czwartek, 23 lutego 2017

"Anastazja"

 Hello!
 Nie ma na świecie osoby, która nie lubiłaby "Anastazji", żadnej nie znam, o żadnej nie słyszałam, szczerze powątpiewam w istnienie takiej. "Anastazja" ma coś w sobie co sprawia, że chociaż uważana jest za bajkę Disneya, bo wpisuje się w koncept ich księżniczkowych filmów z piosenkami, to czuć, że się od nich różni. 
Może dlatego, że mimo wszystko, jest bardziej prawdopodobna, a jej zakończenie, wbrew pozorom, wcale nie jest takie banalne, jak mogłoby się wydawać.  Jestem też prawie pewna, że bajka wzbudziła w widzach spore zainteresowanie historią Rosji, a na pewno historią samej Anastazji Romanowej.
Jest też w tej bajce coś takiego, co określiłabym mianem swojskości i naturalności. Ale dziś nie będzie recenzji tylko obrazki.


Internet najbardziej kocha ten fragment - idealny materiał na tysiące potencjalnych memów.


Wszyscy znają "Once Upon A December", ale moją najbardziej ulubioną piosenką jest zdecydowanie "Rumor In St. Petersburg", czyli "O czym w Petersburgu mówi się".   

Przy okazji pisania tej notki, dokonałam odkrycia na miarę tego, że nie jest to film Disneya. Otóż w są w Polsce dwie wersje dubbingu - kinowa i telewizyjna. Z ciekawości poszukałam OUAD w wersji telewizyjnej, w której Anastazji głos podkłada Joanna Trzepiecińska. Prawdopodobnie jestem bardzo uprzedzona, ale ostrzegam nie róbcie sobie tego, nie szukajcie i nie próbujcie słuchać; dla kogoś, kto jest przyzwyczajony do Katarzyny Skrzyneckiej, porównanie tych dwóch wersji to szok. A nie tylko głos się różni, tłumaczenie także.


Oczywiście, że lubię Dymitra. Lubię też to imię i jeśli kiedyś będę miała dzieci, to istnieje pewna szansa (albo ryzyko, zależy jak na to spojrzeć), że syn będzie się tak właśnie nazywał.


W przypadku "Herkulesa" napisy odbiegały od dubbingu trochę, w przypadku "Planety skarbów" było z tym dużo gorzej, natomiast z "Anastazją" jest różnie. Jest kilka scen, w których napisy bywają nawet zabawniejsze od tego, co faktycznie mówią bohaterowie. Przeważenie jednak pokrywają się z dubbingiem dość dokładnie. Najwięcej różnic jest  w kwestiach Bartoka i Rasputina.




Nigdy nie sprawdzałam czy mapa miała jakiekolwiek pokrycie ze stanem faktycznym granic w Europie na początku XX wieku (coś czuję, że nie), ale fakt, że szli przez Polskę i jedna piosenka  śpiewana jest na granicy polsko-niemieckiej, zawsze mnie rozczulał.


 Władimir jest świetną postacią, bez niego wszyscy by zginęli, a na dodatek odznacza się wyjątkową cierpliwością. Nawet bardziej do Dymitra niż do Anji. Na statku wypowiada też słowa, które mocno mnie zastanowiły przy ostatnim oglądaniu. Śpiewa, bo to scena gdy pozostała dwójka uczy się tańczyć, że nie zauważył, gdy zrodziło się między nimi uczucie. Relacja Dymitra i Anji jest potraktowana z taką pewnością, że nie trzeba jej uzasadniać. Kto się czubi, ten się lubi, to trochę mało. Ale jest to zauważalne, gdzieś przy trzydziestym oglądaniu.

Jeśli mielibyście jakieś specjalne życzenia, co do tytułu kolejnej bajki to piszcie śmiało!
 LOVE, M

wtorek, 21 lutego 2017

A gdyby tak zamieszkać w Chinach?

Hello!
Youtube o miejsce w internecie, gdzie równie łatwo można się zgubić i znaleźć rzeczy, których istnienia się nie podejrzewało i wcale niekoniecznie o ich istnieniu chciało się dowiadywać, co znaleźć naprawdę interesujące filmiki, z których można się czegoś dowiedzieć a nawet nauczyć. 
Zdarzało mi się już na blogu wspominać o kilku kanałach, które oglądam, a niedawno do ich grona dołączył kanał Weroniki Truszczyńskiej. 

Nigdy szczególnie nie interesowałam się Chinami, oprócz Terakotowej Armii, Wielkiego Muru i trochę historią, nie było to nic poważnego i objawiało się głównie w oglądaniu wszelkiego rodzaju programów telewizyjnych związanych z tymi tematami. I trochę herbatą. 
Kanał Weroniki, jak większość moich youtubowych odkryć, sam pojawił się w proponowanych. Początkowo nie zwróciłam na niego uwagi, bo nie sądziłam, że znajdę tam coś, co może mnie zainteresować. Myliłam się. 

Próbowałam wyśledzić, który filmik był pierwszy i chyba to "Osiem znanych osób z ZAKAZEM WJAZDU do Chin", a na pewno od niego wpadam na jej kanał regularnie.  Weronika mieszka i pracuje w Chinach, a pracuje nie jako wolnych duch i vloger, ale w firmie, co jest całkiem istotne. Na kanale opowiada między innymi o minusach pracy w Azji, ile kosztuje mieszkanie (i przy okazji pokazuje swoje), pojawia się sporo filmików o języku chińskim i nauce, także o jedzeniu, zarówno o takim, do którego dostępu możemy jej tylko pozazdrościć, jak i smakołykach, których próbowanie na potrzeby nagrania można określić tylko jednym słowem - poświęcenie. Nagrywa mnóstwo ciekawostek o życiu w Chinach. To znaczy dla widzów w Polsce są to ciekawostki, bo choć ogólnie jako tako zdajemy sobie sprawę, że sposób życia Chińczyków na pewno różni się od naszego, raczej nie wiemy w jaki dokładnie sposób, a dzięki temu kanałowi możemy się tego dowiedzieć. Czyli bardzo szeroko rozumiana kultura. Ale pojawiają się także filmiki z podróży albo wypadów w ciekawe miejsca.

Bardzo odpowiada mi format filmów Weroniki oraz jej sposób mówienia i opowiadania. Większość vlogów nagrywana jest w jej mieszkaniu, a Weronika siedzi i mówi rzeczy na temat, który akurat sobie wybrała. Jest w tym mega naturalna i spontaniczna, żywo gestykuluje i włącza całe ciało do mówienia, dzięki czemu widz ma poczucie, że Weronika jest bardzo zaangażowana w to, co mówi. Jest też bardzo ekspresywna. Poza tym często widać, że nagrywanie filmików sprawia jej ogromną frajdę (chyba, że to tylko wrażenie). Ogólnie wydaje się być bardzo pozytywną osobą i z przyjemnością się jej słucha. I ma super różowe włosy. 

W trzecim akapicie podlinkowałam kilka filmików, a tu jeszcze trzy. Zobaczcie, może Wy też odkryjecie, że życie w Chinach może być interesujące. 





LOVE, M

niedziela, 19 lutego 2017

Endingi

Hello!
O ile openingi serii anime przeważnie są ciekawe, kolorowe a piosenki szybko wpadają w ucho, to znalezienie naprawdę dobrych, nienudnych endingów, to trochę szukanie igły w stogu siana. Z jednej strony rozumiem - endingi najczęściej się pomija i wyłącza odcinek tuż po zakończeniu akcji. Ale jeśli po piosence mamy zapowiedź kolejnego epizodu, może warto byłoby się postarać, aby ending trochę bardziej przyciągał widza do telewizora. Co nie znaczy, że musi on być przesadnie wesoły, entuzjastyczny i nie może być balladą. Może. Potrzeba tylko, aby był ciekawy. Nawet jeśli minimalistyczny i spokojny (patrz: Bird z "Kuroshitsuji").  Niestety przeważnie endingi robione są tylko z konieczności i na odwal, a przynajmniej takie odnoszę wrażenie przy oglądaniu znacznej większości. Dlatego w moim top są endingi z 5 serii. Nie są w jakiejś konkretnej kolejności, oprócz pierwszego, który jest najcudniejszy na świecie.

Zaczynamy tradycyjnie od "Kuroshitsuji" i mojego ukochanego, totalnie uroczego pierwszego endingu - "I'm Alive" Becca.


"Lacrimosa" Kalafina - jest piękna, ale video, czy raczej jego brak (bo to przesuwające się obrazki i chociaż są wielce symboliczne, to nie to samo co video), które towarzyszy piosence skutecznie utrudnia dostrzeżenie jej walorów. Dlatego link prowadzi do teledysku, a nie endingu.
"Bird" Yuya Matsushita - prosty, przyjemny i piękny ending i, co najważniejsze, nienudny. 
Pomijamy drugi ending drugiego sezonu, bo go nie lubię i przechodzimy do zakończenia Book of Circus - "Aoki Tsuki Michite" AKIRA. Aby zrobić dobry ending naprawdę niewiele potrzeba.

"Bungou Stray Dogs" to przykład anime absolutnie niezwykłego, bo zarówno oba openingi jak i oba endingi znalazły się w moich zestawieniach. Innego takiego poczwórnego przypadku nie ma.

A dziś pojawiła się zapowiedź projektu filmowego i teatralnego!  


Pierwszy sezon Luck Life - Namae o Yobu yo"
I drugi także Luck Life - "Kaze ga Fuku Machi"

"Dance With Devils" jest raczej słabym (ale będzie film!) jednak uroczym anime, w którym demony stwierdziły, że najlepiej wyjaśniać swoje motywacje śpiewając. Bywa naprawdę zabawne, a ending ma totalnie urzekający. Do podkładania głosów zatrudniono naprawdę dobrych seiyu.
Pentacle "Mademoiselle"


Ending "Aldnoah.Zero" - powód, dla którego zaczęłam oglądać to anime. Taka ciekawostka: są w nim słowa po niemiecku, o czym dowiedziałam się na długo po obejrzeniu anime, gdy trafiłam na wersję karaoke piosenki.
Hiroyuki Sawano "aLIEz" 


Oczywiście nie może zabraknąć endingu "Yuri!!! On Ice". Uwielbiam jak pokazano korzystanie z social mediów w tym anime, a nie wspominałam o tym przy recenzji, więc teraz jest okazja. Wszystko bardzo na czasie.
Dzień dobrych wiadomości - nie tylko film "Bungou Stay Dogs", ale także pierwsze bliższe spojrzenie  na nendoroida Victora i jeszcze jedną jego figurkę. Wiem, że liczni fani YOI bardzo obawiają się bankructwa w najbliższym czasie.
Wataru Hatano "You Only Life Once"


Możecie jeszcze zajrzeć do specjalnego endingu 10 odcinka - tutaj.

 LOVE, M

czwartek, 16 lutego 2017

Typy ludzi na lodowisku

Hello!
Mówi się, że troje to już tłok. A jak nazwać dzikie tłumy, które wieczorami oblegają lodowiska? Nie mam pojęcia, ale wiem, że z tego tłumu łatwo można wyodrębnić kilkanaście typów ludzi, dla których lodowisko to miejsce spędzania wolnego czasu.

Wpis jest trochę na poważnie (bezpieczeństwo!) a trochę nie (będziecie wiedzieli gdzie). I, chociaż dla mnie to oczywiste przy pisaniu tego typu zestawień, uogólniam.


Spryciarze. Najlepsi łyżwiarze na lodowisku. Gang zajmujący środek, słońce lodowiska, wokół którego cała szara reszta grzecznie się obraca. Ledwie przekroczysz próg i już o nich wiesz. Najczęściej chłopcy lub młodzieńcy, koniecznie w hokejówkach. Elita, najprawdopodobniej najlepsi łyżwiarze na lodzie. A przynajmniej robią najfajniejsze rzeczy.

Raki. Trochę podtyp spryciarzy, ale niekoniecznie. Łyżwiarze, których nigdy nie widzisz jadących przodem, zawsze magicznie poruszają się tyłem. Potrafią wyskakiwać przed człowiekiem nie wiadomo skąd, powodując mini zawały. Podobnie jak obserwowanie, jakie slalomy między ludźmi oni wyprawiają.

Show-offy. Szołofy. Łyżwiarze, którzy jeszcze nie są spryciarzami, ale jeżdżą lepiej niż łyżwiarze. Najniebezpieczniejszy gatunek człowieka na lodzie, bo w przeciwieństwie do spryciarzy, którym raczej wychodzi, im może nie wyjść. A ponieważ wolno nie jeżdżą, ryzyko wpadnięcia bądź przejechania popisującej się osoby jest wielkie. Na dodatek są irytujący, bo na lodzie są ludzie, którzy jeżdżą lepiej od nich, ale nie mają potrzeby pokazywania tego całemu światu.

Meserszmity. Dzieci, najczęściej około 7-8 letnie, które nie jeżdżą po lodzie, tylko się nad nim unoszą, bo inaczej nie da się wytłumaczyć ich szybkości. Wzbudzają też moją ogromną zazdrość, bo jeżdżą zupełnie bez lęku. Prawie się nie przewracają, a nawet jeśli to wstają jeszcze szybciej niż upadli.

Odkrywcy. Głównie odkrywają fakt, że lód jest śliski i zimy. Tak, najczęściej przy bliskim spotkaniu trzeciego stopnia z nim. I zawsze są niesamowicie zaskoczeni, że utrzymanie równowagi na łyżwach jest takie trudne. Przecież jeździli na rolkach.

Osoby z zaburzeniem grawitacji. Albo "w sumie nie umiem jeździć, ale przecież nie pójdę do oddzielonej strefy dla początkujących, bo to wstyd". Nie dość, że taki człowiek bujający się na łyżwach w przód i tył jest niebezpieczny dla siebie, to także dla osób w promieniu 2 metrów od niego. Ludzie chyba nie zdają sobie sprawy, że gdy się przewrócą, może to być bolesne nie tylko dla nich. Gdy jest mniej łyżwiarzy, to jeszcze pół biedy, ale gdy są tłumy, jeżdżenie wśród tylu osób jest po prostu nieodpowiedzialne. Także dlatego, że jak ktoś nie umie jeździć, to hamować też raczej nie potrafi.
Podtypem są dzieci, które puszczone samopas na lód, też nie chcą iść do strefy dla początkujących i nie tylko wjeżdżają ludziom pod nogi, ale także potrafią się tuż pod nimi wywrócić. Ogólnie dzieci na łyżwach są super, ale czasami zwyczajnie trudno jest zauważyć, że coś małego nagle pojawia się przed tobą.

Zgubiłem towarzysza. Więc zamiast zjechać do bandy, albo zwalniam, albo zaczynam jechać pod prąd. Ale najgorsi są ludzie, którzy jadą i zaczynają się oglądać za siebie. Nie dość, że sam czy sama nie widzi gdzie jedzie, to jeszcze robi problem ludziom, którzy jadą za nim/nią. 

Niedzielni łyżwiarze. Osoby, które najczęściej nie posiadają własnych łyżew więc je wypożyczają. Prawdopodobnie najspokojniejszy i najbezpieczniejszy typ człowieka na lodzie. Czasami są to rodziny z dziećmi, czasami osoby na randce, albo ludzie, który tak po prostu wpadają pojeździć.

Łyżwiarze. Najczęściej można poznać ich po własnych łyżwach, ale nie jest to reguła. Od niedzielnych różnią się tym, że nie jeżdżą tak spokojnie, ale jednocześnie raczej nie mają ambicji wskakiwania na wyższy poziom. Widać, że jeżdżą bardzo pewnie, niekiedy trochę sportowo. Statystycznie są dość nieliczną grupą.

Posiadacze łyżew. Można się zdziwić, że ludzie, którzy mają swoje łyżwy, nie potrafią na nich jeździć. A może tylko mnie to dziwi. W sumie ja też uczyłam się jeździć w osobistych (ale miałam 6 lat i dostałam je ze strychu), ale jednocześnie nie rozumiem inwestowania w sprzęt przed pierwszym wyjściem na lodowisko (a może, to był prezent? wtedy popieram jak najbardziej). A naprawdę widziałam ludzi w nowiutkich łyżwach, którzy ewidentnie nie tylko pierwszy raz stali na lodzie, ale też pierwszy raz mieli łyżwy na nogach. Z lodowiska wychodzili raczej zniechęceni niż zachwyceni.

Ludzie ze szkółki. Klubu, koła, czy co tam jeszcze działa i uczy jeździć. Najczęściej dziewczynki w figurówkach. Bardzo eleganckie, zgrabne. Jeśli zdarzą się odważniejsze czasami próbują konkurować w sztuczkach ze spryciarzami, ale najczęściej nie zniżają się do ich poziomu. Tak, to oznacza, że są nieco snobistyczne i uważają się za lepsze. Nie tylko od nich, ale od wszystkich ludzi na lodowisku.

Robin Hoody. Na lodzie nie ma bogatych, co by można było im coś zabierać (chyba, że talent) i dawać biednym (a nie pogardziłabym większymi umiejętnościami jeżdżenia), więc chodzi o ludzi jeżdżących w kapturach. Oczywiście, że kwestia bezpieczeństwa. Rozumiem, że na lodowisku jest zimno, ale lepiej założyć dwie czapki i nauszniki niż kaptur. To prawie tak jakby jeździć z klapkami na oczach. Mam taką teorię, że gdy ktoś przygotowuje się do nauki jeżdżenia samochodem albo już jeździ i ma problem z ogarnianiem tego wszystkiego, co dzieje się na drodze przed nim, powinien pójść na łyżwy w godzinach szczytu (piątek i sobota wieczór, a wersja dla ludzi lubiących ekstremalne emocje - ten sam czas, ale w niedzielę). Człowiek momentalnie uczy się widzieć nie tylko to co dzieje się przed nim, ale nagle okazuje się, że przysłowiowe oczy dookoła głowy, wcale takie przysłowiowe nie są. Dlatego ograniczanie swojego pola widzenia jest jedną z większych głupot jaką można zrobić na lodzie.

Pozdrawiam, M

wtorek, 14 lutego 2017

Od łyżwiarstwa do Yuri On Ice, czyli krótka historia o miłości

Hello!
Chyba każdy bloger to zna: wpadasz na genialny pomysł, zapisujesz go w kalendarzu, notatniku, zeszycie i ... nie piszesz. Zapominasz, odkładasz, uważasz, że to nieodpowiedni czas, aby poruszać dany temat, że znajdzie się lepsza okazja. Która najczęściej nie nadchodzi. Ale dzisiejszy wpis udowadnia, że może być inaczej. 


Od początku istnienia bloga na końcu kalendarza w notatkach z pomysłami miałam zapisane hasło łyżwy. Mijały kolejne lata a w temacie pisania posta postęp był jedynie taki, że hasło zostawało przepisane do kolejnego i kolejnego kalendarza. Mijały zimy i chociaż kocham łyżwy, to nie czułam się na tyle zainspirowana, aby jednak poruszać ten temat. Aż do tego roku.
Ah, przepraszam. Moją miłość do łyżew deklarowałam na blogu w zakładce "O mnie" już w jej pierwszej wersji.

Natchnęło mnie oczywiście "Yuri!!! on Ice". I dzisiejsza data. Idealne połączenie. Bo chociaż mogłoby się wydawać, że to anime rozpoczęło moją miłość do łyżew, sprawa ma się nieco inaczej. To dużo wcześniejsze zainteresowanie łyżwiarstwem sprawiło, że gdy pojawiły się zapowiedzi animacji zaczęłam z ogromną niecierpliwością na nie czekać. 

Ale skąd się wzięło? Większość małych dziewczynek przechodzi fazy na księżniczki i baletnice. Księżniczką raczej nie będę (ale teraz jeszcze lepiej rozumiem fenomen "Pamiętnika księżniczki"), na balet zwyczajnie nie miałam możliwości chodzić (ale trafiłam na tańce ludowe). Jednak do tych dwóch ścieżek kariery dołączyła jeszcze jedna - bycie dziewczynką od zbierania rzucanych na taflę lodu kwiatów i maskotek, po występnie łyżwiarzy figurowych. Marzenie sześciolatki.

Możliwe, że mój dużo późniejszy pomysł, aby zostać komentatorem sportowym, był związany z chęcią opowiadania o łyżwiarstwie figurowym. Bo chociaż to sport, to bez wątpienia artystyczny, jak by nie było - taniec, a zawodnicy oceniani są także za interpretację muzyki. Na niektórych występach nie sposób się nie wzruszyć, a na innych nie śmiać, szczególnie tych pokazowych, ale i konkursowe najczęściej to naprawdę piękne chorografie.

Najprawdopodobniej naoglądałam się transmisji łyżwiarstwa na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Salt Lake City w 2002, a przynajmniej oglądanie relacji z tych zawodów jest moim najwcześniejszym wspomnieniem związanym z łyżwami. Nie żebym faktycznie coś pamiętała, ale wiem, że to widziałam. Turyn cztery lata później oglądałam już nieco bardziej świadomie, kibicując polskiej parze sportowej Mariuszowi Siudkowi i Dorocie Zagórskiej. Moja dziecięca fascynacja łyżwiarstwem figurowym przypadała na czas największych olimpijskich sukcesów Jewgienija Pluszczenki, co nie pozostaje bez wpływu na moje łyżwiarskie sympatie. Kolejnych Igrzysk w Vancouver w 2010 roku nie śledziłam. Z tego co pamiętam transmisji łyżwiarstwa albo nie było, albo były w środku nocy. Ponowną fascynację przeżyłam przy okazji Soczi trzy lata temu, gdy już w pełni świadomie wiedziałam co i kogo chcę oglądać. W międzyczasie TVP 2 pokazywało "Gwiazdy tańczą na lodzie", które namiętnie oglądałam. A Jewgienij występował z reprezentantem Rosji na Konkursie Piosenki Eurowizji w 2008 roku i nie mam wątpliwości, że to dzięki jego popisom na łyżwach Dima Biłan konkurs wygrał.
Swoje pierwsze łyżwy dostałam w wieku 6 lat. Problem z wykorzystaniem ich w praktyce był zasadniczo jeden - potrzeba do tego lodu. O całorocznym lodowisku w moim mieście mogłabym pomarzyć i w sumie wierzę, że kiedyś zostanie wybudowane. Ale na zimę na kortach tenisowych wylewana jest woda i otwierane jest miejskie lodowisko. Swoje pierwsze kroki na ostrzach stawiałam jednak na kałużach na wsi pilnowana przez babcię. Naprawdę jeździć nauczył mnie Tata. Nikt tak dobrze nie wiąże łyżew i nikt nie ma tak dużej odporność na zimno. Od tamtego czasu nie ma zimy, abym nie zawitała na lodowisko. Można by rzec, że jeżdżę od 14 lat. Powinnam coś umieć, ale moje zdolności kończą się na w miarę przyzwoitym i dość szybkim (bo nie znoszę jeździć powoli) poruszaniu się do przodu. Któregoś roku opanowałam podstawy jeżdżenia tyłem, ale, ponieważ mam obsesję na punkcie bezpieczeństwa na lodzie, a poruszanie się tyłem wśród ludzi nie spełnia tych kryteriów, nie lubię tak jeździć i tego nie robię.
W Gdańsku korzystam z tego, że Lodowisko Miejskie jest 3 przystanki ode mnie i bywam na nim nawet 3 razy w tygodniu.

Bez wątpienia "Yuri!!! On Ice" rozpaliło moją miłość do łyżew do temperatury, jakiej nie miała nigdy dotąd. Dzięki temu anime zaczęłam śledzić zawody Gran Prix, żywo interesować się Mistrzostwami Europy, nadchodzącymi Mistrzostwami Czterech Kontynentów czy Mistrzostwami Świata. Całkiem nieźle orientuję się w najważniejszych nazwiskach i wynikach w tym sezonie. Ale kompletnie się na łyżwiarstwie nie znam, gdyby ktoś miał jakieś wątpliwości. Ze skoków odróżniam axla (bo jako jedyny wykonywany jest z najazdu przodem) i wiem, kiedy łyżwiarz rozpoczyna sekwencję kroczków (bo nagle nie nadążam śledzić jego ruchów), i mam trochę wiedzy ogólnej. Oraz plan, aby do Igrzysk w Pjongczangu się dokształcić.

Po prostu kocham oglądać zawody i jeździć do przodu.

LOVE, M

niedziela, 12 lutego 2017

"Kiss Him, Not Me" & "Kaichou wa Maid-sama!"

Hello!
Wracamy do początków pisania o anime. Prosta forma krótkiego opisu fabuły i niewielkiego komentarza jest dla większość recenzji (choć to zdecydowanie za duże słowo) animacji najodpowiedniejsza. Szczególnie, jeśli nie ma się za wiele do powiedzenia na temat danego tytułu.


"Kiss Him, Not Me"
Chociaż uparcie twierdzę, że nie lubię komedii, to uwielbiam się śmiać. A uśmiech na mojej twarzy wywołał już opis tego anime brzmiący mniej więcej tak: Kae, która była dość okrągłą dziewczyną, po śmierci swojego ulubionego bohatera anime, popada w depresję, z której budzi się po tygodniu jakieś 60 kilogramów chudsza. Po powrocie do szkoły wywołuje niemałe poruszenie, a chłopcy rzucają jej się do stóp.

Jest to anime typu reverse harem, ale oglądanie nie boli, bo chłopcy nie udają, że się lubią, tylko dość uczciwie konkurują o względy niewinnej Kae. Warto jeszcze tylko dodać, że Kae jest otaku i fujoshi. Bohaterka wzbudza zainteresowanie z resztą nie tylko u chłopców, bo wśród jej 'zalotników' jest jedna dziewczyna. "Kiss Him, Not Me" nie wyróżnia się niczym szczególnym, choć jest bardzo kolorowe, ładne i dobrze zaniomowane. I momentami bardzo, bardzo urocze. Zawiera większość, jeśli nie wszystkie, typowe elementy anime shoujo, ale dodaje trochę smaczków od siebie.  Wiem, że manga obecnie cieszy się ogromną popularnością, a i anime ma rzeszę fanów. I tak koło się napędza, bo bajka jest bardzo reklamą wersji narysowanej, choć kończy się bardzo akuratnie.

Zakończenie nie jest do końca przewidywalne, ale ławo się domyślić, że nie chodzi o to aby wybrać jednego z absztyfikantów. Chociaż gdybym to ja miała wybierać, zdecydowałabym się na Matsumiego. 

"Kaichou wa Maid-sama!"
Podobno to jeden z klasyków shoujo więc trzeba się było przekonać, co w nim takiego specjalnego. Tym bardziej, że tumblr twierdzi iż Usui, to jeden z najlepszych chłopaków z tego typu tytułów. 


Nasza główna bohaterka - Misaki - jest przewodniczącą szkolnego samorządu oraz pracownicą maid caffe. O ile z pierwszej pełnionej funkcji jest dumna, o tyle drugą chce ukryć przed całym światem. Prawie jej się to udaje, ale któregoś dnia Usui, przystojniak ze szkoły, widzi ją w jej stroju pokojówki. I tak zaczynają się przygody naszych bohaterów. 

Misaki, nawet jak na bohaterkę shoujo mang, jest wyjątkowo uparta i zupełnie niechętna jakimkolwiek uczuciom. Nawet gdy Usui wygłasza je prosto i dobitnie. Niestety obserwowanie ich rodzącej się relacji bywa frustrujące, bo jak na standardy gatunku trwa wyjątkowo długo. 
Czy Usui jest jakimś wyjątkowym bohaterem? Nie wiem, ale spotkałam się z głosami, że ma nieco obsesyjne podejście wobec Misaki i z tym się zgodzić nie mogę, bo oprócz typowych zachowań, nie robi nic, co wykraczałoby poza ramy bohatera. Wręcz poza tymi momentami jest dość bierny.

 Trzymajcie się, M

czwartek, 9 lutego 2017

Coś się dzieje ("Bramy Światłości: Tom 1")

Hello!
Dawno, dawno temu w 2013 roku, gdy pisałam dużo mniej składne recenzje (w sumie zdarza mi się to do dziś), wspominałam na blogu o książkach Mai Lidii Kossakowskiej "Siewca Wiatru" oraz dwóch tomach "Zbieracza Burz". Co prawda z pisaniny wynikało, że "Zbieracz Burz" mi się nie podobał, ale mam słabą pamięć i ogromną słabość do aniołów więc szczerze się ucieszyłam, gdy okazało się, że autorka wraca do opuszczonego przez Jasność świata, aby narobić kłopotów Archaniołom. 


Akcja "Bram Światłości" zaczyna się bardzo szybko po zakończeniu poprzedniej książki. Panowie nie mają czasu na wyjaśnienia i przeprosiny, bo istnienie duże prawdopodobieństwo, że świat im się zacznie walić na głowy, jeśli natychmiast nie sprawdzą, co dzieje się w Strefach poza Czasem. Dlatego wysyłają Daimona oraz podróżniczkę i byłą uczennicę Razjela Seredę, aby sprawdzić czy to Jasność, Antykreator czy jeszcze coś innego postanowiło objawić się w tak odległym zakątku świata.

Strefy nie są bezpiecznym miejscem. Wiemy to jeszcze zanim wyprawa wyrusza, a gdy już do nich dotrze cały czas coś się dzieje. Prawie nie ma miejsca, w którym byłoby spokojnie. Z jednej strony, to bardzo dobrze, akcji jest mnóstwo, nie można się nudzić podczas czytania, wyprawa jest bardzo intensywna, ale z drugiej, przynajmniej jedna przygoda Daimona i spółki mogłaby spokojnie nie pojawić i książka niewiele by straciła.

Gdy Lucyfer dowiaduje się, że być może Jasność postanowiła jednak wrócić do Królestwa, postanawia opuścić swoje i zostawić Otchłań w rękach Asmodeusza, który tak entuzjastycznie przystaje na propozycję zostania regentem Otchłani, że gdy tylko Lucek znika, leci po pomoc do Archaniołów. Ciekawe rzeczy z tego wynikają, ale ponieważ to pierwszy tom i zdecydowanie bardziej skupia się na Daimonie i wyprawie, autorka będzie miała duże pole do popisu w rozwiązywaniu tego wątku w kolejnej części. Przypuszczam też, że będzie musiała sprostać dużym oczekiwaniom czytelników.

Od razu widać, że moim ulubionym wątkiem jest ten dotyczący Asmodeusza i Lucka. Głównie dlatego że jest najzabawniejszy, a także najbardziej wzruszający jednocześnie. Lucek ma okropne wyrzuty sumienia, że zostawił Asmodeusza, a Mod postanawia wyruszyć i sprawdzić go siłą do piekła. Krótkie fragmenty opisujące jego podróż, to jedne z najfajniejszych momentów książki. Naprawdę mam nadzieję, że w drugim tomie będzie ich dużo więcej. Asmodeusz ma też super kota, o którym nie mogłam nie wspomnieć.

"W duchu jednak pozostawił zachować kilka tubek na zapas, bo jedzenie parówek bez musztardy wydawało mu się równie straszne, smutne i bezsensowne, co napisanie pracy naukowej bez bibliografii."  
Uwaga ma marginesie: autorka większości określeń używa w trójkach, szczególnie na początku książki, później jest ich mniej, ale za to pojawiają się poczwórne wyliczenia. Może to być irytujące. 

Archaniołów prawie w książce nie ma. Pojawia się Gabriel, bo on wszystkim rządzi oraz Razjel, bo to jego była uczennica przybyła z wiadomościami na temat pojawienia się Jasności. Drugą okazją jest sprawa z Otchłanią. Rafael i Michał są tylko wspomniani. Biorąc pod uwagę jak wiele rzeczy będzie trzeba dokończyć, wyjaśnić i zamknąć w następnym tomie zastanawiam się, jak dużą objętość będzie on miał. Pierwszy ma 472 strony.

Sereda nie jest najsympatyczniejszą bohaterką literacką jaką znam. Jest mądra i niezależna, trochę w typie Zosi Samosi oraz smerfa Ważniaka. Podsumowując irytująca, ale nie wiem jaka inna bohaterka poradziłaby sobie w podróży z Daimonem. Poza tym w czasie lektury jej postać staje się czytelnikowi raczej obojętna. Chociaż, gdyby nie jej brak świadomości uczucia, jakie żywi wobec niej przywódca jej ochroniarzy, zakończenie tomu byłoby może mniej tragiczne.

Strefy Poza Czasem są oparte na mitologii hinduskiej, o której nie mam pojęcia, ale na końcu książki znajduje się glosa, w której wszystkie najważniejsze pojęcia są wyjaśnione, co pomaga poukładać sobie wiadomości. Szkoda tylko, że książek nie czyta się od tyłu i słowniczku dowiedziałam się po lekturze. Jednak jedno trzeba przyznać "Bramy Światłości" to jedna z ładniej wydanych książek, jakie ostatnio widziałam. Kupujący ma do wyboru 3 rodzaje okładek (ja mam zintegrowaną i taką najczęściej widziałam; niestety z twardą nigdzie się nie spotkałam, a chciałabym, bo na zdjęciach wygląda niesamowicie; jest jeszcze oczywiście miękka), na których jak się dziś dowiedziałam jest Lampka. Chociaż z drugiej strony, tu "Bramy Światłości" a  okładka taka ciemna. Poza tym w środku są ciemne i straszne, ale fenomenalne obrazy i ładne, czarne skrzydła przy kolejnych rozdziałach.

"Bramy Światłości" są naprawdę bardzo dobrym wprowadzeniem do kolejnego tomu (i mają wszelkie wady bycia pierwszą książką, ale trzeba się z tym pogodzić, a nie narzekać), a ich największym minusem jest to, że trzeba czekać na premierę drugiej części. Pozostawiają czytelnika z ogromnym niedosytem, ale i ogromnymi oczekiwaniami wobec autorki.

LOVE, M

wtorek, 7 lutego 2017

Nie tylko w kinie i teatrze XIV

Hello!
Od złośliwości rzeczy martwych gorszą rzeczą jest chyba tylko złośliwość własnego organizmu, który dokładnie wie, że powinien się rozchorować właśnie w tym czasie, gdy planujesz bycie mega produktywnym człowiekiem. I zamiast pisania notek na zapas, muszę wykorzystać jedną z zapasowych. Z teledyski mają ten plus, że mi ich nie zabraknie.

1. Samantha Morton 

 U2 - Electrical Storm


I jeszcze jeden, ale oglądacie na własną odpowiedzialność - The Horrors "Sheena Is A Parasite"

2. Addison Timilin 

The Shins "Sleeping Lessons"


We The Kings "Check Yes Juliett"


3. Madeleine McGraw 

Elohim - "Hallucinating"


4. Eva Dolezalova

Tom Odell - "Silhouette"




5.  Millie Bobby Brown

Sigma  - "Find Me"





Trzymajcie się, M

niedziela, 5 lutego 2017

Gdzie pisanie? - Pierwszy semest pierwszego roku filologii polskiej


Hello!
Studiowanie dwóch kierunków bywa całkiem praktyczne, na przykład zamiast jednego mam dwa wpisy. Ale poza tym jest dość męczące, tak fizycznie (zajęcia od 8 do 20, na szczęście tylko czasami) jak i psychicznie (tyle ludzi, tylu wykładowców), ale nie masz za bardzo czasu aby się nad tym zastanawiać, bo oprócz tygodnia, soboty spędzasz w bibliotece i przypominasz sobie jak dużo czasu zabiera nauczenie się czegoś. Aby obejrzeć serial wstajesz pół godziny wcześniej niż zwykle, a o czytaniu książek, które nie są na zajęcia, możesz pomarzyć. Podobnie jak o chorowaniu i innych ekstrawagancjach, bo nieobecności to twój najcenniejszy skarb i nie można tanio ich przehandlować. 
Cały czas zastanawiam się, jakim cudem miałam czas na pisanie tutaj. Poza tym zeszłoroczna jesień minęła mi tak szybko jak żadna poprzednia. Ze styczniem było trochę inaczej - na polskim w sesji miałam jeden egzamin, wszystkie inne zaliczenia był rozłożone na praktycznie cały miesiąc.W każdym razie semestr uciekł mi nad wyraz szybko. I chociaż bywa ciężko za nic nie chciałabym wrócić do czasu, gdy studiowałam tylko zarządzanie instytucjami artystycznymi.






Oprawa redakcyjna i estetyka książki. W skrócie edytorstwo. Dostawaliśmy kartkę A4 z tekstem książki i zastanawialiśmy się jak zrobić tak, aby była albo jeszcze lepsza, albo po prostu dobra. Specjalnie na te zajęcia czytałam (ba, kupiłam) słownik, bo podstawą jest wyłapywanie literówek i błędów interpunkcyjnych.
Historia książki i instytucji wydawniczych. Wykład i niestety jak to wykład był średnio interesujący. Nawet dla kogoś kto lubi historię.
Język łaciński. Moja zmora, jedyne zajęcia na obu kierunkach, na które musiałam się naprawdę uczyć. Ale nauka była skuteczna, bo oceny z kolokwiów miałam dobre. To nic, że było tak wiele materiału, tak mało czasu i tak źle się tego uczyło, że nie ma szans, abym coś z tych zajęć pamiętała.
Kultura antyczna. Wykład o starożytnej Grecji i starożytnym Rzymie. 4 raz w cyklu nauki, gdy te tematy są poruszane. Z czego raz w zakresie rozszerzonym. Nauka na egzamin była intensywna, ale przyjemna, bo starożytność, to jeden z najfajniejszych okresów historycznych.
Wstęp do wiedzy o współczesnym języku polskim. Brzmi przerażająco i trochę takie było. Ale w tym wypadku teoria jest straszniejsza niż praktyka. A praktyka obejmuje 4 rodzaje ćwiczeń, pierwsze to:
Fonetyka z fonologią. Ciekawostka: miałam 3 semestry fonetyki angielskiej i tylko jeden polskiej. Było trochę nauki na pamięć, ale z czasem można było nawet zrozumieć zachodzące procesy. Mieliśmy też świetną prowadzącą więc zajęcia były całkiem przyjemne.
Wiedza o kulturze. Czytanie i omawianie tekstów poruszających zagadnienia od żałoby do zabawy i wiele innych. Na zajęcia musieliśmy też przeczytać "Ponowoczesność jako źródło cierpień" i w końcu wiem, co ta ponowoczesność oznacza, bo pojęcie przewija na studiach już od pierwszego roku ZIA. Ogólnie polecam, fascynująca książka.
Literatura powszechna do XVIII wieku. Wykład to przebieżka, po najważniejszych twórcach z najważniejszych krajów od starożytności do XVIII wieku. Ćwiczenia. To czytanie i omawianie tekstów, chociaż głównie mówił prowadzący. Podobnie jak w przypadku WOKu zajęcia mocno motywowały do czytania, a teksty były bardzo ciekawie i różnorodnie dobrane.
Historia myśli humanistycznej. Czytaj: filozofia. Od presokratyków do Arystotelesa póki co.
Literatura najnowsza. Omawianie wierszyków, bardzo luźne ciekawe zajęcia, dyskusje czasami podążały w bardzo ciekawych kierunkach. 
Poetyka. Najciekawsze, moje ulubione zajęcia na całych studiach. I nie jest to tylko moja opinia, a całej grupy. Zasługą tego stanu rzeczy był nasz prowadzący, który był prowadzącym idealnym. Wyrozumiałym, mądrym, umiejącym uczyć. Wychodziliśmy z zajęć i wiedzieliśmy, co na nich było. Gdy okazało się, że profesor bierze urlop naukowy, aby skończyć książkę, to prawie płakaliśmy i powiedzieliśmy, że pomożemy dokończyć książkę, byle dalej miał z nami zajęcia.
Literatura staropolska. Kochanowski, Kochanowski, Kochanowski. Wykłady co dwa tygodnie, o ludziach i świecie sprzed mniej więcej 500 lat. Nagle można odkryć, że te wszystkie utwory omawiane w pierwszej klasie liceum, mają dużo więcej sensu niż się wydaje .Ćwiczenia. Dokładne omawianie wybranych pojedynczych utworów, względnie cykli, tzn. Kochanowski plus sonety Sępa Szarzyńskiego. Niewiele, ale miałam te zajęcia w piątki, przez stylistyce wyjaśniam dlaczego to ważne. ALE z literaturą staropolską jest taki myk, że na koniec roku jest z niej ustny egzamin. Aby móc do niego podjeść, z kolokwium z lektur należy mieć przynajmniej 51%. Jest ono podzielone na dwie części - jedną pisze się po pierwszym, drugą po drugim semestrze. Lektur jest 27 (jeśli dobrze pamiętam) plus podręczniki w liczbie 3. Na pierwsze koło obowiązuje 13 książek, tzn. wstęp + treść. Jest to przytłaczające i przerażające, ale do ogarnięcia.
Stylistyka. Trochę jak edytorstwo, tylko mniej. Zajęcia wypadały nam w piątki, a wypadały ma tu podwójne znaczenie, ponieważ piątków w semestrze było wyjątkowo mało, a same zajęcia były co 2 tygodnie więc wypadały.

Pozdrawiam, M

piątek, 3 lutego 2017

Wszystko dookreślić - pierwszy semestr drugiego roku ZIA

Hello!
Gdyby ktoś zapytał, jakie jest ulubione grupowo słowo na ZIArcie, całkiem prawdopodobne, że zdecydowalibyśmy się na wyraz "dookreślić" (dookreślony i wszelkie odmiany też się liczą). Aż dziw, że nie wpadłam na to w zeszłym roku, ale myśleliśmy, że dookreślanie pozostanie miłym wspomnieniem z zajęć wprowadzania do wiedzy o teatrze. A pojawia się dalej. Jak Kantor i Grotowski, od których nie uwolnię się już najprawdopodobniej do końca życia.


Doktryny artystyczne XX i XXI wieku. Bardzo żałowałam, że nie mogłam chodzić na te zajęcia od początku roku (w tym samym czasie miałam inne na polonistyce), bo były bardzo ciekawe i choć słowo doktryny brzmi lekko przerażająco nie było się czego bać. Duża w tym zasługa wykładowcy, bo gdy widać, że człowiek się zna i fascynuje go to, o czym opowiada, przekłada się na chęć słuchania i uczestniczenia w zajęciach. Korespondencja sztuk. Były przygody z prowadzącymi zajęcia, przez co i program zajęć się zmieniał. Ostatecznie z korespondencją miały niewiele wspólnego, a zajmowaliśmy się po trochu grami komputerowymi, memami i horrorami. Nie są to moje tematy, ale nie było źle. Zarządzanie teatrem. Być może gdyby te zajęcia były na pierwszym semestrze pierwszego roku, nie wpadłabym w depresję i rozczarowanie. Konkrety, to coś czego na tych studiach brakuje, ale te zajęcia odrobinę poprawiają sytuację. Architektura sceny. A w zasadzie historia tego jak architektura i miejsce, gdzie przedstawienia teatralne się odbywały, wpływały na znaczenie spektaklu. Teatr powszechny XXI wieku. Prawda jest taka, że chociaż jesteśmy młodzieżą, którą trudno zaskoczyć, niewiele rzeczy nas szokuje, to zgodnie uznaliśmy, że teatr fekalny, to nie nasza działka. A z drugiej strony mieliśmy możliwość obejrzenia nagrania spektaklu "Śmierć i dziewczyna", który wywołał wokół siebie wiele kontrowersji. Czytanie poezji. Poezja, to nie nasza działka. To było najcichsze zajęcia, prawie nikt się nie odzywał. Ale dla mnie były całkiem pomocne, dzięki nim zabłysnęłam potem na zajęciach na polskim. Same zajęcia były prowadzone po angielsku i dotyczyły angielskich poetów. W ramach zaliczenia organizowaliśmy wieczorki poetyckie. Sztuka a teatr. Związki teatru z performensem, video-artem czy filmem. Dużo oglądania bardzo różnie interesujących rzeczy. Planowanie eventów kulturalnych. Na zajęciach byłam raz, bo miałam w tym czasie inne, ale z tego co wiem, było nawet ciekawe, bo prowadząca faktycznie zajmuje się tym, o czym mówiła. Udostępniła nam także całą prezentację więc wiedza nam nie ucieknie. Jednak nie było to planowanie wydarzeń typu festiwale, a raczej elementów kulturalnych w ramach innych wydarzeń. Podstawy prawne działalności artystycznej. Całkiem kompleksowa analiza Ustawy o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej, ale także podstaw prawnych zatrudnienia w instytucjach kultury i oczywiście prawa autorskie. Plus angielski.

Patrząc na plan Zarządzania Instytucjami Artystycznymi i biorąc pod uwagę fakt, że zajęcia są 3 dni w tygodniu, gdyby nie polonistyka, to chyba moje rozczarowanie nie miałoby końca. Na szczęście załatwiłam sobie tyle roboty, że nie mam czasu zastanawiać się nad tym, że studia, które miały być wymarzone okazały się porażką. O filologii polskiej przeczytacie w niedzielny wieczór. Jeśli macie jakieś pytania, dotyczące moich studiów i studiowania piszcie śmiało. 

Pozdrawiam, M

wtorek, 31 stycznia 2017

Przepraszam, pomyłka - "La La Land"

Hello!
Poszłam. Zobaczyłam. Zdenerwowałam się. Ale plus jest taki, że mogę napisać o "La La Landzie" tak jak lubię, czyli czepiając się czego się da.


Ładny - szczególnie na początku, im dalej w las tym gorzej i nie wiem, czy to zaplanowane działanie, aby pokazać, że większość znajomości na początku jest taka ładna i kolorowa, a potem przychodzi życie i robi się szaro. I nie wiadomo, czy to po prostu tak wyszło, bo skończyły się pomysły jak dalej robić tak, aby było ładnie, czy faktycznie docenić twórców, że tak przemyśleli obraz.
Uroczy - momentami, ale gdy one występują, to są definicją uroczości
Nudny - potwornie. Gdy zobaczyłam napis "5 lat później", to wyraz ulgi na mojej twarzy był nie do opisania, ale końcówka filmu też jest niemiłosiernie, niepotrzebnie i denerwująco przeciągnięta i do tego jeszcze wrócimy. Dłuży się ten film niemiłosiernie.
Przewidywalny - ale to oczywistość i podobno nie powinno się tej cechy filmu wyciągać, bo to nieuczciwe. 


Musical? Nie wiem. To bardziej film, któremu przydarzyły się piosenki. Na dodatek pierwsza robi tragiczne wrażenie. Niektóre utwory nawet wpisują się w fabułę, inne to takie typowe "nie wiadomo skąd piosenki". Nawiązania do innych musicali, szczególnie do "Deszczowej piosenki" i "Amerykanina w Paryżu" są zrobione na chama, ale do innych arcydzieł gatunku "La La Land" nawiązuje w mniej (przeważnie) lub bardziej subtelny sposób. Po wyjściu z kina ciężko było zanucić choć jedną piosenkę, teraz nie jestem w stanie zrobić tego wcale. Tyle jeśli chodzi o chwytliwość ścieżki dźwiękowej. Z jednym rozkładającym na łopatki wyjątkiem, czyli "The Fools Who Dream", boto jest mistrzostwo świata. Po prostu. 


Ryan Gosling nie będzie drugim Genem Kellym, on sam chyba nawet nie próbuje, ale w takiej pozycji jest stawiany w tym filmie. Nie przepadam za nim, ale całkiem dobrze się na niego patrzyło jako Sebastiana. Słuchało średnio. Większy problem jest z Emmą Stone. Wiem i doskonale zdaję sobie sprawę, że jest bardzo utalentowaną aktorką, ale dla mnie zawsze gra za bardzo, wolę nieco subtelniejsze wykorzystanie umiejętności aktorskich. Co nie zmienia faktu, że to postać Mii dźwiga ciężar całego filmu. 


Marzyciele? Przypuszczam, że za mną jest coś nie tak, ponieważ ani trochę i zupełnie nie czułam, że jest to film o spełnianiu marzeń, podążaniu za nimi, czy cokolwiek innego. Nie udało się "La La Landowi" mnie porwać, cały czas odbieram ten film jako romans i tyle. Ale jako romans ze słodko-gorzkim zakończeniem (czyli a. przewidywalnym; b. uwielbiam to wyrażenie więc musiałam go użyć) też się w sumie nie sprawdza. Jeśli prześledzimy, ten wycinek rzeczywistości bohaterów jaki twórcy nam pokazują, to okazuje się, że ich jedyną rozmową jest TA kłótnia. Życie tak nie działa. 


Kostiumy. Jest jedna rzecz w tym filmie, do której nie można mieć zastrzeżeń i są to kostiumy. Chętnie przygarnęłabym szafę Mii (a jeśli nie całą, to chociaż zieloną i niebieską sukienkę) oraz buty i marynarki Sebastiana. Stroje są bardzo ładne, bardzo retro i bardzo pasują do postaci. W większości scenografie i miejsca, w których toczyła się akcja, także były bardzo ładne i zawsze ciekawie pokazane. Ujęcia i kadry widać, że były bardzo, bardzo przemyślane i zaplanowane.


Rzeczą, która najbardziej jednak denerwowała mnie w tym filmie, był brak możliwości zdecydowania czy traktować go serio, czy jednak z przymrużeniem oka, bo on sam nie wie, czy jest poważny czy nie. Może poważny to niedobre słowo, ale lepszego na ten dysonans nie ma. I nie będę próbowała go wyjaśniać, bo obawiam się, że bez znajomości konkretnych scen z filmu nie za bardzo jest to możliwe.


Końcówka jest denerwująca. Będą spoilery. Ponieważ "La La Land" często i gęsto porównywany jest do "Titanica" (a ja zaniedbałam tradycję i nie obejrzałam w okresie bożonarodzeniowym, za to uczułam się do egzaminu słuchając ścieżki dźwiękowej i ogólnie mam silą potrzebę obejrzenia tego filmu w najbliższym czasie) otóż więc wyrokuję, że "Titanic" jest lepszym filmem bez względu na to, ile Oskarów "La La Land" dostanie, bo "Titanic" kończy się i jest koniec, a "La La Land" w perfidny, złośliwy i długi sposób pokazuje nam, jak mogłoby by być, gdyby bohaterowie zostali razem. A jak by było? TAK SAMO. Co w sumie prowadzi do wniosku, że można spełniać marzenia i być z osobą, którą się kocha, a nasi bohaterowie popełnili straszną głupotę rozstając się. 

Jeśli ten film miał być o marzeniach, to mu nie wyszło. Jeśli miał być musicalem, to też nieszczególnie. Jeśli optymistyczny. to poległ. Jeśli romansem. to istnieje dziesięć tysięcy lepszych. W skrócie: nie ma się nad czym zachwycać. 

Pozdrawiam, M

sobota, 28 stycznia 2017

Dobrze, lepiej, dobrze - "Bungou Stray Dogs" S2

Hello!
Czasami od samych zapowiedzi wiem, że będę nie tylko dane anime oglądała, ale także, że będę je kochała. Zbyt wiele takich przypadków nie ma, ale "Bungou Stray Dogs" jest jednym z nich. O pierwszym sezonie pisałam tu, a w połowie grudnia skończyła się jego druga część, o której przeczytacie dziś.


Sezon zaczyna się w dziwny i nieprzewidywalny sposób. Spodziewaliśmy się już w pierwszym odcinku zobaczyć The Guild i nowych uzdolnionych bohaterów, a  zostajemy przeniesieni w czasie do przeszłości i nie wiemy za bardzo co się dzieje. Początkowo narzekałam, a później okazało się, że te 6 odcinków to najlepsze, co przydarzyło się temu anime. Naprawdę. Ta część dotyczy przeszłości Dazaia i jest fantastyczna. Chociaż sprawa jest bardzo skomplikowana i poruszająca. I zdecydowanie dużo bardziej mroczna niż wcześniejsze i późniejsze odcinki. Dotyczy  czasu, gdy Dazai był jeszcze członkiem Mafii i całej historii tego, jak i dzięki komu z tej organizacji się wyrwał. Kolega Osamu - Oda Sakunosuke to najciekawsza postać jaka pojawia się w serii. Momentami nawet ciekawsza od Dazaia, ale nie ma też dwóch lepiej uzupełniających się bohaterów niż ta dwójka. 


W końcówce jednego z odcinków tej części jest taka scena, którą przeżywałam dwa tygodnie, albo i dłużej, bo jej zakończenie było w kolejnym odcinku. Przeważnie przeżywam rzeczy krótko acz intensywnie, a tym razem nie mogłam przestać o tym myśleć. Z resztą, wszystkie 6 odcinków zostawiają widza z mnóstwem przemyśleń. Co ciekawe, mogłoby się wydawać, że ta przyciężka i nieco filozoficzna część nie będzie pasować, do tego raczej lekkiego (aczkolwiek też nie do końca) anime, a stanowi jego idealne uzupełnienie i wyjaśnienie. 


Zasadniczą różnicą pomiędzy pierwszymi 6 odcinkami a resztą sezonu jest to, że na początku jeśli jest źle to jest źle i koniec, dobrze nie będzie. Natomiast w drugiej mamy pewność, że co złego by się nie wydarzyło, to skończy się dobrze. Chociaż zanim okaże się, że będzie happy end, rozwój wydarzeń poprowadzony jest w taki sposób, że choć się o tym wie, to jednocześnie dobre zakończenie nie jest oczywiste. Umiejętność tak dramatycznego pokazania wydarzeń jest ogromną zdolnością twórców anime. Napięcie jest wielkie. Jednak odrobinę w tym sezonie zabrakło mi komediowego aspektu, ale jest to do przeżycia. 


Część druga jest już bezpośrednią kontynuacją części wiosennej. I niestety pod wieloma względami  nieco gorsza. Dużo mniej spójna i bardziej epizodyczna, a postaci jest dużo więcej, więc jeśli się nie skupia, można się pogubić kto z kim i dlaczego walczy. Do tego poszczególne epizody różnią się między sobą poziomem. Na przykład wspólna walka Dazaia i Chuuya jest niesamowita, podobnie Rampo i jego rozwiązywanie zagadki z zamkniętym pokojem, ale o większości tych scenek zapomniałam. 


Dwa ostatnie odcinki, co prawda nie dorównują poziomowi emocji zakończeniu 6 odcinka, ale połączenie sił Akutagawy i Atsushiego to także jedna z lepszych rzeczy, jakie się temu anime przydarzyło. Ich walka z Fitzgeraldem jest absolutnie niesamowita. Robi ogromne wrażenie, chociaż pod względem choreografii nie wydaje się wybitna, ale nadrabia emocjami. Bardzo. Do tego, już po punkcie kulminacyjnym, anime robi się znów totalnie urocze, ale co ważniejsze pojawia się ogromna nadzieja na kolejny sezon. Czekam bardzo.

Pozdrawiam, M

czwartek, 26 stycznia 2017

Elie Saab Haute Couture Spring Summer 2017 Fashion Show

Hello!
Oto nadszedł ten dzień, gdy na moment zamieniam się w prawie blogerkę modową. Odkąd kilka lat temu w głowie zawróciła mi błękitna sukienka, w której Blair Waldorf w "Plotkarze" brała ślub z Chuckiem, z uwagą śledzę wiosenno-letnie kolekcje Haute Couture Elie Saab. Inne w ciągu roku też, ale tę konkretną najbardziej. 

Na oficjalniej stronie oraz na facebooku można obejrzeć nagranie z pokazu. Zdjęcia pochodzą z facebooka - Elie Saab.












Pozdrawiam, M

wtorek, 24 stycznia 2017

1360. Zastanawiałeś się kiedyś, jakie warunki trzeba spełnić, żeby zostać astronutą?

Hello!
.... ja nie, przestrzeń kosmiczna jest przerażająca, ale gdyby Was to interesowało - Możesz otrzymać ankietę, pisząc do NASA, Johnson Space Center, Attn: AHX Astronaut Selection Office, Houston, TX 77059.

"Modern Franz Kafka Statue In Prague. The statue is made from steel and horizontal parts are moving. Sculpture is located in Národní Třída, next to Quadrio shopping center in the Prague downtown. Statue was made by David Černý. Franz Kafka was famous Prague (german speaking) jew writer."

1365. Krytykuj zachowanie, nie osobę. - "I śmiech niekiedy może być nauką, kiedy się z przywar, nie z osób natrząsa", jedno bardzo ładnie uzupełnia drugie.

1370. Odbuduj zerwany związek. - Szkoda tylko, że łatwiej napisać niż zrobić.

1379. Znajdź kwiaciarnię z fantazją i zawsze tam kupuj. - Rada świetna jeśli kupujemy kwiaty na konkretne okazje, a od siebie dodałabym, że cudnym gestem ze strony chłopaka/dziewczyny na randce/spotkaniu byłoby, spontaniczne kupienie kwiatów od pań, które sprzedają je na przykład na Długiej w Gdańsku.

1380. Kup tani aparat Polaroida. Czasami nie zechcesz czekać przez godzinę, żeby zobaczyć zdjęcie. - Poważnie rozważam.

1384. Pamiętaj, że pech, podobnie jak szczęśliwa passa, nie trwa długo. - Na szczęście fortuna kołem się toczy.

1392. Naucz swoje dzieci, że kiedy one coś dzielą, to drugie dziecko wybiera swoją część pierwsze. - A gdy dzieci jest więcej niż dwójka, które z pozostałej trójki, czwórki ma wziąć pierwsze, drugie i dalej? To jest naprawdę poważny problem, coś o tym wiem.

1393. Ustąp miejsce w kolejce do kasy osobie stojącej za tobą, jeżeli ma tylko dwa lub trzy artykuły w koszyku. - To najmilsza rzecz na świecie, można człowiekowi w bardzo prosty sposób umilić dzień. 

Dziś zwięźle, ale z krótkim komentarzem, bo w końcu studiuję dwa kierunki i wisi nade mną sesja. Cytaty oczywiście pochodzą z "Dużego Małego Poradnika Życia", którego autorem jest Jackson H. Brown.

Trzymajcie się, M

niedziela, 22 stycznia 2017

Theishter - Anime on Piano

Hello!
Dokładnie rok temu pisałam o Pelleku (język polski jest piękny, ale obce wyrazy, a tym bardziej pseudonimy, odmieniane przez przypadki, wyglądają i brzmią dziwnie), a dziś co nieco o kolejnej osobie zajmującej się na YT coverowaniem utworów z anime. Ale tym razem w wersji czysto instrumentalnej.

Pierwszą piosenką jaką włączyłam było "Krone" z "Guilty Crown", ale poniższa wersja to, jak widzicie, re-arrange i nieco się różni od pierwszej. Na niekorzyść drugiej.


Theishter jest na bieżąco z anime i na kanale pojawią się najczęściej utwory z serii z sezonu bądź z wychodzących filmów.


I jeszcze w temacie "Yuri!! On Ice" - Theme of King J.J.

Kilka innych pięknych przykładów:




I jeszcze jedno z "Kabaneri", na które warto zwrócić uwagę - Ninelie.

LOVE, M

czwartek, 19 stycznia 2017

Popkulturalne cytaty z "Pani Noc"

Hello!
Prawie zapomniałam, że został mi jeszcze jeden komplet cytatów z "Pani Noc"! Gdy czytałam książkę początkowo prawie nie zwracałam na nie uwagi, ale potem okazało się, że jest ich całkiem sporo i niektóre są całkiem zabawne.

To zdjęcie miało być przy którymś z poprzednich postów, ale o nim zapomniałam. Więc jest w tym.

> " - Kapitan Ahab i wieloryb - powiedziała Dru, z roztargnieniem kreśląc wzorki w syropie na pustym talerzu.
Emma zakrztusiła się sokiem.
- Ale Dru, kapitan Ahab i wieloryb byli wrogami.
- Fakt - przytaknął Julian. - Wieloryb bez Ahaba jest zwyczajnym wielorybem. Wielorybem pozbawionym problemów. Wielorybem beztroskim."

> "Malcolm wyraźnie się ucieszył.
- A moglibyśmy obejrzeć Notting Hill?"

> " - Proszę. - Livvy sięgnęła po jedno z leżących na stole jabłek. - Zjedz. - I podała jabłko Markowi. Z długimi, ciemnymi włosami i jabłkiem w jasnoskórej dłoni wyglądała jak współczesna Królewna Śnieżka. - Jabłka chyba lubisz?"

> " - Waga decyzji przypomina precyzyjnie wymierzony atak sokoła, który pozwala mu zniszczyć ofiarę.
Julian spojrzał na Emmę z niedowierzaniem.
- To ze Sztuki wojny?
- Być może."

Cytuję, cytowany w książce cytat. Bo mogę.

>  " - Skoro mówimy o filmach... - Livvy zmarszczyła brwi, upodabniając się przelotnie do Ty'a. - To mi przypomina Złoty Bilet. No wiecie, z Charliego i fabryki czekolady. - Pomachała błyszczącym kawałkiem laminowanego papieru."

> " - To znaczy... - zaczęła się plątać Livvy - ...gdyby komuś podobał się rudowłosy Kapitan Ameryka... a mnie się akurat nie podoba...
- Kapitan Ameryka to najprzystojniejszy z Avengerów - powiedziała Cristina. - Bez dwóch zdań. Ale mnie podoba się Hulk, chętnie uzdrowiłabym jego złamane serce.
- Jesteśmy Nefilim - zauważył z naciskiem Julian. - Nie powinniśmy w ogóle wiedzieć o Avengerach. A poza tym najprzystojniejszy jest Iron Man, to chyba oczywiste."

Kocham Julesa, ale widzę tu zalążek Civil War. Już ja bym go przekonała, kto tu jest najprzystojniejszy.

> " - Zawsze chciałem mieć budzik Batmana, który zamiast dzwonić, mówi "Obudź się, Cudowny Chłopcze". Ożywiłby mój pokój."

> "Zniknęła w przymierzalni za zasłoną z prześcieradła z motywami z Gwiezdnych Wojen."

> "Mark spojrzał po sobie.
- Wyglądam przyzwoicie?
- Wyglądasz jak James Bond."

> "Wszędzie byli piękni ludzie, hollywoodzki tłum, jaki Emma często widywała w Los Angeles - ludzie, którzy mieli dostęp do siłowni i solariów, drogich fryzjerów i najlepszych ubrań. Ci tutaj wyglądali, jakby przebrali się za statystów z filmu z Humphreyem Bogartem: jedwabne sukienki, pończochy ze szwem, fedory, wąskie krawaty, szpiczaste klapy. Garnitur od Sy'a Devore'a Juliana okazał się proroczo trafionym wyborem."

> "Osiem pozłoconych belek dzieliło sklepienie na segmenty, na których namalowano sceny z klasyki filmowej w soczystych, głębokich odcieniach. Emma rozpoznała Przeminęło z wiatrem i Casablancę, ale nie kojarzyła pozostałych: wizerunku mężczyzny, który niósł drugiego przez gorące złote piaski, dziewczyny klęczącej u stóp chłopca trzymającego broń, kobiety, której biała sukienka unosiła się wokół niej jak płatki orchidei."

Też nie skojarzyłam z opisów tych filmów, ale postanowiłam poszukać. Oprócz tego ostatniego, bo to chyba Wichrowe wzgórza. Pierwszy skojarzył mi się odrobinę z Ben Hurem, ale pojęcia nie mam czy to dobry trop. Szukałam, pytałam, ale znajomi nie kojarzą. Może Wam te opisy coś mówią?

> "Szli śpiesznie, pchani prze tłum ku wyjściom. Orkiestra grała As Time Goes By z Casablanki, słodką melodię zupełnie niepasującą do panującego w sali niepokoju."

> "Może to dowód dla Strażnika, że ktoś zginął - zasugerowała Livvy. - Tak jak kiedy Łowca miał przynieść w pudełku serce Śnieżki."

> " - Zaczęliśmy się więc zastanawiać jaka miłość jest zakazana (...)
- Między fanami Gwiezdnych Wojen i wielbicielami Star Treka - dodała Emma. - I tak dalej. Dokąd to zmierza?"

Trzymajcie się, MP

wtorek, 17 stycznia 2017

Sherlock? - "Sherlock - The Final Problem"

Hello!
Bez zbędnych wstępów kilka słów o ostatnim odcinku czwartego sezonu "Sherlocka". Obrazek poniżej obrazuje jak mniej więcej czułam się po jego zakończeniu.


Chyba odkryłam gdzie leży problem całego sezonu. Otóż twórcy gdzieś po drodze zgubi detektywa w czasie dodawania do postaci Sherlocka większej ilość uczuć. I nie chodzi o to, że stracił on swoje zdolności, tylko odpowiednie motywacje do ich używania. Co gorsze, utracił prawdziwe powody, aby je wykorzystywać. Odkrycie jest wielce niepokojące. Chociaż końcówka sugeruje, że status quo jako tako został utrzymany. Wierzę też, że będzie kolejna seria, tylko błagam niech będzie taka jak pierwsza lub ewentualnie druga. Bo problem jest taki, że "Sherlock" się pokomplikował tam, gdzie nie powinien. Po drodze zgubił też sens.

Jarałam się, że zgadłam, iż Holmesowie mają siostrę, ale to jest taka słaba postać, że szkoda słów. Ogólnie z "Sherlocka" zrobił się jakiś sentymentalno-rodzinny twór, którego momentami nie da się zwyczajnie oglądać. I piszę to ja, zwolenniczka uczuciowego i emocjonalnego Sherlocka. Ale wróćmy do bohaterki czy antybohaterki dnia, czyli Euros. Sherlock był raczej dość racjonalnym, prawdopodobnym serialem. Do tej pory. Bo wątku Euros nie da się nijak logicznie wyjaśnić. Ani dlaczego teraz, ani po co, ani nic. Ogólnie to bardzo ciekawa koncepcja, dziewczynka bez emocji, uczuć, odczuć, moralności. I charakteru, pustość, nawet tak wygląda jak lalka czy marionetka. Ktoś próbował chyba zrobić gorszą, kobiecą wersję Jima, ale nie wyszło.

I nie wspominam o nim bez przyczyny, bo najlepszym momentem całego odcinka, jeśli wręcz nie całego sezonu, jest ten krótki moment, gdy wydaje się, ze Moriarty żyje. A potem okazuje się, że to było 5 lat temu i było on prezentem od Mycrofta dla siostry. Ogólnie oprócz tego, że nagrał jej parę filmików i głos, nie za bardzo wiadomo jaki ona mogła mieć wpływ na jego późniejsze działania i odwrotnie. Naprawdę wiele rozumiem, ale łączenie w jakikolwiek tych dwóch postaci nie jest popisem kreatywności pod żadnym względem. Chociaż to podobno od spotkania z Jimem Euros postanowiła planować swoją zemstę na Sherlocku. Musiała wiedzieć, że Jimowi nie wyjdzie.

Jeśli jest problem z motywacjami Sherlocka, to nawet nie wiem jak skomentować całą historię idącą za siostrą. Ona zabiła przyjaciela Sherlocka umieszczając go (how?!) w studni, z zazdrości, bo to ona chciała być jego przyjaciółką, bo nie miała innych przyjaciół, a Mycroft nie był taki fajny. Drugi dzień próbuję to sobie poukładać w głowie. Nie da się. A już szczególnie biorąc pod uwagę jej późniejsze lekkie traktowanie ludzkiego życia. W naszym społeczeństwie to nie przejdzie, nie ma szans.


Euros miała być aż tak wyraźnym kontrastem dla "nowy rok, nowa ja" Sherlocka? A może pokazanie, że gdyby SH naprawdę nie miał uczuć, to nie byłoby absolutnie żadnej możliwości polubienia go. Albo, że pomysł robienia postaci bez uczuć, musi spalić na panewce? Albo była potrzebna po to, aby pokazać siłę rodzinnych więzi, moc wyrozumiałości, okropność samotności. Wszystko to można byłoby spokojnie osiągnąć lepiej wykorzystując motyw Johna oskarżającego SH o śmierć Mary. Która notabene w dość żenujący sposób znów pojawia się w odcinku i nie tylko wymienia jak jej chłopców z Backer Street najpierw Sherlocka, a dopiero później Johna, ale także prowadzi fragment narracji typu: "I żyli długo i szczęśliwie". Chociaż szczerze wierze w kolejny sezon. Bo w odcinku były znaki, iż jest możliwość jego powstania. 


Problemem jest też to, że problemu nie ma. Bo na koniec dostajemy coś na zasadzie, chciałam Cię zabić od małego, ale w sumie to cię lubiłam, więc planowałam zemstę, ale tak naprawdę to nie była zemsta, tylko chciałam, abyś mnie uratował i został moim przyjacielem, i to cały plan. Oprócz tego, że Euros jest psychopatką, to chyba ma też rozdwojenie jaźni, albo nie jest aż taką psychopatką i potrzebuje, aby ktoś ją ratował. Jak czytacie próbuję tę postać ugryźć (ależ to źle brzmi) z każdej strony, ale nie mam pomysłu, co o niej myśleć. 

 "Ale to sprawa rodzinna" 
Ten "he" to oczywiście John.

Ale zanim sistra Holmesów da się uratować (powiedzmy, z braku lepszego słowa) prowadzi ich oraz Johna (i chyba też teleportuje) przez szereg bardziej zadań niż zagadek, wszystkich okropnych. Już wspominałam o tym jak Wiatr traktuje ludzkie życie, ale najbardziej zniszczył mnie motyw z Molly. Prawie jej nie było w tym sezonie i tak ją skrzywdzili, bo inaczej tego nie można nazwać. Niby scena z wyznaniem miłości, na dodatek udowodniająca na dodatek, że Sherlock wcale nie wie wszystkiego co dookoła niego się dzieje, i był to mniej więcej poziom emocji jak na reakcję Johna po śmierci Mary. To było okropne. Molly jest najbardziej pokrzywdzoną postacią wszystkich sezonów, ale trzeba było jej dodać jeszcze prawda? Nie żebym wierzyła, że oni mogliby być razem czy coś podobnego, ale to był cios poniżej pasa. 


To nie tak, że wszystkie sentymentalne elementy tego odcinka są złe. Siostra każe SH zabić, albo Johna albo Mycrofta, który nota bene ma wyrzuty sumienia, bo to on sprowadził Moriartiego na wyspę, a Sherlock jest zdecydowany popełnić samobójstwo. Nic dobrego by z tego i tak nie wyszło, jak wiemy z wcześniejszych zdarzeń, ale liczy się gest. Miłe było, to że detektyw w końcu nauczył się imienia Lestrada, a John dostał kocyk. Kocyki są ważne. 

Wszystko bez sensu. Idę obejrzeć pierwszy odcinek. Albo sezon. Albo oba. I starczy. 

Trzymajcie się, M
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...