piątek, 17 lipca 2026

Każda sobie (?) - Matczyzna

 Hello!

Raczej nie czytam książek obyczajowych, a ta sklasyfikowana jest jako literatura piękna. Poza pracą i książkami non-fiction czytam też niewiele polskich autorów i autorek, ale akcja książki Matczyzna odnosi się do i częściowo dzieje na Kurpiach Zielonych i w zeszłym roku wywołała trochę poruszenia wśród niektórych osób piszących o tym regionie w internecie. I mniej więcej z tego powodu, chociaż nie tylko, po nią sięgnęłam.

Tytuł: Matczyzna
Autorka: Małgorzata Żebrowska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

 „Matczyzna” to opowieść o losach kobiet. O nierozerwalnych więziach. O traumie pokoleniowej. Krysia – babka. Marta – matka. Basia – córka. Historia utkana z wielowarstwowych emocji, mistrzowska w subtelnym zarysowaniu portretów psychologicznych. Autorka z niezwykłą wrażliwością ukazuje, jak przeszłość odciska się na kolejnych pokoleniach, a niezałatwione sprawy rzutują na losy potomnych.
To portret zbiorowy kobiet w różnych planach historycznych i obyczajowych. Opowieść o ewolucji przymusów towarzyszących kobietom w określonych okolicznościach i czasach. O formach odreagowywania, o wymówkach i ucieczkach – od męża, od przemocy, w alkohol, w seks. Przez pokolenia trwająca sztafeta pokory i pogardy, czasem wobec innych, czasem wobec siebie.
„Matczyzna” to więcej niż historia o rodzinnych sekretach i duchach minionych dni – to rzecz o kobiecej sile, cenie niezależności, dziedzictwie, które nosimy w sobie. Lektura dla tych, którzy w literaturze szukają nie tylko intrygującej fabuły, lecz także emocjonalnej prawdy, niuansów psychologicznych i kunsztownie odmalowanych realiów minionych epok. 

(opis wydawnictwa) 

Matczyzna ma 3 bohaterki - trzy pokolenia kobiet wywodzących się z podmyszynieckiej wsi, chociaż nazwa Myszyniec zostaje w opowieści zmieniona. Najmłodszą i najstarszą poznajemy już na pierwszych stronach, ale Martę dopiero na 100. Książka podzielona jest na sześć nierównych części, a rozdziały prowadzone są przez poszczególne bohaterki. W rozdziałach Basi (teraźniejszość/wnuczka) narracja prowadzona jest pierwszoosobowo, natomiast w rozdziałach Krysi (babka) i Marty (matka) mamy do czynienia z narratorem trzecioosobowym, prowadzonym jednak w dużej mierze z perspektywy bohaterek. Podobnie jak części książki, rozdziały także są nierówne - i nie jest to uwaga odnosząca się wyłącznie do ich długości i proporcji, ale także do jakości. Nie wiem, dlaczego nie zdecydowano się na zawarcie w publikacji spisu treści, bo bardzo by się przydał, chociażby do ocenienia właśnie długości poszczególnych rozdziałów, tego, czy każdej bohaterce poświęcono tyle samo przestrzeni.

Tą książkę czyta się naprawdę szybko, ale nie wiem, czy to dobrze, biorąc po uwagę, że nawet przy skupieniu się na lekturze, często miałam problem z pamiętaniem historii Krysi i Marty. To znaczy bardzo szybko pomieszały mi się ich punkty wyjściowe, z którego miejsca je znałam. Nie pomogło też to, że historia Marty jest przedstawiona trochę achronologicznie. Wiem też, że niestety bardzo szybko zapomnę opowieść przedstawioną w tym tytule, między innymi dlatego, że trochę się mieszała, ale też dlatego, że autorka daje zbyt wielu jasnych czasowych punktów odniesienia (doliczyłam się 3), a niekiedy rozdziały przedstawiają dość rozległe perspektywy czasowe (np. w przypadku Krysi bardzo trudno mi powiedzieć, jaka dokładnie jest różnica wieku pomiędzy jej dziećmi; wydaje się, że może to być około 3 lat, ale pewności nie mam; albo nagle mija pół roku ciąży bohaterki). Mimo takiego zewnętrznego uporządkowania na części i rozdziały, we wnętrzu rozdziałów bywa chaotycznie.

Co wydało mi się ciekawe to fakt, że zazwyczaj w kontekście międzypokoleniowej traumy sięga się do wojny pierwszej lub drugiej, a tutaj najdawniejszy jasno określony punkt w przeszłości to rok 1952, więc wszystko dzieje się po wojnie i skupia na traumach ciężkiego życia codziennego (chociaż gdzieś jakieś wspomnienie o froncie było). 

Przechodząc do nieco bardziej oceniającej części tego tekstu - muszę napisać, że pierwszy rozdział, którego główną bohaterką jest Basia, zupełnie nie zachęcał do dalszej lektury. Odmalowany portret bohaterki nie jest zbyt sympatyczny, a na dodatek autorka używa bardzo twardego, ciężkiego języka, w niemalże każdym miejscu, gdzie można byłoby użyć zupełnie neutralnego wyrazu, decyduje się na jakiś ciężki, niemalże obarczony negatywnymi konotacjami synonim. Kolejne rozdziały nie są już takie, chociaż autorka nie stroni od naturalistycznych, odnoszących się bardzo blisko do odczuć zmysłowych opisów. Przy czym to, że rozdziały Basi są pod wieloma względami najsłabsze - mimo pewnych zastosowalnych w nich ciekawych zabiegów - pozostaje prawdą do końca książki. 

Druga rzecz jest niestety taka, że około połowy Matczyzna zaczęła mnie zwyczajnie nudzić. Nawet nie chodziło o to, że przestały mnie interesować losy bohaterek, a bardziej o to, że było wiadomo do jakiego punktu ich losy prowadziły i przestało mi się wydawać, że ta lektura możne przynieść ani im, ani mi jakiegoś rodzaju katharsis. Za to coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że - nie wiem, czy zamierzonym - to tak naprawdę opowieść o jednak bardzo indywidualnych bohaterkach i chociaż przedstawionych w kontekście rodziny i pokazanych (przynajmniej w niektórych momentach) jako bardzo jej oddanych, to jednak ostatecznie trochę tak, że każdy sobie rzepkę. Albo po prostu, że każdy człowiek nosi w sobie swoją własną historię - przy czym jej poznanie niekoniecznie musi oznaczać zrozumienie, jeśli popatrzy się na daną osobę ze swojej własnej perspektywy, czy przez pryzmat tego, jak ona się do kogoś odnosi. A wracając do relacji z czytania - ostatnie około 50 stron bardziej męczyłam, niż czytałam. Nie wspominałam wyżej, ale Matczyzna ma 310 stron. 

Jest takie popularne w internecie słowo sonder - z tego, co sprawdziłam to angielski neologizm (więcej o nim tutaj  - które oznacza (nagłe) uświadomienie sobie, że ludzie dookoła prowadzą równie skomplikowane życie i mają swoją historię, jak osoba obserwująca. I trochę miałam wrażenie, że ta książka była częściowo eksploracją tego tematu. Bo widzimy bohaterki oczami innych bohaterek, ale my znamy ich historie, a one nawzajem o swojej przeszłości (ale też o swoim własnym dzieciństwie) nie wiedzą. Ba, niekiedy nawet wiedząc, jak bohaterki znalazły się w danych miejscach, trudno rozpoznać w nich postacie, z których perspektywy wcześniej poznawaliśmy. Bohaterki są dla siebie nawzajem osobami bez historii, bo z tego, co możemy dowiedzieć się z kart książki - prawie ze sobą nie rozmawiają, nie są dla siebie w ten sposób dostępne. 

Wspominałam na początku, że ta książka wywołała pewne poruszenie wśród osób zainteresowanych Kurpiami i sądziłam, że będą one odgrywały w książce większą rolę, ale jest ich zaskakująco - aby nie napisać rozczarowująco - mało.  

Myślę, że jeśli opis was zachęca i lubicie tego typu książki i taką kobiecą i wielopokoleniową tematykę, to warto po Matczyznę sięgnąć, ale jeśli wiecie, że to nie jest wasz gatunek i temat, to nie byłabym pewna, że to dobra propozycja, aby się przekonać i zmienić zdanie.  

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 

poniedziałek, 13 lipca 2026

Czego można oczekiwać - Minionki i straszydła

 Hello!

Miałam taką teorię - opartą na obserwacji sprzedaży biletów w kinie w moim mieście - że Minionki i straszydła sprzedają się lepiej niż Toy Story 5, bo nie mają w tytule liczby sugerujące, że trzeba przed seansem zobaczyć 4 inne filmy, aby zobaczyć kolejną część. Co nie do końca się przekłada na rzeczywistość, chociaż z tego, co udało mi się sprawdzić, to w pierwszym tygodniu wyświetlania filmów Minionki zobaczyło w Polsce o 100 tysięcy osób więcej, niż Toy Story 5, które jednak ogólnie i na świecie radzi sobie lepiej niż Minionki. Mnie samą Toy Story przestało interesować po 3 odsłonie cyklu i dwóch kolejnych już nie widziałam i nawet nie planuję. Przy czym czwartego filmu z serii Jak ukraść Księżyc też nie widziałam... ani filmu Minionki: Wejście Gru. Co w zasadzie tylko potwierdza, że na Minionki i straszydła można pójść nie wiedząc zupełnie nic o poprzednikach (chociaż mam wrażenie, że trudno w dzisiejszych czasach nic nie wiedzieć o Minionkach).

Ale o czym jest ten nowy Minionkowy film? Minionki tułają się po świecie - mitologicznym i legendarnym - szukając nowego szefa. Idzie im to lepiej lub gorzej, aż w końcu nieco przypadkiem trafiają do Hollywood około roku 1927, gdzie robią zaskakującą i zawrotną karierę. Dopóki w filmach nie pojawił się dźwięk. Wszyscy wiemy, jak Minionki mówią, więc filmy dźwiękowe pogrążają ich karierę. Do czasu. Aż James (to nasz utalentowany artystycznie Minionek-reżyser) nie wpada na pomysł, aby zrobić film... Minionki i straszydła. Potrzebuje tylko straszydła, najlepiej więcej niż jednego. W tym pomaga mu Ed, który zabrał księgę czarów od jednego z ich poprzednich szefów, oraz Henry - najlepszy przyjaciel Jamesa. Pierwsze, co przywołują, nie wydaje się potworne, ale potem ściągają na siebie prawdziwe koszmary. W tym samym czasie reszta tego plemienia Minionków szuka nowego szefa i znajduje go w... kosmicie imieniem Dort. 

Może zacznę od kilku prostych punktów: samo dotarcie Minionków do Hollywood zajmuje jakieś pół godziny, później ich "kariera" pokazana jest dość szybko, Minionki spotykają na swojej drodze zasadniczo 3 (chociaż w sumie 2) straszydła do czasu, aż na ekranie pojawia się największe straszydło. A James w zasadzie bardzo niewiele tego swojego filmu, w pewnym sensie, robi. Nie miałam wielkich założeń ani wymagań wobec tego filmu, ale jednak spodziewałam się większej liczby potworów. I trochę tego, że będą odrobinę straszniejsze. Bo można się przyczepić, że to taki film niby dla dzieci, ale nie dla dzieci - i to nie tylko ze względu na założenie, że Minionki z naturą służą największemu złolowi czy to, że humor momentami bywa frywolny, ale także dlatego, że nawet dla dorosłego widza (a dla widza poza USA w ogóle chyba więcej) wiele z intertekstualności tej animacji będzie nie do wyłapania. I z jednej strony nie musi być, ale z drugiej nawiązań do starego kina i ogólnych realiów tamtego czasu, ba! nawiązań do literatury jest w tym filmie ogromnie dużo. I niewyłapanie tego nie zepsuje seansu, ale wyłapanie na pewno doda do doświadczenia. Na przykład potwory nawiązują do Cthulhu i mają imiona po H.P. Lovecrafcie. Ogólnie jednak to wciąż film o Minionkach i chyba jego najlepszą sceną jest ostatecznie ta, gdy kierują pociągiem. Albo Shinkansenem - bo chociaż język Minionków jest specyficzny, co nie znaczy, że niezrozumiały i oprócz licznych słów z włoskiego, które można w nim usłyszeć, to w tym filmie bardzo rzuciły mi się w uszy dwa inne - właśnie Shinkansen (co jest bardzo, bardzo zabawne, bo film niby toczy się w latach 20 XX wieku) oraz kawaii. Przyznam, że wsłuchiwanie się w to, co mówią Minionki, aby usłyszeć jakieś znane słowa, było jedną z zabawniejszych rzeczy podczas seansu.

Minionki składające hołd kinu i robieniu filmów, utalentowany James, który podąża za swoimi marzeniami i ma prawdziwych przyjaciół, którzy go wspierają w tej drodze, oraz resztę Minionków, która ostatecznie też przyjdzie z pomocą, zaskakujący wątek robota - to jest film o Minionkach, który nie obraża inteligencji widza i jest w zasadzie wszystkim, czego można oczekiwać od filmu, którego głównymi bohaterami są te małe żółte stworki.  

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 

czwartek, 9 lipca 2026

Wszystkie k-popowe piosenki z ice cream w tytule

Hello!

Jak wspominałam, jestem zawalona pracą i gdyby nie to, że we wtorek wieczorem eM (eM poleca) napisała: „Wszystkie piosenki z ice cream w tytule w k-popie!”, to nie byłoby dziś wpisu. Hipoteza robocza była taka, że nie ma lata bez piosenki z lodami w tytule. Zobaczmy, ile takich utworów udało mi się znaleźć i ile z nich naprawdę zostało wypuszczonych w okresie letnim.

 


MC MONG
Ice Cream
2006

f(x)
Ice Cream
4.05.2010

Joo&Leeteuk 
Ice Cream
2011

Hyuna
Ice Cream
22.10.2012 

Red Velvet
Ice Cream Cake 
16.03.2015


Brown Eyed Girls
Time of the ice cream
5.11.2015

Junho
Ice Cream (japońska)
26.06.2017

TWICE
Ice Cream
20.02.2017

S2U
Ice Cream
5.01.2018

BBURECTOR
Ice Cream
28.06.2018

oceanfromtheblue
ice cream
20.07.2020

GUGUDAN/OGUOGU
ICE CHU
27.07.2020

BLACKPINK ft. Selena Gomez
Ice Cream
28.08.2020

 

Red Mint
Ice Cream
21.03.2021

NTX
Choco Ice Cream
30.03.2021

TXT
Ice Cream
30.05.2021

Hyunjin
ice.cream
12.08.2022

Lee Seohyun
Ice Cream
4.08.2023

TFN
ICE CREAM
17.08.2023

Jeon Somi
Ice Cream
2.08.2024

Yuna
Ice Cream
26.03.2026


 

Secret
Ice Cream
18.06.2026

Yeonjun
Ice Cream
10.07.2026 (a ta nawet jeszcze się nie ukazała!)

Udało mi się znaleźć 23 piosenki i był to chyba jeden z najszybszych researchów, które przeprowadziłam. Co może oznaczać, że ominęłam niepromowane utwory, ale wciąć nie wszystkie piosenki to główne/promowane single, ale wiele z nich takimi było. Teraz sprawdzamy hipotezę. Za miesiące wakacyjne uznajemy czerwiec, lipiec i sierpień. Mamy więc 11 letnich piosenek z Ice Cream w tytule. Przy czym nie udało mi się zweryfikować dat wypuszczenia dwóch utworów z listy. Wygląda na to, że zaskakująco rok 2025 cierpiał na brak lodowej piosenki, ale w tym będziemy mieć/mamy, gdy ten wpis się ukazuje już trzecią. Kolejna wyraźna dziura to rok 2019 i 2016. W roku 2021 były piosenki z ice cream w tytule, ale żadna z nich nie ukazała się latem. Przy czym należy zauważyć to, że nawet jeśli piosenka ma ice cream w tytule i nawet jeśli została wydana w miesiące wakacyjne to niekoniecznie musi być letnia i w ogóle mieć coś wspólnego z lodami. Ale to nie czas i miejsce na taką analizę, to tylko lista!

Jeśli wiecie o innych piosenkach z lodami w tytule, koniecznie dajcie mi znać, będę uzupełniała listę!  

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 



środa, 1 lipca 2026

K-pop 2026 - czerwiec

 Hello!

 Kilka słów o kilku czerwcowych comebackach!

 

SHINee - Atmos

Widziałam, że internet podzielił się na dwie drużyny: Atmos nie brzmi jak piosenka Shinee oraz Atmos jest jak View. I ja zdecydowanie zaliczam się do drugiej grupy - już po 20 sekundach pomyślałam sobie, że Atmos to egzotyczny kuzyn View. W znaczeniu, że jest bardziej intensywne. Przy czym nie napiszę, że przy pierwszym przesłuchaniu bardzo mi się Atmos podobało, bo nie byłaby to prawda. 

Podoba mi się teledysk, ale musiałam obejrzeć go 3 razy, aby do końca załapać koncepcję i okazał się bardzo wzruszający. 

Pozostałe piosenki z albumu także mi się podobają, ze Still Raining na czele. 

FIFTY FIFTY

Like a Bubble, czyli główny singiel, wcale mi się nie podoba, ale Spotify odtworzyło mi kolejne piosenki z płyty Imperfect-I'mperfect zespołu, gdy czytałam książkę, i to są naprawdę porządne interesujące utwory, o zdecydowanie mocniejszych (ale nie w znaczeniu, że rockowych) brzmieniach. Like a Bubble wydaje się wręcz koncepcyjnym błędem na tej płycie w zestawieniu z pozostałymi utworami. Więc nie dajcie się zniechęcić singlowi i posłuchajcie reszty piosenek, bo naprawdę warto.

MEOVV - DDI RO RI

O WOW. To trzeba usłyszeć i zobaczyć, bo DDI RO RI to jest jest prawdziwe zjawisko. Podobnie zresztą jak Hit' Em. Ale mi najbardziej podoba się Revenge - szkoda, że nie dostaliśmy żadnego wykonania tej piosenki.

dodree - HAWWAH

Jest mi bardzo smutno, bo niewiele - prawie żaden - zespół od kilku lat nie robi porządnych konceptualnych comebacków, ale dodree przybyło uratować kpop, poprzez połączenie go z bardziej tradycyjną muzyką i dziewczyny zdecydowanie są jednym z najciekawszych muzycznych aktów w Korei. Ich dwie pierwsze piosenki bardzo mi się podobały, a teraz pojawiły się kolejne 3 i też są bardzo dobre. Jedyna uwaga - można sobie było darować AI w teledysku.

RIIZE - Do your dance

To przyjemna, wesoła, letnia piosenka, ale najciekawsze jest w niej to, że head, hips, shoulders, toes jest w niej po angielsku, bo istnieje milion piosenek, w których nazwy tych części ciała są śpiewane po koreańsku (pierwsze do głowy przychodzi mi H.S.K.T. Lee Hi, chociaż tam mamy knee zamiast shoulders), a już szczególnie koreańska wersja od stóp do głów zaliczana jest do najbardziej nadużywanych słów piosenek w k-popie. 

A z minialbumu najbardziej podoba mi się Overdrive

PS Pamiętam o AI/wirtualnych idolach i w lipcu będę miała więcej czasu, więc na pewno w końcu o nich napiszę! 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 

sobota, 27 czerwca 2026

O nowym wydaniu „Atlasu chmur”

 Hello!

 Atlas chmur jest jedną z moich ulubionych, a w zasadzie jest moją ulubioną książką. Dowiedziałam się o jej istnieniu oczywiście przy okazji ekranizacji z 2012 roku, chociaż jeszcze wtedy ani książki nie przeczytałam, ani filmu nie widziałam - nastąpiło to dopiero w roku 2014. I tak, film obejrzałam jako pierwszy i bardzo, bardzo mi się podobał, chociaż doskonale pamiętam, że w kinach nie został ciepło przyjęty. Wspominałam i o filmie, i o książce na blogu, ale nie były to długie wpisy, a zdecydowanie warto poświęcić - szczególnie książce - więcej miejsca. Ale nie będzie to recenzja, chciałabym napisać kilka słów o nowym (i poprzednich wydaniach) oraz pewną anegdotę. 

Przypuszczam, że jeżeli kojarzycie jakieś wydanie książkowe Atlasu chmur, to jest to wersja z filmową okładką - i to jest jedna wersja, którą sama widziałam na oczy. Ale według Lubimy Czytać w roku 2012 ukazało się także wydanie z inną okładką, jej nigdy i nigdzie nie widziałam. Bo w ogóle Atlas chmur był książką, którą było bardzo trudno dostać, już w 2014 roku nie było mowy o jej kupnie, a nawet w bibliotekach było trudno. W Ostrołęce są co prawda trzy egzemplarze (i nawet chciałam jeden teraz wypożyczyć do zestawienia - wszystkie trzy są niedostępne, a jeden jest przetrzymany od roku 2020), ale jest to swojego rodzaju ewenement. Na przykład ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu nie było jej (i wciąż nie ma!) w Bibliotece Uniwersytetu Gdańskiego i kilku innych gdańskich bibliotekach. A wiem o tym, bo potrzebowałam jej do mojej pracy licencjackiej i musiałam przywozić ją do Gdańska z domu. 

A dlatego potrzebowałam Atlasu chmur w pracy licencjackiej, której tytuł brzmiał: Sposoby zapisu koreańskich nazw własnych (miejscowych i osobowych) w książkach wydawanych w języku polskim? Bo jedna z opisywanych w niej historii dzieje się w pewnej wersji przyszłości w Korei i nie mogłam przepuścić okazji, aby o niej wspomnieć. 

I z tym wiąże się moja minianedgota. Otóż bohaterką tej części jest fabryktanta.  A ponieważ Atlas chmur - chociaż powinien być znaną powszechnie książką, z jakiegoś powodu wydaje mi się bardzo niszowy i niewiele osób kojarzy, o czym jest (bo sam tytuł wydaje się mniej więcej rozpoznawalny) - zarówno gdy pisałam licencjat, jak i później wykorzystywałam ten przykład w kolejnych pracach naukowych za każdym razem, czy to promotor, czy to recenzenci kazali mi tłumaczyć, czym jest fabrykanta. Co z jednej strony rozumiem, ale z drugiej - bardzo to rozbijało przedstawienie tego, co naprawdę ważne, czyli sposobów zapisu i ogólnie bardzo mnie irytowało.

Atlas chmur całkiem niedawno okrzyknięty został Best Book of This Century (Najlepszą książką XXI wieku) na Goodreads. Książka swoją premierę miała w roku 2004, a pierwsze polskie wydanie ukazało się już dwa lata później w 2006 w wydawnictwie Bellona. Kolejne wydania to już Wydawnictwo Mag (dwa w 2012 i to z 2026). Jako tłumaczka wszystkich podpisana jest Justyna Gardzińska. Wynika z tego, że książka świętuje właśnie dwadzieścia lat na polskim rynku i to ładne wydanie w różowej okładce, to wydanie jubileuszowe.

Ale czy aby na pewno różowej? Otóż nie! Dowiedziałam się tego już po zakupie - którego musiałam dokonać online, bo w żadnej księgarni w Ostrołęce ta książka nie była dostępna stacjonarnie, a wręcz jeden księgarz bardzo się ze mną kłócił, że nie ma żadnego nowego wydania i czego ja oczekuję, że kupię książkę z 2012, a w ogóle to niemożliwe, że to nowe wydanie, to musi być dodruk - to może być nawet i wznowienie; i jak sprawdziłam każda z trzech książek ma inny ISBN - ale zanim książka do mnie trafiła i nie widziałam w internecie ani jednego zdjęcia okładki pod obwolutą. Więc bardzo, bardzo się zdziwiłam, gdy ją zdjęłam, bo okładka jest czarna z błyszczącymi niebiesko-turkusowymi tłoczeniami. Ma też barwione brzegi, które pasują do obwoluty, i jest chyba pierwszą książką z takimi dekoracjami w mojej kolekcji. 

W porównaniu z wydaniami z 2012 roku tej przybyło 100 (!) stron. Ma 640, tamte mają po 544 (i z tego co pamiętam miały też niższą wysokość). Bardzo się zastanawiam, jak te poprzednie wydania się zmieściły, bo nie jest tak, że ta książka jest napompowana, a wręcz, może nie to, że mogłaby mieć więcej stron, bo chyba ta liczba jest w porządku, natomiast mogłaby być grubsza, bo wydrukowana jest  na dość cienkim papierze i jeśli komuś przeszkadza prześwitywanie kolejnych stron, to będzie miał problem. Ach, książka ma też wstążeczkę-zakładkę.

Mam nadzieję, że Atlas chmur przy okazji tego wydania stanie się bardziej rozpoznawalny!

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

 

wtorek, 23 czerwca 2026

A kończy męcząco - My Royal Nemesis

 Hello!

Dzisiaj przychodzę do Was z kilkoma słowami o dramie, która zaczyna się fantastycznie, a kończy męcząco.

Sześć pierwszych odcinków My Royal Nemesis jest naprawdę fantastycznych, są wciągające i ogląda się je z wielkim zaciekawieniem. Koncept - osądzona jako złoczyńca legendarna królowa z Joseon (w tej roli Lim Ji-yeon, w teraźniejszości jej bohaterka jest aktorką i ma na imię Shin Seo-ri) zostaje przeniesiona w czasie do współczesności, gdzie na jej drodze postawiony zostaje pochodzący z wpływowej i oczywiście skomplikowanej rodziny Cha Se-gye (w tej roli Heo Nam-jun), który pozycjonuje się jako bezlitosny, bezwzględny itp., ale niekoniecznie taki jest - i wykonanie na najwyższym poziomie. Bohaterka zaskakująco dobrze przystosowuje się do współczesności (i nabiera to wraz z końcem sezonu więcej sensu), a bohater umiejętnie odbija piłeczki, które rzuca mu Shin So-ri. 

Natomiast oglądanie kolejnych odcinków przypomina trochę pracę w kopalni diamentów - trzeba przebić się przez tony nudnawych, konfundujących scen, aby dotrzeć do jednej wartej tego całego wysiłku. 

Oglądając, miałam duży problem z polubieniem czy kibicowaniem głównej bohaterce. Starałam się brać pod uwagę to, co przeszła w przeszłości, to, czego dowiedziała się o historii Shin So-ri i ogólnie okoliczności, w których się znalazła oraz jej naturalny charakter, ale w bardzo wielu emocjonalnych scenach odbierałam ją jako zupełnie niepotrzebnie okrutną wobec głównego bohatera. A co gorsza, widzieliśmy, że z pełną świadomością zachowywała się tak, jak miała się nie zachowywać, a później wyżywała się na Se-gye. Dosłownie deklarowała jedno, robiła dokładnie odwrotnie. Shin So-ri jest strasznie męczącą bohaterką do oglądania. Nie wpada jeszcze w kategorię irytujących, bo wady tej postaci wynikają raczej z tego, że scenariusz w kółko i w kółko sprawia, że powtarza te same błędy, nie uczy się na nich, nawet gdy wydaje się, że jej podejście się zmienia, to się nie zmienia - jest jak spirala, niby idzie do przodu, ale kręci się w koło - a nie z tego, że charakterologicznie jest denerwująca jako taka. Emocjonalnie Shin So-ri zdecydowanie bardziej przekonywała mnie w odniesieniu do swojej babci - może dlatego że babcia była pewnym punktem odniesienia, natomiast jej emocje w stosunku do bohatera skakały ze skrajności w skrajność.

Sądziłam, że My Royal Nemesis będzie drugim Mr. Queen (które jest jedną z nielicznych dram, które obejrzałam, uznałam, że jest super i nigdy nie napisałam recenzji, więc teraz piszę, że powinniście je obejrzeć!), ale z jakiegoś powodu w drugiej połowie sezonu twórcy zaczęli uderzać w melodramatyczne tony, które - nawet ze świadomością skomplikowanej relacji i położenia bohaterów w przeszłości - nie pasowały do tego, jak świat i postaci zostały przedstawione w pierwszych odcinkach. Zmiana tonu dramy nie jest niczym nowym, fakt, że wiele koreańskich seriali zmienia się mniej lub bardziej drastycznie w drugiej połowie też nie, ale rzadko kiedy są to zmiany na korzyść danego tytułu. I tu jest nie inaczej. Gdyby nie to, że już miałam rozpoczęty ten wpis i datę, kiedy chciałabym go opublikować, to obawiam się, że My Royal Nemesis trafiłoby do wpisu Dramy, które zaczęłam oglądać i nigdy nie skończyłam a nie dostało recenzję.

Podobno drama skończyła z bardzo dobrymi wynikami oglądalności i naprawdę nie wiem dlaczego. Sądziłam, że ostatnie odcinki będą lepsze, ale wciąż były nudne i oglądałam je na siłę. Bardzo lubię motyw podróżowania w czasie i zastanawiania się, co będzie z podróżującymi bohaterami, ale w tym przypadku, ponieważ zasadniczo nie polubiłam głównej bohaterki, zupełnie nie obchodziły mnie jej zmartwienia związane z tym, że ma wracać do Joseon. Obchodziło mnie to o tyle, że bohater będzie smutny, ale jej wewnętrzne rozterki zupełnie. Koncepcyjnie ciekawe było, jak poradzono sobie z kwestią podróży w czasie, ale... zostało to pokazane tak nudno. Zachwiało to też pozycją innych bohaterów i w sumie poirytowało mnie, gdzie zmierzała ta fabuła (choć w sumie okazało się, że donikąd...). A na dodatek po prostu przesadzono z k-dramowymi kliszami.

Zazwyczaj z uczciwości czuję potrzebę, aby napisać o dobrych stronach danej produkcji, ale ten serial tak mnie usypiał, że przytępił moją uwagę nawet na naprawdę porządne elementy tej dramy. Ale trzeba napisać, że aktorzy byli znakomici i pod tym względem absolutnie nie można się przyczepić (i fakt, że nie polubiłam szczególnie bohaterki naprawdę nie wynika z gry aktorskiej - bo Lim Ji-yeon jest świetna w tej roli), a wręcz należy napisać, że gdyby obsada była słabsza lub nawet jedna z osób szczególnie odstawałaby poziomem gry aktorskiej, to druga połowa tego serialu byłaby zupełnie nieoglądalna. I gdyby nie to, że postać głównego bohatera była fundamentem i jedynym stabilnym elementem My Royal Nemesis. Warto jest też wspomnieć, że ostatecznie nie jest tak, że bohaterki (poza jedną trzecioplanową) podkładają sobie świnie i okazują się okropnymi postaciami (nawet ciotki głównego bohatera nie są finalnie tak fatalnymi ludźmi) - ostatecznie każda z nich znajduje swoje miejsce bez konieczności utrudniania życia głównej bohaterce. Podobały mi się też wszystkie sceny i wątki rozgrywane w przeszłości.

A z nieco innej beczki, zauważyłam, że pomimo obecności wokalistów takich jak YoungK i Onew piosenki z tej dramy zupełnie nie robiły wrażenia i były łatwe do zapomnienia, co jest dość zaskakujące, bo nawet mniej popularne albo słabsze dramy mają zazwyczaj chociaż jedną wyróżniającą piosenkę, a tutaj nie widziałam nawet, aby ktokolwiek o jakości OST wspominał. Co też nie pomagało w oglądaniu.

Podsumowując, nie polecam, ale też nie odradzam, można obejrzeć kilka pierwszych odcinków, aby wiedzieć, o co w tej dramie chodziło. Zastanawiam się, jak pozycjonować się będzie ten tytuł w przyszłości, bo rok już 2026 obfituje w dobrze przyjęte dramy, a przed nami jeszcze cała druga połowa.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

 

piątek, 19 czerwca 2026

Ulubione piosenki z dram #6

 Hello!

Ostatni wpis o moich ulubionych piosenkach z dram opublikowałam w... czerwcu 2022 roku! Wiedziałam, że w 2025 słabo było u mnie z oglądaniem, wiedziałam, że w roku 2024 nie było zbyt wielu interesujących piosenek i obserwowałam to, że coraz mniej jest wybitnych i robiących wrażenie na społeczeństwie utworów z dram, ale nie spodziewałam się, że ta zapaść trwa już 4 rok. Ale prawdą jest też, że trochę nie zauważyłam, że jednak na playliście z piosenkami z k-dram zebrało mi się trochę więcej niż 5 czy 6 piosenek, które zwykle pojawiają się w tych wpisach i że już czas, aby coś tam o nich jednak wspomnieć (więc może się to skończyć tak, że o piosenkach z dram z 2026 przeczytacie w... 2030 roku).


Ulubione piosenki z dram #1
Ulubione piosenki z dram #2
Ulubione piosenki z dram #3
Ulubione piosenki z dram #4
Ulubione piosenki z dram #5

Moon Sujin - Hide and Seek 

Nie oglądałam dramy, z której pochodzi ta piosenka (zatytułowana jest Hometown i leciała w 2021 roku), ale w czasie, gdy Moon Sujin była jeszcze artystką z wytwórni powiązanej z SM Entertaiment, a nawet gdy znana była jako MOON całkiem uważnie śledziłam jej karierę. I w sumie cały czas to robię, jeśli akurat wpadnie mi w oko, że coś wydaje. Chociaż Hide and Seek raczej nie jest utworem, który łatwo było przypisać właśnie tej wokalistce, bo jej własne utwory są nieco inne. Hide and Seek jest utworem dość mrocznym i tajemniczym.

Kihyun - Full Moon

O tym, że naprawdę mam słabość do piosenek z księżycem w tytule nie trzeba nikogo przekonywać, bo jest to jasne jak owo ciało niebieskie w pełni (pierwszą piosenką, którą wydała wspominana wyżej Moon Sujin po zmianie wytwórni muzycznej w 2021 roku, była piosenka The Moon i towarzyszył jej Moon Taeil, na którego istnienie spuszczamy zasłonę milczenia, ale nagromadzenie księżyców przy tym wydaniu na pewno nie było przypadkowe). Ale wracajmy do Kihyuna i piosenki z dramy Tale of the Nine Tailed 1938 z roku 2023. Którą miałam zacząć oglądać, ba, miałam już post tak zatytułowany, aby zbierać przemyślenia z oglądania. I chyba nawet nigdy nie włączyłam pierwszego odcinka. A piosenka jest taka jak lubię, zaczyna się spokojnie, ale od razu czuć w niej moc i dramatyzm, które z czasem tylko się rozwijają, aby wybuchnąć z całą mocą.

Karina - Sad Waltz

Mam wrażenie, że ta piosenka nie otrzymała zasłużonej uwagi, a jest bardzo piękna. Może to wynikać z tego, że o ile się orientuję drama, z której pochodzi - Song of the Bandits - była nie tylko umiarkowanie popularna, ale też otrzymała raczej umiarkowane recenzje i w tym momencie jest - tu już nawet nie raczej - zapomniana. Ale piosenki szkoda. Przy czym sama przyznaję, że mnie też jakoś nigdy ochota na oglądanie tej dramy nie naszła.

ECLIPSE - Sudden Shower 

Cofam to, co napisałam wcześniej! Sudden Shower z dramy Lovely Runner z 2024 roku (którą widziałam - tutaj możecie przeczytać recenzję!) było piosenką, którą pokochała Korea i jej popularność przypominała tę, którą cieszyły się OST z seriali z lat około 2015-2018. Co nie jest zaskakujące, bo to piękna piosenka i sama w sobie odgrywa dużą rolę w serialu, a i serial był jednym z lepszych, jeśli nie najlepszym, z roku 2024. Co ciekawe, piosenka jest wykonywana przez aktora grającego główną rolę i jego serialowy zespół Eclipse (śpiewa Byeon Woo-seok, na gitarze gra Lee Seung-hyub - lider zespołu N.Flying, na basie - Yang Hyun członek Omega X i na perkusji Moon Yong-suk, który też ma doświadczenie muzyczne - także udało im się zgromadzić bardzo wiarygodnych aktorów). Zespół ma normalnie profil na Spotify i w sumie 5 piosenek (oraz ich wersje instrumentalne) i w sumie wszystkie one są wciąż bardzo popularne. Co nie dziwi, bo są naprawdę dobre.

Lim Hyunsik - See The Light

Tu piosenka z kolejnej dramy, którą jednak widziałam, czyli When The Phone Rings, przy czym mogłabym jej równie dobrze nie oglądać, bo mimo poruszenia, które wywołała, była dość nudna, a jej zakończenie wprost absurdalne (ale jeśli interesują was szczegóły zapraszam tutaj). Ale See The Light to fantastyczna piosenka z odpowiednią - to znaczy dużą - dawką dramatyzmu. Ale nie wybujałego, a raczej tęsknego. 

PS Od początku czerwca (a nawet drugiej połowy maja) jestem zawalona pracą i zapewne będę do mniej więcej początku lipca, dlatego jestem mało aktywna na Waszych bloga i w odpisywaniu na komentarze, a kilkanaście ostatnich wpisów na blogu powstało tylko dlatego, że bloguję już ponad 10 lat i nabyłam umiejętność wymyślania i wyciągania wpisów z rękawa (ale też biorę pod uwagę, że w najbliższym czasie może wpisu czy dwóch nie być). Ale w lipcu obiecuję poprawę i będę nadrabiała teksty na Waszych stronach.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

 

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Co lubię i czego nie lubię w konkursach hafciarskich

 Hello!

Od kilku lat moim hobby jest branie udziału w konkursach hafciarskich. Wyszywanie i haftowanie to jedno hobby, a większość moich prac powstaje na prezenty, ale wysyłanie prac na konkursy to zupełnie osobne hobby. Głównie dlatego że wyszywanki, które wysyłam na konkursy tworzę na podstawie wzorów, które sama wymyślam i opracowuję i czasami jest to bardziej czasochłonne, niż samo wyszywanie. Ale dziś nie o tym aspekcie. Dziś bardzo dosłownie o wysyłaniu i odzyskiwaniu wysłanych prac.

 


Lubię: gdy konkursy odsyłają prace

... i oczywiście nie lubię, gdy ich nie odsyłają. Ale na takie, które nie odsyłają, po prostu nic nie wysyłam. Kiedyś to zrobiłam, bo nie doczytałam albo źle zrozumiałam regulamin, ale napisałam ładnego maila i odesłali pracę na mój koszt. Zazwyczaj się tak to odbywa (na koszt odbiorcy), ale jest jeden konkurs, w którym lubię brać udział szczególnie dlatego, że odsyła prace po prostu i nie trzeba płacić za przesyłkę. 

Nie lubię: gdy prace wracają uszkodzone

Niestety się to zdarza. Nieczęsto, ale niestety taki urok poczty i firm kurierskich. Na szczęście w większości przypadków problem dotyczy ramki, którą można wymienić - chociaż ostatnio niestety w transporcie została zniszczona ramka o bardzo unikatowym kształcie i tu mam problem, aby do tej pracy znaleźć nową. Ale zdarzyło mi się też, że praca została zniszczona przez to, jak była przechowywana po konkursie. Ponieważ odbywał się on niedaleko, to pojechałam sama ją odebrać i widziałam, jak wszystkie prace zwalone są jedna na drugiej, bez podziału na kategorie i jakiejkolwiek ostrożności. Od tamtej pory wysyłam na ten konkurs tylko prace, które nie ulegną zniszczeniu przy takim przechowywaniu.

Lubię: gdy dostaję nagrody

Co nie zdarza się często i do tej pory dostałam dwa wyróżnienia. Ale po jednym z konkursów - ku zaskoczeniu, którego nie jestem w stanie porównać do niczego, co wcześniej przytrafiło mi się w życiu w takim kontekście - jedna z instytucji zdecydowała się zakupić moją pracę do swojej kolekcji.

Nie lubię: gdy konkursy nie dają dyplomów za udział

Nie lubię: gdy na dyplomach jest błąd w nazwisku  

Zdecydowana większość konkursów razem z pracami odsyła dyplomy za udział i zaskoczeniem pozostaje dla mnie fakt, że są takie, które tego nie robią. Co do błędu, to przyznaję, że frustracja związana z tym faktem trochę skłoniła mnie do zrobienie tego wpisu. Niedawno przyszedł do mnie dyplom z konkursu, w którym dostałam wyróżnienie, z błędem w nazwisku. A najgorsze jest to, ze ten błąd pojawił się też na stronie internetowej, gdy wyniki konkursu zostały ogłoszone - ale tam napisałam maila i komentarz i zostało to naprawdę błyskawicznie poprawione. Niestety prośby o przesłanie poprawnego dyplomu pozostały bez odpowiedzi.

Lubię: gdy konkursy nie mają ograniczeń

W regulaminach często pojawiają się zastrzeżenia typu: praca powinna powstać w ciągu ostatnich x latach (najczęściej 2-3), praca nie powinna wcześniej być wysyłana na inne konkursy oraz na konkurs nie należy wysyłać prac wcześniej nagrodzonych w innych konkursach (są też regulaminy zupełnie bez takich zastrzeżeń). I o ile rozumiem zastrzeżenie pierwsze (bo sama wiem, że są konkursy, na które ludzie wysyłają prace wykonane wiele lat temu przez swoje babcie) i ostatnie (organizatorzy mogą chcieć dać szansę na nagrody innym pracom), tak zastrzeżenie o tym, że w ogóle praca nie powinna była brać udziału w innych konkursach jest absurdalne. Jest naprawdę niewiele na tyle szczególnych konkursów, żeby robić prace specjalnie na nie. Chociaż są i takie (już w tym roku zrobiłam pracę zupełnie tematycznie odległą od wszystkiego, co robiła wcześniej, specjalnie na konkurs oraz drugą tak inną formalnie do kategorii z tradycją w nowoczesność). No i oczywiście w pewnym sensie wszystkie moje prace konkursowe powstają specjalnie na konkursy, bo to zupełnie inny rodzaj wzorów, niż te które robię na prezenty lub specjalnie dla siebie. Ale wydaje mi się, że wysłanie tej samej pracy na 3 konkursy w ciągu dwóch lat jest i powinno być w porządku.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

 

czwartek, 11 czerwca 2026

Nudnawy - Mickey 17

 Hello!

Nie złożyło się, żebym miała okazję zobaczyć film Mickey 17 w kinie, ale gdy zobaczyłam, że jest na Netflixie ciekawość wzięła górę i oto jesteśmy dwie godziny później. 

Nagrodzony Oscarem autor scenariusza i reżyser filmu „Parasite”, Bong Joon Ho, przedstawia swój następny przełomowy film pod tytułem „Mickey 17”. Niezapowiadający się na bohatera Mickey Barnes (Robert Pattinson) nieoczekiwanie podejmuje się wyjątkowej pracy. Jego pracodawca żąda bowiem ostatecznego poświęcenia. Mickey musi umrzeć, żeby zarobić.  

Mam wrażenie, że opis tego filmu jest jak bardzo często mylący, bo chyba już ze zwiastunów wynikało, że chodzi o rodzaj klonowania i bohater umiera przynajmniej 16 razy zanim go poznajemy, więc to ostatnie zdanie z opisu jest trochę na wyrost, ale jednocześnie poznajemy historię naszego bohatera od w zasadzie początku i widzimy to, jak został Wymienialnym na statku kosmicznym. I powiedziałabym, że widzimy tej historii i poprzednich żyć za dużo, ze zbyt dużą ilością narracji i opowiadania głównego bohatera z offu, bo efekt jest niestety nudnawy.

Zaczynając oglądać, miałam świadomość średnich, kierujących się ku słabszym recenzjom tego filmu. I tak, gdy już myślałam, że film przestanie być nudny, on nie przestaje. A na dodatek wydaje się, że tematycznie chce łapać kilka srok za ogon i niemalże wszystkie mu uciekają. Są tu i rozmowy o śmierci, i karykaturalny lider, za którym podąża tłum (oraz pytanie czy to on, czy jego żona), i zastanawianie się nad osobowością człowieka, trochę wspomnień o etycznych itp. implikacjach klonowania/drukowania ludzi, pytanie o to, kto jest prawdziwą paskudą, kolonizacja, środowisko, poświęcenie. Wręcz wydaje się, że łatwiej napisać, czego w tym filmie nie ma, niż wymieć wszystkie tematy, perspektywy i wątki, które zdaje się podejmować bez żadnego rozwinięcia. 

Jednocześnie trudno wprost napisać, że to słaby film albo tym bardziej zły film. Jest nudnawy i można by uznać, że to największa zbrodnia, jaką może popełnić film jako forma rozrywki, ale nie jest tak, że wprost źle się go ogląda. Bo jest sprawnie nagrany, ma kilka naprawdę ciekawie pokazanych scen, Robert Pattinson ma okazję pokazać się aktorsko z dwóch zupełnie różnych stron w jednej produkcji i jako tytułowy bohater oraz jego kolejne wcielenie dźwiga ten film na swoich barkach. 

Podsumowując, ogólne wrażenie z oglądania jest dosyć dziwne, bo nie mam poczucia, że zmarnowałam czas, nie mam poczucie, że to słaby film, ale jednocześnie nie da się ukryć, że był on dość nudny i mimo wyraźnych zamiarów i prób wywołania całego ich spektrum nie wzbudził we mnie wielu emocji.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Pozdrawiam, M

niedziela, 7 czerwca 2026

Szantaż? - Chiny jednego dziecka

 Hello!

Ostatnio czytam zdecydowanie mniej, niż bym chciała, ale gdy zobaczyłam w bibliotece (w której niestety byłam zupełnym przypadkiem) książkę Chiny jednego dziecka już widziałam, jaka będzie moja kolejna lektura.


Tytuł: Chiny jednego dziecka
Autorzy: Piotr Sochoń, Weronika Truszczyńska, Nadia Urban
Wydawnictwo: Znak Literanova

Może zacznę od tego, że jeśli boicie się tytułów z przypisami, statystykami i danymi to nie jest to książka dla was, bo w każdym rozdziale Chin jednego dziecka jest przynajmniej 40 przypisów, a w rozdziale dotyczącym edukacji - ponad 100. Dla mnie to jednej z największych, jeśli nie największy, plus tej książki. 

Książka ma 6 rozdziałów, plus wstęp oraz zakończenie, które są zdecydowanie jej integralnymi częściami bardziej jak wprowadzenie i podsumowanie, niż zapoznanie z tematem i podziękowania, które niekiedy kryją się w takich częściach książki. Każdy rozdział ma innego autora (i trochę brakowało mi o tym informacji w spisie treści, który jest na początku książki - i to także jej wielki plus; tylko dodam tutaj jeszcze, że przypisy, poza kilkoma, są końcowe) i tak: wstęp, zakończenie, rozdział drugi o polityce i czwarty o edukacji są autorstwa Piotra Sochonia, rozdział piąty o małżeństwach i szósty o samotności - Weroniki Truszczyńskiej, a pierwszy o matkach i trzeci córkach - Nadii Urban. Książka zasadniczo ma 309 stron i jest naprawdę bardzo ładnie wydana. Czytałam wersję w twardej oprawie i jest naprawdę solidna. Poza tym środek jest ładnie zaprojektowany, ma trochę za szerokie marginesy zewnętrzne z ozdobnikami, a za wąskie wewnętrzne, ale nie trzeba książki odginać, aby doczytać wersy. W Chinach jednego dziecka wykorzystano także kolor czerownopomarańczowy - między innymi do odnośników przypisów - więc bardzo rzucają się w oczy, jeszcze bardziej odstraszając wszystkich, dla których sama obecność przypisów w książce jest znakiem tego, że jej treść jest nieprzystępna. 

I tu nie można by się bardziej pomylić, bo pomimo aparatu naukowego i tego, że ogólnie jest to bardzo ciekawa książka i napisana bardzo przystępnie, to wręcz można stwierdzić, że jest aż za bardzo przystępna. Już w połowie 2 rozdziału  nabrałam poczucia, że tylko ślizga się po podejmowanych tematach i z każdego rozdziału po rozbudowaniu można by stworzyć osobną, fascynującą książkę. W tym poczuciu nie pomagał fakt, że pomimo nadrzędnego tematu Chiny w kontekście polityki jednego dziecka rozdziały pomiędzy sobą są mało powiązane (nawet jeśli się do siebie odnoszą) i każdy jest trochę sobie. Poszczególnym rozdziałom brakowało też choćby akapitowych podsumowań (niektóre miały kilka zdań, które można by za takie uznać, ale były zdecydowanie niewystarczające) i częściej niż rzadziej po prostu się one urywały i nie miałam poczucia, że ani wyczerpały temat, ani że otwierają czytelnika na samodzielne dalsze jego eksplorowanie, po prostu się kończyły. Ale nie wszystkie, bo na przykład rozdział o samotności były poprowadzony fantastycznie, widać, że linia narracyjna była przemyślana i została otworzona, przeprowadzona i zamknięta. 

Inną sprawą jest fakt, że moje zainteresowanie czytaniem tego tytułu trochę falowało - i nie wynikało to chyba bezpośrednio z zawartości czy jakości książki, ale z tego, że słucham podcastu autorów od pierwszego odcinka, Chinami interesowałam się mniej niż Koreą i Japonią, ale się interesowałam od lat, i Chiny jednego dziecka niekoniecznie szczególnie poszerzyły zasób mojej wiedzy o Państwie Środka. Może trochę uporządkowały w kontekście wpływu polityki jednego dziecka, ale nie dowiedziałam się wielu rzeczy, których wcześniej nie wiedziałam. I z jednej strony myślę sobie, że jestem specyficznym czytelnikiem, ale z drugiej - przypuszczam, że większość odbiorców podcastu może mieć podobnie, a chyba byli oni przynajmniej częściowo targetem tego tytułu.

Przy wszystkich tych uwagach to jest naprawdę ciekawa, rzetelna książka, którą się dobrze czyta. I gdy się to robi można dojść do być może daleko idących wniosków, że chińskie społeczeństwo opiera się na wzajemnym - być może nieuświadomionym - szantażu (stąd tytuł recenzji) oraz że dwoma skrajnymi punktami, ale jednocześnie dwoma stronami tej samej monety polityki jednego dziecka jest wykształcona za granicą jedynaczka z wielkiego miasta oraz jej nigdy nienarodzona odpowiedniczka ze wsi. Poza tym bardzo skrajne przemiany społeczno-polityczne odbyły się w zasadzie na przestrzeni 3 pokoleń i jest to tempo przerażające.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M