środa, 27 czerwca 2018

Zatęskniłam za Plotkarą - Heirs

Hello!
Lubię czytać klasykę, oglądać filmy za takie uważane i ogólnie mieć pojęcie, o tym, co już powstało, aby móc wypowiadać się o tym co powstaje teraz. Ogólnie myślę, że każdy powinien mniej więcej się orientować przynajmniej w najważniejszych dziełach kultury, jeśli chce wygłaszać opinie o innych. Z tego powodu postanowiłam obejrzeć dramę Heirs. 


Ale był to tylko jeden z powodów. Tak naprawdę, naprawdę to zdecydowałam się ją obejrzeć, bo widziałam kilka parodii i debatowałam czy obejrzeć Heirs czy jednak Boys Over Flowers, ale Heirs wygrało, bo jest z 2013 roku a BOF z 2009. Poza tym po drugim planie biega między innymi Krystal, Park Hyungsik oraz jak już się później dopatrzyłam także ósme książątko ze Scarlet Heart: Ryeo (ogólnie obejrzenie tej dramy, jako jednej z pierwszych, było świetnym pomysłem, bo dawało i daje mi dość niezły ogląd w aktorach), czyli Kang Ha Neul. 

 To zdjęcie zza kulis, ale jest takie urocze, że nie mogłam go nie umieścić.

Muszę przyznać, że kilka pierwszych odcinków niezbyt mi się podobało, ale stwierdziłam, że się nie poddam i oglądałam dalej. I dobrze zrobiłam, bo z czasem historia dookoła bohaterów robi się coraz ciekawsza. Jedynym problemem jest to, że sami bohaterowie są nieszczególnie ciekawi. Główna bohaterka, czyli Cha Eun Sang, jest totalnie niejaka, chociaż początkowo nawet wydaje się, że ma charakter. Główny bohater - Kim Tan - jest charakteryzowany przez swoje relacje rodzinne. A poza tym początkowo jest strasznym dupkiem, szczególnie wobec swojej narzeczonej Rachel. Co prawda ich narzeczeństwo to związek między firmami nie ludźmi, ale Kim Tan bywał wobec niej wręcz okrutny. Nie żeby Rachel była święta, bo ze wszystkich rozpuszczonych bachorów w tej dramie ona była prawie najgorsza, ale było mi jej szkoda. 


Najgorszy jest jej przyszły brat i były przyjaciel Kim Tana - Choi Do Young. On trzęsie szkołą. I przez długi czas myśli, że zaimponuje tym głównej bohaterce, a bardzo się myli. Ze wszystkich postaci on przechodzi najdłuższą drogę i dostaje najbardziej satysfakcjonujące, najpełniejsze  zakończenie. Jego przemiana z odcinka na odcinek jest zdecydowanie mocnym punktem Heirs. 


 Kadr może nie najkorzystniejszy, ale jak miło, że bohater sam postanowił się scharakteryzować. Jedyna szkoda, że w przedostatnim odcinku. Ale muszę to napisać: momentami konstrukcja jego postaci bardzo przypominała Edwarda ze Zmierzchu.

Bo niestety pomiędzy Kim Tanem a Cha Eun Sang trudno wyczuć chemię na ekranie. Szczególnie ze strony dziewczyny. I wydaje mi się, że to wina kiepskiej gry aktorki. Z drugiej strony Lee Min Ho wygląda na dużo starszego niż jest i chociaż grał osiemnastolatka mając 26 lat to wyglądał dojrzalej i zupełnie ich para mi nie grała na ekranie. Jedynymi momentami, gdy Kim Tan wyglądał jak nastolatek były chwile, gdy grał ze swoim starszym bratem (a aktor, który go grał jest tylko rok starszy od Lee Min Ho), a ich relacja też jest ciekawym wątkiem w dramie. A bardzo poboczny, ale w sumie smutny wątek dziewczyny Kim Wona udowadnia dodatkowo, że w tej dramie wszyscy się znają i nikt by się nie zdziwił, gdyby wszyscy bohaterowie okazali się rodzeństwem. 


Najmocniejszymi punktami tej dramy są wątki i postaci drugoplanowe. Biologiczna mama Kim Tana i mama Cha Eun Sang najlepsza, zaskakująca przyjaźń, dzieciaki w szkole i ich problemy, paskudny wątek ojca Kim Tana i Kim Wona. Nie spodziewałam się, że nagle tak bardzo zainteresuję się tym jak prowadzi się firmy i tym na jakiej zasadzie działają głosowania udziałowców. A w sumie dowiadujemy się o tym, jak są ważni razem z głównym bohaterem, który zaczyna dramę będąc dość niewinnym (przynajmniej jeśli chodzi o lekcje biznesu), a kończy walcząc o poparcie dla swojego paskudnego ojca, bo to będzie dobre dla firmy. 


Bohaterowie trochę za dużo płaczą w tej dramie, nawet jak na mój gust. Ale jest jedna scena taka ładna klamra, która co prawda nie do końca coś zamyka, ale jest wyjątkowo poruszająca. Muszę powiedzieć, że nie spodziewałam się, że scenarzyści zrobią coś takiego, ale dzięki niej było widać, że cała drama była lepiej przemyślana niż można się by było spodziewać. 

Podsumowując, całkiem rozumiem czemu to jedna z już prawie klasycznych dram, ale główna para bohaterów wcale nie jest aż tak wybitna, jak można by się spodziewać po niektórych opiniach, za to drugi plan i wątki poboczne zasługują na wielkie pochwały, bo działy się tam naprawdę ciekawe i dużo mniej przewidywalne niż na pierwszym planie. Tylko scenariusz ostatniego odcinka zawodzi, chociaż wszystko wyjaśnia to robi to w bardzo mało kreatywny sposób.

Trzymajcie się, M


poniedziałek, 25 czerwca 2018

Głosy dzieciństwa

Hello!
Ostatni lub przed ostatni wpis od D.
Pewnie wielu z was w dzieciństwie i teraz być może też, oglądało bajki. O polskim dubbingu możemy mówić różne dobre i złe rzeczy, choć zawszę będę uważał, że Shrek jest po polsku lepszy niż w oryginale. Niestety z jednym trzeba się pogodzić, mamy stosunkowo niewielu aktorów głosowych, przez co często spotykamy te same głosy w wielu produkcjach. 
Możliwe, że wielu z was ma podobnie do mnie, gdy widzi wystąpienia aktorów głosowych w telewizji. Dziwnie jest zobaczyć twarz osoby która jest głosem wielu postaci z dzieciństwa.


Dziś podzielę się z wami jednym z moich ostatnich odkryć na YT (https://www.youtube.com/channel/UCsS2pcVBbDAdn8pPoh0mUkQ). Kanał „Widzę głosy” odkryłem niedawno, dosłownie trzy czy cztery dni temu i od razu wiedziałem, że jest to niezwykły projekt. Znajdziemy tu wywiady z aktorami, którzy są rozpoznawani nie z twarzy czy nazwiska, ale właśnie z głosu.

Mnie osobiście najbardziej zaskoczył wywiad z Grzegorzem Drojewskim, który jest głosem takich postaci jak Czkawka (Jak wytresować smoka), Finn (Pora na przygodę), Robin (Młodzi Tytani) czy Jeremiasz (Fineasz i Ferb). Moje pierwsza myśl brzmiała "To jest jego twarz!?". Oczywiście było to pozytywne zaskoczenie. Po prostu nie spodziewałem się i ciężko było mi przypisać ten głos do jego twarzy.

Kolejnym wielkim zaskoczeniem był wywiad z Wojciechem Paszkowskim, podkładającym głos między innymi Dundersztycowi (Fineasz i Ferb) czy Benowi (Planeta skarbów). Tu odwrotnie niż przy poprzedniku szybko pogodziłem twarz z głosem choć przyznaję że spodziewałem się kogoś młodszego.

Na chwilę obecną najdłuższym wywiadem jest ten z Jonaszem Tołopiło, czyli polskim głosem Harrego Pottera. Akurat tutaj połączenie twarzy i głosu nie było dużym zaskoczeniem. Wrażenie robi tu ilość postaci, którym głosu użyczył, a w których bym go nie rozpoznał.

Zostawiam was z ponad pięćdziesięcioma wywiadami, które gorąco polecam obejrzeć, chociażby by zapoznać się z twarzami głosów z dzieciństwa.

Od M: tu chyba działa algorytm YT, bo mi także od kilku dni podpowiada, że powinnam się zainteresować tym kanałem i nawet obejrzałam wywiad z polską Fioną, czyli Agnieszką Kunikowską, ale na więcej nie miałam wtedy czasu, więc zajmę się słuchaniem reszty wywiadów teraz. 

Trzymajcie się, M i D.

piątek, 22 czerwca 2018

Lato 2018

Hello!
Myślałam, że gdy zdam już dwa egzaminy z zeszłego tygodnia będę mogła cieszyć się spokojnymi wakacjami, ale niestety nawarstwiło się kilka rzeczy, na które nie mam zupełnie wpływu, a które są wyjątkowo stresujące. I fakt, że nie mogę nic zrobić jest jeszcze bardziej frustrujące. 

Ale mamy pierwszy dzień lata, wakacji trzeba się cieszyć. A dziś mam wyjątkowo ładne zdjęcia, bo koleżanka z ZIArtu zgodziła się, abym wykorzystała zdjęcia, które zrobiła na zajęciach z fotografii, a są one bardzo, bardzo ładne. A były robione na terenie kampusu UG w niedawno oficjalnie otwartym parku. 









LOVE, M

środa, 20 czerwca 2018

Generale! Mój generale! - Oh My General

Hello!
W weekend po dwóch dniach egzaminów zupełnie sobie odpuściłam życie i spędziłam dwa (a później jeszcze poniedziałek i wtorek) dni na oglądaniu dram, Youtube i ogólnie nadrabianiu internetu. I oczywiście nie zobaczyłam żadnej z dram z zapisanej listy, tylko taką, z której zobaczyłam kilka ciekawych gifów i która okazała się produkcją z Chin. A jej tytuł to Oh My General.


A dzisiejsze kilka słów o niej będzie pierwszym (a przynajmniej, który pamiętam) przypadkiem, gdy napiszę o czyś czego jeszcze nie skończyłam oglądać. Dzieje się tak, ponieważ byłam pewna, że drama ma 20 odcinków po 40 minut. I miała 20. Na pierwszej karcie z odcinkami. A karty są trzy, co daje nam 60 odcinków. Obejrzałam trochę ponad połowę. Patrząc jednak po tym jak układa się fabula, nie sądzę, aby ani bohaterowie ulegli jakiś ogromnym zmianom, których nie da się już przewidzieć, ani żeby sposób prowadzenia narracji i scenariusz jakoś szczególnie się zmienił. Mogę tylko napisać, że póki co te 20 pierwszych odcinków było najlepszych, a im dalej tym robi się nudniej, ale niżej wyjaśniam dlaczego.


Zwykle, gdy myślimy o aranżowanym małżeństwie na wysokim państwowym szczeblu, przypuszczamy, że to księżniczka nie będzie tym pomysłem zachwycona. Tu mamy troszkę inną sytuację. Księżniczka jest księciem, który próbuje zwiać z własnej ceremonii. Z drugiej strony mamy panią generał, która jest zaskakująco zadowolona z możliwości małżeństwa z przystojnym księciem. To nie tak, że bohaterowie się nienawidzą, ale jakiś czas zajmuje im zharmonizowanie swoich charakterów.


Od pierwszych odcinków postać głównego bohatera kogoś mi przypominała, nie mogłam tylko przypomnieć sobie, skąd ten typ postaci kojarzę. Aż w końcu zbiegami okoliczności oświeciło mnie, że to postać bardzo, bardzo przypominająca Kim Yeo Woola, granego przez Jo (albo Cho) Yoon Woona z dramy Hwarang.Więc jeśli widzieliście Hwarang to macie już całkiem niezłe pojęcie, jaki jest nasz Yujin .


Z panią generał tworzą bardzo zgrany duet, ale wbrew temu czego się obawiałam po kilku pierwszych odcinkach to nie tak, że pani generał jest ważniejszą postacią, bo i ona i Yujin mogą wykazać swoje zdolności. Bo tego, że książę okaże się, prosto mówiąc, głupim bohaterem też się obawiałam. Ale nie okazuje się na szczęście, że jeśli się postara jest całkiem odpowiedzialny choć niedoświadczony. Czasami zachowuje się jak pięciolatek, ale nie jest głupim bohaterem, którego bez wysiłku można było z niego zrobić.


Duet głównych bohaterów to najjaśniejszy punt całej dramy i jeśli tylko scenariusz odchodzi od ich wątków, drama robi się nieinteresująca i nudna. Naprawdę trudno przebić przezabawne interakcje pomiędzy panią generał i Yujinem, jakimiś intrygami i spiskami na dworze, jeśli nasi bohaterowie nie są bezpośrednio zaangażowani i ich rozwiązywanie.


Dramie udaje się uniknąć jednak schematów typu "zła królowa teściowa" chociaż matka Yujina początkowo nie może znieść pani generał, ale nie utrudnia im życia, a później nawet trochę się do synowej przekonuje. Przed panią generał książę miał konkubinę i dwie wyższe nałożnice (jak się dowiedziałam w chińskich haremach wysoko postawionych oficjeli państwowych i krewnych cesarza było 9 stopni, nie jestem pewna czy nałożnica to odpowiednie tłumaczenie, ale lepsze nie przychodzi mi do głowy) i tu także można było bez żadnego wysiłku stworzyć konflikt i to nie jeden, a trzy, ale i to się nie stało Przynajmniej na razie, bo może to zagrywka zostawiona na później. W każdym razie obecnie pani generał je absolutnie akceptuje i w sumie wszystkie 4 bardzo się lubią. Dalej jest wątek zakochanego w głównej bohaterce jej przyjacielu z linii frontu, ale i on zostaje wyjaśniony w inny niż można by przypuszczać sposób.


Ale nie jest tak kolorowo, bo Oh My General wręcz niesamowicie ucina wątki. Coś zaczyna się dziać, jakaś intryga jest pleciona i nagle przez kolejne 4 odcinki (albo i dłużej) nie pojawia się żadna postać, która była z nią związana. Albo widzimy, że z jakaś postać tkwi w zawieszeniu, z jakiegoś powodu nie wiemy, co się z nią dzieje i chociaż jest to rodzaj cliffhangera, to pojawia się w środku odcinka i zostaje wyjaśniony (albo i nie) dopiero, gdy scenarzyści sobie przypomną, że go zrobili i coś wypadałoby jednak zrobić. Albo tylko zaznaczają, że coś ma miejsce,  a potem o tym zapominają i wątek wraca jedynie, gdy jest potrzebny.

Bez różnicy ile czasu minęło, odkąd wątek został rozpoczęty. A upływ czasu w dramie też jest bardzo niejasny, nie ma żadnych znaczników ani roku, ani miesięcy, a wnioskowanie po rzucanych przez różnych bohaterów stwierdzeniach typu "Już długo jesteście małżeństwem" "Jeszcze jesteście bardzo młodym małżeństwem" niewiele daje. 


W Oh My General są prześliczne stroje. Nie ukrywam, że ubrania z epoki (czy epok) są jednym z powodów, dlaczego tak uwielbiam dramy historyczne, a chabrowe stroje, w których oglądamy na ekranie panią generał są naprawdę piękne. W sumie sam kolor jest piękny, bo jeśli chodzi o strojność samego ubioru, to inne postaci wyróżniają się bardziej. W każdym razie jest ładnie, bo za kostiumy odpowiadała pani, która robiła je także do Domu latających sztyletów.

Podsumowując: to nie jest najlepsza drama pod słońcem, ale gdy nie łapie scenariuszowego dołka i nie robi się nudna, to ogląda się ją bardzo przyjemnie, postaci są zabawne i sympatyczne i chce się wiedzieć jak dalej potoczy się ich życie. Nie wspominałam wyżej wyraźnie, ale na drugim i trzecim planie też są bardzo mili i ciekawi bohaterowie.

Pozdrawiam, M

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Trochę inna muzyka

Hej! 
Tym razem D. postanowił, w celu poszerzenia waszych horyzontów, podzielić się z wami swoim gustem muzycznym, o ile można tak to nazwać. Z góry uprzedzam, że to czego słucham jest specyficzne i nie trafia do wszystkich. Ale i tak zachęcam chociaż przesłuchać, być może komuś z was się spodoba.


Szeroko pojęty Rock
Tu chyba nie mam co przedstawiać gatunku każdy chyba go zna. Tak wiem, że zaczynanie wyliczanki od tego jest mało kreatywne, ale spokojnie. Zespoły które mogę polecić z tego gatunku to Billy Talent oraz Skillet. Dlaczego te dwa? Ponieważ od kiedy je poznałem, czyli w okolicach gimnazjum, jeszcze mi się nie znudziły tak jak to się stało z milionem innych zespołów.

Pirate metal 

I tu zaczynamy moje dziwactwa. Dla niewtajemniczonych jest to gatunek powstały z połączenia szant, folku i metalu.

Co mogę polecić? ALESTORM, czyli najpopularniejszy przedstawiciel gatunku oraz „PADDY AND THE RATS” (https://www.youtube.com/watch?v=L-JcssjUIW0). Osobiście bardzo lubię klimaty pirackie dlatego też gdy odkryłem ten gatunek od razu go pokochałem. Prosta, melodyjna muzyka, przyjemny klimat i karły w teledyskach! Czego chcieć więcej?


Melodic Death Metal
Byli piraci, było wesoło i lekko, teraz czas na ciężki i mroczny klimat. Rozumiem, że już sam death metal może przerażać ludzi więc uspokajam, nie jest to nic strasznego. Tym co odróżnia ten gatunek od zwykłego death metalu, który dla wielu jest zbyt chaotyczny, jest właśnie jego melodyjność. Niestety cały gatunek skończył się zanim się na dobre zaczął. A szkoda bo mi bardzo przypadł do gustu. Prekursorem był zespół In Flames (https://www.youtube.com/watch?v=AmcC9aJkBlw),  który po nagraniu pięciu płyt zmienił stylistykę. Jednym z niewielu udanych następców był Dethklok (https://www.youtube.com/watch?v=JCOSvLu8ZLY), który powstał na potrzeby serialu animowanego. Smutną historia związaną z tym zespołem jest to, że ich piosenki zdobyły popularność dopiero za sprawą animacji z serii Batmetal (https://www.youtube.com/watch?v=qatmJtIJAPw).

Celtic-Punk Rock
Jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości, tak uwielbiam dobrze zrobione połączenia muzyki folkowej z rockową lub metalową. Znowu cytując Wikipedię: „Celtic punk rock - styl muzyczny w którym muzyka punk rockowa łączona jest z celtycką muzyką ludową. Muzycy prócz standardowego instrumentarium takiego jak gitara elektryczna, bas czy perkusja, wykorzystują w swoich nagraniach brzmienia instrumentów ludowych charakterystycznych dla regionów Szkocji, Walii czy Irlandii, takich jak tin whistle, banjo, mandolina, dudy czy akordeon."
Mistrzami w tym temacie jest zespół „The Rumjacks” (https://www.youtube.com/watch?v=tDTQQWSmo8s), który grał na Woodstocku w 2016r. Drugim i nieco cięższym, ale nie gorszym, przedstawicielem jest zespół „The Dreadnoughts” (https://www.youtube.com/watch?v=OGe9EfLh-ug), który nie ogranicza się do brzmień celtyckich, ale dodaje też melodie bliższe dla naszych regionów jak oberki czy polki.
To tylko kilka przykładów które wybrałem, być może w przyszłości zrobię kolejną część, ale na dziś to koniec.

Trzymajcie się D. & M


sobota, 16 czerwca 2018

Nie tylko w kinie i teatrze 27 - Polskie akcenty IV

Hello!
Dawno nie było wpisu teledyskowego z prawdziwego zdarzenia, to znaczy takiego, który zapoczątkował moje zainteresowanie tym tematem. A jeszcze dawniej były poprzednie polskie akcenty, bo 15 listopada 2016. No nawet bardzo dawno.

Artur Rojek - Syreny
A w klipie widzimy Tómasa Lemarquisa.



LemON - Papier 
W tym zaskakującym teledysku można zobaczyć Piotra Nowaka oraz Orinę Krajewską.



Izabela Trojanowska - Skos
A w napisach pod teledyskiem 
Tomasz Karolak- jako Salvador Dali 
Izabela Trojanowska- jako Jego Muza.
Jestem zawsze wdzięczna za podpisy pod klipami, ale mam wrażenie, że Tomasza Karolaka nie trzeba podpisywać. 


Formacja Nieżywych Schabuff - Ławka
To przykład teledysku przy którym miło by było, gdyby podpisy były. Zapisałam go sobie do sprawdzenia, bo wyczytałam, że pojawia się w nim Sylwia Gliwa. Ale jestem pewna, że jestem tam jeszcze przynajmniej jedno-dwa znane nazwiska. To znaczy jacyś popularni ludzie, o których wiem, że prawdopodobnie są popularni, ale ich nazwisk nie znam, a i poszukiwania spełzły na niczym niestety. Jeśli Wy wicie kto tam jeszcze może być, to dajecie mi znać. 
A sama piosenka mogła się pojawić we wpisie 18 z 2018, bo wyszła w 2008 roku i doskonale pamiętam, jak bardzo była popularna. A słowa pamiętam nadal.



Sylwia Grzeszczak i Liber - Dobre Myśli 
Tu też wszyscy podpisani, ale najważniejszy jest Krzysztof Kowalewski. 
Notabene Sylwia debiutowała w 2008 to też nieźle pamiętam, ale w wpisu wspomnianym wyżej nie ma za wielu polskich akcentów i właśnie się zastanawiam czy nie zrobić drugiego tylko z wydarzeniami z Polski. 


LOVE, M

środa, 13 czerwca 2018

Moja (to znaczy D.) historia z Anime

Hejo i Hello!
Tu znowu D. Jest to 3 z 8 zaplanowanych w czerwcu postów ode mnie. Tym razem  opiszę wam jak to się stało, że wszedłem w świat japońskiej animacji.

Wszystko zaczęło się w czasach które ledwo pamiętam, czyli w okolicach roku 2004. Jak pewnie większość ludzi w tamtym czasie, tak i ja mając coś koło 5 lat poznałem "pokemony". Tak to od kieszonkowych stworków wszystko się zaczęło. Oczywiście, jako brzdąc nie byłem jeszcze świadomy, że jest to anime i byłą to bajka jak każda inna lecąca w tamtym czasie na Polsacie.
To właśnie tam oglądałem wszelkie bajki i anime przez kolejne lata nie będąc świadomym, że pochodzą z Japonii. Lata mijały, serie się zmieniały poza "pokemonami" pamiętam jeszcze takie tytuły jak "Beyblade", "B-Daman", "Yu-Gi-Oh!", "Duel Masters" i dzieło z najlepszym openingiem w polskiej wersji, czyli "Król Szamanów". Pamiętam że czasami puszczane były filmy anime takie jak "Spirited Away: W krainie Bogów", "Steamboy", "Metropolis" czy "Księżniczka Mononoke". Niestety z czasem prawie wszystko to przeszło do Cartoon network którego ówcześnie nie miałem.

Wiem że wielu ludzi wspomina też "Naruto" jako jedną z pierwszych serii anime jakie oglądali ale ja niestety do nich nie należę, za to wszelkie dalsze rodzeństwo zasypywało mnie opowieściami na jego temat co w przyszłości zaowocowało tym że poświęciłem jedne wakacje na objerzenie siedmiuset odcinków.

Wracając, w pełni świadomie za anime zabrałem się za namową mojego przyjaciela z gimnazjum. On oglądał i dużo o tym mówi, więc też postanowiłem spróbować. Uznałem, że zacznę od czegoś co ledwo pamiętam i dobrze wspominam aby mnie całkowicie nie odrzuciło już na początku. Tak więc zabrałem się za "Króla Szamanów". Oczywiście oglądałem z polskim dubbingiem. I muszę przyznać, że nie była to tak zła decyzja jak mogła się wydawać. Co prawda wiemy jaka jest jakość polskich aktorów głosowych szczególnie w tego typu produkcjach ale to nie było złe. Powiem nawet, że ciężko mi obecne było by obejrzeć całość jeszcze raz, ale z oryginalnymi głosami. Oczywiście nie oceniał bym całości tak wysoko gdyby nie wykonanie openingu w polskiej wersji.
Słyszałem go w wielu językach ale to właśnie nasza ma to coś w sobie. Jeśli ktoś chce porównać to proszę https://www.youtube.com/watch?v=6hHRTLtWiZY. (niestety w słabej jakości)
Po obejrzeniu całości uznałem, że jestem gotowy na więcej i tak poszła cała lawina tytułów. Dodam jeszcze tylko, że pierwszym oglądanym w oryginale i od początku moim ukochanym tytułem był "FullMetal Alchemist" który w pewien sposób wywarł wpływ na moje życie. Tak wiem że to może wydawać się głupie że coś tak błahego jak chińska bajka może wywierać na kogoś wpływ ale zainspirowany głównym bohaterem zapuściłem włosy i przy wyborze profilu w liceum wybrałem biol-chem-fiz.

Gdy nadrobiłem wszystkie podstawowe anime jakie każdy początkujący "otaku"(jak ja nie znoszę tego określenia, nigdy w życiu bym się tak nie nazwał) powinien znać, przyszła pora na oglądanie bieżących serii i tak od jakiś dwóch lat jestem w miarę na bieżąco z trendami i mniej więcej orientuje się co i jak, o czym mogliście poczytać w moim poprzednim wpisie -> https://mira-bell.blogspot.com/2018/06/3-anime-majace-szanse-na-nagrody.html

Co jeszcze mogę dopowiedzieć? Hmm...
Konwenty, tak nerdowskie konwenty to coś pięknego.
Dopiero na początku liceum zaliczyłem pierwszy nerdowski konwent jakim był Copernicon 2015 w Toruniu. Pamiętam że był tam jeden budynek przeznaczony specjalnie dla fanów anime i kultury japońskiej, co prawda nie spędziłem tam wiele czasu ale za to prawie wygrałem jeden z konkursów. Był to test wiedzy właśnie z FMA na którym wygrałem mój ukochany kubek, który mam do dziś.

Mam nadzieję że was nie zanudziłem oraz, że i w tym roku odwiedzę Toruń by być na Coperniconie 2018.
Trzymajcie się,
D. i M

PS Przepraszamy za ewentualne błędy i braki przecinków, M nie ma nawet czasu tego dokładnie przeczytać przed publikacją, ale sprawdzi porządnie te tekst w najbliższy weekend.

niedziela, 10 czerwca 2018

Nijak - Upiór w Operze

Hello!
Jeśli przypadkiem śledzicie bloga ponad trzy lata, to być możne pamiętacie, że trzy lata temu w maju, w czasie moich matur na blogu odbywała się akcja maj z Upiorem, ale pierwsza wzmianka o tym musicalu pojawiła się tu dokładnie 11 marca 2013 roku więc ponad 5 lat temu. I po tylu latach w końcu zobaczyłam ten musical na żywo w Operze i Filharmonii Podlaskiej w Białymstoku dokładnie tydzień temu...

Zdjęcia pochodzą ze strony Opery i Filharmonii Podlaskiej (klik) a ich autorem jest Michał Heller.

... i rozczarowałam się. To znaczy, dalej kocham ten musical całym sercem, prawie się rozpłakałam ze wzruszenia, gdy żyrandol zaczął się podnosić, ale mniej więcej do momentu, gdy zaczął spadać (zgadnijcie, kto wiedział doskonale, że żyrandol spada i w którym momencie, a przestraszył się i krzyknął, tak, że aż ktoś w rzędzie wyżej stwierdził: ależ się ta pani przestraszyła) z każdą sekundą czułam coraz mniejszy entuzjazm. Nie wiem do końca z czego to wynika, ale mam wrażenie, że to przedstawienie nie ma charakteru. Tak jakby ktoś przeniósł je na scenę prosto ze scenariusza i jest takie papierowe. Po prostu piosenki poukładane w pewnej kolejności. I tyle.

Ponadto Damian Aleksander, który wcielał się w Upiora, był chyba bardzo nie w formie. Głębokie rozczarowanie tym, jak słabo została wykonana piosenka tytułowa, pozostanie dla mnie lekko traumatycznym przeżyciem. Oraz szokiem, bo nie ukrywam, gdy zobaczyłam kto będzie tego 3 czerwca w obsadzie miałam jednak pewne oczekiwania, które zostały zawiedzione. I naprawdę prawie się cieszyłam, że Upiór przed przerwą pojawia się w sumie na scenie dwa razy. Był to też pierwszy raz, gdy zwróciłam na to uwagę. A to dość kiepsko, gdy w sumie nie ma się ochoty słuchać tytułowego bohatera.


Opuszczę już ten pierwszy akt, bo aż sama jestem zaskoczona jakie to było... nudne. Nie wiem czy to dlatego że znam tę historię, czy dlatego że ktoś albo kilku ktosiów nie umiało sprawić, żeby ona była interesująca i ciekawa. Ale jeszcze jednak kilka uwag: biorąc pod uwagę, że to nie był ani pierwszy, ani drugi, ani nawet dziesiąty tylko już któryś znacznie dalszy występ tego zespołu razem, to także wykonania scen zbiorowych pozostawiały dużo do życzenia. A szczególnie jeśli się widziało choćby jeden spektakl w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Niestety zespół z Białegostoku nie wytrzymuje porównania. Ale także sceny zbiorowe, szczególnie pierwsza lub druga w gabinecie dyrektorów - nie dało się tego słuchać - kakofonia. Poza tym w wielu momentach sama muzyka była zdecydowanie za głośno i zdarzało się, że bardzo zagłuszała aktorów. 


Ale nie było aż tak tragicznie, co wyszło zaskakująco dobrze:
+ Moment bez powrotu - najlepsza piosenka w całym tym musicalu. Zarówno została najlepiej zaśpiewana, jak i pokazano trochę możliwości sceny i w końcu zespół także udowodnił, że potrafi ze sobą harmonijnie i synchronicznie pracować. Tylko, że dlaczego od razu wiadomo, że tam jest Upiór? Nie wiem, to powinno być zaskakujące, a jest nudne. Poza tym scena jest oderwana od reszty scenografią i klimatem. Ale być może podobała mi się, ponieważ nieco przypominała niektóre sceny z Dzwonnika.
+ Żyrandol. 
+ Raoul. Trochę nie wierzę, że to piszę, bo dotychczasowe interpretacje tej postaci bardzo mnie nie przekonywały, zawsze był on jakiś taki oderwany od rzeczywistości, a niekiedy bardziej naiwny od Christine, a ten jako jedna z nielicznych,  a jedyna z pierwszoplanowych, miał swój indywidualny charakter, niewynikający bezpośrednio z roli, a z jej interpretacji. Był bardziej zdecydowany, konkretny i widać było, że jego przywiązanie do głównej bohaterki jest prawdziwe, a nie tylko papierowe. Poza tym trzeba przyznać, że aktor się bardzo wyróżniał swoim wzrostem i wszystkie kostiumy wyglądały na nim bardzo korzystnie. 
+ Madame Giry. To najlepiej zagrana postać.


Jeszcze nie wiem, co myśleć:+/- Maskarada. Bal maskowy. Wydawało mi się, że to powinno być kolorowe, a wybrano monochromatyczną koncepcję. Pomysł jest ciekawy, ale jeśli się na niego decydować, to Upiór jako Czerwona Śmierć powinien zdecydowanie bardziej się wyróżniać. A jego kostium był niepowalający. Ta scena pokazywała też wszystkie niedoskonałości zespołu.
+/- Scenografie. Kilka pomysłów bardzo mi się podobało, na przykład bardzo złoty gabinet dyrektorów, ale z drugiej strony scena na cmentarzu była bardzo uboga, myślę, że dostawienie 2-3 dodatkowych "pomników" nie byłoby wielkim problemem, a sprawiłoby, że scena by tak nie raziła. Poza tym kandelabry, które się wyłaniają spod sceny mają za sobą ludzi, co wygląda dziwnie i jest zupełnie niepotrzebne, bo odrywa uwagę od dwójki głównych bohaterów.

Oraz: po zobaczeniu Upiora na żywo fakt, że Love Never Dies powstało wydaje się jeszcze bardziej kuriozalny i niedorzeczny niż wydawał się wcześniej. 


I ogólnie za bardzo nie wiem, co mam o tym myśleć. Chciałabym zobaczyć to w sumie raz jeszcze z Edytą Krzemień (mój dream team jest na zdjęciu wyżej, plus Raul z obsady, którą widziałam). Ale, jako osoba, która prawie już skończyła studia zwane teatrologią bis, nie mogłabym z czystym sumieniem komuś polecić zobaczenie tego spektaklu. I jest mi przykro, że to piszę. Ale też absolutnie nie żałuję, że Upiora na żywo zobaczyłam- jest niewiele momentów w życiu człowieka, w których może go wzruszyć żyrandol.
LOVE, M

piątek, 8 czerwca 2018

4 postaci z filmów Marvela, których nie lubię

Hello!
Dziś kolejny wpis, którego autorem jest D., ale na niedzielę szykuję coś od siebie.


Witajcie.
Dziś będę trochę narzekać i marudzić. Jako że Avengers: Infinity War świętuje kolejne rekordy w box office, a cała maszynka do zarabiania pieniędzy zwana MCU, przechodzi złoty okres, tak ja stwierdziłem, iż czas wylać swoje żale. Tym razem tylko odnośnie postaci i tego, dlaczego ich nie lubię. Nie wiem czy znajdą się tu jacyś znawcy komiksów, ale uspokajam, czepiać się będę tylko ich filmowych wersji.

Gamora
Zacznijmy od postaci, której nie znoszę najbardziej. Zielonoskóra pani wojownik jest dla mnie przykładem postaci mrocznej i tragicznej na siłę. Niby porwana, wychowana i szkolona przez Thanosa, co miałoby być jej tragedią, ale problem w tym, że nie czuję tragizmu jej postaci. W filmach dostałem to jako suchy fakt i nie niosło to ze sobą żadnego powodu do współczucia jej.
O wątku romansu ze Star-Lordem nie będę się rozpisywać, ale jest to kolejny powód dla którego jeszcze bardziej nie lubię tej postaci, zamiast ogarnąć to jak dorośli, bawią się w podchody jak nastolatkowie.

Mantis
Jak już przy Strażnikach Galaktyki jesteśmy, poruszmy wątek postaci, która miała być urocza, a wyszła mdła i nijaka. Ja rozumiem, że trzeba umieścić w grupie żeńską postać na poziomie inteligencji Draxa, bo równouprawnienie, ale o ile filmowy niszczyciel mieści się w akceptowalnym archetypie mięśniaka-idioty, tak kobieta z czułkami jest daleko poza archetypem słodkiej idiotki.
Może całą sprawę uratowało by gdyby było jej w drugiej części Strażników mniej. Dlaczego tak uważam? Ponieważ w Infinity War jej obecność mi nie przeszkadzała, pojawiła się na kilka scen, jakieś drobne żarty z nią się pojawiły i tyle, starczy, gdy jest postacią na drugim planie.

Wanda Maximoff - Scarlet Witch
Albo w MCU nie umieją pisać postaci kobiecych, albo to ja mam z nimi problem. W sumie to sam do końca nie wiem, dlaczego nie lubię tej postaci, jakoś tak całokształt mi nie pasuje. Jestem w stanie zrozumieć jej tragizm, w końcu jego część mamy bardzo wyraźnie pokazaną, czyli śmierć brata – Quicksilvera. Na pewno mam problem z jej mocami, z jednej strony jest przedstawiona jako jedna z najpotężniejszych postaci po stronie tych dobrych, wyraźnie mamy powiedziane, że jest jedyną postacią przebywającą na ziemi, zdolną zniszczyć kamień dusz, a z drugiej daje sobą pomiatać w trakcie walk. Wątek miłosny też jest byle jaki. Jej romans z Visionem jest chyba tylko po to aby pokazać, że posiadacz kamienia dusz jest czymś więcej niż tylko robotem zbudowanym przez Starka i Banera.

T'Challa - Black Panther
W końcu jakaś postać męska na tej liście. Nie jestem do końca pewien czy po prostu nie lubię tej postaci, czy tylko jej solowego filmu. W Civil War niby się pojawił, ale tylko biegał gdzieś tam w tle. W najnowszej części Avengres miał trochę większą rolę, ale dalej sprowadzała się ona do udostępnienia swojego królestwa i kilku scen walki. Wiec jaki mam problem  z tą postacią? Jest kalką Simby z "Króla Lwa". I dlaczego jest to problem? Zapyta ktoś. W końcu Król Lew to przepiękna opowieść i jedna z najlepszych bajek wszech czasów i osoba, która to powie będzie miała rację, ale Black Panther nie jest bajką tylko filmem i to co można zaakceptować w bajce dla dzieci w filmie suberbohaterskim niekoniecznie.

Trzymajcie się, D. i M. 

poniedziałek, 4 czerwca 2018

3 anime mające szanse na nagrody

Hello!
Przyszedł czerwiec, słonko świeci,
Studenci mają sesję, D nie umie rymować.


Jako że już połowa roku, a ja, czyli D., mam po maturze nadmiar czasu wolnego i marnuję go na gry i anime, tak podjąłem się napisania kilku tekstów na bloga M.
O czym będą? To dobre pytanie.
Ten będzie o anime, a konkretnie o kilku tytułach, które wywołały mniejszy lub większy szum w pierwszej połowie 2018r. Nie będą to recenzje, raczej ogólne omówienie i moje przemyślenia na ich temat.


Boku no Hero Academia 3
O tym anime już przynajmniej raz wspominałem (https://mira-bell.blogspot.com/2018/04/boku-no-hero-academia-kono-subarashii.html) a raczej o jego poprzednich dwóch sezonach, ale od kwietnia bieżącego roku wychodzi kolejny sezon i... no właśnie co dostajemy?
W sumie to dostajemy dokładnie to, za co kochamy poprzednie sezony, prostą historię od zera do bohatera opakowaną w akcję i przygodę. Tym razem jednak mam wrażenie, że twórcy skupili się bardziej na złoczyńcach, dostajemy też więcej akcji a sama historia staję się odrobinę mroczna. Ale to w sumie dobrze. W tym roku przewiduje nominację do Crunchyroll Anime Awards w kategoriach:
Anime of the Year, Best Action (tu znowu może wygrać ), Best Animation, Hero of the Year (byłoby ciekawie gdyby Deku wygrał 3 razy z rzędu), Best Boy, Best Girl.
Przypomina tylko, że większość kategorii w Crunchyroll Anime Awards 2017 należało właśnie do My Hero Academia.



Devilman: Crybaby 

M napisała już kilka słów na temat tego anime (https://mira-bell.blogspot.com/2018/02/pora-na-dobranoc-bo-juz-ksiezyc-swieci.html) i z tego, co można wyczytać jej się nie podobało. No, ale ja mam na ten temat trochę inne zdanie, internet też. I mam wrażenie że nasza różnica zdań wynika z tego jak to anime oglądaliśmy. Nie bez powodu cała seria została wypuszczona na Netflixie na raz, to był celowy zabieg, aby ludzie oglądali całość jednym ciągiem, w końcu to tylko 10 odcinków po 20 min, czyli trochę ponad 3,5 godziny. Trzeba też pamiętać, że nie jest to tylko mordobicie, a seria ma dość głębokie przesłanie, ale trzeba trochę się wczuć aby je zobaczyć. No i najlepsze na koniec, czyli muzyka w tym anime. Jest po prostu piękna, a remaster openingu pierwszego Devilmana z 1972 roku to chyba najlepszy przykład (https://www.youtube.com/watch?v=diuexInkshA). Być może w tym roku dostanie nominację do Crunchyroll Anime Awards w kategoriach:
Best Action, Best Boy, Best Girl, Villain of the Year.
Wątpię że wygra ale nominacje może dostać. No chyba że seria z Netflixa nie zostanie wzięta pod uwagę do nagród Crunchyrolla.


Nanatsu no Taizai: Imashime no Fukkatsu 

Czyli długo wyczekiwany drugi sezon Nanatsu no Taizai. Jeśli komuś przypadł do gustu pierwszy sezon, to drugi go nie zawiedzie, dalej mamy tu wszystkie postacie, które mieliśmy wcześniej, przygodę, akcje, humor, prosiaka i ratowanie świata. Ten sezon daje więcej czasu reszcie członków zakonu 7 grzechów, ale nie zaniedbuje postaci Meliodasa, a wręcz przeciwnie w końcu dowiadujemy się trochę o jego przeszłości. Dochodzi też trochę nowych postaci dobrych oraz tych niekoniecznie. Jeśli chodzi o stronę techniczną widać różnicę, oczywiście na plus, w końcu pierwszy sezon wychodził w roku 2014. Animacje są trochę efektywniejsze, a walki bardziej widowiskowe dzięki temu. Brakuje mi jednak trochę elementu komediowego, oczywiście dalej jest, ale nie tak dużo jak poprzednio.
Nominacje jakie przewiduję to: Anime of the Year, Best Action, Best Animation, Hero of the Year, Villain of the Year, Best Opening, Best Ending, Best Boy, Best Girl.
Tak to anime może stanowić poważna konkurencję dla Boku no Hero Academia jeśli chodzi o nagrody.

Na dziś to tyle, trzymajcie się D. & M.

piątek, 1 czerwca 2018

Kocham Instagram #10 - maj 2018

Hello!
Dzień Dziecka! Albo pierwszy dzień miesiąca sesji i miesiąc obrony.
Powyższe stwierdzenia to idealne zobrazowanie tego, co często ma miejsce w mojej głowie, to znaczy konfrontacje pomiędzy pozytywnym i negatywnym podejściem do zdarzeń. Ale w ten długi weekend mam zamiar cieszyć się tym, że jestem w domu. I nie mogę się doczekać niedzieli, ale to jeszcze niespodzianka, co się stanie. 



A ponieważ maj się skończył to podsumowanie Instagramu! 
1. To jeszcze zdjęcie z Frankfurtu, które znalazłam, przeglądając ostatnio foldery. 
2. To także zdjęcie z zajęć fotografii, tym razem zrobione, gdzieś przed biblioteką UG. Żałuję, że te zajęcia skończyły się już dwa tygodnie temu, bo były świetną okazją do takich przypadkowych ujęć. 
3. Oczywiście i zawsze największym hitem są zdjęcia, na których są książki. A im więcej tym lepiej. Tu fragmenty moich przygotowań do egzaminu z pozytywizmu.
4. I więcej książek. 26 pojechałam do Rumi, bo odbywał się tam jakiś taki mini ComicCon, a że zawsze chciałam mieć jakiś gadżet z Czarodziejką z Księżyca, to zdecydowałam się na zakładkę do książki. 
Poza tym a'props dnia dziecka, dziewczyny, od których to kupiłam zdecydowanie myślały, że mam jakieś 12-13 lat, ale ja nie wyprowadzałam ich z błędu. Chociaż miałam ochotę. 
5. Herbata, na którą się czaiłam już 3 rok, i gdy w końcu wszystkie pozostałe mi się skończyły, ją kupiłam. Jest bardzo różana. 
6. Warsztaty skrybowania i lekcja muzealna w Pelplinie. Polecam wycieczkę, o swojej nawet tu pisałam. 
7. Kocham dźwigi są takie fotogeniczne, a na ten układ trafiłam, idąc któregoś dnia na zajęcia o 8. 
8. Kremiki, które dostałam od pani dermatolog do wypróbowała. Dobrze, że są małe, bo z tej 7 nie szczypały mnie tylko 2.
9. Widoki Gdańska także sprawdzają się na Instagramie  całkiem dobrze.   

Dzisiaj tak dość lakonicznie, jak na to, co czasami mi w tych podpisach wychodzi. Ale to dlatego, iż prawie zapomniałam, że ten wpis ma się dziś pojawić. Bo jestem w domu i się bardzo tym faktem cieszę. 

Trzymajcie się, M