czwartek, 23 maja 2019

Naoglądałam się dokumentów 3

Hello!
Zbliża się sesja więc wpisy będą, kiedy będą, ale będą. A dziś kolejna porcja filmów dokumentalnych, które obejrzałam ja, abyście Wy nie musieli. Ale mogli, bo nie wszystkie są złe, a wszystkie są na Netflixie.




Tokyo Idols


Przyznaję się bez bicia, zobaczyłam Tokyo, zobaczyłam Idols i już kliknęłam. A sam film jest zasadniczo o idolkach. Główna bohaterka ma 20 lat, ale jak na tę profesję  to jest już starsza. Niektóre tańczące i śpiewające dziewczynki mają po13 lat. Albo i mniej. A ich głównymi fanami są panowie w wieku ich ojców. Czyż nie brzmi to strasznie i złowieszczo? Owszem brzmi. To jest taki typ dokumentu o Japonii, w trakcie oglądania którego, człowiek bardzo nie chce oceniać tego postępowania i myśli sobie "to inna kultura, inna mentalność, inni ludzie", a poza tym to tylko opowieść o wycinku pewnego zjawiska. I, gdy już się przeskoczy ten oceniający poziom, to można posłuchać, że mamy tych dziewczynek czy rodzice głównej bohaterki je wspierają i ich pilnują.

Oni przynajmniej brzmieli przekonująco, w przeciwieństwie do, bodajże, trzynastolatki zapytanej o to, czy nie obawia się tych panów w średnim wieku i która odpowiedziała, że nie. Jej nie uwierzyłam.

Ale Rio, bo tak ma na imię główna bohaterka, wydawała się za to całkiem zadowolona z tego co robi.
Najlepszym elementem całego dokumentu były wypowiedzi zaproszonych do udzielenia wywiadów ekspertów, znaczy gadające głowy. Bo mówiły naprawdę ciekawe rzeczy. Szczególnie jedyna kobieta w tym gronie oraz socjolog. Chociaż trzeba wziąć dużą poprawkę na to, co mówili. Bo widzowi po obejrzeniu tego filmu (czy podobnego) wydaje się, że skala pokazywanego zjawiska jest bardzo ogromna, powiedzmy dotyczy całej Japonii i wszędzie się tak dzieje. Szkoda, że nie podano jakiś danych liczbowych, bo można by to jakoś mniej więcej zweryfikować. Bo może to jednak jest tak ogromna skala?


Historia Funko


O matko. Jak na firmę, która promuje się z hasłem "Fun" i zabawa i zabawki to ten film o niej znajduje się po przeciwnej stronie tych haseł. Jest tak niesamowicie przegadany, że nie wyłączyłam go pierwszych dwudziestu minutach, tylko dlatego, że akurat stałam i kręciłam hula-hop i nie chciałam przerywać, żeby szukać czegoś innego do oglądania.

W tym filmie są prawie same gadające głowy, które nie mówią absolutnie nic ciekawego, a sama historia Funko brzmi jak coś tak prostego, co mógłby zrobić pięciolatek.

Ale potem zaczyna się opowieść o Funko Popach i to już się robi ciekawsze. Może dlatego, że oddaje się głos kolekcjonerom: i dzieciakom, i bokserowi, i aktorom, którzy grali czy grają postaci, które figurki otrzymały, ale może dlatego, że chociaż założyciel Funko wyglądał na naprawdę zabawnego gościa, film trochę pokazał go jednak jak nudziarza, wiec im go mniej tym lepiej. Przy czym dalej: to wciąż są gadające głowy, które sypią takimi oczywistościami i nie mówią nic odkrywczego, że w tym momencie oglądałam ten film dalej (a ciągnął się niemiłosiernie) tylko i wyłącznie z powodu nadziei, że mnie czymś zaskoczy, bo nie wierzyłam, że film o firmie produkującej prawdopodobnie najpopularniejsze obecnie figurki, może być tak nudny.

Musiałam przerwać w połowie, bo już nie dawałam rady słuchać tego gadania.

I prawie chciałam napisać coś lepszego o drugiej połowie, ale nie. Dalej jest dużo gadania i chociaż pokazali niby grafików przy pracy i parę ujęć z fabryki, to wrócili go gadania i pokazywania "znanych" (być może w Ameryce ci ludzie są faktycznie znani, ale dla mnie w większości nie) ludzi, którzy mają swoje Funko Popy i pokazywania kolekcji Funko niezbyt nieznanych ludzi.

W skrócie: nudny, przegadany, a chyba cały budżet poszedł na wielkie białe napisy z nazwami miast i państw, z których pochodzą dane fragmenty filmu. Nie oglądajcie.

Best Worst Thing That Ever Could Have Happened


Jeśli zastanawiacie się, czy gadające głowy mogą być ciekawe i oglądanie ludzi, którzy po prostu opowiadają swoje historie może nie być nudne i męczące - odpowiedź brzmi: może. I ten film to udowadnia. Chociaż z zastrzeżeniem, że choć ostatnio nie ma tu zbyt wiele miejsca, aby o tym pisać, lubię musicale i dość naturalnie mnie interesują, więc być może dla kogoś bez tego wcześniejszego zainteresowania film może nie być aż tak wciągający.

W każdym razie jest to historia musicalu Merrily We Roll Along Stephena Sondheima, który to musical został zdjęty z afisza po 16 przedstawieniach. Nawet najlepsi mogą się potknąć. Film pokazuje drogę tego musicalu z perspektywy aktorów, którzy zostali zaangażowani. A warto zaznaczy, że wszyscy to byli młodzi ludzie, których zgodnie z narracją tego filmu, ale nie ma podstaw, aby jej nie wierzyć, zostali bardzo przez klapę tego musicalu zmienieni. Lonny Prince, który ten film wyreżyserował, był jednym z tych młodych aktorów i być może dlatego inni pojawiający się w filmie aktorzy, czują się tak swobodnie, rozmawiając z nimi, wszystko wygląda na bardzo prawdziwe. Nie dowiemy się co prawda zbyt dokładnie, dlaczego musical się nie udał, a ludzie z niego wychodzili, ale dowiemy się dokładnie, jak aktorzy czuli się, gdy to się działo.

Jeśli choć trochę interesujecie się musicalem to myślę, że powinniście zobaczyć ten film, nie będziecie żałować, sądzę, że dowiecie się nowych rzeczy.

Czy któryś z filmów Was zainteresował i spróbujecie go obejrzeć?
Trzymajcie się, M

niedziela, 19 maja 2019

Kaguya-sama Love is War & Fukigen na Mononokean Tsuzuki

Hello!
Dawno, dawno nie było recenzji anime. Nawet nie wiem czemu, bo jakimś cudem mogę wygospodarować czas na oglądanie dram a nie mam na anime. Jednak to anime to mój najlepszy sposób na odstresowanie i skupienie. Naprawdę. Odcinek anime w przerwie w nauce i od razu czuję się lepiej. W każdym razie obiecuję poprawę w miesiącach wakacyjnych. A dziś dość krótkie wrażenia z dwóch anime.


Love is War


Love is War jest naprawdę zabawne, całkiem urocze i trochę inne nie tylko od typowych szkolnych anime, ale też od tego, czym na początku możemy zakładać to anime będzie. Z czasem odcinki stają się mniej wojenne, a bardziej neutalno-zabawne.Na pewno nie jest to szczególnie głębokie anime, ale byłam zaskoczona postacią głównej bohaterki, a szczególnie ostatnim odcinkiem, bo po w porównaniu z pozostałymi jest smutniejszy, ale ma też więcej akcji. I chociaż w fabule wraca status quo i nic tak naprawdę się nie rozwiązuje, tym bardziej nie miałabym nic przeciwko kolejnemu sezonowi.


 

Fukigen na Mononokean Tsuzuki


Trochę przykro mi to pisać, że pierwszy sezon podobał mi się dużo bardziej. Drugi też jest zabawny i uroczy, ale o jakąś połowę mniej niż poprzedni. Trochę kuleje też w warstwie emocjonalnej - gdyby nie to że naprawdę polubiłam bohaterów w poprzednim sezonie ani trochę nie obchodziłoby mnie, co się z nimi dzieje w tym. Nie żebym oczekiwała wielkiej głębi po tym tytule, ale emocjonalnie ten sezon jest płaski. Prawie każdy element dramatyczny jest pokazany i nic się w związku z nim nie dzieje dalej. W poprzednim sezonie było też dużo więcej pięknych teł i animacji w drugim świecie oraz ogólnie historyjki pokazywane w odcinkach były ciekawe. To wciąż przemiłe do oglądania anime, ale jego ogólna jakość spadła.


Wątek o przypuszczalnym tacie Hanae był ciekawy i naprawdę zastanawiałam się, czy on zabijał yokai, był pracownikiem Mononokeana, a jeśli był to dlaczego to ukrywają i ogólnie jaka tajemnica wiąże się z tym człowiekiem, tylko dlaczego zaczęli oni na poważnie rozwijać ten wątek w 2-3 ostatnich odcinkach? Nie wiem, ale wiem, że odrobinę zabrakło równowagi pomiędzy większymi wątkami łączącymi kilka odcinków i pojedynczymi odcinkami z historiami poszczególnych yokai czy innymi zadaniami wykonywanymi przez bohaterów. Za całą głębię i dramatyzm tego sezonu odpowiada tylko ostatni odcinek. I odpowiada on także za silne przeczucie, że może, może będzie kolejny sezon.

Zapraszam też do polubienia bloga na Facebooku - Mirabell- Między innymi kulturalnie! Bywam tam całkiem zabawna, wrzucam sporo teledysków oraz komentarzy do notek, których tu oczywiście nie ma. 

LOVE, M

czwartek, 16 maja 2019

Najdziwniejsza książka jaką czytałam - Dom ozdzyskanego dzieciństwa

Hello!

Wiedzieliście, że w latach 50. ubiegłego wieku do Polski przybyły północnokoreańskie sieroty? 

Nie? Wcale się nie dziwię, ja też nie miałam o tym pojęcia, dopóki nie zaczęłam zbierać materiałów do licencjatu. Najpierw przeczytałam książkę Skrzydło anioła: historia tajnego ośrodka dla koreańskich sierot (Jolanta Krystowata, 2013). Dłuższy czas potem odkryłam, że istnieje książka Dom odzyskanego dzieciństwa Mariana Brandysa z 1953 (!) roku i dzisiaj trochę o niej napiszę.


Autor: Marian Brandys

Tytuł: Dom odzyskanego dzieciństwa

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia 1953


Ogólnie o zbieraniu informacji do mojego licencjatu zrobię oddzielny wpis, teraz napiszę tylko jedno: w pewnym momencie myślałam, że już nic co znajdę, mnie nie zaskoczy. Myliłam się. Przy czym nie wiem, czy większym zaskoczeniem było odkrycie istnienia tej książki i tematu, który podejmuje, czy zobaczenie jej okładki. W sensie do czasu, gdy odebrałam ją z biblioteki, trochę nie wierzyłam, że ona istnieje. 

Co do samej książki to jej czytanie jest dziwne. To książka dla dzieci napisana w socrealistycznym stylu. I choć przez większość czasu przypomina taką powieść realistyczną (głównie to, co dzieje się w samym domu dziecka) z mocno naciąganymi i zasadniczo niedającymi się sprawdzić retrospekcjami dzieci i ich opowieściami o Korei, po dziwny momentami optymistyczny, momentami patetyczny styl zdań komentujących czy wyjaśniających stan psychiczny bohaterów oraz wyidealizowany obraz świata. Zdania komentujące często przypominały hasła propagandowe i ogólnie bardzo było czuć, że one MUSZĄ być w tej powieści - po prostu są właśnie tą socjalistyczną częścią gatunku i naprawdę od razu wiadomo, że to są TE zdania. Bo czasami wyglądają, jak autentycznie doklejone do narracji. I zastanawiam się, czy w kilku miejscach tak faktycznie nie było, bo książka musiała przejść przecież przez cenzurę, może kazali coś dopisać.

Poza tym Dom odzyskanego dzieciństwa jest nieco zbyt optymistyczny i naiwny - nawet jeśli w tych nieprawdopodobnych retrospekcjach giną jakieś postaci. Przy czym kwestia prawdziwości, skąd autorowi w ogólne przyszło do głowy (czy ktoś mu kazał) i skąd miał informacje do tej książki (bo wszystkiego nie wymyślił) i tym podobnych spraw to jest jeszcze coś, co chciałabym sprawdzić i zbadać, obawiam się jednak, że za wiele się nie dowiem. Wiem, że są jakieś filmu dokumentalne na temat tych dzieci, natomiast mnie interesowałoby powstanie samej książki. 

Kolejnym nieco abstrakcyjnym elementem tej książki jest rok jej powstania i realia czasów, których dotyczyła. W największym skrócie sytuacja polityczna była zupełnie inna, ludziom przyświecały inne wartości i ogólnie świat i życie były inne. Wybrałam jeden cytat, który powinien idealnie pokazać, co mam ma myśli.

 "Teraz w albumiku I Czun-china jest już sporo "rodzinnych" zdjęć. Są  pieczołowicie wycięte z ilustrowanych pism fotografie Stalina, Kim Ir-sena i Bolesława Bieruta." (strony 81-82)


Poza tym, to że człowiek czasami się zastanawia nad prawdziwością opowieści, a przynajmniej niektórych jej elementów oraz faktem, że to powieść socrealistyczna to zasadniczo nie czyta się jej źle. Powiedziałabym nawet, że z pewnym zaciekawieniem, bo jeśli nie przeżywa się czegoś w rodzaju dysonansu poznawczego to całkiem sympatyczna książka, a to, jak mijały dzieciom dni w domu dziecka jest interesująco i dość dokładnie opisane. Ponadto wydanie jest ilustrowane i choć rysunki są specyficzne (żeby nie napisać brzydkie) to robią one pozytywne wrażenie.

Pozdrawiam, M

poniedziałek, 13 maja 2019

Dajcie spokój książkom - Romance is a Bonus Book

Hello!
Ostatnio prawie udaje mi się pisać i publikować mniej więcej na bieżąco. Obejrzę czy coś przeczytam i jest recenzja. Albo wiem dokładnie kiedy będzie ona opublikowana, jeśli nie dzieje się to od razu. A dziś recenzja dramy Romance is a Bonus Book.


Podstawowym problemem tej dramy jest to, że zupełnie nie czuć chemii pomiędzy głównymi postaciami. I nie mam na myśli faktu, że główna bohaterka jest starsza od bohatera. Po prostu aktorzy wyglądali tak jakby grali obok siebie, a nie ze sobą. Nawet w najbardziej przyjacielskich, potem romantycznych, scenach nie byli przekonujący. Zupełnie nie wierzy się w ich relację po prostu. Eun-ho ma dużo lepszą chemię z koleżanką Song, a Dan-i z panem grafikiem. Ale to też do czasu, bo scenarzyści nawet nie dali temu wątkowi dobrze wybrzmieć.


Problemem jest też miejscami scenariusz. Wydaje się, że twórcy chcieli zrobić podnoszącą na duchu historię, ale koniec końców Dan-i wszystko za łatwo przychodzi. Oczywiście jej historia - rozwód, mieszkanie w budynku przeznaczonym do wyburzenia i wielkie trudności w znalezieniu pracy - są poruszające, ale Dan-i charakteryzowana jest jako dość naiwna postać i kłóci się to trochę z jej życiowymi doświadczeniami i wiekiem. A gdy już dostaje pracę w wydawnictwie to oprócz niewielkich konfliktów nie ma tam za wielu problemów. Nasza bohaterka jest wręcz jak superbohater z genialnymi pomysłami, które szefowie chcą ukraść, lepszymi koncepcjami niż cały zespół marketingu (oni na wszystko jej przytakują!) i jeszcze zdolnościami pokojowymi. Wymaganie od dram realizmu czy prawdopodobieństwa nie jest zbyt dobrym podejściem do ich oglądania (i tworzenia), ale tu brakuje pierwiastka życiowej prawdy. Nawet, gdy później sprawy się odrobinę komplikują, to wciąż jest to skomplikowanie na pewnym poziomie abstrakcji niemożliwym w prawdziwym życiu.


Poza tym, wraz z biegiem fabuły, Dan-i okazuje się być jednak zwyczajnie głupiutką postacią. Momentami tak naiwną, że chce się nią potrząsnąć i powiedzieć, aby się ogarnęła. Zachowuje się jak nic nierozumiejący podlotek, a nie kobieta po rozwodzie z nastoletnią córką. Którą (córkę nie Dan-i) scenariusz wysłał do szkoły z internatem żeby przypadkiem nie plątała się po fabule. I niby są sceny typu 'wiem, że w moim wieku i z moją przerwą w karierze zawodowej nie zdobędę za bardzo innej pracy, więc będę starała się najlepiej jak będę mogła w tej i będę bardziej entuzjastyczna od wszystkich pozostałych pracowników', ale nie mają one większego znaczenia ani dla psychologii tej postaci tak naprawdę, ani dla samej fabuły.


Naprawdę poważny kryzys w oglądaniu miałam w 8 odcinku, a 10 oglądałam chyba na 10 rat. Ogólnie ta drama cierpi na tę samą chorobę, na którą cierpi także wiele innych tego typu seriali, to znaczy - gdyby wyciąć główną bohaterkę byłby zdecydowanie dużo lepszy. Naprawę. Można zostawić wszystkich bohaterów tak jak są, nie robić z tego romansidła, a po prostu dramę o pracy w wydawnictwie i życiu osobistym osób tam zatrudnionych i Romance is a Bonus Book staje się tysiąc razy przyjemniejszą dramą do oglądania! I nawet nie przemawiają przeze mnie moje studia i specjalizacja, ale to wydawnictwo (którego prawdopodobieństwo też jest trochę wątpliwe) wyglądało na tak bardzo sympatyczne i ciekawe miejsce, że drama spokojnie mogłaby być bardziej o nim, niż o głównej parze. Tym bardziej, że wyraźnie widać, że scenarzyści coś kombinowali w tę stronę i na przykład droga zawodowa Ji-yool, z której naprawdę myślałam, że nic nie będzie jako bohaterki, okazała się bardziej konsekwentna i motywująca niż cała historia Dan-i. I bardzo, naprawdę bardzo podobał mi się wątek CEO wydawnictwa i pani Go, tylko szkoda, że tak późno zaczął być widoczny.


Przy czym ta miłość do książek niektórych bohaterów (tak, na ciebie patrzę Dan-i) jest dość stereotypowa. Ale z drugiej strony tym, co robi Dan-i człowiek przestaje się przejmować bardzo szybko. A wiecie, co tak naprawdę, naprawdę jest przedstawione w tej dramie najmniej prawdopodobnie? Czas, w którym bohaterowie książki czytają. Chyba, że książki wydawane po koreańsku mają jakąś magiczną właściwość i czyta się je szybciej.


Gdy bohaterowie w końcu się schodzą to w głowie bohaterki musiało być takie coś: "W sumie to z nim mieszkam, a jemu tak zależy więc pozwolę mu żeby mnie nazywał swoją dziewczyną, żeby dał mi spokój". Naprawdę, tak jakby chciała żeby on się od niej po prostu odczepił. A to, że główny bohater ma trochę obsesję na punkcie głównej bohaterki to inna sprawa. Poza tym na tę dwójkę bohaterów zwyczajnie niedobrze się patrzy, gdy są razem. Zero chemii. On ma lekką obsesję, a ona chce żeby on się odczepił.


Co do innych problemów ze scenariuszem to bardzo zastanawiam się to wymyślił i pisał postać  Ji Seo-joona. Z założenia (i z wykonania, bo do samego aktora nie można się przyczepić) to jest bardzo ciekawa postać, która jest tym trzecim pomiędzy głównym bohaterem a Dan-i, trochę ma z głównym bohaterem spinę dotycząc pracy, a później ma całkiem rozbudowany wątek z jedną z redaktorek z wydawnictwa (która też jest ciekawą postacią). Ale Seo-joon ma też problem. To znaczy ma tajemnicę. I widzowie o niej wiedzą tylko odrobinkę przez całe 14 odcinków serialu, aż nagle w dwóch ostatnich wyrasta ona na najważniejszy wątek serialu i coś wokół czego skupiają się te dwa epizody. Wzrost zainteresowania tajemnicą jest drastyczny, a rozwiązanie z jednej strony dramatyczne, a z drugiej tak nagłe, ze nie za bardzo można ten dramat poczuć. Wyglądało to trochę tak jakby scenarzystom nagle, w ostatnim momencie, przypomniało się, że wypadałoby w sumie jeszcze wytłumaczyć ten wątek.


Ale może jeszcze jakieś plusy: jak na dramę to nieźle poradzili sobie z product placementem. I miewa naprawdę, naprawdę zabawne momenty. Ogólnie jednak i tak napisałam więcej akapitów niż drama zasługiwała więc tu zakończę mój wywód. W skrócie: dokończyłam ją tylko dlatego że bohaterowie pracowali w wydawnictwie.

Pozdrawiam, M

sobota, 11 maja 2019

10 spostrzeżeń osoby z nogą w gipsie - 3 lata później

Hello!
Mogę pisać o czymkolwiek i o wszystkim, a i tak najlepiej klikającym się wpisem na blogu jest ten, który napisałam, gdy zdjęto mi gips po skręceniu kostki trzy lata temu. Najwięcej haseł odsyłających na bloga, które widzę to hasła związane właśnie z posiadaniem nogi w gipsie. Cała reszta mojego bloga nie ma sensu przez ten wpis. Ale to nic. Teraz odpowiem na te odsyłające hasła. Są one zapisane tak, jak je widzę, nie zmieniałam ortografii.

Oryginalny wpis - 10 spostrzeżeń osoby z nogą w gipsie


noga w gipsie

jest

noga w gipsie jak spac

nie spać
a serio to naprawdę starajcie się spać trzymając ją na górze poduszek/koców i jeśli nie umiecie, nauczcie się spać na plecach 

gdy gips piecze

nie wiem, czy gips może piec, bo wydaje mi się, że nie ma on komórek nerwowych
ale jeśli piecze noga pod gipsem - to nie mam dobrych wiadomości, bo piec będzie przez co najmniej pierwszy tydzień. a jeśli czujesz, że robi się otarcie czy rana to może warto zgłosić się do lekarza lub pielęgniarki po poradę.

jak załatwiać się z nogą w gipsie

normalnie, gdy już dotrzesz do łazienki, nie ma w tym nic trudnego

kostka po zdjęciu gipsu

wygląda strasznie i chce się ją schować z powrotem do gipsu, aby na nią nie patrzeć. poza tym jest osłabiona i nie można na nią od razu stawać, polecam szybko, najlepiej jeszcze przed zdjęciem gipsu, zaopatrzyć się w stabilizator


bol nogi w gipsie
jest całkiem normalny, ale jeśli boli bardzo, bardzo, bardzo to do lekarza. choć istnieje szansa, że lekarz powie, że to normalne. i trzeba będzie czekać do zdjęcia gipsu


czy noga w gipsie moze byc spuchnieta
może

jak żyć ze złamaną nogą

siedzieć 

noga w gipsie dwa palce zasinione

do lekarza! ogólnie to wierzę, że te zastrzyki, które lekarze wypisują w przypadku posiadania nogi w gipsie są ważne i trzeba je sobie robić i być może robienie ich pomaga w tym, aby palce nie siniały. ale jak sinieją to można jeszcze spróbować też trzymać nogę w górze. albo przynajmniej wyżej. 

noga w gipsie w górze

tak, owszem należy tak ją trzymać, także w trakcie spania

noga w szynie wskazówki

nie miałam nogi w szynie 


w jakiej pozycji tszymac noge po zlamamiu

nie wiem w jakiej tszymac, ale wiem, że trzymać to w górze


jak zrobić gips na nogę
na szczęście nie musiałam się nad tym zastanawiać, bo zrobili mi go w szpitalu 
a że zrobili tak, że istnieje szansa, że gdybym zrobiła go sobie sama, efekt byłby lepszy to inna sprawa...

jak postępować z nogą w gipsie

jakież poważne pytanie. ogólnie to ostrożnie, nie stawać na nią, nauczyć się korzystać z kul i robić to poprawnie, trzymać ją w górze i nauczyć się nie nudzić

co mozna podlizyc pod zlamana noge

mam nadzieję, że ta noga to już w gipsie. polecam złożone i położone jeden na drugim zimowe koce, są bardzo wygodne



Jest 15  haseł przy czym te o bólu i spaniu powtarzają się bardzo często, co nie jest szczególnie zaskakujące.

czwartek, 9 maja 2019

Niech ktoś mi to wyjaśni - Shadowhunters 3B

Hello!
Za każdym razem, gdy włączałam kolejny odcinek tego tworu, zadawała sobie jedno pytanie: dlaczego ja sobie to robię? Nie ma racjonalnego wyjaśnienia oglądania tego serialu, może drugi sezon dałoby się obronić, ale nawet nie chciało mi się o nim tutaj pisać, a to już coś znaczy. Natomiast trzeci sezon, a szczególnie jego druga część, nie daje się bronić, poza malutkimi wyjątkami.

Czasami, gdy pisze się złe recenzje, ma się ochotę tłumaczyć i wyjaśniać, że film, serial, książka nie były takie złe, a ocena zależy od indywidualnych upodobań. To nie jest ten przypadek. Nawet gdybym bardzo chciała, tu po prostu nie ma zbyt wiele dobrego do napisania. 

 

1. Clary i Jace

To są najsłabiej zagrane i napisane postaci w całym tym serialu. Obawiam się jednak, że nawet gdyby mieli coś lepszego do grania, aktorzy by sobie z tym nie poradzili. Jace ma cały czas jedną minę i zero charakteru, nigdy go nie miał w tym serialu, ale w drugiej części sezonu 3 przechodzi sam siebie. Clary zaś... Clary jest zwyczajnie głupawa. Do pewnego momentu starałam się racjonalizować jej decyzje i zastanawiać się skąd one się biorą, ale w końcu trzeba dojść do jednego wniosku, że ta postać ma kłopoty z myśleniem. Drugą sprawą jest to, że scenarzyści chyba specjalnie ją czasami ogłupiają, żeby jej zachowanie pasowało do sceny, a nie do charakteru postaci. 
W każdym razie nigdy nie oglądałam serialu z tak nijaką parą głównych bohaterów, których z czasem widz uczy się po prostu ignorować na ekranie.

2. Wszystko jest/będzie dobrze

To jak szybko bohaterowie godzą się z tym co się dzieje, przyjmują rzeczy do wiadomości i ogólnie poziom prawdopodobieństwa psychologicznego tego serialu oscyluje gdzieś niedaleko zera. I z jednej strony, to Nocni Łowcy - muszą sobie szybko radzić, czy ze stratami czy szybko zmieniającą się sytuacją, ale z drugiej, powinni mieć w Instytucie dobrego psychologa, bo 3/4 z nich powinno mieć traumę. A na pewno Clary. Ale wystarczy, że Jace powie: "Wszystko jest w porządku" i traumy nie ma. 


3. Jonathan

Nawet nie wiem od czego zacząć. Jego postać, wątek, motywy są szyte tak grubymi nićmi, a później są tak pozbawione dramaturgii, że człowiek ogląda to, co on wyczynia na ekranie i zastanawia się tylko, kiedy skończy się to przedszkole. 

Tylko jedna rzecz: aktora znaleźli bardzo pasującego do tej roli, wygląda jak młodsza wersja Benedicta Cumberbatcha, ale jeszcze bardziej kosmiczna. I zdecydowanie bardziej niepokojąca. 

4. Koniec świata

Teoretycznie końcówka tego sezonu to taki trochę koniec świata, zagrożone jest i Alicante, i Edom, i świat, ale widza obchodzi to mniej więcej dokładnie tak samo, czyli wcale. I tak wiadomo, że to się wszystko dobrze skończy więc po, co się wysilać, aby cokolwiek było prawdopodobne. A demony w Alicante, obrona tego miejsca i ogólnie całe to miejsce - to jakiś żart. Tam jest może 10 Nocnych Łowców, oprócz bohaterów i ogólnie wygląda to tak, jakby nikt nic nie robił. Widz siedzi, patrzy i zastanawia się, czy to na pewno jest to miasto, centrum świata, siedziba zarządzająca, bo wysiłki Nocnych Łowców, aby je uratować są mizerne.


Poza tym poczucie zagrożenia i tego, że bohaterom może się coś stać oraz ogólny dramat tego serialu nie istnieje.  

 

W skrócie: nikogo nie obchodzi co dzieje się na ekranie, bo nikomu nie zależy na postaciach, każdy wie, że i tak skończy się to dobrze, scenarzyści też, więc nie wysilają się za bardzo. Koniec tego serialu nie wywołuje żadnych emocji, żadnych. Oprócz jednego wątku: Alexandra i Magnusa. To jest coś, co scenarzystom się udało, ale mam podejrzenie, że gdyby nie Harry Shum Jr., który gra Magnusa i który jest też prawdopodobnie najlepszym aktorem na planie tego serialu, to nawet Alec i Mangus mogliby nie wyjść. Oni jakość trzymają ten serial i naprawdę ich relacja jest ważną siłą, która pcha fabułę do przodu i jakoś ją scala. Naprawdę, gdy się nad tym zastanowić to właśnie ta dwójka jest siłą, dzięki której w tym serialu coś się dzieje.


5. Czarna dziura

Ten serial ma takie dziury w fabule i w wątkach, i  w sensie,  że chociaż nie chciałam już tego pisać, to muszę. Bo im bardziej zastanawiam się nad liniami fabularnymi, tym bardziej widzę, jak wszystko ma dziury, a jednocześnie pojawia się tylko w określonym celu - zapełnić czas antenowy. Może należało skrócić sezon 3B, zrobić z niego trzy godzinne odcinki, naładowane akcją i emocjami i wtedy zamiast pustki i dziur widz czułby cień zrozumienia i sympatii dla bohaterów. 


Podobno w Stanach w kręgach zainteresowanych był to całkiem popularny i lubiany serial i fani nie byli zachwyceni, że kolejnych sezonów nie będzie. Bardzo chciałabym, aby mi wyjaśnili skąd w nich ta sympatia dla tego serialu.

Trzymajcie się, M

wtorek, 7 maja 2019

Na start - Korea szerokopasmowa

Hello!
Mam napisane kilka recenzji książek dotyczących Korei, które wypadałoby w końcu opublikować i plan jest taki, że będą się one pojawiały na blogu mniej więcej raz w tygodniu. Kilka informacji dotyczących tych tekstów i ich kontekstu: były one pisane na początku tego roku i nie będą publikowane w kolejności, w jakiej je pisałam w związku z czym niektóre stwierdzenia mogą się Wam wydać nieaktualne/dziwne, na przykład poniższy akapit, ale przypominam, że jestem w trakcie pisania licencjatu związanego z książkami dotyczącymi Korei i miałam z nimi styczność zdecydowanie większą, niż już pokazałam na blogu i jeszcze będę pokazywać.


Tytuł: Korea szerokopasmowa

Autor: Konrad Godlewski

Wydawnictwo: Kwiaty Orientu



Nie przypuszczałam, że będę się tak cieszyła z czytania książki na temat e-sportu, rozwoju internetu itp, a Koreę szerokopasmową przyjęłam z naprawdę wielką ulgą, zadowolona, że w końcu to coś innego niż książki, których głównym tematem jest praca, pracowanie i więcej pracy. W końcu było to coś nowego i ciekawego, o czym nie czytałam już pięć razy wcześniej. I dzisiejszy tekst to bardziej relacja z czytania niż recenzja.

Poza tym autor wspomina o filozoficznym wymiarze zabawy i Jesieni średniowiecza i człowiek zaczyna się cieszyć, że na studiach czytał teksty na zajęcia z wiedzy o kulturze i literatury staropolskiej.  Później okazuje się także, że dobrym kontekstem  dla tej książki są także Wojny konsolowe. Inna sprawa autor cytuje także Wacława Sieroszewskiego, który dla mnie był ciekawym odkryciem, ale o nim napiszę jeszcze przy innej okazji. Autor sporo go cytuje. Cytuje i komentuje. Poświęca temu cały podrozdział. A i później się do niego odwołuje.
Autor przywołuje naprawdę, naprawdę wiele kontekstów i książek, i koncepcji naukowych od Człowieka z wysokiego zamku do Marshalla McLuhana i do Łowcy androidów (czy Blade runnera jak kto woli). Wszytko po to, aby pokazać dynamikę rozwoju Korei. Doceniam, ale było tego momentami trochę za dużo i zaczynałam się gubić w tym, o czym ta książka ma być. Bo fragmenty, na przykład ten ciekawy początek o e-sporcie to rodzaj relacji, ale są fragmenty, które chyba zahaczają o pewien styl pisania naukowego.

Entuzjazm gaśnie w trakcie czytania Korei szerokopasmowej. Ja naprawdę rozumiem, że okupacja japońska na początku XX wieku była bardzo poważną i istotną sprawą, ale czy naprawdę nie da się napisać jednej książki o Korei bez wspominania o tym? Szczególnie jeśli książka miała chyba dotyczyć internetu. Przy czym ta kwestia historyczna to tylko przykład, zrobiłam cała listę tematów, które pojawiają się w każdej jednej książce, która dotyczy Korei. A naprawdę liczyłam, że ta się bez tego obejdzie. Ale jest to książka z 2012 więc bardzo możliwe jest, że to tego roku książek o Korei było znacznie mniej niż jest dzisiaj i nie były one między sobą aż tak powtarzalne. Wiem też, że nie ma wielu ludzi, którzy przeczytaliby 6 książek o Korei jedna po drugiej tak jak mi się to zdarzało, gdy pisałam badawczą część licencjatu. 

Ogólnie to nie jest zła książka tylko trochę momentami gubi swój temat. Gdyby bardziej skupić się na współczesności i darować sobie wycieczki w przeszłość, byłaby lepsza. Jest to też dobra pozycja jeśli chcecie czegoś dowiedzieć się o Korei a nie macie wiele czasu. Bo jeśli macie wiele czasu to odsyłam jednak do książki Korea Południowa. Republika żywiołów, z tym że jeśli ją przeczytacie na samym początku drogi do poznawania Korei to zostanie wam niewiele do czytania z takich ogólnych opracowań. 

Trzymajcie się, M
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...