środa, 11 marca 2026

Im więcej myślę - Hopnięci

 Hello!

Zacznijmy od tego, że to nie jest zły i słaby film, nawet mogę napisać, że dobrze spędziłam czas w kinie, ale muszę przyznać, że zostawił mnie z bardzo mieszanymi odczuciami i na dobrą sprawę łatwo się go czepiać. Także uprzedzam to nie jest recenzja, to moje spostrzeżenia, czepianie się i zastanawianie, czemu film nie wygląda inaczej, więc tak piszę o fabule.

 

A gdybyśmy tak mogli rozmawiać ze zwierzętami i rozumieli, co mówią? Nowy film Disneya i Pixara „Hopnięci” opowiada historię naukowców, którzy wynaleźli hopnozę - technologię przeszczepiania ludzkiej świadomości zwierzętopodobnym robotom w celu poznania świata prawdziwych zwierząt! Główna bohaterka, Mabel, wielka miłośniczka przyrody, korzysta ze sposobności i dzięki hopnozie odkrywa tajemnice Matki Natury, o jakie nawet jej nie podejrzewała! (Disney) 

Gdy pisałam już ten tekst, wróciłam do tego oficjalnego opisu ze strony Disneya, i jestem pod ogromnym wrażeniem, jak niesamowicie on jest ogólny. I mam wrażenie, że część moich problemów z ostatecznym kształtem tej animacji wynika właśnie z tego, że gdzieś z tyłu głowy kołatał mi się ten opis, a niewiele z niego wynikało.

I tak na przykład pierwszym, co rzuca się w oczy i co pokazywane jest widzowi, to niezwykła izolacja głównej bohaterki - zarówno od innych dzieci, jak i dorosłych. Innych bohaterów w wieku Malwiny w tym filmie nie ma, oprócz pierwszej sceny, gdzie dokuczają żółwiowi. Bohaterowie dorośli na każdym etapie chcą bohaterkę ograniczać, jej rodzice są w filmie niewidzialni i jedyną istotną pozytywną postacią ludzką w tym filmie jest jej babcia. Jest też pani profesor, która martwi się o Malwinę, i to właśnie jej technologię przeskakiwania świadomości z człowieka do zwierzaka pożycza bohaterka. Podsumowując, pomiędzy nią a każdym człowiekiem w filmie jest ogromny dystans, a Malwinie bardzo dokucza poczucie, że jest sama i samotna, także w swojej walce o środowisko.

Ale w zasadzie nawet trudno powiedzieć, że Malwina walczy o środowisko, bo walczy o jedno jeziorko, które ma dla niej emocjonalny związek z babcią. Gdy tak teraz o tym myślę, to Hopnięci to jest trochę klaustrofobiczny film. Sama jedna Malwina, walczy o jedno jeziorko na obrzeżu miasta, z jednym burmistrzem. Przyznam, że dawno nie oglądałam żadnych animacji, ale zazwyczaj przedstawiały one chyba nieco mniej punktowe i lokalne historie. I może samo to nie byłoby problemem, gdyby nie to, że Malwina jest w tej swojej walce sama. Mam wrażenie, że doszło tu do o jedno zawężenie za dużo - jedna bohaterka i jedno jeziorko. 

Drugim ważnym bohaterem Hopniętych jest król ssaków, czyli bóbr Karol. I to on ma rolę odpowiedniego dorosłego w tym filmie, a jego najważniejszym zadaniem jest nauczenie Malwiny... w zasadzie wszystkiego, czego dorośli powinni ją nauczyć i jest to powiedziane bardzo wprost. A Malwina ma problem ze złością (ostatecznie nierozwiązany, bo tu przydałaby się pewnie terapia, a nie zostanie bobrem), poczuciem, że jest we wszystkim sama i tylko jej zależy (współpracy została nauczona).

Hopnięci dotykają wielu tematów, ale niewiele z nich ostatecznie wynika. Na przykład z tego, co wynika z ingerowania w życie zwierząt (w wykonaniu Malwiny nic dobrego) albo że człowiek jest zwierzęciem, a dokładniej ssakiem. Tu był taki potencjał, aby rozwinąć wątek, że natura nie służy tylko temu, aby Malwina mogła się uspokoić i miała o co walczyć, ale żeby pokazać, że człowiek jest częścią królestwa zwierząt. Ale film odbił w stronę w każdym gatunku są dobre i złe jednostki i nie można mierzyć wszystkich jedną miarą, ale wszystkim należy pomagać. Należy też walczyć o to, w co się jest zaangażowanym, nawet jeśli nikt inny nie jest zaangażowany. Ostatecznie jednak to zwierzęta i natura ponoszą większe konsekwencje wydarzeń z tego filmu i chociaż jeziorko zostaje uratowane (staje się nawet rezerwatem!), to nieprzyjemnym pytaniem, które można by postawić w rzeczywistości, jest to, czy gdyby obwodnica nawet powstała, to zwierzęta - może nie bory - i tak by tam wróciły.

W przywoływanym wyżej opisie filmu jest takie stwierdzenie, że Malwina odkrywa tajemnice Matki Natury - tyle że to nieprawda. Ona jest niesamowicie skupiona na sprowadzeniu bobrów do jeziorka, a osobami, które zwracają uwagę na tajemnice i nieoczekiwane zachowania zwierząt są naukowcy, do których technologia należy. To być może mała uwaga, ale istotnie pokazująca zawężenie perspektywy Malwiny. 

Muszę napisać, że wyszłam z tego filmu z poczuciem, że bajki, które ja oglądałam, gdy byłam mała, niosły ze sobą jednak większe przesłania i były nieco bardziej skomplikowane. Wyszłam też z dużą potrzebą obejrzenia filmu Mój brat niedźwiedź (który premierę miał w 2003 roku!) i taką refleksją, że kiedyś w bajkach więcej było magii a mniej technologii. Ponadto, im więcej myślę o tym filmie, tym bardziej mnie on irytuje. Jest w nim technologia, aby przenieść świadomość z człowieka do wydrukowanego w drukarce 3D robotycznego bobra, ale nie ma internetu? Nasza główna bohaterka chodzi od domu do domu, w poszukiwaniu ludzi, którzy podpisaliby jej petycję o ochronę jeziorka i - co niezaskakujące - nikt nie jest zainteresowany - a to daje możliwość pokazania ładnej sceny, gdy zamykają się jej drzwi przed nosem, co przyczynia się do zwiększenia jej poczucia, że tylko jej na czymkolwiek zależy - ale w roku 2026 takie rzeczy - nawet w bajkach - robi się w internecie. Ten film naprawdę udaje, że zaangażowana nastolatka/młoda dorosła nie znalazłaby wśród swoich rówieśników - albo i pracowników uczelni, na którą uczęszcza, przecież nauczyciele akademiccy podpisaliby tę petycję! - osób, którym też zależy na bobrach; albo dlaczego gdy usłyszała, że z pozwoleniem na budowę obwodnicy jest coś nie tak, nie poszukała porady u prawnika (tak poszła do zaufanej profesor, ale nie w tej profesji). Możliwe, że chcę, aby ten film był aż nazbyt logiczny i naprawdę się czepiam. Jeszcze tylko dodam, że ludzie w Hopniętych pokazani są jako wygodniccy, niezaangażowani (co można wywnioskować z powyższego wywodu) i wprost idący za tym, co powie burmistrz Dziarski. Znów się czepnę, ale to miasteczko nazywa się Bobromyśl i to jasne, że bobry są ważne, więc dlaczego one z założenia nie są gatunkiem chronionym? Czy nie byłoby to nawet bardziej dramatyczne, gdyby burmistrz chciał wykurzyć z siedliska gatunek zagrożony wyginięciem? Ale może wtedy byłby już byt zły i zupełnie nie do odratowania, jak okazał się niecny do szpiku kości (których nie ma) król owadów.

To może trochę plusów. Hopnięci znakomicie wykorzystują każdą minutę czasu ekranowego, film jest idealnie zaplanowany, świetnie utrzymuje uwagę widza i ma znakomity balans pomiędzy elementami, które można przewidzieć i które są bardzo zaskakujące. Jest też zupełnie nienachalnie zabawny, a niektóre dialogi i wypowiedzi bohaterów to prawdziwe złoto i wręcz wydaje się, że polskie tłumaczenie do dubbingu odsłania prawdziwe polskie smaczki. Gdy już przy dubbingu jesteśmy - jest naprawdę fantastyczny. Animacja sama w sobie i styl Hopniętych także jest bardzo ładny: taki obły, puszysty, bez kantów i niepotrzebnej ostrości. I naprawdę dobrze się na to patrzy. 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

 

sobota, 7 marca 2026

Krótki poradnik czytania reportaży, część 1

Hello!
 
To jest wpis, który napisałam prawie cztery lata temu, ale przypuszczam, że pisałam go około dwóch lat wcześniej i zbiera on moje doświadczenia z pisania dwóch prac na filologii polskiej, czyli mojego licencjatu, a nawet bardziej pracy magisterskiej, w której analizowałam między innymi dwie książki niefikcjonalne (non-fiction) / literatury faktu. W tytule ma też krótki, ale zupełnie zapomniałam, nie tylko o samym tekście, ale także o jego długości - a musiałam go pisać w czasie mojego głębokiego zaangażowania w temat - i zdecydowałam się go podzielić na dwa.
 

Zacznę od tego, że to, co tutaj przedstawiam to pewne idealistyczne i romantyczne wyobrażenie o reportażach literaturoznawcy z zacięciem do literatury niefikcjonalnej, a nie analiza reportażu jako gatunku dziennikarskiego i metodologii pracy w terenie. Poza tym w literaturze niefikcjonalnej mieszczą się nie tylko reportaże, ale też wiele stanów pośrednich (reportażo-przwodniki, biografio-przewodniki, biografio-popularnonaukowe). 

Kto pisze i do kogo?

Najprostszy podział w odniesieniu do polskich czytelników będzie wyglądał tak:

Polak/Polka pisze do Polaków/Polek o Polsce.

Polak pisze do Polaków o innym kraju.

Nie-Polak pisze do Polaków o Polsce/innym kraju.

Nie-Polak pisze do osób ze swojego kraju o swoim kraju.

Nie-Polak pisze do osób ze swojego kraju o innym kraju. 

Z tego, co wiem, na półkach w księgarniach królują typy pierwsze i ostatnie. W dwóch ostatnich punktach oczywiście chodzi o tłumaczenia. I trzeba mieć świadomość, że wiele tłumaczonych reportaży czy innych książek niefikcjonalnych (na przykład poradników) za punkt odniesienia ma krąg kulturowy swojego autora/autorki i istnieje różnica w pisaniu autorów z USA czy Wielkiej Brytanii a Polski - chociażby z prostego względu jak historia i geografia tych państw się różnią. 

Nie wiem też do końca, jak określić teksty pisane na przykład przez Amerykanów koreańskiego pochodzenia tworzone w Stanach, po angielsku, dla potencjalnie amerykańskiego czytelnika o Korei. One też są w Polsce tłumaczone. 

Przypisy i bibliografia

Nie ja wymyśliłam powyższą klasyfikację (choć odrobinę ją rozszerzyłam) - powstała na podstawie tekstu Podróż egzotyczna i zwrot do wnętrza: narracje niefikcjonalne między "orientalizmem" a intymistyką profesor Małgorzaty Czermińskiej („Teksty Drugie” 2009, 4(118), s. 13–22). I tu dochodzimy do kolejnego punktu. Jeśli książka niefikcjonalna nie ma przypisów i bibliografii (o ile naprawdę nie ma w niej przywołanych żadnych danych, kontekstów, informacji, które przypisów nie wymagają) - takiej książce dziękujemy. Po prostu. 

Smutna prawda jest jednak taka, że gdyby było to takie proste, to nie przeczytałabym większości książek, które czytałam, bo większość z nich ma duże problemy z przypisami, ma zbiór literatury, ale bez konkretnych odniesień albo nie ma przypisów. 

Zawsze można sięgnąć po książki bardziej naukowe niż reportażowe - one mają mniej problemów w tym zakresie (a ja się zastanawiam, czy dziennikarzy nikt nie uczy robienia przypisów; i może tak być, bo słyszałam, że w tekstach dziennikarskich ogólnie, powoływanie się na dane z innej redakcji jest widziane jak strzelanie sobie w kolano).

Język 

Ustaliliśmy kto i do kogo może pisać, to teraz zastanówmy się, skąd będzie wiedział, co pisać. 

Jakiś czas temu czytałam reportaż o Tajlandii, przekonana, że autorka zna język. Nie znała, a informacja ta pojawiła się trochę przypadkiem, gdy wspominano o etykiecie w jakimś kontekście sacrum i tłumaczka coś musiała wyjaśnić autorce. Poczułam się trochę oszukana, ale do budowania autorytetu reportażysty i zaspokajania pewnych podstawowych informacji o autorze jeszcze dojdziemy.

Najprościej rzecz ujmując - należy sprawdzić, czy autor/autorka reportażu mówi w języku kraju, który opisuje i potrafił/potrafiła się porozumieć ze swoimi rozmówcami, mógł/mogła skorzystać ze źródeł w danym języku. Ogólnie znajomość języka to trochę uproszczone powiedzenie, że dana osoba zna się (lub potoczniej - ma pojęcie) na danym kraju czy szerzej kręgu kulturowym. (I książka nie będzie tłumaczeniami angielskich artykułów oraz obserwacjami dotyczącymi krajobrazu i architektury przy optymistycznym założeniu, że autor/autorka rzeczywiście pojechali do miejsca, które opisują).

Największy problem z tym punktem jest taki, że te informacje nie są zawsze oczywiste i łatwo dostępne. Jednocześnie w bardzo, bardzo, bardzo niewielu książkach informuje się o tłumaczach, fikserach i innych osobach na miejscu (lub robi się to w podziękowaniach i to czasami w bardzo zawoalowany sposób). 

Autorytet 

Rozmawiałam na ten temat z moją promotor, gdy pisałam pracę magisterską, i podobno przyznanie się do korzystania z tłumacza jest z jednej strony podważeniem autorytetu reportażysty, z drugiej elementem budowania jego wiarygodności, a z trzeciej może istnieć założenie, że czytelnik zdaje sobie sprawę, że reportażysta nie zna języka (to chyba jednak naiwne). 

Tu możemy przejść do kolejnego punktu, który zaobserwowałam w ciągu lat - mianowicie to, że ktoś jest znanym dziennikarzem (zajmującym się danym tematem) nie znaczy, że jest znanym autorem książek. Obrazowo można to przedstawić tak - większość księgarni nie sprzedaje gazet i czytelnik książek może nie mieć pojęcia, kim jest autor. Nie wspominając o tym, że jeśli jest zagranicznym dziennikarzem - to jeśli nie on-line - polski czytelnik naprawdę nie będzie miał wielu okazji, aby dowiedzieć się, kim jest autor.

Przy całej konieczności budowania przez reportażystę wiarygodności nie można sprawić, aby książka stała się autobiografią. Nie jest to łatwe, jeśli chcemy przekonać czytelników, że mogą nam ufać - tak w przedstawianiu wydarzeń, jak i doborze rozmówców. 

Większość książek niefikcjonalnych na skrzydełkach ma nie tylko biogram autora - ma też jego zdjęcie. Niektóre książki mają także jakiś rodzaj wprowadzenia. I to jest ważne, ale autor musi jeszcze zdobyć zaufanie czytelnika w samym tekście. 

Na autorytet reportażysty mogę wpływać także inne czynniki zewnętrzne - na przykład nagrody, które dostał. Takie informacje także zwykle znajdują się gdzieś na okładkach. 

Myślę, że część druga pojawi się jeszcze w tym miesiącu, ale chyba nie będzie to już kolejny wpis. 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M


wtorek, 3 marca 2026

K-pop 2026 - luty

Hello!

Po całkiem przyzwoitym styczniu luty przyniósł w k-popie zarówno przykłady fantastycznych piosenek, jak i naprawdę bardzo słabych - czasami na tej samej płycie. Za utrzymanie równowagi w kosmosie odpowiadają za to idole z naprawdę wieloletnim doświadczeniem, na których jakość zawsze można liczyć.


IVE - BANG BANG

To w ogóle nie jest piosenka, która z założenia i opisu powinna mi się podobać, a totalnie mnie porwała! 

Yang Yo Seop - Fade Away

Płyta ma tytuł Unloved Echo i może być najlepszym, co przydarzyło się k-popowi w lutym.

IVE - BLACKHOLE

Za to Blackhole nie podoba mi się ani trochę. Chaos. Ta piosenka nie ma treści (nawet nie to, że przesłania), ale brakuje jej nawet jakiejś wewnętrznej spójności. Tekst nie ma sensu, muzycznie to bardzo słabo przemyślany chaos, a teledysk to najgorszy przykład stereotypowo teledyskowego montażu, jaki widziałam od dawna. Pomijając te ujęcia na ten ciekawy budynek (Lotte World Tower, było też w BTBT B.I). A najciekawsze jest to, że gdy usłyszałam fragment tego utworu, to pomyślałam sobie o to taka piosenka, o której się mówi, że jest błyszcząca/brokatowa i ta zapowiedź mi się podobała. 

Płyta też mnie rozczarowała - a poprzedni album I've IVE bardzo, bardzo lubię - Hush jest spoko, solowe piosenki Gaeul, Liz i An Yunjin też, ale to w sumie tyle dobrego, co mogę napisać. Aż szkoda, że Bang Bang znalazło się na tej płycie.  

ASC2NT - Still Rose

Włączyłam tę piosenkę, myślę sobie, przecież to brzmi jak piosenka drugiej-trzeciej generacji idoli, sprawdzam, ile lat mają członkowie zespołu - 35, 32, 28, 27, 24 - i przynajmniej dwóch z nich ma doświadczenie w branży - ma to wielki sens. Bardzo spoko piosenka, minialbum też trzyma poziom.

BLACKPINK - GO

Jestem w mniejszości, bo nie uważam, że to straszna piosenka i najgorsze, co przydarzyło się muzyce w ostatnich stu latach. W zasadzie znajduję tę piosenkę ciekawą. Raczej nie spodziewałam się po Blackpink tak dubstepowej piosenki na początku 2026 roku. (Przesadzam, sprawdziłam, to nie jest dubstep, ale tak mi się skojarzyło, to zwykła muzyka elektroniczna). Natomiast - pomijając Jump - nie byłam w stanie dosłuchać pozostałych piosenek na minialbumie do końca, są rzeczywiście tak słabe, jak wszyscy piszą. 

Podobno Jisoo ma wydać w tym roku album i to nawet może w jego pierwszej połowie, to ja sobie poczekam.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

piątek, 27 lutego 2026

Piętrowe jamniki

 Hello!

To projekt, który robiłam dość szybko na prezent dla kogoś - i leży już nawet zapakowany - ale okazało się, że okazja, na którą ma zostać dany, została jeszcze odłożona w czasie. A ponieważ nie mam pewności, kiedy nadejdzie, natomiast mam pewność, że osoba, dla której je zrobiłam, tego nie zobaczy, chyba nie mam co dłużej czekać z ich pokazywaniem!

Wyszywane haftem krzyżykowym jamniki w kolorowych sweterkach, które stają jeden na drugim

Potrzebowałam znaleźć prosty, ale efektowy wzór z jamnikami i... było trudno. To znaczy: albo były małe, albo były aż nazbyt realistyczne, albo nieproporcjonalnie duże, albo nie było wiadomo, że to jamniki. Naszukałam się, zanim znalazłam ten. I jak widzicie, nie jest to projekt mały, nie miałam też pewności, że okaże się łatwy do wyszywania, ale naprawdę ze wszystkich, które widziałam, ten był zdecydowanie najlepszy. I bardzo się cieszę, że się na niego zdecydowałam, bo nie mógł wyjść lepiej. A wzór i przechodzenie kolorów są naprawdę przemyślane, więc wyszywanie było dość proste i przyjemne. Na pewno zużyłam na nie dużo mniej muliny, niż zakładałam.

Dokładnie dokumentowałam krok po kroku (czy raczej kolor po kolorze) proces powstawania tego projektu i w formie rolki powinnam go pokazać na Instagramie w sobotę, więc już teraz zapraszam do śledzenia, a tu zostawiam jeszcze kilka zdjęć.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 

poniedziałek, 23 lutego 2026

Unravel - Zomvivor

 Hello!

Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział mi, że z ciekawością będę wypatrywała kolejnego serialu o zombie, to poprosiłabym go grzecznie, aby uderzył się w czoło. A tu proszę bardzo - chociaż początkowo Zomvivor włączyłam tylko do prasowania, to skończyłam oglądając na raz 4 odcinki i kawałek piątego...

Szkoda, że Zomvivor nie jest przez Netflixa lepiej promowany, chociażby niezbyt oryginalnym „Tajlandzkie All of Us Are Dead” - chociaż nie jest to akuratne stwierdzenie, bo Zomvivor i ogólnie oglądało mi się lepiej, i chyba po prostu zwyczajnie jest lepszym serialem. Ktoś podjął dobrą decyzję i Zomvivor ma 7 odcinków (serial z Korei - 12) oraz jest o wiele bardziej intrygujący.  

Punkt wyjścia jest prosty - na uniwersytecie rozprzestrzenia się wirus zombie, a jego teren zostaje odcięty od świata. Studenci  muszą sobie poradzić w zaistniałej sytuacji. I od razu uprzedzę, że tych grup studentów jest kilka i przez ekran przewija się wielu bohaterów (na plakacie naliczyłam 26). Za najistotniejszą można uznać Ning - utalentowaną studentkę, która czuje na sobie oczekiwania całego świata, zaangażowaną w pewien nieoczywisty i tajemniczy projekt. Kolejną ważną postacią jest jej młodszy brat Non. Oraz ich matka. I warto zapamiętać, że rodzina w różnych odcieniach to istotny temat tego serialu.

W Zomvivorze z jednej strony obserwujemy to, jak studenci radzą sobie z zagrożeniem na bieżąco, jakie mają pomysły i dylematy - i jak na serial z młodymi dorosłymi oczywiście podejmują oni wiele wątpliwych i wprost głupich decyzji, ale jednocześnie (przynajmniej w niektórych wypadkach) można ich emocjonalność jakoś zrozumieć. Udaje im się także opracować plany i podjąć działania, które przyczyniają się do ich przetrwania - ale wciąż, to nie jest superbłyskotliwy serial o zombie tylko serial o zombie na uniwersytecie. I chociaż bohaterowie nie są nastolatkami, to czasami zachowują się jak dzieci w przedszkolu. Na tej płaszczyźnie należy przyjąć Zomvivor z dobrodziejstwem inwentarza. A jak wspominałam, ponieważ mamy wielu bohaterów, przekrój reakcji, działań, większej i mniejszej racjonalności i idiotyzmu postaci jest dość duży. Z drugiej strony mamy też retrospekcje (momentami istotniejsze niż teraźniejszość bohaterów) oraz szukanie wyjaśnienia tego, co się stało. I w tym leży prawdziwa siła tego serialu, bo nie tylko jest to widzowi dawkowane powoli, to także zdecydowanie najbardziej intrygujący element serii. We wspomnieniach odkrywane są też nieoczywiste relacje pomiędzy bohaterami, które kształtują to, co i jak dzieje się obecnie na uniwersytecie.  

Do tego serialu naprawdę pasują takie słowa jak odkrywanie czy odsłanianie, bo nadrzędna intryga naprawdę ujawnia się przed widzem tak, jakby coraz wyraźniej jej części wyłaniały się z mgły. Czasami mniej, a czasami bardziej tego widza szokując i zaskakując, a czasami wpadając jak puzzel na odpowiednie miejsce, pokazując kawałek większej układanki. Chociaż ostatecznie sprawy wyłożone są kawa na ławę, co jest szokujące dla bohaterów, ale dla widza stanowi zgrabne podsumowanie niezabierające niczego z rozrywki odkrywania wcześniejszych tropów.

Czy jest to bardzo odkrywczy i niesamowity serial o zombie bez irytujących bohaterów? Nie. Czy oglądałam go z wielkim zainteresowaniem i zaangażowaniem? Tak. Zapomniałam też wcześniej wspomnieć, że jest on również dość paskudny, a zachowania zombie bywają nieoczywiste i postaci muszą także zauważać i odkrywać ich schematy i przyczynki do działania.

Oglądając ostatni odcinek, mocno zastanawiałam się, jak twórcy postanowią zamknąć tę historię i... rzeczy częściowo się wyjaśniają, ale drzwi na kolejny sezon nie mogły zostać szerzej otwarte.  

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

 

 

czwartek, 19 lutego 2026

Moje ulubione literówki #4

 Hello!

Zapraszam na kolejną porcję moich ulubionych literówek - i rozpoczynamy od nadzwyczajnej literówki w moim wykonaniu. A będą takie nawet dwie. Okazało się, że to, co jest najciekawsze w tekstach, to nie są literówki, ale musicie przeczytać resztę wpisu, aby dowiedzieć się, jak to się nazywa!

Moje ulubione literówki #1 

Moje ulubione literówki #2

Moje ulubione literówki #3 

pokarmowy ZAMIAST poklatkowy

To moja osobista literówka, chociaż tak naprawdę to nieuwaga - autokorekta musiała mi w opisie rolki na Instagramie zamienić „filmów poklatkowych” na „filmów pokarmowych”, a ja zauważyłam to prawie miesiąc później. Na Insta udało mi się to zmienić, ale na Threads wisi z błędem.

eufemizm ZAMIAST feminizm 

Wyjaśnienia są dwa: albo to wina autokorekty, albo ktoś naprawdę nie wiedział, co pisał. Albo jest to przykład, który już opisywałam - ktoś za nic w świecie nie może sobie przypomnieć słowa, którego potrzebuje, więc używa takiego wyglądającego lub brzmiącego najbliżej jak uda mu się skojarzyć. 

akcesyjna ZAMIAST koncesyjna 

Mam wrażenie, że pojawienie się słowa akcesyjna tam, gdzie powinno być koncesyjna, to dokładnie ten sam typ „mam to na końcu języka” co feminizm/eufemizm. 

Zainteresowałam się tematem i wygląda na to, że tego typu omyłki to malapropizmy. W internetowym słowniku języka polskiego PWN można przeczytać: «użycie wyrazu innego niż zamierzony, często dające efekt komiczny». W definicjach można też spotkać określenie, że to pomylenie paronimów (paronimy to podobne, kojarzone ze sobą wyrazy, które mają znaczą część wspólną i bywają mylone). Tutaj byśmy mieli -cesyjna jako część wspólną.

zamieszkanie ZAMIAST zamieszanie

Zrobiłam błąd w pierwszej wersji sprawozdania i gdy chciałam uzupełnić informacje, nie mogłam znaleźć jednego tytułu - a byłam pewna, że go wpisałam. Wpisałam. Tylko zamiast zamieszanie napisałam zamieszkanie (i cieszyłam się, że w żadnym innym miejscu, gdzie musiałam pisać to słowo nie popełniłam tego błędu, bo byłoby to bardzo problematyczne w mojej pracy). 

kurka ZAMIAST kurtka

To pomyłka z napisów filmu, który niedawno oglądałam. Całkiem urocza.

św. Staszic ZAMIAST St. Staszic

To jest moje przypuszczenie - ktoś chciał skrócić imię Stanisław do St., a autokorekta lub inny system poprawiający (czy raczej psujący) tekst zrobił z tego św. I nie powiem, gdy zobaczyłam to w tekście, to na chwilę się zawiesiłam, zastanawiając się, kto to może być święty Staszic - albo czy Stanisław Staszic nie został nagle wyświęcony, a mnie ominęła ta wiekopomna informacja. 

liści ZAMIAST ilości 

Chciałabym pamiętać zdanie, w którym to wypatrzyłam, ale nie pamiętam. Ale trzeba przyznać, że zrobienie z ilości liści jest wyczynem!

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

 

niedziela, 15 lutego 2026

Ukryty czynnik wywrotowy - The Apothecary Diaries S1

 Hello!

Wygląda na to, że w roku 2025 już obejrzałam więcej anime niż przez cały rok 2024, bo pierwszy sezon anime Zapiski zielarki (The Apothecary Diaries, Kusuriya no Hitorigoto), które udało mi się zobaczyć, ma 24 odcinki, a My Happy Marriage z zeszłego (2024) roku tylko 12. I oczywiście ta recenzja miała się ukazać w zeszłym roku, ale zawsze było coś innego do opublikowania. 

The Apothecary Diaries zaczęłam oglądać po południu tego samego dnia, w którym opublikowałam wpis komentujący Crunchyroll Anime Awards i od razu przepadłam. Gdyby nie praca zapewne obejrzałabym całość w ciągu jednego dnia. I to nie tylko dlatego, że anime naprawdę mnie wciągnęło, ale także dlatego, że właściwy czas trwania odcinków bliższy był 18 niż powiedzmy bardziej standardowym 20 minutom (oczywiście różni się to w zależności od tytułu, ale w przypadku tego anime bardzo zwróciłam na to uwagę).  

Pierwszy sezon Zapisków zielarki ma 24 odcinki, ale jest bardzo wyraźnie podzielony na dwie części: w pierwszej nasza główna bohaterka Maomao (wychowywana przez samotnego ojca lekarza-aptekarza oraz kurtyzany w najbardziej prestiżowym domu publicznym w mieście adeptka zielarstwa ze szczególnym skrzywieniem – lub w jej przypadku raczej entuzjazmem – w stronę roślin trujących oraz trucizn jako takich i niezwykle ciekawską, ale tylko w ramach, które uważa za odpowiednie lub konieczne, naturą) zostaje porwana i sprzedana do pałacu cesarskiego. Stara się przystosować do nowego życia, ale jej talenty zostają szybko odkryte, a ona przeniesiona do rangi damy dworu jednej z konkubin cesarza, ze specjalnym zadaniem testowania tego, czy podawane jej potrawy nie są zatrute. A pałac jak to pałac oczywiście pełen jest intryg i zagadek, a wiedza Maomao nie umyka Jinshiemu - wysoko postawionemu eunuchowi, który odpowiada za sprawy administracyjne wewnętrznego pałacu. Drugiej części nie będę zdradzała, bo fabuła poszła dużo dalej.

Zapiski zielarki są anime bardzo nieoczywistym, choć ich punkt wyjścia czy nawet archetypy postaci są znane i powszechne. A jednak nie pokazuje ono naszej głównej bohaterki walczącej ze swoim losem, sprzeciwiającej się wobec panujących zasad w nieumiejętny sposób - bo jeśli to robi, robi to w sposób przemyślany i z jakimś pomysłem. W zasadzie to ona chciałaby spokojnie przeżyć swoje życie - to tylko inni oraz jej naturalna ciekawość na to nie pozwalają. To że Maomao jest pogodzona ze swoim losem, nie sprawia, że staje się bierna. Ona jest wywrotowa (ale nie tylko ona) na swój własny sposób i jednocześnie bardzo dba, aby z jej powodu nie stało się nic złego w pałacu - na tyle, na ile może mieć nad tym kontrolę.  

The Apothecary Diaries trochę bawią się z oczekiwaniami widza, a trochę pokazują, że być może oczekiwania oparte na archetypach są trochę przestarzałe i możemy (a nawet powinniśmy) spodziewać się więcej niejednoznaczności i zaskoczeń w anime; gdy coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się słuszną decyzją bohatera czy bohaterki prowadzi do większych problemów, a pozwolenie historii płynąć po zaplanowanym i wyznaczonym nurcie jest opcją najkorzystniejszą dla wszystkich zainteresowanych. 

Maomao jest sympatyczną, niepretensjonalną bohaterką, która zaskakuje widza nie tylko swoją zmyślnością, ale także zdolnością przewidywania kilku ruchów szachowych - i to nawet gdy pozornie prowadzą do remisu - i niewtrącania się (lub nieoczywistego wtrącania się) w sprawy, które bezpośrednio jej nie dotyczą. Jest ona główną bohaterką tego anime, a nie jest ona najważniejszą postacią świata, w którym żyje - i dobrze o tym wie. Powoduje to też, że jej częstym podejściem do spraw jest pewna obojętność, do czasu, aż nie poczuje się zainteresowana.

Być może powinnam zaznaczyć, że Maomao - oprócz testowania potraw - w pałacu zajmuje się głównie… rozwiązywaniem zagadek kryminalnych! Lub leczeniem. Także tak, to jest trochę Sherlock/Doktor House w spódnicy. Więc jeśli zagadki, tajemnice, intrygi, dochodzenie po nitce do kłębka to wasze klimaty, to zdecydowanie jest to anime dla was. 

Chyba wynika to z tempa, z jakim udało mi się to anime obejrzeć, ale napiszę to jasno - to jest fantastyczny tytuł: intrygujący, z ciekawymi bohaterami, przewrotnymi zagadkami i rozwiązaniami, które nie są oczywiste, podkreślający to, że nawet jeśli się coś wie, ta wiedza nie musi prowadzić do zmiany.  

Gdyby na Netflixie był drugi sezon The Apothecary Diaries to bym go od razu obejrzała i byłyby dwie recenzje zamiast jednej, ale z jakiegoś powodu jest tylko pierwszy. A trzeci ma mieć swoją premierę jesienią tego roku. 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 

 

środa, 11 lutego 2026

Porządna robota - Dług. Reportaże spod kreski

 Hello!

Pamiętam taką scenę ze studiów: zajęcia z literatury pozytywizmu, omawiamy książkę Elizy Orzeszkowej „Marta”, nie zostawiając na bohaterce suchej nitki. Prowadząca - trochę przerażona naszym brakiem wyrozumiałości wobec bohaterki i ogólnie zaskoczona naszym krytycznym podejściem do opowieści (która była powieścią z tezą i specjalnie napisana w taki, a nie inny sposób) - w końcu pyta, a kto z nas niby jest taki zaradny i ma oszczędności/konto oszczędnościowe i regularnie odkłada pieniądze. I na grupę około 15-17 osób tylko 3 przyznały się, że nie mają oszczędności. I to zaskoczyło naszą prowadzącą jeszcze bardziej, bo była pewna, że studenci nie odkładają i raczej nie myślą o przyszłości. I ta anegdota chodziła mi po głowie prawie cały czas, gdy słuchałam książki Agnieszki Gałki-Reczko Dług. Reportaże spod kreski. 

Tytuł: Dług. Reportaże spod kreski 
Autorka: Agnieszka Gałka-Reczko
Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie

Różnorodne historie i styl także różny. Autorka jest bardzo sprawna warsztatowo, a jednocześnie niektóre historie bohaterów przedstawia lepiej niż inne. Zastanawiałam się, czy w jakiś sposób nie imituje sposobu wypowiadania swoich bohaterów, czy może wynika to z czasu - materiały do książki były zbierane przez cztery lata. Zapoznawałam się z wersją audiobookową książki i niektórych historii słuchało się zdecydowanie lepiej niż innych. Bardzo nie lubię takiego psychologicznego odtwarzania i malowania przed czytelnikiem obrazów, o których autor lub autorka nie może mieć pojęcia i na szczęście nie ma tego wiele w tym reportażu. Autorka relacjonuje raczej blisko swoich bohaterów i widać, że odtwarza to, co jej powiedzieli - w jednych rozdziałach mniej, w drugich bardziej, ale są to opowieści tych konkretnych osób, a nie odmalowane historie. 

Napisałabym też, że w książce nie ma ani jednego niepotrzebnego słowa, ale postrzeganie całego reportażu trochę zepsuła mi część o dłużniczce solidarnej/solidarnościowej. Była to zaskakująco rozwleczona część, w której znalazło się dużo informacji przedstawiających historię rodzinną bohaterki (dwa pokolenia wstecz i trochę na boki), ale sama część o długu i jak sobie z nim radziła w zestawieniu z innymi opowieściami była dosyć krótka i niezajmująca. Ten rozdział miał jakieś zaburzone proporcje tematyczne, zarówno w swoim wnętrzu, jak i w stosunku do innych rozdziałów. Mam wrażenie, że mogło to wynikać z dwóch rzeczy - dowiadujemy się z tekstu, że dla dłużniczki pochodzenie jej rodziny jest ważne i/lub autorka uznała, że jest to ciekawe i wpadła w częstą pułapkę opisywania wszystkiego, co uznała za interesujące. Miałam też niestety wrażenie, że koherencję tekstu nieco zaburzył rozdział o ludziach, którzy uwierzyli, że w wyjściu z długów pomógł im o. Wenanty Katarzyniec. To nie jest zły rozdział, jest wręcz bardzo ciekawy, ale rozmywa bardzo przyziemną tematykę długów, bo jednak pieniądze nie spadają z nieba.  

Poza tym to jednak naprawdę bardzo ciekawa, różnorodna, sprawna, zajmująca, otwierająca oczy na wiele aspektów długów i zadłużania się - od sytuacji, w których ludzie zrobią wszystko, aby nie zostać zadłużonym i prawnej walce o nieodziedziczenie długu, po historie wręcz zatrważającego niedbania o własną sytuację oraz wydaje się brak jakiejkolwiek refleksji ze strony zadłużonych. Autorka przedstawia także drugą stronę medalu - to znaczy komorników. Oraz lombardów - to też były bardzo ciekawe fragmenty.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 

sobota, 7 lutego 2026

K-pop 2026 - styczeń

 Hello!

Muszę napisać, że w rok 2026 weszliśmy w k-popowych tematach naprawdę mocno, nawet jeśli nie wszystkie propozycje były dla mnie!

Apink - Love Me More

Przy pierwszym przesłuchaniu ta piosenka nie zrobiła na mnie ogromnego wrażenia, podobała mi się, ale jako że poznałam i pamiętam Apink z czasów I'm so Sick, %% Eung Eung i Dumhdurum - to bardziej moje klimaty, a Love Me More to piosenka nieco bardziej przypominająca utwory z początków ich kariery. Ale bardzo szybko złapałam się na tym, że ją nucę, a później widziałam trochę rolek i występów w programach muzycznych i zaczęłam naprawę ją doceniać. 

ENHYPEN - Knife

Czekałam na nową płytę Enhypen, ale główny singiel to nie jest do końca mój typ piosenki, a poza tym w pewien nieprzyjemny sposób kojarzy mi się z utworami Stray Kids... Zespół z JYP Entertaiment naprawdę wyrobił sobie pewien rozpoznawalny sposób budowania piosenek i tworzenia do nich choreografii, że każde strukturalne podobieństwo innych utworów jest teraz uderzające. I teledysk też jest trochę podobny do klipów SKZ. Chociaż w tym przypadku to bardziej skojarzenie, a nie jak w wypadku piosenki HomeRUN zespołu NOWZ. W każdym razie płyta Enhypen została wydana w dobrym momencie, bo akurat miałam sporo pracy, a co za tym idzie - czasu na jej słuchanie. Czego nie było na dobrą sprawę za dużo, bo z 5 z 11 kawałków (a tylko 6 ma więcej niż 2 minuty), to nawet nie są piosenki, tylko wstawki narracyjne, z których zrozumiałam jedynie to, że są o wampirach. Ogólne wrażenie jest takie, że to jakiś taki koncept album. Ostatecznie Knife, Sleep Tight, no i No Way Back są spoko, ale to tyle. Podsumowując, liczyłam, że na płycie znajdę coś ciekawego, a ostatecznie jestem mocno rozczarowana. Płyta ma tytuł The Sin: Vanish.

Proszę państwa, ta płyta ma angielską wersję - i wszystkie elementy narracyjne są też po angielsku. Ale wydaje mi się, że ta wersja pokazała się na Spotify co najmniej kilka dni po koreańskiej i niestety fakt, że nie zrozumiałam jej w całości na początku mocno wpłynął na mój odbiór. 

EXO - REVERXE

Postanowiłam w końcu stawić czoła dysonansowi poznawczemu i uznać, że i tak nie mam wpływu na to, co robi SM, ale mogę chociaż słuchać zespołu, który był jednym z pierwszych, który naprawdę polubiłam, gdy zaczęłam przygodę z k-popem. Publikację I'm Home co prawda całkiem celowo zignorowałam, bo byłam zła, na całą sytuację z CBX, ale wcześniej obejrzałam występ EXO na MMA. Ogólnie dysonans poznawczy i bycie fanem EXO to jedno. 

Dobra, przyznam, że tym, co mnie przekonało, aby jednak sprawdzić, co EXO planuje na nowej płycie, była zapowiedź teledysku, bo - pisząc bardzo nieliteracko - wyglądała zajebiście. I cóż po wypuszczeniu całości okazało się, że Crown jest - znów pisząc niekoniecznie jak przystoi absolwentce filologii polskiej - superekstra. Już po pierwszym przesłuchaniu Crown z czymś mi się kojarzyło i doszłam z czym - z Photo VERIVERY z programu Road to Kingdom (która była moją trzecią ulubioną piosenką z całej serii).

Słuchałam tej płyty z myślą: ta kolejna piosenka, to będzie właśnie ta, która akurat mi się nie spodoba i zrujnuje mi całą płytę. Tyle że ta piosenka nigdy nie nastąpiła, każda jest naprawdę dobra i album trzyma świetny poziom. Przy czym tak owszem słychać, że piosenki miałyby o wiele więcej głębi i muzycznie do zaoferowania, gdyby słyszalne były w nich głosy CBX. 

dodree - Just Like a Dream

To jest jedna z najciekawszych rzeczy, którą słyszałam od lat i jeden z najciekawszych - jeśli nie najciekawszy - debiut ostatnich (powiedzmy 5) lat! To duet łączący tradycyjną i nowoczesną koreańską muzykę. Na razie oprócz tytułowej piosenki wydały jeszcze Born - i obie są świetne (chociaż muszę przyznać, że Born podoba mi się nawet bardziej). 

CHUU - XO, MY Cyberlove. Bardzo ładna piosenka, mam wrażenie, że oparta o jakąś znaną melodię i dlatego wydaje się taka nostalgiczna. 8TURN - Bruise. Dramatyczna piosenka, na którą wszyscy zasługujemy. AxMxP - PASS. To. To jest już chyba nawet nie k-rock, a k-metal i jest super! Thereafter tego zespołu też mi się podoba. n.SSign - Funky like me. Zapomnę o istnieniu tej piosenki, ale jest bardzo fajna. 도겸X승관, SEVENTEEN - Blue. Piękna piosenka i naprawdę filmowy teledysk, które już prawie się nie zdarzają. I ostrzegam z doświadczenia - można płakać. 

1VERSE - WABIF (‘Wide Awake before I Fall’) 

Może zacznę od tego, że WABIF nie dostało teledysku tylko visualizer i... widziałam prawdziwe klipy o wiele, wiele, wiele gorszej jakości niż to wideo. A piosenka jest tak niezwykle miła do słuchania. Zazwyczaj nie miewam takich skojarzeń, ale ta jest jak kocyk i ciepła herbatka! Naprawdę polecam posłuchać, bo zespół działa bardzo niedługo i na pewno przyda mu się dodatkowe zainteresowanie.

 Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 

wtorek, 3 lutego 2026

Spłynąć - The Great Flood

 Hello!

The Great Flood jest katastroficznym filmem science fiction, choć w sercu ma to być film o czymś zupełnie innym. Film zaczyna się mniej więcej tak: bohaterkę budzi jej syn, który chce się z nią bawić w nurkowanie; ona jest bardzo zaspana, ale w końcu się zgadza; później wstaje, robi śniadanie, ale nagle zauważa, że po podłodze jej mieszkania sunie woda, gdy patrzy na okno, sięga ona wyżej niż do jego połowy; An-na odbiera telefon i dowiadujemy się, że jest kimś, kogo jakaś elitarna jednostka ma specjalnie ewakuować i już została wysłana osoba, aby jej pomóc. An-na zabiera swojego syna i rusza w drogę na dach, pokonując różne przeciwności, a my jako widzowie dowiadujemy się, kim ona jest, kim jest jej syn oraz jakie podejście do ludzi ma osoba wysłana jej do pomocy (dowiadujemy się też, co spowodowało to zalanie). Bohaterowie docierają na dach po jakiś 45 minutach filmu, a nam zostaje jeszcze godzina oglądania!

 

Nie wiem, czy filmowi udaje się uderzać w te emocjonalne nuty, na których zależy pokazywanej opowieści. Wydaje mi się, że te momenty, które były najbardziej emocjonujące dla mnie, wcale nie miały takimi być w zamierzeniu twórców filmu. Albo twórcy filmu nie zdawali sobie sprawy, że pokazując pewne archetypowe i kojarzące się z innymi dziełami kultury sceny odciągną uwagę widza od ich filmu. Ogólnie, gdy już trochę wyjaśniło się, o co chodzi z tą wielką wodą i pracą naszej głównej bohaterki, to odniosłam wrażenie, że to taki Interstellar tylko zamiast piachu i nieurodzaju mamy wodę. Przy czym to jednak zdecydowanie bardziej film katastroficzny niż fantastyczny. Albo jeszcze inaczej - jego aspekt science fiction jest bardziej praktyczny (w sensie fizycznym, bo nie czasowym) niż fantastyczny. Są też inne nawiązania, ale wspominanie o nich mogłoby być za dużym spoilerem. Widziałam też opinie, że to wspaniały film z gatunku fantastyki naukowej - i tu nie mogę się zgodzić. Jest przynajmniej 10 filmów sci-fi, do których ten jest podobny i każdy z tych dziesięciu jest o ligę lepszy niż Wielka powódź. Na dodatek, pomijając sam plot twist, to jest film zupełnie nieodkrywczy pod tym względem . 

I jeśli widza nie zainteresuje emocjonalna strona Wielkiej powodzi, to nie będzie miał on po co, tego filmu oglądać, bo przedstawia on emocjonalną drogę, którą przechodzi nasza bohaterka. I chociaż film stara się dobrze pokazać An-nę i jej zmagania, a także traumatyczną przeszłość, to mam wrażenie, że jednocześnie nie jest to bohaterka, z którą łatwo można się utożsamić i ją zrozumieć. I zastanawiam się, czy nie wynika to w jakimś stopniu z tego, że chociaż najwyraźniej jest naukowczynią, poznajemy ją w zasadzie tylko w kontekście jej dziecka i w filmie ważna jest jej droga jako matki (wolałabym, aby było to przedstawione bardziej jako osoby potrafiącej być odpowiedzialną za innych), a film reżyserowany był przez mężczyznę i scenariusz także napisało dwóch panów. I może dlatego zachowania bohaterki momentami wydawały mi się zabawne, bo były chyba aż za bardzo karykaturalnie pokazane, jako takie, których żadna rozsądna osoba by nie zrobiła, ale ona musiała, żeby później kontrast był większy już po jej zmianie. Ale jednocześnie to film katastroficzny i bohaterowie wydają się mieć dokładnie tyle inteligencji, co przeciętni bohaterowie takich filmów i ani grama więcej. 

Czytałam, że film zbiera mieszane recenzje i głównym zarzutem jest to, że chce za dużo zmieścić w jednej opowieści - nie sposób się z tym nie zgodzić. Bo to są trochę dwa filmy w jednym. I niestety żaden z nich nie jest szczególnie dobry. Muszę też napisać, że postać dziecka jest irytująca. A to eufemizm. Nie lubiłam go nawet przez sekundę. I film przez to mocno tracił, bo to jest film, a nie prawdziwe życie - prawdziwi rodzice powinni kochać swoje dzieci bez względu na wszystko, widzowie natomiast mogą się zastanawiać, dlaczego główna bohaterka filmu przechodzi przez takie trudy dla tak irytującego stworzenia. 

Nie polecam.  

 Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Pozdrawiam, M