środa, 24 listopada 2021

Sezon jesienny 2021 - pierwsze wrażenia

Hello!

Pomijając zbędne wstępy - oto kilka anime, na które postanowiłam zerknąć, aby zorientować się, jakie tytułu do zaproponowania mają studia jesieni.

Takt Op. Destiny

Takt Op. Destiny

To anime od razu zwróciło moją uwagę, bo zapowiedzi wyglądały, jak moje ulubione animacje, które oglądałam w okolicach roku 2015. Mamy potwory, z którymi walczy zespół chłopak + dziewczyna i robią to w jakiś nietypowy sposób. Tutaj - ważna jest muzyka, a chłopak traci rękę, aby dziewczyna mogła dokonać transformacji. 

Zasadnicza różnica pomiędzy tamtymi anime a tym jest taka, że Takt Op. Destiny jest prześliczne. I o wiele, wiele, wiele lepiej zanimowane. Z technicznych informacji - pierwszy odcinek zaburza trochę chronologię, jest wyciągnięty z drogi naszych bohaterów, którzy jadą do Nowego Jorku. A dlaczego, po co i jak to się stało, że są tym, kim są i dlaczego są specjalni - dowiadujemy się od drugiego odcinka. 

Po tych kilku odcinkach zapowiada się - dla mnie znakomicie - ale poza względami wizualnymi, to jednak nieszczególne anime. Obawiam się też, że może być rozciągnięte na dwa sezony albo 24 odcinki. 

Komi Can't Communicate

Nie wiem, czy to anime takie jest, czy gdy je oglądałam, coś działo się z internetem, bo wyglądało na takie... nieostre. Ogromnie mnie to rozpraszało w trakcie seansu. Nie odpowiada mi to anime wizualnie i nie mogłam się skupić na bohaterach i ich rozterkach. Animacja ani humor Komi też nie są dla mnie.

Komi Can't Communicate

Platinum End

Dość łatwo przekonać mnie opisem, który zawiera słowo "anioł" do obejrzenia lub przeczytania właściwie wszystkiego. Na pewno bardziej niż hasłem "było 13 kandydatów, ale zwycięzca może być tylko jeden". Problem z Platinum End jest taki, że projekt głównego bohatera jest nijaki i brzydki, cały budżet przeznaczony został na animację anioła. Aniołów. W sumie to chyba takie założenie - nasz główny bohater jest przeciętny do kwadratu. I z lekka durny. Ale to anime jest w sumie bardziej o aniołach i tym, co one kombinują. 

Platinum End

Nudnawe to Platinum End, a gdy kolejni kandydaci zaczęli pojawiać się w zbrojach, to pomyślałam, że brakuje już tylko wielkich mechów z prawdziwego zdarzenia. Power Rangers się z tego zrobiło. 

Tesla Note

Nie da się tego oglądać, gdyż jest to paskudna animacja 3D. 

Ousama Ranking

Przeurocze i wygląda jak dobranocka! Cudna bajka, ale smutna. Idźcie ją oglądać, bo jest niesamowita. 

Blue Period 

Coś dziwnego było w pierwszym odcinku tego anime, był za szybki. Za mało się w nim wydarzyło, aby widz mógł uwierzyć w nagłe przebudzenie głównego bohatera. Takie to grubymi nićmi szyte. 

Blue Period

Kolejna rzecz - jak na anime tak blisko związane ze sztuką jest wizualnie zupełnie nijakie. 

Obejrzałam cztery odcinki i rozumiem, czemu to anime może się podobać, ale nie jest szczególnie wciągające ani ogólnie szczególe. Ot, kolejny tytuł o odkrywaniu swoich możliwości. 

Tsuki to Laika to Nosferatu

Zimnowojenny wyścig kosmiczny, tyle że państwa nazywają się zupełnie inaczej niż w rzeczywistości i na Ziemi są wampiry! Ponieważ loty w kosmos dla ludzi mogą być niebezpieczne - wyślijmy wampira, przecież to nie człowiek. 

Niespodziewanie wyszła mi ładna klamra, gdyż głównemu bohaterowi Tsuki to Laika to Nosferatu i głównemu bohaterowi Takt op. Destiny głos podkłada ten sam aktor - Kouki Uchiyama (Benedict z Violet Evergarden, główny bohater Devilmana, Yuri Plisetsky z Yuri on Ice czy Yuu z Charlotte). Ponadto ma ciekawy opening - piosenkę większą niż życie, podobną może do openingu Sailor Moon i pierwszego endingu Code Geass

Mam wrażenie, że to jest takie typowe anime, zbierające wszelkie tropy, sposoby pokazywania i budowania relacji oraz typy bohaterów. Wizualnie też jest typowym anime. Jeśli jednak miałabym tak dalej wymieniać, to jest mniej zabawne niż typowe anime. Ponadto odcinki są podzielone na mniejsze, opisane segmenty. Podsumowując, jest odrobinę przeciętne, ale przynajmniej nie udaje, że ma być inne. Jeśli ktoś lubi takie casualowe seanse, to Nosferatu powinno mu się spodobać! 

I to chyba tyle! Nie udało mi się w tym roku obejrzeć ani jednego anime w całości (Vanitas jest blisko, widziałam osiem odcinków i zapomniałam oglądać dalej). Może Takt op. Destiny dostąpi tego zaszczytu? 

Pozdrawiam, M

sobota, 20 listopada 2021

Jak to jest mieć 158 centymetrów wzrostu?

 Hello!

Jakiś czas temu Karolina Bednarz na swoim story pisała o tym, że k-dramy promują ogromne różnice wzrostu pomiędzy bohaterkami a bohaterami, jako coś pożądanego i uroczego, komentując TEN post The Swoon. Weronika Truszczyńska podała to dalej i nawet pytała, jak niskie dziewczyny podchodzą do traktowania je jak "laleczki". Prawdę powiedziawszy, chciałam o moim wzroście i jego postrzeganiu oraz kłopotach praktycznych napisać od bardzo dawna, a stories dziewczyn bardzo mnie do tego zmotywowały. 

wkurzony niski człowiek mem

Zacznę od tego, że nie wiem, czy k-dramy naprawdę promują te ogromne różnice wzrostu, gdyż odkąd pamiętam słyszałam o tym, że chłopak musi być wyższy i starszy. Ewentualnie w twoim wieku. Nigdy młodszy! Być może jest to bardziej widoczne w dramach, ale to nie tak, że się z nich wzięło czy coś. 

Inną rzeczą jest to, że od niskich dziewczyn zdecydowana większość osób jest wyższa tak po prostu. Moje rodzeństwo cioteczne (a jest go sporo), jeśli ma więcej niż 12 lat, jest ode mnie wyższe. Mój najmłodszy brat jest  w tym momencie mojego wzrostu, a w ciągu dwóch miesięcy będzie wyższy. Gdy ja miałam 17 lat, a pierwszy brat 15 - był trochę ode mnie wyższy i ludzie myśleli, że jest starszy. Ludzie zwykle myślą, że jest straszy - nie ma nic zabawniejszego niż ich twarze, gdy dowiadują się, że to nieprawda. Tu dołącza jeszcze jedna rzecz - nie wyglądam na swój wiek. Ludzie regularnie dają mi 13/15 lat. Na pewno nikt nie wierzy, że mam więcej niż 18. I choć czasami wydaje mi się, że przesadzam - zawsze przychodzi moment, gdy ktoś się się pyta, czy jest w domu ktoś dorosły. Lub inna podobna sytuacja, która mi o tym przypomina. Kiedyś, gdy szłam z naprawdę bardzo wysokim kolegą i jednym z moich młodszych braci, starsza pani zapytała, czy jesteśmy jego dziećmi... Byłam brana za młodszą siostrę moich koleżanek.

Co z tego wynika - zdarza się, że ludzie nie traktują mnie poważnie, gdy próbuję coś załatwić. Albo wręcz nie wierzą, że ja to ja.

Znam dosłownie jedną osobę dokładnie mojego wzrostu i dokładnie jedną w moim wieku, która jest ode mnie niższa. Chodzi mi o to, że dla mnie k-dramy z niskimi bohaterkami są takie realistyczne. Relatable. Łatwo mogę się do tego odnieść. Ogólnie fakt, że koreańskie celebrytki są niskie, jest w pewien sposób pocieszający. I co ważniejsze - mam wrażenie, że nie ma na nie takiej presji, aby być wysokimi. Tak, kariera aktorska Park Bo-young bardzo mnie interesuje, bo ma ona 158 centymetrów wzrostu. Wzrosty idolek bywają różnie podawane, ale TU i TU są jakieś listy, jeśli jesteście ciekawi. Mi podoba się wizja, że Irene z Red Velvet ma tyle wzrostu, co ja.

Ja czasami taką presję, aby koniecznie wyglądać na wyższą, niż jestem, odczuwam. Gdy kupuję płaszcz i słyszę, że powinnam chodzić na obcasach, gdy kupuję sukienkę i słyszę, że z obcasami będzie wyglądała lepiej, gdy spodnie i rękawy ubrań są za długie. Inna sprawa - niektóre fasony butów nie są produkowane w rozmiarze 36, niektóre sklepy nie przywożą butów w rozmiarze mniejszym niż 37. Jeśli ktoś nosi rozmiar 35 to w ogóle nie zazdroszczę. Wydaje mi się też, że taką presję odczuwają celebrytki - sprawdzałam wzrosty niektórych i byłam bardzo zaskoczona, kto ma 155 czy 157 centymetrów wzrostu. Może poza Arianą Grandę. Która może i mogłaby być dla mnie relatable, gdy nie to, że chodzi w tych niesamowicie wysokich szpilkach i promuje problemy z kręgosłupem. (TU jest jakieś zestawienie wzrostów gwiazd). Inny superbłyskotliwy komentarz: zetnij włosy, będziesz wyglądała na wyższą! I starszą! Nie pomaga. Ani ścięcie, ani pomalowanie (bez różnicy czy na czarno, czy blond). Ani okulary. Pomaga spięcie włosów na czubku głowy. 

wkurzona niska dziewczyna

Co do malowania - jako genialnej rady. Osoba, która takową daje, nigdy nie słyszała, że wygląda, jakby ukradła mamie kosmetyczkę. Albo lepiej - że wygląda jak stara malutka. W wieku 23 lat. Pomalowanie się nie pomaga w wyglądaniu na starszą, niż się jest, szczególnie, jeśli wygląda się jak dziecko. I naprawdę nie mówcie nikomu, najlepiej nigdy, ale jeśli nie możecie się powstrzymać, to przynajmniej nie mówcie tego osobom po liceum - że wyglądają jak stara malutka.

"Najzabawniejsze" sytuacje przytrafiają mi się, gdy próbuję kupić eleganckie sukienki. Jestem nauczona doświadczeniem, ale czasami panie w sklepach są nader pomocne i trudno od nich uciec. Sytuacja wygląda mniej więcej tak: wchodzę do sklepu, rozglądam się, pani pyta, czego szukam, mówię, ona się patrzy, ocenia, co by mi pasowało i w jakim rozmiarze. Po czym podaje mi sukienkę w rozmiarze 36. A ja już wiem, że będę się śmiała (przez łzy), a pani sprzedawczyni będzie skonfundowana. Otóż nie ma opcji, abym zmieściła się w elegancką sukienkę w rozmiarze 36, gdyż nie zapnę jej na biuście. Po prostu. Druga konfundująca sytuacja: gdy wchodzę do sklepu i od razu się pytam, które sukienki są w rozmiarze 40 (tak), a pani sprzedająca się pyta, czy to na pewno dla mnie. Nie powiedziałabym, aby numer na ubraniu miał dla mnie duże znaczenie, ale miło by było, gdyby producenci ubrań wzięli pod uwagę różnorodność sylwetek. Inną rzeczą jest też to, że wiele sukienek - tu już różnych - jest dla mnie za długa  ramionach, odstaje tak, że mogłabym tam włożyć poduszki. A nie wszystko da się poprawić u krawcowej. 

Wracając do początku. Czy bycie niską jest urocze? Czy ludzie traktują lub traktowali mnie jak laleczkę lub maskotkę, czy zdarzało się, że byłam podnoszona z zaskoczenia? Czy jest urocze - nie wiem, nie mnie to oceniać, może akurat ja urocza nie jestem. Co do traktowania - nigdy wbrew mojej woli. Byłam podnoszona, przenoszona, noszona, bywałam nieco maskotką wśród znajomych, ale nie pamiętam, abym ktoś mnie o to nie zapytał albo nie wynikało to z jakieś przyjętej konwencji. Tu także ważna może być kwestia, tego czy się boję - w założeniu wysokich ludzi, szczególnie dużo wyższych ode mnie. Prosta odpowiedź brzmi nie. Bo musiałabym się  bać tak 95% osób, które mijam, gdy wychodzę na spacer. Ale nie powiedziałabym, że standardowo boję się bardziej, niż dziewczyna, która ma 164 centymetry wzrostu czy 168, 172... Wiele dziewczyn bez względu na to, ile mają wzrostu, boi się po prostu z powodu tego, że są dziewczynami. 

Ponadto to miłe, że niski wzrost może być postrzegany jako uroczy, a nie jako powód i idealny pretekst do żartów. To takie zabawne, jak niska dziewczyna się zdenerwuje. No niesamowicie. To znaczy poniższy mem mnie bawi (pozostałe zobaczyłam dziś po raz pierwszy), ale gdybyśmy znali się dwie godziny i ktoś postanowiłby go pokazać i zabawić towarzystwo, to zwyczajnie nie byłoby miłe. I gdybym zwróciła na to uwagę, to 1. usłyszałabym, że nie mam do siebie dystansu, 2. byłoby to jeszcze zabawniejsze, bo mem okazałby się prawdziwy... To tak jeszcze w temacie bycia traktowanym poważnie. Bo to też ogólnie jest moje doświadczenie, że czasami, gdy ja na coś się denerwowałam, było to lekceważone albo umniejszane. Gdy następnego dnia czy przy innej okazji, ktoś inny (wyższy, wyglądający poważniej) wyrażał podobne opinie i coś go wkurzało - był traktowany poważnie, a jego obawy dyskutowano i tak dalej. 

zła niska dziewczyna

Wracając to tego, że niskie osoby bywają nietraktowane poważnie. Stolarz, gdyby mógł, to na złość mojej mamie założyłby szafki w kuchni wyżej. Na szczęście nie za bardzo mógł, ale jęczał, że brzydko i jak tak można.  

Wspominałam, że kompetencje niskich osób bywają podważane? Ja nie miałam takich sytuacji - a przynajmniej tego nie wiem. Natomiast usłyszałam na przykład, że wyglądam jakbym skończyła przedszkole a nie studia licencjackie. I być może osoba, która to powiedziała nie miała nic złego na myśli, ba, może myślała, że to komplement (nie). Nawet nie byłam zła. Zirytowana, ale w sumie przyzwyczajona do podobnych sytuacji. Dopóki kolejna osoba nie pomyślała, że odwołanie do przedszkola, to coś niezwykle błyskotliwego. Nie obrażę się oczywiście, jeśli nowo poznana osoba powie mi, że nie wyglądam na swój wiek, ale komentarze o przedszkolu sugerowałabym sobie darować. 


środa, 17 listopada 2021

8 historyjek powiązanych z książką Atom dla klimatu

 Hello!

Trudno recenzować książkę, którą się redagowało, ale zawsze mogę opowiedzieć anegdoty z tego procesu! 

Atom dla klimatu

Kilka informacji o książce Atom dla klimatu, która miała premierę 15 listopada, ze strony wydawnictwa Słowa na Wybiegu
Jeśli nie wiesz o energii atomowej zbyt wiele – ta książka jest dla Ciebie. Jeśli wiesz całkiem sporo – też po nią sięgnij, naprawdę warto. Jeśli atom Cię przeraża – przeczytaj ją, bo ona oswoi te lęki. Jeśli sprzeciwiasz się rozwojowi energetyki jądrowej – przeczytaj ją koniecznie, bo poznasz argumenty tych, według których technologia ta niesie nadzieję na zahamowanie zmian klimatycznych bez pogłębiania ubóstwa energetycznego całych społeczeństw. Jeśli jesteś zwolennikiem atomu – przeczytaj ją tym bardziej, bo to arcyciekawy wzór, jak dyskutować bez zacietrzewienia, odwołując się do rzeczowych argumentów i z szacunkiem dla myślących inaczej.

Dla kontekstu - początkowo dostałam każdy rozdział oddzielnie, co oznacza, że były ułożone alfabetycznie tytułami. 

1. Do ostatniego tekstu nie wiedziałam, kto jest autorką lub autorem książki. (Domyślałam się, że raczej autorką). W ostatnim rozdziale, który czytałam, była anegdota z życia autorki i tak dowiedziałam się, czyje są to teksty. 

2. Pomysł na kolejność rozdziałów w książce jest mój!

Jest ich szesnaście (jeśli dobrze policzyłam). Plus wstęp i zakończenie. 

3. Niechcący zmieniłam tytuł jednego z rozdziałów - i okazało się, że zaskakująco dobrze pasuje i do rozdziału, i do całości książki i... został. I jest to pierwszy rozdział.

4. Muszę się przyznać, że początkowo obawiałam się tonu tekstów i jednoznacznej linii programowej - w skrócie, że energia atomowa jest super. Ale znów - był to efekt alfabetycznego ułożenia tekstów, bo kolejne okazały się one dużo bardziej różnorodne i pokazujące sprawy z kilku perspektywy. Aczkolwiek projądrowych perspektywy. Rozpiętość tematów jest jednak dość szeroka: i o działaniach Greenpeace, i o polskiej elektrowni, co nie powstała, i o naukowczyni z reaktora "Maria", i o Chinach, i o Ukrainie - sporo tego.

5. To też ciekawe, że książka wpisała się zaskakująco w moje zainteresowania. Bo energia atomowa i ogólnie sprawy powiązane całkiem mnie fascynują. W tym roku czytałam wcześniej Plutopię, widziałam Pandorę i redakcja tej książki wpisała się w taką linię programową moich zainteresowań. Teraz czekam na coś o Korei, bo jeśli miałabym mieć jakieś marzenie (a nie przepadam za tą kategorią) to chciałabym redagować książki o Korei.

6. Biorąc pod uwagę, jak blisko jest od mojego miasta do Różana, bardzo późno dowiedziałam się, że jest tam  Krajowe Składowisko Odpadów Promieniotwórczych. Co prawda nie z tej książki, ale Atom dla klimatu sprawił, że bardzo chciałabym zobaczyć, jak to miejsce wygląda. Ot tak, ze zwykłej ciekawości. 

7. Jeszcze w kontekście mojego miasta i tego w jakich okolicznościach pojawia się w mediach. Byłam niemal rozczarowana, że fakt, iż w Ostrołęce powstaje elektrownia gazowa (a to niedobrze i o tym, że gaz to nie jest dobre rozwiązanie i dlaczego jest sporo w książce) nie został w Atomie odnotowany. Ale to bardzo moje osobiste odczucie. 

8. Książka ma także dość ciekawy indeks nazw geograficznych - z podziałem na kraje, później miasta (lub morza, rzeki, regiony) oraz nazwy elektrowni jądrowych i innych. Zwykle wszytko jest razem i ułożone alfabetycznie. Przy tej książce wydzielenie krajów i podkreślenie nazw elektrowni było ważne. Dzięki temu jest ładnie i czytelnie. (Mam nadzieję, bo nie widziałam jeszcze wydrukowanej książki, ale mam nadzieję, że już niedługo).

Pozdrawiam i polecam, M

sobota, 13 listopada 2021

Wszystko, o co chciałam zapytać składacza [wywiad z Natalią Patorską]

 Hello!

Dziś na blogu coś, czego jeszcze nie było! Coś niesamowitego i z powodu czego jestem bardzo podekscytowana. Oto wywiad z Natalią Patorską! Teraz kilka słów wprowadzenia: na Natalię wpadłam na Instagramie, szukając inspiracji do prowadzenia bullet journala na początku tego roku. I zostałam, bo okazało się, że Natalia studiowała ten sam kierunek, na tym samym roku i... składała książki. Możecie nawet zobaczyć jej portfolio! To chyba dobra okazja, aby napisać, że od pewnego czasu możecie zobaczyć także moje - o tu! Z tą różnicą, że Natalia zajmuje się składem książek oraz wprowadzaniem poprawek korektora (czyli powiedzmy moich), a ja - no właśnie - zajmuję redagowaniem tekstów i korektą. I zawsze, gdy zostawiałam komentarze do osoby składającej, zaznaczałam usterki w pliku pdf, nawet częściej, gdy czytałam książki, w których usterki zostawały, chciałam zadać kilka pytań składaczowi. Więc zadałam je Natalii!

Wszystko, o co chciałam zapytać składacza

M: Jesteś składaczką, graficzką? Może jeszcze inaczej określasz to, czym się zajmujesz? A może pod tymi hasłami kryje się więcej zajęć niż można przypuszczać? 

Natalia: Tu, gdzie obecnie pracuję, moje stanowisko to młodsza specjalistka ds. wydawniczych i produkcji, czyli zajmuję się nie tylko składem, ale i wieloma innymi rzeczami, od szukania praw do książek, które fajnie byłoby wydać, po uzupełnianie setek komórek w Excelu związanych z ich drukiem.

Kiedy tłumaczę komuś, na czym polega skład i łamanie i jaki był mój wkład w powstanie danej książki, najczęściej mówię „robię tak, żeby z dokumentu Worda powstało coś, co czyta się lepiej niż dokument Worda”. :) Myślę, że to, co robię w zakresie składu najlepiej określa pojęcie „składaczka”, ale przyznam, że na przestrzeni lat nie raz i nie dwa przydawała mi się wiedza z zakresu grafiki, jak chociażby przy tworzeniu ozdobnych małych obrazków/wektorów rozpoczynających kolejne rozdziały czy np. podkręcaniu jakości skanów.

Ostatnio zauważyłam ogromną liczbę przeniesień typu “li”, “fi” w książkach. Korektorów uczy się, aby takich przeniesień nie zostawiać, ale czasami widać, że nie za wiele da się zrobić, bo końcówka wiersza wygląda “i li-” a “i” na końcu też zostać nie może. Mam dwa pytania: czy składacze zwracają uwagę na przeniesienia i jakie mają możliwości, aby takie przeniesienia się nie pojawiały? 

Będę mówić o specyfice przeniesień w Adobe Indesign, bo na nim pracuję, a zapewne inne oprogramowania mają inne algorytmy. Jak ja to lubię mówić: „można czarować” w przypadku tego typu przeniesień i tak manipulować światłem, by te wyrazy były inaczej przenoszone. Przy krótkich tekstach – kilka, maks kilkanaście stron – można przelecieć wzrokiem, jak układa się tekst i jak wspomniałam, manipulować światłem, tu zwęzić, tu je poszerzyć, by przeniesienia (które pierwotnie są generowane przez algorytm programu) ułożyły się inaczej. Przy dłuższych rozwiązaniem jest użycie GREPów, czyli, uproszczając, bardzo zaawansowanej wyszukiwarki, która znajdzie wyrazy z li- i fi- i nada im właściwość „bez dzielenia”. To może powodować dziury w tekście, więc nadal trzeba przejrzeć tekst pod kątem jego wyglądu, ale łatwiej znaleźć taką dziurę niż wyraz.

Jako że przenoszeniem wyrazów zajmuje się algorytm, jedynym wyjściem jest nieustanne go ulepszanie – ja za każdym razem, gdy korektor zwróci mi uwagę na to, że Id nieprawidłowo coś przeniósł, poprawiam przeniesienie (wstawieniem tzw. „miękkiego dywizu”, który wymusza dzielenie wyrazu tam, gdzie jest wstawiony, a nie w żadnym innym miejscu), a przy kolejnym składzie mam takie przeniesienie dodane do słownika w programie, więc pozostaje mieć nadzieję, że program bierze to pod uwagę i już takich zbitek głosek dzielić nie będzie. :) Niestety nie działa to w przypadku nazw własnych pochodzących z języków innych niż polski – tu już trzeba liczyć na korektora, bo choć można zablokować dzielenie wyrazów rozpoczynających się wielką literą (typu nazwiska), to czasem zapożyczenia z angielskiego są dzielone w cały świat i trudno to wyłapać.

No właśnie czasami, gdy sama zostawiam komentarz do składacza, widzę, że może być kłopot, aby dany problem poprawić. Z Twojego doświadczenia - jakie są kłopoty z ułożeniem tekstu, które naprawdę trudno przeskoczyć?  

Wszystko da się poprawić, ale ręcznie – dla mnie problem jest zawsze z wyłapaniem tych błędów. Dlatego bardzo doceniam pracę korektorów i redaktorów, którzy zauważają takie drobiazgi. Największe problemy zawsze sprawiają mi dwie rzeczy.

Pierwsza – kiedy mam jedno zdanie na dwa wersy, ale jest za dużo światła między wyrazami, zdanie jest za bardzo rozciągnięte, nijak nie da się podzielić w nim wyrazów, by te przestrzenie zmniejszyć (i nie mieć zdania w jednym wersie + trzech liter w drugim, co wytknąć może korektor), a jednocześnie ściśnięcie go do jednego wersu zaburza jego czytelność. Zdarzyło mi się tak kilka razy i za każdym razem trzeba było wybierać między mniejszym złem.

Druga – kiedy mam wszystko ułożone, ale wpada dodatkowy akapit albo wypada kilka akapitów. Generalnie zmiany w tekście, które zmieniają jego objętość, już na końcowym etapie składu. W przypadku składu e-booków dla klientów, gdzie liczba stron nie robi różnicy, to jest nic, kolejna poprawka, ale w przypadku książek drukowanych w dużym nakładzie, które muszą mieć konkretną liczbę stron (podzielną przez 16), to dodatkowa praca, aby tak manipulować światłem, by te dziury zapchać i liczba stron się nie zmieniła, lub odwrotnie, tak ścisnąć tekst, by wszystko się zmieściło.

Co jest w takim razie najtrudniejsze w Twojej pracy? 

Dla mnie to strach, że nie zauważyłam jakiegoś błędu i z takim błędem tekst poszedł do druku, na szczęście jednak zazwyczaj nad plikiem czuwa przynajmniej jedna osoba poza mną i sprawdza, czy wszystko gra. I szukanie złotego środka między moją wizją jakiejś książki, a wizją autora. To wymaga dużo cierpliwości, researchu, maili i dziesiątek projektów. :)

A co być może najbardziej upierdliwe albo zasadniczo proste, ale nieproporcjonalnie czasochłonne? 

Nie obraź się, że właśnie to wymienię, ale… wprowadzanie poprawek korektora. Najnowsze aktualizacje (chyba od 2018 roku? W każdym razie ja wtedy tę opcję poznałam) Adobe Indesign mają taką fantastyczną opcję automatycznego wprowadzania komentarzy z korekty robionej na .pdf – dla mnie to genialny wynalazek i oszczędność czasu, bo kiedyś korektę taką wprowadzałam ręcznie, komentarz po komentarzu, kopiuj-wklej w nieskończoność. Ale to program jak program, nie każdy komentarz załapie, więc i tak pozostaje mi zawsze kilkanaście do kilkudziesięciu zmian do ręcznego wprowadzenia.

Jest pewna rzecz, która bardzo mnie zastanawia. Czasami, bardzo rzadko, widzi się w książce, w środku tekstu, wyrazy, które nie powinny mieć łącznika, ale go mają. Wygląda to jakby dany wyraz miał być przeniesiony, ale ostatecznie tekst ułożył się inaczej i wyraz został z łącznikiem. Czy przesunięcia tekstu mogą być tak duże i czy wiesz, dlaczego te łączniki zostają? Pomijając to, że tekstowi przydałaby się w takim przypadku kolejna korekta... 

Do niedawna nie wiedziałam, bo w takich przypadkach używałam zawsze miękkiego dywizu, którego nie widać w druku, jeżeli wyraz nie jest przeniesiony do drugiego wersu, więc nie ma ryzyka, że się zagubi w środku tekstu, ale ostatnio parę razy spotkałam się z ręcznym dzieleniem wyrazów (które algorytm Indesigna nie dzieli tak, jak należy, miękki dywiz też nie zawsze pomaga), gdzie właśnie ten łącznik jest po prostu wstawiony „z palca” razem z wymuszonym łamaniem wiersza. Potem niestety się zdarza, że np. w reszcie tekstu jest mnóstwo wymuszonego łamania wiersza, bo jest źle zredagowany, więc chce się to usunąć hurtem, a jak się usuwa hurtem, to to łamanie przy dywizie też znika. To zwykły błąd i przeoczenie, dlatego właściwie w ogóle tego nie robię, wolę pomajstrować przy świetle.

Mówi się, że dobry skład trudno docenić, natomiast zły łatwo ocenić - jak odniesiesz się do tych słów?  

Zgadzam się z nimi! Mam wrażenie, że osoby, które mają styczność ze składem bezpośrednio czy pośrednio, są w stanie doceniać dobre, porządne składy, bo wiedzą, na czym to polega, ale kiedy mówimy o kimś, kto jedynie chce przeczytać książkę, to w przypadku beletrystyki największym komplementem jest chyba brak komentarzy na temat składu, bo to znaczy, że udało się tak przygotować książkę, że się czytelnik zaczytał i nie zwracał uwagi na nic. :) Oczywiście trochę inaczej jest w przypadku książek bardziej skomplikowanych, przewodników czy albumów, bo tam warstwa wizualna jest bardzo ważna i często zwraca się na nią uwagę.

Porozmawiałyśmy o trudach pracy, ale wróćmy do początku i tego, jak to się stało, że zainteresowałaś się składem i wciąż to robisz?  

Zacznijmy od tego, że będąc w gimnazjum już bardzo chciałam pracować w branży wydawniczej, ale nie wiedziała, jak, gdzie, na jakim stanowisku ani jak to ugryźć. A chciałam, bo prowadziłam wtedy blog z recenzjami książek, który już nie istnieje, i książki to była moja miłość. To środowisko mnie przyciągało. Pamiętam, że był wtedy taki wymóg w podstawie programowej, by zrobić „projekt gimnazjalny” i ja wraz z dwiema koleżankami, pod opieką polonistki, miałyśmy projekt „Jak wydać książkę?”. Wydałyśmy wtedy niskim nakładem, sfinansowanym przez szkołę albo urząd, nie pamiętam już, króciutką książeczkę z tekstami literackimi uczniów naszej szkoły. Ale wtedy jedyne, co ze składu się dowiedziałam, to to, że istnieje, bo zajęła się nim koleżanka polonistki znająca się na rzeczy, więc w sumie nie ruszyła mnie wtedy ta kwestia.

W liceum nadal uparcie marzyło mi się pracowanie wśród książek i literek, i fajnych ludzi (bo mi się ta branża kojarzyła z samymi fajnymi ludźmi!), więc podjęłam szaloną wtedy decyzję, że idę na polonistykę, bo mają specjalizację edytorską. Myślałam wtedy, że zostanę po niej korektorem, bo nic innego nie przychodziło mi do głowy. Ale już na pierwszych zajęciach z komputerowego składu tekstu się zakochałam, bo od lat hobbystycznie bawiłam się w grafikę komputerową i to było jak połączenie dwóch rzeczy, które bardzo lubię – dłubania w programie, żeby uzyskać pożądany efekt, i pracy z tekstem, której efekt mogę namacalnie zobaczyć, kiedy książka jest już wydrukowana.

No i poszło szybko, bo złapałam smykałkę – po praktykach zaproponowano mi skład, jeden, drugi, trzeci, potem zaczęto mnie polecać innym, a teraz siedzę sobie w wydawnictwie, robię składy  i przede wszystkim – uczę się nowych rzeczy, które związane są z produkcją książki.

Jak jest najlepszy, najprzyjemniejszy aspekt tej pracy?   

Zadowolony autor, kiedy składam projekt dla kogoś z Polski, a nie np. tłumaczenie zagranicznej powieści. Ta radość, że ktoś widzi swoje dzieło w takiej formie, jaką sobie wymarzył, napędza mnie do działania. I oczywiście samo zobaczenie „swojej” książki w księgarniach czy czytanie opinii, które podkreślają jakość wydania. Pamiętam, że praktycznie rozpłynęłam się jakoś niedawno, bo w recenzji jednej z książek, którą akurat projektowałam, było zdanie o tym, że jest bardzo fajnie zrobiona pod względem wizualnym – to było akurat wznowienie, które trzeba było na nowo zaprojektować. Ale może to kwestia tego, że ja jestem strasznie łasa na bycie docenianą. :)

Z bardziej technicznych rzeczy – lubię działać na GREPach, bo widzę, ile czasu mi oszczędzają, a i niejednokrotnie są dla mnie jak łamigłówka, bo trzeba wpisać odpowiednią komendę, by uzyskać oczekiwany efekt. A ja lubię takie łamigłówki.

Czy masz swoje ulubione rozwiązanie, które najchętniej zastosowałabyś do składu każdej książki? Mi na przykład bardzo podobają się książki bez wcięć akapitowych.

Wszystkie książki, zawsze i wszędzie, składałabym fontem szeryfowym – mówię oczywiście o tekście głównym, nie tytułach i śródtytułach. Nie znoszę dłuższych niż zdanie czy dwa tekstów, które są złożone jakimś Arialem. A fe. Jestem zdania, że fonty szeryfowe ułatwiają czytanie, bo szeryfy utrzymują nasz wzrok w jednej linii.

Z bardziej graficznych rzeczy, kocham, jak książka jest czarno-biała, ale ma jeden akcent kolorystyczny, np. tytuły rozdziałów i numery stron są niebieskie/żółte/czerwone...

Czasami wiem, że ktoś inny też będzie robi korektę lub redakcję książki, przy której ja pracuję, ale niekiedy dowiaduję się o tym ze stopki redakcyjnej. Czy w składzie występują takie sytuacje? Jak wygląda lub może wyglądać współpraca składaczy?  

Zdarzyła mi się taka współpraca jedynie w jednej konfiguracji – jedna osoba zajęła się ułożeniem tekstu, nadaniem mu wszystkich właściwości, po czym szedł on do korekty. Korektę wprowadzała już druga osoba i to ona wykańczała skład do druku, zmieniając ewentualnie graficzne elementy czy pojedyncze rzeczy.

Ale miałam też współpracę z graficzką autorki książki, którą składałam – ja zajęłam się książką z perspektywy składaczki, osoby działającej bardziej z tekstem niż grafiką, a graficzka dodała dużo elementów, które były bardziej wizualne niż tekstowe, jakieś dodatkowe strony, grafiki, etc. Dość powiedzieć, że wiele razy plik Indesigna był przesyłany między nami, ale bardzo sympatycznie się współpracowało. :)

Składanie książek - czy ogólnie praca zdalna – to wiele godzin przed komputerem. Masz może jakieś rady, co robić, aby się nie zasiedzieć i odpocząć od ekranu?  

Ja chętnie takie rady przyjmę, zamiast dawać, bo jestem okropnym przykładem pracoholika, który żeby odpocząć od dużego ekranu (komputera) będzie zerkał do małego ekranu (smartfona). :) Wiosną i latem ratowały mnie spacery czy chociaż wygrzewanie się co jakiś czas na balkonie, ale jesienią i zimą poza regularnym ruszaniem tyłka po kolejną kawę/herbatę niestety nic nie wymyśliłam.

A może masz jakieś rady dla osób, które chciałby się zająć składem w przyszłości?  

Żeby zaczynać już teraz. Niekoniecznie od nauki Indesigna, bo to droga zabawa (choć dość opłacalna dla uczniów lub studentów), ale programów graficznych w ogóle, bo interfejs jest bardzo podobny, a wtedy bardziej intuicyjnie będzie się pracowało na kolejnych, nowych programach. Ważne jest wyczucie estetyki, które każdy indywidualnie musi wykształcić, znajomość zasad edytorskich (do poczytania w Internecie!), a potem pozostaje… próbować. Można na początek w Canvie, choć to nie najlepszy wybór, ale zawsze jakiś początek! Myślę, że skład to nie jest coś, do czego koniecznie są studia, wystarczy Internet, dostęp do programów i dużo praktyki. :)  

Jestem ogromnie wdzięczna Natalii za odpowiedzenie na moje pytania. Nawet nie wiecie, pod jak wielkim wrażeniem byłam, gdy dostałam odpowiedzi - mogłam tylko wymarzyć sobie, że będę tak długie i szczegółowe. I ciekawe. Gdy do mnie dotarły, miałam je tylko przejrzeć, ale zaczęłam czytać i wciągnęłam się niczym w najlepszą książkę. Poza tym - byłam naprawdę zwyczajnie ciekawa odpowiedzi! Jeszcze raz zachęcam, aby sprawdzić social media i portfolio Natalii!

LOVE, M