sobota, 16 listopada 2019

Pierwsze wrażenia - sezon jesienny 2019

Hello!
Przez pisanie o studiach złapałam opóźnienia z publikowaniem innych treści, ale już wychodzę na prostą. Chociaż wpis instagramowy będzie dopiero w grudniu. Dziś zapraszam na krótki przegląd anime z sezonu jesiennego 2019! 
Mała uwaga - kolejność opisywanych anime niekoniecznie jest kolejnością w jakiej je oglądałam.

Psycho Pass 3

Psycho Pass 3


Jest wiele serii, na których trzecie sezony czekam z coraz mniejszą nadzieją, ale być może nie powinnam jej tracić skoro mamy trzeci sezon Psycho Pass!

Ale zacznę od narzekania - do tej pory Psycho Pass miał jedne z najlepszych openingów anime, a ten do trzeciego sezonu jest rozczarowujący. Ending też nie robi jakiegoś powalającego wrażenia. Poza tym jednak nowy sezon tego anime zapowiada się świetnie. Może oprócz tego, że będzie mi jednak brakowało Tsunemori, bo to jednak była nietypowa w anime postać kobieca.

Psycho Pass 3 Arata
Arata (ten z tyłu) jest zabawny i uroczy, a głos podkłada mu Yuki Kaji, który jest jednym z moich ulubionych aktorów głosowych.

Ale nasi nowy główni bohaterowie - Arata i Kei - od początku są doskonale zgranym duetem i obserwowanie ich wspólnych działań to czysta przyjemność. A Arata posiada umiejętność głębokiej empatii i niejako wcielania się w ludzi, więc wszyscy ludzie, którzy lubią tego typu zdolnych detektywów będą bardzo zadowoleni. Poza tym w samym pierwszym odcinku zostaje nam powiedziane, że Arata jest spadkobiercą dziedzictwa Tsunemori więc pokładam w nim wielkie nadzieje. 

Psycho Pass Akane Tsunemori

Ten sezon ma składać się z 8 czterdziestopięciominutowych odcinków i ani trochę nie czuć, że są one tak długie. Pierwszy zleciał mi nie wiadomo kiedy, a przy okazji trzeba mu przyznać, że skończył się w idealnym momencie. Wydaje się, że ten sezon będzie jak bardzo długi film, który po prostu został podzielony na odcinki. Plus bohaterowie rozwiązują zagadkę, dlaczego rozbił się samolot, co dodaje sto punktów do zainteresowania. 

Wiedziałam, że cieszę się, że Psycho Pass wraca, ale teraz po obejrzeniu jestem nawet bardziej podekscytowana.

Stand My Heros: Piece of Truth

 

Zastanawiałam się, czy to powrót Psycho Pass spowodował w tym sezonie napływ podobnych anime.
A potem po minucie anime już wiedziałam, że nie, bo pod przykrywką anime o policjantce pracującej nad sprawami związanymi z narkotykami kryje się anime typu odwrócony harem, w którym bohaterowie wyglądają jak wszyscy inny bohaterowie takich anime i nawet z zamkniętymi oczami można by powiedzieć, który ma jaki charakter i rolę.

Stand My Heros: Piece of Truth

Dokończyłam pierwszy odcinek tylko dlatego, że w obsadzie głosowej są aktorzy, których lubię, ale poza tym to tak generyczne anime, że aż nie wierzę, że dałam się nabrać, że to coś innego.

Keishichou Tokumbu Tokushu Kyouakuhan Taisakushitsu Dainanaka: Tounana


Uwaga - to kolejne anime o specjalnej jednostce policji! Ale pozytywne się wyróżnia - jest wciągające od pierwszego odcinka, wiemy, że będzie miało jedną albo i dwie intrygi prowadzone prawdopodobnie przez cały sezon, ale ogólnie jeden odcinek to jedna sprawa. Poza tym wygląda o oczko lepiej niż większość wspominanych dzisiaj anime. Robi bardzo pozytywne pierwsze wrażenie i nie trzeba czekać trzech odcinków, aby dowiedzieć się, czy kryje się w nim coś więcej czy nie. W trzecim odcinku dostajemy zasadniczo koleją zagadkę na cały sezon. 

Keishichou Tokumbu Tokushu Kyouakuhan Taisakushitsu Dainanaka: Tounana

Odcinki mijają bardzo, bardzo szybko, a widz naprawdę chce się dowiedzieć jakie tajemnice skrywają bohaterowie i jakie ukryte siły wpływają na ich życie.

Babylon

 

Kolejne śledztwo! Tym razem prokurator, firmy farmaceutyczne i polityka! Konkurencja wśród anime z policjantami, detektywami i prokuratorami jest w tym sezonie na zupełnie innym poziomie. Nie wydaje mi się, aby kiedykolwiek wcześniej wystąpiło aż takie nagromadzenie anime kryminalnych. A przynajmniej nie takich, które są naprawdę interesujące. 

Babylon

Po pierwszym odcinku, w kontekście innych kryminalnych anime, Babylon nie wydawało się wyróżniać niczym naprawdę specjalnym. Ale koniec pierwszego odcinka, a później to co i jak pokazane jest w kolejnym sugeruje, że jest w tym anime coś więcej, a układ sił jest inny niż się wydaje. Nie przepadam jednak za niezbyt subtelnymi cliffhangerami, które są w kolejnych odcinkach, gdy akcja w samym odcinku niezbyt szybko posuwa się do przodu. Aczkolwiek to jest trochę tak, że ta fabuła jest jak kula śnieżna - fakty się zbierają, zbierają i jak nic będzie z tego lawina. I Babylon udowadnia, że zasada trzech odcinków jest... zasadna. A wraz z trzecim odcinkiem anime robi się coraz bardziej niepokojące. 

Kabukichou Sherlock


Czy to kolejne anime kryminalne? Jak nie, jak tak! Przecież ma Sherlocka w tytule. W Japonii w tym roku jakaś kryminalna jesień czy coś. A bohaterowie będą szukać Kuby Rozpruwacza.

James Moriarty

Kabukichou Sherlock ma podobną kreskę do Joker Game, trochę do 91 Days, ale to oryginalne anime niebazujące na żadnej mandze. Wrażenia po pierwszy odcinkach są następujące: to zabawne, ale nieszczególnie oryginalne anime - bo czego się w sumie spodziewać po historii z Sherlockiem. On nawet się rzuca z wieżowca w openingu. Ale być może samo to, że ktoś uznaje, że ma coś ciekaweggo jeszcze do opowiedzenia poprzez Sherlocka to znak, aby dać szansę całemu anime. Intryguje mnie wizja, że nastoletni James Moriarty jest jedyną osobą (przed Watsonem), której Sherlock pozwolił wejść do swojego pokoju i która ogólnie jest postacią najbliżej Sherlocka. Ale jednocześnie to trochę niewiele, aby dla tego jednego wątku oglądać całe dość przeciętne anime.

Beastars

To anime ma pojawić się na Netflixie i poczekam, aż będzie z oglądaniem, bo widziałam różne spoilery i gify w internecie i jestem trochę zaskoczona i zaniepokojona, jak prawdopodobnie inne jest to anime niż wynikało z zapowiedzi i czego się spodziewałam.  Ale uwaga i w jego zapowiedziach występuje morderstwo.

A Wy co oglądacie?

środa, 13 listopada 2019

Ostatnia wieczerza

Hello!
Wiadome powszechnie są dwie rzeczy: 1. uwielbiam pisać o teledyskach i 2. uwielbiam tak dobierać daty publikacji postów, aby były to daty znaczące. Choćby była to tak mało znacząca data, jak dzień, w którym teledysk będący głównym bohaterem tego wpisu osiągnął 300 000 000 wyświetleń na Youtube.

Baekhyun EXO Monster

Tak naprawdę to tego zupełnie nie planowałam, napisałam ten wpis i był taki napisany, a ja nie mogłam znaleźć dobrej okazji, aby go opublikować, aż okazja nie pojawiła się sama. W każdym razie gratulacje dla EXO i teledysku do piosenki Monster! A tak na marginesie - byłam zaskakująco bardzo zestresowana, czy aby numerki nie zmienią się nie w środę, ale we wtorek. Albo ogólnie gdzieś pomiędzy sobotą a dzisiaj. Także cieszę się, że dziś obudziłam się do tej wiadomości.


Postanowiłam, że zanim rozszerzę gamę teledyskowych trendów, których nawet dwie listy już przedstawiłam, skupię się na uzasadnieniu i wyjaśnieniu trendów, które już wypunktowałam. I chociaż ta część mojej teledyskowej przygody rozpoczęła się od wanien to nie one są moim ulubionym motywem przewijającym się w klipach - jest nim "ostatnia wieczerza".

Dla mnie najbardziej prominentnym i robiącym największe wrażenie przykładem teledysku z tym motywem jest klip do piosenki Monster EXO. W nim zawarte są wszystkie sposoby wykorzystania tego motywu, jakie można zobaczyć w innych klipach. 

EXO Monster
Ostatnia Wieczerza Leonardo da Vinci

Myślę, że każdy powinien się domyślić, skąd określenie "ostatnia wieczerza" się wzięło. Oczywiście od słynnego obrazu Ostatnia Wieczerza Leonarda da Vinci. I jak widać na załączonym kadrze z teledysku układ postaci, gdzie wszystkie są za stołem, to najbardziej klasyczne i oczywiste wykorzystanie motywu "ostatniej wieczerzy". A dwa Ostatnia Wieczerza przedstawia scenę, gdy Jezus ogłasza, że jeden z apostołów go zdradził. W teledysku Baekhyun zdradza EXO. Także to nawiązanie może być czyś więcej niż tylko aluzją estetyczną. 

(G)-IDLE

Członkinie zespołu (G)I-DLE także zostały posadzone po jednej stronie stołu. Na pewno ułatwia to upewnienie się, że każda z nich jest dobrze widoczna.

SEVENTEEN Happy Ending

Nie powiedziałabym, że trend sadzania/pokazywania wszystkich członów zespołu po jednej stronie stołu jest charakterystyczny dla teledysków do ich japońskich singli, ale (G)I-DLE i SEVENTEEN wykorzystują go właśnie w japońskich klipach. Piosenka SEVENTEEN nosi tytuł Happy Ending

Wydaje mi się, że klip do piosenki 19 Stray Kids jest rodzajem jakiegoś specjalnego teledysku, ale postanowiłam nie wykluczać go z listy, ponieważ cały kręci się wokół stołu i chłopcy się nie tylko od niego nie ruszą, ale są posadzeni w klasyczny i najbardziej zgodny z tym motywem sposób. 

Stray Kids 19

Ale do teledyskowego motywu 'ostatniej wieczerzy' zaliczam także liczne wariacje w układzie osób, które siedzą przy stole. 

EXO MONSTER

Co prawda w teledysku nie widać momentu, gdy członkowie EXO siedzą, widać tylko jak siadają, ale idea jest taka, że ludzie siedzą po dwóch stronach stołu. W tym układzie wariacja może polegać na tym, czy na honorowym miejscu w szczycie stołu ktoś będzie, czy nie będzie siedział. Tutaj akurat widzimy Baekhyna. 

Tu niejako z odsieczą przybywa prawdopodobnie najbardziej estetyczny i artystyczny teledysk w całym k-popie, czyli klip do Blood Sweat&Tears BTS. Członkowie tego zespołu grzecznie siedzą przy stole.
Notabene w tym teledysku widzimy także Pietę Leonarda i chociaż ciało Jezusa jest zasłonięte, wciąż wydaje mi się to dość zaskakującym wyborem rzeźby do teledysku.

BTS BLOOD SWEAT TEARS

Inne teledyski z ludźmi siedzącymi za stołem:

Jay Park, Simon Dominic, GRAY, CODE KUNST, Woo siedzą za stołem nawet w miniaturce do teledysku do piosenki  Signhere.

Jay Park, Simon Dominic, GRAY, CODE KUNST, Woo - Singhere

Gdyby to był wpis wannowy na pewno napisałabym jakiś zabawny i zaskakujący komentarz na temat i samego teledysku, i samej piosenki, ale dziś staram się być poważna, więc napiszę tylko, że Peniel prezentuje niezwykle bogatą zastawę stołową i wyraźniej niż wszystkie pozostałe osoby siedzące u szczytu stołu zaznacza kto tu rządzi. Piosenka nosi tytuł Flip.

Peniel Flip

Zaburzę trochę chronologię - wszystkie członkinie Apink widzimy przy stole dopiero na samym końcu teledysku do piosenki I'm so sick. Warto zauważyć jeszcze, że dziewczyny siedzą naprzeciwko siebie przy krótszych bokach stołu. W trzech przykładach, które opisałam wyżej tylko jeden szczyt był zajęty.

Na początku teledysku przy stole jest tylko Naeun, którą zobaczycie troszkę niżej.

APink - I'm so Sick

Dziewczyny z Apink siedziały przy stole także w teledysku do piosenki %% (Eung Eung), ale wszystkie wzdłuż dłuższych boków stołu. Uchwycenie tego momentu było dość trudne, ale gdy obejrzycie klip, dowiecie się dlaczego ten kadr wygląda tak dziwnie.

APINK

Pytanie co zrobić z takim kadrem i takim usadzeniem  członów zespołu D-CRUNCH. Nie ma wątpliwości, że jest to wykorzystanie motywu 'ostatniej wieczerzy', ale ciężko zakwalifikować do tych podkategorii, które sama sobie stworzyłam. A sceny przy stole są najlepszym elementem całego teledysku do piosenki Are you ready?

D-CRUNCH Are You Ready

Kolejna wariacja tego motywu - to jedna osoba przy stole. I znów może to być jedna osoba na środku stołu lub na jego szczycie. Mamy jeszcze za mało Baekhyuna w tym wpisie, więc jeszcze tylko dwa ujęcia.

Baekhyun Monster
EXO Baekhyun Monster

Eun Jiwon w teledysku do piosenki I'm on Fire zmienia strony stołu z prędkością światła, udało mi się złapać tylko, gdy widać go po lewej stronie. 
Jeśli macie jakieś problemy i nie powinniście oglądać szybko zmieniających się świateł to nie oglądajcie tego teledysku. Zresztą na teledysk EXO także powinniście uważać. 

Eun Jiwon  I'm on Fire

A tu samotna Naeun z Apink. Ale klimat całego tego kadru oraz aura Naeun jest iście królewska. Może oprócz tego, że jest tam dość nabałaganione.

APINK Naeun

Ostatnia wariacja. Najbardziej niekonwencjonalna, ale postanowiłam ją zaznaczyć. Początkowo kadr z Sehunem miał zostać tu dodany jako zabawna ciekawostka. Ale później zobaczyłam teledysk zespołu VAV do piosenki Spotlight i doszłam do wniosku, że kategoria niekonwencjonalnego albo nieortodoksyjnego wykorzystania motywu ostatniej wieczerzy może zostać dodana do tego wpisu.

EXO Sehun Monster
VAV Spotlight

Założyłam sobie, że pokażę dziesięć teledysków, w których występuje motyw 'ostatniej wieczerzy' oprócz klipu EXO, ale pokazałam dwa teledyski Apink, a chciałam pokazać, że motyw występuje w różnych, niezwiązanych ze sobą miejscach. Mam nadzieję, że udało mi się pokazać i nieco objaśnić na czym ten motyw polega. Nie każde usadzenie idoli przy stole spełniałoby jego założenia. Na przykład zupełnie osobną kategorię trendu stanowi sadzanie idoli przy okrągłym stole. O ile mi wiadomo, prym w tym wiedzie Red Velvet.

A z teledysków, które ukazały się pomiędzy napisaniem a opublikowaniem tego wpisu, które mają ten motywy lub te, które z różnych względów nie znalazły się powyżej.
> CLC - Devil
> Taeyeon - Four Seasons
> G-Dragon - One of a kind (szczerze polecam zerknąć)
>  Jooheon - Red Carpet
> Dreamcatcher - Deja Vu
> Super Junior - Super Clap
> Winner - SoSo
> Ladies Code - Galaxy
> 2PM - My House
> SEVENTEEN - Oh My
> Ravi - Limitless
> Nature - Oopsie (My Bad)
 
LOVE, M

sobota, 9 listopada 2019

Daily blog: Jeśli ten przedmiot ma być przekrojowy, to musimy mieć co kroić

Hello!
Ten wpis oczywiście powinien być wczoraj, ale czułam się fatalnie i nie byłam w stanie zabrać się za pisanie. To przesunięcie być może nie wyszło blogowi na złe, bo o ile poniedziałkowy i wtorkowy wpis cieszyły się skorym zainteresowaniem, to środowy i czwartkowy już niekoniecznie. A polecałabym zajrzeć szczególnie do czwartkowego, bo dokonuję tam pewnego odkrycia (Daily blog: Prawda staje się funkcją uczonego osądu, a nie samej materii... ).


W piątki znów mam tylko jedne zajęcia. Jak wspominałam to bardzo frustrujące i marnujące czas. Poza tym wolne piątki były świetnym rozwiązaniem dla mojego zarządzania czasem - robiłam sobie cały dzień wolny, a w sobotę i niedzielę jeździłam do biblioteki albo się uczyłam/przygotowywałam na zajęcia. A teraz brakuje mi dnia, którym mogłabym poświęcić na odpoczywanie. Ale to kwestia przyzwyczajenia.

W piątki mam albo ćwiczenia z literatury polskiej od średniowiecza do oświecenia, albo ćwiczenia z metodologii badań literackich. Wczoraj miałam te drugie. Do tej pory zdążyliśmy omówić marksizm, a na zajęciach jakimś sposobem dotarliśmy do omawiania Hitlera i jego książki, natomiast wczoraj omawialiśmy psychoanalizę i doszliśmy do tego, że tramą silnie zakorzenioną w kulturze są gwałty rosyjskich żołnierzy. Naprawdę boję się, jaki temat wypłynie na zajęciach za dwa tygodnie. Same zajęcia, pomijając te dygresje, są zasadniczo dość konkretne i naprawdę pozwalają poukładać sobie pewne zagadnienia w głowie. Moja grupa ma tylko ten mały dyskomfort, że na ćwiczeniach jesteśmy do przody z programem - bo teraz na wykładzie będziemy kończyć marksizm i zaczynać psychoanalizę, a my następne ćwiczenia będziemy już mieć z fenomenologii. 

Za to moja grupa ma szczęście do literatury polskiej od średniowiecza do oświecenia, bo akurat na naszych zajęciach prowadzący zachowuje się jak prowadzący, pracownik wyższej uczelni - przynajmniej mniej więcej. Na zajęciach drugiej grupy zachowuje się nieco dyskusyjnie, ale nie będę wynikała w szczegóły. W każdym razie straszyła nas na pierwszych zajęciach wejściówkami, ale ich nie robi więc jest spoko. A same zajęcia jak zajęcia - mamy teksty do przeczytania, artykuły do tekstów, a potem o tym rozmawiamy. Albo słuchamy dłuższych partii wykładowych - zależy jak bardzo sam prowadzący ma ochotę mówić. 

Podsumowując: piątkowe zajęcia nie są złe - trzeba tylko dużo na nie czytać, co w sumie nie jest niczym nadzwyczajnym na tych studiach. 

Możecie polubić blogaska na Facebooku. (w weekendy jestem tam bardzo aktywa, bo robię podsumowania łyżwiarskiego GP!) Możecie też zaobserwować mnie na Instagramie! Kolejny wpis będzie w środę! I chyba, chyba będzie o teledyskach. W każdym razie mam jeden niesamowity teledyskowy wpis do opublikowania i czekam, aż coś się wydarzy, abym mogła go opublikować i mam nadzieję, że wydarzy się w ciągu tygodnia/dwóch.
LOVE, M

czwartek, 7 listopada 2019

Daily blog: Prawda staje się funkcją uczonego osądu, a nie samej materii...

Hello!
... która w miarę upływu czasu zaczyna wręcz zawdzięczać swoją egzystencję orientalistom (Edward W. Said Orientalizm, Zysk i S-ka 2018, strona 100). Przepraszam, że cytat tak bez cudzysłowu, ale dziwnie wyglądałby takim w tytule.
Czwartkowi patronuje moje seminarium i źródło cytatu jest najlepszym punktem wyjścia, aby opisać, co będę na nim robiła przez najbliższe dwa lata. 

Orientalizm, Edward W. Said

Zostałam w klimacie mojego licencjatu, ba, w licencjacie to ja sobie zapowiedziałam tę pracę, wycinając z niego dużą część książek o Korei Północnej. I dosłownie pisząc, że tych książek jest tak dużo, że można by napisać o nich osobą pracę. Na magisterce będę się zajmowała 3 książkami: reportażem, relacją z podróży oraz autobiograficzną relacją z pobytu w Korei Północnej. I właśnie tej ostatniej książki tyczy się wielka niespodzianka, o której wspominałam we wtorek. 

Otóż autorem tejże książki jest doktor, który prowadzi zajęcia ze sztuki interpretacji. 

Po pierwszym seminarium przeglądałam zasoby biblioteki i internet w poszukiwaniu inspiracji i konkretnych książek. Tę o której wspominam widziałam już przy researchu do licencjatu, ale podobnie jak wiele innych, została wycięta z mojego materiału badawczego. I trochę o niej zapomniałam. Do czasu. Początkowo, gdy zobaczyłam imię i nazwisko autora nie sądziłam, że to możliwe, aby to był ten prowadzący, ale po głębszym przeszukaniu internetu, okazało się, że tak, to jest on.  Tu możecie wyobrazić sobie ten gif z "wybuchającym" mózgiem, bo tak się właśnie dokładnie czułam. Pierwsze, co zrobiłam to oczywiście zadzwoniłam do Mamy: "Mamo, mój wykładowca był w Korei Północnej i napisał o tym książkę!" A później powiedziałam to bliższym znajomym z kierunku, chyba osoby z seminarium też już wiedzą. Prowadzący też już został poinformowany, że taka praca o tej książce będzie pisana i podobno chętnie przeczyta. Od promotorki dowiedziałam się za to, że gdy ta książka się ukazała, to wszyscy na uczelni byli mniej więcej w takim samym szoku, jak ja gdy to odkryłam. To całkiem pocieszające. 

Seminarium jako takie mam na 9.45 do 11.15 i jeśli nie mamy dodatkowych konsultacji to całe moje zajęcia na ten dzień. Więc opiszę trochę tego co robiłam po powrocie do akademika. Nie jest to nic szczególnie zaskakującego - przygotowywałam się do jutrzejszych zajęć. Muszę napisać, że chyba dzięki tym wpisom zmotywowałam się do nauki (udało mi się już przepisać część językoznawstwa! a o wielkie osiągnięcie), bo niestety zmiana czasu i to jak wcześnie robi się ciemno sprawia, że cierpię i trudno jest mi się przestawić. Poza tym na za dwa tygodnie muszę się rozliczyć z czytania Orientalizmu i przygotować referat. Co mniej więcej oznacza, że muszę napisać fragment rozdziału o tej książce. Co w sumie oznacza, że chciałabym napisać cały rozdział - a na seminarium opowiem tylko o tym, co interesowało promotorkę.W każdym razie zapewne zajmowałam się dzisiaj orientalizmem.

A na marginesie, jako dowód, że naprawdę wszystkie zajęcia w tym semestrze jakoś mi się łączą. Otwieram Orientalizm a tam: Bopp, bracia Grimm, Rasp, Humbolt, Schleicher, czyli twórcy językoznawstwa porównawczo-historycznego. A skąd oni w tej książce? Otóż porównywano z sanskrytem, a sanskryt to Indie (tak w ogromnym uproszczeniu).

Pozdrawiam, M

środa, 6 listopada 2019

Daily Blog: Ciąg niepodzielny semantycznie na takie podciągi znaczące, które byłby elementami klas substytucyjnych niezamkniętych

Hello!
Podobno algorytmy Googla nie znoszą długich tytułów, ale krótkie mi się prawie skończyły. To już nie jest tak łatwe jak monoftongizacja dyftongów, która brzmi pięknie i jest idealna na tytuł. W każdym razie dzisiejszą inspiracją była poniedziałkowa semantyka, a tytuł to część definicji leksykalnej jednostki języka. Ale w tym roku prawie wszystkie zajęcia się ze sobą łączą, a dziś jest tego kulminacja. 



Ale najpierw na godzinę 8 jest wykład z literatury polskiej od średniowiecza do oświecenia. Na pierwszym semestrze pierwszego roku licencjatu z tym samym prowadzącym mieliśmy zajęcia z literatury staropolskiej. Też były na 8, ale w piątki i wykładowca powiedział, że docenia ideę uniwersytetu i wykłady są nieobowiązkowe. To był prawie jedyny raz, gdy usłyszeliśmy coś takiego. W każdym razie idea uniwersytetu umiera - w tym roku te wykłady są obowiązkowe. Wszystkie inne były już wcześniej, a w tym roku rozliczanie studentów z nieobecności i na wykładach, i na ćwiczeniach ma się zaostrzyć. Ale staram się nie narzekać, bo prawda jest taka, że gdyby ktoś kazał wybierać mi moją ulubioną epokę literacką to wybrałabym barok. Który jest też przy okazji ulubioną epoką prowadzącego. A wykłady są naprawdę świetne i nawet, gdy słyszymy tę samą anegdotę po raz trzeci to się śmiejemy; chociaż może to już śmiech z tego, że to znamy. W każdym takie zajęcia nawet na 8 co dwa tygodnie można przeżyć. 

Dużo gorzej jest z zajęciami, które mamy co tydzień o 11.30 - co oznacza, że co dwa tygodnie mam okienko. Są to zajęcia z metodologii badań językoznawczych. I zasadniczo to powtarzają one wszystko co robimy na 1) metodologii badań literackich (bo każdy prowadzący musi opowiedzieć o historii, a o tym co się działo w XIX wieku to nawet trzy razy), 2) językoznawstwie ogólnym - co się tłumaczy się samo za siebie (a dodatkowo na przykład wczorajszy wykład z ogólnego powtarzał częściowo to, co robiliśmy na semantyce). To tak 2 i pół wykładu w jednym. Ale...  najgorsze jest to, że gdyby nie fakt, że te zajęcia powtarzają to, co już znamy, to nic byśmy z nich nie wynieśli, bo a) są prowadzone bardzo chaotycznie i zamiast na przykład pomóc nam poukładać wiedzę to jeszcze ją plączą, b) są przykładem wykładu, na którym tracimy czas, bo na jedno by wyszło, gdybyśmy dostali zagadnienia do opracowania i wszyscy poszli czytać podręcznik. Ten wykład nic nie wyjaśnia, a jeszcze prowadząca dzisiaj kilkanaście razy mówiła "państwo na pewno to znajdą", "o tym się państwo uczyli". Tylko, że nie do końca. Rzeczywiście słyszeliśmy wiele tych nazwisk i pojęć, ale nigdy nie było na studiach okazji do uporządkowania tej wiedzy, bo najczęściej omawialiśmy oderwane od siebie artykuły. Ale to naprawdę drugorzędna sprawa - najgorszy jest ten chaos. Oraz to, że jeśli zmierzyć by nudność wykładu ilością śpiących studentów, to ten by wygrał.

PS Po napisaniu tego wpisu, usiadłam do robienia notatek z językoznawstwa ogólnego i zdałam sobie sprawę, że tam miałam wyłożony cały strukturalizm, gdzie na metodologii badań (który to strukturalizm był dzisiaj) miałam bardzo dużo lania wody o strukturalizmie. Z jednej strony to trochę smutne, a z drugiej - wygląda na to, że na egzaminy będę musiała się nauczyć raz.

Nie wspomniałam jeszcze, ale mam tylko 4 przedmioty, które są w każdym tygodniu, z czego 2 mają tylko po 10 wykładów - to są właśnie i jedne i drugie zajęcie z językoznawstwa. A dwa pozostałe to warsztat edytorski oraz angielski. Czasami, naprawdę tylko czasami, zastanawiam się kto układa te plany, bo na przykład literaturę spokojnie moglibyśmy zrealizować całą w tym semestrze, a nie później na koniec 2 semestru mamy 5 albo 6 egzaminów, a w tym - dwa. Jasne są kolokwia i tak dalej, ale egzamin to egzamin.

To tyle na dziś! Jeśli macie jakieś pytania to zostawiacie je śmiało w komentarzach. Plus możecie polubić blogaska na Facebooku. Możecie też zaobserwować mnie na Instagramie!

Trzymajcie się, M


wtorek, 5 listopada 2019

Daily Blog: Colorless green ideas sleep furiously

Hello!
Dzień drugi daily blogów! Wypadło tak, że tydzień, który opisuję to tydzień, w którym mam mniej zajęć. Co oznacza, że mam więcej czasu a ich opisanie, ale mniej bezpośrednich wrażeń. A moje tygodnie dość mocno się siebie różnią. Na przykład w takie właśnie wtorki mogę być na uczelni albo w godzinach 11.30 - 16.30, albo pojechać tam na jedne zajęcia na 13.


I wbrew pozorom szykowanie się, pojechanie i wrócenie z jednych zajęć często zajmuje więcej czasu niż same zajęcia, ale staram się o tym za dużo nie myśleć, aby nie zwariować. Bo gdy się człowiek zaczyna nad tym zastanawiać, to dochodzi do wniosku, że znów marnuje dużo czasu. Z czego wynika tak duże rozbicie zajęć, takie pojedyncze godziny i fakt, że zajęcia mamy od poniedziałku do piątku? Z tego, że zostały utworzone wszystkie grupy specjalnościowe i oni też muszą mieć kiedyś zajęcia. A poza edytorstwem wszystkie grupy mają więcej niż jedne w tygodniu i też musiały się kiedyś odbywać. W poprzednich latach zwykle było tak, że przedmioty specjalnościowe się na siebie nakładały i rozbicie godzinowe pomiędzy studentami na jednym kierunku nie było tak duże. W tym roku nie do końca było można tak zrobić, bo są studenci, którzy robią dwie specjalizacje. To chyba tyle ze spraw organizacyjnych. 

Piękny tytuł dzisiejszego bloga pochodzi z zajęć z językoznawstwa ogólnego. Dzięki którym przeżyłam oświecenie, że powinnam była w moim licencjacie odnieść się do jakiś podręczników z językoznawstwa, bo to przecież ono zajmuje się nazwami własnymi. Chociaż nie sądzę, abym tam coś znalazła.W każdym razie są to bardzo może nie trudne, bo zasadniczo nie ma tam nic trudnego, tylko trzeba to zapamiętać, ale intensywne wykłady. Prowadząca ma prezentację zw wszystkimi najważniejszymi informacjami i wszystko wyjaśnia, ale robi to tak szybko (choć zależy to od slajdu.tematu), że większość studentów prędzej lub później przestaje notować i polega tylko na robieniu zdjęć prezentacji. A dzisiaj na przykład był bardzo przyjemny wykład na temat systemu leksykalnego, dzisiejsze notatki wyglądają bardzo ładnie, przestałam nadążać dopiero pod koniec wykłady, mam do przepisania 3-4 slajdy. Więc jest nieźle, bo z poprzednich mam luki po pół strony i jeszcze nie zabrałam się za ich uzupełnianie. A, że ten przedmiot ma tylko 20 godzin (czyli jest 10 wykładów) to egzamin z niego będzie najprawdopodobniej na początku stycznia (to się nazywają plany na przerwę świąteczną), więc trzeba by zabrać się na poważnie za naukę.

Dziś wyjątkowo miałam wykład z literatury polskiej od średniowiecza do oświecenia, który mam jutro, więc wtedy napiszę o nim więcej. Dwa brakujące zajęcia, których nie miałam w tym tygodniu, a będę miała w przyszłym to: metodologia badań literackich oraz sztuka interpretacji. Tak naprawdę trudno mi coś więcej o tych zajęciach napisać. Z metodologii we wtorki jest wykład, ćwiczenia są w piątki. Przez ostatnie wykłady mieliśmy trochę historii filozofii, aż doszliśmy do marksizmu, który notabene moja grupa zdążyła już przerobić na ćwiczeniach. Wykład na szczęście plasuje się po stronie tych raczej ciekawych, a jego prowadzący jest osobą powszechnie lubianą, więc nie jest najgorzej. Inaczej niż w przypadku sztuki interpretacji. Z tego co wiem ani moja grupa, ani druga grupa jakoś nie potrafią nawiązać kontaktu z prowadzącym. Jest to problematyczne, bo to jednak ćwiczenia z interpretacji. A trochę czytamy te same artykuły, które czytaliśmy na poetyce i teorii literatury (teraz się tym bardziej cieszę, że przywiozłam te moje tony notatek).

Jednak w tym miejscu muszę napisać, że w czwartek odkryję przed Wami coś niesamowitego związanego z tymi zajęciami.

Pozdrawiam, M

poniedziałek, 4 listopada 2019

Daily Blog: W tym semestrze nienawidzę poniedziałku

Hello!
Trzecia edycja Daily Blogów przed nami! Przez najbliższy tydzień będę opisywała moje zajęcia na pierwszym roku magisterskich studiów uzupełniających. Kontynuuję naukę na Uniwersytecie Gdańskim na kierunki filologia polska. I chociaż to już mój piąty rok na tym uniwersytecie i wydawało mi się, że ta instytucja nie może mnie już niczym zaskoczyć - oczywiście nie miałam racji.

książki

Ale opowiem o tym innego dnia, gdyż w poniedziałki mam zawsze najwięcej zajęć w tygodniu - jestem na uczelni od 9.45 do 16.30. Zaczynam angielskim. Z którym są mniej więcej takie same problemy jak z wychowaniem fizycznym na studiach. To znaczy w formie w jakiej występuje się nie sprawdza. Mam na roku 3 grupy, podzieleni zostaliśmy poziomami. Oczywiście sam proces dzielenia na grupy nie mógł się obyć bez problemów - zostaliśmy poinformowani, że mamy zrobić testy w portalu studenta w dniu, w którym zapisy na zajęcia się zamykały. Część osób nie zdążyła, ale w sumie później i tak nie miało to znaczenia, bo... ostatecznie wszyscy, chyba na 3 raty, pisali papierowe testy na zajęciach. I tu dwie rzeczy: dlaczego te testy internetowe nie mogły być elementem procesu rekrutacyjnego? Na licencjacie mieliśmy wybór języka, ale na magisterce mamy tylko angielski, więc wszyscy spokojnie mogli zrobić te testy w procesie rekrutacji. A dwa - testy z portalu studenta i tak okazały się niewymierne, więc dlaczego od razu nie mogliśmy zrobić tych papierowych. 

Poza tym oczywiście osoba prowadząca angielski uważa, że jej przedmiot jest najważniejszy. Przez całe studia (jedne i drugie) nie miałam tyle prac domowych, co przez ostatnie tygodnie na sam angielski. A zajęcia wyglądają tak, że sprawdzamy te prace domowe. Po całym angielskim, jaki miałam na pierwszym kierunku, tutaj mam poczucie traconego czasu. 

Teraz przejdę do ostatnich poniedziałkowych zajęć - warsztatów edytorskich. Przez cały pierwszy tydzień wszyscy (może oprócz specjalności nauczycielskiej) zastanawiali się czy ich specjalności się otworzą, gdyż oczywiście nie można było w procesie rekrutacji zaznaczyć, na jaką specjalizację chce się zapisać, tylko zapisywaliśmy się ręcznie na kartkach na spotkaniu organizacyjnym. Ostatecznie otworzono wszystkie specjalności. Prawdopodobnie dlatego, że UG podpisało umowę z jakąś firmą PR-ową, ale na specjalność media i PR zgłosiło się mniej osób niż na edytorstwo, a zależało im na tym PR, ale gdyby utworzyli tylko MiPR a nie utworzyli edytorstwa, to wyglądałoby to podejrzanie. Ale to tylko przypuszczenia studentów. 

Będziemy w tym roku wydawać książkę. Początkowo miała to być książka o maskach pośmiertnych. Nie byłam zachwycona - tu możecie przeczytać mniej więcej czemu. Na szczęście, jeszcze wtedy zostałam zapewniona, że nie będę musiała zajmować się ilustracjami, a tydzień później okazało się, że zmieniamy książkę. Na filozoficzną. Łatwo się tego nie redaguje, ale jestem zadowolona, bo bardziej pasuje do profilu naszego kierunku niż poprzednia. Na pewno napiszę o niej więcej i o całym procesie, gdy książka będzie albo tuż przed wydaniem, albo już wydana. 

A teraz zajęcia, które mam pomiędzy: wykłady i ćwiczenia z historii języka polskiego i jego odmian stylowych albo semantyka leksykalna. W tym tygodniu była to semantyka. Muszę napisać, że wykład i ćwiczenia z tego samego przedmiotu, z tym samym prowadzącym jednego dnia to wyczerpująca sprawa. Nawet jeśli zajęcia nie są straszne i niesamowicie trudne. Historię języka zasadniczo powtarzamy i większość osób jest zaopatrzona w notatki z drugiego roku licencjatu. Plus prowadząca jest cudną osobą, która naprawdę chce żebyśmy się nauczyli i zdali egzamin, ale nie obciąża nas pracą bardziej niż jest to konieczne.
Aczkolwiek nie wiem jak zapatrują się na to osoby, które przyszły z innych kierunków i w życiu nie słyszały o jerach czy przegłosie. 

Co do semantyki - to bardzo logiczne i poukładane zajęcia, ciekawe, ale bardzo mocno obudowane teoretycznie. Najprościej semantyka leksykalna jest o znaczeniu wyrażeń. Ale trzeba jeszcze ustalić czym jest wyrażenie, którym się będziemy zajmować. A później na przykład okaże się, że wyrażenie ma więcej niż jedno znaczenie. Albo tylko nam się wydaje, że ma bo tak naprawdę to jest to samo znaczenie w innych kontekstach. W skrócie - obudowa teoretyczna jest trudniejsza od samego zagadnienia. A przynajmniej na razie się tak wydaje.

To tyle na dziś! Jeśli macie jakieś pytania to zostawiacie je śmiało w komentarzach. Plus możecie polubić blogaska na Facebooku. Możecie też zaobserwować mnie na Instagramie!

Trzymajcie się, M

środa, 30 października 2019

Czy koreańskie bingo działa? - Tydzień w Korei Północnej

Hello! Po pracy nad licencjatem zrobiłam wpis koreańskie bingo, w którym przedstawiłam kilka motywów/ toposów/zagadnień, które powtarzają się w każdej książce o Korei. Powiedzmy w każdej, na pewno w większości o Korei Południowej. W tym roku eksploruję bardziej Koreę Północną i po drodze trafiłam na książkę Tydzień w Korei Północnej. 1500 kilometrów po najdziwniejszym kraju świata i postanowiłam na jej przykładzie sprawdzić, na ile pierwsze koreańskie bingo działa. Bo już mogę napisać, że powstał drugi zbiór powtarzających się tematów - odnoszących się bardziej do Korei Północnej.

Co do samej książki - myślę, że okładka doskonale pokazuje czego się po niej spodziewać, więc w przeciwieństwie do niektórych książek, które próbują udawać, że są poważne bądź obiektywne, ta nie pozostawia takiego niesmaku bycia nieco oszukanym. Przy czym trzeba zaznaczyć, że chyba z tego samego powodu (to znaczy bycia nie do końca poważną i subiektywną) traci nieco na literackich wartościach. Dobra, nie nieco - jeśli Lubimy Czytać jest dla Was jakimś wyznacznikiem, to ta książka ma ocenę 5,4 i wiele osób w komentarzach pisze, że irytowali ich bohaterowie, którzy robili dramę z wyjazdu do Korei Północnej - wyjaśniłam to w podliknowanym wpisie o książce Światu nie mamy czego zazdrościć.

Tydzień w Korei Północnej. 1500 kilometrów po najdziwniejszym kraju świata

 

Tytuł: Tydzień w Korei Północnej. 1500 kilometrów po najdziwniejszym kraju świata

Autor: Christian Eisert

Tłumacz: Bartosz Nowacki

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

 

Kimchi

> Kim-chi, czyli kiszone warzywa, zwykle kapusta, w obu częściach Korei wchodzi w skład każdego posiłku, pojawia się też w większości przewodników turystycznych. (54)

Byłabym odważniejsza i stwierdziła, że we wszystkich przewodnikach i większości książek.

Soju

Autor wspomina o wódce i ogólnie wyjaśnia się, że soju to koreańska wódka, jednak samo słowo soju się nie pojawia. Za to pojawia się bardzo dużo o piwie.

 

Historia o tym, że w Korei pałeczki są metalowe (srebrne), bo dawno temu król dzięki temu wiedział, czy jedzenie nie zostało zatrute

 To nie cała historia, ale autor wspomina, że pałeczki są metalowe:
> (...) zgrabnie posługując się przy tym swoimi metalowymi pałeczkami. (133)

 

Hanbok

Słowo jako takie się nie pojawia, nie ma też ogólnie słowa o jakichkolwiek tradycyjnych koreańskich strojach, ale we wkładce ze zdjęciami jest fotografia kobiety - sprzedawczyni w sklepie z pamiątkami - w hanboku. Bardzo kolorowym.

 

Konfucjusz

> Jego syn Kim Dzong Il po - zgodnie z obrządkiem konfucjańskim - trzyletnim okresie żałoby przejął kontrolę nad państwem. (35)  

> - Kształcili się tutaj uczniowie Konfucjusza. (278)

A tak na marginesie - w tej książce było zdecydowanie i zaskakująco więcej Buddy niż Konfucjusza. 

 

Kim, Park i Lee to najpopularniejsze nazwiska

> - Czytałam, że prawie połowa wszystkich Koreańczyków nosi nazwisko Kim. (...)
- W sumie występuje w naszym kraju około dwustu pięćdziesięciu różnych nazwisk. (107-108)


Z głównych leitmotivów nie pojawiły się:
Czebol, Samobójstwa, Pali-pali, względnie ppalli-ppalli, Nadgodziny i Hangul (hangeul) i Sejong Wielki 
co jest zrozumiałe, bo odnoszą się zasadniczo do kultury korporacyjnej i pracy w Korei Południowej. Natomiast jestem zaskoczona brakiem wzmianki o alfabecie, chociaż mówiono o ruchomych czcionkach i ogólnie o historii kraju. 

Tydzień w Korei Północnej. 1500 kilometrów po najdziwniejszym kraju świata

***
Kategoria: Pozostałe często wspominane tematy:

* Ondol

> Nasz tradycyjny hotel dysponował tradycyjnym koreańskim systemem ogrzewania ondol - "on" znaczyło "ciepły", "dol" to "kamień". (262)

 

* Metafora o krewetce

To nie dokładnie ta metafora o krewetce, która pojawia się zwykle, ale w pewnym sensie wariacja na jej temat (a przynajmniej ja to tak widzę). Albo autor chciał być oryginalny.

> Jeśli wyobrazimy sobie Koreę jako konika morskiego pozbawionego ogona, a położony na wschód od niego łuk Wysp Japońskich jako dwukrotnie większego smoka (...). (55)


Nie pojawiły się:
* Przegrana Polski z Koreą Południową w piłce nożnej w 2002 roku
* Cud nad rzeką Han
* Azjatycki kryzys w 1997 roku
* Hallyu. Albo inaczej: spróbować napisać o hallyu i nie napisać o serialu "Winter Sonata"
* Historia flagi Korei Południowej
 co także jest zrozumiałe, bo znów odnoszą się głównie do Korei Południowej. 

Wygląda na to, że koreańskie bingo działa, ale powinno zostać rozszerzone o kilka punktów, które dotyczą bardziej Korei Północnej. I już zostało - myślę, że w połowie listopada pokażę efekty pracy nad drugą częścią koreańskiego binga.  

Trzymajcie się, M

sobota, 26 października 2019

Koniec szaleństwa - Mo Dao Zu Shi / Founder of Diabolism: The Reborn

Hello!
Biorąc pod uwagę moje początkowe zaangażowanie w pisanie o Mo Dao Zu Shi, wpis o drugim sezonie donghuy (nie wiem dlaczego, ale nie mogę zmienić koloru tego wyrazu na czarny) pojawia się z dość dużym opóźnieniem. Ale to oczywiście nie, bo przestało mi się podobać. Wspominałam o tym na Facebooku - ostatnio trochę kombinowałam z dniami i rodzajami publikowanych wpisów, dlatego pojawiły się jakieś przesunięcia, a dwa - wbicie się w rytm życia akademickiego wymaga nieco wysiłku.
Przy okazji zapowiem, że od 4 do 8 listopada na blogu będą się pojawiały wpisy z serii Daily Blog.

Wei Wuxian, Lan Zhan

A teraz tylko tytułem uzupełnienia wpisy, z którymi warto się zapoznać przed przeczytaniem dzisiejszego:
Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane - The Untamed (Notabene: w niektórych częściach świata od wczoraj dramę można oglądać na Netflixie) 

Drugi sezon ma osiem odcinków, a podtytuł dotyczy czasu, gdy nasz główny bohater już się odrodził. Słowa openingu odpowiednio się zmieniają, melodia jest dokładnie ta sama podobnie jak ogólny koncept tej sekwencji otwierającej. Chociaż jest mniej dynamiczna niż ta z pierwszej części. 

Wi Wuxian, Wei Ying, Lan Zhan, Lan Wangji

W końcu sam Wei Wuxian zrozumiał, że czasami nie ma innej reakcji niż tylko facepalm.


Oczywiście w tej części także dostajemy retrospekcje, bo są one niesamowicie ważne w budowaniu tej historii. Przyznaję, że wolę to jak zostały pokazane w dramie - to znaczy: była to jedna długa retrospekcja, a po odrodzeniu Wei Wuxiana już nie wracano do tego tematu. W animacji mamy układ chronologiczny jak w książce - co oznacza, że podtytuł Reborn tak naprawdę tylko średnio jest akuratny, bo dopiero w tej części dowiadujemy się, co się stało, że nasz główny bohater musiał się odradzać. Nie żeby była to wielka zagadka, bo od początku wiadomo, że musiał zginąć gdzieś po drodze i mniej więcej widzimy to w 22 odcinku. Mniej więcej, bo w ostatnim odcinku Wei Wuxian nie chce się przyznać jak umarł.

Lan Sizhui

Muszę napisać, że ta animacja jest niezwykle emocjonalna. I dla swoich bohaterów, i dla widzów. Doskonale wiedziałam co musi się wydarzyć, a i tak to, co widziałam na ekranie uderzało mnie prosto w serce i przeżywałam to po raz kolejny wraz z bohaterami. Trzeba też zaznaczyć, że w anime postać Wei Wuxiana jest nieco inaczej poprowadzona niż w książce czy dramie. W Founder of Diabolism najbardziej podkreślono momenty jego zatracenia i szaleństwa. Do tego stopnia, że momentami jest najbardziej antypatyczny ze wszystkich Wei Wuxianów, a to odrobinę zaskakujące. 

Mo Dao Zu Shi / Founder of Diabolism: The Reborn

Poza tym, jeśli chodzi o znajomość intrygi, to  wbrew pozorom wiedza o wszystkich podstępach i o tym, kto za czym stoi jest całkiem satysfakcjonująca - wiadomo kogo obserwować i na co zwrócić uwagę. Aczkolwiek animacja dużo słabiej ukrywa pewne podpowiedzi, więc i bez wcześniejszej wiedzy można domyślić, się kto jest podejrzany.

Jiang Cheng

Nie było jeszcze okazji o tym wspomnieć - uwielbiam jego fryzurę.


W tej części skupiamy się na poszukiwaniu pozostałych części ciała do tajemniczego ramienia, które pojawiło się już w pierwszych odcinkach. Bohaterowie podróżują i odkrywają nawarstwiające się podejrzane sprawy otaczające to ramię. A wszystko okraszone jest zabawnymi scenami, gdy Wei Wuxian boi się psów oraz mniej zabawnymi scenami, gdy wiecznie wkurzony (ale mający ku temu naprawdę niezłe podstawy) Jiang Cheng próbuje dopaść naszego głównego bohatera. A jedno z drugim ma zaskakująco wiele wspólnego.

Lan Zhan, Lan Wangji

Fani oszaleli - motyw z dzwoneczkiem został dodany i pomysł jego wykorzystania bardzo spodobał się fanom.


W przeciwieństwie do openingu, ending jest zupełnie inny niż w pierwszej części serii. To znaczy dalej nie jest to animacja (chociaż w pierwszej sekwencji nawet coś tam się momentami rusza) tylko obrazy, pokazane jeszcze bardziej statycznie niż w pierwszym endingu, ale są zdecydowanie bardziej artystyczne - to prawdziwe obrazy, a nie kadry z animacji. Plus są to rysunki, które uzupełniają historię opowiadaną w anime. Na przykład scena, gdy Yanli pokazuje Wei Wuxianowi swój ślubny strój albo bardziej przypadkowe scenki prezentujące bohaterów. Największą różnicą jest jednak to, że pierwszy ending śpiewa dziewczyna (lub dziewczyny), a drugi jest śpiewany przez chłopaków. Ale jak zawsze i jak wszystkie utwory do tego anime słowa endingu idealnie pasują do Mo Dao Zu Shi. 

Founder of Diabolism: The Reborn kończy się, gdy Lan Zhan i Wei Wuxian docierają do Yi City oraz informacją, że trzeci sezon na pewno będzie. I będzie w nim więcej retrospekcji i będzie bardzo, bardzo smutny. Ale i tak czekam. 
LOVE, M


środa, 23 października 2019

Wierzę w to, co widzę - Angel's Last Mission Love

Hello!
Gdy zobaczyłam pierwsze zapowiedzi dramy, w której bohaterem jest anioł z misją, wiedziałam, że będę śledziła ją bardzo uważnie i oglądała odcinek za odcinkiem. Anioły w popkulturowym wydaniu to jeden z moich ulubionych motywów, a niestety nie ma ich zbyt wiele.

Angel's Last Mission: Love

 Dan (Kim Myung-soo, Infinite L) jest optymistycznym aniołem lekkoduchem, który zawsze pakuje się w kłopoty. Aby móc powrócić do nieba musi wykonać zadanie - znaleźć prawdziwą miłość dla (stereotypowej) utalentowanej, ale oziębłej baletnicy Lee Yeon-seo (Shin Hye-sun), ale sam się w niej zakochuje. 


(opis dramy z Wikipedii, nieudolne tłumaczenie - moje)

Nasz główna bohaterka jest wręcz stworzona po to, aby jej nie lubić. Nie ma w sobie nic, co sprawiałoby, że zaskarbi sobie sympatię widzów. A ja polubiłam ją od razu. Bo pokazuje, że w prawdziwym życiu dużo częściej cierpienie jednak nie uszlachetnia, a ne można odebrać jej tego, że nie miała łatwego życia jeszcze zanim czas dramy się rozpoczyna, a i początek serialu nie jest dla niej łatwy. Myślę, że pomimo jej początkowej arogancji, negatywnego podejścia do życia i ludzi można dość łatwo zrozumieć skąd wynika jej zachowanie i nawet nie tyle je uzasadnić (bo to mimo wszystko mogłoby być dla wielu widzów trudne), co uznać za w pewnym stopniu naturalne dla osoby z takim charakterem i doświadczeniem życiowym, jakie miała nasza bohaterka.

Lee Yeon-seo, Shin Hye-sun

Co ciekawe seria czasami zwodzi widzów na manowce. Wydaje nam się, że bohaterka mimo wszystko nie powinna zachować się tak źle, jak się zachowuje, nawet niektóre postaci zwracają jej na to uwagę, a później okazuje się, że to jednak ona miała rację i nie powinno się na nią "naskakiwać" za złe zachowania bez poznania szerszego kontekstu.

Kim Dan, Kim Myung-soo, Infinite L

Czasami ta drama jest bardzo mało subtelna - gdy Dan chce zrobić coś złego - ubierają go na czarno, gdy wspominali o miłości - w następnej scenie bohaterka ma czerwoną sukienkę. I chociaż próbowano dotykać tematów dobra i zła (co ogólnie było ciekawe), zło wyszło odrobinę zbyt karykaturalnie.


Druga sprawa zwykle, gdy bohaterowie w romantycznych ramach nie mogą się zejść i ze sobą być wynika to z braku komunikacji, dziwnych podchodów, udawania, że się do siebie nic nie czuje i innych podobnych klisz. To wszystko występuje także w Angel's Last Mission Love tylko, że w tej dramie jest to wyjątkowo dobrze uzasadnione. Główny bohater jest aniołem i jest to, co prawda oczywiste, że będą z tego wynikały problemy, ale jednocześnie dzięki temu można dramie wiele wybaczyć.

Kim Dan, Lee Yeon-seo

[akapit spoilerowy]
Nie za bardzo lubię, gdy okazuje się, że w dramie bohaterowie znali się, ale o sobie zapomnieli. Jest to prawie zawsze leniwe, generyczne i nieciekawe - było już w tylu dramach, że są powody, aby mieć tego dość. Ale znów w Angel's Last Mission okazuje się to uzasadnione, wyjaśnione, istotne dla fabuły pod więcej niż jednym względem, motywujące dla działań i sposoby rozumienia pewnych wydarzeń przez bohaterów. Oraz przez widzów, którzy dzięki temu dostają nadzieję, że być może nasi bohaterowie dostaną dobre zakończenie raczej wcześniej niż później.
[koniec]

Kim Myung-soo, Infinite L

Wiem, że wielu osobom możne nie spodobać się takie "bujanie" jakie zaprezentowane jest w dramie: a tu by chcieli ze sobą być, a tu nie mogą, a tu jedno się poświęci, a to drugie zrezygnuje ze swojego szczęścia i ogólne, a chcieli by, a boją się, ale jak już napisałam wyżej w moim odczuciu, w porównaniu z wieloma innymi dramami, w tej rozwój relacji pomiędzy bohaterami i sama fabuła jest wyjątkowo dobrze osadzona w realiach w jakich się oni znajdują. Danowi i Yeon-seo trochę z założenia ma być trudno i wszyscy mają im rzucać kłody pod nogi, więc nie można się czepiać, że tak jest. Drama oczywiście ma swoje słabsze strony, ale jednocześnie jest bardzo wciągająca - chce się wiedzieć czy bohaterom uda się być razem. A nie jest to takie oczywiste, gdy dokładnie wczyta się w opis dramy, chociaż sugeruje on proste rozwiązanie. 

Angel's Last Mission Love to nie jest najlepsza drama jaką oglądałam, ale wyróżnia się na tle wielu powtarzających się romantycznych serii nieco innym ograniem pewnych wątków oraz samymi aktorami - im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej widzę, że (szczególnie drugoplanowa) obsada aktorska zrobiła w tej dramie kawał dobrej roboty. 

LOVE, M