sobota, 9 grudnia 2017

Zakładam fanklub Barrego, czyli M i "Liga sprawiedliwości" ("Justice League")

Hello!
Pięć lub więcej razy pisałam na blogu o moim związku z X-Menami, większość filmów Marvela, które wychodziły odkąd tu piszę ma gdzieś swoje recenzje, ale o filmach DC prawie się nie wypowiadam. "Wonder Woman" dostała kilka akapitów, w jakieś zbiorowej notce i to byłoby na tyle.

Powinnam mieć (bo mam wrażenie, że wypada i każdy ma), jakiś emocjonalny stosunek do Batmanów Nolana, ale prawda jest taka, że ledwo pamiętam te filmy i dużo bardziej pamiętam to, co działo się dookoła "Mrocznego Rycerza" w związku z Heathem Ledgerem. Ten film pamiętam też najlepiej, ale warto wspomnieć, że miałam 12 lat, gdy wchodził na ekrany kin. Mam za to inne wspomnienie związane z Batmanem. W mojej babci była kaseta VHS z prawdopodobnie Batmanem z 1989 roku, ale oprócz tego, że pamiętam, że była i że na pewno ją oglądałam, nie pamiętam nic.

W któreś wakacje na kanale ze starymi filmami obejrzałam "Supermana" z 1978 i z tego, co pamiętam nawet mi się podobał. Ale muszę zaznaczyć, że z natury bliżej mi do postaci typu Superman i Kapitan Ameryka niż do innych. "Man of Steel" też widziałam, ale to nawet, jak na moją tolerancję dla naiwności tego bohatera było trochę dużo, chociaż nie wspominam seansu bardzo traumatycznie. Natomiast "Batman v Superman" miałam okazję obejrzeć wiosną i pamiętam z tego filmu dokładnie ciemność i Batmobil. Wszystkie złe słowa na ten film już się polały, a ja miałam pisać o czymś zupełnie innym. Ah, "Legion samobójców" też widziałam, ale o istnieniu tego filmu przypomniałam sobie dopiero, gdy wyszukując jakąś informację do "Ligi Sprawiedliwości" pojawił się gdzieś obok, niech to służy za moją opinię.

Ten żart-nawiązanie do Stworzenia Adama pojawia się w filmie dwa razy. Za pierwszym jest zabawne, ale gdy pojawia się drugi i na dodatek jest dość dosłowne, to widz naprawdę się zaczyna zastanawiać czy twórcy tego filmu AŻ tak bardzo nie wierzą w inteligencję widza, że musieli to zrobić dwa razy.

Ale wszystko, co napisałam wyżej nie zmieniło faktu, że na "Ligę" szłam nastawiona neutralnie. A nawet neutralnie plus, bo wybrałam się do kina w domu, a więc już trochę po premierze i miałam okazję wysłuchać i przeczytać kilka może nie bardzo dobrych, ale powiedzmy ciepłych opinii. Na zasadzie, że to całkiem nie najgorszy film jak na standardy DC. I chyba muszę się z tymi opiniami zgodzić. 

Fabuła "Ligi Sprawiedliwości" jest tak banalna, że przypuszczam, że nawet gdyby ktoś się bardzo postarał to o prostszą byłoby trudno. Pojawia się zły ktoś z kosmosu - Steppenwolf, który chce sprowadzić na ziemię apokalipsę (nie żeby było przypadkiem wiadomo, dlaczego on chce to zrobić, to taki zły, który jest zły, bo jest zły i niszczy światy) i trzeba go powstrzymać. W tym celu Batman i Diana zbierają drużynę superbohaterów i do czasu, gdy pojawi się w filmie Superman mija 70 minut, czyli ponad połowa filmu to zbieranie drużny.

Poszczególnymi członkami drużyny zajmiemy się za moment, ale teraz trzeba napisać jeszcze o tym, co na ziemi porabiał Steppenwolf. Otóż poszukiwał Mother Boxów, sztuk 3. Jeden dostali Atlanci, jeden Amazonki i jeden ludzie. I uwaga, tym razem ludzie (jako gatunek, bo nasza drużyna pod tym względem zawiodła na całej linii) postąpili najrozsądniej i zakopali i zapomnieli o Pudełku, do czasu, aż było potrzebne do stworzenia Cyborga, ale to inna historia. W każdym razie Mother Boxy Atlantów i Amazonek to były najgorzej strzeżone skarby, a w sumie to niszczycielska siła, tym gorzej dla jednych i drugich obrońców, jakie widziałam. Dziecko by im to wykradło i tylko narobiło mniej szkód niż zły, zły, zły z kosmosu. Bo strat było sporo, szczególnie u Amazonek. Ich całą walka ze Steppenwolfem skojarzyła mi się z, co prawda nieprawdziwym, atakiem polskiej husarii na niemieckie czołgi. 

Przejdźmy do ciekawszy spraw. Już w czasie oglądania cieszyłam się na pisanie, bo w "Lidze Sprawiedliwości" najważniejsi są bohaterowie, a o nich to ja lubię pisać. Chociaż nie wiem, czy będe miała, aż tak wiele do opisania jak bym chciała. Jeszcze jedna uwaga pomimo względnej krótkości, jak na tego typu film, to on się dłuży. Niekoniecznie nudzi, ale akcja nieszczególnie szybko posuwa się do przodu, a gdy już to robi to najczęściej skokami.

Batman. Wydaje się taka odpowiedzialną postacią, ale jednocześnie to on wpada na pomysł, który może mieć straszne skutki, czyli ożywienie Supermana. Wpada też na pomysł zwabienia za sobą latających stworów Steppenwolfa. Ogólnie wpada na niekoniecznie najlepsze pomysły w trakcie całego filmu. Ale całkiem podoba mi się jego relacja, chyba przyjaźń z Dianą. Natomiast sama Diana jest taka trochę nijaka. Walczy z oddaniem, mówi dużo zachęcających słów, bywa też głosem rozsądku, ale to może 1/3 Wonder Woman z filmu. I jeszcze jedna sprawa. O ile w jej solowym filmie, jej strój mi nie przeszkadzał to w tym, na tle tych zakrytych, tak że widać im ledwo oczy i usta mężczyzn, rzuca się w oczy. Albo inaczej w tym filmie jej strój traktowany jest, a z resztą ona też sama, sposób jej filmowania i wiele innych rzeczy, zupełnie inaczej niż w "Wonder Woman". Ale tu trzeba by dokonać bliższego przyjrzenia się pracy kamery i innych rzeczy i porównaniu. W każdym razie chodzi o to, że jeden film reżyserowała kobieta a drugi facet i ludzie widzą pewien,  coraz bardziej niepokojący, schemat. 

Cyborg nie za bardzo robi mi różnicę, ale gdyby Dianie nie udało się go przekonać, to nie wiem, kto uratowałby Ziemię. Pewnie Superman, a to podważa obecność tego pierwszego w filmie, ale nie będziemy się czepiać, Superman nie może wszystkiego robić sam. Aquaman ma jedną doskonałą scenę przemówienia, gdy niechcący zaplątał się w bicz Diany, który zmusza do mówienia prawdy. A poza tym, gdzieś tam się przewija, mamy zapowiedź, że za jego postacią kryje się głębsza historia, ale tutaj robi niewiele.  Superman jest tak supermanowy jak tylko może być, pomijając, że gdy się obudził to mieli z nim małe problemy. A poza tym to pola kukurydzy, farma, cywile. I jest trochę zabawny. 


A najlepsze i najciekawsze zostawiłam na koniec. Powód dla którego dzisiejszy wpis nosi taki a nie inny tytuł, zaskakująco dobry i wcale nie aż tak przesadzony comic relief, czyli Barry Allen, którego przez cały film, jeśli dobrze zwracałam uwagę, nikt nie nazwał Flashem. Gdy szłam na film wiedziałam, że Barry ma być ekstra i obawiałam się, że będzie za ekstra i irytujący. Ale nie jest. Tak naprawdę jest, obok Diany (z którą powinien mieć więcej interakcji, na przykład zamiast tych z Cyborgiem), jedyną postacią, która jest choć trochę miła i sympatyczna. I okazuje prawdziwe ludzkie uczucia, jak na przykład strach. I ogólnie z całej drużyny najbliżej mu do normalnego człowieka. Chociaż on w sumie ma mocne, a Batman nie, ale Batman to Batman i już. Jest też zasadniczo jedyną postacią, z którą dzieje się coś wewnętrznie. Przechodzi ewolucję postaci na sterydach, ale do niego to pasuje, bo taki szybki. Prawie jak Superman. Barry od strachliwego chłopaczka, który ma skomplikowane życie rodzinne i trochę sobie nie radzi do ratującego cywilów bohatera, który na koniec podejmuje pracę przez duże P. Poza tym Ezra Miller jest naprawdę dobrym wyborem do grania tej postaci, bardzo pasuje do tej wizji. Oficjalnie czekam na "Flashpoint". Poza tym, a w sumie od tego powinnam była zacząć. Gdy Barry wraca do swojej kryjówki, włącza swoje urządzenia elektroniczne i na ekranie telewizora leci sobie nowy teledysk Blackpink i w calutkiej scenie, gdy poznają się z Batmanem za podkład muzyczny leci "As If It's Your Last". Wiem, że fani wyczaili to już w zwiastunie i wiem, że w czasie promowania filmu Ezra dostał album BlackPink (chociaż w sumie to nie wiem, co on dostał, chyba, że japońską wersję, bo w Korei albumu, jako takiego nie wydały).  Ale to nie wszystko. Gdy Batman przygląda się strojowi Barrego i padają pytania o jego wytrzymałość, Barry najpierw odpowiada, że uprawia łyżwiarstwo figurowe, a potem, że nawet bardzo ekstremalne łyżwiarstwo figurowe. To było w napisach, a wydaje mi się, że bohater mówił o pairs skating, czyli na polski o parach sportowych. I to z tym ekstremalnym nawet szłoby w parze. 

Podsumowując, bo dysproporcja pomiędzy wstępem, tym co napisałam o filmie i tylko tym, co napisałam o Barrym, jest większa niż by wypadało. Prosta fabuła, starająca się wprowadzić 3 postaci tak, aby widz choć minimalnie chciał dowiedzieć się o nich czegoś więcej, patrz: obejrzeć ich solowe filmy, z czego moim zdaniem udaje się to naprawdę dobrze z jedną z tych postaci. Przy okazji trzeba też wygospodarować trochę czasu dla postaci, które już znamy, co wychodzi średnio, bo Diana dużo traci, a Supermanowi, gdy tylko się budzi poświęcone jest stanowczo za dużo czasu. Zły, zły z kosmosu jest oficjalne najsłabszym złolem filmu superbohaterskiego, ale w sumie nie ma to żadnego znaczenia, jak on w tym filmie. Który w sumie nie jest nudy, ale momentami się dłuży. Jest jeszcze kwestia sensowności i dziur w scenariuszu, i niektórych pomysłów, i jak ławo się domyślić nie ma tam nic dobrego. W sumie to jest źle, ale, choć powinnam, nie lubię się nad tymi sprawami rozwodzić. 

Pozdrawiam, M

środa, 6 grudnia 2017

Q&A

Hello!
Nominacje albo otwarte pytania ze wszelkiego typu LBA czy innych podobnych krążących po blogosferze wyzwań prawie zawsze znajduję akurat w momencie, gdy kompletnie nie mam o czym pisać albo nie mam na o zbyt wiele czasu. Tak jest dzisiaj. W weekend byłam w domu, ale i tak uczyłam się na koło z gramatyki historycznej, którego prawdopodobnie wcale nie zdałam i w ramach poprawy nastroju i chwili odpoczynku, zanim będę musiała wrócić do książek oraz znaleźć czas na napisanie czegoś bardziej ambitnego, postanowiłam dziś odpowiedzieć na pytanie, które na swoim blogu zadał Indywidualny Obserwator.

 Rysunek pojawił się na grupie polskiego po kolokwium, z tego co udało mi się wyczaić autorem jest Jarek Kozłowski - rysunki.

1. Wszyscy mamy jakieś małe uzależnienia: czekolada? kawa? a może zakupy? Przyznaj się, co jest Twoją małą słabością.
Jeśli rozpatrujemy sprawy z takiej perspektywy to kawa. Nie wyobrażam sobie poranka bez połączenia kawa+śniadanie+internet. I to mniej więcej w takiej kolejności.

2. Czy Twoje obecne życie odzwierciedla Twoje marzenia z dzieciństwa? Czy też może obrałaś zupełnie inną drogę życiową?
W sumie to ciężko powiedzieć. Chociaż to trochę śmieszna sprawa, bo praktycznie od piątego roku życia byli ludzie, którzy mówili mi, że powinnam pójść na polonistykę i zostać nauczycielką. W ramach buntu moim pierwszym kierunkiem jest zarządzanie instytucjami artystycznymi, a na polski, owszem poszłam, ale wybrałam specjalność edytorską. W sumie w dzieciństwie to wcale nie marzyłam o studiach, czy raczej nie rozpatrywałam ich w kontekście marzeń.
To trudne pytanie, jeszcze biorąc pod uwagę, że marzenia z dzieciństwa dynamicznie się zmieniają, gdy się dorasta. I teraz można mieć zupełne inne pomysły na swoją przyszłość.

3. Jesteś introwertykiem, czy ekstrawertykiem?
Introwertykiem i to prawdopodobnie na zawsze też nieśmiałym. Chociaż z drugiej strony im jestem starsza tym bardziej widzę, że nawet te określenia, tak naprawdę zależą od konkretnej sytuacji i nie zawsze jest tak samo.

4. Gdybyś mogła zamieszkać w dowolnym miejscu na świecie, gdzie by to było i dlaczego? 
 Tam, gdzie miałabym święty spokój. A serio, to czasami myślę o Japonii.

5. Kto jest Twoją ulubioną postacią z literatury i dlaczego? 
Werter. I wcale nie dlatego, że był życiową pokraką i nie potrafił się nawet zabić porządnie. Znaczy to trochę też, ale ten aspekt to akurat wspominki z liceum. Ogólnie biedny Werter jest biedny.

6. Jakiej ważnej decyzji w swoim życiu żałujesz? Czy gdyby istniała możliwość, aby ją zmienić, zrobiłbyś to? 
W sumie nie jestem osobą, która wiele żałuje, a na pewno nie naprawdę ważnych decyzji. Czasami żałuję rzeczy, na które tak naprawdę nie miałam wpływu, bo jakieś wypadki sprawiły, że stało się jak się stało, ale tak ogólnie to nieszczególnie.

7. Jaki rodzaj kuchni preferujesz i za co najbardziej ją lubisz? (chodzi mi o odpowiedzi typu: włoska, orientalna, a nie duża, otwarta na salon, haha)
Nie mam określonej ulubionej kuchni, przypuszczam, że z większości coś lubię, a na co dzień nie zastanawiam się czy dane danie jest bardziej włoskie czy orientalne czy jeszcze inne. Nie miałam też zbyt wielu okazji, aby próbować takie konkretne kuchnie. Ale jako taki ogólnik mogę podać, że lubię raczej łagodne kuchnie.

8. Czy zapamiętujesz swoje sny? Jeśli tak, to przykładasz do nich dużą wagę?
Prawdę powiedziawszy jestem pewna, że mi się po prostu coś śni bardzo rzadko. Bardzo. A jak coś się przyśni to jestem mniej więcej w stanie powiedzieć, co tam się działo. Ale są one dla mnie kompletnie bez znaczenia.

9. Kto Cię inspiruje w codziennym życiu?
Myślę, że moi rodzice, kilku ludzi z internetów (na przykład możecie zerknąć tu: Najbardziej inspirująca osoba w internecie, ale on nie jest jedyny), niektórzy nauczyciele i niektórzy profesorowie z UG. Inna kwestia to, co z tych inspiracji wynika.

10. Jesteś rannym ptaszkiem czy nocnym markiem?
Zasadniczo ani tym, ani tym. Prowadzę uporządkowane życie. Wstaję około 6/7 kładę się około 23. I w sumie zależy to trochę od pory roku. Zimą jestem bardziej aktywna i lepiej się czuję rano, gdy jest więcej naturalnego światła, a wiosną i latem, gdy światło jest także wieczorem, jestem w stanie funkcjonować lepiej także późno w nocy.

11. Co jest Twoją największą życiową pasją?
Doskonałe pytanie na które nie znam odpowiedzi. Gdyby sądzić z tego, co piszę na facebooku blogaska i samym blogu byłoby to oglądanie teledysków, ale jak na życiową pasję to chyba jednak trochę za mało. 
Gdy się chwilę nad tym zastanowiłam to wyszło mi, że pisanie. Tak bloga, jak i nawet prac na studia, a nawet sama fizyczna czynność pisania. Chciałbym mieć więcej czasu i uczyć się kaligrafii. I bardziej interesuje mnie praktyka niż handlettering, bo chociaż czasami jest naprawdę prześliczny, chciałbym na co dzień ładnie pisać.

To by było na tyle. Jeśli macie ochotę zadać mi jakieś dodatkowe pytania to śmiało! Podobnie jeśli sami macie ochotę na coś odpowiedzieć, to zachęcam.

Trzymajcie się, M

niedziela, 3 grudnia 2017

Blogerzy kulinarni i Vlogerzy książkują 2017

Hello!
Dzisiaj trochę mniej tytułów, bo blogów kulinarnych  (z resztą książek też) raczej nie czytuję, a o tym, że zdecydowana większość prezentowanych książek jest napisana przez blogerów dowiedziałam się sposobem prób i poszukiwania - to znaczy kopiowałam nazwisko ze strony empiku i sprawdzałam czy autor przypadkiem nie jest blogerem.
Ale jeszcze gorzej sytuacja miała się z vlogerami, co tłumaczę niżej.


Beata Sokołowska - "Alkaliczny styl życia", "Alkaliczne gotowanie przy zielonym stole", "Alkaliczny detoks"
(alkalicznystylzycia.pl)

Anna Gruszczyńska - "To nie jest dieta", "Wilczo głodna", "Ja Wersja 2.0"
(wilczoglodna.pl)

Marta Dymek - "Nowa Jadłonomia"
(jadlonomia.pl)

Maia Sobczak - "Qmam kasze" i "Przepisy na szczęście. Qmam kasze 2"
(qmamkasze.pl)


Julita Bator - "Zamień chemię na jedzenie" oraz "Zamień chemię na jedzenie. Nowe przepisy"
(julitabator.pl)

Eryk Wałkowicz - "ErVegan. Kuchnia roślinna dla każdego"
(ervegan.com)

Anna Włodarczyk - "Retro kuchnia" oraz "Zapach truskawek. Rodzinne opowieści"
(strawberriesfrompoland.pl)

Monika Śmigielska - "Kuchenny kredens. Polska kuchnia przedwojenna"
(kuchennykredens.pl)

Rafał Przybylok - "Czajnikowy.pl. Dobra herbata"
(czajnikowy.pl)

VLOGERZY
Się w tym roku nie popisali i albo faktycznie pisali niewiele, albo ja tego nie znalazłam, a to też oznacza, że ich promocja się nie popisała.


Radek Kotarski - "Włam do mózgu"
(Polimaty)

Mieciu Mietczyński (Masochista) - "Wykłady profesora Niczego"

Arlena Witt - "Grama to nie drama. Angielska gramatyka i inne dziwne rzeczy"
("Po Cudzemu")


Ewa Grzelakowska-Kostoglu - "Tajniki paznokci"
("Red Lipstic Monster)

Dziś tylko 13 autorów, ale 20 książek.

Dużo siły na nadchodzący tydzień, M

 

czwartek, 30 listopada 2017

Blogerzy książkują 2017

Hello!
Zbliża się grudzień, zbliżają się Mikołajki i Boże Narodzenie, a więc nieodłącznie zbliża się czas kupowania prezentów. I tak się składa, że tak jak w poprzednim roku, zbierałam i spisywałam książki, których autorami są blogerzy (albo ludzie, których sobie uznałam, że są blogerami, wybór jest totalnie subiektywny; i jeszcze jedna uwaga skupiam się na polskich blogerach, tylko jedna książka jest zagranicznej autorki), i  które ukazały się w 2017 lub wpadłam na nie w tym roku, ale wydane zostały wcześniej a nieujęte zostały w poprzednim wpisie. Nie roszczę sobie prawa, że spisałam wszystkie, bo to nie było moim celem. Raczej ogólne zainteresowanie książkami pisanymi przez blogerów. W następnym wpisie będą książki blogerów kulinarnych oraz vlogerów.

Trochę się nie spodziewałam, że w trakcie szukania książek do licencjatu, znajdę w BUGu także ilustrację do dzisiejszego wpisu.

Autorka studenckiego bloga Blue-Kangaroo Ania Kania na początku roku wydała e-booka "Sesyjny Poradnik".

Jacek Bocheński - "Blog"
(jacekbochenski.blox.pl i blogii.blox.pl)

Rafał Chmielewski - "Pamiętnik adwokata. Skuteczny blog w nowoczesnej kancelarii prawnej"
(e-marketingprawniczy.pl)

Małgorzata Chmielewska - "Sposób na cholernie szczęśliwe życie" i "Odłóż tę książkę i zrób coś dobrego"
(siostramalgorzata.chlebzycia.org)

Dagmara Skalska - "Fitness umysłu ze Skalską"
(projektegoistka.pl)

Bożena Społowicz - "Skin Coach. Twoja droga do pięknej i zdrowiej skóry"
(skincoach.pl)

Odrobinę naciągane, autor pisze w sekcji blogi na Rmf24.pl
Wojciech S. Wocław - "Savoir-vivre, czyli jak ułatwić sobie życie"

Aleksandra Rożnowska - "SportsMama"
(sportsmama.pl)

Natalia Kołaczek - "I cóż, że ze Szwecji"
(szwecjoblog.blogspot.com)

Kajsa Kinsella - "Nordicana. Za co kochamy Skandynawię"
(kajsakinsella.com)

Łukasz Kileban - "Mężczyzna z klasą. Przewodnik współczesnego gentlemana"
(czasgentlemanow.pl)

Anna Dutkiewicz - "Szeptane opowieści"
(blogi: tosmakuje.blogspot.com oraz fit-appetit.blogspot.com)

Ola Budzyńska - "Jak zostać panią swojego czasu. Zarządzanie czasem dla kobiet"
(paniswojegoczasu.pl)

Matylda Kozakiewicz - "Złe matki są najlepsze. Poradnik szczęśliwej mamy"
(segritta.pl)

Anna Dydzik - "Nieperfekcyjna mama"
(nieperfekcyjnamama.pl)

Monika Czaplicka - "Zarządzanie kryzysem w social mediach"
(czaplicka.eu ale być może znacie profil na facebooku: Kryzysy w social mediach wybuchają w weekendy)

Natalia Knopek - "Miej umiar"
(simplife.pl)

Małgorzata Dawid-Mróz - "Manufaktura Radości"
(manufaktura-radosci.blogspot.com)

Deynn & Majewski Trenuje - "Trening życia"
(majewskitrenuje.com; ogólnie autorzy udzielają się dużo w mediach społecznościowych)

Joshua Becker - "Im mniej, tym więcej"
(becomingminimalist.com)

Tomek Kania - "Prawo przyciągania. Jak nasze dzisiejsze myśli tworzą naszą przyszłość" oraz "Myśl co chcesz. To twoje życie"
(tomekkania.pl)

Krystyna Bezubik - "Raj na kredyt" oraz "Piszę, bo chcę... Poradnik kreatywnego pisania" oraz "Podróż"
(piszebochce.pl)

Izabella Wojtaszek - "Pasja to za mało"
(pracanawymiar.pl)

Katarzyna Tusk - "Make Photography Easier"
(makelifeeasier.pl)

Konrad Kruczkowski - "Halo Tato. Reportaże o dobrym ojcostwie"
(haloziemia.pl)

Paweł Tkaczyk - "Narratologia"
(paweltkaczyk.com)

Pani Bukowa - "Wielki Ogarniacz Życia czyli jak być szczęśliwym nie robiąc niczego"
(Pani Bukowa jest z facebooka, ale trochę podobnie jak Ch***wa Pani Domu się tu znalazła, bo to mój blog i mogę)

Nicole Sochacki-Wójcicka - "#instaserial o ślubie" i "#instaserial o miłości"
(mamaginekolog.pl)

Agata Komorowska - "Anioły mówią szeptem" i "Depresjologia"
(agatakomorowska.pl)

 Jan Favre - "Lunatycy"
(stayfly.pl)

Karolina Cwalina - "Wszystko zaczyna się w głowie"
(karolinacwalina.pl)

Jan Leśniak - "Jak szyć spódnice i sukienki" oraz "O szyciu prosto, kreatywnie i modnie"
(pracowniajanlesniak.pl)

W sumie 33 autorów, 39 książek. Może coś znacie, może coś czytaliście i polecacie? 

LOVE, M

poniedziałek, 27 listopada 2017

Istota fenomenu ("Japonizacja. Anime i jego polscy fani")

Hello!
Trochę późno, bo doczytywałam książkę jeszcze dzisiaj na zajęciach, a zajęcia mam do 20, ale jest: kilka słów o książce "Japonizacja. Anime i jego polscy fani". A już miałam zrezygnować i oddać ją do biblioteki bez czytania. Ale zbliżanie się czasu oddania jednak mnie zmotywowało i ogromnie się cieszę, że jednak wyskubałam tych kilka godzinek, aby się z książką zapoznać, bo było warto. 

 Największym problemem tej książki jest jej okładka, która krótko mówiąc jest po prostu fatalna.

Autorami "Japonizacji" są Piotr Siuda i Anna Koralewska i chwilę czytania zajęło mi ogarniecie, że książka jest napisana w sposób poglądy/badania kogoś innego i komentarz/polemika autorów, a ponieważ pierwsze akapity mojego tekstu pisałam już po przeczytaniu kilku stron książki, w trochę bojowym nastroju, już chciałam się kłócić. Dlatego 2 poniższe akapity są napisane w trochę innym tonie niż reszta. Chciałabym to zaznaczyć już na początku, bo później tłumaczę to jeszcze raz, ale nie chciałabym usuwać poniższych akapitów. W każdym razie chodzi o to, że już nie chcę się z nikim kłócić (przynajmniej na razie), i że autorzy wiedzą co referują, niekoniecznie się z tym zgadzają.

Autorzy trochę twierdzą, że twórcy anime bardziej świadomie korzystają z amerykańskiej kultury niż z własnej i dość mocno pomijają fakt, że anime wywodzi się z mangi więc jednak od źródła bardziej japońskiego niż animacja, którą przypisują Amerykanom.
"(...) zaryzykować można stwierdznie, że dziedzictwo kulturowe wpłynęło na to, co znajdujemy w dziejsyszch animacjach" (58) słowo zaryzykować jest mocno wątpliwe. Tym bardziej, że autorzy przywołują później całą masę przykładów z przeróżnych kategorii które to 'ryzyko' zdecydowanie zmniejszają a w sumie to niwelują.

To nie tak, że się czepiam tylko się naprawdę zastanawiam, dlaczego czas jednego okresu został podany w nawiasach, a drugiego nie.

Mam wrażenie, że autorzy stawiają jakąś tezę, a później szukając argumentów na jej potwierdzenie, potwierdzają ją aż za bardzo. Nie jest to czymś złym, tylko może ktoś robiący redakcję (o ile była robiona, szczerze wierzę, że tak, ale danych redaktora czy korektora w książce brak) powinien był zasugerować usunięcie tego zaryzykować. Bo później autorom naprawdę dobrze wychodzi przedstawienie połączenia elementów amerykańskich i japońskich w anime. Chociaż osobiście jestem nieprzekonana, to znaczy oprócz poprzedniej książki, od której ta ogólnie jest zdecydowanie lepsza, czytałam trochę innych rzeczy o historii anime i mangi i parę rzeczy mi się nie zgadza. Ale to tylko oznacza, że muszę doczytać więcej. I to też jest pewne osiągnięcie książki, jeśli chce się zgłębiać poruszany przez nią temat. A ta konkretna ma dwadzieścia dwie kartki bibliografii, chociaż zdecydowana większość jest anglojęzyczna, ale część, niewielka, bo niewielka, jest dostępna w internecie. A będąc już przy tym temacie warto zaznaczyć, że sporo jest także przypisów i to nie tylko informujących o źródłach, ale autorzy tłumaczą też niektóre pojęcia, albo na przykład kwestię negatywnego postrzegania określenia otaku.

Ważne jest to, że autorzy raczej przedstawiają i to dość dokładnie oraz komentują powstałe już prace z zakresu badań kulturą i anime i im dalej w treść książki tym robi się ciekawiej. Nawet jeśli wiedziało się o amerykańskiej cenzurze na japońskich animacjach wiele rzeczy zawsze jest zaskakujących, tym bardziej, że zostają przedstawione w innym kontekście niż zwykle - w tym przypadku jest to kontekst usuwania śladów Japonii z anime, a nie jak przeważnie kwestie przemocy.  A później autorzy tłumaczą, że to chyba (bardzo) nie tak do końca, bo duża część widzów jednak wie skąd pochodzi to co oglądają, ba, jest tym żywo zainteresowana. To tak w skrócie, polecam doczytać, bo naprawdę są tam interesujące rzeczy.

Nie chciałabym pisać streszczenia, bo po pierwsze zajęłoby to za dużo miejsca, a po drugie nie o to chodzi, ale w skrócie znalazłam w tej książce, to czego oczekiwałam po "Anime - poszukiwaniu istoty fenomenu" i muszę napisać, że "Japonizacja" to poszukiwanie realizuje dużo lepiej, a i dokłada naprawdę wiele innych interesujących rzeczy. I to w tonie, na który liczyłam, czyli takim popularno-naukowym (choć prawdę powiedziawszy nie jestem pewna tej kwalifikacji i czy jednak nie bliżej książce do tonu naukowego).

 "ścieżką uwielbienia"

Żeby wspomnieć jeszcze pokrótce o kilku poruszanych aspektach, abyście wiedzieli o czym jeszcze możecie się dowiedzieć. Jest o Pokemonach (ogólnie przykłady anime wykorzystywane w książce to raczej znane tytuły) i kreatywności, różnorodność, odmienności, traumie i poczuci zagrożenia  Naprawdę mnóstwo interesujących rzeczy. I jeszcze jeden plus tej książki, jeśli się coś wiedziało/zaobserwowało, ale nie miało się do tego podstawy teoretycznej, czy nie wiedziało się, że jest to jakoś usystematyzowane i ktoś to opisał, to w wielu wypadkach znajdzie się w tej książce potwierdzenie swoich przypuszczeń.

Poza tym ta książka dobrze robi na ego albo może robić. To znaczy autorzy odwołują się do poważnych naukowych tekstów, które czytałam na zajęcia z teorii mediów czy wiedzy o kulturze (i czułam się taka mądra). Ale z drugiej strony to może przerażać. Prawdę powiedziawszy nie wiem czy obecny licealista słyszał określenie postmodernizm, nie mówiąc o tym, czy wie co ono oznacza. Ale to tylko oznacza, że nie jest to raczej książka przeznaczona dla kogoś w liceum. Ale z drugiej strony jestem tak także wiele odniesień i nazwisk, których sama nie znałam i które musiałam sprawdzić - być może lektura tej książki zachęci także innych do szukania informacji.Te uwagi tyczą się głównie rozdziału dotyczącego pojęcia bycia fanem i różnych obliczy tego zjawiska. Na przykład niechęci do stosowania określenia otaku, które chyba ciągle ma jednak negatywne konotacje. Co ciekawe w Polsce za pozytywne przyjęło się określenie mangozjeby na fanów anime i mangi. A przynajmniej na własne uszy słyszałam liczne deklaracje, że jest to jak najbardziej akceptowalna i pozytywna nazwa, wyrażająca dystans do społecznego postrzegania osób interesujących się MiA.

"Działając w obrębie niszowej i nieoficjalnej gospodarki, to jest nielegalnie" (s. 151)
To jest chyba najlepsza, a na pewno taka, która wywołała najwięcej szczerego śmiechu, definicja czegoś nielegalnego, jaką czytałam.

Układ książki prowadzi od ogółu do szczegółu: fenomenu anime, ogółu fanów aż do polskiej społeczności fansuberów (czyli fanów robiących napisy). I jeśli do tej pory już było interesująco, to część trzecia jest jeszcze bardziej fascynująca. Autorzy przechodzą od komentowania do badania. I wnioski z tychże badań (czyli społeczności fansuberów, badań trzyletnich, wydaje mi się, że można dodać aż trzyletnich), a także wypowiedzi badanych są takie bliskie. Szczególnie wypowiedzi. Człowiek czyta i myśli sobie, że czuje to samo i mógłby to samo powiedzieć. A badacze dodają od siebie na przykład kwestie związane z prawami autorskimi. Ale także o aferach, które wybuchały w związku z robieniem napisów do anime na przykład około 2005 roku. 

Jeśli jesteście zainteresowanie tematem anime, Japonii i kwestii globalizacji, socjologii, nie przerażają Was słowa takie jak symulakry, determinanty oraz przypisy i odwołania do innych badaczy (a nie powinno Was to przerażać), zastanawiacie się, co myślą sobie na różne tematy ludzie robiący polskie napisy do anime (na przykład na temat moralności i piractwa, przecież wiadomo, że każdy pirat ma kodeks honorowy i oni też), ogólnie jeśli macie poczucie, że potrzebujecie czegoś mądrego na temat anime, bo wydaje Wam się, że to takie dziecinne hobby, to książka dla Was. I jest to naprawdę dobra książka. 

LOVE, M

piątek, 24 listopada 2017

1559. Pamiętaj, że wszystkie ważne prawdy są proste.

Hello!
I nadszedł ten dzień. Moja ulubiona książka do cytowania się skończyła, po prawie 3 latach. Nie wiem, co teraz będzie, dalsze blogowanie właśnie straciło sens. Mogłabym spróbować publikować je od początku, w końcu, kto pamięta, co było trzy lata temu? Mogę sprawdzić, czy inne książki tego autora są wydane po polsku i czy są podobne do tej. Mogłabym dopisać, bo duża część porad, szczególnie początkowych, nie ma mojego komentarza, mogłabym pozmieniać istniejące, chociaż znając życie nic bym nie zmieniła, bo zapewne pod wieloma względami zgadzam się ze mną sprzed trzech lat, ale wypadałoby to sprawdzić. Dzisiejsze ostatnie punkty też nie będą miały pojedynczych komentarzy, zniszczyłoby to ich strukturę. Poza tym to truizmy, ale z natury takich, które może warto powiesić nad łóżkiem. Nie irytująco-motywacyjne, ale takie, które mogą mieć proste a skuteczne przełożenie na życie. Ale nawet to powiedział autor "Dużego Małego Poradnika Życia" Jackson Brown, Jr., co możecie przeczytać w tytule dzisiejszej notki, bo jak widzicie to jej numer jest ostatnim w książce, a tym samym to ostatnia porada. 



1547. Walcz uczciwie.

1548. Ocal swoje marzenia.

1550. Ucz dając przykład.

1551. Znajdź sobie wielki cel.

1552. Żyj prosto.

1553. Myśl szybko.

1554. Pracuj wytrwale.

1555. Dawaj hojnie.

1556. Śmiej się głośno.

1557. Kochaj głęboko.


KONIEC 


Ale to koniec, nie tak do końca, bo w grudniu szykuję coś specjalnego. 
Powyższe podpunkty specjalnie są powiększone. 
Miłego weekendu, LOVE, M

wtorek, 21 listopada 2017

Pisaniowe nawyki

Hello!
Miało być pisanie to jest. I to wręcz podwójne, bo gdy nie wiesz o czym pisać, to zawsze może pisać o tym, jak piszesz.

1. Powinnam zacząć od czegoś innego, ale ten nawyk widać nawet w dzisiejszym tytule więc niech będzie pierwszy. Tworzę sobie słowa, jeśli ich potrzebuję, nieszczególnie przejmując się zasadami poprawnej polszczyzny. Albo nawet nie tyle tworzę, bo język jest zaskakujący i okazuje się, że wiele form odmiany jakiś wyrazów, czy samych wyrazów, istnieje tylko są prawie nieużywane. 



Po przeczytaniu tejże definicji powinnam się poważnie zastanowić czy zostawić te pisaniowe nawyki w tytule, ale niech będą. Wyjaśnię tylko, że w założeniu pisaniowe ma tu oznaczać 'związane z pisaniem'. Ale to są trzy wyrazy. A pisaniowe to jeden. Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że może gdybym jednak użyła dłużej formy to post by się lepiej wyszukiwał w Google, ale nie żebym kiedykolwiek przejmowała się pozycjonowaniem czy innymi dziwnymi rzeczami.
Czasami bywa też tak, że istnieje wyraz, ale mi się nie podoba i sobie zastępuję go innym. Bo tak.
Na blogu rzadziej, ale w prywatnych rozmowach, szczególnie jeśli chce napisać coś bardzo szybko i cała w emocjach, zdarza mi się łączyć dwa wyrazy, zwłaszcza przymiotniki. I tak z przyjemny i miły chodzi przyiły, itp., itd. Ale z tego co wiem, to akurat całkiem powszechne zjawisko. 

2. Wyliczanie.
Po pierwsze, po drugie... dziesiąte. Kiedyś pisałam mniej w ten sposób, ale to tak ładnie porządkuje wypowiedź, chociaż dzieli ją na punkty i może przez to nie był tak płynna, jak powinna. Ale, nawet jeśli nie zacznę od po pierwsze to zapewne po drugie i tak się pojawi. Z jakiegoś powodu taki sposób wymieniania myśli wydaje mi się naturalniejszy niż pisanie następnie, bo czasami potrzebuje się, żeby wszystkie punty były tak samo ważne, a wydaje mi się, że następnie i podobne określenia nieco ujmują znaczenia rzeczom/zdaniom, które po nich następują. Oczywiście nie zawsze się to sprawdza, ale w moim przypadku dość często.

3. Zaczynanie zdań od ale, a, więc, etc.
Po pierwsze (aha widzicie nie mogę się powstrzymać, nawet jeśli już używam cyferek do numerowania punktów, to jeszcze wewnątrz punktu to się musi pojawić) zaczynanie zdania od więc niekoniecznie jest błędem. Zaczynanie swojej wypowiedzi od więc jest, choć też nie zawsze. Podobnie jest z a i ale. Teraz policzmy ile razy zrobiłam to w tekście powyżej. Pięć. W sumie nie wiem, czy to dużo, czy mało, ale jest to zauważalne. Podobno jeśli ktoś sam zaczyna zauważać jak pisze to znaczy, że ma jakiś problem i za bardzo się powtarza. Zastanawiam się, czy nie powinnam zacząć się martwić.

4. Jakimś cudem.
Stało się moim ulubionym wyrażeniem, gdy spadłam ze schodów i skręciłam kostkę i wydawało się, że powinna, musi wręcz być połamana, bo wyglądało to paskudnie, ale lekarka, która przyszła z moim rentgenem powiedziała: "Jakimś cudem nie jest złamana". A ja byłam najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Dlatego też teraz sporo rzeczy, które opisuję na blogu są "jakimś cudem dobre", "jakimś cudem nie są złe", "jakimś cudem da się je oglądać" i tak dalej. Ostatnio używam tego trochę mniej, ale w zeszłym roku musiało być tego sporo.

5. O ile.
To jeden z moich najnowszych nawyków, ale nawet nie wiem skąd się wziął. Chyba z chęci porównywania. Szczególnie charakterów bohaterów albo ich konkretnych cech. Albo dwóch innych rzecz, dwóch czegokolwiek. Z naciskiem, że rzecz następująca po o ile jest dużo lepsze/bardziej pozytywna, niż rzecz następująca po 'to', bo ta część tego wyrażenia najczęściej brzmi mniej więcej tak: to czegoś tam nie da się znieść/czytać/oglądać/wytrzymać. "O ile" zdecydowanie wprowadza silne emocje.

Mam wynotowane jeszcze kilka podobnych wyrażeń, ale niestety nie pięć, aby ładnie dobić do dziesiątki więc tu się zatrzymam i zacznę szukanie kolejnych, żeby było chociaż następne 5.
A może Wy zauważyliście w moim pisaniu, jakieś inne charakterystyczne cechy? A może sami macie takie słowa/wyrażenia, które już nawykowo wprowadzacie do swoich tekstów?

LOVE, M

sobota, 18 listopada 2017

Nie tylko w kinie i teatrze XXIII

Hello!
Naprawdę, naprawdę miałam napisać dziś normalny wpis, a nie siedzieć w teledyskach. Ale siedziałam całe rano w bibliotece i kończyłam kolejny podpunkt licencjatu i choć uwielbiam pisać to było odrobinę za dużo. Tym bardziej, że temat choć bardzo mi się podoba jest jednak mi dość obcy i wymaga sporej ilości wertowania książek, zastanawiania się i prób jego zrozumienia. Więc odpuszczam pisanie i zajmuję się moją inną ulubioną dziedziną. 

Muszę przyznać, że nowy teledysk Eda Sheerana też trochę wpłynął na to, że Nie tylko w kinie i teatrze jest dzisiaj. Na święta, choinki i śnieg może jeszcze trochę za wcześniej, chociaż dekoracje są ładne, a może wydłużenie okresu świętowania przeniesie się jakoś na zachowania ludzi i będą dla siebie nawzajem milsi już od 2/3 listopada, a nie od powiedzmy 6 grudnia, w każdym razie piosenka jest bardzo ładna, a teledysk przeuroczy. 

Zoey Deutch w teledysku "Perfect" Eda Sheerana.


To jest coś bardzo ciekawego, ale musicie to sami zobaczyć. Są dwa teledyski w jednym, tym który znajduje się poniżej, występuje Natalie Portman (notabene ona zawsze wybiera niesamowite projekty) w drugim, który linkuję w imieniu i nazwisku, Johnny Depp.

Natalie Portman w teledysku "My Valentine" Paula McCartneya.


Przy okazji szukania teledysków do tego cyklu zdarza mi się wpadać na naprawdę dziwne rzeczy, choć jeśli nie przekraczają one pewnych norm to i tak je pokazuję. Do tej pory nie zamieściłam tylko jednego teledysku, ale przeglądając zasoby aktorów i aktorek musiałam zbanować teledysk, w którym podobno jest Michael Rooker. Podobno, ponieważ po jakiś pięciu do ośmiu sekundach klip wyłączyłam i nie mogę potwierdzić, że on tam jest. Jeśli chcecie sprawdzić to nietrudno go znaleźć, ale na blogu ten teledysk nie przejdzie. 

Sprawdzając następne zapisane linki, trochę się obawiałam, że teledysk do piosenki "Eat You Alive" też możne nie przejść weryfikacji, na szczęście tylko słowa są bardzo dziwne, sam klip aż tak nie odstaje od podobnych. 

Bill Paxton oraz Thora Birch w teledysku "Eat You Alive" Limp Bizkit 


Chciałabym, aby kiedyś udało mi się w końcu zebrać w jednym poście tylko teledyski, które wyszły niedawno. Próbuję stworzyć takiego posta w sumie odkąd zaczęłam Nie tylko w kinie i teatrze, ale jakoś zupełnie mi z nimi nie po drodze. To znaczy mam zapisane starsze i chciałabym je wykorzystać, ale chęć pokazywania nowych też jest silna, ale nigdy nie jest ich tyle, aby zebrało się chociaż pięć i takim sposobem się mieszają. W każdym razie teraz klip z sierpnia. 

Zendaya w teledysku "Versace On The Floor"


Inną ciekawą rzeczą w pracy nad tym cyklem jest to, że gdy robię jeden post czasami wpadam na inne teledyski czy nazwiska aktorów i aktorek do sprawdzenia, zapisuję je w specjalnym folderze, a później zapominam skąd się tam wzięły i jestem bardzo zdziwiona. Naprawdę czasami chciałabym odtworzyć drogę, jaka doprowadziła mnie do znalezienia danego klipu. I to nie tylko ze względu na ilość dziwnych rzeczy na jakie wpadam, ale także ze względu na jakie ciekawe, nietypowe i wręcz niszowe teledyski. Albo piosenki, bo niszowość klipów wynika z piosenek. Przykład poniżej. 

Aidan Gillen w teledysku "Cameo" Micka Flannery'ego. 


Z prezentowanych teledysków, w sumie jak zawsze, wyszedł niezły misz-masz i to nie tylko pod względem lat, z których klipy pochodzą. Następny post - grudniowy - będzie pod hasłem "w grupie raźniej", bo spostrzegłam, że chociaż poprzedni był w sierpniu, to mam zapisane zaskakująco dużo teledysków pasujących do tej kategorii. 

Pozdrawiam, M


środa, 15 listopada 2017

Kocham Instagram #5

Hello!
Niewiele brakuje, a postów z tagiem zdjęcia będzie więcej niż tych z etykietą książki. Ale z drugiej strony to zdjęcia właśnie książek najlepiej mają się na moim instagramie, co w sumie jest dobrym znakiem. Co widać też na poniższym obrazku.


Gdybym miała więcej czasu (i siły, dzisiaj, gdy wróciłam z uczelni położyłam się na chwilę i obudziłam prawie dwie godziny później) to przeczytałabym książkę widoczną na drugim zdjęciu, bo z takim tytułem idealnie wpasowuje się w moje gusta. Ale, ponieważ spędzam większość wolnego czasu w bibliotece, którą uwielbiam i naprawdę pierwsze zdjęcie nie sugeruje, że to więzienie, po prostu jestem za niska i gdy siedzę to moje oczy są na takiej mniej więcej wysokości, to mam czas tylko na czytanie książek związanych z moim licencjatem. Ogólnie temat komunikacji marketingowej jest zaskakująco ciekawy i całkiem nieźle mi się pisze. W sumie to mam plan, aby dokończyć dwa podrozdziały w ten weekend, bo definicję mam opracowaną nawet dokładniej niż potrzeba. Poza tym zapadłam na typową chorobę: chodzę i opowiadam o tym jak piszę. Ale idzie mi tak dobrze i ogólnie jestem z siebie zadowolona, a to nie jest częsty stan, że po prostu muszę. 
Niedawno, cztery lub pięć dni temu, odsłonięto napis GDAŃSK, na Ołowiance, obok filharmonii i na 11 listopada był ślicznie podświetlony na biało-czerwono. Nie wiem czy już o tym wspominałam, ale w tym roku mieszkam na 10 piętrze i z drugiej niż zwykle strony. Co oznacza, że gdy wyjrzę przez okno i spojrzę w lewo mam taki widok. A gdy patrzyłam w lewo na którymś z wykładów zauważyłam prześlicznej urody trójkolorowe drzewo. W sumie szkoda, że wszystkie te zdjątka takie małe. 
Mieszkanie z drugiej strony wiąże się też z tym, że widzę mniej moich ulubionych dźwigów. Znaczy widzę je codziennie, gdy idę na tramwaj, który powrócił na śródmieście i zamiast 7 mam do przejścia tylko 3 światła, ale nie widzę ich przez okno. Na zajęciach z estetyki książki mówimy właśnie o wyglądzie liter więc profesor przyniósł nam przykłady. Mogłam zrobić jeszcze M, ale nie pomyślałam. Cieszę się, że udało mi się zrobić to zdjęcie Yuzuru występującego w GP, bo więcej okazji nie będzie. Ogólnie całe GP jest mocno bez sensu, bo w tym momencie wiadomo kto wygra. A jeśli coś by się zmieniło to musiałoby stać się coś bardzo złego. I w sumie patrząc po tym, co działo się i dzieje wśród solistów oraz częstotliwości upadków nawet najlepszych łyżwiarzy i łyżwiarek, to nie jest niemożliwe. Ale ogólnie będzie tak, że GP w kategorii solistek wygra Evgenia Medvedeva, par tanecznych Tessa Virtue i Scott Moir, par sportowych Wenjing Sui i Cong Han, a solistów Nathan Chen. Chociaż osobiście bardzo, bardzo chciałabym, aby Shoma Uno go pokonał. I bardzo im  wszystkim kibicuję (oprócz Nathana nie mogę się do niego przekonać, jeździ za bardzo pod skoki, brakuje mu wyrazu artystycznego - i nie ja to wymyśliłam, to specjaliści powtarzają) i polecam bardzo zobaczcie sobie Tessę i Scotta bo ich program do muzyki z Mulin Rouge jest absolutnie niesamowity.

LOVE, M

niedziela, 12 listopada 2017

"Nowe szaty króla"

Hello!
Chyba każdy zna historię o oszukanym królu, który pewien, że ma na sobie strój z niesamowitego materiału, paradował przed swoimi poddanymi nagi. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że znacie także bajkową adaptację ze studia Walta Disney, której kadrom będę się dzisiaj przyglądała. 

 Yzma i Kronk mają później rozmowę na temat martwości Kuzco i myślałam, że powyższe słowa to znak, że napisy będą pasować do tego co postaci mówią. Nie pasowały.

Jeśli chcielibyście kiedykolwiek oglądać tę bajkę w oryginale, ale z polskimi napisami to tego nie róbcie pod żadnym pozorem. Z dotychczasowych animacji w tej napisy są najsłabsze. Nieśmieszne i bardzo często zaskakująco niepasujące do sceny, co znaczy, że do tego co mówią postaci. I "Nowe szaty króla" zajmują też pierwsze miejsce, jeśli chodzi o ogólne różnice pomiędzy tekstem do czytania a tekstem, który słyszymy. Zdecydowanie lepiej (chociaż nie sprawdzałam, to założenie z góry) włączyć napisy angielskie i liczyć na to, że w oryginale te dwa teksty będą się zgadzać.

"Wybiłeś mnie z rytmu!"

"Nowe szaty króla" są z 2000 roku, dobrze, że czad został zastąpiony rytmem, bo i bardziej pasuje do tego, że król (notabene w napisach nazywany cesarzem, co jest spoko, bo to dosłowne tłumaczenie, ale w scenie "pogrzebu" Izma 'mówi' o księciu - to dość duże obniżenie rangi) w tamtym czasie śpiewał i sprawia, że dzisiejsze dzieci wiedzą o co chodzi.

Druga sprawa, sama bajka bez kontekstu jest nieszczególnie zabawna. Prawie nie ma tam żartów, które można by opowiedzieć czy nawet przywołać, jako anegdotkę w rozmowie z osobą, która "Nowych szat króla" nie widziała. Nie jest to wielki zarzut, sama byłam zdziwiona, gdy to sobie uświadomiłam.

 "Którzy nie wiadomo po co zeszli z drzeeeeeeeeeeew"

A ktokolwiek zrobił tłumaczenie piosenki z początku filmu powinien dostać nagrodę. Jej słowa zawsze były fenomenalne, proste do zapamiętania i takie, że od razu miało się ochotę śpiewać, ale robią jeszcze większe wrażenie, gdy porówna się z tłumaczeniem zdecydowanie nieprzeznaczonym do śpiewania. Chociaż plus za Kolumba. 


Obie listy, gdy mówią postaci są dużo zabawniejsze i zdecydowanie bardziej kreatywne. Szczególnie potrawy, które ma przygotować Kronk. Pojawia się  Kuba Rozpruwacz i gangrena lukrowana. Pycha. 

Miłego tygodnia, M

czwartek, 9 listopada 2017

Tumblr

Hello!
Gdy ostatnio przeszukiwałam foldery z materiałami ze studiów wpadłam do takiego z pierwszego semestru zarządzania i znalazłam plik podpisany tumblr. Wiedziałam, że kryje się za nim moja praca zaliczeniowa na teorie mediów. I pamiętałam, że miałam ten tekst opublikować na blogu po tym jak otrzymamy oceny. Niestety ocena nie była taka jaka chciałabym, aby była i o pomyśle publikacji zapomniałam. Aż do dziś, gdy przeczytacie, jaka mądra chciałam być prawie dwa lata temu. Muszę przyznać, że byłam w tamtym czasie całkiem dumna z tego tekstu. Oraz muszę przyznać, że nie przeczytałam go jeszcze raz przed publikacją, co jest błędem, ale skoro w takiej formie wysłałam go profesorowi to za późno żeby się wstydzić. I jeszcze jedną rzecz pamiętam: jak siedziałam po nocy i liczyłam średnie polubień i reblogowań.


Tumblr, działania promocyjne i popularność.

Według Wikipedii Tumblr to „platforma mikroblogowa. Pozwala użytkownikom tworzyć wpisy w kategoriach: tekst, obrazek, klip wideo, plik dźwiękowy, link, cytat, dialog. Serwis powstał w 2007 roku”.
W praktyce Tumblr stał się siedliskiem i głównym miejscem aktywności fanów i fandomu, najgłębszą studnią w internecie, w której można znaleźć dosłownie wszystko. Korzystanie z serwisu polega głównie na reblogowaniu i lubieniu materiałów zamieszczonych na blogach. Ludzie najczęściej w obrazkach, zdjęciach, gifach komentują bieżące wydarzenia głównie z popkultury. Już 5 minut po premierze odcinka serialu, a nawet filmu, blogi zalewane są różnego rodzaju materiałami, które kolejne osoby podają dalej i obiegają one platformę w niesamowicie szybkim tempie.
Potencjał dotarcia do ogromnej liczby osób odkryły mądre i sprytne, acz póki co nieliczne, stacje telewizyjne (np.: BBC America- Tumblr zdecydowanie bardziej doceniany jest za oceanem), autorzy i inni twórcy wykorzystując portal do promocji i dystrybucji własnych produktów. Na takich oficjalnych stronach pojawią się niekiedy materiały przedpremierowe, a po premierze: autoryzowane i najczęściej doskonałej jakości zdjęcia i gify. Czasami oficjalne strony reblogują także twórczość fanowską pojawiającą się na platformie. W poniższych akapitach liczby w nawiasach to dokładne bądź średnie ilości polubień i reblogowań poszczególnych materiałów.
Stacja NBC była chyba jedną z pierwszych, która założyła swojemu serialowi oficjalnego Tumblra, a serialem tym był „Hannibal”. Początkowo pojawiały się tam zdjęcia z planu, a zainteresowanie stroną było znikome. Po premierze okazało się, że serial zaskarbił sobie sympatię widzów, którzy z coraz większym zainteresowaniem obserwowali co pojawia się na platformie. Pierwszym materiałem, który wzbudził ogromne zainteresowanie był udostępniony fragment scenariusza, który polubiono lub reblogowano 970 razy. W tym momencie zadziałała moc tej strony- ogromna liczba osób dowiedziała się o serialu- koleje materiały podawane były dalej ponad 2000 razy. A sama stacja widząc jak ogromną siłę przekazu ma ta platforma zaczęła pokazywać na niej coraz więcej materiałów, a sama strona prowadzona była nad wyraz profesjonalnie i w klimacie serialu. Dodatkowym atutem było widoczne z jej strony przyjazne podejście do fanów i fandomu serialu- udostępniali twórczość i odnosili się do fanowskich teorii i pomysłów. Ostatecznie dzięki połączeniu tych wszystkich czynników „Hannibal” zyskał ogromną popularność w internecie oraz jeden z najbardziej zżytych z twórcami serialu fandom.
Nieco inaczej wygląda promocja brytyjskiego serialu „Doctor Who” na stronie Tumblr. Strona prowadzona jest przez fanów, ale „opiekuje się” nią BBC America. W związku z tym pojawia się na niej więcej materiałów reblogowanych niż oryginalnych i mają one bardzo różny charakter- od zdjęć i gifów z poszczególnych odcinków do twórczości fanowskiej różnego rodzaju. Dzięki temu strona cieszy się dużą popularnością wśród innych fanów. Ale pojawiają się także oficjalne komunikaty, na przykład o dostępności nowych figurek Pop!(1449) , informacje na jakich stronach można legalnie obejrzeć odcinki serialu w różnych krajach (średnia z ostatniego sezonu 399) czy wywiady z twórcami serialu (500).
Autorka popularnych książek młodzieżowych Cassandra Clare także posiada swoją stronę na platformie i wykorzystuje ją na wiele sposobów. Zaczynając od odpowiadania na pytania fanów (578), poprzez zamieszczania informacji na temat swoich książek (1650), a ostatnio także serialu(600) , który powstaje na ich podstawie (między innymi pojawiły się zdjęcia z obsadą), aż do reblogowania rzeczy z jej twórczością związanych, czyli różnego rodzaju twórczości fanowskiej.
Co ciekawe nie tylko wytwory i twórcy kultury popularnej korzystają z Tumblr'a. Swoją stronę ma także National Theatre Live (inicjatywa polegająca na przekazywaniu przedstawień teatralnych z najlepszych brytyjskich teatrów w kinach). Można tam znaleźć zdjęcia z prób i przedstawień, wywiady i oczywiście zapowiedzi nadchodzących przedstawień. (159)
Rzeczą, która łączy wszystkie powyższe przykłady jest fakt, że strony te powstały z oddolnej potrzeby widzów i fanów do kontaktu i zbliżenia się do lubionych przez siebie seriali, książek czy inicjatyw, a zrozumianej przez ich twórców.
Przykład „Hannibala” może sugerować, że popularność na Tumblr przekłada się na popularność w rzeczywistości i odwrotnie. Rzadko działa to jednak w ten sposób, choć na pewno bardziej w przypadku rzeczy popularnych „i tak”, poza tym serwisem. Próby „wybicia się” na przykład fotografa, który publikuje na stronie swoje zdjęcia i podpisuje je odnośnikiem do własnej strony internetowej, najprawdopodobniej, o ile przyjmiemy, że zdjęcie w ogóle się spodoba, zakończy się kilkoma reblogowaniami, zapewne większą ilością polubień i znikomą albo wręcz zerową liczbą wejść na stronę własną. Z tego punktu widzenia Tumblr jest niesamowicie zamkniętą strukturą, do której co prawda łatwo się dostać, ale z popularności tam niewiele wynika poza serwisem.
Póki co jednak marketingowcy i osoby odpowiedzialne za promocję gubią się na stronie i nie rozumieją jak ona działa. Z drugiej strony, aby oficjalny, profesjonalny miniblog zdobył popularność musi się dostosować do nieco śmieciowych i wręcz bezwartościowych materiałów i treści tam prezentowanych, a nie wszyscy twórcy czy inne odpowiedzialne osoby podjęły takie ryzyko w związku z przedstawieniem swojego produktu z dystansem koniecznym w tak luźnej strukturze jaką jest Tumblr. Jeśli jednak się na to zdecydują mogą osiągnąć porozumienie z fanami jak twórcy „Hannibala”. 

LOVE, M  

poniedziałek, 6 listopada 2017

Sezon zimowy 2017 - pierwsze wrażenia

Hello!
Trzeci i ostatni wpis z cyklu 'pierwsze wrażenia'. Całkiem ładnie się to czasowo złożyło. Ale nie studiuję 3 kierunków - dzisiejsza notka jest o anime. 


The Ancient Magus' Bride (Mahoutsukai no Yome)
Czekałam na to anime od pierwszych zapowiedzi, czyli w sumie już dość długo, bo ogłoszenie, że powstanie pojawiło się w lipcu 2016 roku. The Ancient Magus' Bride powstaje na podstawie bardzo popularnej mangi, która ukazuje się także w Polsce pod tytułem "Oblubienica czarnoksiężnika" i ogromnie mi się to tłumaczenie tytułu podoba.
Hype wokół tego anime był bardzo duży, a obawy o to, że wcale nie wyjdzie tak dobrze jeszcze większe. Ale podobnie jak inny tytuł, który był tak mocno reklamowany (mam tu na myśli "Welcome to the Ballroom") będzie miał 24 odcinki  i w takim przypadku po pierwszych pięciu trudno wyrokować, ale póki co spełnia pokładane w nim oczekiwania.

Po pierwsze - jest tak ładne jak zapowiadało się, że będzie. Miejsca, a jeszcze bardziej krajobrazy są śliczne. Postaci też są bardzo ładne i warto zauważyć, że ani główna bohaterka Chise, która ma zielone oczy i krótkie czerwone włosy, ani Elias, który wygląda jak widzicie na zdjęciu, nie wyglądają na typowych bohaterów shounen anime. 
Po drugie - jest zaskakująco zabawne. Umiejętnie wykorzystuje żarty do rozładowania napięcia (bo poważniejsze kwestie też się pojawią) i pojawia się ich dokładnie tyle ile potrzeba. Na dodatek są naprawdę urocze więc efekt jest podwójny.
Trzy. Tu sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Otóż fabuła jest interesująca, ale narracja prowadzona jest dość wolno. Wydaje mi się, że to przez rozłożenie jej na 24 odcinki, ale nie miałabym nic przeciwko, aby The Ancient Magus Bride było nieco bardziej dynamiczne.

Code:Realize:Sousei no Himegimi
Zobaczyłam ładną zapowiedź na początku tego roku  i czekałam, aż zadebiutuje. Code:Realize powstaje na podstawie gry otome, a to jest zapowiedź kłopotów z historią i fabułą. Ale jest śliczne, rozgrywa się w steampunkowym Londynie i okolicach. Poza tym bohaterowie nazywają się jak postaci historyczne albo bohaterowie literaccy, a to ogromy plus. 
Po tych 4 odcinkach, które widziałam, zapowiada się, że to może nie być aż tak durne anime, jak większość z tej kategorii. Ale no właśnie, tego typu anime trzeba rozpatrywać wewnątrz gatunku, oprócz tego, że są ładne i tym wyróżniają się zawsze i wśród wszystkich anime, to pod względem historii tylko nieliczne wyjątki mogłyby konkurować z nawet słabymi normalnymi shoujo anime. W ramach własnego świata przedstawionego działania bohaterów Code:Realize całkiem się sprawdzają. Postaci można też bardzo szybko polubić. Chociaż główna bohaterka cierpi na nijakość. Ale można to lepiej niż miałaby być niemiłosiernie irytująca. 


Istnieje szansa, że na koniec sezonu przeczytacie jeszcze raz o tym anime, ale być może do zimowych anime powrócę dopiero wiosną, bo "Oblubienicę czarnoksiężnika" oglądała będę na pewno, ale Code:Realize nie jestem pewna czy skończę. 

Postanowiłam zerknąć jeszcze na inne tytuły bez szczególnych oczekiwań. 

Ousama Game (King's Game, Gra w króla)
Jakiś czas temu manga (zasadniczo jest to cell phone novel, nie wiem czy po polsku i na polskim rynku, coś takiego funkcjonuje) zrobiła zamieszanie w internecie. Początkowo wydawało się, że może być to coś naprawdę oryginalnego, ale ostatecznie większość ludzi była zażenowana i rozczarowana. Czytać nie mam zamiaru, ale lubię sprawdzać rzeczy, które wywołują poruszenie więc zerknęłam na anime. Nawet jeśli miało wyraźnie napisane horror w gatunkach i zaczyna się dość strasznie. A fabuła też startuje z wysokiego C i nawet po pierwszym odcinku widać pewne ograniczone możliwości jej rozwoju. Kreska jest bardzo przeciętna w stronę brzydkiej, podobnie animacja. A momentami, gdy akcja jest brutalna kreska robi się zwyczajnie paskudna, aby się dopasować do tematu. Zobaczyłam dwa odcinki, może obejrzę ostatni z ciekawości, jeśli nie zapomnę. Za to na pewno to anime, jako całość, zostanie zapomniane. 

Dies Irae
Z takim opisem to powinno być ciekawe anime. Intrygujące od pierwszej minuty. A jest nudne. I paskudne, tak pod względem kreski jak i tego, co ta kreska przedstawia. Być może fabuła się wyjaśnia i rozwija w kolejnych odcinkach, ale bardzo szybko widać, że to zwyczajnie nie jest dobre anime i szkoda czasu na oglądanie, aby się o tym przekonać.

I to tyle. Inne anime nie wydają się szczególnie interesujące w tym sezonie. Chyba, że Wy wiecie o jakiejś perełce, o której ja nie mam pojęcia, to  z chęcią sprawdzę.

Pozdrawiam, M

 

piątek, 3 listopada 2017

Monoftongizacja dyftongów, czyli trochę o pierwszym miesiącu trzeciego semestru filologii polskiej

Hello! 
W tym roku w porównaniu z poprzednim, byłam dużo spokojniejsza jeśli chodzi o sprawy związane z IPSem. Oprócz tego, że ćwiczenia z romantyzmu, który jest moim najważniejszym przedmiotem w tym semestrze na filologii, pokrywały mi się z zajęciami na Ziarcie. Ogólnie cały połączony plan jest w tym roku cięży niż w zeszłym. A w sumie będzie, bo część zajęć na jednym i drugim kierunku zaczyna mi się od końca tego miesiąca/początku grudnia. Ale teraz czas na szybką przebieżkę po pozostałych przedmiotach. 

Koncept na ozdabianie notek o studiach był taki, że będę wykorzystywała fotosy z "Harrego Pottera" z Hermioną, ale w sumie inne postaci też całkiem pasują.

Analiza dzieła literackiego. Drugich zajęć, których nazwa lepiej oddawałaby to, co na nich robimy chyba nie mam. Ale za to miałam zajęcia o takiej samej nazwie na ZIA, nawet w takim samym wymiarze godzin, niestety liczba punktów ECTS się nie zgadza i nie mogłam przepisać oceny. Mogłam za to przenieść ocenę z Wiedzy o teatrze i już mam ją nawet wpisaną w indeksie. Inne związki polskiego z Ziartem? Zajęcia z Literatury najnowszej mam z doktorem, który prowadzi na ZIA zajęcia z Doktryn artystycznych XX i XXI wieku i bardzo się cieszę, bo to fenomenalny człowiek. A na zajęciach czytamy prozę i o niej rozmawiamy. Podobnie na Literaturze powszechnej XIX wieku. W sumie to nazwy zajęć na polskim są dużo bardziej konkretne niż na ZIA. 
Z Romantyzmu mam i wykład i ćwiczenia. Wykład co dwa tygodnie, ćwiczenia normalnie co tydzień, plus co drugi tydzień. Nie mogę powiedzieć, aby romantyzm to była moja ulubiona epoka, ale póki co nie jest źle. Stylistyka. Część literaturoznawcza. Od tej z poprzedniego roku różni się tym, że pracujemy na tekstach literackich i po każdych zajęciach mamy coś do napisania. Wiedza o historii języka polskiego, zwana potocznie gramatyką historyczną albo diachroną to najtrudniejszy przedmiot tego roku. W sumie nazwa mówi sama za siebie. Na razie nie jest bardzo, bardzo strasznie, ale zdążyliśmy omówić w sumie tylko przegłos. Poza tym zajęcia są cały rok i z tego co policzyłam, wynika, że na koniec 4 semestru będę miała 5 bardzo dużych egzaminów. A elementem jednego z nich jest Fleksja. Która jest dużo, dużo lepsza od Słowotwórstwa. 
Z moich zajęć specjalnościowych mam Tekstologię, na której zastanawiamy się jak, ale najpierw skąd wziąć, wydawać teksty dawne. Zajęcia są ciekawe, bo nagle dowiadujemy się, że wydawcy z tytułem profesora nawet nie widzieli oryginału tekstu, który wydają, bo oni pracują w Krakowie a tekst jest w Warszawie. Tak dla przykładu, ale podobnych kwiatków jest całkiem sporo. Mam też zajęcia z estetyki książki i przez październik próbowaliśmy ułożyć listę najładniejszych i najbrzydszych książek, ale nam się nie udało. 
I na koniec zostawiłam wf. Wychowanie fizyczne na uczelniach i jego sens to mógłby być temat na oddzielną notkę. Ale skoro jesteśmy do tego zmuszani to trzeba coś wybrać. Wyszło, że czasowo najbardziej pasują mi zajęcia z fitnessu w poniedziałki od 18.30 do 20. Dodam tylko, że pierwszego dnia tygodnia jestem na uczelni od 8. I nie jest to pierwsza sytuacja, że mam tak długo zajęcia, ale zdecydowanie najbardziej męcząca. 
W skrócie na razie nie jest źle, ale im bliżej końca semestru tego, a później następnego będzie coraz gorzej. Chociaż ludzie przecież są na trzecim roku polskiego więc jakoś musieli sobie dać radę z tymi wszystkim egzaminami na koniec. 

Pozdrawiam, M

wtorek, 31 października 2017

"I popełnił takie seppuku, tylko bardziej puku niż se", czyli pierwsze wrażenie z piątego semestru ZIA

Hello!
Mamy koniec października więc czas na pierwsze wrażenia z kolejnego semestru zarządzania instytucjami artystycznymi. 
Tytułem wyjaśnienia tytułu: oczywiście to cytat z jednego z moich profesorów, ale z polskiego. Więc, gdyby były wątpliwości to żart językowy, a kontekst jest taki, że jeden ktoś zrobił drugiemu komuś coś złego. A ja pomyślałam, że może cały Ziart zrobił jednak se puku wybierając te studia. A z drugiej strony z każdym kolejnym semestrem, coraz mniejsze wrażenie robi to jak bardzo te studia są nieprzemyślane i bez sensu, i teraz każdy chce je już tylko skoczyć.

Wracam do ozdabiania wpisów o studiach Hermioną.

Po pierwsze w piątym semestrze mamy uczestniczyć w wykładzie ogólnouczelnianym. Większość Ziartu wybrała Globalne rejestry w lokalnych kontekstach czyli formaty TV. I tak sobie rozmawiamy na zajęciach na temat Kuchennych rewolucji, Koła fortuny i innych programach. Dlaczego w Polsce wyglądają tak i dlaczego tak lubimy Ślub od pierwszego wejrzenia. Znaczy kto lubi to lubi, ja nie mam telewizora. Angielski. Dalej mamy buissnes english i retorykę. Z tym, że zmienił nam się prowadzący od tego drugiego przedmiotu, jest on też naszym opiekunem roku i dobrego wrażenia na nas nie zrobił. Przez nas mam na myśli osoby z IPSem. Otóż jest to jedyny prowadzący, na zasadniczo 3 kierunkach, bo ani mi na polskim, ani Mart na jej drugim kierunku, nikt nie powiedział, że prowadzącego nie obchodzi, że mamy drugi kierunek jego zajęcia są najważniejsze. I, gdyby to był normalny wykładowca to niech sobie mówi, ale jako nasz opiekun roku, gdybyśmy miały problemy z innymi profesorami powinien nam w jakiś sposób pomóc się z nimi dogadać. A sam ma takie a nie inne podejście do sprawy. Pan prowadzi nam jeszcze jedne zajęcia: Twórcze zaangażowanie poprzez happening. I w styczniu będziemy robić happening. Jestem bardzo ciekawa, co z tego wyjdzie. Mam też zajęcia z fotografii i będę je miała nawet 2 semestry. To oznacza, że będę miała lepsze formalne wykształcenie w tym kierunku niż jakieś 80% pseudofotografów z mojego miasta, reklamujących się na facebooku. Co do efektów w postaci ładniejszych zdjęć nie jestem przekonana, ale zobaczymy po roku. Mam dwa zajęcia dotyczące muzyki i niestety charakteryzują się tym, że w momencie opuszczenia sali zapominam o czym były, nawet jeśli na samych zajęciach podejmowane tematy były ciekawe. A teraz uwaga, przedmiot faktycznie związany z zarządzaniem: zarządzanie projektami. Co dwa tygodnie. Przez semestr. Prowadzi je pani z GTSu, która, oprócz dyrektora, jest drugą najbardziej kompetentną osobą z tego teatru, z którą mamy zajęcia. Będę jeszcze miała zajęcia ze Sztuki radia i telewizji i zapowiadają się interesująco, bo mają się odbywać w studiach, ale to dopiero w listopadzie. Tak w sumie to niewiele tych zajęć.

Najważniejszą rzeczą na trzecim roku studiów jest licencjat. Ponieważ moje studia to taka mała wiedza o teatrze, piszę pracę o marketingu. A konkretniej o komunikacji marketingowej. Instytucji artystycznych żeby nie było tak bez związku ze studiami.

Pozdrawiam, M

sobota, 28 października 2017

Akuratnie plus ("Thor: Ragnarok")

Hello!
Mam na studiach ćwiczenia, których bardzo nie lubię i jest to retoryka (a to lekka zapowiedź następnej notki, bo już czas, aby spisać pierwsze wrażenia). Na ostatnie zajęcia mieliśmy przygotować konwersacje, na szczęście na dowolny temat. Z kolegą wybraliśmy temat filmów Marvela i przez większość czasu rozmawialiśmy na temat naszych przewidywań na temat nowego Thora. Do tej pory zastanawiam się czy nasz prowadzący chociaż trochę ogarnął z naszej gadaniny. Nie to jest jednak tutaj istotne. Ważne jest to, że w ciągu tej rozmowy powtórzyłam chyba z milion razy, że sądząc po zwiastunach, w tym filmie będzie się za dużo działo i nie wiem, jak oni zmieszczą wszystko to, co pokazali w czasie, który zapowiedzieli. A ja mam już trochę dość filmów, w których postaci robią dużo rzeczy bez ładu i składu i to ma cieszyć widza. 


I co się okazało? Martwiłam się niepotrzebnie. Film układa się w logiczną całość, a scen akcji nie ma za dużo. Jest akuratnie. Dobrze się go ogląda. Tylko tyle (i aż tyle). Widziałam i czytałam recenzje i zauważyłam, że zasadniczo są dwa typy: ludzie, którym się po prostu podobało i ludzie, którzy byli zachwyceni i choć zdają sobie sprawę, że zdecydowanie nie jest to najlepszy film Marvela, bawili się doskonale. Ja jestem w tej pierwszej grupie, więc standardowo zacznę od tego, co mi się nie podobało. 


Skurge. Dlaczego nikt nie wyciął go ze scenariusza. Tak schematycznego, przewidywalnego, bez charakteru bohatera ze świecą szukać. Dosłownie po drugiej scenie, w której się pojawia, można domyślić się co to za typ postaci i co się z nim stanie. Naprawdę aż tak sztampowej postaci dawno nie widziałam. I najgorsze jest to, że widz od początku wie, że on nie zostanie poprowadzony inaczej niż wszystkie inne takie postaci, tylko skończy dokładnie tak samo. 

Hela ląduje obok wszystkich innych nieciekawych złoli Marvela. I chociaż początkowo Kate Blanchett ma sporo scen i wydaje się, że jej wątek będzie bardziej rozbudowany, szybko okazuje się, że, no właśnie, tylko nam się tak wydawało. Prawda jest taka, że ona nic nie robi. Znaczy siedzi w Asgardzie i deklaruje, że chce podbić inne światy. I tyle. Poczucie zagrożenia z jej strony wynosi zero. 


Ragnarok. Będą spoilery. Sam koniec filmu, "Asgard to ludzie, nie miejsce" mi się podobała i ogólnie czuję wielki i przeogromny ból w serduszku z powodu tego co się stało (i tak, płakałam), ale to jest naprawdę okrutne rozwiązanie fabuły. Ale z całym tym Ragnarokiem (i Helą) jest taki problem, że gdy ogląda się film, jest on niewyczuwalny. Znaczy Thor chodzi i mówi "bardzo zła kobieta jest w Asgardzie, zbliża się Ragnarok", ale trochę nic z tego nie wynika. 


Zastanawiam się i piszę, i dochodzę do wniosku, że nowy "Thor" mi się podobał, ale na samym filmie nie bawiłam się aż tak dobrze. Po przemyśleniu, wiele rzeczy wydaje się działać dużo lepiej niż faktycznie wygląda na ekranie. Nie jestem pewna czy to nie jest przykład filmu, który jednak odrobinę lepiej składa się w całość na papierze niż na ekranie. Choć tak jak wspominałam wyżej, byłam zaskoczona jak dobrze udało im się połączyć elementy pokazane w zwiastunach w jedną całość. 


A co mi się podobało? 
Humor. Choć pierwsze sceny nastrajają nieco sceptycznie i można się zacząć obawiać, czy nie będzie przesady. Spokojnie, nie ma. Jest śmiesznie, jest zabawnie, jest wspaniale pod tym względem.
Hulk. I Bruce Banner. I jego, i jego relacja z Thorem. Oraz później jak sam bohater odnalazł się w świecie przedstawionym. Jest super. 
Arcymistrz. Jeff Goldblum kradnie każdą scenę, w której się pojawi, ale chyba nikt nie jest tym zaskoczony. 
Anthony Hopkins. Który musiał grać nie tylko Odyna-ojca, ale także Lokiego w ciele Odyna i wyszło doskonale. Podobnie jak cała scena z teatrem i odgrywaniem sceny śmierci Lokiego z poprzedniej części filmu. Cudo. 
Loki. Aż dziwne, że nie napisałam o nim na samym początku. Hela ukradła mu kolory i chodziła w zielono-czarnym kombinezonie, a jemu dodano elementy żółtego, trochę tego nie rozumiem, czemu ona nie mogła dostać innego kolory, ale mniejsza. W sumie to nie do końca wiadomo o co mu chodzi przez cały film. Skłaniałabym się do interpretacji takiej, że w sumie Loki jest samotny i chociaż gada, że chciałby aby drogi jego i Thora się rozeszły to i tak się z nim trzyma. I chciałabym, i nie chciałabym, aby Loki zaczął być dobrym bohaterem. Ale to biedactwo zawsze będzie powodowało kłopoty i obrywało. No i to jak zaświeciły mu się oczy, gdy zobaczył taką małą niebieską kosteczkę... A Tom Hiddleston wygląda cudownie w czarnym. 

Rozważam pójście na film jeszcze raz, może mnie olśni. Póki co trochę brak mi wobec niego szczególnego entuzjazmu. 

LOVE, M
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...