wtorek, 16 kwietnia 2024

Szekspir w dramach 4

 Hello!

Jak to się jeszcze okaże 23 kwietnia, w tym roku z przykładami do szekspirowych wpisów było krucho. Co prawda akurat za Szekspirem w dramach bym nie płakała, a dramy rozszerzyłam o te produkowane w Tajlandii już 2 czy 3 lata temu, ale ogólnie to nie jest rok, w którym Szekspir odgrywał jakąś ważną rolę w serialach (albo powinnam ich więcej oglądać...).

Yumi's Cells

Mój ulubiony tegoroczny przykład pochodzi z dramy Yumi's Cells! Oto komórka pisarska Yumi - jej ukryty, ale później zadbany talent. Gdy miłość okazuje się zawodna, pisarz w Yumi zaczyna dowodzić wszystkimi komórkami i przejmuje kontrolę nad karierą Yumi.

Be My Favourite

Nie pamiętam, czy Szekspir miał jakieś większe znaczenie w tej dramie poza tym, że bohaterowie omawiali jego działa na zajęciach, ale bardzo podoba mi się ten kadr z plakatem Hamleta oraz portretem Szekspira tuż za głową bohatera.

Shadow


Shadow okazała się rozczarowującą mystery/thriller/horror dramą z Tajlandii. Zapowiadało się ciekawie - a szkolna produkcja Hamleta miała zajmować ważny punkt fabularny, ale ostatecznie drama zawiodła wszystkich zainteresowanych. Warto jednak odnotować, że wystawianie sztuk Szekspira na szkolnych przedstawieniach to jeden z najczęściej powtarzających się motywów - i z jednej strony wydaje się to oczywiste, bo to dramaty, ale z drugiej - wbrew pozorom i temu jak bardzo się to powtarza - oglądając dramy i anime, można się dowiedzieć, że dzieła Szekspira, nie są aż tak rozpoznawalne.

Last Twilight oraz See You in My 19th Live

Jak pisałam wiele razy, jestem szczerze przekonana, że każde patrzenie na kogoś przez akwarium to wariacja na temat sceny z filmu Romeo i Julia Baza Luhrmanna z 1997 roku.


Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Pozdrawiam, M

piątek, 12 kwietnia 2024

Ostetecznie nieprzystępna - Układ(a)ne

 Hello!

Zabierałam się za czytanie Układ(a)nych od prawie trzech lat... i mam wrażenie, że to odkładanie sięgnięcia po tę książkę miało mnie uchronić przed jej czytaniem. Niestety tytuł dużo bardziej mi się nie podobał, niż podobał (chociaż tak naprawdę to nie wywołał we mnie żadnych bardziej skrajnych emocji...) i dzisiaj postaram się opisać, dlaczego tak wyszło. 

Układ(a)ne

Tytuł: Układ(a)ne
Autorka: Aoko Matsuda
Tłumaczenie: Agata Bice
Wydawnictwo: Tajfuny

Korporacyjne mrówki w wielkim biurowcu zdradzają swoje największe sekrety. Zaglądamy przez okna, ale postacie nakładają się na siebie, żeby chwilę później się rozwarstwić. Kto tu jest kim? Śledzimy dziewczynę, która wkrótce bierze ślub, słuchamy protestujących kobiet w parku, przyglądamy się bohaterce, która zakopuje przedmioty w ogrodzie. Bohaterowie Układ(a)nych nie mają imion. Każdy może być każdym albo kimś zupełnie innym. To labirynt, który przypomina poukładane na sobie kolejne warstwy, a w nich kolejne opowieści.
Układ(a)ne to słodko-gorzkie spojrzenie na współczesny świat, w którym wszyscy jesteśmy do siebie podobni. Aoko Matsuda przedstawia dylematy kobiet w społeczeństwie, absurdy życia korporacyjnego, presji i zobowiązań; pisze o miłości i mniejszościach, kobietach i mężczyznach, zawsze w niespodziewany i humorystyczny sposób. Bawi się formą i strukturą: bohaterowie zmieniają kształty i postać, proza zamienia się w dramat, a poważne tematy nabierają lekkości. Literacki majstersztyk pełen zabaw słownych i rytmu, który sprawia, że teksty wwiercają się w nas i zostają tam na długo.

(blurb; uwaga opis na przykład na stronie wydawnictwa nieco się różni - jest bardziej rozbudowany)

Książka ma siedem rozdziałów (choć tak naprawdę pięć części). Najdłuższy - i jednocześnie najsłabszy - jest rozdział pierwszy - tytułowy. Niestety jego jakoś oraz ogólny odbiór rozdziału nie nastawia pozytywnie do reszty lektury, która jest zdecydowanie lepsza i dużo ciekawsza niż część tytułowa. Większość moich uwag dotyczących tej książki odnosi się właśnie bezpośrednio do Układ(a)nych. Jednocześnie ten rozdział budził we mnie ambiwalencję: z jednej strony wydawało mi się, że rozumiem niektóre decyzje autorki dotyczące sposobu narracji, z drugiej - miałam wrażenie, że rzuca czytelnikowi niepotrzebne kłody pod nogi; z jednej - pewne zabiegi literackie wydają się podkreślać temat, z drugiej - sprawiają, że trudno cokolwiek zapamiętać o opowiadanej historii czy bohaterach. I tak z wieloma kolejnymi aspektami lektury - ostatecznie jednak skłaniam się ku stwierdzeniu, że to lektura nieprzystępna w odbiorze, co jeszcze postaram się wytłumaczyć.

Fakt, że bohaterowie (w całej książce, ale dalej skupiam się głównie na tytułowej części) nie mają imion, nie sprawia, że stają się everymanami, że łatwiej się z nimi utożsamić - zamiast tego sprawia, że trudno jest się połapać. Druga sprawa, że wbrew pozorom autorka nadaje swoim bohaterom dużo charakteru - choć buduje ich na pewnych archetypach, żeby nie napisać stereotypach - a z drugiej każe im wygłaszać bardzo ogólne (znów, aby nie napisać znajdujące się na skraju banalności) i nieszczególne przemyślenia. Niekiedy w literaturze wyłożenie pewnych oczywistości jest odświeżające i sprawia, że na pewne sprawy możne inaczej spojrzeć, ale to nie jest ten przypadek. A do wyrażania nieodkrywczych stwierdzeń nie potrzeba plejady nienazwanych pracowników biurowych, którzy mylą się czytelnikowi... 

Być może to połączenie everymanów z pewnymi ogólnymi spostrzeżeniami oraz pewnym poczuciem niejasności ma na celu podkreślenie nadrzędnego - a wypowiedzianego wprost - tematu tej książki, którym najwyraźniej jest poczucie niemożliwości wzajemnego zrozumienia się ludzi, brak możliwości komunikacji pomiędzy nimi oraz poczucie dezorientacji w społeczeństwie. Bohaterowie Układ(a)nych niemalże nie wchodzą ze sobą w interakcje (lub wręcz celowo ich unikają), a czytelnik poznaje jedynie ich przemyślenia na temat innych osób i świata - a większości to, że czują się oni niekomfortowo i niedopasowani do świata. Ich próby porozumienia spełzają na niczym. Bohaterowie mają dobre intencje, które są źle odczytywane, tworzą w głowie nieprawdziwe obrazy innych postaci. Książka ta pokazuje, że każdy człowiek zna tylko jedną perspektywę - swoją.

Doczytałam tę książkę do końca - jak wspominałam, pozostałe cztery części są ciekawsze niż pierwsza na każdym poziomie - ale ani nie sprawiła mi ona szczególnej literackiej przyjemności, ani nie była jakimś wyzwaniem intelektualnym. Wydawało mi się, że będzie ciekawsza pod względem formalnym, ale poza pojedynczymi wstawkami oraz rozdziałami „Stek wodoodpornych bzdur”, jest dość monotonna. Chyba opis książki obiecuje więcej niż treść Układ(a)nych rzeczywiście zawiera.

Trudno mi też zgodzić się z częścią opisu wydawnictwa: „Literacki majstersztyk pełen zabaw słownych i rytmu, który sprawia, że teksty wwiercają się w nas i zostają tam na długo”. Być może japoński oryginał jest w tym względzie ciekawszy, natomiast nie udało mi się tego odnaleźć w tłumaczeniu (może poza rozdziałami „Stek wodoodpornych bzdur”, które - jak mi się wydaje - zawierają także cały potencjał humoru tej książki, bo w innych częściach nieszczególnie go dostrzegłam). Za to widziałam „Winda zjeżdżała w dół” przynajmniej dwa razy, a jest to usterka, na którą zwraca się uwagę początkującym redaktorom (czy można zjeżdżać w górę?), pojawił się akapit, w którym powtórzono być/był 5 razy, zauważyłam też kilka dość zaskakujących, naprawdę drobnych, ale jednak, usterek w składzie. Nie wyczułam także szczególnego rytmu tekst. Napisanie, że książka była nudna to nadmierna niesprawiedliwość, ale na pewno nie zapadnie mi w pamięć.

Nie mogę pozbyć się uczucia, że pierwszy rozdział wyświadcza Układ(a)nym niedźwiedzią przysługę i gdyby na przykład rozpocząć ten zbiór pierwszą częścią „Steku wodoodpornych bzdur” całość byłaby nieco ciekawsza w odbiorze. A niestety tytułowe opowiadanie nie nastraja dobrze do reszty książki. Która jest naprawdę, naprawdę warta uwagi i napiszę to raz jeszcze - jakość pozostałych tekstów jest o poziom wyżej niż tytułowego. 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Pozdrawiam, M

poniedziałek, 8 kwietnia 2024

Szekspir w k-popie 6

 Hello!

Mamy kwiecień, a to oznacza tylko jedno - miesiąc Szekspira! Zaczynamy od barda w k-popie.


AleXa - Juliet

Zazwyczaj zbieram sobie te piosenki cały rok i siadam do pisania tak dwa tygodnie przed planowaną datą publikacji, ale ta piosenka nie dawała mi spokoju. Otóż AleXa śpiewa (ku mojej radości cała piosenka jest po angielsku): "We were Romeo and Juliet if Romeo was never in love". Jedną z coraz powszechniej promowanych interpretacji dramatu jest dosłownie ta: Romeo nie był zakochany, tylko postanowił zabawić się z młodszą kuzynką swojej wcześniejszej "miłości", Romeo był playboyem, a całe Romeo i Julia od początku miało być mocno niekomfortowe dla odbiorców, a nie odbierane jako superromantyczna historia. I zdecydowanie uważam, że powinno to dotrzeć do większej liczby osób, aby na przykład nie powstawały słowa jak w...

NMIXX - Roller Coaster

"Rabbit and Alice, Alice
Romeo and Juliet, Juliet
Beast and Beauty, Beauty"

Pomijając, że nie mam pojęcia, co te wszystkie pary mają mieć ze sobą wspólnego, jestem w stanie zrozumieć, co robi Alicja i Królik w tej piosence, trochę mniej co Piękna i Bestia, ale co do całego utworu ma Romeo i Julia?! Absolutnie nic. 

A wiecie, jak nazywa się minialbum, z którego pochodzi ten przedpremierowy singiel? A Midsummer NMIXX Dream! Czyli NMIXX-owy letni sen! Nie chciałam zakładać, że ma to wiele wspólnego z Szekspirowskim Snem nocy letniej, ale to Romeo i Julia w Roller Coaster dała mi trochę nadziei. 


Info potwierdzone, comeback NMIXX miał coś wspólnego ze Snem nowy letniej!
 

NCT DREAM - Broken Melodies

Wiecie za to, kto naprawdę i bez wątpienia promował się Snem nocy letniej? NCT Dream! A dokładnie zapowiadali nim przedpremierową piosenkę Broken Melodies

Trzy przykłady Szekspira na przestrzeni nawet niecałego miesiąca? Takie rzeczy się prawie nie zdarzają! W sumie cztery...

BOYNEXTDOOR - But I Like You

Ponadto - ponieważ wierzę, że scenę z patrzeniem na siebie przez akwarium wymyślił Baz Luhrmann w filmie Romeo i Julia z roku 1996 - mamy ją w teledysku do piosenki But I Like You BOYNEXTDOOR.

Miłość od pierwszego wejrzenia! Oraz miniaturka tego teledysku na YouTube!

Podobna scena - z całą randką w akwarium - jest w teledysku do piosenki Blooming Just For You (NuNew, Paul Kim).

NMIXX i NCT DREAM nie są jedynymi grupami, które postanowiły w podobnym (letnim... kto by się spodziewał) klimacie wykorzystać hasło "A Midsummer Night's Dream" w promowaniu swoich nowych wydań, bo używa go także grupa The Wind, ALE oto powód, dlaczego wcześniej dosyć często je ignorowałam, jeśli nawet gdzieś je widziałam - otóż to tylko hasło i w tym przypadku nie wygląda na to, aby miało coś wspólnego z Szekspirem. Aczkolwiek 3 comebacki z podobną inspiracją to zawsze ciekawe. Ponadto ja zawsze kocham naciągać pewne rzeczy - i gdyby ktoś mnie zapytał, to powiedziałabym, że teledysk to ASAP NewJeans był inspirowany Snem nocy letniej.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

czwartek, 4 kwietnia 2024

Zemsta na białym koniu - Perfect Marriage Revenge

Hello!

Motyw zemsty jest stale obecny w kulturze, popkulturze, a w koreańskich dramach stanowi wręcz ich osobny podgatunek. Jednym z ostatnich jego przedstawicieli jest serial Perfect Marriage Revenge

W przeciwieństwie do podobnych tytułów Perfect Marriage Revenge nie jest szczególnie mroczną i morderczą dramą. To dosyć prosta rozrywka, choć trzeba pamiętać, że główna bohaterka jednak się mści i jej celem jest sprawienie - eufemistycznie rzecz ujmując - przykrości swojej rodzinie. Oczywiście rodzina jest taka, że nie wzbudza szczególnego współczucia, a wręcz kibicujemy głównej bohaterce, aby narobiła im jak najwięcej kłopotów.

Punkt wyjścia dramy jest taki: Han Yi-joo (w tej roli Jung Yoo-min) naiwna, szara myszka, adoptowana córka bogatej rodziny odkrywa, że jej mąż kocha się w jej siostrze, która ma wyjść za potencjalnego dziedzica wielkiej fortuny, ale na razie szefa własnego start-upu Seo Do-guka (Sung Hoon). Na wielkim charytatywnym przyjęciu zostaje wrobiona przez matkę w podrabianie obrazów. Przytłoczona tym wszystkim wsiada do samochodu, ale ulega wypadkowi i cofa się w czasie. Gdy tylko ogarnia, co się stało, postanawia, że w tym życiu wyjdzie za mąż za Seo Do-guka i podokucza swojej rodzince. 

Co jednak ciekawe od początku - nawet w teraźniejszości - widać, że Seo Do-guk wiedział coś wcześniej o naszej głównej bohaterce i widzimy zupełnie niesubtelne sygnały, że musiała ich wcześniej łączyć jakaś przeszłość. Pewnie też dlatego od samego początku bez większych oporów przystaje on na plan Yi-joo i sprawdza się w swojej roli idealnie, a nawet lepiej. Jest rycerzem na białym koniu ratującym księżniczkę. Ogólnie ta drama jest fantastyką nie dlatego, że główna bohaterka podróżuje w czasie, ale prawdziwie niespotykaną i wyciągniętą z bajki rzeczą jest to, jak zachowuje się wobec niej Do-guk. To jest trochę taka drama o zemście, jakby ją robił Disney.

Wraz z kolejnymi odcinkami miałam coraz większe poczucie, że  Perfect Marriage Revenge mniej przypomina typowe k-dramy, a jest bardziej jak telenowela/opera mydlana. Chociaż ładunek emocjonalny nawet bardzo szokujących scen nie jest tak wielki, jak w tego typu seriach. Ta drama jest wciągająca i bawiłam się świetnie, ją oglądając, ale jednocześnie - chyba właśnie z powodu tego trochę bajkowego anturażu - pomimo wielkich rewelacji, skomplikowanych rodzinnych intryg i tajemnic nie rozemocjonowuje widza i nie trzyma go w ciągłym napięciu. Przy czym dla ludzi oglądających ją, gdy wychodziła, te odczucia mogły być nieco inne - ja pochłonęłam ją w 4 dni. Bo niezaprzeczalnie wciąga i łatwo się ogląda. Nie ma w niej nic, co szczególnie obrażałoby inteligencję widza (choć plot twisty są naciągane), główna para aktorów świetnie ze sobą gra, a szczególne wyrazy uznania należą się odgrywającej główną bohaterkę Jung Yoo-min, ale aktorka grająca jej siostrę i aktor wcielający się w jej niedoszłego męża także zasługują na uwagę.

Raczej nie pozostawia niezapomnianego wrażenia, ale do takiego po prostu oglądania jest świetna.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Pozdrawiam, M

sobota, 30 marca 2024

Wielkanocna przylaszczka

 Hello!

Zastanawiałam się, co przygotować na Wielkanoc, a że dawno nic nie wyszywałam – oto urocze kwiatki. Dokładnie przylaszczki, a przynajmniej tak wynikałoby z nazwy wzoru. 

Z tym, jakie to są dokładnie kwiaty, jest taki problem, że zarówno wzór, jak i wyszywanka podglądowa są niebieskie - więc dobierając kolory do mojej pracy, sugerowałam się właśnie tym. Co prawda nazwy kolorów przy schemacie doboru mulin sugerowały, że być może to powinny być raczej odcienie fioletu, ale kto by się tym przejmował, skoro i tak nie miałam zamiaru używać kolorów przywołanych z numerów w schemacie? 

Jak się dowiedziałam, że być może zrobiłam jakiś inny kwiat niż miałam zamiar? Szłam przez miasto i zauważyłam pod krzakiem ładny niebieski kwiatek. Zrobiłam zdjęcie. Gdy wróciłam do domu, postanowiłam wygooglować przylaszczkę - bo wcześniej w ogóle nie widziałam, co to za kwiat, wybrałam go do wyszywania, bo wzór najbardziej mi się spodobał - bo przypuszczałam, że to może być ona i dopiero wtedy dowiedziałam się, że przylaszczki są fioletowe. Przy czym nie jestem pewna, czy nawet gdybym zrobiła ten wzór na fioletowo, przypomniałby przylaszczkę...

 
 

Co do samego procesu wyszywania - wszystkie zielone części wyszywało się łatwo, lekko i przyjemnie. Kwiaty - nieco mniej. Wzór ma 12 kolorów plus biały. I chociaż jest przemyślany pod względem przechodzenia poszczególnych kolorów na płatkach i cieniowania, tak przenoszenie tych kolorów pomiędzy poszczególnymi kwiatami (a mamy ich 6) było odrobinę... upierdliwe (starałam się znaleźć bardziej eleganckie słowo, ale to pasuje bardzo dobrze). Wzór zakłada też te białe linie, które niekoniecznie lubię robić (szczególnie jeśli mają służyć za kontury) i na początku, gdy je zrobiłam, niezbyt mi się ten dodatek podobał, ale teraz mam wrażenie, że kwiaty z nimi wyglądają szlachetniej.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Wesołych Świąt, M

wtorek, 26 marca 2024

Naoglądałam się dokumentów 7

 Hello!

 Dzisiaj relacja z oglądania trzech produkcji dokumentalnych dostępnych na Netflixie!


SPRAWA MATKI MADZI

Liczba odcinków: 4

To ciekawy dokument pokazujący bardziej medialną i taką powiedziałabym popularną stronę tej sprawy niż policyjne śledztwo. Ba, osoba zajmująca się dochodzeniem powiedziała nawet, że w pewnym sensie dzięki temu, że media kierowały uwagę ludzi w Polsce w pewną stronę, specjaliści śledczy mogli lepiej skupić się na swojej pracy. W dokumencie wypowiada się więcej osób z gazet i portali niż z powiedzmy prokuratury i nawet kłócą się oni między sobą o medialne przedstawienie sprawy. Muszę też napisać, że wydawało mi się, że nieźle pamiętałam dalszy rozwój całej tej sytuacji, a okazało się, że były tam rzeczy bardziej skomplikowane i nieco inaczej ułożone chronologicznie, niż mi się wydawało.

Natomiast mam wrażenie, że ten dokument chciał pokazać jeszcze jedną rzecz - to znaczy oddać pewną społeczną atmosferę tamtego czasu i wydaje mi się, że na poziomie emocjonalnym mu się to nie udało. Ta sprawa nie działa się aż tak dawno, doskonale pamiętam koleżanki w gimnazjum, które ją niesamowicie przeżywały, bo tak je to poruszyło - i nie wydaje mi się, aby ten dokument to szczere poruszenie takich postronnych osób pokazywał.

BAD SURGEON

Zły chirurg: Pod ostrzem skalpela

Liczba odcinków: 3

Gdy zaczęłam oglądać ten dokument, nie wiedziałam, że znam tę historię! Myślałam, że to seria o jakimś chirurgu plastycznym, a okazało się, że o wielkim naukowym oszustwie. I właśnie od tej strony słyszałam historię doktora - wielkiego naukowego przekrętu, oszust laboratoryjnych, niewłaściwego procesu związanego z leczeniem eksperymentalnym - w skrócie: od strony akademickiej. Seria podchodzi do sprawy z zupełnie innego punktu - bardzo ludzkiego. Punktem wyjścia oraz w pewnym sensie główną narratorką dokumentu jest amerykańska dziennikarka, która najpierw robiła (a jakże!) materiał dokumentalny o doktorze, a potem prawie została jego żoną. Poznajemy ekstrawagancję i styl życia doktora oraz rozwój ich relacji z jej perspektywy. 

Śledztwa przeprowadzają natomiast zupełnie inni dziennikarze i w tracie dokumentu opowiadają, co udało im się ustalić. Bardzo ważna jest tu sprawa Julii i działalności Macchiariniego w Rosji. Po pierwsze dziennikarzom udaje się dotrzeć do jej matki i okazuje się, że kobieta zmarła (i nie tylko ona -przynajmniej dwójka jego pacjentów zmarła wcześniej, rodzina jego z nich występuje w dokumencie), po drugiej poczynania doktora śledziła ekipa z kamerą i okazało się, że nagrała dużo, dużo więcej niż można by się spodziewać. 

Trzecim filarem opowieści są naukowcy z Instytutu Karolinska, współpracownicy Macchiariniego, którzy w końcu zauważyli, że z jego metodą jest coś nie tak, prześledzili badania oraz rezultaty jego operacji i doszli do jednego słusznego wniosku, że to wielkie oszustwo. Tę część opowieść - że sam instytut początkowo sprawę zignorował, a sygnaliści musieli mierzyć się z konsekwencjami - jak wspominałam, znałam już wcześniej. I wciąż była dla mnie dużo ciekawsza niż opowieść o życiu osobistym Macchiariniego chociaż doskonale rozumiem, dlaczego film podzielono na te trzy filary. I nie bez powodu ma podtytuł Love Under the Knife. Ale jednak fakt, że taka instytucja naukowa jak Karolinska chciała zamieść pod dywan tak wielką sprawę, przez którą umierali pacjenci jest i nasłała na swoich pracowników jest trochę przerażające. Gdzie podziała się naukowa odpowiedzialność?

The Program: Cons, Cults, and Kidnapping

Ciemne strony amerykańskich obozów wychowawczych dla młodzieży

Liczba odcinków: 3

O rygorystycznych amerykańskich szkołach specjalnych zrobiło się głośno chyba jakoś w zeszłym roku, gdy celebryci (szczególnie pamiętam Paris Hilton, ale wydaje mi się, że było ich więcej) zaczęli opisywać, że rodzice ich do nich wysyłali, oraz straszliwe warunki w nich panujące. Potem temat przycichł, a teraz na Netflixie pojawił się dokument na ten temat.

Reżyserka Katherine Kubler, która została wysłana (a w zasadzie porwana) do takiej szkoły (choć określenie szkoła to pewne uproszczenie, ułatwiające pisanie i być może zrozumienie koncepcji, bo o edukacji nie było tam raczej mowy), wraz z kilkoma innymi byłymi członkami i członkiniami programu wracają do opuszczonej Akademii Ivy Ridge i między innymi eksplorując budynek i spotykając się (czy raczej podejmując próby spotkań) z byłymi pracownikami, próbują poukładać sobie to, co spotkało ich w przeszłości, przedstawiając widzom swoje historie oraz sposób funkcjonowania programów dla trudnej młodzieży.

The Program: Cons, Cults, and Kidnapping to ciekawy, poruszający, aczkolwiek przerażający dokument – jak dorośli ludzie, a szczególnie bezpośrednio rodzice, mogli być tak ślepi i robić to swoim dzieciom (cóż przerzucenie odpowiedzialności jest w sumie dość łatwe) oraz jak upokorzenie, przemoc, pranie mózgu miało komukolwiek w czymkolwiek pomóc. Nie wiem.  

Jednak formalnie to nie jest typ produkcji dokumentalnej, który szczególnie lubię. Wolę dokumenty o temacie niż bezpośrednio o ludziach. Lepiej ogląda mi się rzeczy, gdy jest jakiś bufor bezpieczeństwa (w postaci większej liczby ekspertów, tego że bohaterowie to siedzące głowy - bez elementu bycia w samym budynku). Co ciekawe - dużo lepiej zaczęło mi się oglądać tę produkcję, gdy włączyłam polskiego lektora. Ten serial to jednak jest jakieś publiczne rozprawianie się z traumą i rozumiem, że osoby w nim występujące tego potrzebowały, ale żałuję, że tak niewiele było w nim elementów opisujących cały system, pomysł na te szkoły itp. Jest trochę o tym ostatni odcinek, który uświadomił mi też jedną rzecz - a dokładnie sama reżyserka o tym mówi, że jest detektywem-amatorem (a nie dziennikarką) i próbuje poukładać sobie w głowie to, co jej się przydarzyło - cały ten dokument ma trochę taki półamatorski vibe.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M


 

sobota, 23 marca 2024

Rozproszenie - Idee, które zmieniły świat

 Hello!

Zabierałam się za przeczytanie tej książki od czasu, gdy mój brat ją dostał. Robiłam co najmniej trzy podejścia i poddawałam się po kilku stronach. Ale w końcu postanowiłam się przełamać i ją dokończyć. Czy było warto? Nieszczególnie...

Tytuł: Idee, które zmieniły świat. Od Einsteina i Godla po Turinga i Dawkinsa
Autor: Jim Holt
Tłumaczenie: Tomasz Lanczewski
Wydawnictwo: Copernicus Center Press

Gdyby nie to, że ta książka stoi w domu na półce, to zapewne nie miałabym presji na jej czytanie i tym większej na dokańczanie. Ale stoi i irytuje mnie swoją obecnością - bo Idee, które zmieniły świat to książka popularnonaukowa, która w założeniu ma wszelkie cechy lektury, która na pierwszy rzut oka powinna mi się podobać - a niestety w dużej części zupełnie nie jest dla mnie. 

Pierwsza czerwona lampka to zapowiedź humoru. Z doświadczenia wiem, że jeśli ktoś informuje, że opisze coś z poczuciem humoru, to nie będzie to poczucie humoru dla mnie. I szybko okazało się, że ja i autor wyraźnie nie nadajemy na tych samych falach, a jego humor wydał mi się toporny, a wręcz momentami obrażający inteligencję czytelnika. Co jest podwójnie ciekawe, biorąc pod uwagę, że autor zakłada, że zrozumie on naukowe idea prezentowane w książce, a humor, którym jest raczony, bywa czasami... prymitywny. Niepotrzebnie prześmiewczy. 

Wiąże się to poniekąd z moim drugim wielkim problemem z narracją tej książki - mianowicie nadmiarem określeń oceniających, które niczego nie wnoszą, nie uzupełniają prezentowanego obrazu, a jeśli coś pokazują, to chyba poglądy samego autora. Nie można być pewnym, czy Jim Holt próbuje nakreślić atmosferę epoki i przekazać myśli opisywanych postaci i powtarza to, co gdzieś przeczytał, czy tę ocenną warstwę dodaje sam. 

Trzeci duży problem to brak przypisów bibliograficznych (a i inne można policzyć na palcach jednej ręki) oraz całkowity brak bibliografii. Jest dział "Polecane lektury", ale to nie pozwala sprawdzić poprawności cytatów oraz ogólnie dowiedzieć się o źródłach, z których czerpał autor. 

Czwarta rzecz, związana z tym, że teksty (eseiki) powstawały na przestrzeni wielu lat, jest ich w książce liczącej 470 stron 24 (plus wstępy itd.) i podzielone są na 9 części - Idee, które zmieniły świat to książka niesamowicie nierówna. I to zarówno pomiędzy poszczególnym tekstami, jak i wewnątrz nich. 

W pewnej części teksty to bardziej minibiografie (i to są prawdopodobnie najsłabsze części książki) niż opisy idei. Z jednej strony rozumiem, dlaczego o pewnych ideach trudno pisać w oderwaniu od ich twórców, ale z drugiej według mnie autorowi zupełnie nie idzie przedstawianie wątków - że tak to ujmę - obyczajowych. Być może nie powinnam być zaskoczona tą biograficznością - Idee mają cztery nazwiska naukowców w podtytule. (Sprawdziłam też tytuł oryginału - When Einstein Walked With Gödel: Excursions to the Edge of Thought - i mam wrażenie, że polski sprzedaje nieco inną książkę niż angielski).

Ta książka naprawdę jest ciekawa i wciągająca, i w miarę prosto napisana tam, gdzie skupia się na tym, na czym powinna, czyli ideach. Chyba że akurat autor postanowi pisać tak, że nie do końca wiadomo, co chce osiągnąć/przekazać w danym rozdziale lub zapomni (?) podać ważnej definicji lub wyjaśnienia opisywanego zagadnienia. Przy czym muszę napisać, że te bardziej biograficzne rozdziały, jeśli autor naprawdę skupi się na takim po prostu chronologicznym przedstawieniu życia i kariery danego naukowca, także czyta się dobrze. Najsłabsze miejsca tej książki to te, gdzie autor nadmiernie udziwnia i ocenia to, co opisuje. W skrócie - im mniej w narracji ujawnia się autor, a im bardziej coś referuje, tym jest lepsza.

Na marginesie wydało mi się ciekawe, jak można poznać, że te eseje moją dobrych kilka lat (zebrany oryginał opublikowano w 2018, a w Polsce w 2020 roku) - autor momentami odwołuje się do teorii strun, która w piśmiennictwie popularnonaukowym przestała być modna, a i wydaje się, że fizycy poodchodzili zajmować się innymi koncepcjami, bo niewiele się o niej słyszy.

Podsumowując, niektóre rozdziały są ciekawe, ale za bardzo ujawnia się w nich humor autora, w innych proporcja biografia-idea jest zaburzona, jeszcze inne po przeczytaniu okazują się trochę o niczym. Przy czym można się z tej książki naprawdę dowiedzieć wielu nowych i ciekawych rzeczy. I kilka rozdziałów jest naprawdę interesujących i wciągających. Ale nie jestem przekonana, czy dla tych kilku warto zapoznawać się z całą książką.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

wtorek, 19 marca 2024

Barbie & Oppenheimer

Hello!

To nie będą recenzje, bo nie sądzę, że można powiedzieć o tych filmach jeszcze coś, co z analitycznego punktu widzenia nie zostało już o nich powiedziane. To raczej konfrontacja moich oczekiwań i tego, co mi się wydawało o tych filmach z tym, co zobaczyłam.  
Zastanawiałam się nawet, czy w ogóle o nich pisać, ale pamiętałam czyjś komentarz, że jest ciekawy, co o nich myślę – więc oto bardzo proszę moje spojrzenie na te filmy. 

Plakaty filmów Oppenheimer i Barbie - pierwszy na tle wybuchu, drugi na błękitnym

Barbie

Muszę zacząć od tego, że nigdy przenigdy jako dziecku (ani później) nie przyszło mi do głowy pomyślenie, że Barbie jest ucieleśnieniem tego, jak powinna wyglądać prawdziwa kobieta ani – tym bardziej – że ja kiedykolwiek miałabym wyglądać jak ona. Barbie zawsze była dla mnie nieprawdziwa i nie przysporzyła mi kompleksów. Może to dlatego, że Barbie była bardziej postacią z filmów animowanych – gdy przypadał mój czas bawienia się lalkami, to Barbie kojarzyła mi się głównie z Jeziorem Łabędzim i Dziadkiem do Orzechów (miałam nawet Barbie Klarę z tego filmu!). Piszę to, aby mój punk widzenia był jasny. Nie neguję innego postrzegania Barbie, ale jest mi ono obce. Dlatego na przykład początkowe okrucieństwo zbuntowanej Sashy względem Barbie wydało mi się niepotrzebne i trochę grubymi nićmi szyte, choć wiem, co za nim stało. Ale to nie moja rola, aby zastanawiać się i komentować kulturowe znaczenie Barbie w USA; z ciekawością natomiast pozastanawiałabym się, czy można je w prosty sposób przełożyć na Polskę (a w niektórych tekstach o tym filmie zauważyłam zestawianie tego 1 do 1 i nie wydało mi się to do końca uprawnione). 

Zdecydowanie bardziej realistyczna była postać Glorii (matki Sashy, granej przez Amerikę Ferrerę) – ale to jest zupełnie nieodkrywcze spostrzeżenie. Dalej – sądziłam, że panowie szefowie z Mattela odegrają w filmie znacznie poważniejszą rolę, a oni chcieli „tylko” schować Barbie do pudełka, aby pasowała do ram, które jej wyznaczyli. Powinni być poważni, wyszli pokraczni – ale widać marka uznała, że lepiej tak niż inaczej. Ostatecznie wręcz wypadli nieco patetycznie.

Tym, co mnie chyba najbardziej zaskoczyło, było to, że świat rzeczywisty w tym filmie ma o wiele mniejsze znaczenie niż mi się wydawało, że będzie miał. To znaczy jego wpływ na świat Barbie był większy i bardziej dosłowny niż wpływ Barbie na nasz świat, ale w Los Angeles spędzamy o wiele mniej czasu antenowego, niż sądzimy. Zasadniczo Barbie musi uratować najpierw siebie, potem swój świat, aby na koniec ewoluować i odebrać lekcję prawdziwego życia.

Byłam także zaskoczona jak proste było przejście ze świata Barbie do prawdziwego świata i jak było to przedstawione jako oczywiste rozwiązanie problemu. Sądziłam, że będzie to nieco bardziej skomplikowane, ale prawdziwą komplikacją życia Barbie było to, że Ken odkrył patriarchat. I to dopiero było zaskoczenie – w zasadzie najważniejszy punkt tego filmu. To być może kontrowersyjna opinia, ale w sumie rozumiem, dlaczego Ryan Gosling dostał aktorską nominację do Oskara (oraz piosenka I'm Just Ken ma swój osobny fandom), a Margot Robbie nie. Margot miała do odegrania ewolucję, natomiast Ryan - rewolucję.  

Czy film mi się podobał? Tak. Czy rozumiem, dlaczego wywołał tyle dyskusji? Tak. Czy obejrzałabym go ponownie? Zdecydowanie.

Oppenheimer

Wiem, że ten film ma tytuł Oppenheimer, a nie bomba jądrowa, ale to jak mało jest w nim fizyki i jak prosto jest przedstawiona („To niemożliwe!”, „Jak niemożliwe, jak właśnie to powtórzyli w laboratorium obok”) było dla mnie dość zaskakujące.  

Zdecydowałam się, aby w końcu obejrzeć ten film, bo dzień wcześniej naczytałam się o zapłonie atmosfery – i okazuje się, że ta obawa była naprawdę bardzo duża w tamtym czasie. Aż Oppenheimer pojechał konsultować się z Einsteinem. I wydaje się, że do pewnego momentu to właśnie wizja zniszczenia całego świata góruje nad wizją tego, że budowana jest bomba z przeznaczeniem do zrzucenia na bardzo konkretne miejsce. Scena już po próbie atomowej, gdy zabierają dwie bomby, które wiemy przecież, gdzie wylądują - jest ta poruszająco nijaka. Jakby

Na marginesie, poza naprawdę rozpoznawalnymi naukowcami albo takimi, którzy grani byli przez mniej rozpoznawalnych aktorów – gdy po filmie rozmawialiśmy o różnych postaciach, to nazwiskami aktorów, którzy ich grali. Oznacza to dwie rzeczy – w tym filmie występuje plejada gwiazd, ale jednocześnie nie robi on najlepszej roboty, aby jasno przedstawić postacie.  

Nie ukrywam, że przez ostatnie 20 minut filmu trochę cierpiałam i przysypiałam. Zupełnie brakowało mi kontekstu politycznego, aby zrozumieć całe to przesłuchanie przed Kongresem. Poza tym momentami skakanie po chronologii jest niezwykle męczące.

To nie bomba jądrowa a amerykańska obsesja dotycząca komunistów sprawia, że ten film jest tak długi. Ogólnie nie spodziewałam się, że aby obejrzeć film o twórcy bomby jądrowej, powinnam tyle wiedzieć o ruchach lewicowych / komunistycznych początku XX wieku, bo to o powiązania z nimi rozbija się pierwsze przesłuchanie (o to, czy Oppenheimer wciąż będzie miał dostęp do tajnych dokumentów). I film poświęca straszliwie (niemiłosiernie) dużo czasu, aby pokazać te rzekome powiązania.  

Zasadniczo nie przeszkadzają mi tak zwane przegadane filmy (bardzo lubię Social Network), ale tutaj osnucie fabuły wokół dwóch przesłuchań trochę przerosło moje zdolności skupienia uwagi. W najbliższym czasie na pewno nie obejrzę tego filmu ponownie, ale moi bracia, którzy byli na nim w kinie, wytrwali na powtórnym seansie, więc na pewno się da.

Oprócz Social Network Oppenheimer bardzo kojarzy się z Grą tajemnic – ten sam czas, przełomowe odkrycie, aż w końcu zaszczucie genialnego naukowca irracjonalnymi strachami i prawem bez logicznych podstaw. Chociaż w Oppenheimerze w zasadzie nie czuć (i zupełnie nie widać), że na świecie trwa wojna, bo jesteśmy na środku pustyni w USA. Albo śledzimy to, co działo się już po wojnie. Momentami ta – w zasadzie szeroko rozumiana – amerykanocentryczność tego filmu jest wręcz klaustrofobiczna.

Zaskoczyło mnie też to, gdzie ten film jest subtelny, a gdzie zupełnie nie i wali dosłownością w głowę widza jak toporem. Nie będę się rozpisywać, ale są w tym filmie sceny, których nie rozumiem i wolałabym o nich zapomnieć. Ale też brakowało mi bardziej dosadnych scen odnoszących się do skutków użycia bomby jądrowej.

Nie jestem pewna, czy film jako całość zasługuje na wszystkie nagrody, które zdobywa, ale jestem pewna, że Cillian Murphy zasługuje na jeszcze co najmniej 10 worków nagród!

  

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

piątek, 15 marca 2024

Powoli i do przodu - Kameliowy Sklep Papierniczy

 Hello!

Wstyd się przyznać, ale od początku roku to moja dopiero druga wyprawa do biblioteki i pierwsza do miejskiej – ale po zmianie systemu bibliotecznego musiałam iść i wymienić kartę. Ale że przy tej procedurze wypadałoby także coś wypożyczyć, a akurat na wierzchu była książka z wydawnictwa Tajfuny, której jeszcze nie czytałam, nie zastanawiałam się długo i wzięłam Kameliowy Sklep Papierniczy.

 

Tytuł: Kameliowy Sklep Papierniczy
Autorka: Ito Ogawa
Tłumaczenie: Alicja Kaniecka
Wydawnictwo: Tajfuny

 Hatoko, pieszczotliwie zwana Poppo, dziedziczy sklep papierniczy położony w nadmorskiej Kamakurze. A wraz ze sklepem – nietypowy fach, który jej rodzina uprawia od pokoleń. Ród Amemiya od zamierzchłych czasów zajmuje się bowiem pisaniem listów na zlecenie.
Wkrótce na ganku Kameliowego Sklepu Papierniczego pojawi się plejada intrygujących postaci, a każda z nietypowym zleceniem: list miłosny, list zrywający kontakty, kartka z nieba… Nie jest łatwo napisać idealny list, a jeszcze trudniej zrobić to w czyimś imieniu. Początkowo niechętna swojej nowej pracy Poppo zaczyna z coraz większą czułością myśleć o kaligrafii i o znaczeniach, jakie może nieść odpowiednio dobrany papier czy atrament.
Czas w Kamakurze płynie niespiesznie, wyznaczany rytmem pór roku, świąt, niezobowiązujących spotkań i odwiedzin. Kameliowy sklep papierniczy zachęca, by zwolnić i nabrać dystansu, cieszyć się drobnymi przyjemnościami codzienności i zadbać o bliższe i dalsze relacje.

(opis wydawnictwa)

Kameliowy Sklep Papierniczy to kolejna japońska książka, w której mogłam zaobserwować pewien szczególny typ zachowania bohaterów. I nie wiem, czy to po prostu przypadek, czy jednak właściwość jakiejś części literatury z tego kraju. Otóż nasza główna bohaterka - a mamy w książce narrację pierwoszoosobową - robi tak niesamowicie wiele założeń na temat postaci, które spotyka. I czasami są to założenia słuszne, a czasami czytelnik zastanawia się, na podstawie jakich zachowań tychże postaci Poppo wyciąga tak daleko idące wnioski dotyczące ich charakteru, gdyż z perspektywy czytelnika ma to niewielkie albo nie ma żadnych podstaw. Ponadto z jednej strony Poppo wydaje się ułożoną postacią, ale z drugiej niekiedy jej reakcje na wydarzenia są zupełnie nieproporcjonalne (albo co jeszcze bardziej zadziwiające - w ogóle ich nie ma). Zastanawiałam się, czy to nie ograniczona perspektywa sprawia, że czytelnik nie otrzymuje wystarczającego kontekstu, aby uzasadnić niektóre interakcje. Nieco podobnie rzecz się ma z przekazywaniem emocji bohaterów – przy czym tutaj problem stanowi fakt, że książka jest nieco jednotonowa - bez różnicy czy bohaterka jest zła, zmęczona czy zgaduje, że ktoś chciałby się rozpłakać. Wszystko opisane jest na jednej nucie. 

Chciałabym też naprostować jedno ze zdań z opisu wydawnictwa: „Początkowo niechętna swojej nowej pracy Poppo zaczyna z coraz większą czułością myśleć o kaligrafii i o znaczeniach, jakie może nieść odpowiednio dobrany papier czy atrament” – bo to nie do końca tak. Gdy czytelnik poznaje Poppo jest ona jak najbardziej pogodzona ze spadkiem w postaci sklepu i tym, że będzie pisała listy. Spodziewałam się, że Kameliowy Sklep Papierniczy opowie o drodze Poppo do akceptacji jej dziedzictwa, ale to zupełnie nie tak. O jej przeszłości dowiadujemy się, że była surowo wychowywana przez babcię, o której nie mówi inaczej niż mistrzyni, gdyż ta uczyła ją kaligrafii i zarządzała całym jej życiem, aż do okresu buntu w liceum, a później Poppo pokłócona z mistrzynią była za granicą i wraca dopiero po jej śmierci (oraz śmierci jej siostry), by zająć się sklepem, ale nie dowiadujemy się o żadnych szczególnie żarliwych emocjach, jakie budzą w Poppo te wydarzenia. Ba dowiadujemy się, że nie płakała na wieść o śmieci mistrzyni, ale nie samym podejściu do odziedziczenia sklepu.

Bohaterka ma pewne wyrzuty sumienia i wstydzi się swojego buntu, ale po tym, co przeczytaliśmy o traktowaniu wnuczki przez babcię trudno nie dojść do wniosku, że Poppo mogła nie być zachwycona swoim ascetycznym wychowaniem. Ponadto Poppo wyszkolona przez babcię od razu dość dobrze wie, na jakim papierze i w jaki sposób powinna pisać – przychodzi mi do głowy, że jest ona ogólnie dość stoicka. Większym problem Poppo jest to, że bywa naiwna i powiela zaskakujące stereotypy, choć przychodzi się jej z nimi skonfrontować („brzydkie pismo oznacza zły charakter”).

Co jeszcze wydało mi się ciekawe to różnice w postrzeganiu tego, co jest formalne, nieformalne, oficjalne, urzędnicze czy familiarne w listach przygotowywanych przez naszą bohaterkę. Mi w większości wydawały się ogromnym owijaniem w bawełnę, trochę taką kreatywną księgowością (niby wiemy, że Poppo dokładnie rozmawia ze swoimi klientami, gdy przyjmuje ich zlecenie, ale skąd ona brała niektóre informacje pojawiające się potem w listach, nie mam pojęcia, z perspektywy czytelnika mogła je tylko wymyślić), ale były także takie, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie (list do matki jednego z klientów, list kończący przyjaźń). W książce są te listy, dlatego możemy zobaczyć, jak bardzo różniły się między sobą i jak Poppo udawało się tworzyć różne charaktery pisma i sposoby stawiania znaków. To także pozwala dostrzec, jak bardzo długość japońskich listów w większości nie przystaje do długości treści zapisanej w języku polskim.  

Kameliowy Sklep Papierniczy za to naprawdę błyszczy we wszystkich opisach różnych szczegółów: czy będą one dotyczyły sztuki pisania listów, od kaligrafii do doboru znaczków, materiałów piśmienniczych, a nawet znaczenia kolorów, czy wspomnień o świątyniach w mieście i opisów niektórych tradycji (i mm tu zarówno na myśli święta, jak i to że bohaterka przyjmowała swoich zleceniodawców różnymi herbatami), czy wreszcie jedzenia. 

Kameliowy Sklep Papierniczy wygląda na książkę dłuższą niż jest w rzeczywistości - chociaż może to wina mojego widać, że wiele razy już czytanego egzemplarza z biblioteki - a ma tylko 240 stron. Czyta się ją także zaskakująco szybko - pod warunkiem, że gdzieś na początku ta historia nie zacznie nas nudzić. Czytało mi się tę książkę naprawdę dobrze, pochłonęłam ją w sumie w dwa wieczory, i mnie nie nudziła, ale widzę i rozumiem, czemu kogoś mogłaby szybko znużyć. 

A teraz kącik intertekstualny! Choć tak naprawdę bardziej skojarzeniowy. Po pierwsze Kameliowy Sklep Papierniczy bywa zestawiany z Ukochanym równaniem profesora - ta druga książka mnie bardzo rozczarowała, ale w Kameliowym... jest to coś więcej, którego tak bardzo brakowało mi w Równaniu. W temacie listów w kategorii literatura japońska mamy także Cuda za rogiem, które ogromnie lubię, ale to jednak chociaż podobny, to jednak inny typ książki - aczkolwiek jednocześnie widzę tu dużo większą bliskość niż w przypadku Równania. I ostatnie skojarzenie, które nie wierzę, że zajęło mi aż 40 stron czytania – anime Violet Evergarden. Jego główna bohaterka - straumatyzowa żołnierka - uczy się jak być ghostwriterką listów i podróżuje do swoich zleceniodawców. Ze wszystkich wymienionych tytułów Sklepowi najbliżej właśnie do tego anime.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

poniedziałek, 11 marca 2024

Gdyby mógł, byłby cukiernikiem - Bracia Sun

 Hello!

Odkąd zauważyłam pojawienie się The Brothers Sun na Netflixie chciałam obejrzeć ten serial, ale zabrałam się za to dopiero... gdy przeczytałam, że nie dostanie drugiego sezonu. 

Po tym, gdy postrzelony zostaje ojciec i szef ważnego gangu na Tajwanie, Charles - najstarszy syn i śmiercionośna broń, który wolałby być cukiernikiem (jak mi się to kojarzy z opisem langusty, która gdyby mogła, jadłaby dżem z filmu Asterix i Obelix: Misja Kleopatra) przylatuje do Los Angeles, gdzie mieszka jego matka oraz niczego nieświadomy młodszy brat Bruce (studiuje medycynę, ale pieniądze na czesne wydał na lekcje improwizacji) - następuje chaos. Bruce musi odnaleźć się w nowym świecie, a Charles dowiedzieć, kto zagraża istnieniu gangów.

I tak jak mi się ten serial podobał, tak nie dziwię się, że nie został przedłużony - choć wyraźnie miał potencjał na kolejny sezon. Największym problemem Braci Sun jest niesamowita wręcz nierównomierność rozłożenia akcji. Do tego stopnia, że można by z ośmioodcinkowego serialu wyciąć dwa epizody, które niezwykle się ciągnęły i prawie nie byłoby różnicy. Praktycznie cały czas, który bohaterowie spędzają w willi nad morzem, można było rozegrać dużo przytulniej i mniej efekciarsko, aby lepiej pokazać, że postaci budują więzi i poczuwają się do bycia rodziną. A z drugiej strony - są sceny niezwykle trzymające w napięciu, gdy nie jest się pewnym, w jaką stronę może potoczyć się akcja. 

Drugim problemem tego serialu jest to, że nie do końca wiadomo, o czym on miał być. A raczej o kim i na którym wątku powinien skupić się najbardziej. Z tytułu wynikałoby, że o braciach, ale prawda jest taka, że najważniejszą postacią jest w nim ich matka. I to wokół niej wszystko się kręci - nie bez powodu do tej roli zatrudniono Michelle Yeoh. I gdyby nie to, to prawdopodobnie też nie zdecydowałabym się na oglądanie, bo niestety nie kojarzyłam nikogo z pozostałych aktorów. I być może, że gdyby twórcy serialu jeszcze bardziej postawili na jej postać, skupili się na jej umiejętnościach radzenia sobie i bycia dwa kroki przed wszystkimi - prawdziwą szyją kręcącą głową - byłby to lepszy serial. Ale niestety nieco się to rozmywa pomiędzy wątkami braci a tajemniczej organizacji polującej na triady.

I trzecia rzecz - serial jest przewidywalny, a do tego czasami obraża inteligencję widza (naprawdę nie trzeba robić przebitki z bardzo charakterystyczną postacią, aby widzowie zorientowali się, że to ta sama osoba!). Jak wspominałam - potrafi trzymać w napięciu, ale wiele rzeczy jest w nim dosyć oczywistych. Może dlatego, że to komedia akcji i w sumie nie powinnam być zaskoczona.

Z założenia powinniśmy też być po stronie naszych głównych bohaterów - a jak by nie było to rodzina mafijna. Nawet jeśli Bruce dowiaduje się o tym razem z widzami i nie chce mieć z tym wszystkim nic wspólnego - to wciąż jego rodzina. I nie byłoby problemem mu kibicować i kibicować jego matce, żeby została szefową wszystkich szefów. Problemem jest to, że organizacja, która walczy z triadami za motto przyjęła sobie wyplenienie zła - i chociaż zasadniczo nie widzimy nielegalnego biznesu na ekranie (ale widzimy Charlesa, który morduje ludzi) prowadzonego przez naszych bohaterów - to trudno napisać, że ich założenia są złe. Jasne są oni przedstawiani widzom jako młodzi, naiwni i niebędący w stanie nic zmienić, a walka z gangsterami jest raczej dobra niż zła i w zasadzie poza tym, że ponieważ oglądamy świat zasadniczo z perspektywy Bruce'a a organizacja bezpośrednio zagraża jego matce, to powinniśmy im kibicować w walce z mafią. 

Widzimy za mało świata poza mafią, aby nam na nim zależało, ale niestety prawda jest taka, że wobec naszych głównych bohaterów też trudno wzbudzić w sobie jakieś większe emocje. I prawdę napisawszy - nie wiem dlaczego. Zazwyczaj opowieści o rodzeństwie bardzo mnie poruszają, a tutaj aż do ostatniego odcinka - który jest kulminacją wszystkich emocji całego serialu i  jest dość łamiący serce - moje emocjonalne zaangażowanie w oglądanie było na dość niskim poziomie. Przy czym jak pisałam - ten serial mi się podobał i oprócz kilku ciągnących się wątków naprawdę znakomicie się go oglądało. 

Co można zaliczyć do plusów? 1. Walki robią wrażenie i są brutalne, wbijanie noży w szyję te tematy, jeśli ktoś nie za bardzo może oglądać krew, to radziłabym ominąć ten serial, a przynajmniej te sceny. 2. Jest ładny, a kilka scen jest nakręconych w naprawdę ciekawy i kreatywny sposób. Ponadto w ścieżce dźwiękowej wykorzystano bardzo wiele różnych - chociaż głównie chińskich - piosenek. 3. Gdy już przeżyje się zażenowanie z drugiej ręki w pierwszych odcinkach, można odkryć, że Bruce to naprawdę ciekawa postać. 4. W zasadzie wszystkie postacie są ciekawe i wszystkie jak jeden mąż potrzebują lat świetlnych terapii - dlatego nie opisuję ich dróg i szczegółów psychologicznych, trzeba je poznać samemu i zobaczyć, co przechodzą na ekranie. Przeprowadzenie psychoanalizy zajęłoby zbyt dużo miejsca, a jak wspominałam - relacje pomiędzy bohaterami są tu najważniejsze. (Przy czym jednocześnie zupełnie zawalono wątek June i jej przynależności). A drugim niesamowicie ważnym tematem tego serialu jest możliwość samodzielnego decydowania o swoim życiu i podejmowania dotyczących go decyzji. I jak się okazuje albo jest to zwyczajna ułuda i ktoś tylko sobie wmawia, że podejmuje decyzje, albo posłuchanie kogoś to naprawdę najlepsze wyjście, albo decyzje są naprawdę podejmowane za niego i nie ma się na nie żadnego wpływu. Bycie sobą to najtrudniejsza decyzja, którą można podjąć. I w ogóle co to oznacza być sobą?

Bracia Sun to jeden z tych wytworów kultury, który po prostu się podoba, ale bez rozważania. Lepiej się za dużo nie zastanawiać, bo do niemalże każdego pozytywu, który się dostrzega w tej produkcji, można znaleźć argument przeciw. I jak nie lubię tego określenia, tak chyba najprościej napisać, że to fajny serial. 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

czwartek, 7 marca 2024

Nie tylko w kinie i teatrze 34

 Hello!

Na początek ogłoszenia: od wielu, wielu lat publikowałam na blogu w soboty i środy, ale od długiego czasu chciałam to zmienić i w końcu się za to zabrałam - teraz wpisy będą co czwarty dzień. Podjęłam też decyzję, że jeśli wpis będzie bardzo długi - to następny pojawi się dopiero za tydzień. Od zawsze starałam się publikować wymienne dłuższe i krótsze, lżejsze wpisy (i zawsze było mi nieco szkoda postów środowych, bo wisiały na początku bloga krócej niż sobotnie), ale ostatnio większość tekstów robi mi się coraz dłuższa.  

Ostatnio koreański rynek teledysków obdarzył nas kilkoma wyjątkowymi klipami z koreańskimi aktorami i aktorami i w duchu tworzenia trochę lżejszych wpisów - oto one.

DAESUNG - Falling Slowly
Aktorzy: Kim Seon-ho, Park Sun-woo
Aktorka: Mun Ka-young

Wyglądałam za tym teledyskiem od momentu zapowiedzi, że wystąpią w nim znani aktorzy - i nie zawiodłam się! To on zainspirował mnie, aby w końcu przygotować kolejną część Nie tylko w kinie i teatrze. 

Klip jest bardzo, bardzo filmowy, na dodatek retro i z tajemnicą - mogłaby być z tego cała drama i z ogromną ciekawością bym ją obejrzała.

IU - Shh...
Aktorka: Tang Wei

Ale ten wpis nie powstałby tak szybko, gdyby nie fakt, że IU zaprosiła do współpracy w teledysku do jednej za swoich piosenek z ostatniego minialbumu Tang Wei. W pewnym sensie klimat tego i poprzedniego teledysku jest podobny, ale klip IU jest o wiele bardziej tajemniczy i wciągający. 

Lee Hi - Alley i My Beloved
Aktorki: Yoo Sun i Hong Suzu
Aktor: Choi Hyun-wook

Czy rozpłakałam się, gdy ponownie oglądałam teledysk do Alley? Tak, oczywiście. Tak jak lubię głos Lee Hi, tak uważam, że mogłaby przystopować ze smutnymi teledyskami. Ten do piosenki Alley został wypuszczony pierwszy; Yoo Sun gra w nim straszą wersję Hong Suzu - którą wraz z Choi Hyun-wookiem widzimy w teledysku w retrospekcjach. Które - jak się okazało - stanowią teledysk do kolejnej piosenki - zatytułowanej tym razem My Beloved. Słuchajcie i oglądajcie na własną odpowiedzialność - ja kiedyś rozpłakałam się w miejscu publicznym, oglądając jakiś klip Lee Hi.

Lee Hi - Only
Aktorka: Won Jin-ah
Aktor: Lee Jae-hoon


W zasadzie to pozostaniemy wśród klipów Lee Hi, bo widzę, że nie miałam jeszcze okazji wspomnieć o jej dużo wcześniejszej piosence - Only. W pewnym sensie utwory opisywane wyżej kontynuują linię tematyczną, którą widzimy w Only. Chociaż Only opowiada pełną i zasadniczo szczęśliwą historię. Lee Jae-hoo ma na swoim koncie 6 teledysków, natomiast dla Won Jin-ah to pierwszy i jedyny udział w tego typu projekcie. 

Heize - 입술
Aktor: Lee Jin-wook

Heize ma szczęście do aktorów w teledyskach - w jednej z poprzednich części tych wpisów wspominałam o klipie do piosenki HAPPEN i tym, że występował w nim Song Joong-ki. Te klipy są trochę do siebie podobne - o znaczy są w pewien sposób bardzo geometryczne i symetryczne, choć opisywany dziś teledysk w dużo gładszy sposób. Niestety nie znam się na pracy kamery na tyle, aby jakoś zgrabniej to opisać. A zdecydowanie ona oraz sama historia pokazana w klipie nieco przyćmiewa popisy aktorskie.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

niedziela, 3 marca 2024

Co zrobi człowiek, by utrzymać się na szczcie, gdy już wjechał na niego windą? - Yellowface

 Hello!

Sięgnęłam po Yellowface, bo książka miała dotyczyć branży wydawniczej i zbierała entuzjastyczne recenzje - pytanie czy słusznie. 

Tytuł: Yellowface
Autorka: Rebecca F. Kuang
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Wydawnictwo: Fabryka Słów

June Hayward, młoda autorka, która nie odniosła sukcesu, staje się jedynym świadkiem śmierci koleżanki i przypadkowej przyjaciółki, Atheny Liu, chińsko-amerykańskiej autorki, ulubienicy branży. Postanawia odgrywać najlepszą przyjaciółkę Atheny i zaczyna przepisywać jej rękopis, który ukradła z jej mieszkania – powieść o chińskich robotnikach podczas pierwszej wojny światowej. W miarę postępu prac June zaczyna czuć się właścicielką powieści i postanawia opublikować ją jako swoje oryginalne dzieło. (przetłumaczony opis fabuły z Wikipedii)

Nie zrozummy się źle - książka mi się podobała i świetnie się bawiłam. Ale ma ona niejako trzy - a nawet cztery - warstwy i wobec każdej kolejnej mam nieco więcej zarzutów. Zacznę od pierwszej - rozrywkowej. Nie wiem, czy to dlatego że wiedziałam, czego się spodziewać, ale mnie główna bohaterka nie frustrowała, nie miałam ochoty na nią krzyczeć, aby nie robiła rzeczy, które robiła - uznałam po prostu, że napisana jest do odegrania konkretnej roli w tej konkretnej książce i jako postać postanowiłam w pewnym sensie przyjąć ją z dobrodziejstwem inwentarza i zobaczyć dokąd poprowadzi ją autorka. 

A poprowadziła ją niejako w dwie strony - narracja jest pierwszoosobowa, więc cały czas siedzimy w głowie Junie i obserwujemy jej proces myślowy (o ile jakiś tam zachodzi), ale niekiedy autorka postanawia jej ustami przekazać pewne - nazwijmy to - prawdy i refleksje o świecie i branży wydawniczej. I wtedy narracja pierwszoosobowa siada, bo June jako wykreowana bohaterka ma za wąskie horyzonty myślowe, aby te uwagi były ważne. Albo po prostu jest w stanie je wygłosić, a potem zapomnieć i nie wykorzystywać w swoim życiu. Mam wrażenie, że mamy tu rozdźwięk pomiędzy możliwościami intelektualnymi bohaterki a tym, na czego zawarciu w książce zależało autorce. 

Yellowface jest ciekawą, wciągającą, rozrywkową książką, ale nie przesadzajmy z tym, że nie da się od niej oderwać. Bez problemu można znaleźć w fabule miejsca, gdzie czytanie można spokojnie odłożyć na później. Oczywiście chce się wiedzieć, co będzie dalej, ale jednocześnie June to nie jest bohaterka, którą się lubi, więc czy czytelnika ma obchodzić, co się z nią stanie. Jednak nie to jest problemem - problemem jest to, że im dalej w książkę, tym bardziej widać, jej szkielet, strukturę i zaplanowanie. Gdzieś tam po drodze jest o jedną-dwie sceny za dużo, jakaś konfrontacja jest zupełnie niepotrzebna i tempo narracji, zamiast rosnąć i prowadzić nas do punktu kulminacyjnego się pod koniec potyka. Jest jeszcze jedna ciekawa kwestia - ta książka obejmuje czasowo więcej niż dwa lata (bohaterka mówi o dwóch, ale z innych sugestii tekstu wynika, że musiało minąć więcej czasu; plus mamy też retrospekcje), ale całość ma nieco ponad 400 stron i ten upływ czasu nie jest najlepiej zarysowany. I czasami trudno określić dystans pomiędzy poszczególnymi scenami.

Rzeczą, która najbardziej podobała mi się w Yellowface i zdecydowanie dostarczyła mi najwięcej rozrywki podczas czytania, był fakt, że autorka i ja jesteśmy z tego samego rocznika i widać to w kulturowych i popkulturowych nawiązaniach, które wykorzystuje w książce. Może nie jest to szczególnie unikatowe, ale mam wrażenie, że popkultura w ostatnich latach zmienia się tak szybko, że osoby już kilka lat starsze lub kilka lat młodsze mogą nie zrozumieć mojej radości i entuzjazmu związanego z pojawieniem się pewnych tytułów czy nazw w tekście. Na pewno było to dodatkowym walorem w rozrywkowym zakresie Yellowface.

Czy Yellowface jest satyrą na branżę wydawniczą? Nie wiem. To znaczy - autorka wydaje w Stanach Zjednoczonych. Problemy, które zajmują amerykańską branżę wydawniczą, niekoniecznie są tymi dotyczącymi polskiej. Na przykład June ma agenta literackiego - z tego co wiem, to nie jest pozycja popularna w Polsce. Albo kwestia miękkich i twardych okładek - w niektórych krajach książki domyślnie wydaje się najpierw tylko (albo prawie tylko) w twardych (tak!) oprawach. Ale nie tylko to - także obraz społeczeństwa, który przewija się w tle jest bardzo amerykański - amerykańscy ultraprawicowcy, a bohaterka deklaruje, że głosowała na Bidena. Ale co najważniejsze - kwestia tego jak w USA podchodzi się do kwestii kolory skóry, imigracji, a dalej oddawania głosu mniejszości i spraw związanych z przywłaszczeniem kulturowym (i tym jak postrzegane jest ono przez społeczeństwo internetowe). I w tym aspekcie i tego, jak biali autorzy w Ameryce osiągają zyski i sławę z powiedzmy szeroko rozumianej kradzieży trudno się wypowiadać i oceniać ten aspekt książki - w tym wypadku perspektywa i pojęcie o temacie bardzo zależy od geografii, a ja nie będę udawała, że wiem, z czym może mierzyć się autorka chińskiego pochodzenia wydająca książki w Ameryce. (Ale z innej strony wśród książek, którymi jestem najbardziej zainteresowana - na polskim rynku jest mnóstwo tytułów o krajach Azji pisanych przez Polaków, Anglików i Amerykanów, a jak sądzicie, ile jest reportaży czy szerzej literatury niefikcjonalnej tłumaczonej z koreańskiego czy japońskiego? Niewiele. Trochę lepiej jest z tekstami o Chinach, ale to często nie są teksty, które mogłyby się ukazać w ChRLD).

Bo to ma być najważniejszy temat tej książki - ale moim zdaniem nie jest. Yellowface to zdecydowanie bardziej studium psychologiczne June niż obraz szerokorozumianego rasizmu (i branży wydawniczej) - co się jednak nie wyklucza, bo June w jednym miejscu dostrzega, czym jest rasizm, a w drugim zachowuje się dokładnie odwrotnie niż powinna, a potem okazuje się, że może to tylko zwykła zazdrość, niezrozumienie, a w ogóle to retrospekcja... Chodzi tu raczej o to, że w Yellowface nieco brakuje szerszej perspektywy, bo jako czytelnicy zostajemy zamknięci w głowie June.

Zastanawiam się też nad jeszcze jedną rzeczą - czy każdy czytelnik będzie w stanie rozpoznać, które akapity są wyraźnie poważne i odautorskie, a które pokazują jednak tylko i wyłącznie punkt widzenia głównej bohaterki. Bo może być to trudne. Sama niekiedy nie byłam pewna, czy autorka przesadza, specjalnie próbuje pokazać tylko jeden punkt widzenia czy po prostu pisze to, co wszyscy wiedzą, tylko o tym nie mówią. Ale z drugiej strony, czy na pewno Yellowface prezentuje perspektywę kogoś z wewnątrz branży wydawniczej, a nie jedynie to, co się ludziom wydaje.

Zerknęłam do kilku recenzji i powtarzającą się krytyką tej książki jest to, że jest zbyt dosłowna i brakuje jej niuansów - i trudno się z tym nie zgodzić, bo chcąc napisać o Yellowface coś więcej, łapałam się na tym, czy nie będę próbowała się doszukać czegoś, czego w tej książce nie ma. A nadinterpretacja nikomu nie służy.  

Gdzie Yellowface naprawdę błyszczy to elementy związane z samym pisaniem. Podejściem do procesu kreacji oraz przelewania słów na papier/ekran. Nasza główna bohaterka na skradzionym rękopisie wykonuje ogromną pracę redakcyjną, a nawet więcej. Jako czytelnicy nie wiemy, ile na dobrą sprawę ostatecznie tekstu jest June, a ile Atheny i nie możemy wierzyć żadnym zapewnieniom June, która z czasem czuje się coraz ważniejszą autorką ukradzionego rękopisu. Sama zastanawiałam się, czy „Ostatni front”, aby na pewno miał przypisy (wiemy, że June robiła research i dawała sobie jakoś radę, odpowiadając na pytania o historię). Można się też zastawiać, czy June w ogóle ma talent, czy jest bohaterką niewyobrażającą sobie życia bez pisania, ale w zasadzie będącą grafomanką. I gdy już znalazła się na szczycie to jest zbyt zachłanna i za bardzo weszła w tryby, by móc zejść ze sceny. (Zerknijcie na tytuł recenzji, byłam z siebie bardzo dumna, gdy na niego wpadłam).

W kontekście relacji autorzy-wydawnictwa-media społecznościowe można w pewnym sensie napisać, że Yellowface „przewidziało” całkiem niedawną inbę w amerykańskiej branży wydawniczej, gdy autorka przed debiutem wystawiała jednogwiazdkowe opinie innym, znajomym autorkom, a potem wymyśliła koleżankę, która rzekomo miała to robić, ale socialmediowe FBI szybko wytknęło jej działalność. Na dodatek kobieta była biała, a pozostałe autorki miały różnorodne pochodzenie. Jej książka nie ujrzy światła dziennego (a miała ukazać się także w wersji specjalnej). Nie będę opisywała, jak działają media społecznościowe w książce, bo socialmedia... socialmediują, a w formie i sposobie, w jaki występują w książce - wszystko jest opisane bardzo prosto.

Czy polecam Yellowface? Tak, bez dwóch zdań. Ale jednocześnie uważałabym na nadmierne rozentuzjazmowanie i stawianie przed tą książką poważnych oczekiwań.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M


środa, 28 lutego 2024

Moje ulubione literówki #1

 Hello!

Aż trudno mi uwierzyć, że dopiero teraz na blogu pojawia się taki post, bo z literówkami pracuję od 5-6 lat, a zapewne spotykałam je w książkach już dużo, dużo wcześniej. Ale nie wszystkie literówki zasługują na uwagę - tylko te najciekawsze! Czyli w dużej mierze te, które zmieniają jedno słowo w drugie i przekształcają cały sens zdania.

W większość będą to literówki, które spotkałam i poprawiłam w tekstach, przy których pracowałam, ale jest także kilka z książek, które czytałam oraz artykułów z internetu.

mieszańcy i mieszanki ZAMIAST mieszkańcy i mieszkanki

To była chyba druga korekta książki, a jej autor lub autorka (już nie pamiętam) był/a bardzo oddany idei pisania za każdym razem dwóch form. I nie wiem, ile razy poprawiałam mieszanki na mieszkanki, ale na pewno kilka.

zeskrobać sympatię ZAMIAST zaskarbić

Niestety nie pamiętam, skąd pochodzi ta literówka, ale zeskrobywanie sympatii brzmi jak coś dokładnie odwrotnego od zaskarbiania.

katoliki ZAMIAST kartoniki 

Czytałam spokojnie jakiś tekst w internecie - pamiętam, że raczej z tych dłuższych i poważniejszych - aż nie wpadłam na katolików. Pomylenie ich z kartonikami to trochę więcej niż literówka, ale chyba nawet lepiej pokazuje, jak niektóre słowa są zaskakująco do siebie podobne i nawet byśmy o tym nie pomyśleli, dopóki nie zostaną ze sobą zestawione lub pomylone. 

księżniczka Margaryna ZAMIAST Małgorzata

powozom ZAMIAST pozorom  

To są tylko dwa przykłady i oba pochodzą z książki Widomopis Davida Mitchella wydanej przez Mag, którą czytałam gdzieś w roku 2021. Całe to wydanie jest pełne literówek i usterek tekstu, ale nie można nie docenić księżniczki Margaryny oraz wynalezienia nowego i nawet akuratnego powiedzenia: "Nie dajcie się zwieść powozom!".

internatu ZAMIAST internetu 

Chyba kontekst, w którym spotkałam się z tą literówką, musiał sprawić, że zapisałam ją sobie w poście, ale w sumie to bardzo prosta pomyłka.

uiścić ZAMIAST umieścić 

To znów trochę więcej niż literówka, bo choć słowa nawet podobne to jednak dość dalekie. Tym bardziej, że uiścić używa się raczej w bardzo konkretnych kontekstach, więc wstawienie go zamiast umieścić to powiedziałabym nawet pewien wysiłek intelektualny. Ale czasami tak jest, że poszukując prostszego czy lepiej pasującego słowa, wpadamy tylko na trudne, podobne, ale raczej niesynonimiczne i za nic nie możemy sobie przypomnieć odpowiedniego wyrazu. Więc wstawiamy to, co przychodzi nam do głowy w nadziei, że później to poprawimy... albo poprawi to za nas redaktor.   

przypisy ZAMIAST przepisy

Przyznaję się, bo to jest bardzo prosta i bardzo częsta literówka i mi także zdarza się ją popełniać. Nie powiedziałabym, że regularnie, ale wystarczająco często, że zwracam dużą uwagę, gdy piszę jedno lub drugie słowo. Gdybym miała zgadywać, to pomylenie przypisów i przepisów jest ogólnie jedną z najczęstszych literówek, które mogą występować. 

zaparcie / zaparcia / zapierający ZAMIAST zawarcie / zawarcia / zawierający

Chodziło o umowy. Na przykład zaparcie umowy. I tak niestety występowało to w różnych odmianach.

udomowił ZAMIAST zadomowił

Niby podobne, ale znaczenie jednak inne i nie są to synonimy. 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

 

niedziela, 25 lutego 2024

Prawdziwymi potworami są ludzie - Gyeongseong Creature

 Hello!

Co jakiś czas nachodzi mnie ochota na ponowne obejrzenie Mr.Sunshine, która szybko mi przechodzi, gdy przypominam sobie, jak trudnym emocjonalnie doświadczeniem jest jej oglądanie (a w zasadzie kończenie). Ale na pomoc w pewnym sensie przyszło mi Gyeongseong Creature - chronologicznie dzieje się po drugiej wojnie światowej (Mr.Sunshine na początku XX wieku), ale klimatem trochę Mr.Sunshine przypomina - może dlatego, że prawdopodobnie były kręcone w tym samym miejscu. Czy tematycznie i jakościowo to skojarzenie jest właściwe - raczej nie, bo zgodnie z tytułem Gyeongseong Creature dotyczy potwora. 

Ale może zacznijmy od początku - to znaczy ta drama jest oznaczona jako horror. I zaczyna się od bardzo obrazowych scen sprzątania po obiekcie, gdzie Japończycy przeprowadzali eksperymenty na ludziach (ten wątek jest bardzo ważny, trwa dalej i w zasadzie wokół niego osnuta jest cała fabuła). Twórcy pokazują rozstrzelanie, w serialu jest mnóstwo krwi... i przypominam eksperymenty na ludziach, a drama ma potwora w tytule. Słowem bywa paskudna. Często. Powiedziałabym, że nie jest dla ludzi o słabych żołądkach.

Fabuła skupia się wokół dwóch postaci i szpitala: Jang Tae-sang (Park Seo-joon) jest najlepiej poinformowaną osobą w Gyeongseong, bogatym właścicielem fantastycznie prosperującego lombardu. Jego ścieżki przecinają się z Yoon Chae-ok - która od dziesięciu lat poszukuje swojej matki, a także profesjonalnie zajmuje się poszukiwaniem zaginionych osób - gdy dostaje zadanie nie do odrzucenia, które może przekreślić całe jego dotychczasowe życie: odnaleźć kochankę szefa japońskiej policji w Gyeongseong. Śledztwo prowadzi naszych bohaterów do szpitala, a tam - eksperymenty na ludziach oraz potwór.

Co najciekawsze w tym wszystkim - biorąc pod uwagę, że to horror połączony z poszukiwaniem zaginionych osób - główny bohater materialista i egoista zapadł na najgorszy przypadek miłości od pierwszego wejrzenia, jaki widziałam, i jest to źródłem kilku naprawdę zabawnych scen. Trochę dlatego, że to równocześnie motyw od wrogów (to może odrobinę za dużo powiedziane, ale na początku nasi bohaterowie zdecydowanie się nie lubią) do kochanków. Ale Chae-ok uczy też Tae-sanga empatii. Widziałam, że ludzie z dużym dystansem podchodzą do wątku romansowego i nawet twierdzą, że nie był w tej dramie potrzebny / był wciśnięty na siłę. Ja nie miałam takiego odczucia, wręcz całkiem ciekawie było oglądać to bardzo oczywiste zakochanie od pierwszego wejrzenia. Bo wydawać by się mogło, że postać kreowana tak jak Tae-sang, nie powinna mu się tak łatwo poddać i tak szybko zmienić swoje zachowanie, tylko po to, aby zaimponować Chae-ok. A dzieje się to błyskawicznie i nieco mimowolnie - w jednej scenie Tae-sang mówi, że czegoś nie zrobi, w następnej widzimy, jak to robi.

Co też ciekawe, można napisać, że Tae-sang dzięki Chae-ok stał się bardziej szlachetny - także w odniesieniu do patriotyzmu, co wcześniej zdecydowanie nie spędzało mu snu z powiek, a jego przyjaciel prawdziwy patriota (aczkolwiek bogaty po tatusiu), gdy został poddany próbie, niestety nie okazał się tak honorowy. Co zaś się tyczy całego wątku polityczno-patriotycznego - jego aspekt ogólny (walka o niepodległość Korei skupiająca się w postaci Kwon Jun-taeka) w zestawieniu z wątkiem romansowym zdecydowanie bardziej wydawał mi się do serialu doklejony. Natomiast w aspekcie bezpośredniej walki z japońskimi bohaterami, rywalizacji z nimi, utrudniania im życia, walki z tym, co działo się w szpitalu oraz całej głębszej intrygi skrywającej się za wydawałoby się nieistotnym zaginięciem kochanki i tego, w jakim kierunku podążył ten wątek - było ciekawe. A nawet momentami zaskakujące.

W odniesieniu do postaci drugoplanowych warto wspomnieć, że kilka z nich - szczególnie tych z otoczenia Tae-sanga, Pani Nawol, Gu Gap-pyeong oraz Beom-o (tworzący w zasadzie jego rodzinę), ale w sumie także on sam obrazują trochę motyw pod tytułem „tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono”. Nie jest on bardzo pogłębiony, ale jedna z ważniejszych i poruszających scen w ostatnim odcinku go dotyczy.

Jak wspominałam drama bywa paskudna i ma potwora w tytule - przygotujcie się jednak na rozczarowanie, jeśli chcielibyście się dowiedzieć, o co dokładnie z tymi potworami chodzi. A w sumie na dobrą sprawę z jednym potworem. Ważniejszy od sensu potwora jest japoński naukowiec - który wykreowany jest trochę jak bardzo poważna i wymagająca poważnego traktowania wersja naukowca kochającego kaiju z Pacific Rim. A poważni szaleni naukowcy naprawdę nie cofną się przed niczym. Poza tym nie ma nic odkrywczego w stwierdzeniu, że - oczywiście - prawdziwymi potworami są ludzie. I że są oni zdolni do wszystkiego - od czynów pozbawionych moralności, po rzeczy wykonywane z najniższych pobudek, po zachowania - dobre i złe - których zupełnie się po sobie nie spodziewaliśmy, do czynów szlachetnych i poświęcenia. 

Gdy oglądałam Gyeongseong Creature nie miałam poczucia, że fabuła - ciąg zdarzeń zbudowany na zasadzie przyczynowo-skutkowej - tej dramy jest szczególnie skomplikowana, ale gdy chcę o niej napisać zauważam, że działania podejmowane przez naszych bohaterów były wieloetapowe, angażujące po drodze postacie z trzeciego planu i trudno w łatwy sposób ubrać ją w słowa. I to nawet pomimo tego, że większość czasu drama toczy się albo w szpitalu, albo w lombardzie oraz kilku "gościnnych" lokalizacjach.

Piszę o tym serialu i piszę i mam wrażenie, że nic nie napisałam. I to nie dlatego, że drama mi się nie podobała. Podobała i naprawdę czekam na jej drugi sezon i jestem bardzo ciekawa, co i jak zostanie w nim przedstawione, bo potencjał fabularny jest ogromny (wydaje się, że nie będziemy ograniczeni do jednej nadrzędnej lokacji, co daje ogromne pole do eksploracji). Jest jednak w Gyeongseong Creature kilka elementów i zwrotów akcji, które koniecznie trzeba odkryć i przeżyć razem z bohaterami. I tak jak zazwyczaj nie jestem szczególnie ostrożna w kwestii spoilerów (ba, nawet wyżej napisałam kilka rzeczy, które niektóre osoby mogłoby jako spoilery odebrać), tak tutaj nie chciałabym napisać za dużo, a byłoby o to bardzo łatwo, gdybym zaczęła analizować kolejne elementy tej dramy.

Dodam jeszcze tylko, że drama ma bardziej filmową muzykę niż serialową. 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M