niedziela, 21 lipca 2019

Myszka

Hello!
Dawno nie pokazywałam nic wyszywanego, bo i za bardzo nic nie wyszywałam. Ostatnio jednak dokończyłam kilka projektów i myślę, że efekty pojawią się w najbliższym czasie na blogu. 
Dosłownie kilka dni temu koleżanka brata wyraziła chęć posiadania wyszytej myszki. Niestety nie miałam żadnego wzoru, ale ostatecznie koleżanka sama wysłała projekt, który jej się spodobał.

wyszywana myszka wzór

Mi też obrazek się spodobał, ale jak na wzór, który ma dosłownie 30 na 40 krzyżyków ma także 9 kolorów, co nie jest trudne do wyszywania, ale jest lekko upierdliwe. Powyżej widać przerysowany już wzór oraz efekt, jak widać wyszyty jest jakieś 5 razy mniejszy niż narysowany.

wyszywana mysz

Teraz myślę, że powinnam była dodać coś do zdjęcia, położyć obok myszki, aby widać było jak ten obrazek jest niewielki. Ale jest śliczny. Dzięki temu, że wyszywałam obrazki w sepii, mam sporo odcieni brązu, beżu i wszystkiego pomiędzy i wybranie trzech kolorów, które pasowałby do siebie idealnie, nie było wielkim problemem.

mysz, wyszywanie, haft krzyżykowywyszywana mysz, ciemna

A tu to samo ujęcie, zdjęcie zrobione dwie sekundy po sobie, ale z innymi ustawieniami aparatu.

Jak widać dbam o różnorodność na blogu i mam nadzieję, że w przyszłości będzie mi to szło jeszcze lepiej. 

LOVE, M

piątek, 19 lipca 2019

O pisaniu licencjatu - same wątpliwości

Hello!
Poprzedni wpis o licencjacie był w miarę lekki, łatwy i przyjemny (O pisaniu licencjatu), ale prawda jest taka, że praca nad moim licencjatem pochłaniała dużo mojego czasu, zaangażowania oraz kosztowała mnie więcej stresu niż powinna.




Początkowo wydawało się, szczególnie mojemu promotorowi, że nie będę miała o czym pisać i że to wszystko jest oczywiste. Okazało się to nieprawdą i to na więcej niż jednym poziomie. 

Ostateczne brzmienie tematu zostało ustalone dosłownie tuż przed wysłaniem ostatecznej wersji tekstu do promotora. I zasadniczo określenia w nawiasie powinny być odwrotnie, bo początkowo o miejscowych miałam nie pisać. I gdybym tego jednak nie zrobiła, to napisałabym jakąś pracę tylko o nich. Na szczęście nie opisałam wszystkich książek o Korei Północnej, chociaż prawie wszystkie wymieniłam we wstępie. W każdym razie po prawie roku wspominek o temacie mojego licencjatu, oto jest w pełnym brzmieniu. Poza tym ogromnie podoba mi się ta Katedra Polonistyki Stosowanej, bo mam poczucie, że nieźle oddaje to, o czym pisałam.

W każdym razie skończyłam z 41 stronami (drugiego rozdziału), na których analizuję 54 książki, w których występują koreańskie nazwy własne. A to nie całość mojej bibliografii, to jest tylko to, co znajduje się w części analitycznej. Liczby niby robią wrażenie, ale przez bardzo długi czas miałam poczucie, że powinnam napisać więcej, znaleźć więcej przykładów. Nawet, gdy już sobie powiedziałam, że chyba niemożliwe jest, aby znalazła coś, na co nie trafiłam wcześniej, wchodziłam w wyszukiwarkę biblioteki i patrzyłam, co mogłabym jeszcze opisać.

Do tej pory chyba nigdy nie miałam poczucia, że coś, co napisałam nie jest wystarczająco dobre. A teraz tak miałam. Cały czas.


Przyznaję, że im bliżej byłam skończenia pracy, tym bardziej wyobrażałam sobie wściekłych koreanistów, którzy by na mnie krzyczeli, o czym ja w ogóle piszę, że nie powinnam się tym zajmować, bo się na tym nie znam i ogólnie nie mam prawa. Prawdopodobieństwo, że moją pracę przeczyta jakiś koreanista, jest bliskie zeru. Ale on jest w mojej głowie i na mnie krzyczy, że napisałam same głupoty. A przecież wiem, że tak bardzo szukałam źródeł, jak tylko mogłam i sprawdzałam wszystko, i starałam się powoływać na źródła oficjalne i potwierdzone.

Już nawet, gdy zamknęłam część analityczną... A jeszcze taka ciekawostka: początkowo była ona podzielona na dwie części i tę pierwszą nawet omówiliśmy na seminarium, po czym, gdy znów napadło mnie poczucie niedoboru źródeł i niewystarczającej pracy, dopisałam tam chyba z sześć książek. Więc gdy zamknęłam tę część analityczną i powiedziałam sobie nic nie dopisuję, to zaczęłam szukać i dopisywać informacje we wstępie, bo zostawiłam go sobie na koniec. Co ciekawe pisałam go równocześnie z III rozdziałem, nad którym znów miałam kryzys...

... gdyż wiedziałam, że książki o Korei są słabo wydawane, ale po analizie i w trakcie podsumowywania, okazało się, że są wydawane gorzej niż się spodziewałam i nie wiedziałam nawet jak ten fakt skomentować.

Co do wstępu, to w pewnym momencie musiałam zacząć się naprawdę pilnować, żeby nie wyszedł mi przypadkiem dłuższy niż pierwszy rozdział. Na tę chwilę cała moja praca (a zaczęłam pisać ten wpis 30 marca) ma 67 stron bez bibliografii, stron tytułowych itp.
Dokładnie 67 stron, ale już ze wszystkim, miał mój licencjat na zarządzaniu instytucjami artystycznymi.
Ostatecznie ze wstępem, bibliografią i po ustawieniu odpowiednich marginesów mój licencjat ma 92 strony.


Egzamin licencjacki miałam 12 lipca. I będzie jeszcze jeden wpis o studiach, ostatni przynajmniej do października. Jeśli macie jakieś pytania dotyczące studiów, licencjatu ogólnie, czy szczególnie mojego tematu to zapraszam do komentowania!

LOVE, M

środa, 17 lipca 2019

Postcrossing

Hello!
Dużo ostatnio do czytania na blogu, więc zastanawiałam się, co zrobić, aby trochę urozmaicić wpisy. I postanowiłam, że pokażę wybór moich ulubionych pocztówek, które od jesieni dostałam z całego świata. 

O postcrossingu usłyszałam niedługo po tym, jak założyłam bloga w 2012 roku. Pocztówkami wymieniała się jedna z blogerek, które zaobserwowałam na samym początku blogowej przygody. Ale mniej więcej w tym samym czasie na popularności zyskiwało wymienianie się listami, a ja wśród znajomych blogerek znalazłam kilka dziewczyn, które były chętne na pisanie listów i moje związki z pocztą poszły właśnie w tę stronę. Co nie znaczy, że pocztówki mnie nie interesowały. Interesowały , podobnie jak znaczki pocztowe i te miniplakaty, które można znaleźć w kinach. Chyba nigdy nie wspominałam o tym na blogu, ale jak byłam młodsza, zbierałam bardzo dużo różnych rzeczy, a część kolekcji nadal mam i niektóre nawet powiększam. 

Postcrossingiem zainteresowałam się na poważnie dopiero jesienią zeszłego roku, bo zainspirowała mnie do tego koleżanka ze studiów, która opowiadała o pocztówkach, które dostawała i wysyłała. Zdarzyło mi się z nią też pocztówki oglądać i kupować. A Gdańsk to całkiem obfite w pocztówki miasto (teraz mam problem, bo pocztówki z Ostrołęki nie są zbyt ciekawe, a niektóre dostępne są zwyczajnie brzydkie) to sama też postanowiłam porozsyłać kartki w świat.

Na razie wysłałam: 7, które zostały zarejestrowane, 1, która albo zagubiła się w podróży, albo osoba, która ją dostała nie zarejestrowała jej na stronie oraz 3 pocztówki są obecnie w podróży. Mam też 4 kartki, które są gotowe, aby zostać wysłane do kolejnych osób, ale tych jeszcze nie znalazłam.
 Dostałam 13, ale tylko 11 jest zarejestrowanych. Jedna dziewczyna wysłała mi dwie kartki: jedną z Moskwy i jedną z Torunia, a gdy chciałam zarejestrować pocztówkę, którą dostałam z Holandii, okazało się, że osoba, która mi ją wysłała, usunęła swoje konto z serwisu. 

pocztówka z chin, chiny, święto smoczych łodzi, pocztówka ze świętem smoczych łodzi

Pocztówka, która przybyła do mnie z Chin to najładniejsza i najciekawsza kartka, nie tylko jaką dostałam, ale także jaką widziałam w życiu. Kartka związana jest ze Świętem Smoczych Łodzi i spodobała mi się tak bardzo, że umieściłam ją w antyramie i powiesiłam na ścianie. Poza tym pokazywałam ją chyba trzy razy na Instagramie i nie ukrywam, że ten wpis także powstaje po to, aby się nią pochwalić, bo jest niesamowita.

pocztówki, miasta nocą, pocztówki z miastami nocą, widokówka z miastem nocą, noc
miasto w nocy, miasto nocą, pocztówka z miastem nocą

Na swoim profilu napisałam, że moimi ulubionymi pocztówkami są widokówki oraz zdjęcia nocnego miasta. Typowych widokówek zbyt wielu nie dostałam, ale miasta owszem. I są to Melbourne, Taichung na Tajwanie oraz Seattle. Niestety zdjęcie tego nie oddaje, ale pocztówka z Tajwanu jest zdecydowanie najładniejsza.

pocztówka, pocztówka z biblioteką, biblioteka, pocztówka z Niemiec, pocztówka z Irladii, pocztówka z oknem i butelkami, pocztówki

Moim zdjęciem profilowym na Postcrossing.com jest natomiast zdjęcie mnie z książkami. Pocztówka, która przybyła z Niemiec przedstawia bibliotekę Waltera Kempowskiego. Kartka z Irlandii nie nawiązuje natomiast do niczego, nie jest też widokówką, ale nie narzekam, bo ma w sobie coś interesującego. 

A czy Wy wymieniacie się pocztówkami z ludźmi z całego świata?
Trzymajcie się, M

niedziela, 14 lipca 2019

O pisaniu licencjatu

Hello!
Jeśli czytacie bloga i obserwujecie mnie na Instagramie od mniej więcej dwóch lat, to na pewno zauważyliście, że bardzo chętnie dzieliłam się zdjęciami i postępami z pisania mojego pierwszego licencjatu i w tym roku było podobnie. Mój sposób na pisanie nie zmienił się od zeszłego roku i możecie o nim poczytać tu Licencjat - jak napisać i obronić?, ale na temat tego licencjatu mam do poopowiadania trochę innych historii. Dziś trochę ciekawostek, a następnym razem chyba napiszę o tym jak wpadłam na temat, jaka była reakcja promotora i o trudnościach, które spotkałam. Tylko przypomnę, że tak najbardziej ogólnie pisałam o koreańskich nazwach własnych (i geograficznych, i imionach oraz nazwiskach) w książkach wydawanych w Polsce. 



1. Powyżej widzicie "okładkę" mojego licencjatu, jeśli kiedyś zostałby wydany w formie książki. Robiliśmy je na zaliczenie zajęć z nowoczesnych technik składu i druku w programie InDesing. 

Tytuł książkowej wersji licencjatu wymyśliła moja Mama podczas rozmowy telefonicznej, która wyglądała mniej więcej tak:

M: No i te wydawnictwa piszą tak i tak i to nie jest dobrze!
Mama M: A sami Koreańczycy jak piszą?
M: W sumie chyba nijak. Oni mają przecież znaki i się nie muszą przejmować.
Mama M: No tak, każdy ma swój krzaczek i po sprawie. 

Zastanawiałam się, czy określenie krzaczki, aby na pewno nie jest niegrzeczne, ale widziałam je wykorzystywane w tytułach wykładów, prelekcji i innych poważnych miejscach więc doszłam do wniosku, że jednak jest neutralne i nie ma złych konotacji. Jedyne, co krzaczki konotują to chyba tyle, że niełacińskie alfabety są trudne. 
Tekst po lewej to pierwszy akapit mojego licencjatu, a znaki, które widać to moje imię wpisane w tłumacza Google. Niebieska Korea pochodzi z flagi zjednoczenia.


2. Przykład zdjęciowy:




A nawet nie pisałam pracy semestralnej z teorii literatury z romantyzmu. Chyba. Już nie pamiętam. Ale pomysł Worda, aby zamienić to imię na nazwisko Janion bardzo mnie rozbawił.


3. Mam pewne przypuszczenie, że książką, o której możecie pomyśleć, jeśli ktoś zapyta Was o książkę dotyczącą Korei, mogą być Sekrety Urody Koreanek. Uwaga, mi uświadomienie sobie (czy raczej przypomnienie), że ta książka istnieje, zajęło dokładnie 6 tygodni. Przy czym nawet gdzieś w pracy napisałam, że Korea znana jest w Polsce głównie z kosmetyków, ale o książce zapomniałam aż do momentu, gdy zobaczyłam ją przypadkiem na jakiejś liście w internecie.

4. Trochę mniej, bo tylko miesiąc, zajęło mi przypomnienie sobie, że jedna z części Atlasu chmur, czyli jednej z moich absolutnie najulubionych książek, dzieje się w Neo Seulu. Ale uwaga, potem przez miesiąc chodziłam w szoku, bo Atlasu chmur nie ma w Bibliotece UG. Podobnie zresztą jak Sekretów urody Koreanek, ale to już jakoś zdziwiło mnie mniej.

5. Czego jeszcze nie ma w BUGu? Przewodników po Korei. Co prawda nie szukałam dokładnie w wypożyczalni (później sprawdziłam i też nie było), ale w czytelni w miejscu, gdzie są wszystkie inne przewodniki, o Korei nic nie ma. Ale ciekawostka: w Zbiorach Specjalnych jest mapa Korei Północnej.

3a, 4a, 5a. W BUGu nie ma też książki Bajecznie bogaci Azjaci, aczkolwiek to tylko pośrednio związane z licencjatem, jakoś nie brałam tej książki pod uwagę przy pisaniu. Po obejrzeniu filmu wydawało mi się, że nie ma tam postaci z Korei. Ale może się mylę. A książkę kiedyś przeczytam. Może, bo w moim mieście w bibliotece też jej nie ma.

6. Jeszcze trochę o moim szukaniu materiałów do pisania. Gdzieś pod koniec książki Korea Południowa. Republika Żywiołów autor wspomina, że jest taka pani Ewa Paszkowicz i ona napisała coś o koreańskiej fali. Tylko autor nie napisał gdzie. Może nie chciał się chwalić, bo okazało się, że to była książka pod jego redakcją. Ale mi wiele nie potrzeba, ktoś napisał o koreańskiej fali, to ja to znajdę. I tak było i okazała się to książka z pandami na okładce. A miałam nawet tego dnia, gdy kończyłam czytać Republikę Żywiołów, nie jechać do biblioteki, a pojechałam. Dlatego wolę od razu tam pracować, aby móc od razu sprawdzać źródła. 

Sama autorka wspomniała za to w swoim artykule o Marianie Brandysie i książce Dom odzyskanego dzieciństwa. I tak moja praca rozrosła się o analizę kolejnego artykułu i książki. A blog o recenzję socrealistycznej książki dla dzieci.

7. Za każdy razem Word podkreślał mi słowo koreanistyka i chciał je zastępować koranistyką.  

8. Duża część mojego pierwszego rozdziału pochodzi ze źródeł anglojęzycznych, bo po polsku o koreańskich nazwach własnych prawie nikt nie pisze. Zresztą nie tylko o nazwach własnych, ale ogólnie o samym języku również. Zdecydowanie najwięcej książek jest o Chinach, później całkiem sporo jest o Japonii i języku japońskim, a jakieś 10% pozostałych książek/artykułów dotyczy pozostałych krajów Dalekiego Wschodu.

9. Nie wiem, jak wiele godzin spędziłam przeglądając i sprawdzając stronę internetową, wytyczne i zmiany w wytycznych Komisji Standaryzacji Nazw Geograficznych poza Granicami Rzeczpospolitej Polskiej. Gdy zaczynałam pisanie, nawet nie wiedziałam, że taka komisja istnieje. Wy też pewnie nie wiedzieliście, że jest taka komisja. 

10. Przez trzy lub cztery dni skupiałam się głównie na szukaniu informacji na temat nazw własnych w Korei Północnej i spędzałam sporo czasu na przeróżnych stronach internetowych. Zaczynając od strony ambasady KRLD na Wikipedii, po jej normalną stronę internetową, po bardzo dziwne strony w języku angielskim, które szybciej wyłączałam, niż na nie wchodziłam. I naprawdę się zastanawiałam, czy takie szukanie informacji w internecie i pobierania pdfów z takich stron jest na pewno bezpieczne. 

Natomiast z samych książek, które mają nazwisko i imię, któregoś z przywódców Korei Północnej lub samą Koreę Północną w tytule/na okładce można by napisać całą osobną pracę, bo te książki stanowią wręcz osoby gatunek książki, z licznymi podgatunkami. Trochę rozważam, czy nie zająć się nimi na magisterce. 

Na pewno będzie jeszcze jeden wpis o licencjacie i jeśli macie jakieś pytania to śmiało zadawajcie! 

LOVE, M

czwartek, 11 lipca 2019

Wydawnictwa jej nienawidzą!

Hello!
Długo wahałam się, czy napisać ten wpis, bo bardzo nie chciałam zostać źle zrozumiana. Ale poszukałam trochę, poczytałam wpisy innych blogerek, znalazłam idealny tytuł (chyba już dało się zauważyć, że lubię takie zabawne youtubowo-clickbaitowe nawiązania na blogu) i oto jest wpis, w którym dzielę się moimi doświadczeniami w kontaktach z wydawnictwami.

Chciałam też przerwać dominację kinowych wpisów na blogu i uznałam, że ten wpis bardziej pasuje na dzień przed egzaminem licencjackim niż recenzja Spider-Mana.

książki, książka, książki na półce, czarno-białe książki

Po pierwsze, tytuł jest pół żartem, pół serio, bo a) będą tu pozytywne przykłady i b) mam trochę kontaktu z wydawnictwami poza blogiem. I właśnie tu muszę kilka rzeczy zaznaczyć: moje doświadczenia wiążą się z poszukiwaniem odpowiedzi, których potrzebowałam do mojego licencjatu. Pisałam już o nim tysiąc razy, nie będę tego jeszcze raz tłumaczyć (teraz, bo w przyszłości jeszcze będę). Więc są to doświadczenia jednak trochę inne niż blogerek książkowych, które piszą do wydawnictw z prośbami o książki. Przy czym dostawałam i dostaję na blogowego maila jakieś wiadomości od wydawnictw, także to naprawdę nie tak, że mnie nienawidzą. Plus, moje życie studenckie i zawodowe jest związane z wydawnictwami. 

Ogólnie jest to wpis o tym, jak według najlepszych zasad PR, wydawnictwa powinny komunikować się z interesantami oraz o tym, jak tego nie robią.

Wydawnictwo A

 

Mój ulubiony przykład. Wydawnictwo, które promuje się na takie ważne i jedyne w Polsce zajmujące się promowaniem właśnie książek związanych z tematem mojego licencjatu, a moje korespondencja z nimi wyglądała mniej więcej tak:

M: Piszę licencjat na taki i taki temat, zastanawiam się, czy Wydawnictwo A ma jakieś swoje odgórne założenia, wskazówki dla autorów, wytyczne dla redaktorów w tej kwestii. 

Wydawnictwo A: W sumie nie mamy, ale tu są dwa linki do Wikipedii, niech Pani sobie poczyta.

M: Dziękuję, ale zastanawiałam się, czy bezpośrednio w wydawnictwie są założenia/wytyczne czy każdy pisze jak chce. 

Wydawnictwo A: Każdy pisze jak chce, są błędy, ale to normalne. 

O licencjacie będę jeszcze pisała na blogu ale tu muszę dodać, że po otrzymaniu tych odpowiedzi dosłownie się załamałam i miałam kryzys. W sensie: ja się przejmuję, badam sprawę, chciałabym, aby wydawnictwa dobrze, spójnie wydawały książki, a same wydawnictwa te kwestie olewają. Jeśli śledzicie bloga, to wiecie, że naprawdę się w mój licencjat zaangażowałam. 

Wydawnictwo B


Przykład z zupełnie innej beczki. A odpowiedzi dalej brak. 

Tydzień 1 - pierwszy email, wysłany jak zwykle do prawie wszystkich osób, które znalazłam na stronie, a które mogłyby mi pomóc.
Tydzień 2 - druga wiadomość, bo na pierwszą nie było odpowiedzi. 
Tydzień 3 - napisałam do nich na Facebooku.
Tydzień 4 - napisałam do nich na Facebooku po raz kolejny, bo na poprzednią wiadomość brak odpowiedzi.
Tydzień 5 - dostałam odpowiedź na Facebooku z mailem jednej z osób, z grupy tych, do których wysyłałam już wiadomości wcześniej, ale wysłałam kolejną. Odpowiedzi nie mam do tej pory, ale już nie będę się o nią upominała. 

Wydawnictwo C


Wysłałam wiadomość. Przemiłą odpowiedź znalazłam w skrzynce po 2 dniach. Pan, który mi odpisał nie tylko wszystko mi wyjaśnił, ale jeszcze przesłał dwa pdfy. A później jeszcze odpowiedział na moją wiadomość, w której dziękowałam ze szybką i rzetelną odpowiedź, że gdybym miała jeszcze jakieś pytania to mam śmiało pisać. 

Aż mi się miło na sercu robi, gdy to opisuję, bo to była naprawdę wyjątkowa sytuacja. 

Wydawnictwo D


Tydzień 1 - pierwszy email. Zostawiony bez odpowiedzi, więc zabierałam się za pisanie drugiego. 
Tydzień 2 - wysłałam wiadomość numer 2. Na stronie wydawnictwa były podane także maile prezesa, wiceprezesa, których nie uwzględniłam na pierwszej liście odbiorców, a jedną z podpowiedzi, jakie dostałam od promotora, było to, aby jednak prezesa umieszczać i żeby do niego także ta wiadomość docierała. 

Poskutkowało. Dostałam odpowiedź następnego dnia. 

Bardzo miłą i dowiedziałam się tego, czego chciałam, aczkolwiek nigdy się nie dowiem, czy gdybym wysłała drugą wiadomość tylko do osób, do których wysłałam pierwszą, dostałabym odpowiedź.

Powinnam powtarzać materiały na "obronę", ale jeśli macie i chcecie się podzielić swoimi ciekawymi doświadczeniami z wydawnictwami to z chęcią poczytam.
Trzymajcie się, M

wtorek, 9 lipca 2019

Kinowe plany 2019 #2

Hello!
Wcale i ani trochę nie zapomniałam, że powinnam zrobić kinowe plany na drugą połowę roku. Wcale i ani trochę. To oczywiście oznacza, że zapomniałam, ale przypomniało mi się po ostatnim wpisie. I dlatego najpierw kinowe plany, a dopiero potem recenzja Far From Home. Bo głupio by było gdyby recenzja filmu była najpierw, a plan jego obejrzenia później. Takim też sposobem moje starania, aby na blogu nie pojawiały się jedna po drugiej notki z tej samej kategorii spełzły na niczym, bo będą trzy kinowe wpisy z rzędu.

Spider-Man Far From Home, Daleko od domu, Król Lew, Lion King, Toy Stroy 4

Wybrałam do listy filmy, które a) obejrzę, b) jakoś mnie interesują, ale niekoniecznie wybiorę się na nie do kina, c) mogą zainteresować Was, d) interesują i obejrzą je ludzie, których oglądam/czytam/słucham w internecie, dlatego ja nie będę musiała ich oglądać (na przykład takiego Króla Lwa). Poszczególne powody oczywiście wzajemnie się nie wykluczają.

Once Upon a Time in Hollywood, Dawno temu w Hollywood, Parasite, Joker

 

1. Spider-Man: Far From Home (Daleko od domu)

 

2. Król Lew 

 

3. Toy Story 4

 

4. Pewnego razu w Hollywood 

 

5. Parasite

 

6. Joker

 

7. Czarownica 2

 

8. Kraina Lodu 2

 

 9. Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie

 

maleficent misstress of evil czarownica frozen II Kraina lodu II Star Wars Gwiezdne wojny
Przepięknie się te plakaty złożyły!


Prawdę powiedziawszy, wygląda na to, że następnym razem do kina pójdę w grudniu. Na Spider-Manie już byłam, a oprócz Gwiezdnych Wojen chyba nic innego nie jest na tyle przekonujące, aby wybrać się na to do kina. Jestem zaskoczona, bo zwykle robiąc te listy, ubolewam, że nie będę miała czasu oglądać filmów, które się na nich znajdują, a dzisiaj wygląda na to, że nie mam się czym przejmować, bo i tak nie ma nic do zobaczenia. 

A czy Wy czekacie na jakieś filmy?
M

niedziela, 7 lipca 2019

Dlaczego nie lubię chodzić do kina w Gdańsku?

Hello!
Po moim kwietniowym prawie traumatycznym przeżyciu pójścia do kina w Gdańsku mam parę uwag, dotyczących porównania kin sieciowych i mojego kina w Ostrołęce. Punkty są pozytywne - oznaczone A i B - i negatywne - 1, 2 i 3.

miniplakaty, miniaturowe plakaty, reklama kino

Ale najpierw trochę historii: gdy wróciłam w październiku do Gdańska okazało się, że Cinema City Krewetka, czyli do tej pory najbliższe i najlepiej znane mi kino w Gdańsku, zostało zamknięte. Nie byłam tym zachwycona, bo chociaż nie chodziłam tam zbyt często, to było ono całkiem wygodne. Dopóki była Krewetka, nie za bardzo zastanawiałam się nad innymi kinowymi opcjami. Ale teraz potrzeba obejrzenia Avengers: Endgame okazała się silniejsza i trzeba było wybrać się do jakiegoś kina. Najprościej byłoby iść do Heliosa w Forum, które mam pod nosem, ale coś mnie podkusiło i sprawdziłam Multikino. Słusznie, bo bilet był tańszy, choć w dalszym ciągu w Gdańsku jest...

1. ...drogo.
Pierwszy i podstawowy powód dlaczego nie lubię chodzić do kina w Gdańsku. Za cenę biletu mogę kupić co najmniej dwa (albo i trzy, jak się okazało po zobaczeniu cen w Heliosie) bilety w kinie w Ostrołęce. I to na seanse 3D.

A. Jest wybór.
Jeszcze jakiś czas temu w Ostrołęce można było obejrzeć film w 3D z napisami. Teraz zauważyłam, że opcja ta powoli znika i tworzą się dwa standardy: 3D z dubbingiem i 2D z napisami. W Gdańsku w niektórych sieciach kin jeszcze można obejrzeć 3D z napisami. Akurat nie w Multikinie, ale w Heliosie widziałam taką opcję.

2. Okulary 3D.
W sieciówkach trzeba sobie takie kupić i nosić do kina swoje. Albo dopłacać 3 złote do każdego biletu. Nawet posiadam takie okulary, najprawdopodobniej z Cinema City, ale no właśnie Cinema City już tu nie ma, a ja zostałam z okularami. Poza tym są z marnej jakości plastiku, przekrzywiają się i odkształcają. W Ostrołęce okulary są wydawane przy wejściu na salę i trzeba je oddać wychodząc. Są też takie, że mieszczą się pod nie moje okulary korekcyjne, nie dokształcają się, ogólnie są po prostu lepsze.

B. Wielkość sal.
W Ostrołęce główna sala kinowa jest spora, ale po wejściu na nią nie ma efektu WOW, jak po wejściu na salę w Multikinie. A ja lubię efekt WOW i wolę na przykład Teatr Muzyczny w Gdyni niż Teatr Wybrzeże pod względem wielkości widowni.

3. Reklamy.
Nikt nie jest zaskoczony. Sama wiedziałam, że te reklamy będą, ale nie spodziewałam się, że aż tyle. Najpierw od 11.25 do 11.30 była autopromocja Multikina. Potem od 11.30 (o której miał się rozpocząć film) do 11.53 były reklamy. Prawie same. W tym chyba tylko 5 zwiastunów. Uwielbiam oglądać zwiastuny w kinie, ale to była męczarnia. Po prostu. Avengersi bez tego trwali trzy godziny. Naprawdę wyszłam z kina o 15.
W Ostrołęce też lecą zwiastuny i reklamy, ale na salę kinową jest się wpuszczanym mniej więcej 15-10 minut przed seansem i jeśli film ma się zacząć o 17.15, to najpóźniej zacznie się o 17.17.

Tuż po opublikowaniu tego wpisu wyruszam do kina na nowego Spider-Mana i jeśli przyjdą mi do głowy kolejne punkty albo więcej pomysłów na komplementy dla ostrołęckiego kina to na pewno powstanie na ten temat jakiś wpis. 

Trzymajcie się, M
I z chęcią poczytam o Waszych kinowych doświadczeniach!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...