środa, 22 czerwca 2022

Sympatycznie - The Good Doctor

 Hello!

Mam w życiu dwa stany. Pierwszy - gdy jestem w stanie oglądać seriale medyczne i drugi - gdy nie jestem. Zazwyczaj działało to tak, że oglądałam serial, oglądałam do czasu, aż pokazano czy powiedziano w nim coś, co mnie przestraszyło. Przy czym, jednego razu to mogło być jakieś ujęcie z sali operacyjnej (nawet gdy mogę oglądać dramy, ujęcia typu wyciąganie nerwu z nadgarstka nadwyrężają moje siły), a kolejnego jakaś tropikalna choroba, której nawet nie mogłabym mieć, ale kto wie. Sama nie wiem, co może nagle sprawić, że na 2 lata mogę zapomnieć o oglądaniu czegokolwiek medycznego.

The Good Doctor

Ostatnio nie byłam jednak zupełnie zainteresowana serialami medycznymi. Ogólnie nieszczególnie dobrze idzie mi oglądanie seriali. Aż włączyłam The Good Doctor. Tytuł obił mi się o uszy, bo to nieczęsty przypadek, gdy serial oryginalnie z Korei Południowej został zaadaptowany w Stanach. Przez chwilę rozważałam, czy nie zerknąć na pierwowzór, ale drama jest z 2013 roku, a to nie zapowiada dobrego seansu. Po dramach naprawdę widać, kiedy powstały i ile w ich powstanie włożono pieniędzy - w skrócie: bardzo źle się starzeją. 

Wracając do głównego tematu. Wiedziałam mniej więcej czego się spodziewać, ale nie sądziłam, że The Good Doctor to taki sympatyczny serial, w którym naprawdę kibicuje się głównemu bohaterowi. I chociaż miał też ogromny potencjał, aby być trudnym serialem do oglądania, skupiono się na nieco lżejszych sprawach. I teraz zdałam sobie sprawę, jak źle może być odebrane to, co napisałam, gdyż nasz główny bohater - Shaun Murphy  rezydent na oddziele chirurgii - ma autyzm. Oraz fotograficzną pamięć, stracił też brata bardzo wcześnie i zajmował się nim dyrektor szpitala, do którego właśnie przychodzi pracować. W każdym razie Shaun sobie radzi - raz lepiej, raz gorzej - gorzej szczególnie, gdy chce mu się pomagać na siłę. Ogólnie jest takim bohaterem, któremu widz naprawdę kibicuje. 

Szczególnie, że dopiero pod koniec sezonu mamy jakąś "prawdziwą" rywalizację, gdyż do zespołu dołączają dwie nowe osoby i jedną z nich jest wyjątkowo antypatyczna blondynka. Zwiększenie liczby bohaterów to jeden kłopot. Drugi - nasi podstawowi bohaterowie nie dostali zbyt wielu historii, ich wątki na trzecim planie pojawiają się i urywają, nigdy się do nich nie wraca. Ogólnie cały ten serial - pomijając głównego bohatera i dyrektora - nie grzeszy głębią i rozważaniem motywacji bohaterów. Coś pokazują, coś urywają. Znamy ich charaktery. Do czasu, aż w sumie ważnych postaci było osiem, a ja miałam ochotę przewijać sceny, gdy pokazywano akurat tę grupę, w której nie było Shaun. Także nie spodziewajcie się pogłębionej refleksji, ale ogromnych dram też nie - to bardzo sympatyczny serial do oglądania. (Pomijając to, że dzieje się w szpitalu, a w szpitalu dzieją się różne rzeczy).

Drugi sezon już bardziej przypomina typowe seriale medyczne i trudno znaleźć w nim jakiekolwiek porywy serca, czy to wobec bohaterów, czy wobec ich pacjentów. Shaun dalej ma swoje przygody w i poza szpitalem, ale bohaterowie drugoplanowi - szczególnie ci ze szpitala - potracili swoje charaktery. Gdyby kogoś to interesowało z jakiegoś powodu - w drugim sezonie jest odcinek o superzaraźliwym wirusie. Jak pisałam typowy odcinek serialu medycznego - odhaczony. 

Kłopot (tak naprawdę to nie) z tym serialem jest taki, że jak typowy by nie był i jak postaci drugoplanowe nie potraciłyby charakterów albo nie znikały na 5 do 10 odcinków bez wyjaśnienia, jest wciągający. Bardzo. A to zwykły serial medyczny. Nawet wredny nowy ordynator chirurgii mnie nie zniechęcił do oglądania, chociaż wiedziałam, że już nie będzie to ta sama rozrywka, co wcześniej. Ale nawet to szybko wraca do normy. Sezon 3 jest w większości bardzo dobry do oglądania. Oprócz ostatniego odcinka. 

Póki co na Netflixie są tylko 3 sezony więc muszę, niestety, tutaj skończyć. 

Żartowałam, przełamałam się, chciałam sprawdzić, jak bohaterowie sobie radzą z zakończeniem trzeciego sezonu, a okazało się, że czwarty zaczyna się Covidem... także poczekam cierpliwie, aż będzie na Netflixie. Ale przy okazji poczytałam trochę opinii o zakończeniu trzeciego sezonu i muszę się z nimi zgodzić - był zbyt smutny i w sumie ludzie wcale nie popierają związku Shauna z Leą. 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz mojego Instagrama!  

Pozdrawiam, M

sobota, 18 czerwca 2022

Ważne tematy i kłopotliwy styl - Mężczyźni objaśniają mi świat

 Hello!

O "Mężczyźni objaśniają mi świat" słyszałam już bardzo wiele i w końcu znalazłam okazję, aby zapoznać się z całym zbiorem tekstów. Byłam bardzo ciekawa pierwszego - tytułowego - eseju z tej książki. Chociaż słyszałam już o "objaśnianiu świata" wiele, temat wciąż jest żywy i się do niego powraca. Cieszę się, że poznałam oryginał, nie tylko wersję z internetowych anegdot. I to tyle dobrego, ile mogę o tej książce napisać.

Mężczyźni objaśniają mi świat

Tytuł: Mężczyźni objaśniają mi świat
Autorka: Rebecca Solnit
Tłumaczka: Anna Dzierzgowska
Wydawnictwo: Karakter, 2017

I to nie tyle ze względu na tematy, które podejmuje - bo to wszystko jest ważne. Nie spodziewałam się jedynie, że ten zbiór będzie się czytało tak trudno ze względu na warstwę językową. I nie wydaje mi się, aby był tu problem z tłumaczeniem, obawiam się, że te teksty są niestety takie w oryginale. Drugą rzeczą, której się obawiałam - że ze mną jest coś nie tak i czegoś w tych tekstach nie dostrzegam. Ale wygląda na to, że wiele osób ma problem z językiem, stylem autorki.  

Czytałam te eseje wyrywkowo, czytanie ich jeden po drugim męczy jeszcze bardziej. Teksty powstawały na przestrzeni kilku lat. Przypuszczalnie z tego powodu - oraz dlatego że odnoszą się do aktualnych w tamtych momentach wydarzeń - są bardzo nierówne. Poza tym są sprawy, o których wiedziałam wcześniej, czytałam inne opracowania, widziałam filmy dokumentalne i perspektywa autorki w tym momencie okazuje się nieszczególnie ciekawa czy przełomowa. Ale trudno powiedzieć, czy nie była w momencie, gdy eseje ukazywały się w oryginale. Pewnie była. Czas naprawdę działa na niekorzyść tego zbioru. Poza tym momentami nie wiedziałam, dlaczego autorka sili się na ubieranie opisywanych sytuacji w wielkie słowa i hasła ideologiczne - skoro niektóre sprawy (przemoc w różnych formach na przykład) nie docierają do społeczeństwa przekazywane najłatwiej, jak tylko się da te sprawy wyjaśnić.

Inna rzecz - wiem, że czasami należy i jest to potrzebne i otwierające oczy, aby pewne wydawałoby się oczywiste, ale niekoniecznie opisane rzeczy, wyciągnąć na światło dzienne. Ale mam wrażenie, że nie wiem, do kogo ta książka jest kierowana. Albo inaczej - wolałabym poczytać coś z perspektywy europejskiej. Albo nieamerykańskiej. 

A jednocześnie - czytałam tę książkę mniej więcej w tym samym czasie, gdy mediami wstrząsała historia Gabby Petito i naprawdę trudno nie było odnieść wrażenia, że policjanci woleli rozmawiać i wziąć stronę narzeczonego blogerki, który wydawał się spokojny i elokwentny, niż wyraźnie roztrzęsionej dziewczyny... 

Ogólnie zanim sięgniecie po tę książkę zapoznajcie się z jej recenzjami na Lubimy Czytać, bo recenzenci naprawdę celnie punktują ten zbiór. Trochę żałuję, że sama zrobiłam to dopiero zaniepokojona stylem autorki, bo uniknęłabym zdziwienia. 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz mojego Instagrama!  

Pozdrawiam, M

środa, 15 czerwca 2022

Minirezencje totalnie przypadkowych kosmetyków 2

Hello!

Gdy w 2020 siedziałam w domu i trochę mi się nudziło napisałam wpis Minirecenzje totalnie przypadkowych kosmetyków. A ponieważ mam znaną tendencję do robienia kolejnych części wszelkich możliwych wpisów - oto znowu polecam i ostrzegam!

Minirezencje totalnie przypadkowych kosmetyków 2

Natura Siberica, Oblepikha C-Berrica Professional, Vitamin C Energy Face Serum (Energizujące serum do twarzy z wit.C)

Pierwsze i największe zaskoczenie - jest w plastiku. To pierwsze serum z witaminą C, z którym miałam styczność i które jest w plastikowej buteleczce. Nie podoba mi się to na wielu płaszczyznach. Co do działania - drugie zaskoczenie przy nakładaniu pojawia się pianka, co jest nieco dziwne, ale sprawdziłam i nie powinno być niepokojące. Skuteczność: to chyba było pierwsze serum, którego działanie jakoś się utrzymywało i widać było różnicę, ale raczej w ogólnym rozświetleniu skóry niż w redukcji przebarwień a na tym najbardziej mi zależy.

Podsumowując: będę szukała dalej. 

Skin Academy, Zero, 100% Natural Eye Cream (Krem pod oczy)

Niby to krem pod oczy, ale najlepiej sprawdza się jako... maska do twarzy na noc. Stosowałam dwa razy w tygodniu i uwielbiam działanie tego kremu.

Przy czym nie jest on zbyt tani, mi udało się go upolować na ogromnej wyprzedaży i jeśli nie spotykam go na kolejnej to raczej nie kupię. Ale kusi mnie też wypróbowanie innych kosmetyków z tej firmy. 

Nacomi, Magic Dust, Cleansing Powder Acne-Fighting (Pyłek oczyszczająco-przeciwtrądzikowy)

Początkowo byłam sceptyczna, bo obawiałam się, jak będzie z wydajnością tego cuda. Niepotrzebnie, bo wydajność ma jak każdy żel, którego używałam. Przy czym, gdy pyłek już się kończył i było go niewiele, miał tendencję do zbijania się w kulki i to było nieco niepokojące. Trzymałam go z daleka od wszelkiej wilgoci, ale coś musiało się dostać. Inna sprawa: pyłek teoretycznie powinien zmienić formę na żelową pod wpływem wody - i zasadniczo to robi, ale malusieńkie ziarenka są wyczuwalne, więc ma on działanie też nieco peelinujące. A nie wiem, czy każdy chciałby robić peeling dwa razy dziennie, wydaje się, że to nieco za dużo ścierania skóry. Ogólnie jest jednak bardzo przyjemny do używania. 

Bioliq, Clean, Oczyszczający żel do mycia twarzy ze szczoteczką 

Pominę to, że szczoteczka odpadła po dwóch czy trzech próbach użycia i ogólnie była nieco zbyt mocna i ścierająca, aby jej używać. I opakowanie jest wybitnie nieporęczne. Sam żel jest bardzo, bardzo delikatny. Bardzo. Tak bardzo, że gdy zaczęłam używać innego, to zdziwiłam się, że żel może jednak coś zmieniać na skórze i dawać jakiś efekt. Przy czym to nie tak, że nie oczyszczał. Robił swoje, ale bez efektu wow. Jest po prostu bardzo neutralny. 

Bielenda, Eco Sorbet, nawilżająco-kojący, malinowy 

Nie jest zły, efektu kojącego nie zauważyłam. Jego największy problem to wydajność, bo po jednym nałożeniu nie czułam prawie różnicy na skórze i musiałam go dokładać. Ogólnie to malutki krem w wielkim słoiczku.

Nacomi next lvl, Vitamin C 15%

Znowu witamina C w plastiku, ale po pierwsze - jest dużo wydajniejsza niż pierwsze serum, o którym pisałam, po drugie - to buteleczka z pompką nie pipetą, po trzecie - nie była przezroczysta. Co do działania - nie było spektakularne, ale mam wrażenie, że w końcu miesiące używania witaminy C się kumulują i jakąś różnicę widać. Jeśli nie zdecydują się na wypróbowanie retinolu to kupię kolejne opakowanie. 

ARGANOVE, naturalne mydło w kostce z czarnuszką 

NIE KUPUJCIE TEGO! Jedyna czynność, do której to mydło się nadaje to peeling stóp. Trzymajcie to z daleka od swojej twarzy! 

NIUQI, odżywka regenerująca + vegan oliwka

Nie planowałam tego kupować, nie miałam żadnych oczekiwań wobec rezultatów, a okazuje się, że ta odżywka to najlepsza odżywka do paznokci, jakiej używałam. W formie lakieru. Moje paznokcie są dosłownie stalowe, ale odżywka nie wżera się w płytkę, ale także nie odchodzi i nie łuszczy się, a paznokcie są niesamowicie błyszczące. Zakup roku po prostu. 

Oliwka jest całkiem skoro, chociaż niemiłosiernie śmierdzi. Lakier zresztą trochę też. 

REGENERUM, regeneracyjne serum do paznokci

Zużyłam w życiu chyba z osiem, jeśli nie więcej tubeczek tego serum, jest najlepsze na świecie. Przy czym - no właśnie to serum. Lakier z tej serii niekoniecznie mi podszedł, dlatego tak ucieszyłam się z odkrycie NIUQI.

REGENERUM, serum do rzęs 

Jest super i poświadczam działanie, przy regularnym stosowaniu naprawdę widać ogromną różnicę. 

LIRENE, Eco krem-maska naprawcza, na noc

Po pierwsze - dziwnie pachnie. Po drugie - jak na maskę, na której jest napisane, żeby zmyć nadmiar rano, jest mało maskowa. Dosłownie wchłania się szybciej, niż mój krem na dzień. Do tego stopnia, że nakładałam dwie warstwy, bo miałam wrażenie, że pierwsza zamiast odżywiać i naprawiać - wysusza mi skórę. 

Soraya, Kombucha, nawilżający krem na dzień 

Zużyłam dwa (teraz to już nawet 3), dobrze sprawdził się w zastępstwie mojego ulubionego kremu. Przy czym, nie zawsze, ale czasami po nałożeniu czułam coś dziwnego na skórze, szczególnie wieczorami. Ogromny plus za to, że sprzedawany jest w kartoniku, który rzeczywiście ma rozmiar słoiczka (plastikowego...) i nie płaci się za powietrze! Ma też 75 ml, jest całkiem wydajny. Ale nie lubię, bardzo nie lubię słoiczków, wolę opakowania z pompkami. 

Bielenda Good skin hydra

Gdy skończył mi się kombucha krem, chciałam wrócić do malwowego kremu Lirene, ale go nie było (i dalej go nigdzie nie widzę). Nie było też kombucha kremu. A ten nawilżający Good skin wyglądał okej i był w promocji. To krem w tubce, co jest dziwne, bo chyba marka chce go promować jako jakąś apteczną formułę i jak maść, ale to nic. Większym problemem jest to, że w kartoniku, w którym się ten krem kupuje, zmieściłby się dwie tubki. To powinno być nielegalne. Marnuje się papier, marnuje się miejsce. A krem jak krem, jest nawet dobry. Lepszy niż ten opisywany wyżej.

Lovely Classic Nail Polish

Miałam go w ciemnoniebieskim kolorze. Nie kupujcie, chyba że macie jakieś sprawdzone sztuczki, aby wysechł. Gdyż on nie wysycha. Nawet gdy się wydaje, że to zrobił. W ogóle nie zgrywa się z płytką paznokcia. Tworzy taką dziwą warstwę, która się porusza i na której wszystko się odciska. Wzór pościeli po nocy, nawet gdy pomalowałaś paznokcie rano i byłaś pewna, że lakier wysechł? Proszę bardzo. Ślady przypadkowo odciśniętych linii papilarnych - proszę bardzo, specjalista od kryminalistyki jeszcze podziękuje. Zapomniałam wspomnieć, że jak na tak ciemny kolor, to lakier jest bardzo przejrzysty, więc... warstwy. Kilka warstw lakieru, który nie schnie. Nie polecam. 

Catrice Galactic Glow 07

Kocham go. Jest piękny. I chociaż ma być przejrzysty (bądź półprzejrzysty), jest lekko niebieski. Na czarnym lakierze wygląda bosko, na ciemnozielonym/butelkowym - przepięknie, oczywiście sprawdza się na granatowym, ale to akurat nie jest moje ulubione połączenie. Interent mówi, że jest jeszcze biała/półprzezroczysta jasna wersja, ale kosztuje dwa razy więcej, w każdym razie ją też bym wypróbowała. 

Skin79 Magic Return Cream 

Skusiłam się marketingiem i się oparzyłam. Całkiem dosłownie. Krem reklamowany jest jako przynoszący ulgę, kojący, nawilżający, zapobiegający czerwienieniu. Dupa a nie krem. Przy nałożeniu jest miły i początkowo myślałam, że nieźle się sprawdza. Dopóki nie zobaczyłam, jak niesamowicie czerwona się zrobiłam. Nie żeby piekło czy coś, nie. Ale byłam czerwona. A kupiłam go głównie, aby czerwoną nie być. 

Sensique puder ryżowy Matte & Fix Rice Powder

Ogólnie to puder jak puder - używałam lepszych ALE on się nie kończy. Miałam go chyba 3 lata i nie powiem pod koniec już kusiło mnie, aby resztkę wyrzucić. To najbardziej wydajny puder, jaki miałam.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz mojego Instagrama!  

PS Jestem ostatnio BARDZO zajęta (deadline wyczerpującego projektu w przyszłym tygodniu!), ale czytam Wasze komentarze i zaglądam na Wasze blogi, nawet jeśli nie zostawiam komentarzy. Pomijam to, że ogólnie z komentowaniem są ostatnio problemy i na niektórych blogach nawet nie jestem w stanie nic napisać, ale wiem też, że nie tylko mnie te kłopoty dotyczą.   

LOVE, M 

sobota, 11 czerwca 2022

Ulubione piosenki z dram #5

Hello!

Do tej pory wpisy o piosenkach z dram pojawiały się raz do roku, ale muszę chyba nieco wyrównać tempo oglądania dram czy poznawania piosenek z nich z publikacją wpisów!

Napiszę to jeszcze raz wyraźnie: nie widziałam wszystkich dram, z których pochodzą wspominane w tym wpisie piosenki. Na część utworów wpadłam przypadkiem, część wykonywana jest przez artystów, których lubię.

Alone - JUNNY

1. We're Already - Kim Museum
drama: Nevertheless

Poprzedni wpis zakończyłam dramą, która miała lepsze piosenki niż fabułę i dzisiejszy zaczynam dramą, która w sumie nie ma fabuły, ma za to świetny OST i jest to niesławne Nevertheless

Nawet trochę szkoda, że taka ładna piosenka jak We're Already została wykorzystana w takiej dramie. Ogólnie to ciekawy utwór, bo właśnie wydaje się taki ładny, nawet łagodny, ale jest w nim coś chropowatego. 

Także piosenka Sama Kima Love Me Like That zasługuje na uwagę. Szczególnie jeśli ktoś lubi śpiewać (ja!), bo jest po angielsku i super na karaoke. 

2. Alone - JUNNY
drama: The Witch's Dinner

Są piosenki z dram, które mi się podobają, są to dobre piosenki, przyjemnie się ich słucha i chciałabym, aby więcej osób się o nich dowiedziało. Ale są także zupełnie niesamowite piosenki, które porywają od pierwszych sekund i o których wiedzieć powinni wszyscy. I taką jest Alone. Nie pamiętam, kiedy ostatnio piosenka z dramy zrobiła na mnie takie wrażenie, jakie zrobiło na mnie Alone, gdy usłyszałam je po raz pierwszy. To niesamowity utwór, koniecznie posłuchajcie, jeśli jeszcze nie znacie. I jest po angielsku. Naprawdę nie mam pojęcia, co ta piosenka ma w sobie, ale wyzwala w człowieku przeróżne emocje. 

To jest jedna z najlepszych piosenek z dram, jaką słyszałam i nie piszę tego lekko.

3. You Are My Star - Woosung
drama: IDOL: The Coup

Można by twierdzić, że cokolwiek zaśpiewa Woosung, to mi się spodoba i nie byłoby to dalekie od prawdy. Aczkolwiek - droga tej piosenki na tę listę wcale nie była prosta. You Are My Star - przy pierwszym odsłuchaniu nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenia. Siłą tej piosenki okazało się, że o niej pamiętałam. To znaczy - kilka dni po przesłuchaniu, złapałam się na tym, że nuciłam i "śpiewałam" jej słowa. Zajęło mi moment, aby skojarzyć, co ja w ogóle nucę, ale gdy już sobie przypomniałam, musiałam uznać, że You Are My Star ma coś w sobie i trafiła na listę. 

4. Pray for Me - VICTON
drama: One Ordinary Day

Zobaczyłam tytuł tej piosenki i od razu czułam, że będzie ona w moim guście. Niekiedy - szczególnie przy OST z dram - tytuł piosenki może mówić o niej bardzo dużo. I tak było w tym przypadku. I chociaż zdawać by się mogło, że będzie to ballada - nic bardziej mylnego! Nie w przypadku dram i szczególnie nie w przypadku tej dramy - chociaż słowa i muzyka tego utworu nieco grają na oczekiwaniach i gatunkach. W każdym razie - muzycznie to nieco cięższa piosenka, ale słowa odnoszą się dość bezpośrednio do dramy i pragnienia bycia uwolnionym. Powiedziałabym, że to dość przewrotny utwór.

5. Ha Hyunsang - Becoming the Wind
drama: Mr. Sunshine

To pewne (ogromne!) niedopatrzenie z mojej strony, ale też wynik tego, że po obejrzeniu Mr. Sunshine do tej dramy trudno się wraca, a chyba przy pierwszym zetknięciu z utworami z dramy nie zwróciłam na nie szczególnej uwagi. A do Becoming the Wind wracam może nie bardzo często, ale zdecydowanie regularnie. 

Stranger Park Wona z tej dramy także zasługuje na uwagę - to też dziwne, że nie wspominałam wcześniej o tym utworze. A jeśli ktoś lubi mniej dramowe piosenki z dram to polecam Shine Your Star. Nie polecam za to słuchania albumu z piosenkami ze ścieżką dźwiękową na raz - szczególnie jeśli czujecie się jakoś emocjonalnie związane z tą dramą. 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz mojego Instagrama!   

LOVE, M

środa, 8 czerwca 2022

O ludziach i samolotach - Top Gun: Maverick

 Hello!

Zdecydowanie lubię narzekać i czepiać się szczegółów, ale czasami niewiele wystarczy mi do szczęścia - na przykład możliwość obejrzenia filmu o samolotach w kinie.

Top Gun: Maverick recenzja

Mam tu oczywiście na myśli film Top Gun: Maverick. Podkreślę to jeszcze raz - jeśli chcecie obejrzeć ten film to koniecznie idźcie do kina (tylko przygotujecie się, że będzie głośno - a już szczególnie na samym jego początku!), bo chociaż jestem pewna, że ten film sprawdzi się oglądany na telewizorze, to doświadczenie go w kinie jest nieporównywalne. Pewnie więcej niż połowa tego filmu polega na lataniu odrzutowcami i trzeba to przeżyć!

Wydaje mi się też, że spokojnie można iść na ten film z mglistym pojęciem, o czym była część pierwsza. Oglądałam dawno temu i pamiętam, że mi się podobała - ale szczegółów prawie żadnych. I w sumie miałam wątpliwość tylko co do jednej informacji: czy była ona wcześniej znana, czy jej ujawnienie było osią konfliktu tego konkretnego filmu. 

A o czym Top Gun: Maverick opowiada dokładnie? Do wykonania jest supertajna misja wojskowa polegająca na wysadzeniu bunkra, gdzie może być wzbogacany uran. Oczywiście bunkier jest pod ziemią w głębokiej i wąskiej dolinie otoczonej stromymi i wysokimi górami. (Jak mi się to bardzo kojarzyło z Gwiezdnymi wojnami i strzałem w Gwiazdę Śmierci!) Misja niebezpośrednio, ale jednocześnie bardzo obrazowo, jest portretowana jako zasadniczo samobójcza. Główny bohater dostaje za zadanie - wcale nie polecenie tej misji - ale wyszkolenie i wybranie szóstki najlepszych z najlepszych pilotów do jej wykonania. 

Jeśli dobrze kojarzę tych potencjalnych pilotów jest dwunastka lub dziesiątka, ale praktycznie od razu wiadomo, kto będzie leciał. W każdym razie lepiej nie dać się zwieść, że postaci na drugim planie są ciekawe lub rozbudowane, bo nie są. Choć przynajmniej jedna być powinna, ale jej charakter składa się główne z bycia wkurzonym i nieco zbyt konserwatywnym w swoich decyzjach dotyczących sterowania odrzutowcem. Nie bez powodu ten film ma podtytuł Maverick - bo jest po prostu o tym bohaterze, a wszyscy dookoła niego tylko pomagają mu pójść do przodu. W pewnym sensie... emocjonalnie, ale niekoniecznie w aspekcie kariery. 

Czy ten film jest przewidywalny, czy stosuje subtelne zapowiedzi tego, co będzie ważne w jego kolejnych minutach? Powiedziałabym, że i jedno i drugie - to taka satysfakcjonująca przewidywalność. Taka sprawiająca, że historia jest bardzo spójna. I to też nie tak, że w ogóle zaskakujące rzeczy się w tym filmie nie dzieją - dzieją. Szczególnie w trzecim akcie i pod sam jego koniec. Który przyznaję, był nieco rozciągnięty i mógł być nieco krótszy, ale nie będę narzekała, bo dali więcej latania odrzutowcami. 

Co jeszcze rzuciło mi się w oczy - ładne i ciekawe kadry, gdy w pewnym sensie zupełnie nie musiałby takie być, a ustawienie i cała inscenizacja scen była taka artystyczna. A z drugiej strony, gdy ten film jest zabawny to jest naprawdę zabawny - aż się cała sala kinowa śmiała. I jest bardzo naturalny w tej swojej zabawności, chyba pokazując też to, że nie trzeba go brać bardzo poważnie. A jednocześnie mam poczucie, że oglądanie w wielu momentach bardzo rozemocjonowanego Toma Cruise'a na ekranie możne dla wielu osób w jakiś sposób ważne.

W tym akapicie będzie trochę spoiler. Gdy nasz główny bohater uczył swoich studentów, jak przelecieć kanion, to tylko ich obserwował (lub latał, głównie im przeszkadzając), a ja zastanawiałam się, dlaczego on pierwszy sam nie poleciał i nie pokazał, jak to zrobić. Okazało się, że zostało to zachowane na wielki moment i powód dlaczego to jednak on poprowadzi tę misję. W każdym razie nie wiem, czy mi się wydawało, czy naprawdę było to tak specjalnie zrobione, ale różnica w sposobie nakręcenia pilotowania (czy samego pilotowania powiedzmy) pomiędzy głównym bohaterem a studentami była ogromna! Nie bez powodu studenci nie mogli tego przelecieć - szarpali odrzutowcami i ogólnie brakowało im płynności. Symulowany przelot Mavericka jest taki gładki! 

Sądząc po wynikach box office tego filmu - nikogo nie trzeba szczególnie przekonywać, aby poszedł do kina - ba jestem pewna, że ludzie chodzą na niego więcej niż raz i sama też bardzo poważnie rozważam, czy tego nie zrobić!

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz mojego Instagrama!    

LOVE, M

sobota, 4 czerwca 2022

Wspomnienie o przeszłości Ziemi [Problem trzech ciał, Ciemny las, Koniec śmierci]

Hello!

Książka Problem trzech ciał patrzyła na mnie z bibliotecznej półki za każdym razem, gdy przestępowałam przez próg tego przybytku. Głównie dlatego, że akurat znajdowała się na półce położnej dokładnie naprzeciwko wejścia, ale nie zmienia to  faktu, że za każdym razem zwracała moją uwagę, ale ja za każdym razem byłam sceptyczna. Gdy jednak już zdecydowała się na wypożyczenie to przepadłam - do tego stopnia, że kupiłam e-booki kolejnych części, bo tak bardzo chciałam się dowiedzieć co będzie dalej! Dzisiaj na blogu recenzja zbiorcza trylogii pod tytułem Wspomnienie o przeszłości Ziemi!

Wspomnienie o przeszłości Ziemi

Tytuł: Problem trzech ciał
Autor: Cixin Liu
Tłumacz: Andrzej Jankowski
Wydawnictwo: Rebis

Tajny chiński projekt z czasów Mao przynosi przerażające konsekwencje kilkadziesiąt lat później. Początek XXI wieku - po serii samobójstw wybitnych fizyków śledztwo prowadzi do tajemniczej sieciowej gry Trzy ciała, której celem jest uratowanie mieszkańców planety zagrożonej oddziaływaniem grawitacyjnym trzech słońc. Świat tej gry nie jest jednak fikcją...

Trzeba przyznać, że blurb Problemu trzech ciał wyjaśnia idealnie tyle, aby nie być tak bardzo skonfundowanym, jak ja byłam w trakcje czytania, ale wciąż - ta książka to jedna wielka konfuzja, a im bliżej końca, tym bardziej czyta się ją ze szczęką na podłodze. W Problemie trzech ciał dzieje się wiele niewyjaśnionych rzeczy, ale nawet gdy są wyjaśnione - na dobrą sprawę to niewiele pomaga w ogarnięciu świata przedstawionego, bo gatunek tej książki to fantastyka naukowa. 

Ponadto można odnieść wrażenie, że to właśnie nauka jest ważniejszym bohaterem tej książki (co potwierdza autor w posłowiu) niż nasi prawdziwi bohaterowie. Zasadniczo mamy główną dwójkę - naukowczynię z Bazy Czerwony Brzeg oraz naukowca od nanomateriałów. Naukowczyni przestała przejmować się światem, naukowiec jest głównie zestresowany tym, co widzi i co mu się przytrafia - oboje jednak na razie nie mają zbyt wiele charakteru. Najwięcej ma go zdegradowany wojskowy, obecnie oficer  policji - jest nieprzyjemny, konkretny a przez to - porażający w swoich pomysłach. Przez karty książki przewija się wiele postaci, ale w większości nie mają one dużych ról do odegrania. Co ciekawe - opisanie fabuły tej książki jest trudne, więc nie trzeba martwić się o spoilery.

Dawno nie wciągnęłam się tak bardzo w jakąś książkę i miałam z tego powodu lekki problem - w bibliotece była tylko pierwsza część trylogii. Więc dzień po skończeniu Problemu trzech ciał zaczęłam przeszukiwać internet w poszukiwaniu e-booków kolejnych części. W życiu kupiłam trzy e-booki. Dwa z nich to Ciemny las i Koniec śmierci.

Ciemny las

Jest to niezwykłe, jak daleką drogę przebywa czytelnik od początku Problemu trzech ciał do końca Ciemnego lasu. Oraz jak początek i koniec Ciemnego lasu się ze sobą łączą. Rozumiem też chyba dlatego Ciemny las ma lepsze oceny niż Problem trzech ciał. Ale po kolei. 

Na początku Ciemnego lasu stykamy się z pytaniami o to, jak ludzkość reaguje na zagrożenie z kosmosu i czy przypadkiem nie będzie go ignorować (byłam tuż po seansie Don't Look Up i początek Ciemnego lasu zaskakująco dobrze zgrywa się z tym filmem - pod pewnymi względami). Ludzkość ma na ten temat różne pomysły i odpowiedzi - wiarę w zwycięstwo, niewiarę, wiarę ukrywaną, wiarę wmówioną, niewiarę wgraną w mózg. I oczywiście pomysły, aby zwinąć się na statkach kosmicznych i uciekać z Układu Słonecznego. Jednak głównym pomysłem ludzkości na przetrwanie są Wpatrujący się w Ścianę - ludzie, którzy mają opracować plany strategiczne bitwy z kosmicznym zagrożeniem i nikomu ich nie zdradzić, nie odezwać się słówkiem, ba - robić wszystko, aby zmylić przeciwnika, który podsłuchuje Ziemię. Naszym głównym bohaterem jest właśnie jeden z Wpatrujących.

Na przestrzeni Ciemnego lasu mija około dwustu lat - i ja tak się czuję, gdy przypominam sobie, jakie wątki były poruszane na początku książki. Bo chociaż wszystko jest w miarę spójne, to znaczy prowadzi historię naprzód, to wątki w tej książce mają tendencję do przecinania się czasami  tylko pośrednio. W czytaniu takie rozbicie mi nie przeszkadza, ale wiem, że są ludzie, dla których spójność jest dużo istotniejsza niż dla mnie. W skrócie na kartach książki - około 420 - bardzo wiele się dzieje. Bardzo wiele. Fabuła często zmierza w zaskakujących kierunkach i mam wrażenie, że próby zgadywania w jakich spełzną na niczym. Bohaterowie książki zdają się być pisani nieco jak postaci historyczne w powieści. Pojawiają się na jej kartach, bo mają swoje role do odegrania - a co będzie później, to sprawa historii właśnie.

Ciemny las to wciągająca i fascynująca książka, dająca do myślenia na wielu poziomach, momentami zaskakująco zabawna (ale raczej w pierwszej i drugiej części, część Ciemny las jest inna od dwóch pierwszych)... i taka ludzka. Ze wszystkimi dobrymi i mrocznymi konotacjami tego stwierdzenia. Ponadto czytelnik wie nieco więcej niż wszyscy (aktualnie żyjący...) bohaterowie książki i wie, że w słowniku Trisolarian dobro i piękno zupełnie nie idą w parze i są oni dość okrutną cywilizacją, więc czytanie końcówki Ciemnego lasu jest smutne i przerażające. 

Koniec śmierci

Gdy tylko zobaczyłam tytuł trzeciego tomu trylogii, intensywnie zastanawiałam się, jakiego rodzaju to spoiler. Okazuje się, że mniejszego niż sądziłam. 

Koniec śmierci czytało mi się lepiej niż Ciemny las, ale Ciemny las podobał mi się ogólnie dużo bardziej niż Koniec śmierci. Można to wyjaśnić kilkoma rzeczami: krótszymi rozdziałami trzeciej części trylogii, tym, że nieszczególnie lubiłam główną bohaterkę, przyzwyczajeniem do tego, że fabuła skręcała w dziwne miejsca. I to w pewien sposób jest najbardziej rozczarowujące - szczególnie w drugiej połowie lektury. Gdy autor wybiera niejako prostsze, ale bardziej okrutne rozwiązania fabularne. Autora nic nie ogranicza, mógł sprawić, że jego ludzie będą w stanie zrobić wiele rzeczy, ale jakoś dziwnie uparcie - jak na tę serię - trzyma się wizji naiwnego rodzaju ludzkiego. 

Końcowi śmierci nie służy też skupienie się na postaci głównej bohaterki książki i uczynienie z niej najbardziej ludzkiego (w znaczeniu opiekuńczego i opowiadającego się za życiem) bohatera całej trylogii. Powiedzmy, że portrety psychologiczne to nie jest mocna strona autora, narracja trzecioosobowa w tym nie pomaga. Brakuje w Końcu śmierci innych bohaterów i punktów widzenia - szczególnie, że książka ma ponad 600 stron! I koło 450-500 zaczyna być dość męcząca i człowiek naprawdę chce, aby już się skończyła. 

Co do zakończenia - mam wrażenie, że jakaś pierwotna wersja Końca śmierci kończyła się inaczej. Dla mnie ta książka ma niejako dwa zakończenia i nie chciałabym spoilerować. Ale pierwsze jest naprawdę smutne - przy czym mam wrażenie, że bardziej dla Yun Tianminga niż dla bohaterki. To zakończenie jest wręcz tragiczne i jako czytelnik naprawdę poczułam, że książka wyrywa mi serce i łamie je na tysiąc kawałków. Natomiast to, co dzieje się później (poza romantycznym gestem) jest rozczarowujące. Powinno robić wrażenie, ale nie robi.

Obiektywnie w Końcu śmierci mija więcej czasu, niż w Ciemnym lesie, ale Koniec śmierci jest książką bardziej spójną. Ma też zaskakujące wstawki, które wykładają kawa na ławę niektóre aspekty świata przedstawionego i było to nieco dziwne - cześć rzeczy czytelnik wiedział z poprzednich części, niektóre wyjaśnienia wydawały się nadmiarowe, bo nie było potrzeby, aby to wiedzieć; inne byłyby jasne po przeczytaniu kilku rozdziałów. Zastanawiam się, czy one nie zostały dodane, bo poprzedniej książki były krytykowane za braki takich wyjaśnień. Moim zdaniem niepotrzebne, bo odbierały nieco ciekawości czytania. Ciemny las zrobił na mnie dużo większe wrażenie niż Koniec śmierci. Chyba nieczęsto się zdarza, aby to druga część była najlepszą trylogii. 

Podsumowując, po trylogię Wspomnienie o przeszłości Ziemi zdecydowanie warto sięgnąć. Żałuję, że zdecydowałam się na to tak późno. Na pewno dobrze jest też czytać książki jedna po drugiej - aby docenić skalę całego przedsięwzięcia. 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz mojego Instagrama!   

LOVE, M

środa, 1 czerwca 2022

Przytłaczające - Tomorrow

 Hello!

Uwielbiam produkty kultury o aniołach, grim reaperach i innych tego typu nadprzyrodzonych stworzeniach i byłam bardzo zainteresowana dramą Tomorrow, ale zostałam odrobinę oszukana. 

Plakat k-dramy Tomorrow

To znaczy wynikało to z mojego niedopatrzenia i niedoczytania dokładnie, czym bohaterowie tej dramy będą się zajmować - ponieważ śledzimy losy drużyny grim reaperów odpowiedzialnych za to, aby ludzie się nie zabijali. Myślałam, że będzie to nieco bardziej rozrywkowa drama, a mamy tu zapobieganie samobójstwom i wiele, wiele poważnych tematów. 

Cieszyłam się, że na Netflixie wychodzą tylko po dwa odcinki tygodniowo, bo obejrzenie tej dramy na raz mogłoby być nadmiernie przytłaczające. W sumie to nie mogłoby - byłoby na pewno. Przed pierwszym odcinkiem pojawia się informacja o zawartości dramy i aby uważać ze względu na poruszane w niej treści, ale oddzielne ostrzeżenia powinny pojawiać się chyba także przed poszczególnymi odcinkami - w jednym na przykład bohaterka zmaga się z zaburzeniem odżywiania, a cały epizod ogólnie dotyczy postrzegania własnego ciała i komentarzy ludzi na ten temat. Inny - praktycznie porwania i molestowania seksualnego. Pojawia się nękanie i prześladowanie, tak w szkole, jak i online.

Zwykle jeden odcinek opowiada jedną historię, a ponadto poznajemy powoli naszych tajemniczych głównych bohaterów. Poza Choi Jun-woongiem (granym przez Rowoona) - on nie jest tajemniczy, to otwarta księga. W wyniku wypadku zostaje pół grim reaperem i dołącza do zespołu zarządzania kryzysami. Jego oczami poznajemy świat przedstawiony i zasady jego działania, a ponieważ zasadniczo jest jednak człowiekiem - ma też bardzo ludzkie odruchy. Oglądanie początkowych odcinków Tomorrow było trochę niekomfortowe ze względu na metody wykorzystywane przez starszych grim reaperów. Później drużyna zaczyna się na szczęście docierać. Teamem - któremu notabene grozi rozwiązanie - zarządza różowowłosa Koo Ryeon (Kim Hee-su) z piekła. Jej jedynym pracownikiem jest wychodzący zawsze o czasie Lim Ryung-gu (Yoon Ji-on). I muszę przyznać, że przez kilka pierwszych odcinków to, dlaczego on zawsze jest taki punktualny i dlaczego Ryeon tak to szanuje, intrygowało mnie chyba bardziej niż cała reszta fabuły. Poza tym mamy jeszcze Parka Joong-gila (Lee Soo-hyuk) - zajmującego się i dowodzącego drużyną grim reaperów bezpośrednio odpowiadających za odprowadzanie dusz do zaświatów. On i Ryeon mają skomplikowaną relację obecnie, a wygląda na to, że jeszcze bardziej skomplikowaną historię. 

Docieranie się bohaterów i rozwój ich relacji to zdecydowanie najlepszy element Tomorrow!

Jak pisałam, Tomorrow jest naprawdę bardzo przytłaczającą dramą do oglądania. Niektóre historie są do bólu i szpiku kości, jak okropne prawdziwe historie, o których się czyta i ciarki człowieka przechodzą po plecach - na przykład te dwa dotyczące molestowania, gdy chłopak dostał zaledwie dwa lata w zawieszeniu, a dziewczyna nie chce apelować wyroku i jeszcze czuje się winna. Człowiek czuje totalną frustrację i bezsilności i muszę przyznać, że przepłakałam cały odcinek. (Skojarzył mi się to z takim dokumentem, który widziałam jakiś czas temu i nie pamiętam tytułu, o tym, jak ukrywano to, czego dopuszczali się młodzi sportowcy w Stanach i chciano uciszać ofiary, aby nie zniszczyć im karier w drużynach uniwersyteckich). 

Kłopot z tą dramą jest tylko taki, że nie da się rozwiązać problemów, które ona porusza. To znaczy dotyka ona wielu tematów, którym tylko zmiany systemowe oraz zmiany myślenia/mentalności pomogą. To ważne, aby o tym wszystkim mówić, ale bez dalszych kroków, niewiele z tego może wynikać.

Poza tym fizycznie - nie da się tego zrobić w godzinnym odcinku. A na takim duchowym poziomie, do którego drama się odnosi, też może być trudno. Lub prościej - psychologicznym. To jest ogromnie ważne, że bohaterowie rozmawiają, przekonują się, dochodzą wspólnie do różnych wniosków - ale to wszystko pokazane jest zbyt prosto. I w samej dramie trochę o tym wiedzą ("Skoro jedną rozmową można przekonać kogoś, aby się nie zabijał, to chyba nie jest to aż tak poważne?", "Ale może wcześniej ta osoba nie miała z kim porozmawiać i dlatego to wystarczy"), ale wciąż bardzo w niej brakuje specjalistów - psychologów, psychiatrów, terapeutów lub jakiejś sugestii, że bohaterowie odcinków mają dalej jakąś pomoc. I tak odwiedzenie ich od pomysłu zabicie się jest bardzo ważne, ale oni wszyscy potrzebują długotrwałego wsparcia. 

Wracając do fabuły - grim reaperzy są także mściwymi wyznacznikami sprawiedliwości społecznej. Chyba po to, aby zaspokoić rządzę krwi widzów. Jeśli nie można jej dostać w rzeczywistości, to można chociaż w dramie.  

Zasadniczo Tomorrow to okrutna i brutalna drama, nie dla ludzi o słabych nerwach. Ma ciekawych i bardzo nietypowych bohaterów. Jest przytłaczająca do oglądania, ale pod pewnymi względami może to dobrze. Ponadto fabuła w wielu miejscach bardzo ładnie się ze sobą łączy, splata, nawiązuje i jeśli ktoś naprawdę lubi oglądać dramy dla drogi, jaką przechodzą główni bohaterowie, to w Tomorrow jest ona daleka i satysfakcjonująca. 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz mojego Instagrama!   

LOVE, M

sobota, 28 maja 2022

Różowy gołąb

 Hello!

W zeszłym roku pokazywałam dwie komunijne wyszywanki: błękitnego i granatowego gołębia i wspominałam, że powstał jeszcze jeden - oto on!  

Komunijny gołąb

Z tymi kolorami wyszło trochę stereotypowo, bo chłopcy dostali niebieskie, a kuzynka różowego, ale wiem, że na pewno lubi ten kolor. Większym problemem jest fakt, że postanowiłam pójść totalnie w różowy i kwiaty na obrazu także są różowe - na zdjęciach może tego tak bardzo nie widać, ale całość wyszła niestety trochę blado. Chociaż jestem bardzo zadowolona z ramki, którą udało mi się do niego dobrać.

Wyszywany gołąb

Mam nadzieję, że widać to, że krzyż jest wyszyty złotą, błyszczącą nitką. Niestety nie pamiętam zbyt wielu szczegółów pracy nad tym projektem, ale skoro napisałam, że się ukaże - to pokazuję. Cieszę się, że zrobiłam go w zeszłym roku, bo w tym nie dałabym rady. 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz mojego Instagrama!   

Pozdrawiam, M


środa, 25 maja 2022

Naoglądałam się dokumentów 5

 Hello!

 Dziś opisuję jednej film i dwie serie dokumentów, które oglądałam w ostatnim czasie na Netflixie!

Metldown: Three Mile Island

Cowspiracy 

Że też wcześniej umknął mi ten film, bo to protoplasta Seaspiracy (notabene w Cowspiracy jest o wiele więcej rybołówstwa niż się spodziewałam) i przykład dokumentu, który idealnie wyjaśnia, jakich filmów dokumentalnych nie lubię - takich o dokumentalistach. Ten, wspomniane Seaspiracy, dwa popularne filmy o minimalizmie - to nie są filmy o tematach, których twierdzą, że dotyczą. To są filmy o osobach, które robią te filmy. Przy czym Cowspiracy to film z 2014 roku, co nawet mnie zaskoczyło. 

Ale chyba właśnie się dowiedziałam skąd wielu działaczy ekologicznych bierze swoje obrazowe przykłady. Nie dowiedziałam się za to niczego nowego i w sumie myślę, że są lepsze źródła informacji niż on. Do samego filmu przydałaby się lista z bibliografią albo chociaż linkami. 

Plus - nie wiem, czy to przegapiłam, czy zwyczajnie nie ma tego w filmie, ale nie wydaje mi się, aby dokumentalista w pierwszej godzinie, gdy dowiedział się już, jak fatalny skutek na środowisko ma hodowla zwierząt, zadeklarował się jako weganin. Ani nawet wegetarianin. W pewnym sensie zabawne było obserwowanie, gdy autor nagle zdał sobie sprawę, że mięso to zabite zwierzęta - naprawdę zajęło mu to ogrom czasu. Widać stereotyp ludzi myślących, że kotlety rosną na drzewach nie bierze się znikąd. Uwaga, autor odkrył dietę wegetariańską jakieś 10 minut przed końcem filmu.

Jest jedna ciekawa rzecz - im więcej oglądam i czytam, tym więcej z ekologicznych, zielonych organizacji okazuje się być może nie oszustwami, ale ich chęć podążania za pieniędzmi jest zastanawiająca ; druga i ważniejsza rzecz - okazują się nienaukowe w wielu swoich postawach.

Potrzebuję filmu Atomspiracy - ujawniającego lobby przeciwników elektrowni jądrowych - chociaż nie wydaje mi się, aby to był aż tak sensacyjny (o ja naiwna!) temat. Zawsze można dołożyć do niego jakąś teorię spiskową.

I jak chciałam, tak dostałam, chociaż niestety film nie ma tytułu Atomspiracy

Metldown: Three Mile Island

Przez mniej więcej połowę pierwszego odcinka byłam przekonana, że za powstanie filmu odpowiada lobby wiatraków/ paneli słonecznych lub gazu/węgla - w każdym razie coś bardzo przeciwko samej idei energii atomowej. Później widać subtelną zmianę, gdy dochodzi się do wniosku, że chodzi jednak o zaufanie do prywatnego przemysłu oraz rządu i (braku) komunikacji pomiędzy nimi. A w sumie chodzi chyba o wszystkie te rzeczy i seria ma jednak antyatomowe przesłanie. Wolałabym się dokładnie dowiedzieć, co było przyczyną wypadku i o dochodzeniu, a nie oglądać antyatomową propagandę.

Od wypadku na Three Mile Island nie zbudowano w Stanach nowej elektrowni jądrowej (a przynajmniej tak twierdzi Wikipedia), więc może pojawienie się tego filmu ma dodatkowo przestraszyć opinię publiczną, bo zaczęto o nim zapominać (?).  

Pokazane w dokumencie zachowania społeczeństwa były prawie identyczne, jak opisy zachowania ludzi w Fukushimie, o których zdarzało mi się czytać - co można sprowadzić do tego, że rządy państw są fatalne w rozumieniu tego, co można i trzeba robić, aby nie wywoływać paniki. I ja wywołują. Przy czym ludzie w USA byli bardziej na nią podatni, ponieważ niecałe dwa tygodnie wcześniej do kin wszedł film o wypadku w elektrowni jądrowej Chiński syndrom - podobno bardzo sugestywny.

Nie chcę odbierać ludziom ich przeżyć i strachu, który musiał im towarzyszyć w tamtym czasie, ale z dzisiejszej perspektywy narracja w tym dokumencie jest odrobinę nadmiernie dramatyczna. Albo może to kwestia tego, że oglądam ten dokument z polskiej perspektywy - chociaż przypuszczam, że w całej Europie o wiele więcej mówi się o Czarnobylu (i tam doszło do pożaru/wybuchu, no katastrofy przez duże K, a w Three Mile Island nic nie wybuchło - może wodór, ale nie rozerwało budynku - chociaż promieniowanie się wydostawało). Końcówka ostatniego odcinka też jest tak zbudowana, że aż się prosi o jakieś zestawienie z Czarnobylem, ale go nie ma. I też oczywiście jest tam "rak, bo promieniowanie", ale ja chciałabym zobaczyć statystyki zapadalności na raka z całego stanu przed i po awarii, zestawione ze statystykami USA, bo jest ogromna szansa, że w całych Stanach zaczęto diagnozować więcej guzów. Jest też kwestia tego, o ilu wypadkach z promieniowaniem opinia publiczna wciąż nie ma pojęcia...

I dziwne wydało mi się, że o ile większość ekspertów, inżynierów, osób technicznych przywoływanych w filmie to mężczyźni, tak osoby mieszkające w pobliżu elektrowni reprezentowane były przez kobiety. No dobra, nie tylko, ale oglądając ten film, zauważycie, że panie, które się wypowiadają, są dobrane bardzo tendencyjnie. I w sumie nie ma ich aż tak wielu.

I to są mniej więcej dwa pierwsze odcinki. Dwa kolejne opowiadają o sprzątaniu po awarii. I pokazują więcej przerzucania się nawet nie argumentami, a koniecznością posprzątania po awarii i tym, że ludzie z okolicy nie za bardzo chcieli, aby wypuszczali z elektrowni nagromadzony gaz. I więcej opowiadania o braku zaufania do rządu i o tym, że cała branża energii atomowej myśli tylko o zysku. A już szczególnie najbardziej wielkie, prywatne firmy. Ale fakt faktem - jak ktoś się spieszy, to się diabeł cieszy a już szczególnie, jak trzeba sprzątać cokolwiek, co promieniuje. I tak się z przerażeniem jednak słucha, gdy specjalista mówi, że ktoś nie chciał wydać na coś pieniędzy, gdy dla ekspertów było jasne, że to jest konieczne. Tylko że potem z tego się robi opowieść o ściganiu przez co najmniej dwie firmy jednego człowieka. Może to mój błąd, bo chciałam dowiedzieć się o przyczynach awarii i procesie wyjaśniania tych przyczyn - a to dokument zupełnie nie o tym.

Seria jest w wielu miejscach dość bez sensu i chaotycznie zmontowana. Ale najgorsze jest to, że trudno dokładnie zrozumieć, co twórcy chcieli nią pokazać. Może to, że technologia jest bezpieczna, to ludzie się z nią obchodzący nie są. I że nie można - szczególnie jeśli chodzi o promieniowanie - się spieszyć i być chciwym oraz skąpym. Ogólnie nie oglądajcie, nie warto.

Bad Vegan. Fame. Fraud. Fugatives.

To znakomicie i supersprawnie zrealizowana opowieść o tym, jak odnosząca sukcesy kobieta dała się wmanipulować w sytuację, że jej biznesy upadły. Dwa razy. Nie ma innego wyjaśnienia - niż zalety techniczne i wciągająca opowieść - dlaczego ten dokument jest taki wciągający, gdy - jeśli się nie ma wcześniejszej wiedzy - trudno dokładnie wywnioskować, z jego początku, jak dokładnie przebiegł ostatni fragment upadku naszej bohaterki. Poznajemy historię Sarmy Melnagailis odpowiedzialnej za restaurację Pure Food and Wine, co się stało za kulisami w jej życiu prywatnym, co doprowadziło do jej skazania.

I naprawdę nawet bez wiedzy, co to była za sytuacja, co to za ludzie, te cztery odcinki ogląda się znakomicie. To głównie zasługa tego, że nowe, zaskakujące informacje są dodawane w idealnych momentach, a całość ładnie się do siebie dobudowuje. Jedyny minusem w konstrukcji tego dokumentu jest to, że nie wykorzystano dziennikarza z "Vanity Fair" nieco bardziej, bo na wiele aspektów jest historii miał bardzo ciekawe perspektywy i mógł być wręcz drugim głosem prowadzącym przez tę opowieść. Pierwszym jest Sarma, bo dokument powstawał przy jej udziale (chociaż z tego co wiem, nie z jej inicjatywy, a nawet ma ona zamiar prostować różne informacje na swojej stronie internetowej i myślę, że warto to sprawdzić).

Pod pewnymi względami ten dokument jest podobny (tak w temacie w pewnym stopniu, jak i formacie) do Tinder Swindler - który też widziałam i muszę powiedzieć, że realizacja Bad Vegan bardziej mi się podobała. 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz mojego Instagrama!   

Trzymajcie się, M

sobota, 21 maja 2022

Z czasem - Killer and Healer

Hello!

Znów (dokładnie gdzieś jesienią 2021 roku, tekst trochę czekał na publikację) dałam się namówić Tumblerowi na oglądanie dramy i skończyłam rozczarowana. Zaskoczeniem jest dla mnie, że w ogóle tę dramę dokończyłam, ale odcinki miały mniej niż 40 minut i na YouTube łatwo się je przewijało.

Killer and Healer

Założenia dramy są mniej więcej takie: mamy doktora (stąd Healer) oraz policjanta (już widać, jak to działa). Policjant jest narwany, ma silne poczucie, że musi uchronić wszystkich przed złem bez względu na koszty. Które zwykle polegają na tym, że ofiar było więcej niż potrzeba. Doktor jest doktorem i z czasem zaczyna mieć kojący wpływ na policjanta i pomaga mu się uporać z traumą. Ponadto w początkowych odcinkach dość ważne jest poszukiwanie siostry Doktora (bohaterowie mają imiona, ale ich profesje wyrażają więcej), a nad całą dramą unosi się wątek walki z przemytem opium i opium jako takim. 

Początkowe odcinki można też scharakteryzować nieco propagandowo: "Hongkong taki chiński, opium takie złe".  Drama dzieje się chyba w tym samym czasie, w którym działa się drama My Roommate is a Detective, chyba były nawet kręcone w tych samych lokacjach. I nad Killer and Healer unosi się trochę widmo tego, że jest słabszą wersją wspominanej dramy. Zdjęcia są nieszczególne, plany nie są pokazane jako ładne, jest zupełnie niezabawna (poza jakimiś sekundowym wyjątkami), jest nudnawa i wydaje się, że bohaterowie nic nie osiągają swoimi działaniami. Co najwyżej któryś jest w niebezpieczeństwie i naraża życie; trochę się ciągnie. Koleżanka naszych głównych bohaterów (dziennikarka, no kto by się spodziewał; przy czym to może być wyraz sytuacji historycznej, bycie dziennikarką daje jej dużo swobody, której zapewne by nie miała w innych okolicznościach) jest dość irytująca. Aktorsko jest tak sobie. Wszytko w tej dramie jest wręcz niesamowicie przeciętne. 

Killer and Healer drama

Dokończyłam ją, bo zastanawiałam się, czy naprawdę przez cały sezon będą rozpracowywać tych handlarzy opium, czy wymyślą coś innego. Odpowiedź brzmi - znajdą większego bosa. A poza tym - jak drama ma zbyt wiele postaci drugoplanowych i w dramie są pistolety, to się nie skończy dobrze. Ogólnie to, jak wiele razy bohaterowie myśleli, że kogoś zabili, a on żył (a dokładniej - jak długo o tym nie wiedzieli), w pewnym momencie ogladania stało się niezamierzenie zabawne. Trochę frustrujące w kontekście całego serialu, bo czasami taka ogólna komunikacja między bohaterami w tej dramie zawodziła.

Killer and Healer robi się lepszą dramą, im bliżej jej końca. I nie wiem, czy to kwestia tego, że bohaterowie zaczynają walczyć z konkretnymi antagonistami a nie z handlem opium; tego że aktorzy najwyraźniej z czasem zaczęli lepiej grać; tego że po dwudziestu kilku odcinkach łapie się w końcu jakąś więź emocjonalną ze światem przedstawionym na ekranie. Stawiałabym na połączenie tego wszystkiego. Do pewnego stopnia, bo ta drama naprawdę lubi schodzić z dobrej ścieżki, aby potknąć się o własną fabułę. 

Pamiętajcie, że jeśli serial "kończy się" w połowie ostatniego odcinka i to nieco podejrzane, to znaczy, że się nie skończył i będzie źle, bo postaci biegają z pistoletami. Serial Killer and Healer kumuluje sympatię widza (bo jak łatwo zauważyć - nie podobał mi się od początku), by potem wywrócić fabułę a'la Moon Lovers: Scarlet Heart Ryeo. Nie napiszę Wam - polecam, idźcie i oglądajcie, bo to wciąż dość przeciętny serial, ale istnieje szansa, że jeśli się zdecydujecie i przebrniecie przez początkowe odcinki, to na koniec będzie Wam smutno, że nie ma ich więcej. 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz mojego Instagrama!  

Trzymajcie się, M