pojętą kulturą popularną Korei. Gdy pod koniec czerwca wróciłam do domu i zostałam odcięta od sprawdzania nowości w Epiku, musiałam zadowolić się zwykłą księgarnią. W której akurat były spore promocje. Trzeba przyznać, że okładka książki, o której piszę zwraca uwagę bardzo. Poza tym kosztowała 10 zł. To bardzo znaczący argument. Ale wtedy jeszcze nie byłam przekonana do zakupu. Do czasu, aż obejrzałam fragment koreańskiego programu rozrywkowego, których jest mnóstwo na YT, stacje telewizyjne same je wrzucają, bardzo często od razu z angielskimi napisami. A same programy są prześmieszne, nawet jeśli oglądając nie do końca rozumie się żarty bądź są one żenujące, to Koreańczycy są tak ekspresywni, że nie sposób się nie śmiać razem z nimi. Ale akurat ten fragment nie do końca był zabawny. Piosenkarka Kim Yonja opowiadała o tym, jak została zaproszona do Korei Północnej i została zapytana przez jedną z osób, czy się nie bała, że, gdy pojedzie, to nie wróci. Odpowiedziała, że się bała, a osoba, która pytała dodała, że przecież pewna para została porwana. Skojarzyłam fakty i stwierdziłam, że parą, o której wspominali byli zapewne bohaterowie książki, którą widziałam w księgarni. I ciekawość zwyciężyła, kilka dni później ją kupiłam. 

Teraz, gdy znacie już historię mojego życia, zajmijmy się samą książką. Po pierwsze opis z tyłu okładki sugeruje, że będzie to tylko opowieść o porwaniu reżysera Shin Sang Oka oraz aktorki Choi Eun Hee (notabene: na okładce imiona zapisywane są z dywizem (Sang-Ok, Dzong-Il w tytule), ale w treści książki bez), a dostajemy o wiele więcej. Po pierwsze o życiu osobistym bohaterów, także Kim Dzong Ila. Nie jestem przekonana czy można tę książkę nazwać biografią, nawet fabularyzowaną. Jest to oczywiście opowieść oparta na faktach, ułożona chronologicznie, dotycząca życia tych osób, ale mimo wszystko do kategorii biografii nie można jej zaliczyć.

Oprócz historii ludzi i o ludziach "Przemysł propagandy" to opowieść o filmach. I w sumie dowiadujemy się bardzo dużo o rozwoju przemysłu filmowego w obu Koreach, trochę o Japonii i Chinach. Trochę historia filmu tamtego okresu w pigułce, a na pewno historia filmów reżysera Shina. Ale autor książki - Paul Fischer - wplata w nią elementy polityki, głównie dotyczące Korei Północnej. Możemy przeczytać o micie założycielskim, o przykładach innych porwań, o więzieniu głównie z perspektywy Shina, o filmowych ambicjach Kim Dzong Ila.

Najzabawniejsze jest to, że najmniej w tej książce propagandy. Bo przemysł propagandy to oczywiście przemysł filmowy, ale o filmach typowo propagandowych dowiadujemy się bardzo niewiele. Tyle, że nie były dobre i nie spełniały swojego zadania. Dlatego też Shin i Choi zostali porwani, aby zrobili lepsze filmy. Ale jak się okazuje do tytułów propagandowych było im na tyle daleko, na ile wolności twórczej pozostawił im Kim. Angielski tytuł książki brzmi "A Kim Jong-Il Production".

"Przemysł propagandy" jest wciągającą i intrygującą książką, czyta się ją z wielkim zainteresowaniem. Naprawdę, nie znoszę pisać takich zdań w recenzjach, ale to najkrótszy i najlepszy jej opis. Chociaż to nie do końca tak, że książka ta jakość szczególnie trzyma w napięciu, ale i chyba nie ma takiego zamiaru, przecież od początku wiemy, że w końcu bohaterom uda się zbiec. Co prawda dla osoby, która zupełnie nie interesuje się ani filmami, ani Koreami, ani nie przepada za biografiami (uznajmy na moment, że może znajdować się w tej kategorii) może nie być, aż tak fascynująca, jak dla osoby, która zainteresowana jest chociaż jednym z wymienionych aspektów. Ale warto dać jej szansę, bo można dowiedzieć się wielu zaskakujących rzeczy, naprawdę wielu. Dodano do niej też 4 kartki ze zdjęciami, co było świetnym pomysłem.

Ze względu na ilość podejmowanych tematów, choć połączonych wspólnym wątkiem bohaterów, którzy zostali porwani książka cierpi narracyjnie. Większość historii Shina i Choi opowiedziana jest w trzeciej osobie, ale z ich perspektywy, w fabularyzowanej formie. Ale między te części wplecione są fragmenty informacyjne, powiedzmy zostają wymienione przykłady innych porwań. Z tym, że często to nie jest ani nowy akapit, ani tym bardziej rozdział. Po prostu w pewnym momencie zostaje zawieszona fabuła, następuje przekazanie wiadomości, po czym opowieść znów się zaczyna. Podobnie jest, gdy autor cytuje pamiętniki bohaterów i nagle używa czasu przeszłego w dziwnym kontekście, chociaż historia opowiadana jest tak, jakby działa się teraz. Czasami też w tych informacyjnych częściach nie wiadomo do jakiego czasu autor się odnosi. Tego, gdy Shin czy Choi (porwana w 1977 roku) byli w Korei Północnej czy zakłada, że obecnie jest tam dokładnie tak jak było i odnosi się do współczesności. Zasadniczo nieszczególnie przeszkadza to w czytaniu, choć dla wrażliwych na chaos czytelników, może być irytujące.

Ciekawostką jest to, że można wyraźnie wyczuć, że autor faworyzuje w opowieści Choi Eun Hee. Poświęca jej dużo więcej uwagi, a przecież to Shin Sang Ok dwa razy próbował uciekać. Może to wynikać z faktu, iż Madame Choi jeszcze żyje, autor albo się z nią spotkał osobiście (to sugeruje epilog, ale nie zostaje bezpośrednio napisane, że to Fischer się z nią widział) albo utrzymywał blisko kontakt w czasie pisania książki. Praktycznie cały epilog poświęcony jest Choi. Tak jak wcześniej faworyzowanie było tylko silnym przeczuciem czytelnika, tak w epilogu zostaje potwierdzone. A nawet bardziej, autor zasadniczo pisze, że to ona była zdecydowanie ważniejsza.

"Myśląc o Choi Eun Hee, kobiecie urodzonej w kraju rozdartym przez supermocarstwa, na której życie tak zasadniczo wpłynęli reżyser filmowy Shin oraz Drogi Przywódca Kim - dwaj mężczyźni o wielkim ego oraz ambicji decydowania, kontrolowania i kierowania - nie sposób zapomnieć o dwudziestu czterech milionach innych krewetek pośród wielorybów żyjących na północ od strefy zdemilitaryzowanej, bezwolnych statystach w produkcji filmowej na wielką, ogólnokrajową skalę."

Trzymajcie się, M

piątek, 13 października 2017

1518. Pamiętaj, że najważniejsze jest, aby to, co najważniejsze, pozostało najważniejsze

Hello!
Powracam do szarej rzeczywistości blogowania, gdy nie mam na to czasu i muszę ratować się wcześniej przygotowanymi materiałami. Problem w tym, że "Duży Mały Poradnik Życia" mi się kończy, będą z niego jeszcze najwyżej dwa wpisy, a w grudniu tego roku, 4 lata odkąd ukazała się pierwsza notka z radami Jacksona H. Browna (a ja dalej nie pamiętam jak nazywa się autor i za każdym razem muszę to sprawdzać), najprawdopodobniej opublikowana zostanie ostatnia. Ale do tego strasznego momentu jeszcze dwa miesiące, chociaż przygotowuję się na to od dłuższego czasu. Dziś jednak cieszmy się kolejnymi ośmioma złotymi myślami z tej świetnej książki. 


1527. Wysiadając z samolotu, podziękuj pilotowi za bezpieczny i wygodny lot. Naoglądałam się tyle "Katastrofy  w przestworach", że całkowicie rozumiem ludzi, którzy po wylądowaniu biją pilotom brawa, gratulują udanego lotu i na pewno bym z entuzjazmem do nich dołączyła. 

1530. Nie myl sprytu z mądrością. "Wiedzę możemy zdobywać od innych, ale mądrości musimy nauczyć się sami" - taki cytat znajdował się w sali od matematyki (nie był podpisany, ale internet twierdzi, że to Mickiewicz) w moim liceum i od razu skojarzył mi się z tym punktem. Wiedzę chyba też możemy dodać, aby jej nie mylić ani ze sprytem, ani z mądrością. 

1531. Pamiętaj, że prawda często jest wypowiadana żartem. Każdy to zna. Ktoś mówi coś szczerego/nieprzyjemnego/zaskakującego, potem żałuje i mówi "Żartowałem!!!". Albo ktoś faktycznie chce przekazać coś ważnego, ale albo nie umie inaczej, albo się denerwuje, albo jeszcze coś innego i robi z tego żart. Oba przypadki zwykle są dość nieudolne i zostawiają nieprzyjemne odczucia w rozmówcach. 

1532. Nie żyj z wciśniętym hamulcem. A  takim razie co z tymi wszystkimi slow lifeami, stylami, jedzeniem i całą resztą?

1534. Pamiętaj, że najlepszym lekarstwem na zmartwienie jest działanie. Gorzej jeśli zamartwiasz się czymś, co ciebie dotyczy, ale nie masz na to żadnego wpływu i żadnej możliwości działania. Można jednak robić rzeczy, które odciągną po prostu nasze myśli od tego, nad czym łamiemy sobie głowę.

1539. Pamiętaj, że prawdziwe szczęście rodzi się z godnego życia.

1543. Rozmawiaj ze swoimi roślinami. I puszczaj im muzykę klasyczną, podobno lepiej od tego rosną.

1544. Proś o radę, kiedy jej potrzebujesz, ale pamiętaj, że nikt nie jest ekspertem od twojego życia. Ciekawe czy jest ktoś, kto czuje się ekspertem nawet od swojego własnego życia. 

Czasami, gdy robię komentarze do poszczególnych porad zastanawiam się, czy na pewno wyraźnie czuć, gdzie jestem, gdzie nie jestem i gdzie jestem nie do końca sarkastyczna. Mam nadzieję, że tak, abyście nie odnieśli wrażenie, że kwestionuję niektóre z rad, które, jak by nie było, sama wybrałam. 

Miłego weekendu, M



wtorek, 10 października 2017

Jeśli nie polubicie bohaterów, to się zanudzicie ("Hwarang")

Hello!
Ponieważ miałam listę naprawdę dobrych (a przynajmniej recenzje miały dobre) dram, postanowiłam obejrzeć tytuł, na który wpadłam przypadkiem na Wikipedii, i w którego opisie było napisane, że nie zdobył popularności i okazał się finansową klapą. Typowa ja, musiałam przekonać się na własnej skórze. 

Tak powinno być. 
Ale nie oni musieli wcisnąć tam trójkąt miłosny.

I okazało się, że "Hwarang" (Hwarang: The Poet Warrior Youth), bo o tej właśnie dramie piszę, wcale nie jest aż taki zły, jak się spodziewałam, że będzie. Nie jest szczególnie zachwycający ani ogólnie szczególny, ale myślałam, że będzie dużo gorszy. Fabuła skupia się na królewiątku (Ji Dwi/ Król Jinheung), które żyje w ukryciu, bo królowa matka nie chce odstąpić mu tronu; chłopiątku (Sun Woo), bez imienia, które dostaje się do stolicy, gdzie w dramatycznych okolicznościach traci przyjaciela i oskarża królewiątko o jego śmierć; oraz postać, którą można nazwać główną bohaterką - Ah Ro. Oczywiście to dość klasyczny trójkąt. Królowa matka wymyśla sobie, że aby utrzymać tron, zbierze synów wszystkich dostojników w jednym miejscu i wyszkoli do służby państwu (znaczy sobie). Królewiątko bez wiedzy i zgody matki dostaje się do Hwarangu oraz chłopiątko pod przybranym imieniem i nazwiskiem również. I tak mniej więcej zaczyna się historia. 

    Biedne i śliczne królewiątko                 Główna postać kobieca                 Chłopiątko pod                                                                                                                           przybranym nazwiskiem                                                                             
Skróciłam to bardzo, ponieważ 4 pierwsze odcinki tej dramy są niesamowicie nudne i spokojnie można byłoby zrobić z nich jeden. Później jest trochę lepiej, ale zawsze w połowie odcinka musiałam na jakiś czas przerwać oglądanie, ponieważ skupienie wyczerpuje się bardzo szybko i po 30 minutach ma się średnią ochotę, dalej patrzeć na nieszczególnie szybko posuwające się do przodu wydarzenia. Tym bardziej, że montaż poszczególnych sekwencji scen bywa dość przypadkowy i nie zawsze łatwo podążać za tokiem odcinka. To chyba też wina scenariusza, w którym widać sporo dziur, które wydaje się były zapychane niejako na siłę. A jednocześnie wszystkie 20 odcinków wydają się jednym bardzo długim filmem i samo pocięcie go na odcinki jest zaskakująco akuratne. Być może to dlatego, że cała drama została nagrana wcześniej, co z tego, co wyczytałam nie jest powszechną praktyką i zwykle seriale nadrywa się zasadniczo w trakcie ich trwania. 

 Księżniczka ma na temat Ah Ro to samo zdanie co ja.

Najłatwiej będzie opisywać i oceniać poszczególne postaci, bo jeśli nie poczujecie choć najcieńszej nici sympatii do chociaż jednej z nich, to oglądanie będzie trudne. Tym bardziej, że Ah Ro to jedna z najbardziej irytujących postaci, jakie widziałam na ekranie. A w pierwszych odcinkach zapowiadała się nawet na dość silną i niezależną kobiecą postać. Niestety później wszystko to traci, staje się płaczliwą, zależną i niewdzięczną bohaterką. Na dodatek aktorka, która ją gra wygląda w tej roli wyjątkowo niekorzystnie, a jej przeszarżowana gra jeszcze to podkreśla. Na dodatek Ah Ro to same kłopoty, ona nie może zrobić tego o co ją poproszą, tak jak ją poproszą, nie robić rzeczy, których nie powinna, mogłaby też sama na siebie uważać, czego też nie robi. Najlepszym sposobem, aby "Hwarang" był lepszą dramą byłoby wycięcie albo przynajmniej znaczne zmniejszenie jej roli i pozostawienie tego serialu, jako opowieści o młodych mężczyznach uczących się w Hwarangu...

                                               Ban Ryu kocha ją, a ona jest siostrą Soo Ho.

...Bo, iż, gdyż, ponieważ element męskiej przyjaźni, a także kłótni, współzawodnictwa i rywalizacji, a najprościej rzecz ujmując - męscy bohaterowie całkiem się tej dramie udali. Zaczynając od biednego królewiątka, które nie tylko całe życie się ukrywało, nie miało przyjaciół, a jak się zakochało to w nieodpowiedniej osobie; przez Soo Ho, który najpierw robi, później myśli, ale ma bardzo dobre serce oraz głęboko cierpi z powodu platonicznej miłości do królowej matki; przez Ban Ryu, który jest chyba nawet tragiczniejszą postacią od królewiątka, bo ma dwóch zdecydowanie nadambitnych ojców, którzy każą robić mu straszne rzeczy, presja jest ogromna, a on wcale nie chce ich robić, chciałby w spokoju żyć z dziewczyną, którą kocha z wzajemnością; po Sun Woo, który ma dwa wyrazy twarzy i wydaje mu się, że jest sprytny i fajny. Chociaż jest jednym z trzech głównych bohaterów to naprawdę trudno go polubić, a motyw zemsty, który przewija się przez całą dramę jest zwyczajnie słaby. Jest jeszcze dwóch, prawie trzech ważniejszych członków Hwarangu, ale wymienieni powyżej są najistotniejsi. W każdym razie, gdy jeszcze odrobinę bardziej rozwinąć ich osobiste wątki oraz elementy wspólnego życia to mogłaby być naprawdę ciekawa drama. 

Han Sung był najmłodszym członkiem Hwarangu i miał wszystkie przymioty z tym związane. Ogólnie jego postać od razu kojarzy się z 10 książątkiem z "Moon Lovers". 
A po prawej Yeo Wool, którego rola zasadniczo sprowadzała się do bycia ładnym i zniewieściałym.

Dobrze byłoby też wyciąć przynajmniej część drugiego planu, bo dzieje się tam za dużo zupełnie niepotrzebnych rzeczy. Zasadniczo przez większość odcinków wydaje się, że drama skręca raczej w komediową niż poważną stronę, ale nie jest nachalnie, choć niekiedy za to prymitywnie, zabawna i nawet jej to wychodzi. Poważne kłopoty z tym, jaka drama chce być, zaczynają się około 15 odcinka, gdy rzeczy powinny zacząć się wyjaśniać a problemy rozwiązywać, więc wypadałoby być nieco poważniejszym. I to nie działa. Nawet nie tyle, że nie jest to wiarygodne, co dramie dużo lepiej wychodzi bycie czymś lżejszym. Intrygi, knucie i kombinowanie najlepiej zostawić królowej matce, bo w wykonaniu innych postaci, jak podłe by nie było, nie robi wrażenia. Poza tym, jeśli sprawdzi się fakty historyczne, to nawet jeśli przed każdym odcinkiem napisane jest, że i owszem akcja dzieje się w określonych czasach, ale postaci są wymyślone, to zakończenie dramy jest totalnie przewidywalne. W sumie jest nawet jeśli się tego nie sprawdzi. 

Tak w skrócie "Hwarang" to momentami wyjątkowo dłużąca się drama, z niesamowicie irytującą bohaterką, ale ciekawymi bohaterami męskimi, dzięki, którym oglądanie jest znośne. Ale gdybyście mieli się decydować na dramę historyczną, to bardziej zachęcam do zerknięcia na "Moon Lovers"

LOVE, M

sobota, 7 października 2017

"Koi to Uso" & "Katsugegi / Touken Ranbu"

Hello!
Tegoroczny sezon letni anime był najtrudniejszym do przebrnięcia, odkąd zaczęłam oglądać anime wychodzące na bieżąco. A przecież miałam czas, ale zero ambicji aby pokończyć pozaczynane tytuły. Udało się tylko dwa, które zaczęłam (z 6) plus jedno, które ma 24 odcinki więc skończy się w sezonie zimowym. To w sumie nie tak źle, bo to połowa, ale sam fakt, że je dokończyłam to już sukces, bo było ciężko. Sezon letni 2017 to nie był dobry czas dla anime.


"Koi to Uso"
Niewiele brakowało, a wcale nie zobaczyłabym tego anime do końca. Utknęłam po 5 lub 6 odcinku i cała ta historia zaczęła być irytująca a nie intrygująca. Ale przyuważyłam, gdzieś kadry z kolejnych odcinków wyraźnie nawiązujące do "Romea i Julii", a ponieważ tropię Szekspira w anime, musiałam to sprawdzić. I okazało się, że bardzo dobrze zrobiłam, bo nie tylko sztuka była wystawiana przez bohaterów to także, co prawda trochę łopatologicznie, fabuła i główny bohater wyjaśniali powiązania
pomiędzy sztuką i systemem społecznym w jakim oni żyją. Także nie było to po prostu wystawienie przedstawienia, ale trochę głębsze nawiązanie. Samo przygotowanie było rozgrywane przez 3 odcinki, ale to już szczegóły do notki Szekspir w anime.
Po odcinkach z Szekspirem anime znów jest irytujące. Ale to chyba wina materiału wyjściowego, bo wydaje się, że fabuła mangi to bardzo zmarnowany potencjał. Delikatnie mówiąc zakończenie anime rozczarowuje nijakością. Jak na coś, co ma tytuł "Love and Lies" to miłości może i było dużo, jeśli nie za dużo, a i tak możliwości rozwoju niektórych wątków zostały zaprzepaszczone, szkoda. Natomiast o co chodzi z kłamstwami nie wiem nawet teraz. Oprócz jednego bardzo jasnego przypadku, reszta bohaterów coś sobie mówi o tym, że nie może o czymś powiedzieć, ale o jakie kłamstwa miałoby chodzić.

Poza tym główny bohater to taka ciepła klucha, jego prawdziwa miłość jest tylko odrobinę mniej nijaka jak on. Za to jego idealnie dopasowana kandydatka na przyszłą żonę to zaskakująca postać, jedyna, o której można napisać, że wyraźnie rozwija się w trakcie anime. I, chociaż na początku jest trochę dziwna, później bardzo się jej kibicuje, bo istnieje obawa, że zostanie sama. Przyjaciel głównego bohatera też był ciekawą, ale zmarnowaną postacią. 
Trzeba jednak przyznać, że anime jest bardzo ładne i dobrze się na nie patrzy.

"Katsugeki / Touken Ranbu"
Muszę przyznać, że tu też trochę utknęłam, ale wiedziałam, że prędzej czy później dokończę to anime. Aby zrobić to wcześniej zmotywował mnie Copernicon i prelekcja dotycząca 'chłopcomieczy', na której byłam ja i prowadząca. A naprawdę anime i to 'poważniejsze' i to poprzednie Hanamaru, które było urocze, śmieszne i lekkie (choć też nie do końca), są super nie wiem jak można nie zachwycać się wojownikami zrodzonymi z mieczy. Tak na marginesie to w Japonii, ale i na świecie, patrząc po tym, co udostępnia Crunchyroll oraz dostępności gadżetów związanych z Touken Ranbu, 'chłopcomiecze' są wręcz niesamowicie popularni aż do skali fenomenu i szkoda, że w Polsce dużo mniej.


Przy pierwszych wrażeniach z minionego sezonu wyrażałam obawę, że seria mimo wszystko nie będzie jednak aż taka poważna, jak chciałabym aby była. Ale odrobinę się pomyliłam. Żarty, które pojawiały się w odcinkach służyły rozładowaniu napięcia a nie przykryciu go. Naszym wojownikom udaje się za każdym razem obronić historię i to nie konsekwencje związane z jej ewentualną zmianą są poważnym tematem, a konsekwencje tego, że ta historia w ogóle musi być broniona i działań wojowników w tym celu. Niestety tam, gdzie pojawia się armia złych zmieniaczy czasu tam pojawiają się niewinne ofiary. I z tym aspektem swojej misji 'chłopcomiecze' muszą się mierzyć. A także z osobistymi sprawami oraz relacji pomiędzy poszczególnymi członkami drużyny. Głównie towarzyszymy drugiemu unitowi, który jest mniej wyrobiony niż pierwszy, który można nazwać elitarnym. A z chęcią dowiedziałabym się o nim więcej, bo większości jego członków nie było w Hanamaru i nie znam tych postaci.

Ciekawe, bo końcówka sezonu znów skupia się na mieczach należących do członka Shinsengumi i tym razem dramaty przeżywają miecze samego Hijikaty. W Hanamaru załamanie miał jeden z mieczy Okity. Mam nadzieję, że nie tylko w temacie wybierania główniejszego wątku Katsugeki pójdzie w ślady komediowej wersji, ale podobnie jak ona, dostanie drugi sezon.
Poza tym jest prześliczne i przepiękne. Kreska jest cudna a animacja cud miód. Same zachwyty. I muzyka, muzyka też bardzo pozytywnie się wyróżnia. 

Trzymajcie się, M

środa, 4 października 2017

Czarno-biały wilk

Hello!
Odkąd poszłam na studia wyszywanie bardzo na tym cierpi. W tym roku zrobiłam tylko miniaturki postaci z "Yuri!!! on Ice", które pokazywałam na koniec marca oraz wilka, którego pokazuję dziś. Słoneczniki, nad którymi pracuję już pewnie drugi rok, możliwe, że uda mi się dokończyć przed styczniem, bo zostało mi tylko tło, ale naprawdę trudno to przewidzieć. 


A wilk został wyszyty, jako prezent dla koleżanki z filologii polskiej i był trochę ślepym strzałem, bo nie miałam pojęcia czy aby na pewno jej się spodoba.


Początkowo miała to być prosta wyszywanka, czyli same czarne elementy. Ale, ponieważ jakość kanwy, którą kupiłam, a która była chyba ostatnim kawałkiem materiału do wyszywania w całym mieście, pozostawia bardzo wiele do życzenia, postanowiłam wypełnić wzór białymi krzyżykami. Co ciekawe okazało się, że zajęło to dużo więcej czasu niż przypuszczałam i niż wyszycie konturów, które przecież trzeba było liczyć. Sama byłam zaskoczona, bo zwykle ten etap pracy idzie dużo szybciej niż pierwszy.


Powinnam była położyć obok wilka coś, co pomogłoby pokazać jego wymiary. Bo, gdy teraz patrzę na te zdjęcia to wydaje się większy niż jest w rzeczywistości. Ale może to i nie gorzej, bo pomimo takiej a nie innej kanwy, wyszedł ładniej niż się spodziewałam, gdy zobaczyłam i przerysowywałam wzór.



Trzymajcie się, M

niedziela, 1 października 2017

Igła 2017

Hello!
Albo pełna nazwa XIII Ogólnopolski Festiwal Teatrów Małych Igła 2017 w Ostrołęce, przy którym miałam w tym roku okazję trochę pomagać przy okazji przedłużenia moich praktyk.


Ale nie o moich praktykach, które były super ekstra i gdy Igła się skończyła, na myśl o tym, że to oznacza, że będę musiała wrócić do domu, spakować się i następnego dnia jechać do Gdańska (czyli dziś- te słowa piszę już z akademika) prawie się rozpłakałam. Najchętniej zostałabym w OCZKU i dalej pomagała i kręciła się przy organizowanych imprezach. Na przykład poniższy program prezentacji to moja robota (w sensie kolejność i godziny - wydawać by się mogło, że to niewiele, ale wymagało to sporo przemyślenia).

Ale moim planem było napisanie o poszczególnych monodramach i przedstawieniach teatralnych. Pierwszych było 4, drugich 5. To niewiele (ale ja dzięki temu miałam odrobinę mniej myślenia nad programem), ale gdyby było więcej spektakli, które poruszały trudne tematy i problemy świata, to widzowie i jury mogłoby tego nie udźwignąć. A z drugiej strony przedstawienia były bardzo różnorodne. Pierwszy monodram - "Pamiętnik" - był szalenie feministyczny i bardzo kobiecy, od razu bardzo się wszystkim spodobał, co zaowocowało Srebrną Igłą. Drugi nagrodzony monodram o "Zabrali mnie w nocnej koszuli na Sybir", Martyna także dostała Srebrną i były to jedyne dwie nagrody w tej kategorii. I słusznie, bo zdecydowanie były najlepsze i wyróżniały się na tle pozostałych. "Nie-Żyj Chwilą!" może nie tyle mi się nie podobało, co trochę przysypiałam w trakcie (przepraszam) i wydało mi się odrobinę zbyt proste. Ludzie, którzy lepiej ode mnie się znają na rzeczy, twierdzili, że dziewczyna nie udźwignęła tekstu i za dużo chodziła po scenie, ale ma potencjał, bo poradziła sobie nieźle, jak na pierwszy występ z monodramem. "Marta i Maria" podobało mi się za to bardzo, szkoda, że zdecydowano się przyznać nagrody w ten, nie inny sposób. W tym monodramie Olga pokazała perspektywę Marty, czyli drugiej siostry Łazarza.

Na zdjęciu widać: panią Aleksandrę, czyli panią kierownik Klubu Oczko i mojego opiekuna praktyk oraz mnie-praktykanta, który 'prowadził' Igłę. Jednym z moich zadań było właśnie zapowiadanie spektakli. 

A teraz teatry. Kaprys i "Z Pieśni wzięte", na podstawie wybranych dzieł Mickiewicza, na przykład "Świtezianki". Były to trzy opowieści o romantycznej, nieszczęśliwej miłość, przedzielone śpiewaniem "Matulu moja, śliczną córkę masz". Ostatnim teatrem, który się prezentował był Teatr Satyry Zielona Mrówa w spektaklu "Klosz-Art, czyli pochwała muchy". Prześmieszny, teoretycznie prosty, bo to przedstawienie o owadzie jednak, ale rozśpiewany i z muzyką na żywo. Że tak powiem podniósł morale widzów i jury. Oba spektakle zostały nagrodzone Złotą Igłą. Także śpiewanie to może być jakiś trop na przyszłość.

 "Z Pieśni wzięte". A zdjęcia są wzięte ze strony ostroleka.pl, a plakaty ze strony ock-ostroleka.pl.

"Lustra" DECEM TOYS to był dopiero spektakl. Bohaterkami były pacjentki szpitala psychiatrycznego, które trafiły do niego po strasznych rzeczach, które przeszły w swoim życiu. Formą terapii było wybranie fragmentu (monologu) z dzieła Szekspira (notabene na zdjęciu wyżej tego nie widać, ale w czasie Igły biegałam po Oczku w koszulce z Shakespeare to do list). Zobaczyliśmy Julię, Lady Makbet, Helenę, Makbeta i Ofelię. Podobało mi się, choć momentami było wszystkiego za dużo. Jury też się podobało, bo DECEM TOYS dostało Srebrną Igłę. 
Pozostałe teatry były dwuosobowe. "Z piekła rodem" Teatru Transparentni był zaskakująco sympatyczny i uroczo zabawny, podobnie jak duet aktorski, który spektakl prezentował. Natomiast "Troje to już tłum" i przedstawienie "Tu straszy cisza", to nie była moja bajka. Był trochę niezrozumiały, chociaż podobno zostawiał duże pole do interpretacji. Jeśli tak, to chciałabym wiedzieć nico lepiej nad czym mam myśleć, bo w tym wypadku nie było to jasne. 
Brązowe Igły nie zostały przyznane. 
Mam taką obserwację po całej Igle, dotyczącą wyboru repertuaru. Albo bardziej wyboru teatru. Młodzież i młodzi dorośli sięgają po klasykę albo współczesne teksty dotyczące ich problemów, to są jednak nieśmiertelne tematy i źródła inspiracji. 

LOVE, M



piątek, 29 września 2017

Kocham Instagram #4 Plus plany i ogłoszenia

Hello!
Ponieważ jestem we wrześniu nieco bardziej zajęta niż miałam być, do tego dziś zaczyna się Igła, czyli kolejny festiwal teatralny w tym miesiącu, przy którym pomagam, a w niedzielę wracam do Gdańska i po pierwsze jestem bardzo zdenerwowana dopasowywaniem planów zajęć i samymi planami, po drugie pakowaniem, które powinnam rozpocząć, ale gdy je zacznę to będzie ostateczny koniec wakacji. A dziś nawet oficjalny, bo Uniwersytet Gdański dziś ma inaugurację roku akademickiego. 
W skrócie, ponieważ cierpię na braki w czasie oraz zmęczenie, dziś notka podsumowująca sierpień i wrzesień na instagramie. Zwykle staram się nie umieszczać dwóch zdjęciowych notek jedna po drugiej i ta miała się pojawić w niedzielę, ale nie wyrobiłam się z materiałem na dzisiejszą. I nawet nie wiem, czy wpis w niedzielę się pojawi, ponieważ nie będę jeszcze miała dostępu do internetu w akademiku, a zarządzanie blogiem z telefonu to nie moja bajka. 
Wykorzystam okazję i poinformuję o innych ogłoszeniach. Od września przechodzę na tryb pisania co 3 dni. A przynajmniej takie było i tak optymistyczne założenie, dopóki nie zobaczyłam i nie skleiłam moich planów zajęć. Póki co wyglądają naprawdę przerażająco (naprawdę dużo bardziej niż w poprzednich dwóch semestrach), każdym tygodniu będę miała zajęcia ułożone inaczej i nie wiem, kiedy wdrożę się do takiego trybu życia, o ile w ogóle. Widzę też po nazwach zajęć, że istnieje duże prawdopodobieństwo, iż tegoroczna sesja zimowa nie będzie tak lekka jak zeszłoroczna. Dokładnie jak wygląda mój plan na ten rok napiszę w listopadzie, gdy zajęcia się zaczną.
Ale planuję pisać więcej o studiach na facebooku bloga. A dokładniej chciałabym pisać na bieżąco. Dotyczy to oczywiście pierwszego kierunku, bo to tam dzieją się nieprzewidziane i zaskakujące rzeczy. W podsumowaniach zajęć niewiele o tym wspominałam, ale rzeczy jakie jak niepojawianie się profesorów na zajęciach bez uprzedzenia, odwoływanie na godzinę przed to zasadniczo norma. Chciałabym na facebooku zebrać wszystkie 'razy', gdy coś takiego lub w tym guście się zdarzy, aby potem przedstawić jeszcze szerzy obraz zarządzania instytucjami artystycznymi. Muszę jeszcze wymyślić ładny hasztag, aby pod koniec semestru czy roku (czy gdy ktoś będzie później potrzebował tych informacji) łatwo znaleźć te notatki. 


Zdjęcia książek i cytatów zawsze cieszą się dużym powodzeniem. Pierwsze o najpopularniejsze ostatnich dwóch miesięcy  i jest to ostania strona "Insygniów Śmierci". Serce pochodzi z "Illuminae", a na ostatnim zdjęciu jest trafny cytat o herbacie. 
Dalej wrzos, który jest chyba jedną z najbardziej fotogenicznych i wdzięcznych roślin; sufit i żyrandol w Dworze Artusa w Toruniu; kolejne kwiatki, chociaż to podobno czosnek.
Na instagramie mam chyba pięć zdjęć, na których mniej lub bardziej mnie widać, a półselfie z Mickiewiczem z Wilna jest jednym z moich ulubionych. Podobnie jak zdjęcie serca z (mam nadzieję) tysiącem żurawi origami, które znajdowało się w jednym z kościołów w stolicy Litwy. I na koniec zachód Słońca. Dość tradycyjnie. 

Trzymajcie się, M

środa, 27 września 2017

Toruń 2017

Hello!
Aby przejść od dworca autobusowego do miejsca akredytacji na Copernicon trzeba przejść park i przez Starówkę. Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłam uwagę idąc, było to, że Ratusz Staromiejski w Toruniu ma wieżę, a na tej wieży byli ludzie. Co oznaczało, że właśnie znalazłam miejsce, które koniecznie musiałam odwiedzić.



Z dołu ta wieża nie wygląda na aż taką wysoką (na zdjęci wygląda na wyższą, gdy się chodzi po starówce wcale nie rzuca się bardzo w oczy) i zdecydowanie nie jest najwyższą, na jakiej byłam, ale byłam zaskoczona, bo jednak jest wyższa niż przypuszczałam. 
Po drodze na piętrach i półpiętrach są zdjęcia i trochę o historii Ratusza i wieży. Ze spraw technicznych i samego wchodzenia. Schody są przeróżne, w większości drewniane i strome. Przy wchodzeniu nie jest to aż tak uciążliwe, ale gdy schodziłam i spojrzałam na te schody z góry to trochę się przestraszyłam, bo wyglądały na prawie pionowe. Nic tylko z nich spaść. Ewentualnie można spróbować schodzenia tyłem, działa.
I jeszcze w temacie nie tylko stromości, ale i szerokości oraz bezpieczeństwa schodów. Zawsze zastanawia mnie jakim cudem takie miejsca przechodzą testy straży pożarnej i jak przebiegałaby ewakuacja wieży. Na tych schodach dwie osoby nie są w stanie się minąć, więc jeśli ktoś chce schodzić lub wchodzić to ktoś musi poczeka albo się cofnąć, jeśli nie zauważył, że ktoś inny już na nich jest.



Bilet normalny kosztuje 13 złotych, ulgowy 9 i jest to trochę zdzierstwo, bo cena obejmuje tylko wejście na wieżę. I chociaż uwielbiam takie rzeczy i polecam wejść i rozejrzeć się z góry po Toruniu, to jednak za sam spacer po schodach, to drogo.



Kamienice w Toruniu są wysokie a tu widać je z góry. Może to też sprawia, że wieża z dołu nie wygląda na niesamowicie wysoką. 
W Kamienicy pod Gwiazdą znajdują się Zbiory Sztuki Orientu, niestety nie miałam już chwili, aby tam zajrzeć, ale mam cel na koleją wycieczkę.


Barierki na szczycie, który jest dość wąski, bo to platforma dookoła wieży, a nie taras, też są wysokie i powyżej widzicie zdjęcie, będące próbą ujęcia widoku między nimi. Wyszło ładnie, ale kolejne robiłam już podnosząc nad nie telefon. Dla człowieka na górze bardzo bezpiecznie, dla jego sprzętu elektronicznego, którym robi zdjęcia - niekoniecznie.


Patrzę na te zdjęcia w podglądzie, jak będą wyglądały w poście i bardzo żałuję, że są tak małe. Chociaż ich rozmiar to 'bardzo duże'. A dokładnie ten kościół widzi się jako pierwszy, gdy wyjdzie się na szczyt wieży.



Pogoda była jak widać: szaro i pochmurno, dlatego i zdjęcia takie blade. Na szczęście prawie nie padało, a nawet jeśli zaczynało, przechodziło po kilku minutach. Starówka wygląda na bardzo zabudowaną i zatłoczoną, ale to tylko wrażenie z góry. Gdy się po niej spaceruje to jest bardzo przytulna i wygodna do zwiedzania. Możesz się po niej kręcić i kręcić, a i tak się nie zgubisz, bo ze sporym prawdopodobieństwem wyjdziesz przed tym Ratuszem. Z resztą moje wrażenia z Torunia sprzed dwóch lat noszą tytuł "W Toruniu nie można się zgubić", a była to pierwsza wizyta w tym mieście. 

A poniżej widać dużo dachu i dziedziniec Ratusza. 


Trzymajcie się, M


poniedziałek, 25 września 2017

Copernicon 2017

Hello!
Wróciłam cała, prawie zdrowa i całkiem zadowolona z tegorocznego Coperniconu. To był mój drugi konwent i drugi Copernicon, na poprzednim byłam dwa lata temu i mam jak najlepsze wspomnienia. Dziś śpieszę z relacją punkt po punkcie, w jakich prelekcjach brałam udział. 


Zdecydowaną większość czasu spędziłam w budynku, gdzie był blok kultury azjatyckiej. Nie jest to szczególnie zaskakujące, ale muszę też przyznać, że bloki literackie i popkulturowe nie zawierały w tym roku tak interesujących punktów jak w 2015 roku. Ponieważ autobus przyjechał ponad godzinę później niż miał, na pierwszą prelekcję poszłam dopiero na 18. Nosiła tytuł "Reality on Ice!!!", ładnie zgrała się z tym, że nendroidy Victora i Yuriego właśnie do mnie przybyły. Prelegentka opowiadała na kim wzorowane są postaci z anime i kto z łyżwiarzy do bycia pierwowzorem się przyznaje. Większość nazwisk znałam, ale kilku nie, a kilka dopasowań mnie zaskoczyło. Później poszłam na prelekcję dotyczącą anime o wojownikach zrodzonych z mieczy, czyli Touken Ranbu i byłam na niej ja i prelegentka. Miło było posłuchać o zachwytach i nad grą i nad anime (które teraz muszę dokończyć, bo utknęłam po 4 odcinkach), a przy okazji dowiedziałam się, że "chłopcomiecze" oprócz bycia ślicznymi i uroczymi, mają za sobą mroczną przeszłość i to wcale nie jest takie płytkie anime. 

 Identyfikatory w tym roku były dużo ładniejsze niż w 2015. Anioły to mój temat, a pod napisem uczestnik znajduje się cytat z "Nocnego patrolu" Siergieja Łukjanienko "Życie jest przyjemnością samą w sobie, a nie ze względu na dobra, które człowiekowi udaje się osiągnąć."

W sobotę rano poszłam na prelekcję pod tytułem "Miejskie Legendy: Japonia", bo wiecie ja tak bardzo lubię horrory i straszne historie. Na szczęście klimaciku nie było więc nawet o dziewczynce bez nóg i z kosą w zębach dało się słuchać z zaciekawieniem, a nie przerażeniem. Następnie w tej samej sali i z tą samą prelegentką odbyła się prelekcja "Samuraje pod sakurami, czyli jak NIE pisać o Dalekim Wschodzie". Trochę nie doczytałam i okazało się, że chodzi głównie o fantastykę i jak nie kreować Japonii, Chin czy Korei w powieściach, a spodziewałam się, że prowadząca opowie na przykład co złego jest w książce Beaty Pawlikowskiej dotyczącej Japonii. Chociaż myślę, że wniosek byłby ten sam co po fantastyce: nie powielać niepotrzebnych stereotypów i nie iść po linii najmniejszego oporu, a grać ze stereotypami, ale nie grać w bingo ile ich zmieści się na kartach jednej powieści. Bardzo szkoda, że prelekcja była tylko godzinna, bo posłuchałabym dużo więcej. Przeskoczymy go godziny 20, bo okazało się, że po raz trzeci tego samego dnia spotkam się z tą samą prelegentką. I bardzo się cieszyłam, gdy okazało się, że to znów ona. Wraz z koleżanką od Korei, ponieważ prelekcja nosiła tytuł "Pogromcy Mitów: Japonia&Korea Południowa". Było ciekawie i muszę napisać, że dziewczyny bardzo dobrze poradziły sobie po zdecydowanie niekomfortowym pytaniu zadanym przez jednego z uczestników, choć wcześniej uprzedzały, że one raczej zajmują się kulturą a nie prawem i polityką. Ale wybrnęły i gratuluję. Dalsza część spotkania przebiegała w miłej i interesującej atmosferze.


W sobotę o 15 był konkurs cosplay, na którym bardzo chciałam być. Dwór Artusa w Toruniu jest przepiękny, to chyba najładniejsze miejsce tego typu, jakie widziałam. I to trochę ratowało konkurs, bo jego organizacja do najlepszych nie należała. Albo może nie tyle organizacja co prowadzenie. Gdyby nie wybuch entuzjazmu dotyczący krzesła (trudno to wytłumaczyć, ale krzesło zostało głównym bohaterem całego konkursu) to byłoby nudno. Same prezentacje to jednak trochę mało, potrzeba do tego oprawy. Dwa lata temu chociaż w sali Młodzieżowego Domu Kultury było ciasno i ludzie oglądali ściśnięci jak sardynki, było wesoło i jestem pewna, że wszyscy się świetnie bawili. Wiem też, że ludzie byli zdziwieni i niepocieszeni, że konkurs był tak wcześnie. I faktycznie, gdyby było ciemno klimat od razu byłby lepszy. Co do samych uczestników to cosplayerzy zawsze są super. Dziewczyna, która wygrała zdecydowanie na zwycięstwo zasługiwała i gdyby ktoś robił jeszcze nagrodę publiczności, to też by ją zdobyła. Chociaż krzesło było bezkonkurencyjne. 

Mój aparat robi dobre zdjęcia tylko gdy jest naprawdę dobre światło i fotografowane obiekty się nie ruszają. Powyższe dwa zdjęcia to jedyne z konkursu cosplay, które jako tako nadają się do publikacji.

Po konkursie poszłam aż na wydział matematyki i informatyki (niestety punkty programu są mocno porozbijane po różnych budynkach; teoretycznie jeden punkt programu powinien trwać 45 minut, tak, aby dać czas na przejście z budynku do budynku, praktycznie niektórzy nie zostali o tym chyba poinformowani), gdzie był blok literacki i prelekcja "Krytyka i nawiązanie, Sienkiewicz i współczesna polska literatura fantastyczna". Ja wiedziałam, że Sienkiewicz jest super i można go lubić, ale nie zdawałam sobie sprawy, że jest aż tak obecny w fantastyce. A poza tym prelegent sprawdzał jak w porównaniu z Mickiewiczem i kimś jeszcze klikany jest Sienkiewicz w Google Trends. I pokazywał też inne badania (prawie) statystyczne, z których trudno było w sumie wyciągać wnioski, ale fajnie było je pokazać. Zgadzam się całkowicie, też lubię takie rzeczy. Gdyby jeszcze ktoś miał wątpliwości, to prelekcja bardzo mi się podobała. I na marginesie, oprócz chłopca, który wyglądał na syna prowadzącego, byłam najmłodszą osobą na sali. 

Niedziela. 4 prelekcje jedna po drugiej. Najpierw dwie Zwierza Popkulturalnego. Miałam być w sobotę o 20 na "Zanim Doktor był kobietą", ale jak się okazało, dobrze zrobiłam, że się nie wybrałam, ponieważ została odwołana. Pierwsza niedzielna nosiła tytuł "Losy koszuli pana Darcy" i wszyscy, którzy przyszli na następną ("Filmy, które każdy geek powinien obejrzeć"), ale nie na pierwszą powinni żałować. Nie przypuszczałam, że zmoczenie jednego aktora w serialu możne prawie, że odmienić kanony postrzegania tego, co jest seksowne, nadać kierunek karierze tegoż aktora (Colina Firtha tak dla jasności) i ogólnie odmienić brytyjską telewizję i kino. Trochę wyolbrzymiam, ale prezentacja była super. Kolejna też, ale bardziej niż nad listą filmów, które powinno się obejrzeć, Zwierz zastanawiał się nad tym, jakie elementy fabuły czy struktury filmów sprawiają, że są one w kanonie oraz tym, jak starsze i młodsze filmy ze sobą korespondują. Wniosek był mniej więcej taki, że warto dużo oglądać, nawet jeśli się coś nie podoba, żeby mieć świadomość dlaczego film uznawany jest za ważny. 


I dwie ostatnie prelekcje w bloku azjatyckim. "Utracone w translacji, czyli o urokach "yakuwarigo"". Jak to ja, trochę nie wiedziałam na co idę, trochę byłam ciekawa. W największym skrócie było to o tym jak dany typ postaci (samuraj, dziewczyna z dobrego domu, itp.) się wypowiada. Po polsku można by to oddać za pomocą słownictwa, ewentualnie sposobu budowania zdań, natomiast w japońskim jest na przykład bardzo dużo zaimków osobowych, które już mogą oddać to, czy dany typ postaci jest pewny siebie czy nie jest albo skąd pochodzi nie tylko geograficznie ale i historycznie. Takie językowe zagadnienia są bardzo ciekawe i widać było, że fascynują prelegenta (powiedział, że pisze magisterkę na ten temat), i że chciał z osobami, które przyszły go posłuchać się tym podzielić. To była jedna z najsympatyczniejszych prelekcji. 

Ponieważ nie udało mi się być na żadnej prelekcji o kpopie, na której być chciałam, a miałam godzinę do zagospodarowania, zostałam w tej samej sali słuchając "Jak przeżyć w grupie K-pop cover dance?". Czułam się tam trochę jak kosmitka, bo ani nie tańczę, ani nie mam zamiaru (bo chyba jestem już za stara, a na pewno byłam najstarszą osobą na sali, włączając prelegentów) i w sumie nie za bardzo wiedziałam, że ludzie w Polsce zajmują się tańczeniem coverów, czy bardziej robieniem, bo to dużo więcej niż taniec. (Chociaż właśnie sobie przypomniałam, że kiedyś w Gdańsku było jakieś mini spotkanie cosplayerów i były też mini warsztaty tańca i uczyli układu do refrenu Fantastic Baby - tylko wtedy ja jeszcze nie za bardzo wiedziałam, co to tak ogólnie jest.) Wracając do tego co tańczące osoby mówiły - taka grupa wymaga bardzo dużo czasu, bardzo dużo zaangażowania ale na początku nie wymaga umiejętności tańca. To pocieszające. Poza tym trzeba im przyznać, że opowiadali z pasją i jeśli ktoś kto ich słuchał wahał się, czy chce, czy nie chce tańczyć, to myślę, że mogli go przekonać. Także było fajnie, chociaż bardzo dziwnie się czułam tam siedząc tak bez związku z niczym i prawie całą prelekcję się uśmiechałam z samej siebie. (Badań na temat  grup cover dance w Polsce na razie nie zrobiłam - praktyki, a ten tekst piszę odkąd z nich wróciłam już 3 godzinę - ale zbadam temat i napiszę na stronie bloga na facebooku.)


Jeszcze ciekawostka. W sobotę zauważyłam dziewczyny w bluzach BTS. Więc zaczęłam je liczyć, doliczyłam się 9 z czego 3 pojawiły się na wyżej wspomnianej prelekcji. Widziałam też dziewczynę z torbą oraz z maską z tego zespołu. Widziałam też całą jedną koszulkę EXO oraz torbę B.A.P. A na starówce minęłam dziewczynę z torbą "Shakespeare to do list". Moja fandomowa torba też zbierała pozytywne komentarze, nawet nie wiecie jak mi miło. Ale muszę zrobić animową edycję, jeśli znów będę miała zamiar spędzić tyle czasu na bloku azjatyckim. A mam nadzieję, że w przyszłym roku uda mi się wrócić do Torunia. 

W skrócie: byłam na prelekcji, gdzie była pełna sala, ale byłam i na takiej, gdzie byłam ja i prelegentka; byłam też najmłodsza i najstarsza na prelekcji; było super.
LOVE, M

sobota, 23 września 2017

Natchnienia - Jesień 2017

Hello!
Nie pamiętam kiedy ani dlaczego zaczęłam robić wpisy ze zdjęciami obrazującymi dane pory roku. Więc to sprawdziłam. Wcześniej robiłam dużo więcej notek z obrazkami, ale z czasem ograniczyłam się do czterech rocznie. Pierwszą porą roku, która dostała osobny wpis jest lato 2013 roku, czyli było to ponad 4 lata temu oraz 9 miesięcy po założeniu bloga. Co nadaje tym natchnieniom status najdłuższego blogowego cyklu, jaki prowadzę. 


Zdjęcia pochodzą z mojej ulubionej strony libreshot.com.










Pozdrawiam, M

czwartek, 21 września 2017

Nie tylko w kinie i teatrze XXI

Hello!
Ostatnio, chociaż wpisy pojawiają się co dwa dni, piszę trochę mniej i wysługuję się mniej wymagającymi tematami. Jest to spowodowane faktem, że choć moje praktyki oficjalnie się skończyły, to w miejscu, w którym je robiłam, pracują przemiłe panie, a na koniec miesiąca jest jeszcze jeden festiwal więc jeszcze trochę się tam kręcę, pomagam i obserwuję przygotowania. 
Z innych drobnych ogłoszeń. W sobotę wpis będzie zaplanowany, ponieważ jutro ruszam do Torunia na Copernicon. Mam nadzieję, że być może ktoś z Was też tam będzie, dajcie znać w komentarzach, bo jestem naprawę ciekawa. Relacja na pewno będzie w poniedziałek.

Chloe Grace Moretz
Dionne Bromfield "Ouch"
Ciekawostka: jeśli przejrzycie komentarze, to zauważycie, że bardzo duża ich część brzmi mniej więcej: "Jestem tu dla Chloe".  To chyba świadczy o popularności młodej aktorki, ale jej fani mogą być zawiedzeni.



Cate Blanchett
Massive Attack "The Spoils".
Po prostu obejrzyjcie. 



Sara Silverman
(oraz cameo: Ed Helms i Vince Vaughn)
Maroon 5 "Don't Wanna Know"
Ten teledysk bez wątpienia powstał z inspiracji PokemonGo. I to ładny przykład, jak ciekawie wykorzystać panujące trendy. Prawie jak marketing w czasie rzeczywistym. 



Drew Barrymore
To też cameo, ale znaczące, bo piosenka nosi tytuł "Drew Barrymore" a śpiewa SZA. A sam teledysk jest znaczący, ponieważ reżyserował go Dave Meyers, czyli bohater poprzedniego wpisu o klipach.



Ellie Bamber
W teledysku Shawna Mendesa "There's Nothing Holding Me Back". Naoglądałam się tego teledysku, gdy prowadziłam mini badania do wpisu o kpopie w 4FunTV, ale o tym, że dziewczyna towarzysząca Shawnowi jest aktorką dowiedziałam się zupełnym przypadkiem. A to zawsze jedno nazwisko więcej do notki.


Trzymajcie się, M

wtorek, 19 września 2017

Fiszu Chybaryba i rodzice zrozumieją, czyli kilka kadrów z "Kurczaka Małego"

Hello!
Nie wiem jak jest w innych miastach i kinach, ale w moim rodzinnym prowadzona jest Akademia Edukacji Filmowej. Dzieci i młodzież, na każdym poziomie edukacji, ma możliwość chodzenia do kina raz w miesiącu. Ja chodziłam w podstawówce oraz w liceum. W gimnazjum jakoś się nie udało.
Większość filmów i bajek, które widziałam w klasach 1-6 nie pamiętam. Chyba, że usłyszę tytuł i wtedy skojarzę, że widziałam to w ramach AEF. 
Ale "Kurczaka Małego" pamiętam. Bo bałam się na niego iść. Do pewnego momentu  życia, gdy usłyszałam o kosmosie, kosmitach i tym podobnych rzeczach zwyczajnie się bałam. Teraz już zdecydowanie mniej, ale nie są to moje ulubione tematy. Seans "Kurczaka Małego" był wtedy stresujący.
Obecnie kosmici nie robią wrażenia. Ale chyba jak w przypadku każdej animacji dla dzieci oglądanej po latach zaskakuje, jak wiele rzeczy robionych jest dla starszej widowni, bo dziecku umkną lub zwyczajnie nie zwróci na nie uwagi. W przypadku "Kurczaka Małego", co prawda morał jest jasny i jednoznaczny, ale jest tam wiele ukrytych smaczków, które dostrzec i zrozumieć może tylko ktoś, kto widział nieco więcej niż bajki. 


Zaczynając od samego początku "Kurczak Mały"próbuje rozpoczynać się na kilka charakterystycznych dla innych bajek sposobów. 


Nawiązanie do "King Konga" jest jasne i wyraźne. 
A pod koniec filmu Luśka wspomina też o "Wojnie światów". Ja piszę o tym dlatego, że chociaż dubbing i napisy w tej bajce zgadzały się w 99,9% to tej wzmianki w tekście nie było, została ona tylko wypowiedziana.


"Kurczak Mały" to animacja z 2005 roku. Zastanawiam się czy naprawdę już wtedy wszyscy wyciągali telefony zamiast ze sobą rozmawiać, czy to przewidywanie twórców bajki.


Początek tego zdania to "Nie wszystkie..". Dopiero, gdy dziś oglądałam tę bajkę zwróciłam uwagę, że komentator sportowy robi śmieszne błędy, myli związki frazeologiczne i ogólnie mówi w zabawny sposób. 


Może się mylę, ale "Jestem zwycięzcą" z tej bajki to chyba najpopularniejszy i najlepszy fałsz piosenki, jaki kiedykolwiek powstał. 


Ogólnie wykorzystanie piosenek w "Kurczaku Małym" jest dobre. Bardzo dobre są dwa polskie wykonania "Ten mały błąd" i "Tylko tyle wiem". Nie wracam do tej bajki zbyt często, a nawet w porównaniu z innymi bardzo rzadko, ale teksty piosenek znam i śpiewam.


Bardzo dynamiczna scena z kamieniem i kolejne nawiązanie. Tym razem do "Indiany Jonesa". Zdruzgotanie kina idealnie zostało idealnie zgrane z pasującą sceną z tego filmu. 


I kolejna rzecz, na którą zwróciłam uwagę dopiero przy którymś oglądaniu. Gdy przyjrzymy się bohaterom to wyraźnie widać, że to nawet nie są przeciętni przedstawiciele swoich gatunków, ale zdecydowanie postaci z problemami. I to nawet pomijając te stanowiące główną oś całej bajki, czyli relacje ojciec-syn. Kurczak jest wyjątkowo mały, Luśka jest brzydka (i film wcale tego nie ukrywa), prosiaczek ma problemy psychologiczne, z rybą też jest coś na rzeczy. W każdym razie to postaci bardzo różne i dalekie od oczywistości. I wymagałby by lepszego opisania, ale zostawiam to spostrzeżenie, może jeśli Wy będziecie oglądali coś jeszcze na ich temat wpadnie Wam do głowy. 

A to już nawiązanie będące zdecydowanie inwencją tłumacza. Dzieci raczej nie zrozumieją, do tej pory "Krzyżaków" czytało się w gimnazjum. Chociaż z drugiej strony to bardzo popularne zdanie. Z tym, że w tym kontekście to ono się odnosi do... zębów tej postaci? A dalej w tej samej scenie jest jeszcze jedno nawiązanie tym razem do samej Roty.  "Nie będzie obcy pluł nam w dziób" - chyba, że jestem przewrażliwiona, ale brzmi to dość jednoznacznie. 
Oprócz tych dwóch typowo polskich wspomnień jest na pewno jeszcze jedno - o zespole Ich Troje. 

Muszę dobrze sprawdzić szafkę z DVD, zobaczyć o ilu bajkach mogę jeszcze napisać, a o jakie tytuły dobrze byłoby ją uzupełnić i zacząć przygotowywać wpisy na zapas. Pisanie w taki sposób o animacjach jest bardzo przyjemne i wychodzi całkiem zgrabnie, myślę więc, że trzeba zacząć ten pomysł wykorzystywać bardziej. 

Trzymajcie się, M




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...