sobota, 24 października 2020

Kpop czy k-pop? A może K-pop?

 Hello!

Gdy jakiś czas temu coś pisałam zauważyłam, że w jednym akapicie napisałam kpop a w kolejnym k-pop. Nie była to jedyna taka sytuacja, a pisałam tak na zmianę bez głębszej refleksji, czy ma to jakieś znaczenie dla poprawności.
Aż w końcu zaczęłam się zastanawiać nad poprawnością tego zapisu, skąd on się wziął i czy słowniki języka polskiego w jakikolwiek sposób go regulują.  

K-pop kpop k-pop

Najpierw zrobiłam mały eksperyment. 

Sprawdziłam, czy któryś z tych zapisów jest bardziej rozpowszechniony w internecie i wpisałam k-pop w Google. Otrzymałam około 2 530 000 000 wyników. Dla hasła kpop jest to 369 000 000. Zdecydowanie mniej. Zauważyłam, że "kpop" pisane jest znacznie częściej na forach, ogólnie w takiej mniej formalnej komunikacji. 

Gdy już bawiłam się w wyszukiwanie postanowiłam zajrzeć na Wikipedię. Okazało się, że artykuł dotyczący k-popu cierpi na niespójność w zapisie. Nie jest to zaskakujące. Po pierwsze na Wikipedii spotkamy trzecią wersję zapisu, czyli K-pop - przynajmniej w pierwszym akapicie artykułu, bo już w kolejnym jest k-pop (ale potem znów w praktycznie całym jest jednak K-pop). Jeden ze schematów na stronie podpisany jest K-Pop. 

Miałam sporo wyników wyszukiwania, więc zanim do próby określenia, czy k-pop i kpop mogą być pisane zamiennie i czy jest to poprawne, jeszcze kilka przykładów. Ciekawy (nawet bardzo!) artykuł na WP Kpop-polityka. Jak fani i fanki kpopu stali się siłą .

Po samym tytule już widać, jaki sposób zapisu będzie wykorzystywany i jest używany prawie konsekwentnie - oprócz nagłówka artykułu i kilku pierwszych akapitów, przy czym w jednym oba sposoby zapisu są praktycznie obok siebie:

"Kpop, czyli koreański pop, rósł w popularność na świecie od końcówki lat ’90, a apogeum przypadło kilka lat temu, gdy cała planeta tańczyła hit "Gangnam Style", a zespół BTS zaczął zdobywać międzynarodową sławę. Do Polski k-pop na dobre wszedł cztery lata temu." 

Takie przykłady są moimi ulubionymi. 

Spójrzmy na kolejny przykład, tym razem z Onetu - Hallyu, czyli jak fala k-pop zalała świat (pomijam kwestie jego jakości, bo pozostawiają wiele do życzenia).

I już w nagłówku (i tytule) mamy zarówno k-pop, jak i K-pop.

"Setki internautów w polskich mediach społecznościowych ponownie bronią k-popowego zespołu. Rafał Ziemkiewicz i Krzysztof Feusette w programie "W tyle wizji" postanowili zakpić z koreańskich wokalistów popowych. Panowie stwierdzili, że muzycy wyglądają jak "skośni enerdowscy lodziarze". Na dziennikarzy wylała się fala krytyki. Fani domagają się przeprosin. To przykład jak popularnym nurtem w 2020 roku jest K-pop." 

Później w reszcie tekstu jest już tylko zapis K-pop. To daje podstawy, aby zadać pytanie: dlaczego w tytule artykułu mamy małe "k" zamiast "K"? Odpowiedź brzmi prawdopodobnie nieuważność i nieprzejmowanie się tą kwestią. 

I jeszcze jeden przykład, bo obrazuje jeszcze inny pomysł na zapis. To tekst z Polityki K-Pop, czyli co tak zdenerwowało polską prawicę, dość krótki i przynajmniej autor jest konsekwentny i cały czas stosuje zapis K-Pop.   

Kolejny przykład już ostatni, bo nie mogę sobie odmówić nienapisania o tym, że jego autor nie tylko nie wie, że po polsku pisze się Hongkong, to jeszcze zapisując tą nazwę jako Hong-kong (chyba miał taki zamysł, bo gdyby napisał Honkkong to może by zobaczył, że coś jest nie tak) popełnił błędy i po pierwsze łącznik w takim wypadku powinien być powtórzony na początku nowego wiersza, a po drugie napisał Honk-kong - Koreański pop w globalnym natarciu.  To tekst z Rzeczpospolitej (znów pomijam jego jakość).  Co do k-popu to jest to "k-pop". Względnie koreański pop lub azjatycka muzyka. 

Rzeczpospolita k-pop

 Później pomyślałam, że już wydano w Polsce książki ze słowem "k-pop / kpop / K-pop / K-Pop" w tytule, więc warto byłoby się im przyjrzeć. Po pierwsze mamy K-pop tajne przez poufne (Wydawnictwo Kobiece) książkę, która jeszcze przed premierą była jedną z inspiracji dla tego wpisu. Później mamy K-POP od A do Z oraz K-POP Style (Wydawnictwo Jaguar). Następnie Blackpink. Księżniczki K-popu (Burda Książki) i BTS. Wszystko, co trzeba wiedzieć o królach K-POPU (Egmont Polska). Jest ich odrobinę mniej niż się spodziewałam, część książek, które są związane z k-popem (czy szerzej kulturą popularną Korei Południowej) nie mają k-popu w tytule. Jak widać, książki lubią zapis K-POP względnie K-pop. Problemem czy też irytującą kwestią związaną z prawie wszystkimi tymi książkami, jest to jak później w ich opisach i materiałach promujących "k-pop" było zapisywane - to znaczy różnie. To jest jedna rzecz, której nie rozumiem - jeśli nadajemy książce jakiś tytuł i decydujemy się na jakiś zapis, dlaczego nikt nie pilnuje, żeby zawsze zapisywać to tak samo. Jasne, sama w pierwszym akapicie przyznałam się, że zdarzało mi się zapisywać albo k-pop, albo kpop, ale mój tekst jest jeden i nie ma świadczyć dobrze o jakości produktu, który sprzedaję i nie znajduje się na 50 stronach księgarni i dystrybutorów książek. 

Dobrze, ale co z tymi słownikami i poprawnością? 

W sumie to nijak, bo nikogo nie zaskoczę, jeśli napiszę, że k-pop w słowniku nie występuje. Występuje "koreański" (język koreański, pismo koreańskie) - zapisany małą literą. I pop też małą. 

Teraz sprawdzamy zasady dotyczące skrótów. Poczytałam je i odkryłam, że prawdopodobnie być może "k-pop" powinno zapisywać się jako k. pop. Skracamy słowo "koreański" do k, pop zostaje jak był. Na szczęście nie opublikowałam tego wpisu zaraz po napisaniu, bo samo k. mogłoby zostać z jakiegoś powodu jako koło, koło pop.

Nie ma zasady, która wyjaśniałaby użycie łącznika (ale z drugiej strony: koreański-pop - i koreański, i pop jednocześnie, ale taki sposób zapisu nie istnieje w ogóle) w skrócie, a przynajmniej ja jej nie znalazłam.

Ale potem pomyślałam, że w samym słowniku występują różne skróty, jeśli słowo jest specyficzne lub z innego języka. Ku mojemu niezdziwieniu skrótu, który miałam cichą nadzieję jednak zobaczyć nie było. Liczyłam na kor. bądź kore. (nie byłam do niego przekonana) - były chiń. chiński, europ. europejski, pszczel. pszczelarstwo. Myślałam, że może będzie coś przy taekwondo (jeden z nielicznych wyrazów koreańskich, który można znaleźć w słowniku), ale nie było. Było sayonara - wiedziałam, że wyrazów japońskich jest więcej, ale tego się nie spodziewałam. Nie znalazłam też nic przy Seulu.  Za to uświadomiłam sobie, że KOR to Komitet Obrony Robotników... (...albo Komitet Obrony Rzeczpospolitej)... Ale też faktycznie jest to skrót od języka koreańskiego (kor. pop ?). Kor. to też skrót od korony... I w końcu nie wiem, jak być powinno.

Dwie interesujące zasady dotyczące skracania wyrazów (Wielki Słownik Ortograficzny PWN, 2016, s. 89):

[205] 55.1. Stawia się kropkę po skrócie, który jest początkową literą lub początkowymi literami skróconego wyrazu. 

UWAGI: 4) W tekście skróty piszemy tym samym rodzajem pisma co inne wyrazy, tzn. w środku zdania nie używamy przy zapisie skrótu kursywy, nie stosujemy także wielkich liter. 

Szczególnie ta jest ważna w kontekście zaprezentowanych przykładów. 

pisownia skrótów zasada

Myślałam, myślałam i doszłam do wniosku, że tak naprawdę jedyny poprawny zapis po polsku, to po prostu pisanie za każdym razem koreański pop. Z tym, że obserwuje się pewne oddzielenie znaczenia "koreańskiego popu" od "k-popu", które polega mniej więcej na tym, że "koreański pop" oznacza faktycznie gatunek muzyki (definiowany różnie, ale odnosi się tylko do muzyki, względnie choreografii i estetyki wideoklipów), "k-pop" - cały przemysł muzyczny Korei, z jej systemem praktykantów (trainee tłumaczy się jako stażysta, ale mi bardziej pasuje praktykant), weekendowych show muzycznych, debiutami i comebackami - charakteryzuje się szerszym znaczeniem. Te definicje (o ile w ogóle istnieją) są oczywiście dość płynne.

I teraz kolejna niezaskakująca rzecz zapis K-pop wziął się w języku polskim z angielskiego, w którym przymiotniki pochodzące od nazw państw pisze się wielką literą - Korean pop (koreański pop). Stąd w angielskich zapisach wielkie "K". Nie widzę powodu, aby w polskim tę wielką literę w tym skrócie utrzymywać. Pozagłębiałam się w zakamarki internetu jeszcze trochę, bo chciałam dowiedzieć się, skąd wziął się w zapisie "k-pop" łącznik. I w sumie nie znalazłam jednoznacznej odpowiedzi. Szukając, zauważyłam, że w angielskim jest więcej konstrukcji wyrazowych z łącznikiem (up-to-date, father-in-law, great-grandmother) i może z tego to wynika. 

Jeszcze jedna rzecz, gdyby ktoś nie był do końca świadomy jak działają słowniki - jeśli "k-pop" się przyjmie i zostanie włączony do słownika (być może są już słowniki, w których jest) to zostanie włączony jako k-pop. To słownik będzie się musiał do tego wyrazu dostosować, a nie wyraz do słownika. Słowniki tak naprawdę już w momencie publikacji są nieaktualne, bo język zmienia się tak szybko. To całe moje zastanawianie się to tak naprawdę pytanie "Jak skrót wyrażenia koreański pop by wyglądał, gdyby został wymyślony w Polsce i zgodnie z zasadami języka polskiego". 

Tekst jest już długi, nie wiem, czy coś z niego wynika (chyba że jednak najlepiej pisać "k-pop"), ale myślę, że to może być ciekawy temat na dłuższy i poważniejszy artykuł i mam nadzieję, że może dowiedzieliście się czegoś nowego czy ciekawego. 

Poradnia Językowa PWN

Aż w końcu, gdy napisałam już to wszystko, a wpis czekał na opublikowanie, pomyślałam, że napiszę do Poradni Językowej PWN. Gdy próbowałam pierwszego dnia i przez kilka kolejnych zadawanie pytań było zamknięte i już prawie się poddałam. Ale się udało. Zadałam pytanie - jeśli dobrze pamiętam - 24 września, odpowiedź dostałam na maila 12 października (ale tego nie zauważyłam), w poradni odpowiedź ukazała się 15 października. I brzmi: 

"Wyraz K-pop został do języka polskiego zapożyczony z angielszczyzny. Stanowi swego rodzaju skrót od wyrażenia Korean pop. A jako że w angielskim przymiotniki utworzone od nazw państw zapisujemy od wielkiej litery, tak więc mamy zapis K-pop. Podobnie zresztą jak: J-pop (od ang. Japanese pop) i C-pop (od ang. Chinese popular music).
W wypadku omawianego tu wyrazu na gruncie języka polskiego doszło do adaptacji pisowniowej, polegającej na zmianie początkowej wielkiej litery na małą. W tekstach nadal można jednak spotkać pisownię oboczną: K-pop albo k-pop. Praktykę tę należy uszanować, dopóki nie zapadną inne, ostateczne rozstrzygnięcia kodyfikacyjne.
Należy jednak podkreślić, że wyrazy utworzone od omawianego tu rzeczownika już na gruncie polskim powinniśmy pisać od małej litery, por. np. (piosenki) k-popowe. (Adam Wolański)" (K-pop albo k-pop)

Także już wszyscy wiecie jak pisać! 

LOVE, M


środa, 21 października 2020

Tęsknię za Gdańskiem (?)

 Hello!

Nie ma wystarczającej liczby słów, która wyraziłaby moją tęsknotę za otwartym dostępem do książek, ale pomyślałam, że może poza Biblioteką Uniwersytetu Gdańskiego jest w tym Gdańsku jeszcze coś za czym tęsknię. Nie są to jakieś ogromne tęsknoty, ale mieszkanie w Gdańsku ma swoje zdecydowane plusy.

Gdańsk

Biblioteka Uniwersytetu Gdańskiego 

Nie wiem, czy to kwestia tej konkretnej biblioteki, czy po prostu potrzebuję wolnego dostępu do biblioteki ogólnie, ale nie byłam w tym przybytku nauki od marca i cierpię z tego powodu. Jeśli obserwowaliście mnie na Instagramie, gdy pisałam moje licencjaty, szczególnie drugi, to wiecie, że uwielbiam BUG mogłabym tam siedzieć godzinami i przeglądać książki. 

Empik

Albo inna duża księgarnia, w której księgarze cię nie zaczepiają. Obok biblioteki moje ulubione miejsce na odstresowanie. Idę do takiej dużej księgarni, przyglądam nowości i zapominam o całym świecie poza tym miejscem.

Parki 

Nienawidzę parku miejskiego w moim mieście - jest paskudny i nie wiem, czemu to park -  ani nowego parku, w którym są tylko place zabaw. Bardzo lubię parki w Gdańsku - Park Akademicki, Steffensa i Zielony Park w pobliżu Opery, Politechniki i Uniwersytetu Medycznego oraz Park Śródmieście. 

Częścią tego powodu jest także to, że w Ostrołęce jest mnóstwo wron i innych ptaszorów, a ja najchętniej omijałabym je z bardzo daleka. W Gdańsku jest trochę problem z gołębiami na Długiej, ale strasznych ptaszysk za bardzo nie ma. 

Jasność 

Gdańsk jest dużo, dużo lepiej oświetlony niż Ostrołęka. Co ma szczególne znaczenie jesienią i zimą, jeśli dużo wychodzi się, gdy jest już ciemno.

Więcej tras spacerowych

Nie jest to nawet związane z tym, że Gdańsk jest większy niż Ostrołęka, co z tym że nawet trasa, którą chodziłam 3-4 razy w tygodniu zawsze była trochę inna. Lubię, naprawdę, spacerować po moim mieście, ale robi się ono nudne zaskakująco szybko. 

Widok z okna

Bardzo lubię widok z okna mojego pokoju (chociaż w ostatnich latach coraz mniej - bo ktoś podejmował dziwne decyzje, aby wycinać i podcinać drzewka i krzewy, przy czym oczywiście nie posadzić żadnych nowych), ale niewiele może się równać z widokiem na Gdańsk z okien akademika. Szczególnie ze schodów - widać całe Główne Miasto i wiele, wiele więcej.

Plus w akademiku zwykle zajmowałam biurko pod oknem i nawet jeśli zachodzące słońce było problematyczne to wciąż - widok był niesamowity. 

Wysokie niebo

Łączy się to w pewnym stopniu z kwestią widoku z okna. Nie wiem, czy to z powodu tego, że Gdańsk jest nad morzem, jest trochę pagórkowaty, ale niebo nad miastem wygląda zupełnie inaczej niż niebo tu, gdzie mieszkam. 

Kuchnie świata

 

To trochę podwójny punkt, bo nie chodzi nawet dokładnie o Kuchnie świata (chociaż oczywiście też), co o ogólną różnorodność rzeczy, które można znaleźć w gdańskich hipermarketach. W moim mieście było Tesco, ale się wyniosło, a Kaufland nie dość, że ma może połowę jego powierzchni to jeszcze tak niesamowicie chaotyczny układ, że robienie tam zakupów jest męczące. 

Ludzie

 

Moja mama twierdzi, że jestem przewrażliwiona, ja twierdzę, że nie ma porównania. Nie wiem, z czego to wynika - czy z tego że tam, gdzie mieszkam w Gdańsku jest dużo turystów, czy z tego że Gdańszczanie ogólnie są bardziej zajęci sobą i mniej zainteresowani obcymi ludźmi - w każdym razie ludzie w Gdańsku zwykle po prostu się na ciebie patrzą, jesteś na ich linii wzroku i tyle. W moim mieście ludzie się na siebie nawzajem oceniająco gapią.  

Trzymajcie się, M

sobota, 17 października 2020

Blackpink nie jest wyjątkowym płatkiem śniegu - BLACKPINK: Light Up the Sky

 Hello!

Zwykle, gdy zabieram się za pisanie o czymś już mam koncepcję na wpis. Albo będzie to recenzja, albo wrażenia z oglądania bardziej niż recenzja, albo wiem, że skupię się na jakimś bardzo konkretnym elemencie danego dzieła kultury. Ale zabranie się za oglądanie i później pisanie o dokumencie BLACKPINK: Light Up the Sky było trudniejsze niż przypuszczałam. Głównie ponieważ obawiałam się starcia pomiędzy wyrażaniem opinii o filmie a wyrażaniem opinii o zespole. I to po pierwsze zespole pokazanym w filmie, a po drugie - mojej opinii o BP (we wpisie jest trochę skrótów, wybaczcie).

BLACKPINK: Light Up the Sky

Nie żebym tak naprawdę miała jakąś ogromną opinię o BLACKPINK. Gdy zaczynałam interesować się k-popem dziewczyny wypuściły piosenkę As if it's your last i prawdopodobnie z ich wszystkich piosenek od tamtego czasu ta podoba mi się najbardziej. Ddu-du-ddu-du, gdy wychodziło, wniosło pewien powiew świeżości, ale chyba nikt nie spodziewał się, że dwa i pół roku później nie wyjdziemy z muzycznej bańki, którą DDDD stworzyło. Obecne BP jest zaskakująco monotonne. To muzyka, drugą sprawą jest podejście wytwórni do zespołu, do fanów oraz to jak traktują poszczególne członkinie. Trzecią - ich status fenomenu. W każdym razie - nie jestem uprzedzona wobec zespołu, daleko mi jednak także do fanki.

Tylko że filmy dokumentalne zawsze próbują pokazać (żeby nie napisać sprzedać) oglądającemu pewną wizję tego, co przedstawiają. I prawdopodobnie dobrym pomysłem byłoby rozważyć właśnie to, jaki obraz zespołu został w filmie pokazany. Przy czym wypadałoby zapytać - kto jest nadawcą tego obrazu. Reżyserka  - Caroline Suh - zajmowała się ostatnio produkcjami związanymi z jedzeniem. Myślałam, że ten film i film o Taylor Swift reżyserowała ta sama osoba, ale się pomyliłam.

Ale po jakiś 5 minutach ten film zaczął mnie denerwować i miałam ochotę komentować każde jego zadnie a nie ogólny obraz. I znów będą to bardziej uwagi poczynione w trakcie oglądania niż recenzja. 

BLACKPINK TEDDY

Teddy próbował - moim zdaniem niezbyt skutecznie - zrozumieć pojęcie k-pop i jego definicję. Poza tym wydaje mi się, że nie słyszał o j-rocku (pojęcie jest starsze niż k-pop) czy c-popie. Poza tym teraz cały czas powstają nowe x-popy. I x-rocki też.

Ale jeśli mówimy o obrazie zespołu to niestety ten film podkreśla coś, co jest niesamowicie zauważalne, gdy dziewczyny nie promują kolejnych piosenek (czyli przez większość czasu) - że to 4 osoby, każda zajęta sobą, które schodzą się raz w roku, aby wystąpić razem w programach muzycznych. Spokojnie film nie powie, ile Blackpink ma piosenek - film opowie o tym, ile dziewczyny pracują nad muzyką i o tym, jak bardzo przemyślane jest to, co się ukazuje. I jest przemyślane, ale nie wiem, czy pod względem jakości piosenek, czy tego na ile można sprawdzać fanów. Jest wśród osób zainteresowanych k-popem taki "nurt", który twierdzi, że BP nie lubi się dla ich muzyki, tylko lubi się jedną członkinię i dlatego śledzi się cały zespół. Wynika to z zatrważającej w kontekście k-popu regularności (na comebacki raz w roku może sobie pozwolić Apink - zespół, który ma 9 lat) oraz tego że w czasie, gdy BP nie wypuszczało żadnej piosenki, zdążyły debiutować zespoły, które mają podobny koncept i więcej piosenek. Mam też wrażenie, że BP pomiędzy AIIYL a DDDD zgubiły status rookies, a nie wiem, czy powinny były. 

BLACKPINK Jennie

Wracając jednak do filmu - niesamowicie podkreśla on indywidualność dziewczyn. I to że pochodzą z tak różnych środowisk. Aby być dokładnym: Lisa pochodzi z Tajlandii, Jisoo z Korei. Rose urodziła się w Nowej Zelandii i wychowała w Australii, ale jest koreańskiego pochodzenia. Jennie urodziła się w Korei, ale zamieszkała w Nowej Zelandii i chodziła tam do szkoły, zanim została stażystką w YG. I teraz uwaga - to nie jest wyjątkowy zbiór osób. To znaczy jest, ale koncepcja, aby w zespole mieć członów spoza Korei jest zupełnie niewyjątkowa. Sprawdźcie członków GOT7 albo NCT; chociaż prawdą jest, że bardziej międzynarodowe żeńskie zespoły wydają się trendem raczej ostatnich dwóch lat.

Członkinie Blackpink w filmie nie mają (prawie) wspólnych scen wywiadów. W materiałach zza kulis oczywiście występują razem; ale poza wywiadami, Jisoo i Jennie zostają przedstawione z dość powiedziałabym przypadkowymi osobami (dla odbiorcy, dla dziewczyn to przyjaciółki, a dokładnie makijażystka i trenerka). Rose i Lisa przedstawione zostają same oraz jako para - ponieważ nie mają w Korei nikogo bliskiego. Nie żeby Jisoo i Jennie zostały pokazane ze swoimi rodzinami. Ale z filmu można wyciągnąć wniosek, że Rose i Lisie nie udało się z nimi zaprzyjaźnić w czasie, który spędziły w Korei. Trochę nieprawdopodobne. Film podkreśla, że Rose i Lisa bardzo na sobie polegały, bo miały tylko siebie. 

Film udaje, że ma strukturę, bo dziewczyny wypowiadały się w kolejności, w jakiej dołączyły do YG. Później znów trochę udaje, bo przechodzimy do etapu treningu, ale jest to niespójne. Przy czym samo to, co dziewczyny o treningu mówią jest bardzo ciekawe. 

Nie rozumiem podkreślania tej indywidualności w ramach zespołu - albo robi się film o zespole, albo o jego członkach. (Wiem, że to zdanie można podważyć, ale jeśli zobaczycie film, to zrozumiecie dlaczego jest ono trafne)

BLACKPINK ROSE 
 
To, o czym mówi Rose, pojawia się w wywiadach z artystami całego świata.

Tak naprawdę nie dowiadujemy się od samych dziewczyn, jak one się między sobą dogadują. Dostajemy informację, że prezes (notabene brak założyciela YG w filmie jest w pełni zrozumiały, ale jednocześnie to tworzenie tabu i nie wierzę, że nie było z nim czegoś nagranego) uznał, że we 4 się sprawdzają, Teddy (który występował w filmie, jako on sam i jako zastępstwo Yang Hyun-suka), że dobrze razem brzmią i BUM! debiut. Pominięto cały etap bezpośredniego przygotowania do debiutu. Oprócz wciśnięcia ciekawostki, że Whistle prawie nie zostało ich debiutancką piosenką. Ogólnie w całym filmie są takie dziury, jakieś rzeczy są wspominane i zapominane. 

Po połowie film przestaje udawać, że ma strukturę, bo duża część  wygląda jakby została doklejona bez pomysłu. Jest tam po prostu więcej historii o dziewczynach - znów nie o zespole. W pewnym momencie to nawet trochę zwiastun solowego debiutu Rose. 

BLACKPINK Rose Jennie

Mam dziwne wrażenie, że ten film to laurka dla Lisy i Rose, ale naprawdę ważne i interesujące rzeczy o zespole (i ich sytuacji) przedstawiają Jennie i Jisoo. Ogólnie chciałabym, aby Jennie więcej mówiła, bo ze wszystkich dziewczyn ona wydaje się najbardziej przejmować może nie samą regularnością ich promocji (to Jisoo), ale tym jak są ograniczane. 

Ten film udaje, że BP mają tyle roboty, ale jak by na to nie spojrzeć - to nie jest prawda. Zwykle zespoły mają 2-3 comebacki w roku. Nie jeden. I jeżdżą w trasy koncertowe. Inną nieco dziwną rzeczą, którą ten film sugeruje jest to, że Blackpink jest takim zwyczajnym zespołem. Albo inaczej, bo może się wydawać, że sama sobie przeczę, że ich sukces wziął się w sumie znikąd (wróć - film na dobrą sprawę sugeruje, że ich sukces wziął się od liczby wyświetleń DDDD na Youtube - może wypadałoby się chociaż odrobinę zastanowić, skąd te liczby się wzięły) oraz że to, co działo się po ich debiucie, jest całkiem zwyczajne i każdy debiutujący zespół ma tak samo. Uwaga, nie ma. To się wiąże też z jeszcze jednym pytaniem wobec tego filmu, dla kogo on jest przeznaczony? I wydaje mi się, że odpowiedzią są (szczególnie) amerykańscy fani zespołu, którzy nie interesują się k-popem jako takim, ale mają podstawową wiedzę, jak k-pop działa. Osoba, która zupełnie nie ma o k-popie pojęcia wyniesie z filmu zbyt wiele nieprawdziwych uogólnień, a osoby, które potrafią umieścić Blackpink w kontekście - zauważą oczywiste braki.

Co mi się podobało w filmie to opowieści o treningu i przebitki z trasy koncertowej (te jeszcze przed Coachellą) - to było naprawdę ciekawe, a przebitki były nawet kreatywnie zmontowane. I podobało mi się w sumie, że Lisa mówiła w swoim ojczystym języku. I to chyba tyle. 

Pozdrawiam, M

środa, 14 października 2020

Za dużo mówią, za mało robią - Enola Holmes

 Hello!

Nie po to mam na blogu osobą etykietę do wpisów związanych z Sherlockiem Holmesem, aby nie napisać o filmie Enola Holmes. Nie jest to typowa recenzja - w większości to zbiór moich wrażeń bezpośrednio z oglądania z jakimiś podsumowaniami, które przyszły mi do głowy już po obejrzeniu albo nawet w trakcie przepisywania. (W przedostatnim akapicie tekstu są spoilery!)

Enola Holmes, Sherlock Holmes 
 
W i tak już przerysowanym filmie Mycroft jest karykaturalny do granic możliwości (i jak widać bardzo rzuca się to w oczy, skoro było moim pierwszym spostrzeżeniem). Chociaż nie wiem, czy karykaturalność ma granice. Być może są to granice samoświadomości filmu. Za to Henry Cavill w roli Sherlocka Holmesa jest zaskakująco uroczy. Uwierzenie, że Millie Bobby Brown i Helena Boham Carter są spokrewnione byłoby bardzo łatwe po tym filmie.

Narracja Enoli, zwroty do kamery i przełamywanie czwartej ściany - darowałabym to sobie, bo podważają one inteligencję oglądającego. Naprawdę nie trzeba tłumaczyć każdego ruchu bohaterki w ten sam sposób. Spokojnie, widzowie będą wiedzieli jak zareagować, nawet jeśli im nie powiecie. Tym bardziej, że to tłumaczenie nieprzyjemnie kontrastuje z bardziej bezpośrednim tłumaczeniem, które odbywa się między bohaterami, gdy tłumaczą sobie nawzajem politykę. Podsumowując, w filmie za dużo mówią i opowiadają, za mało robią. Film to medium wizualne - trzeba rzeczy pokazywać. Albo opowiadać je w niesamowity sposób, ale tutaj się to nie dzieje. W filmie padają wielkie słowa, ale mają one oddźwięk w dokładnie niczym. Bohaterowie niby wypowiadają je do siebie nawzajem, ale to widz powinien je wziąć do siebie i wyciągnąć z nich naukę, czy skonfrontować je z własnym życiem.

Jak na kogoś, kto wychował się w takiej izolacji jak Enola, naprawdę nie napotyka ona wielu kłopotów w zewnętrznym świecie. Ta jej czerwona sukienka, która pasuje do wszystkiego jak pięść do nosa (i mamy uwierzyć, że jest ona niesamowicie bystra!) - jakim sposobem tak wyróżniający się strój miał jej zapewnić kamuflaż czy wtopienie się w tło.  

Enola Holmes
 

Czy ktoś mi może powiedzieć, po co ten cały markiz jest w tym filmie? Jest on całkiem uroczy, ale gdyby go nie było, to film składałby się w bardziej spójną całość. Chciałam, naprawdę chciałam, polubić markiza i Enolę razem i ich przygody, ale poczucie, że markiza można wyciąć z filmu było zbyt silne. Chociaż jest on całkiem zabawny. Ale byłabym wdzięczna, gdyby nie byli pisali w tak romantyczny sposób - pierwszy chłopak w wieku Enoli, którego bohaterka poznaje po wyjściu z domu i już muszą być jak para.

[S] Prawie cały film podejrzewałam, co kombinuje matka Enoli - znaczy drugi spisek prochowy (chyba, tak mi się skojarzyło). Podejrzewałam też, że wątek matki i markiza będzie się musiał jakoś zejść - skoro Enola praktycznie porzuciła szukanie matki w pewnym momencie - i nawet się schodzi, ale problemem jest to, że ten film to nie jest kryminał, to ekranizacja książki dla młodzieży. [S]

Wspomniałam na początku, że większość notatek była pisana na bieżąco podczas oglądania. Gdy do nich wróciłam i chciałam je nieco podsumować zauważyłam, że im dłużej zastanawiam się nad różnymi elementami tego filmu, tym bardziej jest on denerwujący. Także to albo film do zobaczenia i zapomnienia albo należałoby przeprowadzić jego dokładniejszą analizę, bo chyba jednym punktem, do którego tak zupełnie nie można się przyczepić, jest obsada aktorska. 

Pozdrawiam, M

sobota, 10 października 2020

Anime, które lubię i które powinny w związku z tym otrzymać kolejny sezon!

Hello!
 
To chyba najłatwiejszy dla mnie wpis dotyczący anime na tym blogu. Pomysł na niego miałam od pięciu lat, nawet wiedziałam dokładnie, co chcę napisać. Jakoś się tak tylko prawie zawsze składało, że było coś innego do opisania. Efekt jest odrobinę taki, że anime, o których napisałam są trochę dziecinne, ale też cieszyłabym się jak dziecko, na wieść o ich kolejnych sezonach. 

Tytuł tego wpisu nie może być bardziej samowyjaśniający niż już jest, więc przejdę do listy!

sezon jesienny anime 2015

Noragami

To że Noragami nie ma trzeciego sezonu to jeden z największych żartów świata anime. Przecież Noragami było (i jest) bardzo popularne, openingi są regularnie umieszczane wysoko na listach najlepszych, manga wciąż wychodzi, nic tylko robić kolejny sezon.

Owari no Seraph

To że żyję w wiecznym przekonaniu, że to anime ma jeden sezon (a ma dwa!), to największy dowód, że potrzebny jest trzeci sezon.

A poważniej - oglądałam to anime, gdy wychodziło, gdy byłam na pierwszym roku studiów w 2015 roku i mam do niego ogromny sentyment! Zresztą do Noragami tak samo. I Black Bullet, ale ono nie wychodziło akurat w sezonie jesiennym 2015. Ogólnie to bardzo sentymentalny wpis.

Karneval

To taki niedoceniany tytuł i wiem, że to anime miało być tylko reklamą mangi, ale gdzie jest drugi sezon?! 

To anime ma także prawdopodobnie jeden z lepszych, ale najbardziej niedocenianych openingów. Ono całe jest niedoceniane w sumie. Sprawdźcie sobie, szczególnie jeśli podobał Wam się opening Kuroshitsuji Black Butler: Book of Circus.

91 Days

Tego chyba nawet nie trzeba wyjaśniać, przynajmniej nie osobom, które były w fandomie, gdy to anime wychodziło. A jeśli nie byliście - to idźcie i obejrzyjcie teraz!

Black Bullet 

Poprzednie anime kończą się albo urywają w takich momentach, że jest to zrozumiałe, jakiś fragment historii został zakończony (jeśli dobrze pamiętam, bo większość z nich oglądałam pewnie z pięć lat temu) - to kończy się cliffhangerem! Nieładnie tak zrobić i nie dać kolejnego sezonu! 

 

Pięć powyższych tytułów to moje najbardziej oczekiwane kontynuacje, poniższe - trochę mniej. 

Hataraku Mau-sama

Z tego, co pamiętam ta historia trochę się kończy, ale trochę otwiera ładne możliwości na kontynuację i nie rozumiem, dlaczego tego nie wykorzystano. Manga wciąż wychodzi.

Vampire Knight 

Po zakończonym anime nawet próbowałam czytać mangę, potem przerzuciłam się na streszczenia historii, bo ma to tak dziwną fabułę, że nie mogłam się połapać, co dalej dzieje się z bohaterami. W formie anime byłoby to, jak sądzę, łatwiejsze do ogarnięcia. 

Kabaneri of the Iron Fortress

Jestem chyba w mniejszości, której zupełnie nie przeszkadzały porównania do Ataku Tytanów (w sumie to powinnam sprawdzić, co pisałam w recenzji tego anime, bo żyję w przekonaniu, że mi się ono całkiem podobało) i czekam na kolejny sezon. Wiem, że są filmy, ale nie jestem wielką fanką filmów do anime czy w ramach anime - wolałabym dostać pełnoprawny sezon. Tym bardziej, że wydaje mi się, że studio produkcyjne zapowiadało normalnie drugi sezon i to dość szybko po tym, gdy zakończył się pierwszy. 


  Czy Wy macie jakieś anime, na których kontynuację czekacie?
Pozdrawiam, M

środa, 7 października 2020

Ulubione piosenki z dram #3

Hello!

Nie jestem pewna, czy jeden wpis w roku z serii Ulubione piosenki z dram to dużo czy mało. Jak to świadczy o jakości piosenek w dramach albo o tym, ile dram oglądam. Ostatecznie wybrane utwory to creme de la creme dramowych ścieżek dźwiękowych. To chyba nie najgorzej. Tym bardziej, że dram numer 2 i 3 nawet nie widziałam. A numer 6 powinna była być w pierwszej lub drugiej edycji - chociaż fakt faktem Kill Me, Heal Me obejrzałam dopiero w tym roku, ale popularność samego Auditory Hallucination wyprzedza i popularność dramy i osób, które ten utwór wykonują. 

Hotel Del Luna - Done For Me

Ulubione piosenki z dram #1
Ulubione piosenki z dram #2

1. Chicago Typewriter
Satellite - SALTNPAPER 

 


Mój stosunek do dramy jest powiedzmy ambiwalentny w stronę pozytywnego im bliżej było końca, ale gdybym miała wybrać jej jeden najlepszy element to byłby ten fragment ścieżki dźwiękowej. Cudna, piękna piosenka.

2. The Game: Towards Zero
Where You Are - JUN & CHAN A.C.E

 



Nie pamiętam jakim sposobem w ogóle usłyszałam tę piosenkę, ale cieszę się, że jakiś przypadek się wydarzył, bo to taka ładna piosenka. Absolutnie uwielbiam jej refren, jest jednocześnie piękny i ma ogromy potencjał, aby go śpiewać - a to zawsze dodatkowe punkty dla piosenki.
Chociaż klip do niej, a tym samym drama, jest bardzo straszny.

 

3. HYENA
If we can't see from tomorrow - Han Seung Woo (VICTON)


Na tę piosenkę też wpadłam przypadkiem, a później okazało się, że wpisuje się ona całkiem ładnie w ten sam klimat co Satellite i jest przyjemną piosenką do słuchania, gdy się uczę albo coś piszę.

4. Wszystkie (znaczy aż 4) piosenki z webdramy Where Your Eyes Linger, a szczególnie

Light - Keum Jo

YOU - The Man BLK


O ile Light wpisuje się w spokojne i ładne tony piosenek numer jeden, dwa (chyba nawet najbardziej, bo i Where You Are i Light są zaskakująco podobne emocjonalnie w refrenach) i trzy, tak YOU (oraz piosenka wspomniana niżej nawet bardziej; w sumie Fly High jest po prostu uroczą, zabawną piosenką) jest nieco bardziej radosne. I też jest bardzo ładne i przyjemne do słuchania.
Jedyny problem z tymi piosenkami (YOU i Fly High), którego zupełnie nie ma z pozostałymi, jest taki że bez obrazu nie do końca mają moc oraz niekoniecznie chce się słuchać ich w całości, bo bardzo czuć, że to piosenki stworzone specjalnie do dramy, jako jej podkład muzyczny.

4A. Wyróżnienie specjalne otrzymuje też Fly High (The Man BLK) z webdramy Mr. Heart

5. Hotel del Luna
Done for Me - Punch

 

Piosenki z dramy Hotel del Luna były niesamowicie popularne, gdy się pojawiały (cała drama była!), ale Done for Me (chociaż wspięło się na 1 miejsce na liście Gaon) jest tak bardzo niedocenianym fragmentem ścieżki dźwiękowej Hotelu, że aż trudno w to uwierzyć, bo to fenomenalna piosenka. Delikatna i potężna jednocześnie. Sceny, w których była wykorzystywana w dramie, także zawsze były niesamowicie mocne i tworzyły fantastyczną synergię!

6. Prawie zapomniałam o najważniejszej piosence!

Kill Me, Heal Me
Auditory Hallucination - Jang Jae In, NaShow

 


Jak pisałam we wstępie - popularność Audiotory Hallucination wyprzedza i dramę, i wykonawców piosenki. Wydaje mi się, że nie jest ryzykownym stwierdzenie, że jest to jeden z klasycznych OST z dramy (chociaż w innej kategorii niż wgryzające się w mózg Almost Paradise, które było pierwszą piosenką, o której pomyślałam, gdy to pisałam). Gdybyśmy byli na Youtube to bym napisała "Nie ufaj osobie twierdzącej, że jest fanem koreańskich dram, która nie zna Audiotory Hallucination"

LOVE, M

sobota, 3 października 2020

Minirecenzje totalnie przypadkowych kosmetyków

Hello!

Po zaskakująco dobrym przyjęciu wpisu Tego się nie spodziewałyśmy - recenzja produktów Your KAYA pomyślałam, że mogę zebrać jeszcze trochę podobnych refleksji i podzielić się moimi wrażeniami  o różnych kosmetykach, których używam bądź używałam. Także trochę ostrzegam i trochę polecam.

Bielenda - Bluberry C-TOX krem pianka do twarzy nawilżająco-rozświetlający

Duetus - serum regulujące 

Zużyłam 2 opakowania - nie zauważyłam różnicy. A dokładnie, lekką różnicę czuć/widać może przez pierwsze 3 dni, gdy serum ma najbardziej ziołowy zapach (a ma bardzo), potem dość szybko zapach znika, a wraz z nim działanie serum. Działanie to też polegało raczej na łagodzeniu - moje czoło jak świeciło się jak księżyc w pełni, tak dalej się świeci. Ale to też może kwestia tego, że na mojej skórze olejek z drzewa herbacianego nie robi wrażenia. 

Bielenda - Bluberry C-TOX krem pianka do twarzy nawilżająco-rozświetlający 

Chciałabym napisać coś dobrego o tym kremie, ale się nie da. Ewentualnie zapach, bo piankowa formuła jest dziwna. Po nałożeniu krem sprawia, że cała twarz się lepi i wszystko się do niej lepi. Dosłownie czuć, gdy kurz przykleja się do twarzy. Nie wyobrażam sobie używania go pod podkład czy inny makijaż. Ahhh i ma on błyszczące drobinki, które roznoszą się wszędzie, rąk nie można domyć przez 3 dni.

Lirene Natura Eco Krem nawilżający na dzień 

Jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy, krem, którego używałam! Mogę z czystym sumieniem polecić. Skutecznie nawilża i nie powoduje zapychania i trądziku ani nic.

Lirene Natura Eco Krem matujący na dzień

Nope! Nigdy więcej. Trzeba się nauczyć i zapamiętać, że jak coś matuje to oznacza, że nie pozwala skórze działać tak, jak powinna. Gdy użyłam tego kremu, w ciągu dnia dosłownie czułam jak robią mi się nowe krostki. 

Używałam też Eco żelu, ale nie robił mojej skórze za dużej różnicy. 

Pyunkang Yul ACNE Cream

Bardzo lubię i też polecam! Ma żelową konsystencję i trzeba poczekać, aż się wchłonie przed makijażem. I naprawdę, naprawdę widać różnicę na skórze po nałożeniu i całkiem przyzwoicie nawilża. Zużyłam dwa opakowania i myślę, że w przyszłości spróbuję innych kosmetyków tej firmy. 

PureHeals by Nature Village Propolis 80 Cream

Miód (dosłownie) na skórę, plasterek, kocyk i ciepełko. Od razu przy nakładaniu czuje się jego łagodzące właściwości i barierę ochronną na skórze. Cudny. Ale nie wchłania się tak zupełnie i do końca, nie zapycha, ale dla niektórych może być ciężkawy na skórze. Zwykle używam go w kryzysowych sytuacjach i co jakiś czas na noc jak supermaskę.  

Kiedyś, kiedyś używałam też ampułki z tej serii i myślałam, że nie daje efektów. Dopóki nie przestałam jej używać - okazało się, że jednak robiła różnicę. 

Nivea Urban Skin Ochrona Krem na dzień

Kiedyś kupiłam go na wypróbowanie, bo miał napisane "zielona herbata" na opakowaniu i był ona najgorszą rzeczą z zieloną herbatą, z jaką miałam styczność. Uciekajcie, nie kupujcie.

Soraya - Aqua Shot Nawadniająca mgiełka mineralna

Nie wiem, czy jest dobra czy niedobra, ale chcę ostrzec, że ma tendencję do szczypania, szczególnie, gdy używa się jej wieczorem - nie mam pojęcia, z czym jest to związane. To szczypanie przechodzi, skóra nie robi się też czerwona, ale jak widać ta mgiełka ma coś, co skórę podrażnia. 

Lirene 100% hydrolat z róży 

Nie wiem, dlaczego w ogóle kupuję inne mgiełki/hydrolaty, bo ten jest najlepszy na świecie. 

Lirene 50% hydrolat-tonik z chabru 

Nope, szczypie w oczy, skórze nie robi różnicy.

Lirene 100% hydrolat z ylang ylang

Z jakiegoś powodu chciałam go spróbować, bo myślałam, że ylang ylang ma cytrusowy zapach - nie ma. Jeszcze nie wiem, co o nim sądzę, bo dopiero zaczęłam go używać, ale z 4 wymienionych mgiełek/hydorlatów póki co plasuje się na 2 pozycji. 

Jedyny problem z tymi hydrolatami jest taki, że kończą się niesamowicie szybko. 

Glinkowa pasta myjąca z bambusem, pomarańczą i miętą 

Kosmetyk z gatunku tych, co nie robią mojej skórze różnicy przy używaniu codziennym; gdy zostawiłam na te 3-5 minut jako maskę, było widać różnicę, ale bałam się używać tej pasy w ten sposób zbyt często, aby nie wysuszyć skóry. Mogę tylko ostrzec, że pachnie, ale nikt nie wie czym, bo nie jest to ani mięta, ani pomarańcza. 

Bielenda Botanic Formula kremowy olejek do mycia twarzy olej z granatu+amarantus 

Bielenda Botanic Spa Rituals kremowy olejek do mycia twarzy olejek z pestek malin+melisa

Najlepszy olejek do oczyszczania jakiego używałam, jest kremowy (!), choć prawdę powiedziawszy ta formula przypomina gęstą śmietanę i to jest świetne, bo nie ma tego problemu, co przy większości olejków - że przy wyciskaniu rozbryzgują się na wszystkie strony. Malinowy jest najlepszy, ale bardzo trudno go znaleźć stacjonarnie (niestacjonarnie chyba też, z tego co widziałam), dlatego próbowałam tej wersji z olejem z granatu - jest zupełnie w porządku, ale malinowa wersja jest lepsza. 

Bourjois Healthy Mix podkład witaminowy

I ja dałam się kiedyś skusić na wypróbowanie, bo tylu ludzi go lubi. U mnie nie sprawdzał się za dobrze, bo nie tylko od razu był lekko za ciemny to utleniał się niesamowicie i prawie do pomarańczowych odcieni. 

Max Factor Facefinity

Nie wiem, jak ten podkład to robi, ale moja mieszana skóra wygląda po nałożeniu ja pustynia. Mogę zrobić mojej twarzy super spa wcześniej, doskonale ją nawilżyć i przygotować - po nałożeniu tego podkładu będzie wyglądała jakby nie dotknęła kremu nawilżającego od lat. 

Maybelline Affiniotone

Potrzebowałam podkładu, aby rozjaśnić za ciemny, który niechcący kupiłam - i w tej roli sprawdzał się nawet dobrze, ale ogólnie jest zdecydowanie zbyt rzadki, aby komfortowo go używać. Szczególnie  z takiej tubki, w jakiej jest sprzedawany. 

Rimmel Match Perfection

Prawdopodobnie spośród 4 podkładów, które do tej pory opisałam, tylko ten zdecydowałabym się kupić ponownie, bo nie był najgorszy. Ale jego kolor jest dla mnie lekko za ciemny. Albo raczej robi się za ciemny w ciągu dnia. Chociaż nie tak strasznie jak ten z Bourjois. 

L'Oreal Paris True Match 

Jedyny słuszny podkład. Koniec kropka.
Nie jest idealny, ale jest najlepszy. 

LOVE, M

środa, 30 września 2020

No taki film o zombie - #Alive

 Hello!

Nie wiem, jaka jest relacja pomiędzy Koreą Południową, zombie i Netflixem, ale efektem tego związku może być przekonanie mnie do oglądania zombie na ekranie.  A to całkiem dużo, bo ostatnią rzeczą, którą chcę oglądać są zombie. Jednak Train to Busan nie było bardzo złe, dramy Kingdom nie oglądałam, ale miała dobre recenzje (nie wspominając, że nawet teraz leci drama Zombie Detective), więc gdy zobaczyłam #Alive na Netflixie pomyślałam: czemu by nie obejrzeć? 

Zacznę od tego, że zombie są trochę paskudniejsze niż w Train to Busan, ale w #Alive nie ma jumpscarów nawet w momentach, gdy wręcz czuje się, że być powinny. Ale tak nie oglądałabym go w nocy. 

#Alive 

Punkt wyjścia filmu jest taki, że poznajemy bohatera, gdy budzi się sam w domu,włącza telewizor i okazuje się, że po kraju rozprzestrzenia się tajemnicza choroba powodująca agresję, zmiany fizyczne i skłonności kanibalistyczne, po czym wygląda przez okno i na parkingu przed blokiem jest świadkiem tego, do czego zdolne są zombie. Więc zastawia drzwi lodówką. I w sumie słusznie. Obserwujemy go osamotnionego i w zamknięciu i możemy przyglądać się skutkom takiego stanu rzeczy - prawdopodobnie wszystkim możliwym. Aktor - Yoo Ah-in, którego ostatnio widziałam w Chicago Typewriter - grający głównego bohatera ma się czym popisywać, bo przez pierwsze pół filmu jest to prawie monodram. I między innymi z tego powodu pierwsza połowa filmu jest lepsza niż druga. Drugim powodem jest to, że ogólnie jest bardziej dramatyczna i tragiczna niż druga. 

Ale cieszymy się z naszym bohaterem, gdy okazuje się, że nie jest sam - bo bardzo wygodnie w bloku naprzeciwko na tym samym piętrze, uchowała się jeszcze jedna osoba. Yu-bin, która ma dużo bardziej survivalowe podejście do sytuacji niż główny bohater. Razem kombinują jak przeżyć i dotrzymują sobie towarzystwa i całkiem ciekawie obserwuje się ich przygody, ale ma się poczucie, że filmowi ubyło dramatyzmu czy jakiegoś poczucia ciężkości w tych momentach. 

Być może było to przygotowanie do finału. Trzeba przyznać, że pomimo małej odkrywczości całego filmu, tego że w sumie niewiele wiadomo o bohaterach, to jednak chce się wiedzieć, co się z nimi stanie, jak sobie poradzą. Im bliżej było końca filmu, tym bardziej byłam przekonana, że może on nie skończyć się dobrze. 

Yoo Ah-in 

Film próbuje dotykać poważnych problemów i dylematów, ale wydaje mi się, że nie tyle robi to po łebkach, co robi to jak w filmie o zombie - "lepiej umrzeć z głodu, niż zamienić się w jedno z tych cosiów" i tym podobne. Poza tym oczywiście nie wiemy, co i dlaczego się stało (znaczy wirus, ale to słabe wytłumaczenie), chociaż film sugeruje, że sprawy ogólnie nie mają się tak tragicznie i nie jest to koniec świata. I ogólnie wydaje mi się, że no właśnie to taki tam film o zombie. Do obejrzenia, pewnie do zapomnienia, nic szczególnie specjalnego. Ale jeśli nie macie pomysłu, co obejrzeć, a lubicie tego typu filmy, to myślę, że śmiało możecie się na niego skusić. 

Chociaż teraz myślę, że gdyby ktoś kazał mi wybrać, czy obejrzeć #Alive czy Train to Busan, to zdecydowałabym się na ten drugi film. Bo ma większy rozmach, #Alive jest bardzo kameralne. Co ma swoje plusy (popisy aktora w pierwszej połowie!), ale w Train to Busan zwyczajnie więcej się dzieje.

I tak, gdy się ogląda #Alive, ma się dziwne poczucie niepokojącej paralelności pomiędzy sytuacją bohatera i siedzeniem w domu z powodu koronawirusa. W sumie to nawet myślałam, że był on kręcony w tych blokach i pokojach właśnie z powodu koronawirusa, aby aktorów i lokacji było jak najmniej, ale zdjęcia do niego skończyły się na początku grudnia 2019 roku.  

Pozdrawiam, M

niedziela, 27 września 2020

Straszaki - The Social Dilemma

 Hello!

Obejrzałam The Social Dilemma (Dylemat społeczny), bo miałam wrażenie, że wszyscy dookoła ten film oglądają. Oraz ponieważ liczyłam, że może wyjaśni dlaczego Youtube rekomenduje mi filmy dotyczące ortografii języka francuskiego. Pierwsze stwierdzenie w sumie jest prawdziwe, na drugie nie uzyskałam odpowiedzi.

the social dilemma dylemat społeczny

Ogólne wrażenie, jakie ten film zostawia, jest dość płaskie. Niekoniecznie płytkie, być może wręcz przeciwnie - jego końcówka jest niemalże histeryczna, ale poza tym to bardzo przeglądowy film. Dotyka wielu spraw, niewiele wyjaśnia, w jeszcze mniej się zagłębia. Jeśli nawet minimalnie interesujecie się działaniem social mediów, to wątpię czy dowiecie się z tego filmu czegoś nowego - bo praktycznie wszystko było już opisywane w innych filmach/tekstach.

Trzeba jednak przyznać, że układ tego filmu sprawia, że rozjaśnia on jak niektóre elementy projektowania social mediów, mają bardziej dalekosiężne skutki niż może się to wydawać. Następuje gradacja problemów: od zbierania danych (opisanego - wbrew temu, co twierdziły niektóre recenzje, które widziałam - bardzo powierzchownie), poprzez wpływ mediów społecznościowych na dzieci, manipulację, działanie rekomendacji, rozprzestrzenianie się fake newsów do polityki i protestów. Już widać, że tematów jest wiele, są one poważne, a film na tylko półtorej godziny, aby je wszystkie zaprezentować.
Można sobie dzięki The Social Dilemma poukładać pewne sprawy związane z social mediami w głowie, ale całość nie jest tak odkrywcza, jak twórcy by chcieli. 

Nie rozumiem, po co jest w tym filmie rodzina i taki niby wątek fabularny - chyba ma obrazować oddziaływanie mediów społecznościowych na ludzi, ale nie jest potrzebny. Powiedziałabym nawet, że jest denerwujący. Przerysowany, lekko żenujący. I ogólnie nijak nie pasuje do tego filmu, bo wygląda bardzo nieprofesjonalnie.

Może gdyby ten film dogłębniej eksplorował zależności pomiędzy kryzysem demokracji, procesom polaryzacji społecznej, radykalizacji a social mediami były dużo ciekawszy. A tak to straszy nas straszakami, które słyszało się 5 lat temu i z którymi i tak nic się nie robi.  Znaczy eksperci, którzy się wypowiadają w filmie coś działają, żeby social media się zmieniły. 


Pozdrawiam, M

czwartek, 24 września 2020

Fantazja o koreańskim śnie - K-pop tajne przez poufne

 Hello!

Być może powinnam była być bardziej zmartwiona, gdy zorientowałam się, że wydawnictwo nieszczególnie promuje tę książkę. Jej premierę w mediach społecznościowych wydawnictwa można było przegapić. Ogólnie w porównaniu z innymi książkami, które miały wtedy premierę, było o niej całkiem cicho. Z drugiej strony wydawnictwo bardzo miło odpisało mi na maila, w którym pytałam o pewne kwestie związane z latynizacją języka koreańskiego (gdyby kogoś interesowało, to z odpowiedzi wynikało, że tak było w oryginale).

K-pop tajne przez poufne

Tytuł: K-pop tajne przez poufne
Autor: Stephan Lee
Tłumacz: Ryszard Oślizło
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece

Najkrócej mogłabym napisać, że jestem 10 lat za stara, aby ta książka mogła do mni trafić i ma to pewne podwójne znaczenie. Książka odwołuje się do pewnych tropów sprzed 10 lat. W sumie to nawet dwunastu. Naprawdę nie wiem, czy dla obecnych młodszych nastolatek Zmierzch jest kulturowym punktem odniesienia. Nie wiem, czy dla bohaterki książki Zmierzch jest punktem odniesienia, bo gdy film wchodził do kin ona miała osiem lat.

Z drugiej strony ta książka dzieje się trochę we współczesnym świecie alternatywnym albo może w przyszłości (takie myślenie życzeniowe). Wiecie w tej rzeczywistości istnieją wszystkie zespoły, które istnieją w naszej, ale jest także zespół QueenGirl, który wystąpił z Cardi B na gali VMA. Istnieją też wytwórnie Big3 plus coś co udaje BigHit, ale wcale nie (bo by się pisał pozew o zniesławienie). I to ta wytwórnia szuka kandydatek do nowego girlsbandu.

Druga kwestia, o której trochę nie do końca wiem, co myśleć, ale czuję, że powinnam o niej wspomnieć. Otóż K-Pop tajne przez poufne jest książką o nastolatce - napisaną przez faceta, przetłumaczoną przez mężczyznę, której redaktorem był mężczyzna. Za korektę książki odpowiadała kobieta i redaktor prowadząca jest kobietą. W każdym razie już we fragmencie udostępnionym przez wydawnictwo przed premierą można było przeczytać moje absolutnie ulubione stwierdzenie "zwieńczone połamanymi paznokciami palce u stóp". Kto tak mówi? Albo "śmiały gust modowy". Albo "wysyła dobre fluidy". Albo "krótkie rajstopy" - to znaczy safety shorts (szorty bezpieczeństwa, spodenki pod spódnicę), gdybym nie wiedziała o co chodzi, to naprawdę nie wiedziałabym, co rozumieć pod pojęciem krótkie rajstopy. I ogólnie całe określenia czy przymiotniki, zbitki słów wywoływały lekkie zażenowanie. Ale nie jestem pewna, czy to dlatego że naprawę po polsku to brzmi tak, że prawie czytać się tego nie da, czy tylko dlatego że jestem przyzwyczajona do czytania podobnych opisów po angielsku.

Druga sprawa ta książka ma ambicję tłumaczenia (bardzo dużą) i bronienia k-popu jako takiego i wypada to sztucznie. Pięć razy trzeba napisać, jaki to k-pop nie jest różnorodny i tak dalej. Trochę obalić stereotypy. Trochę napisać, że nie rozumie się dlaczego randkowanie idoli to taki wielki problem. W końcu to nawet mamy tam prawie Produce 101 (a może bardziej Mix&Match), bo to taki modny temat i piosenkę a'la Pick Me.

Wróć, sztucznie to mało powiedziane - "Wyświetla nam wideoklipy - czyli "MV", jak nazywa się je w K-popie" (s. 23). MV oznacza music video, czyli teledysk, czyli wideoklip. Nie wydaje mi się, aby skrót MV był jakoś szczególnie zarezerwowany do k-popu. VMA to przecież Video Music Awards. Denerwujące było ciągłe używanie skrótu MV, skoro mamy słowa wideoklip i teledysk.

Muszę przyznać, że myślałam, że będę tą książką zażenowana, ale jest ona niesamowicie zabawna, przypuszczalnie zupełnie niezamierzenie. Dla naszych bohaterów wszystko jest niemalże sprawą życia i śmierci (plus dla książki za samoświadomość, napisałam to po około 30 stronach, a na stronie 188 jeden z bohaterów mówi to do drugiego), dla czytającego świat, w którym żyją bohaterowie jest zabawny. Momentami niedorzeczny do tego stopnia, że nie pozostaje nic innego, jak tylko zacząć płakać ze śmiechu. Z jednej strony, ta książka usilnie próbuje być zatopiona w rzeczywistości, z drugiej - autorowi nie można odmówić fantazji. Albo literackiego polotu. W skrócie - jest bardzo niezbalansowana. Bardzo. I przewidywalna do bólu, szczególnie w drugiej połowie. Do tego im bliżej końca tym bardziej z każdą kolejną stroną robi się coraz bardziej oderwana od rzeczywistości i naprawdę zaczyna przypominać fantazję. Aby nie napisać fanfic albo scenariusz z tumblra. Niestety zabawność zaczyna ustępować zażenowaniu.

Chciałabym napisać Wam przykłady, ale nie chcę zdradzać smaczków. Napiszę tylko, że jest w tej książce wiele momentów, które wybijają z czytania - bo są niedorzeczne, bo są za dobre, aby były prawdziwe, bo zwyczajnie nawet w ramach świata przedstawionego są nieprawdopodobne, bo nie pasują tonem do całej powieści. Przy czym ostatecznie są one często zabawne, bo tak niespodziewane.  

Ta książka cierpi na rozdwojenie jaźni: mamy opis doświadczeń Amerykanki koreańskiego pochodzenia i jej rodziny, który bardzo by się zgadzał z tym, o czym opowiadają idole (jak Tiffany, Eric Nam), a z drugiej tak niedorzeczne fragmenty, które służą tylko i wyłącznie niesubtelnemu pokazaniu z kim będzie randkowała (chociaż przecież nie powinna!) nasza główna bohaterka. Nie chodzi o to, że randkowanie jest problemem, tylko o to jak bardzo jest fabularnie nachalne. Jest tak bardzo niesubtelne jak tylko mogłoby być. Całe poprowadzenie relacji tej dwójki bohaterów odejmuje od ogólnej ocenyj książki sto punktów, jest tak złe. Momentami wręcz wybijające z czytania, jakby zostało dopisane. Zażenowania, które wywołuje czytanie o tych bohaterach, nie można nawet wyjaśnić tym, że nie jestem wiekowym targetem tej książki.

Sama Candence czyli główna bohaterka książki, jak na kogoś teoretycznie zdeterminowanego, aby debiutować jest totalnie nieprzekonująca. Jest nudna. Wszystko jej wychodzi (tańczyć nie umie, ale to schodzi na dalszy plan po pierwszej piosence). To niby taka szara myszka, ale w sumie to cicha woda brzegi rwie. Ona jest zupełnie nieinteresująca, ale to, co dzieje się dookoła niej i to jak zbudowany jest świat tej książki - jest takie, jak opisałam we wszystkich akapitach powyżej. 

Poza tym książka ta cierpi na fabularne uproszczenia, wątki, które nie powracają, bądź są wspominane i nie mają żadnego znaczenia dla fabuły, bohaterów drugoplanowych o jednej cesze zamiast charakteru, trochę rzeczy, które są czasowo niemożliwe.

Mogłaby też zatytułować ten tekst "Przychodzi amerykańska dziewczyna i rozwala system", bo końcówka tej książki to nie wiem, czy bardziej obraz myślenia życzeniowego, czy odpłynięcia w odmęty pisarstwa fanfikowego. Nie żebym nie twierdziła, że to zakończenie nie jest słuszne i Candence nie miała racji - tylko lepiej by to wypadło w lepszej książce. Bo w tej, której poziom zaczął bardzo spadać od połowy, to zakończenie nie ma takiej wymowy jaką mogłoby mieć. Przy czym być może dla młodszych czytelniczek będzie miało większą siłę oddziaływania. Dla mnie bohaterka powiedziała rzeczy, które wiem i z których bardziej uświadomione fanki k-popu świetnie zdają sobie sprawę. 

Ogólnie ta książka to raczej słaby kawałek literatury (w sensie i tak jest dużo lepsza niż te całe "nieoficjalne biografie"). I szkoda, bo zapowiadała się zaskakująco nieźle. Jestem lekko rozczarowana. 

Trzymajcie się, M