Hello!
Dzisiaj przychodzę do Was z kilkoma słowami o dramie, która zaczyna się fantastycznie, a kończy męcząco.
Sześć pierwszych odcinków My Royal Nemesis jest naprawdę fantastycznych, są wciągające i ogląda się je z wielkim zaciekawieniem. Koncept - osądzona jako złoczyńca legendarna królowa z Joseon (w tej roli Lim Ji-yeon, w teraźniejszości jej bohaterka jest aktorką i ma na imię Shin Seo-ri) zostaje przeniesiona w czasie do współczesności, gdzie na jej drodze postawiony zostaje pochodzący z wpływowej i oczywiście skomplikowanej rodziny Cha Se-gye (w tej roli Heo Nam-jun), który pozycjonuje się jako bezlitosny, bezwzględny itp., ale niekoniecznie taki jest - i wykonanie na najwyższym poziomie. Bohaterka zaskakująco dobrze przystosowuje się do współczesności (i nabiera to wraz z końcem sezonu więcej sensu), a bohater umiejętnie odbija piłeczki, które rzuca mu Shin So-ri.
Natomiast oglądanie kolejnych odcinków przypomina trochę pracę w kopalni diamentów - trzeba przebić się przez tony nudnawych, konfundujących scen, aby dotrzeć do jednej wartej tego całego wysiłku.
Oglądając, miałam duży problem z polubieniem czy kibicowaniem głównej bohaterce. Starałam się brać pod uwagę to, co przeszła w przeszłości, to, czego dowiedziała się o historii Shin So-ri i ogólnie okoliczności, w których się znalazła oraz jej naturalny charakter, ale w bardzo wielu emocjonalnych scenach odbierałam ją jako zupełnie niepotrzebnie okrutną wobec głównego bohatera. A co gorsza, widzieliśmy, że z pełną świadomością zachowywała się tak, jak miała się nie zachowywać, a później wyżywała się na Se-gye. Dosłownie deklarowała jedno, robiła dokładnie odwrotnie. Shin So-ri jest strasznie męczącą bohaterką do oglądania. Nie wpada jeszcze w kategorię irytujących, bo wady tej postaci wynikają raczej z tego, że scenariusz w kółko i w kółko sprawia, że powtarza te same błędy, nie uczy się na nich, nawet gdy wydaje się, że jej podejście się zmienia, to się nie zmienia - jest jak spirala, niby idzie do przodu, ale kręci się w koło - a nie z tego, że charakterologicznie jest denerwująca jako taka. Emocjonalnie Shin So-ri zdecydowanie bardziej przekonywała mnie w odniesieniu do swojej babci - może dlatego że babcia była pewnym punktem odniesienia, natomiast jej emocje w stosunku do bohatera skakały ze skrajności w skrajność.
Sądziłam, że My Royal Nemesis będzie drugim Mr. Queen (które jest jedną z nielicznych dram, które obejrzałam, uznałam, że jest super i nigdy nie napisałam recenzji, więc teraz piszę, że powinniście je obejrzeć!), ale z jakiegoś powodu w drugiej połowie sezonu twórcy zaczęli uderzać w melodramatyczne tony, które - nawet ze świadomością skomplikowanej relacji i położenia bohaterów w przeszłości - nie pasowały do tego, jak świat i postaci zostały przedstawione w pierwszych odcinkach. Zmiana tonu dramy nie jest niczym nowym, fakt, że wiele koreańskich seriali zmienia się mniej lub bardziej drastycznie w drugiej połowie też nie, ale rzadko kiedy są to zmiany na korzyść danego tytułu. I tu jest nie inaczej. Gdyby nie to, że już miałam rozpoczęty ten wpis i datę, kiedy chciałabym go opublikować, to obawiam się, że My Royal Nemesis trafiłoby do wpisu Dramy, które zaczęłam oglądać i nigdy nie skończyłam a nie dostało recenzję.
Podobno drama skończyła z bardzo dobrymi wynikami oglądalności i naprawdę nie wiem dlaczego. Sądziłam, że ostatnie odcinki będą lepsze, ale wciąż były nudne i oglądałam je na siłę. Bardzo lubię motyw podróżowania w czasie i zastanawiania się, co będzie z podróżującymi bohaterami, ale w tym przypadku, ponieważ zasadniczo nie polubiłam głównej bohaterki, zupełnie nie obchodziły mnie jej zmartwienia związane z tym, że ma wracać do Joseon. Obchodziło mnie to o tyle, że bohater będzie smutny, ale jej wewnętrzne rozterki zupełnie. Koncepcyjnie ciekawe było, jak poradzono sobie z kwestią podróży w czasie, ale... zostało to pokazane tak nudno. Zachwiało to też pozycją innych bohaterów i w sumie poirytowało mnie, gdzie zmierzała ta fabuła (choć w sumie okazało się, że donikąd...). A na dodatek po prostu przesadzono z k-dramowymi kliszami.
Zazwyczaj z uczciwości czuję potrzebę, aby napisać o dobrych stronach danej produkcji, ale ten serial tak mnie usypiał, że przytępił moją uwagę nawet na naprawdę porządne elementy tej dramy. Ale trzeba napisać, że aktorzy byli znakomici i pod tym względem absolutnie nie można się przyczepić (i fakt, że nie polubiłam szczególnie bohaterki naprawdę nie wynika z gry aktorskiej - bo Lim Ji-yeon jest świetna w tej roli), a wręcz należy napisać, że gdyby obsada była słabsza lub nawet jedna z osób szczególnie odstawałaby poziomem gry aktorskiej, to druga połowa tego serialu byłaby zupełnie nieoglądalna. I gdyby nie to, że postać głównego bohatera była fundamentem i jedynym stabilnym elementem My Royal Nemesis. Warto jest też wspomnieć, że ostatecznie nie jest tak, że bohaterki (poza jedną trzecioplanową) podkładają sobie świnie i okazują się okropnymi postaciami (nawet ciotki głównego bohatera nie są finalnie tak fatalnymi ludźmi) - ostatecznie każda z nich znajduje swoje miejsce bez konieczności utrudniania życia głównej bohaterce. Podobały mi się też wszystkie sceny i wątki rozgrywane w przeszłości.
A z nieco innej beczki, zauważyłam, że pomimo obecności wokalistów takich jak YoungK i Onew piosenki z tej dramy zupełnie nie robiły wrażenia i były łatwe do zapomnienia, co jest dość zaskakujące, bo nawet mniej popularne albo słabsze dramy mają zazwyczaj chociaż jedną wyróżniającą piosenkę, a tutaj nie widziałam nawet, aby ktokolwiek o jakości OST wspominał. Co też nie pomagało w oglądaniu.
Podsumowując, nie polecam, ale też nie odradzam, można obejrzeć kilka pierwszych odcinków, aby wiedzieć, o co w tej dramie chodziło. Zastanawiam się, jak pozycjonować się będzie ten tytuł w przyszłości, bo rok już 2026 obfituje w dobrze przyjęte dramy, a przed nami jeszcze cała druga połowa.
Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!
Trzymajcie się, M
















