środa, 3 czerwca 2026

Wanna vol. 9

 Hello!

Nie wiem, czy korzystaliście z Pocket, ale ja trzymałam tam poszeregowane teledyski do różnych wpisów. A serwis ten przestał działać, co sprawia mi nieco kłopotu - po pierwsze muszę znaleźć coś, co mi go zastąpi, a po drugie chociaż pobrałam plik z moją zawartością Pocket, jest to jeden wielki chaos. Teraz będę próbowała go uporządkować kolejnymi wpisami.


Ostatni wpis z wannowej serii pojawił się w lutym 2024 roku, czyli nieco ponad dwa lata temu! 

401. Dla Seoli jedna wanna to za mało, a w ogóle to musiała też pojawić się wanna superestetyczna.
SEOLA - Without U  

402. Mamy dużo piany, buty na obcasie i odbieranie telefonów - klimat poważny. I nikt nie spodziewałby się, że to ostrzeżenie przed wrzucaniem suszarek do wannien pełnych wody.
LE SSERAFIM - EASY

403. Taeyong ma w klipie całą japońską łaźnię!
TAEYONG - TAP

404. Wanna musi być bardzo ważna dla V skoro zajmuje 95% jego łazienki, a na dodatek wygląda, jakby miała funkcję jacuzzi.
V - FRI(END)S

405. Jestem prawie pewna, że ta wata w wannie ma symbolizować chmury albo watę cukrową.
WOOAH  - BLUSH

406. Tu mamy ciekawą scenografię, bo to nie tylko sama wanna, ale wręcz pokój kąpielowy, ale na jego ścianach i podłodze przyczepione są... otwarte książki.
ONEWE - Beautiful Ashes

407. Wanna jako miejsce nudy i dystansu pomiędzy ludźmi to nie jest najczęstszy motyw pojawiający się w klipach.
HyunA - Q&A 

408. Z jednej strony D.O niby potrafi się kąpać, ale z drugiej - nie brałabym z niego przykładu...
Doh Kyung Soo - Mars 

409. To taki przykład teledysku, który lubię najbardziej - widać, że jest wanna już w miniaturce. Poza tym jednak nie polecamy siedzenia w wannie pełnej wody i zajadania słodyczy i innych przekąsek.
tripleS - Girls Never Die

410. Piękna wanna w pięknym pokoju - stuprocentowe wykorzystanie wanny tylko i wyłącznie w celach estetycznych. (I żeby wsadzić w nią twarz).
KARD - Tell My Momma 

411. Biorąc pod uwagę, że Seung Woo ma w tym klipie zorganizowane życie na dachu, istnieje duża szansa, że woda w wannie, w której siedzi, to deszczówka.
Han Seung Woo - Blooming

412. ITZY mają szklaną wannę à la trumna Królewny Śnieżki.
ITZY - Imaginary Friend

413. Zespół EPEX sprawdza, ile osób może zmieścić się w jednej wannie.
EPEX - Universe

414. W ubraniach, w liściach, a ogólnie to bardzo zarośnięta ta łazienka.
HEIZE - FALLIN

415. Wanna na wyposażeniu - trzeba przyznać całkiem ładnej - łazienki.
TXT - Over the Moon

416. Dość klasyczna, ale mroczna, dramatyczna wanna w piwnicy. Lub więzieniu. Lub w zimnej piwnicy będącej więzieniem...
Jung Ilhoon - Lullaby

417. Biorąc pod uwagę stan świata przedstawionego w tym klipie, Soobin (mam nadzieję, że to on, bo nie znam za dobrze członków TXT) powinien się w ogóle cieszyć, że ma wodę. Choć prawdę napisawszy, liczyłam, że będzie mądrzejszy i nie zamoczy się w ubraniu.
TXT - Good Boy Gone Bad

418. Niby zwykła wanna w łazience, ale nie jest zwykła, bo jest naprawdę, naprawdę bardzo ładna! No i oczywiście jest najlepszym miejsce do siedzenia i śpiewania.
Otis Lim ft. Peakboy - 비몽사몽

419. Wanna + biała koszula = to nie może się nie udać, to się po prostu sprawdza!
I.N - Hallucination

420. To samo, co wyżej, tylko bardziej dramatycznie.
ONEW - Winner

421. To jest smutasowa wanna, ale bohater ma kaczuszkę. I ogólnie to może lepiej, żeby w niej siedział i się smucił, bo jak wyszedł, to się przewrócił.
BOYNEXTDOOR - I LOVE YOU

422. To jest klip z rodzaju tych, które najbardziej lubię, bo ma wannę już w miniaturce. Pewnie dlatego, że Whee In rozumie potęgę wanny w teledysku i siedzi w niej przez calusieńki klip.
Whee In - Butterfly

423. Nowa czynność do robienia w wannie odblokowana - jest nią piłowanie paznokci.
GENBLUE - Act Like That

424. Sprawdzone: teledyskowa łazienka Ten jest naprawdę wyposażona w wannę.
TEN - STUNNER

425. Smutna wanna, smutna podróż, smutny Sanha.
Yoon Sanha - Dive

426. Czasami wypatrywanie wanny w teledysku jest jak sprawdzanie listy obecności i to jest jeden z tych przypadków - jest łazienka, widać wannę.
ZEROBASEONE - GOOD SO BAD

427. Powiem tak - woda i papier to nienajlepsze połączenie, ale nie będę nikomu mówiła, gdzie ma czytać swoje listy. A w ogóle jakież to ciekawe ujęcie z odbiciem w lustrze!
izna - SIGN


428. Teledysk rozpoczyna się ujęciem osoby leżącej w wannie i wyglądającej, jakby bardzo nie chciała z niej wyjść - i w sumie to jej się nie dziwię.
JUNGKEY - Dazzling Farewell

429. Tu też już w miniaturce mamy zasygnalizowaną wannę! Ogólnie klip jest bardzo... bezosobowy, ale ktokolwiek w nim jednak jest, potrafi się kąpać, a jak wiadomo, w teledyskach to nie takie oczywiste.
STUDIO SNOW - LOVE ME SO

430. Siwon leży w wannie pełnej banknotów i może to być najnormalniejsza rzecz, którą się widzi w tym teledysku.
Super Junior L.S.S. - PON PON

431. Wanna? Obecna!
pH-1 - GOSHA

432. W tym klipie nie ma nawet całej wanny. Jest pół wanny. Wbite w budynek.
P1Harmony - DUH!

433. Zupełnie niecodzienny widok - idol wannę sprzątający!
Baekhyun - Lemonade

434. To jest bardzo ciekawy teledysk, a Jaehyun kontempluje jego przesłanie, wpatrując się w wodę w wannie. A na marginesie na okładce albumu, którego Smoke stanowi główny singiel, jest człowiek wstający z wanny.
JAEHYUN - Smoke

435. To trochę wanna na zasadzie, jeśli nie chcesz jej dostrzec, to nie będziesz wiedział, że pojawiła się w tym klipie.
i-dle - Girlfriend 

436. Chłopak Sunmi w klipie jest… karaluchem, a ona dzielnie postanawia mu pomóc umyć skrzydełka.
SUNMI - Blue

437. Wanna (zresztą bardzo ładna!) na pewno była świadkiem zbrodni, a chyba też i sceną.
Miyeon - Reno

438. Klasyczna smutasowa wanna pośrodku niczego w wielkiej hali!
WEi - Home

439. Wanna jako standardowe wyposażenie łazienki oraz wygodne miejsce do siedzenia, ale także wpadania, pojawia się w tym teledysku.
CLOSE YOUR EYES - X

440. O ile rozumiem wannę w pierwszym kadrze, tak pojęcia nie mam, dlaczego Joohoney stoi w niej, podnosząc kij z przymocowanymi łańcuchami oponami od traktora (???). Naprawdę spędziłam więcej czasu, niż bym chciała, patrząc na ten kadr.
JOHOONEY - Sting 

441. Smutna, bardziej smutna, najsmutniejsza wanna! 
도겸X승관 (SEVENTEEN) - Blue

442. Nie jestem pewna co, ale coś na pewno goni Kangmina w klipie do piosenki Free Falling i biedaczek na końcu siedzi w wannie zmarznięty i podrapany. No nie zazdroszczę.
KANGMIN - Free Falling

443. Wanna wypełniona piórami/pierzem, a w środku dwoje dzieci!
Hwasa - So cute

444. Wanna jako standardowe wyposażenie łazienki. Nic ciekawego, ale jest!
KickFlip - Eye-Poppin

445. Kim Do-yeon w teledysku ma sceny w łazience, ma więc też wannę!
I.O.I - Suddenly

446. Wanna już w pierwszych 15 sekundach teledysku - takie rzeczy to my lubimy! A na dodatek członek zespołu bawi się w niej małym samolotem - samoloty (nawet zabawkowe) w teledyskach też lubimy! Zresztą prawdziwy też jest.
IDID - Fly!

447. Mamy tu wannę jako podstawowe wyposażenie łazienki.
ONEWE - Icarus

448. Przyznaję, że włączyłam ten klip, gdy sprawdzałam majowe comebacki, ale piosenka średnio mi się spodobała i gdyby nie autorka bloga Okiem pasjonatki Azji to mogłabym nie mieć w zestawieniu tego teledysku. A jest w nim taka ładna wanna! Nie ma co opisywać, sami spójrzcie.
KIIRAS - TA TA

449. Na początku myślałam, że będzie to wanna typu spójrz nie tam, gdzie trzeba lub mrugnij i nawet nie będziesz wiedział, że jest w tym klipie, ale potem mamy całkiem ładny kadr, w której jest dobrze widoczna.
FIFTY FIFTY - Like a Bubble

450. Blast from the past! Już nieczęsto się zdarza, aby udało mi się znaleźć do starszego, ale proszę bardzo oto teledysk z roku 2015! I to przykład chyba jedynej w tym zestawieniu wanny+białej koszuli, ale nie w wydaniu smutnym, a seksownym (przynajmniej z założenia, bo efekt jest cóż... delikatnie żenujący).
LoveUs - Trickle

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 

sobota, 30 maja 2026

K-pop 2026 - maj

 Hello!

To mój blog, nie muszę gryźć się w język, jeśli chcę coś tu napisać, ale ostatnio o k-popie nie ma zupełnie co pisać. A nie chciałabym tak totalnie tylko narzekać albo pisać, że nudno i nijako, bo do tego by się to sprowadzało... dlatego uwag dotyczących majowych comebacków jest tak niewiele.

Taeyang  - Live Fast Die Slow

Chciałabym napisać coś bardziej elokwentnie, ale to po prostu bardzo fajna piosenka! W teledysku jest też kilka elementów, które bardzo mi się podobały. Mam pobraną całą płytę, ale jeszcze jej nie przesłuchałam, słyszałam tylko Bad i Would You i obydwie te piosenki bardzo mi się podobały, z naciskiem na Would You

Le Sserafim - BOOMPALA

Słuchając tej piosenki i oglądając teledysk, dosłownie czułam, jak umierają i ewaporują moje komórki mózgowe. Chcę zapomnieć, że wiem o istnieniu tego tworu.   

ZEROBASEONE - Top 5

Podoba mi się klip i choreografia, ale w samym utworze jest coś, co mi nie gra, chociaż na dobrą sprawę wiem, że biorąc różne rzeczy pod uwagę, to jest dobra piosenka.

Taeyong - WYLD

Zdziwiłam się, bo poprzednie piosenki Taeyonga można by wręcz zaliczyć do uroczych, a ta jest - przynajmniej w aspekcie wizualnym - zwrotem o 180 stopni. Tu mamy raczej horror, raczej jakieś odniesienia do wizualiów często kojarzonych z przedstawieniem grzechów (chociaż nie powiedziałabym, że jest tu jakiś prosty związek). Na pewno jest to milion razy koncepcyjnie ciekawsze niż wszystko inne, co ukazało się w maju. 

ONEWE - Icarus

Porządna piosenka, ale muzycznie bardzo, bardzo, bardzo podoba do wielu ich poprzednich wydań. Natomiast słowa są ciekawe.  

aespa - Lemonade

Nie lubię piosenek z jedzeniem i napojami w tytule, krótkie zapowiedzi pojawiające się na Instagramie także mnie nie przekonały, ale ostatecznie okazało się, że - jak mi się wydaje - motywem tego comebacku jest hasło „jeśli życie daje ci cytryny, to zrób z nich lemoniadę”. Muzycznie to trochę dziecko Spicy i Whiplash. A Whole Different Animal wydawało mi się ciekawe od pierwszego przesłuchania (oprócz części Kariny z do some).

PS Napiszę o wirtualnych i/lub AI idolach przy następnej okazji, bo ten wpis muszę opublikować trochę wcześniej, niż planowałam, ale o tym pamiętam! 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

 

wtorek, 26 maja 2026

Rower w ramce

 Hello!

Z jednej strony nie lubię publikować podobnych postów tak blisko siebie, z drugiej - wciąż mam do pokazania projekty z 2023 roku (i albo o nich nie pamiętam, albo mam coś innego do opublikowania) i silne postanowienie, aby teraz pokazywać je od razu.

Powoli kończą mi się moi znajomi i członkowie rodziny, dla których mogłabym coś wyszyć w prezencie, więc zaczęłam robić prezenty dla znajomych i przyjaciół moich braci, oto więc rower w ramce dla kolarki i fanki rowerów.


To jest fantastyczny projekt, który można podsumować stwierdzeniem: „minimum wysiłku, maksimum efektu”. A znalezienie naprawdę ładnego i akuratnego wzoru z rowerem okazało się zaskakująco trudne, a na ten mój brat wpadł niemalże przypadkiem. Jeśli kiedyś będę go jeszcze robiła, muszę popracować nad łańcuchem na przedniej zębatce, ale poza tym wyszło bardzo zgrabnie.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 

piątek, 22 maja 2026

Minirecenzje kompletnie przypadkowych kosmetyków 5

 Hello!

Dzisiejszy wpis mógłby nosić podtytuł tylko testowanie kremów do twarzy. Nie planowałam tego, w sumie to nawet nieszczególnie lubię testować nowe kosmetyki (chociaż to chyba czas zweryfikować to stwierdzenie, bo rzeczywistość mówi coś innego), ale oto przed wami krótkie opinie o ośmiu kremach, których miałam okazję używać ostatnio.

Nacomi, Soothing Instant Relief Cream 

W sumie miły krem, nie podrażnił mnie, jak mają to w zwyczaju kremy mające nie podrażniać, ale spektakularnych efektów też nie było.

Teaology. Peach Tea Hydra Cream 

Znów miły krem, który normalnie kosztuje milion monet, a ja kupiłam go chyba za 1/3 ceny. I za tę cenę był w porządku, ale gdy pomyślę, ile kosztuje standardowo, to w ogóle nie jest wart tej ceny. 

Kimoco. Glass Skin Glow Duo Elixir 

To jest za to coś ciekawego. I znów skusiłam się, bo był w promocji, a na dodatek, to krem i serum w jednym. I ogólnie byłam z nich bardzo zadowolona z tym zastrzeżeniem, że a) nie wyobrażam sobie, jak to połączenie miałoby współpracować jeszcze z kremem z filtrem, bo b) nie nadawało się nawet do użycia pod żaden z trzech podkładów, z którym to testowałam, ani pod krem BB, który akurat miałam. Natomiast trzeba przyznać, że różnica na skórze jest natychmiastowa i bardzo efektowna. Ogólnie zużyłam ten krem na noc i sobie chwalę, rano skóra wyglądała naprawdę dobrze, ale na dzień zupełnie mi się nie sprawdził.

Yoskine. Japan Pure. Rice Face Cream

Ryżowy krem do twarzy, który wpisuje się w powyższą serię - jest spoko, ale nie za taką cenę, a na dodatek jest bardzo niewydajny, a raczej nie używałam go za dużo, bo ma akuratną pompkę do odmierzania. Jest dość lekki i wręcz żelowy, więc pewnie będzie się sprawdzał dobrze na lato. Nie wykluczam, że kiedyś jeszcze go kupię, ale na razie testuję inne kremy.

Face boom. Nawilżająco-rozświetlający krem-żel 

Powinnam przestać kupować kremy, na których pojawia się hasło żel, bo one będą dla mnie za słabe. Mogę nałożyć 3 warstwy, a nawilżenia nie odczuję. Rozświetlenia nie zauważyłam wcale. A na dodatek użyłam do ledwie kilka razy (przy czym tak, często nakładałam 2 warstwy, a potem jeszcze jeden krem) i zupełnie z zaskoczenia się skończył, bo ma tylko 40 ml. W bardzo dużym opakowaniu ze śmieszą pompką.  

BIELENDA Revital Derm Krem do twarzy, kolagenowy na dzień

Uczulił mnie. Dałam mu dwie szanse, ale no niestety wyszło, że to od tego kremu robią mi się czerwone suche placki na skórze. Ale to moja wina, bo jakimś sposobem nie zwróciłam uwagi, że na kartoniku jest jasno napisane liposomalna witamina C - a moja skóra się z witaminą C bardzo nie lubi.

BERGAMO, Cica, ujędrniający krem do twarzy

Kojarzycie, gdy aktorzy promowali film Don't Worry Darling, Harry Styles powiedział coś w stylu: "to film, który naprawdę jest jak film". Więc zamieńcie słowo film na krem i macie moją opinię o tym produkcie. W porównaniu z tymi wszystkimi opisanymi wyżej - to jest krem, a nie jakiś żel albo inna dziwna konsystencja, i nie musiałam nakładać dwóch warstw, bo wydawał się za lekki. Nawet pomimo tego, że jest ujędrniający (co doczytałam dopiero w domu, bo moją uwagę zwróciło raczej hasło po angielsku: Essential Intensive Cream), nie był zbyt ściągający.

Eveline Cosmetics, Cica Skin, Moisturizing and Nurishing Cream, krem nawilżająco-odżywczy

Z jednej strony nie spodziewałam się wiele po tym kremie, z drugiej spodziewałam się czegoś, a to najbardziej nijaki produkt, jakiego używałam.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 

poniedziałek, 18 maja 2026

Komunijny gołąb z napisem

 Hello!

Pierwsza Komunia Święta to może być okazja, na którą wyszyłam najwięcej obrazków w moim życiu i pewnie wyszyję jeszcze kilka. Wyszyłam chyba trzech Jezusów (niestety nie mam zdjęć), a kilka lat później - gdy znów okazało się, że zbliża się ta okazja - nie mogłam już na ten wzór patrzeć, więc po zaskakująco trudnych poszukiwaniach stanęło na wzorze gołębia z krzyżem. Który na pewno wyszyłam już 3 razy (a przynajmniej tyle mam udokumentowanych, a wydaje mi się, że był jeszcze jeden).

A to jest najnowsza odsłona gołębiowego wzoru. I w przeciwieństwie do wzoru z Jezusem ten mi się chyba nie znudzi, bo za każdym razem mogę zrobić go trochę inaczej - to znaczy zmienić mu kolory, ale to wystarczy, aby każdy z gołębi był inny, unikatowy i niepowtarzalny. Do tego dodałam nawet napis - sama projektowałam litery i wyszły trochę większe, niż sądziłam, i obawiałam się, że całość wyjdzie nieproporcjonalnie oraz że nie uda mi się znaleźć odpowiedniej ramki - ale na szczęście wszystko wyszło bardzo zgrabnie. 


Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 

czwartek, 14 maja 2026

Kontrowersyjna opinia - Yumi's Cells 3

 Hello!

Po prawie pięciu latach od premiery pierwszego odcinka i trzech sezonach (co jest dość niesłychane w świecie k-dram) widzowie otrzymali zakończenie historii Yumi i jej komórek - śledziliśmy ją podczas miłosnych wzlotów i upadków, zawodowych zakrętów, a w końcu jako pisarkę o ustabilizowanym życiu i karierze. Ale być może nawet za bardzo ustabilizowanym - do tego stopnia, że Yumi zaczyna brakować weny twórczej, więc postanawia skończyć ze spadochronem. Co kończy się kontuzją jej producenta i przypisaniem jej nowej osoby do zespołu... O poprzednich sezonach Yumi pisałam w 2023 roku o tutaj - Wszystkie komórki Yumi. 

Nie pamiętałam Yumi z poprzednich dwóch sezonów i muszę napisać, że w pierwszych odcinkach tego bardzo mnie irytowała. Nie do końca rozumiałam, nawet widząc jej komórki, a może tym bardziej widząc jej komórki, dlaczego nie mogła dać Shin Soon-rokowi być Shin Soon-rokiem i wykonywać swojej pracy, te jej próby rozmawiania z nim na siłę były takie frustrujące. 

Za to z miejsca zostałam fanką Shin Soon-roka. Nie jestem pewna, na czym poleca praca producenta w koreańskim wydawnictwie, ale przyjmijmy, że to redaktor. Więc mogę się w nim przejrzeć jak w lustrze, a jeśli poprzedni redaktor Yumi tak dobrze nie sprawdzał, jak on - to znaczy, że wcześniej miała słabego redaktora. Charakterologicznie jednak zostałam trochę rozczarowana, bo gdy już poznaliśmy jego życie wewnętrzne, to okazało się, że jest on tak racjonalny i introwertyczny, że nie mam pewności, czy jak Yumi, ma w ogóle komórkę manier i/lub empatii, i część jego zachowań została wyjaśniona w bardzo prostolinijny sposób, a było tam miejsce na niuanse. Mam też wrażenie, że ten sezon Yumi's Cells robi lepsze wrażenie jako urywki, gify i filmiki montowane przez fanów niż całe odcinki.

Jednak ogólnie rzecz ujmując, ten sezon mi się nie podobał. Miałam wrażenie, że rzeczy dzieją się w nim za wolno (i się ciągnie) i za szybko jednocześnie. Trochę się nudziłam, zupełnie nie mogłam złapać więzi emocjonalnej z bohaterami. Ponadto prawie wszystko, co zostało pokazane w tym sezonie, było takie powierzchowne i można to sprowadzić do dwóch rzeczy: Yumi została porażona gromem z jasnego nieba, bo okazało się, że Soon-rok wygląda uroczo bez okularów, natomiast Soon-rok przyznaje, że polubił Yumi, bo jest ładna. Gdy nasi bohaterowie decydują się zostać parą, to się nie znają, a na koniec biorą ślub. Poprzednie sezony miały po 14 odcinków, ten ma 8 i podobno nawet wiele osób twierdziło, że to dobrze, że historia została przedstawiona i zamknięta (problemem było także to, że Ba-bi, czyli chłopak Yumi z 2 sezonu dostał jakieś wątki czy sceny, które w komiksie były Soon-roka i chyba najwyraźniej zwyczajnie brakowało im materiału), ale różnica 6 odcinków nie może nie mieć wpływu na to, jak postaci się poznają. A w ostatnim odcinku jest tak naćkane, że naprawdę należy żałować, że nie ma przynajmniej 9. Po polsku do pierwszej połowy tego 8 odcinka idealnie pasowałby tytuł „Tylko krowa zdania nie zmienia”. Ponadto Yumi chociaż trochę nawiązuje do tego, że oni się w zasadzie nie znają.

Z pozytywnych rzeczy - aktorzy na czele z Kim Go-eun są fantastyczni, Kim Jae-won świetnie sprawdza się w roli Shin Soon-roka. Świat komórek jest cudnie zanimowany, one same są jak zawsze śmieszne i urocze, chociaż momentami spięcie pomiędzy ich światem i światem rzeczywistym było frustrujące, ale za to, gdy komórki są kłócą między sobą to zawsze jest zabawa i są one ogólnie najlepszym elementem tej dramy. Szczególnie podobał mi się projekt emocjonalnej komórki Soon-roka ze świecą na głowie.

Jeśli oglądaliście 2 pierwsze sezony, to myślę, że można obejrzeć i trzeci - dla własnego poczucia domknięcia poznawczego. Jeśli nie widzieliście nic - to mi najbardziej podobał się pierwszy sezon i ten mogę szczere polecić - pozostałe dwa zdecydowanie mniej.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

 

niedziela, 10 maja 2026

Klapki na oczach - Bez wyjścia

 Hello!

Ostatnio mam naprawdę dobry czas, jeśli chodzi o oglądanie seriali i filmów i bardzo się z tego cieszę, bo dawno tak nie było. Niestety jednak okazało się, że film Bez wyjścia, który bardzo chciałam obejrzeć od czasu, gdy tylko pojawił się w polskiej dystrybucji, jest dość mało inspirujący do pisania. Po Kokuho miałam sporo przemyśleń i tropów interpretacyjnych - chociaż mogłoby się wydawać, że podejmował on bardziej oklepany temat - zaś Bez wyjścia wydaje się powtarzać powiedziane już wiele razy tematy, niekoniecznie dodając do nich coś nowego.

Man-su (gwiazda „Squid Game”, Lee Byung-Hun) prowadzi idealne życie: stabilne zatrudnienie, rodzina, dom, dwa golden retrievery. Ale wystarczy jeden dzień, by sielanka zmieniła się w horror. Man-su traci pracę w fabryce papieru, a z nią status, męskość, tożsamość, honor i sens życia. By je odzyskać, nie cofnie się przed niczym, szczególnie że mokra robota przynosi tyle samo satysfakcji, co ta papierkowa.  

To nie jest tak, że miałam jakieś szczególne oczekiwania wobec tego filmu, ale wydaje mi się, że jest on promowany jako bardziej ekscytujący, niż okazuje się w rzeczywistości. Widziałam hasło: bohater postanawia pozbyć się konkurencji na stanowisko pracy - więc wydawać by się mogło, że tych konkurentów będzie wielu - jest trzech. Czas ekranowy poświęcony na "załatwienie" każdego z konkurentów jest bardzo nierównomiernie rozłożony, a główny bohater zabiera się do realizacji swojego planu początkowo zaskakująco sprytnie, a potem jak pies do jeża. I z jednej strony można na to spojrzeć, że nie jest on przecież wyrachowanym mordercą, ale z drugiej - widzowi w kinie czas się dłuży. 

Tym bardziej, że to nie jest typ filmu z antybohaterem, któremu się kibicuje, albo którego skrajność i transgresję można zrozumieć. To obraz, który ogląda się, aby zobaczyć dokąd doprowadzą czyny bohatera. A jego decyzje częściej trudno niż łatwo zrozumieć. Ale muszę jeszcze zaznaczyć, że trzeba tu oddzielić dwie rzeczy. Bez wyjścia to w zasadzie zamknięta opowieść, której początek i koniec się ze sobą łączą i jako taki właśnie całościowy obraz chyba należałoby go rozpatrywać. Bo wszystko, co robi bohater, pasuje do tego, jak wymyślony jest ten film - czyli komedio-thrillera, z różnymi ciekawymi pomysłami wizualnymi. W ramach określonych przez tytuł (Bez wyjścia, No other choice, koreański tytuł przetłumaczyło mi jako: Nic nie mogę z tym zrobić). Bo paradoksem tego filmu jest to, że wbrew pozorom świat nie został w nim przedstawiony jako taki, w którym bohater nie miał innego wyjścia. (To znaczy widzimy i wiemy, że w tym samym czasie inne postaci także straciły pracę i bezrobocie nie jest małe). Bohater mógł sprzedać dom - ale nie chciał. Mógł spróbować naprawdę z zaangażowaniem się przebranżowić - ale ani on, ani inni bohaterowie nie chcą tego robić; i na takim realistycznym poziomie odbioru tego filmu, to było dla mnie najtrudniejsze do zrozumienia, dlaczego oni tak się upierali przy tej produkcji papieru, ale to chyba kwestia tego, jak bardzo ich praca zlała się z ich tożsamością. W każdym razie - to nie jest film obyczajowy, więc bohater dochodzi do wniosku, że nie ma wyjścia, więc z klapkami na oczach zaczyna kombinować jak koń pod górę, jak pozbyć się konkurentów. 

Bez wyjścia to taki film, że z jednej strony na seansie ludzie płakali i pokładali się ze śmiechu, ale z drugiej - uprzedzam - trzecie morderstwo pokazane jest w taki sposób, że jeśli macie słabszy żołądek, to radzę być gotowym zasłonić sobie oczy (to ja), bo kilka osób naprawdę prawie uciekło z sali (np. pani, która siedziała obok mnie, już wstawała). I to nie jest jedyna skrajność pojawiająca się w tej produkcji. Chociaż może lepiej pasowałoby określenie, że jest on absurdalny, a w różnych momentach podkręcone są różne jego aspekty - od głośności po niesubtelny montaż. 

Wróciłam do mojej recenzji poprzedniego filmu reżysera, czyli Podejrzanej, i z tego, co widzę zarówno długość, jak i rozłożenie akcentów czasowych w obu filmach jest podobne (i podobnie oba mogły być nieco krótsze). I Podejrzana podobała mi się bardziej. A gdy już zestawiamy Bez wyjścia z innymi filmami, to nie może nie pojawić się Parasite (i nawet dystrybutor o tym wspomina). I gdybym miała wybierać, to wolałabym jeszcze raz obejrzeć Parasite (chociaż widziałam ten film już ze 3 razy, a wcale nie jestem jego wielką fanką) niż Bez wyjścia. Przy czym to nie tak, że Bez wyjścia jest złym albo słabym filmem - nie jest, mam jednak wrażenie, że Parasite mimo wszystko był bardziej spójny. A jednocześnie w Bez wyjścia jest chyba więcej kreatywnych aspektów związanych z pokazywaniem świata przedstawionego (zbliżenia, oddalenia, nietypowe kąty, kamera zaskakująco długo pokazująca nietypowy kadr; a także niektóre pomysły montażowe). W każdym razie Bez wyjścia mimo to, że mogłabym jeszcze napisać o żonie głównego bohatera - bo to ciekawa, jak się wydaje rozsądna, twardo stąpająca po ziemi postać, która wie dokładnie, co powinna robić - i całej relacji rodzinnej, to jednak dla mnie w tym momencie jest mało inspirujące, aby głębiej o nim pisać.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Pozdrawiam, M

 

środa, 6 maja 2026

Festiwal niewykorzystanych okazji - No Tail To Tell

 Hello!

Chyba wróciłam do oglądania dram (oraz filmów!) na dobre. Zobaczyłam Idol I, teraz No Tail To Tell, w kolejce czeka trzeci sezon Yumi's Cells oraz Perfect Crown. Poza tym była pewna, że No Tail To Tell ukazało się już w zeszłym roku, a to produkcja ze stycznia 2026. Sięgnęłam po nią oczywiście dlatego, że zawiera fantastyczne i magiczne elementy - jej główną bohaterką jest Eun-ho, czyli lisica o dziewięciu ogonach, która w wyniku wielu zawirowań, zmieniania przeznaczenia ludzi i przyczyniania się do ich zarówno szczęścia, jak i nie, nieco przez przypadek zostaje człowiekiem, co jej się bardzo nie podoba i znacząco utrudnia odwrócenie zamieszania, którego narobiła.

Tak do 7 odcinka to jest naprawdę ciekawa, wciągająca drama, a potem niestety wątek romantyczny zaczyna grać pierwsze skrzypce i jest to problem, bo niestety podbudowa pod niego jest dość słaba. I nie ma tu zarzutów do aktorów, bo to, co mieli do zagrania, zagrali znakomicie. Problem leży w scenariuszu, który nieco za bardzo pokłada wiarę tylko i włączenie w fakt, że bohaterowie i tak muszą skończyć razem, więc ich droga pokazana zostaje tylko w ułamkach i drobnych momentach. Które owszem się kumulują, ale przeskok pomiędzy romantycznymi momentami a całowaniem oraz udawanym byciem parą i byciem parą w pierwszym przypadku jest zbyt nagły, w drugim - mało wiarygodny. Naprawdę aktorzy robili, co mogli, ale relacja romantyczna między naszym bohaterami jest niestety zbudowana niewiarygodnie, co nie zmienia faktu, że gdy już są razem są całkiem uroczy.

Nie jestem rozczarowana zakończeniem tej dramy, ale na pewno nie było ono tak emocjonujące, jak mogłoby być. I niestety jest to chyba wina konstrukcji charakteru głównej bohaterki - teoretycznie powinna ona przejść jakąś drogę i się czegoś nauczyć, ale w zasadzie do ostatniego momentu jest ona niereformowalna i w swoim mniemaniu bardzo racjonalna. I trudno ją polubić z perspektywy widza, a tym bardziej trudno zrozumieć, dlaczego Kang Si-yeol ją romantycznie polubił. Chociaż Kim Hye-yoon ogólnie sprawdza się w roli cynicznego dziwęcioognosiatego lisa. 

Trzy pierwsze odcinki No Tail To Tell są bardzo ciekawe i wciągające, dzieje się w nich bardzo dużo i zarysowują bardzo ciekawy potencjał na rozwój fabuły. Jak wspominałam opowieść jest jeszcze spójna i koherentna tak do 7 odcinka, ale następnie się sypie. Złole, którzy powinni być przeciwnikami naszych bohaterów snują się gdzieś po trzecim planie, a ich motywacje są w dużym stopniu powierzchowne i nieco karykaturalne. Wszystkie kwestie dotyczące przeznaczenia, losu, karmy, które potencjalnie są bardzo ciekawe i niosą daleko idące konsekwencje - kończą się większą ilością owijania w bawełnę i zupełnie niepotrzebnego gadania niż jakimiś refleksjami nad ludzkim losem, a był tu ogromny nienachalny potencjał na wiele spostrzeżeń i choćby zastanowienie się, na ile jesteśmy kowalami swojego losu. O tym, że motywacja bohaterki, aby nigdy nie stać się człowiekiem i się nie zakochać jest słaba lepiej w ogóle nie pisać, bo chociaż oczywiście jest smutna i tragiczna, została pokazana bardzo blado. Eun-ho - bo tak ma na imię główna bohaterka - to trochę taki typ "na złość mamusi odmrożę sobie uszy". 

No Tail To Tell zagubiło się chyba nieco także w pokazywaniu tego, jaka jest natura ludzka, do tego stopnia, że bohaterów - praktycznie wszystkich - trudno było polubić. Z jednej strony chyba miało tu chodzić o akceptację swoich słabości, a szczególnie egoizmu, ale z drugiej mottem bohaterki było "nierobienie dobrych uczynków, a złych - tylko do ustalonej granicy, żeby nie przesadzić". Jednym z wątków serialu jest to, że i tak przesadziła - i to niejako w obie strony, więc została człowiekiem i okazało się, że aby zyskać duchową energię musi odwrócić swoje wcześniejsze złe uczynki.

Innym niewykorzystanym potencjałem jest postać lisicy o ośmiu ogonach, która nieoczekiwanie pojawia się w życiu bohaterów... Chciałam tu dalej pisać o słabych punktach fabuły, zmarnowanych szansach, niewyjaśnionych i niepociągniętych dalej wątkach, ale wydaje mi się, że nie ma co już kopać leżącego, a mam wrażenie, że do tego by się to sprowadzało. 

Trzeba jednak No Tail To Tell oddać sprawiedliwość - aktorzy są znakomici, co do tego nie ma wątpliwości. I jeśli lubicie Kim Hye-yoon i Lomona to wręcz polecałabym obejrzenie tej dramy - mimo wszystkich zastrzeżeń, bo zdecydowanie stoi ona na ich występach. Ponieważ drugi plan, to w zasadzie trzeci plan, to na ich barkach spoczywa cały ciężar opowieści. Ale Lee Si-woo jako ośmioogoniasta lisica ma najbardziej wyróżniającą się garderobę, ale jest też pokazana jako za miła dla tego świata, a Hyun Woo-seok przyjaciel Si-yeola grany przez Jang Dong-joo także ma kilka ciekawych scen, gdzie musi balansować między przerażeniem, próbą manipulacji oraz faktem, że jednak jest przyjacielem bohatera.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Pozdrawiam, M

 

sobota, 2 maja 2026

K-pop 2026 - kwiecień

 Hello!

Od razu przyznam, że prawie nie słuchałam k-popu na bieżąco w kwietniu, ale był to miesiąc, który przyniósł smutną informację, że CIX przestaje działać jako grupa. 

 


TXT - Stick With You

Bardzo ładna piosenka i mam wrażenie, że bardzo mi się podoba, bo gdzieś już słyszałam jej mniej więcej 3 pierwsze takty, a zmienia się to na słowach Stick With You. 

NCT Wish - Ode to Love

Wiecie, dlaczego kocham oglądać teledyski? Dla takich perełek. 

Myślę sobie, ale ładny pastelowobiały teledysk, urocza piosenka, ale ktoś z kreatywnego teamu postanowił wizualnie odnieść się do plakatu Milczenia owiec. Wiecie tego słynnego filmu oraz książki z Hannibalem Lecterem. I mogłabym pomyśleć, że to jakiś przypadek, a nie zamierzone działanie, gdyby nie to, że członek zespołu leży otoczony owcami. Może to ma też związek ze snem i liczeniem owiec, bo ten klip jest dość dziwny, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. A sama piosenka jest bardzo miła i przyjemna do słuchania. 

 


Nie kojarzę innego dzieła kultury, które odnosiłoby się do motyla/ćmy na ustach poza tym plakatem.

CRAVITY - AWAKE

Nie wiem, kto wymyślił, że przebieranie idoli za księży to jest pomysł na koncept, ale jest to ciekawe. Dobra, nie ciekawe, zabawne. A sądziłam, że będzie to coś związanego z Diuną, a to był jednak wąż. Ogólnie klip ma jakąś fabułę, a piosenka jest naprawdę bardzo spoko. Ale idole-księża/egzorcyści walczący z grzechem (?) w postaci węża, to nie jest coś, co widzi się w teledyskach na co dzień

KEYVITUP - LEGENDARY 

Naprawdę zaskakująco spoko piosenka, która trochę dotyka tego okropnego konceptu przechwalania się już w debiucie, ale nieco z twistem, bo nie jest to aż tak powierzchowne jak w niektórych ostatnich debiutach Ale zdecydowałam się  napisać o niej, bo czyż nie jest to lądowisko dla helikopterów z legendarnego klipu MONSTA X do piosenki Hero.

Xdinary Heroes - Voyager

Uwielbiam wszystko w tej piosence!

Nie lubię pisać bardzo sentymentalnych rzeczy, ale pamiętam, jakby to było wczoraj, debiut Xdinary Heroes, który mnie bardzo rozczarował, ale obserwowanie jak Xdinary Heroes rozwijają się muzycznie i ich kolejne piosenki coraz bardziej mi się podobają jest jednak dość niesamowitym doświadczeniem muzyki na przestrzeni lat. Nie chcę zapeszać na przyszłość, ale oni naprawdę z każdym kolejnym wydaniem, robią coraz lepsze rzeczy.

Hwasa - So Cute

Gdy coraz więcej k-popu zaczyna iść w stronę popularnej około roku 2010 muzyki elektronicznej  Hwasa wypuściła bardziej retro piosenkę i wszyscy powinniśmy jej za to dziękować.

RESCENE - Runaway

Dziewczęta tak małym paluszkiem i delikatnie dotknęły jednego z k-popowych konceptów, który niemal całkowicie zniknął z horyzontu - czyli mrocznego dziewczęcego konceptu. I klip jest trochę podobny do love4eva LOONA yyxy. 

MONSTA X - Heal 

Jeśli jest jedna rzecz, co do której zgadzają się różni fani k-popu, to mam wrażenie, że jest to fakt, że Monsta X ma jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą, anglojęzyczną dyskografię. A na pewno jedną z najbardziej konsekwentnych i to od lat. 

Wszystkie miłe piosenki z kwietnia: 82MAJOR Sign (jest naprawdę ciekawa, warto sprawdzić),  B1A4 CPR i Rock Paper Scissors, Park Ji Hoon bodyelse

Z dwóch piosenek o tytule Ceremony, które wyszły w kwietniu jedna - zespołu QWER - bardzo mi się podoba, ma ciekawy teledysk i trwa więcej niż 2 minuty 45 sekund, druga - Le Sserafim - zaskakująco okazało się, że w całości brzmi lepiej niż urywki, które słyszałam w social mediach, chociaż choreografia do niej jest straszna. Za to zdecydowany plus za teledysk, chociaż był kwiecień, a jest mocno halloweenowy i jeśli dobrze sądzę, jego bohaterem jest potwór Frankensteina. Jeszcze wracając do krótkich piosenek - to jest całkiem niesamowite, jak piosenka mająca nieco ponad dwie i pół minuty może być niesamowicie nudna i powtarzalna i taka sama przez swój cały - krótki! - czas trwania, a jest w tym miesiącu kilka takich przykładów. Ale żeby nie było - jest w tym miesiącu kilka czterominutowych piosenek.

TWS - No Tragedy 

Przesłuchałam też całą płytę TWS, bo w klipie pojawiło się nawiązanie do Romea i Julii i trochę tak czułam, że tam będzie, bo widziałam, że ich nowa płyta ma mieć tytuł No Tragedy. A potem jeszcze przeczytałam, że cała płyta jest trochę R&J inspirowana. Wszystkie (6) piosenki na minialbumie są naprawdę porządne i bardzo dobre, warto sprawdzić. 

Napisałam przy Hwasie, że mamy w k-popie obecnie zauważalny powrót do muzyki elektronicznej, więc Illit postanowiło zakończyć miesiąc z przytupem i wpuściło piosenkę wprost techno It's Me, która zostaje w głowie...

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

 

wtorek, 28 kwietnia 2026

Ikar doleciał do słońca - Kokuho

 Hello!

Nie miałam w planach oglądania tego filmu i trochę wybrałam się na niego w zastępstwie Bez wyjścia, które straciłam nadzieję, że będę miała okazję zobaczyć (a okazało się, że będzie grane 4 maja) i bardzo dobrze zrobiłam, bo bardzo żałowałabym, że miałam okazję obejrzeć ten film w kinie, a tego nie zrobiłam.

Może zacznę od tego, że wiedziałam, że ten film jest długi, ale nie sprawdziłam, jak długi dokładnie - a trwa niemalże 3 godziny. I w samym filmie tego nie czuć - spokojnie mógłby być dłuższy, ba, można argumentować, że powinien być dłuższy, ale o tym wspomnę zaraz niżej. (Książka na podstawie, której powstał ma 800 stron, a wydaje mi się, że obiło mi się, że obiło mi się o uszy, że pierwsza wersja tego filmu też była jeszcze dłuższa). Natomiast wybranie się na trzygodzinny film to jest jednak pewne zobowiązanie i pewna wyprawa - więc pamiętajcie o tym, gdy będziecie szykować się na seans. A od siebie dodam, że oglądałam Kokuho na pokazie w DKF-ie, więc w sumie spędziłam w kinie jakieś 5 godzin, ale dzięki temu miałam okazję od razu zanotować sobie kilka rzeczy, które zwróciły moją uwagę w tym filmie.

Fabuła filmu zaczyna się w latach 60. (a obejmuje lata 1964-2014!), gdy aktor kabuki Hanai Hanjiro II odwiedza przybytek yakuzy i jest świadkiem występu syna szefa mafii w przedstawieniu. Niestety przyjęcie zostaje zaatakowane, ojciec bohatera ginie, a rok później wspominany aktor zabiera go do siebie i postanawia, że będzie go trenował razem ze swoim biologicznym synem na aktorów onnagata (czyli występujących w kabuki w rolach kobiecych). I już z tego jednego, długiego zdania widać, gdzie może leżeć jedna z osi konfliktu w tym filmie. I gdy ogląda się Kokuho pod tym kątem, to można pomyśleć, że w pewnym momencie główny bohater przyikarzył - podleciał za blisko do słońca i się sparzył, jednak w jego przypadku Dedal zamiast go ostrzec, jeszcze go w tę stronę popychał.

Nasz główny bohater obdarzony niesamowitym naturalnym talentem nazywa się Kikuo Tachibana - przez większość filmu gra go Ryo Yoshizawa, a w młodszą wersję wciela się Sōya Kurokawa, który miał do odegrania bardzo trudny fragment życiorysu bohatera i zrobił to absolutnie fenomenalnie i przekonująco. Ogólnie ktokolwiek prowadził kasting i zdecydował się na tych dwóch aktorów do tej roli powinien dostać podwyżkę. Biologicznego syna Hanai Hanjiro gra Ryusei Yokohama (i mam wrażenie, że za mało pisze się o tym, że on także przez 1,5 roku ćwiczył grę aktorską), a samego Hanai - Ken Watanabe. 

Wspomniałam o oczywistej linii konfliktu pomiędzy ojcem, biologicznym i przybranym synem, ale marketing filmu skupiał się chyba bardziej na stronie dotyczącej sławy i jaka jest jej cena. Kokuho nie daje na to pytanie błyskotliwej odpowiedzi, której nie można się domyślić i która nie padała już w innych dziełach kultury, ale pokazuje, jak ta odpowiedź urzeczywistnia się w życiu konkretnego bohatera. I wracając do zestawienia z Ikarem - Kikuo w pewnym momencie filmu umiera dla świata, a rodzi się dla sztuki. Przy czym odpowiedź na pytanie, czy to dobrze, czy źle wcale nie jest jednoznaczna - myślę, że mogliście widzieć fragment z materiałów promocyjnych, gdy tłumaczy on dziecku, że zawiera pakt z diabłem, aby być najlepszym aktorem w całej Japonii. I nawet jeśli nie odpowiada bezpośrednio za śmierć żadnego z bohaterów w filmie, to można bez pomyłki napisać, że idzie trupach do celu, nawet jeśli droga nie jest usłana różami, a pełna wzlotów i upadków (bo nasz bohater nie jest od nich wolny). Myślę, że można byłoby też analizować ten film z punktu widzenia obsesji, ale ten tekst i tak już jest o wiele dłuższy niż zakładałam, że będzie, więc tylko zostawiam to hasło.

Wrócę jeszcze do aktorów i ich gry - Sōya Kurokawa gra rozentuzjazmowaną, zdolną - w zasadzie dziecięcego geniusza - niepozbawioną ludzkich odruchów i słabości wersję Kikuo. Ryo Yoshizawa gra powiedziałabym 3 główne wersje bohatera: 1) wierzącą, że jego życie jest na dobrej, odpowiednio zaplanowanej drodze, 2) taką, w której zniknęło całe życie i błysk w oku, a dalej nawet cyniczną, 3) taką, która odzyskała nieco ludzkich odruchów. Bohater poświęcił się/wiele (tu można, a nawet trzeba się zastanowić nad podmiotem lub przedmiotem poświęcenia) dla sztuki, ale odniosłam wrażenie, że sztuka - wbrew pozorom - gdzieś mu uciekła (chociaż teatr w różnych formach jest w filmie cały czas bardzo obecny).

Na pewno jest to opowieść o przemijaniu - albo nie tyle o przemijaniu, co o odchodzeniu w przeszłość i widać to już w tych początkowy scenach - ojciec bohatera chciał stoczyć z atakującymi potyczkę na gołe pięści i/lub ostrza czy miecze, a oni go zastrzelili. Podobnie najlepszym - a na pewno takim, któremu ze wszystkich pokazanych na ekranie bohaterów najlepiej udaje się oddać hiperkobiecy, oczekiwany od aktora onnagata, manieryzm - aktorem jest najstarszy z aktorów Mangiku i żaden inny bohater nawet się nie zbliża do jego poziomu, co mimo talentu naszego głównego bohatera, sugeruje, że ta sztuka odchodzi. Mamy też zupełnie przyziemne światowe sprawy gospodarcze i finansowe, które odbijają się na bohaterach oraz współczesność - syn drugiego z bohaterów, chociaż nie jest trenowany tak brutalnie jak ojciec i wujek, woli koszykówkę od kabuki. I w filmie nie jest to pokazane tak, że bohaterowie nie potrafią się jakoś zaadaptować czy nie korzystają z dobrodziejstw, które w danym momencie zapewnia sytuacja ekonomiczna i światowa. Nie to wszystko się dobrze odbija w ich losach i bardziej i mniej dosłownych sensach.

Miałam zapisane kilka, może kilkanaście haseł i nie spodziewałam się, że z ich rozpisywania wyjdzie mi już 6 dość długich akapitów, a muszę napisać jeszcze o strukturze tego filmu. Ponieważ obejmuje on pół wieku, wiele wydarzeń dzieje się poza ekranem, często jako widzowie widzimy zapowiedź czegoś, a za chwilę już się to wydarza - chociaż doprowadzenie do tego wydawało się niemożliwe i nigdy nie dowiadujemy się, jakie kroki zostały podjęte, jakie negocjacje musiały zostać przeprowadzone, aby to się stało i ile czasu to zajęło (a na logikę i logistykę wiadomo, że musiało dużo). Są też dłuższe przeskoki czasowe i prawdę napisawszy wolałabym, aby napisy informowały, ile w danym roku bohater ma lat, niż tylko jaki jest rok, bo mam wrażenie, że w wielu momentach jego wiek jest lepszym kontekstem dla jego zachowań niż rok, w którym się znajdował. (Oczywiście można to policzyć, ale Kokuho to film, który trzeba obejrzeć w dużym skupieniu i nie radziłabym z niego wychodzić - chociażby dlatego, że te przeskoki czasowe pojawiają się niekiedy w zupełnie nieoczywistych momentach i dobrze jest ich nie przegapić, aby nie zgubić dalszego kontekstu). W skrócie można napisać, że montaż tego filmu jest dość pourywany, ale poza paroma przypadkami, gdy naprawdę chciałoby się wiedzieć, jak do czegoś doszło, zupełnie nie zaburza to odbioru całego filmu.

Na końcu Kokuho jest scena, gdy bohater odgrywa Heron Maiden i jest ona zrealizowana w taki sposób, że naprawdę naturalnie ma się ochotę bić Kikuo brawo - i w sekundzie, gdy w głowie widza pojawia się ta myśl, perspektywa się zmienia i widownia teatralna z filmu łączy się z widownią siedzącą w kinie - wrażenie jest naprawę niesamowite. Potęguje je dodatkowo kwestia fotografki z wywiadu, którego udziela Kikuo, stanowiąca kolejne już w strukturze filmu odwołanie do cykliczności i powtarzalności, ale też jego podsumowanie. 

Ten tekst wyszedł i tak o wiele dłuższy, niż zakładałam, a tylko dotyka i informuje o podejmowanych w filmie wątkach i to w zasadzie tylko tych najbardziej uniwersalnych, a można nie tylko bardziej się w nie zagłębić, ale także spojrzeć na nie bardziej w kontekście kultury japońskiej, konfucjanizmu czy nawet innych ram interpretacyjnych. I może jeszcze tak na koniec - nie obawiajcie się, że film może być "zbyt japoński" - bo to naprawdę nie powinno być problemem przy oglądaniu, natomiast jeśli nie lubicie i nie czujecie specyfiki teatru - a tutaj teatr, czyli kabuki, jest bardzo sformalizowany, a ponadto bogaty w makijaż i stroje - to raczej w tym upatrywałabym możliwej trudności w odbiorze tego filmu.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M