Hello!
Ostatnia recenzja dramy na blogu pojawiła się 9 lipca i była to recenzja trzeciego sezonu Squid Game, które pod pewnymi względami trudno zaliczyć do kategorii dram. A wcześniej - prawie rok temu, bo 23 marca - opublikowałam recenzję Melo Movie. I ja naprawę byłam przekonana, że nie widziałam żadnej koreańskiej dramy kilka miesięcy, ale kryzys trwał zdecydowanie dłużej. Ale może właśnie udało mi się go zażegnać, bo Boyfriend on Demand (znane także jako Chłopak na życzenie oraz Monthly Boyfriend) bardzo mi się podobało!
„Chłopak na życzenie” to serial o wyczerpanej producentce webtoonów, Mi-rae, która ucieka od rzeczywistości w oparty na subskrypcji wirtualny symulator randek, gdzie wreszcie może przeżyć wymarzone romantyczne spotkania. (Zostaje poproszona o ich testowanie i początkowo jest nastawiona sceptycznie i cynicznie).
Zacznę od sprawy, która bardziej niż fabula poruszyła recenzentów, czyli Jisoo. Zastanawiam się, czy ja nie widzę dobrze, czy przynajmniej część tych zarzutów, że Jisoo nie potrafi grać jest na wyrost i trochę utrzymującą się narracją, z której część recenzentów nie chce lub nie umie wyrosnąć, bo w tym, co ma do przedstawienia w tej konkretnej dramie, nie odstaje jakoś szczególnie i się sprawdza. A wręcz napiszę to wprost i otwarcie, im dalej oglądałam tę dramę, tym bardziej miałam poczucie, że ta krytyka tego, jak Jisoo gra, jest nieco wymuszona, a hejt zupełnie nieuzasadniony, bo naprawdę są koreańskie aktorki, które wystąpiły w większej liczbie dram jako główne bohaterki, a miały trzy wyrazy twarzy na krzyż.
Ale jeśli poważnie nie lubicie Jisoo, to nie oglądajcie tej dramy, bo ona jest nie tylko główną bohaterką, ale też postacią absolutnie centralną tego serialu. Seo In-guk, grający Park Kyeong-nam (oraz jeszcze jedną postać!), którego to Mi-rae, czyli postać Jisoo, jest obiektem westchnień, tak naprawdę zaczyna odgrywać jakąś rolę dopiero w drugiej połowie sezonu i na dobrą sprawę wszystkie ważne rzeczy dzieją się w trzech ostatnich odcinkach. I jest to skonsolidowane do tego stopnia, że zastanawiałam się, jak twórcy serialu będą chcieli domknąć i wyjaśnić wszystkie wątki w 10 odcinku, bo drama mogłaby mieć spokojnie jeszcze ze dwa - i podtrzymuję tę tezę; może nie dwa, ale jeszcze jednej odcinek wyszedł by na korzyść tego tytułu, bo ostatni odcinek trochę zbyt szybko i prosto rozprawia się z pewnymi kwestiami.
Ale też nie ma się co oszukiwać, cała ta drama nie jest wymagająca ani od aktorów w niej grających, ani od widzów. I takie dramy też są potrzebne. Sama nie mogłam się zabrać za oglądanie niczego od ładnych kilku miesięcy, bo miałam wrażenie, że nawet dramy, które wydawały się proste, mają niezwykłą ambicję powiedzenia czegoś o kondycji ludzkiej. A to nie jest coś, co mam ochotę oglądać po pracy etatowej, a później po redagowaniu tekstów, bo to na tym skupia się mój wysiłek intelektualny. I Boyfriend on Demand to jest naprawdę przyjemna drama. I to nie jest też zupełnie tak, że nie ma w niej jakiegoś drugiego dna. Chociaż może to za dużo powiedziane, bo chociaż drama dotyka tematów związanych z wirtualnym randkowaniem i dostępem do idealnych, skrojonych na miarę chłopaków i różnych konsekwencji korzystania z takich usług, robi to w zasadzie tylko w zakresie, który związany jest z rozwojem fabuły, niekoniecznie, aby rozwijać dyskusję na temat tych kwestii. Trzeba jednak przyznać, że robi to z kilku stron, a rozwojem kilku kierunków byłam zaskoczona. Natomiast zdecydowanie ważniejsze jest to, co z używania tego serwisu wynika dla Mi-rae niż dla całego społeczeństwa.
Muszę przyznać, że Mi-rae wydała mi się bohaterką, do której przeżyć można się odnieść i łatwo można ją zrozumieć. Ponadto - pomijając wątek Boyfriend on Demand - to nie jest magiczna i nierealistyczna drama. I może pomijając to, jak czasami jest aż za bardzo wyestetyzowana, a na przykład mieszkanie bohaterki wygląda prześlicznie, ale duża liczba bibelotów nie sprawi, że będzie wyglądało na takie, w którym ktoś żyje. Ale jednocześnie jest to nieduże mieszkanie osoby, która pracuje w webtoonowym wydawnictwie i dojeżdża do pracy godzinę, a wątek romantyczny jest pomiędzy osobami na tych samych stanowiskach w biurze, co sprawia, że nie ma dziwnych podchodów i wykorzystywania pozycji.
I z takich mniejszych uwag, mam wrażenie, że część recenzentów, na których wrażenia wpadałam po pojawieniu się tej dramy na Netflixie, widziała tylko 4-5 pierwszych odcinków, bo gdy widziało się wszystkie 10, po prostu nie można polegać na swoich pierwszych impresjach dotyczących tego tytułu, bo tak jak bohaterowie ton serialu się nieco zmienia. Ogólnie zmiana, strach przed zmianą, zmiana jako coś, co może być ciekawe albo odrzucające, to jedne z tematów, które Boyfriend on Demand porusza. Ta drama pokazuje też coś zaskakującego, nie tylko wśród innych drama, ale nawet wewnątrz własnej fabuły, to znaczy, że jedna jaskółka wiosny nie czyni i jeśli ktoś był zraniony, to powrót do poczucia bezpieczeństwa i pewności w relacji to jeden krok w przód i dwa w tył. I tak może się wydawać, że bohaterowie trochę kręcą się w kółko, a Mi-rae nie może się zdecydować, ale to jest właśnie kwestia tych kroków i tego, ile empatii dla jej historii widz może w sobie znaleźć.
Boyfriend on Demand to naprawdę zabawna drama i ma pewną dodatkową cudną cechę - część elementów, które w zwyczajnej dramie byłby nie do oglądania, bo zabiłoby mnie zażenowanie z drugiej ręki, tutaj dzieją się nie tylko w dramie, ale w wirtualnej rzeczywistości w dramie. I chociaż nie skłania do zastanawiania się nad pułapkami wirtualnej rzeczywistości, tego, że kontakty z innymi ludźmi są trudne i wymagają zaangażowania, to na ludzkim poziomie jest bardzo... relatable (tak bardzo starałam się nie użyć tego słowa wcześniej i niezmiernie żałuję, że nie ma polskiego prostego odpowiednika, który byłby tak bardzo w punkt!). Żeby było jasne - to jest drama, która w swoich ramach i założeniach robi dokładnie to, co obiecuje, a nawet bym powiedziała, że bywa zaskakująca.
Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!
Trzymajcie się, M



