Hello!
Raczej nie czytam książek obyczajowych, a ta sklasyfikowana jest jako literatura piękna. Poza pracą i książkami non-fiction czytam też niewiele polskich autorów i autorek, ale akcja książki Matczyzna odnosi się do i częściowo dzieje na Kurpiach Zielonych i w zeszłym roku wywołała trochę poruszenia wśród niektórych osób piszących o tym regionie w internecie. I mniej więcej z tego powodu, chociaż nie tylko, po nią sięgnęłam.
Tytuł: Matczyzna
Autorka: Małgorzata Żebrowska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
„Matczyzna” to opowieść o losach kobiet. O nierozerwalnych więziach. O traumie pokoleniowej. Krysia – babka. Marta – matka. Basia – córka. Historia utkana z wielowarstwowych emocji, mistrzowska w subtelnym zarysowaniu portretów psychologicznych. Autorka z niezwykłą wrażliwością ukazuje, jak przeszłość odciska się na kolejnych pokoleniach, a niezałatwione sprawy rzutują na losy potomnych.
To portret zbiorowy kobiet w różnych planach historycznych i obyczajowych. Opowieść o ewolucji przymusów towarzyszących kobietom w określonych okolicznościach i czasach. O formach odreagowywania, o wymówkach i ucieczkach – od męża, od przemocy, w alkohol, w seks. Przez pokolenia trwająca sztafeta pokory i pogardy, czasem wobec innych, czasem wobec siebie.
„Matczyzna” to więcej niż historia o rodzinnych sekretach i duchach minionych dni – to rzecz o kobiecej sile, cenie niezależności, dziedzictwie, które nosimy w sobie. Lektura dla tych, którzy w literaturze szukają nie tylko intrygującej fabuły, lecz także emocjonalnej prawdy, niuansów psychologicznych i kunsztownie odmalowanych realiów minionych epok.
(opis wydawnictwa)
Matczyzna ma 3 bohaterki - trzy pokolenia kobiet wywodzących się z podmyszynieckiej wsi, chociaż nazwa Myszyniec zostaje w opowieści zmieniona. Najmłodszą i najstarszą poznajemy już na pierwszych stronach, ale Martę dopiero na 100. Książka podzielona jest na sześć nierównych części, a rozdziały prowadzone są przez poszczególne bohaterki. W rozdziałach Basi (teraźniejszość/wnuczka) narracja prowadzona jest pierwszoosobowo, natomiast w rozdziałach Krysi (babka) i Marty (matka) mamy do czynienia z narratorem trzecioosobowym, prowadzonym jednak w dużej mierze z perspektywy bohaterek. Podobnie jak części książki, rozdziały także są nierówne - i nie jest to uwaga odnosząca się wyłącznie do ich długości i proporcji, ale także do jakości. Nie wiem, dlaczego nie zdecydowano się na zawarcie w publikacji spisu treści, bo bardzo by się przydał, chociażby do ocenienia właśnie długości poszczególnych rozdziałów, tego, czy każdej bohaterce poświęcono tyle samo przestrzeni.
Tą książkę czyta się naprawdę szybko, ale nie wiem, czy to dobrze, biorąc po uwagę, że nawet przy skupieniu się na lekturze, często miałam problem z pamiętaniem historii Krysi i Marty. To znaczy bardzo szybko pomieszały mi się ich punkty wyjściowe, z którego miejsca je znałam. Nie pomogło też to, że historia Marty jest przedstawiona trochę achronologicznie. Wiem też, że niestety bardzo szybko zapomnę opowieść przedstawioną w tym tytule, między innymi dlatego, że trochę się mieszała, ale też dlatego, że autorka daje zbyt wielu jasnych czasowych punktów odniesienia (doliczyłam się 3), a niekiedy rozdziały przedstawiają dość rozległe perspektywy czasowe (np. w przypadku Krysi bardzo trudno mi powiedzieć, jaka dokładnie jest różnica wieku pomiędzy jej dziećmi; wydaje się, że może to być około 3 lat, ale pewności nie mam; albo nagle mija pół roku ciąży bohaterki). Mimo takiego zewnętrznego uporządkowania na części i rozdziały, we wnętrzu rozdziałów bywa chaotycznie.
Co wydało mi się ciekawe to fakt, że zazwyczaj w kontekście międzypokoleniowej traumy sięga się do wojny pierwszej lub drugiej, a tutaj najdawniejszy jasno określony punkt w przeszłości to rok 1952, więc wszystko dzieje się po wojnie i skupia na traumach ciężkiego życia codziennego (chociaż gdzieś jakieś wspomnienie o froncie było).
Przechodząc do nieco bardziej oceniającej części tego tekstu - muszę napisać, że pierwszy rozdział, którego główną bohaterką jest Basia, zupełnie nie zachęcał do dalszej lektury. Odmalowany portret bohaterki nie jest zbyt sympatyczny, a na dodatek autorka używa bardzo twardego, ciężkiego języka, w niemalże każdym miejscu, gdzie można byłoby użyć zupełnie neutralnego wyrazu, decyduje się na jakiś ciężki, niemalże obarczony negatywnymi konotacjami synonim. Kolejne rozdziały nie są już takie, chociaż autorka nie stroni od naturalistycznych, odnoszących się bardzo blisko do odczuć zmysłowych opisów. Przy czym to, że rozdziały Basi są pod wieloma względami najsłabsze - mimo pewnych zastosowalnych w nich ciekawych zabiegów - pozostaje prawdą do końca książki.
Druga rzecz jest niestety taka, że około połowy Matczyzna zaczęła mnie zwyczajnie nudzić. Nawet nie chodziło o to, że przestały mnie interesować losy bohaterek, a bardziej o to, że było wiadomo do jakiego punktu ich losy prowadziły i przestało mi się wydawać, że ta lektura możne przynieść ani im, ani mi jakiegoś rodzaju katharsis. Za to coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że - nie wiem, czy zamierzonym - to tak naprawdę opowieść o jednak bardzo indywidualnych bohaterkach i chociaż przedstawionych w kontekście rodziny i pokazanych (przynajmniej w niektórych momentach) jako bardzo jej oddanych, to jednak ostatecznie trochę tak, że każdy sobie rzepkę. Albo po prostu, że każdy człowiek nosi w sobie swoją własną historię - przy czym jej poznanie niekoniecznie musi oznaczać zrozumienie, jeśli popatrzy się na daną osobę ze swojej własnej perspektywy, czy przez pryzmat tego, jak ona się do kogoś odnosi. A wracając do relacji z czytania - ostatnie około 50 stron bardziej męczyłam, niż czytałam. Nie wspominałam wyżej, ale Matczyzna ma 310 stron.
Jest takie popularne w internecie słowo sonder - z tego, co sprawdziłam to angielski neologizm (więcej o nim tutaj - które oznacza (nagłe) uświadomienie sobie, że ludzie dookoła prowadzą równie skomplikowane życie i mają swoją historię, jak osoba obserwująca. I trochę miałam wrażenie, że ta książka była częściowo eksploracją tego tematu. Bo widzimy bohaterki oczami innych bohaterek, ale my znamy ich historie, a one nawzajem o swojej przeszłości (ale też o swoim własnym dzieciństwie) nie wiedzą. Ba, niekiedy nawet wiedząc, jak bohaterki znalazły się w danych miejscach, trudno rozpoznać w nich postacie, z których perspektywy wcześniej poznawaliśmy. Bohaterki są dla siebie nawzajem osobami bez historii, bo z tego, co możemy dowiedzieć się z kart książki - prawie ze sobą nie rozmawiają, nie są dla siebie w ten sposób dostępne.
Wspominałam na początku, że ta książka wywołała pewne poruszenie wśród osób zainteresowanych Kurpiami i sądziłam, że będą one odgrywały w książce większą rolę, ale jest ich zaskakująco - aby nie napisać rozczarowująco - mało.
Myślę, że jeśli opis was zachęca i lubicie tego typu książki i taką kobiecą i wielopokoleniową tematykę, to warto po Matczyznę sięgnąć, ale jeśli wiecie, że to nie jest wasz gatunek i temat, to nie byłabym pewna, że to dobra propozycja, aby się przekonać i zmienić zdanie.
Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!
LOVE, M









