piątek, 28 września 2018

Tu gdzie jesteśmy

Hello!
Jakby to było wczoraj, pamiętam, gdy nauczycielka na lekcji polskiego w kontekście Ludzi bezdomnych, zapytała nas, gdzie widzimy się za 15 lat. Nie pamiętam, co odpowiedziałam, chyba coś związanego z teatrem, ale pamiętam co odpowiedziała Koleżanka z ławki. Że będzie mieszkała w lofcie w Londynie, gdzieś niedaleko mnie. Mamy jeszcze jakieś 11 lat, aby się przeprowadzić do Londynu, ale dziś obie ciągnie nas raczej do Azji.

Żałuję, że nie pamiętam, co odpowiedziały Koleżanki z tyłu. Mogłoby to być ciekawe, dla tego co chcę dalej napisać. W każdym razie przyszłościowe plany nas wszystkich czterech po 3 latach, gdy teoretycznie powinnyśmy właśnie skończyć licencjat są bardzo różne od tych, o których opowiadałyśmy pani od polskiego.

To znaczy ja skończyłam jedne studia, kończę drugie, ale to ja. Jedna z nas, która była najbardziej zdecydowana, co chce robić w życiu od pierwszej klasy liceum, a decyzję podjęła wcześniej, po pół roku rzuciła studia i poszła na inne. Do tej pory jesteśmy zdumione, że skończył się to trochę tak, jak zapowiadali jej rodzice, ale widać, że sama jest zadowolona. Trochę ciężko pisać ogólnikami o tak skomplikowanych sprawach, jak cudze życie więc przejdę do innego punktu.

Ponieważ obecnie mieszkamy w 3 różnych miastach, spotykamy się, gdy jesteśmy w Ostrołęce większość naszych spotkań zaczyna się tak: widziałyście X się zaręczyła, Y wyszła za mąż. I mówimy tu o naszych koleżankach z liceum. Jakiś czas temu zaczęłyśmy żartować, że one będą po rozwodzie z dwójką dzieci, a my nawet nie będziemy miały chłopaków. Nie żebyśmy im źle życzyły, chodzi tu bardziej o to, że wciąż czujemy się dziećmi i wizja małżeństwa czy nawet zaręczyn jest trochę przerażająca. 

Z innej strony zauważyłam coś zaskakującego: często, gdy jest się w liceum ma się poczucie i nawet słyszy od nauczycieli, że teraz się jest dorosłym. I szczerze chyba wtedy czułam się bardziej dorosła, a może po prostu spokojniejsza i bezpieczniejsza, niż teraz. Bo obecnie słyszę z jednej strony: no skończyłaś studiować dwa kierunki to teraz na trzecim idź pracować a z drugiej strony: ehhh studiowanie to takie sztuczne przedłużanie dzieciństwa, studiuj najdłużej jak się da, bo potem to już tylko praca i praca. Najciekawsze jest to, że często mówią to osoby, które same nie studiowały bądź nie mają pojęcia jak obecnie studiowanie wygląda. Pracowanie na studiach to fajna sprawa, ale nie znam ani jednej osoby, która w trakcie studiów robiłaby "zawodowo" coś związanego z jej kierunkiem. Mam wrażenie, że część ludzi chwali samą ideę pracowania bez większego zastanowienia nad tym, co kto by robił. I mam nadzieję, że nie zrozumiecie mnie źle, bo pod żadnym pozorem to nie jest krytyka osób, które studiują i dorabiają weekendami czy coś takiego. Sama im trochę zazdroszczę, a praca trochę mnie przeraża, ale wykorzystuję w tym momencie bloga, aby trochę pokłócić się z osobami, od których słyszę, że MUSZĘ zacząć już pracować. A ja bym chciała postudiować chociaż rok jak człowiek, móc naprawdę wykorzystać ten czas na czytanie, przyłożyć się do zajęć, być do nich przygotowana tak jak należy, ale też mieć czas, gdzieś wyjść zobaczyć więcej Gdańska, nie wspominając o tym, że przez ostanie 3 lata w Gdyni i Sopocie była może po 3 razy. Chciałabym też poratować swoje zdrowie, bo w sumie odkąd skręciłam kostkę (chociaż to nie był bezpośredni powód, raczej taki punk rozpoczęcia) z moim zdrowiem na różnych poziomach nie jest tak dobrze jak być powinno. Mi się może na przykład wydawać, że się nie stresuję, aż tak bardzo, ale mój organizm uważa inaczej.  Z innej strony głupio mi też tłumaczyć ludziom sytuację finansową moją i moich rodziców. 

Zastanawiam się czy przez tę dziwną presję, którą tak naprawdę wywierają na mnie ludzie, którym daleko jest od znania mojej sytuacji w tym roku przed powrotem do Gdańska znów się stresuję. I nawet nie wiem, czy nie najbardziej ze wszystkich powrotów. Z jednej strony wiem, że zupełnie nie mam czym, a wręcz powinnam się cieszyć, bo na przykład grupy zostały bez zmian i będę w 4, a i tak się denerwuję. Może dlatego, że nie będzie już ZIArtu, a nieprzewidywalne, dziwne zajęcia i prawie im dorównujący studenci tegoż kierunku byli ze sobą tak związani i fakt, że już razem nie studiujemy jest uderzający. Nie sądziłam, że będę tak czuła, ale jednak będzie mi czegoś w Gdańsku brakowało. A powinnam ogólnie zacząć od tego, że już jedne studia skończyłam, mam licencjat (ale dyplom wciąż do odebrania) i powinnam czuć, że podbiję ten rok na filologii polskiej. 

Ale właśnie to będzie ostatni rok licencjatu więc denerwuję się już na zapas decyzjami, które będę musiała podjąć za rok. Czy zostać w Gdańsku na studiach dziennych i jednak na magisterce rozejrzeć się za jakąś pracą? Czy zdecydować się na studia zaoczne w Warszawie, Białymstoku, Olsztynie i rozważyć szukanie pracy/staży w Ostrołęce? Nie byłoby to niemożliwe, ale znów, gdy tylko komuś znajomemu (znajomemu powyżej trzydziestki) o tym wspominam, to wszyscy mi mówią, aby uciekać z miasta. I faktycznie młodzi uciekają, ale we mnie budzi się jakaś potrzeba misji (ahh te prawie artystyczne studia i licencjat o marketingu), żeby w mieście coś się działo, żeby inni młodzi nie chcieli z niego uciekać, bo naprawdę w końcu nie będzie tu komu pracować.

Tak sobie piszę i myślę, że właśnie zaczęliście uważać, że nie rozumiem tego, że dorosłość polega właśnie na tym, że decyzje się podejmuje i ponosi ich konsekwencje. Wyprowadzam Was z błędu doskonale znam tę definicję dorosłości. Ale to trochę nie o tym wpis, bo ja jakieś decyzje podejmę, przyzwyczaję się do nich i nie będę żałowała.

To wpis o tym, że akurat to taki czas, że nazbierało mi się tyle myśli, a pisanie i rozmawianie ma trochę właściwości porządkujących. Poza tym dzielenie się takimi rozmyślaniami, sprawia, że ludzie dzielą się swoimi i wspólnie można wymyślić jeszcze więcej.

To też ostatni wpis we wrześniu, następny będzie 1 października i będzie to podsumowanie 14. Festiwalu Teatrów Małych IGŁA, który trwa w Ostrołęce dziś i jutro, a przy którego organizacji właśnie pomagam.

Czekam bardzo na Wasze komentarze, bo jestem bardzo ciekawa czy macie jakieś przemyślenia, doświadczenia w tematach, które dziś poruszam.
LOVE, M

środa, 26 września 2018

Pustka - Shadowhunters 3a

Hello!
Miałam nie oglądać trzeciego sezonu Shadowhunters. Zobaczyłam drugi i nawet bardzo nie cierpiałam (ale nigdy o nim nie napisała - to też coś znaczy), a Nocni Łowcy mieli dołączyć do Elementary i Once Upon A Time w dziale seriali, których kolejne sezony nie są interesujące. A z drugiej strony potrzebowałam miłego, lekkiego i po angielsku serialu, który mógłby lecieć w tle, gdy  robię inne rzeczy i zbieram energię na oglądanie dram, które wychodzą jesienią.

I jako coś, co nie wymaga zbyt wiele patrzenia, zwracania uwagi i samo sobie leci na ekranie ten sezon, czy raczej część pierwsza trzeciego sezonu, się sprawdza. Ale tylko w tym. Bo poziom skomplikowania fabuły, konfliktów czy relacji bohaterów jest bardzo niski i musi być uzupełniany równie prostymi wątkami drugoplanowymi. Oglądanie tego serialu to zerowy wysiłek intelektualny. Ale wydaje mi się też, że poziom pomiędzy 2 i 3 sezonem spadł, bo drugi nie był taki zły i taki niewymagający dla widza.

A poza tym przez bardzo złe efekty specjalne jestem straumatyzowana, bo są straszne, brzydkie i często niepotrzebne. W wielu wypadkach, jestem pewna, że wystarczyłaby lepsza charakteryzacja. A w niektórych większa kreatywność reżysera czy producenta. Efekty są koszmarnie żenujące.


Ten sezon pokazuje też, że najmniej interesującą postacią serialu jest Jace. Drugoplanowy szef ochrony instytutu jest ciekawszy niż on. Zastanawiam się, czy ktoś odkrył w końcu, że Dominic Sherwood jest prawdopodobnie najsłabszym aktorem na planie czy twórcy aktywnie śledzą to, co piszą fani serialu, czyli że bardziej interesuje ich Alec, Izzy i Simon oraz Clary niż Jace. Który z założenia jest najlepszym Nocnym Łowcą w swojej generacji, a w serialu pokazywany jest bardzo słabo. W książkach też miał swoje gorsze momenty, ale tym się kończy robienie wariacji na temat fabuły dzieła pisanego, że przekręcanie pewnych wątków odbiera im jakąkolwiek głębię. Ale to problem całego tego sezonu, że jest płaski i pusty.


Fabuła tego sezonu jest tak jednoliniowa, że nawet nie wiem, co można o niej napisać. Może, że widzowie powinni się cieszyć, że historia w ogóle jest i nawet dokądś zmierza. Zawsze mogło jej wcale nie być. Nie ma za to praktycznie jakiś większych wątków na drugim planie. To znaczy każdy bohater ma swój osobisty, na przykład Alec kłóci się trochę z Magnusem. I to tyle. Teoretycznie to 10 czterdziestopięciominutowych odcinków - praktycznie nie ma o czym pisać. Cały sezon Lilith zbiera i zabija ludzi, żeby wskrzesić Jonathana a Nocni Łowcy usiłują jej w tym przeszkodzić. Pasjonujące. Szczególnie, gdy wie się, jak bardzo Nocni Łowcy lubią sobie utrudniać życie. Ale lepiej się o tym czyta, niż ogląda rozciągnięte na 10 odcinków.


Wiosną Shadowhunters ma powrócić i się skończyć. Ale nie płakałabym, gdyby nie powrócili - tak bardzo nie robi mi różnicy, co się dzieje i będzie działo z bohaterami. Pewnie kiedyś i tę część obejrzę, bo odrobinę jestem ciekawa, jak zakończą to wszystko w dwugodzinnym finale, ale na pewno nie będzie to w okolicach premiery.

Trzymajcie się, M

poniedziałek, 24 września 2018

Jesień

Hello!
"Oto już jesień i pora umierać", a zawsze co roku jestem pewna, że pierwsze słowa to "przyszła już". I zmieniłabym je na pora zamarzać. A w tym roku jesień przyszła jak na zawołanie, dosłownie pierwszy dzień i trzeba było wyciągać wełnianą bluzę i szalik. Dziś rano padał u mnie grad, deszcz. Wieje tak, że Gdańsk by się nie powstydził. Mam też wrażenie, że studenci dużo bardziej czuję zmianę pór roku niż uczniowie.









Każdego roku, a zasadniczo to cztery razy do roku, obiecuję sobie, że na następny wpis sama zrobię zdjęcia. Prawie wyszło mi to latem, bo faktycznie nie były to inspirujące i pasujące zdjęcia z banku, ale piękne zdjęcia mojej koleżanki, ale dalej nie były to moje. W tym roku może postaram się , bo bardziej. Póki co wybrałam  siedem, bo to liczba uważana przez wielu ludzi za szczęśliwą więc niech przyniesie nam same dobre rzeczy.

Trzymajcie się, M

sobota, 22 września 2018

Ulubione programy sezonu 2017/2018

Hello!
Sezon łyżwiarski skończył się już dobry czas temu, ba, zaczął się już praktycznie nowy, juniorzy jeżdżą już od sierpnia, ale dopiero Autumn Classic International obudziło mnie, że powinnam w końcu pokazać  Wam, które programy podobały mi się najbardziej. Wynika to po trochu z kilku rzeczy miedzy innymi braku czasu, ale także faktu, że moi ulubieni łyżwiarze w tym sezonie prezentowali się rzadko, bywało, że ich program były wykorzystaniem choreografii z poprzednich sezonów, a ogólnie to było naprawdę niewiele przejazdów, które naprawdę mnie zachwyciły.

Ale jednym z moich ulubionych jest program pary sportowej z Chin Xiaoyu Yu i Hao Zhanga do muzyki z Jeziora Łabędziego. Które to było najpopularniejszym motywem w tym sezonie, pięć programów zostało do niego i jego wariacji ułożone. I to ładne przejście do następnego tańca, bo muzyka z Moulin Rouge była druga na liście popularności, przynajmniej w czasie ISU Grand Prix.


Absolutnie powalający program, nie wiem czy nie najlepszy ze wszystkich kategorii i wszystkich łyżwiarzy. Tessa Virtue i Scott Moir brawurowo, ale elegancko, tak jak tylko oni potrafią zatańczyli swój program dowolny właśnie do ścieżki dźwiękowej z Moulin Rouge. Nic dziwnego, że zdobyli złoto na tegorocznej Olimpiadzie. Chociaż ich całosezonowa rywalizacja z Gabriellą Papadakis i Guillaumem Cizeronem na pewno będzie czymś, o czym łyżwiarski świat będzie wspominał jeszcze długo.
Notabene właśnie odkryłam, że Gabriella jest ode mnie tylko rok starsza, urodziła się w 1995, a jej partner w 1994, a są oni obecnie niedoścignioną czołówką par tanecznych w Europie, a na świecie na właśnie tylko Tessa i Scott mogą z nimi rywalizować.




Yuzuru był jednym z tych łyżwiarzy, który korzystał z muzyki i odrobinę zmienionego programu z innego sezonu. Dokładnie z sezonu 2015/2016. Dla mnie była to jednak w pewnym sensie nowość, choć oczywiście widziałam przejazdy z tamtego czasu, bo moje zainteresowanie łyżwiarstwem wspięło się na swój szczyt w sezonie 2016/2017 i tam zostało. 
A poza tym, jak mogłam pominąć program nie tylko mojego ulubionego łyżwiarza, ale dwukrotnego mistrza olimpijskiego? Przez niego zarwałam noc, a nie zrobiłam tego nigdy. Ale była to najlepiej zarwana noc w moim życiu i co się naprzeżywałam to moje i niczego nie żałuję.


Dajcie mi muzykę z opery a będę szczęśliwa, a Nessun Dormę darzę szczególnym uczuciem. Podobnie jak Shomę Uno, któremu bardzo kibicuję, a który miał bardzo drugorzędny sezon. To znaczy na wszystkich ważnych (Olimpiada, finał GP, itp.) lądował na drugim miejscu, bo na pierwszym zawsze był ktoś inny. Ale jest mistrzem Japonii od 2 lat. Chociaż życzę mu bardzo, żeby w końcu wygrał Mistrzostwa 4 Kontynentów, bo chociaż Boyanga Jina też całkiem lubię, to z tego co pamiętam tam była jakaś aferka z sędziami i punktacją. 
W każdym razie Nessun Dorma jest cudowna.


A tu trochę sensacyjny i trochę miły wynik pary z Korei Północnej, która zajęła 3 miejsce w Mistrzostwach 4 Kontynentów i zakwalifikowała się do Olimpiady. Mam wrażenie, że całemu światu sportowemu było miło i byli z nich dumni, a przynajmniej takie wnioski można było wyciągnąć z komentarzy i opinii. A poza tym to naprawdę ładny program i patrzy się na nich bardzo przyjemnie. 

Nie mogę się już trochę doczekać rozpoczęcia GP seniorów, chociaż trochę zawodników robi sobie przerwy, a część zakończyła sportową przygodę, na przykład Patrick Chan, czego strasznie żałuję. 
W każdym razie, jak tylko GP się zacznie to na pewno będę Was informowała na Facebooku bloga, co dzieje się w łyżwiarskim światku. 

LOVE, M

wtorek, 18 września 2018

Lepiej w odcinkach - Bungou Stray Dogs: Dead Apple

Hello!
Odkąd minął Rok z anime (a był to rok 2016) do mojej kolekcji ulubionych anime dołączyło może 4-5 nowych tytułów. To niewiele biorąc pod uwagę, ile nowych anime się pojawia co roku. Ale jednym z tytułów, który trafił to mojego serca w czasie trwania tamtego cyklu było Bungou Stray Dogs. Anime ma dwa sezony, ale dziś skupię się na filmie o tytule Dead Apple


I niestety film jest zaskakująco słaby. Zarówno na poziomie opowiadanej historii, pokazywania bohaterów i humoru. Scenariusz ma przeogromne dziury, brakuje mu także często sensu. Film ogląda się prawie bez emocji, nawet sceny, które powinny być wzruszające czy robiące wrażenie są potwornie nudne i puste. Anime wywoływało całą gamę emocji, tu nie ma żadnych. Nawet próby wciśnięcia zabawnych momentów nie działają, a wręcz są żenujące. Na szczęście nie ma ich wiele. Ale Dead Apple nie ma też wielu innych charakterystycznych dla Bungou Stray Dogs cech: lekkiego przerysowania czy nieprzewidywalności. Zastanawiałam się czy to nie wynika z tego, że być może przy filmie pracowały inne osoby, niż przy anime, ale nie. Reżyser i autor scenariusza pozostali ci sami. 


Jako tako ogląda się ostatnie pół godziny filmu, gdy widz już przyjmie do wiadomości i pogodzi się z brakiem logiki i wyjaśnień i zaakceptuje, że inaczej nie będzie, więcej się nie dowie. Coś tam się dzieje, trochę się biją, trochę dostajemy informacji o przeszłości Atsushiego. Prawie satysfakcjonujące jest pojawienie się wątku o akceptacji swoich umiejętności, ale to nie tak, że już tego nie widzieliśmy wcześniej. 


Za to praktycznie wszystkie postaci poza Atsushim i Kyouką są odstawione na trzeci plan i pojawiają się sporadycznie. Dazai coś kombinuje z wrogami, którzy ogólnie biorą się znikąd i praktycznie nic o nich nie wiemy.  Jest taki moment w filmie, że widz nie wie, o co chodzi, bo nic się nie działo i nagle, nie wiadomo skąd, szybko i bez sensu ani żadnego ułożenia, zaczyna się coś dziać. Nie wiemy, gdzie są postaci drugoplanowe, ba, nie wiemy skąd postaci pierwszoplanowe wzięły się tam, gdzie film nam je później pokazuje. Chyba montaż czy decyzje dotyczące kolejności wydarzeń, gdzieś się pomieszały po drodze. Widz naprawdę może się zgubić. Animacja też kuleje czasami, a na pewno nie jest tak pomysłowa, jak czasami bywała w sezonach. A może po prostu był problem z budżetem na ten film.


Mam poczucie, że albo jest to bardzo niewykorzystany potencjał, albo dostaniemy 3 sezon anime. Co w sumie mnie cieszy, ale nie zwalnia twórców ze zrobienia dobrego filmu, chyba, wprowadzającego do tego trzeciego sezonu. Bo Dead Apple to trochę taki po prostu bardzo długi odcinek anime. Cierpiący na wszelkie przypadłości filmów, seriali czy anime, które są niepotrzebnie rozciągane w czasie, zamiast skupić się na konkretach. Ma kilka lepszych momentów (na przykład niepodważalna wiara Chuuyi w Dazaia), ale można je policzyć na palcach jednej ręki.


Nie powiem, żebym czuła, że zmarnowałam czas. Przynajmniej nie tak bardzo. Filmowi brakuje napięcia (a jeśli zajrzycie <tu> to przekonacie się, że drugiemu sezonowi nie brakowało), w porównaniu z sezonami anime jest na wielu poziomach naprawdę bardzo słaby, ale to wypełnienie pustki w oczekiwaniu na trzeci sezon. Pytanie tylko czy jakość filmu jest wypadkiem przy pracy, czy należy zacząć się obawiać o historie, które będą pokazane w serii. Mam nadzieję, że po prostu reżyser i scenarzysta czują się lepiej w odcinkowej formie i  3 sezon jest bezpieczny i się produkuje. 

Pozdrawiam, M

niedziela, 16 września 2018

9. Festiwal Teatralny InQbator

Hello!
W tym roku miałam wybór: albo jadę do Torunia na Copernicon, albo zostaję i kręcę się przy InQbatorze. Wybrałam drugą opcję. Nie żałuję i to nie tylko dlatego że w Toruniu i tak nie było w tym roku większości prelegentów, których lubię. 

Od poniedziałku do środy siedziałam w Galerii "Ostrołęka", gdzie odbywały się warsztaty z pisania o teatrze. W sumie nie robiłam tam za wiele, ale paniom z Oczka chyba zależało żeby ktoś od nich tam był. I byłam. Ciekawie się obserwowało młodzież, bo okazało się, że to zdolne bestie, tylko trzeba im wiele rzeczy nakazać na siłę. A wyjdą zadowoleni. 
Jednak pierwszego dnia, gdy poszłam do Galerii spotkała mnie dziwno-przykro-śmieszna sytuacja. Spytałam się pani, która akurat tam była czy wszystko na warsztaty przyjechało/ czy sala jest gotowa/ i o inne rzeczy, o które zostałam poproszona. Dowiedziałam się, że dojechało, ale sala gotowa nie jest. No ok, zadzwoniłam do pań, które mnie wysłały, aby zdać relację. Powiedziały, że mam zostać i czekać. I tak zrobiłam. Ale pani, z którą rozmawiałam wcześniej, chyba nie zdawała sobie sprawy, że zostałam, bo usłyszałam jak rozmawiała z kimś przez telefon: "-Jakaś pannica twierdzi, że przyszła z Oczka sprawdzić czy wszystko dojechało na warsztaty i sobie poszła". A w momencie, gdy mówiła "poszła", wyszła z biura i zobaczyła, że ja sobie spokojnie siedzę pod oknem i czekam. Prawda jest taka, że ze mnie w tym roku to był wolontariusz o trochę nieustalonym statusie i było to bardzo niezręczne, ale sytuacja była niemiła. 

Warsztaty były od 12 do 15, a rano byłam w Oczku i pakowałam stroje albo robiłam coś, co akurat było potrzeba zrobić. 



W czwartek była parada. W tym roku nie było balonów. To znaczy były, ale w sumie 9, po 3 żółte, zielone i niebieskie, bo to kolory flagi  miasta, a nie 200 żółtych i czarnych. Naprawdę wizja tego, że trzeba by było je pompować i montować trochę mnie przerażała. Ale parada była w tym roku związana z historią i patriotyczna więc z balonów zrezygnowano. Ja w niej nie szłam. Czekałam w Galerii, bo młodzież z jednej ze szkół miała tam wrócić z zdać stroje, więc ktoś musiał je poukładać i sprawdzić czy zgadza się liczba. I znów miała tu miejsce dziwna sytuacja. Ale tym razem pozytywnie dziwna. Wyjaśnię tylko jedną rzecz: większość osób o których piszę jest jakieś 40 lat ode mnie starsza, plus ten mój nie do końca zdefiniowany status sprawia, że wszystko jest jeszcze bardziej niekomfortowe. W każdym razie, siedziałam z panem kierownikiem i piłam kawę, a do biura wchodzi jakiś pan. Ja mu dzień dobry jeszcze, gdy był w korytarzu mówiłam, ale pan kierownik postanowił nas sobie przedstawić. I wszytko bardzo normalnie, aż pan kierownik informuje pana prezesa OTFu: "A pani Klaudia jest asystentką głównego organizatora festiwalu". A pani Klaudii szczęka w dół i oczy na wierzch. Zdziwiłam się, bo to było miłe i niespodziewane. Na szczęście panowie zaczęli rozmawiać o fotografiach oraz zaraz przyszły dzieciaki, których musiałam pilnować. 

Pierwszego dnia nie widziałam ani jednego spektaklu. Na większości musiałam też informować ludzi, że oni też go nie zobaczą. Ktoś musi stać na drzwiach. I to nie tylko musi, że ktoś komuś nakazuje, tylko ludzie mają pomysł typu wchodzenie na salę 40 minut po rozpoczęciu przedstawienia. I wiele innych, podobno jednego dnia prawie dochodziło do rękoczynów. Ale nie na mojej warcie. Miałam problem z jednym tatą, który przyjechał po córkę, która weszła ze swoją mamą na salę, ale na szczęście ostatecznie ktoś inny się z nim kłócił. Ale pan czekał długo licząc na to, że sobie pójdę. 




Piątek. Rano był spektakl dla dzieci, ale nie było potrzeby abym przychodziła. Więc przyszłam po 17 i na przykład poszłam do szkoły podstawowej w poszukiwaniu kredy, bo teatr, który miał występować wieczorem musiał coś pozaznaczać na parkingu. Później był mini kryzys, bo ktoś podał zły czas trwania spektaklu, wernisaż się opóźnił i następny spektakl się opóźnił jakieś 10 minut. A był to Wieczór profesorski, który planowałam zobaczyć cały, ale mi się nie udało. Składał się on z dwóch części "Fun AB®-ja" i "Nie bójmy się". Pierwszą zobaczyłam, ale nie przekonała mnie do siebie, natomiast na drugiej musiałam wyjść, bo tancerze (to teatr tańca) wykorzystali w swoim podkładzie muzycznym  bicie serca. I za nic nie mogłam się skupić na ich tańcu, bo to bicie serca bardzo mnie rozpraszało. Rozpraszało mnie także to, że pan Andrzej Morawiec wyglądał na dużo sprawniejszego i lepiej tańczącego od swoich partnerek. To komplement. Ale różnica pomiędzy nim a paniami, z którymi tańczył była widoczna na niekorzyść pań. W prawie całości, opuściłam może 2-3 minuty początku zobaczyłam ADAM et EVA. In vivo. Warszawskiego Centrum Pantomimy - Street. Premierowo w Ostrołęce. I to chyba podwójnie i jako ten spektakl i jako projekt uliczny, bo z tego co zrozumiałam Centrum Pantomimy do tej pory takich spektakli nie robiło. Samo przedstawienie podobało mi się. Było takie bardzo w sam raz: nie za mało symboliki, nie za dużo, bardzo ładne światła. Jeśli tylko będziecie mieli okazję, to zobaczcie. 

Sobota. Finał warsztatów pantomimy odbył się w strugach deszczu. Spektakl o 14.30 trzeba było odwołać. I znów jakiś, no przepraszam, żenujący dziennikarzyna na mojaostroleka.pl w relacji z tego dnia, bez pomyślunku napisał "ostrołęczanie obejrzeli Pięciu nieudanych...". Tylko że ostrołęczanie nic nie obejrzeli, bo lało niesamowicie i teatr zabrał się do domu. A wszyscy tylko prosili aby przestało padać, bo tego dnia jeszcze miały być plenerowe spektakle. I przestało, cała reszta odbyła się według planu. Ale mi nie chciało się wychodzić z budynku więc pilnowałam biura. Wyszłam dopiero na Nieme kino Teatru MIMO. Bo był na parkingu przed OCK i to teatr z Warszawskiego Centrum Pantomimy. Ale nawet, gdyby był dalej to bym poszła, bo to cudne, zabawne i robiące wrażenie przedstawienie. Bardzo mi się podobało. Spektakl jest grany po dwóch stronach scenograficznej sceny i chociaż dwa razy od reżysera (Bartłomieja Ostapczuka, którego Ostrołęka bardzo lubi, bardzo, bardzo, bardzo) słyszałam, że to ta sama historia, to i tak ma się ochotę zobaczyć to jeszcze raz, aby się przekonać na własnej skórze czy aby na pewno tak jest. A ja bym to z przyjemnością zobaczyła po raz kolejny, nawet gdybym miała oglądać je po tej samej stronie, na której już widziałam. Trzeba jednak napisać, że chociaż wszyscy aktorzy robili świetną robotę, najbardziej wyróżniał się Wojciech Rotowski, grający głównego bohatera. W programie może być sobie napisane, że to historia o radościach, słabościach (i jest takie imię i nazwisko aktora, mam nadzieję, że nic w obsadzie się nie zmieniało) i inne ładne, odrobinę frazesowe stwierdzenia, a prawda jest taka, że to historia nałogowego podrywacza z fajnym plot twistem. 
To tylko odrobinę przytyk do tego jak te informacje o poszczególnych spektaklach są pisane, bo wszystkie są prawie takie same, a można napisać je ciekawiej i prościej. I jestem prawie pewna, że w przypadku tego spektaklu inaczej napisana informacja mogłaby ściągnąć na spektakl więcej osób.
Ah i trochę się o pana aktora i później jedną z pań aktorek również, martwiłam bo siadali na tej ściance scenograficznej. Wchodzili po drabinie i siedzieli, i machali. Bardzo się zastanawiałam czy to się nie przewróci, bardzo.

Zdjęcia są z Deja vu.
A trzecie będzie na Instagramie. 

Następnie był kolejny pokaz powarsztatowy, a w sumie poprojektowy, ale stałam, oglądając Nieme kino więc poszłam do biura wypić kawę i okazało się, że dobrze zrobiłam, bo ktoś musiał go pilnować. O 20 natomiast była gwiazda programu, a w sumie gwiazdy, bo panów jest dwóch - Bodecker & Neander i Deja vu. Panowie mimowie, przezabawni, na przykład segment Gołąbek, ale i poruszający, niepozwalający spocząć widzowi na laurach, trzeba jednak włączyć intelekt w trakcie oglądania w chociażby segmencie Mistrz i uczeń. Cały program Deja vu jest dość długi, bo godzina, 15 minut przerwy i 35 minut, ale bardzo warto. Każdy znajdzie coś dla siebie, a panowie są mistrzowscy. A ich reżyser jest bardzo pomysłowy. Dostali przeogromne brawa i jeszcze zagrali małą etiudkę i dostali kolejne brawa. Chyba byli zdziwieni tak ciepłym i serdecznym przyjęciem. A myślę, że ludzie klaskali by jeszcze, ale zamknięto kurtynę. Bo znów zrobiła się obsuwka i myślę, że następny i ostatni już spektakl rozpoczęto dobre 20-25 minut później niż planowano. Nie poszłam na zakończenie Festiwalu. Ale byłam wcześniej przywitać teatr, który prezentował się jako ostatni i dałam mu paczuszkę z identyfikatorami, programem, itp.

Jeszcze sytuacja sprzed drzwi na gwiazdy wieczoru, bo nie mogło się obyć bez skomentowania mojego wyglądu/wieku. Miałam pilnować żeby ludzie nie weszli za wcześnie na salę, a najbliżej drzwi ustawiły się osoby z teatru młodzieżowego, które zostały wcześniej wyproszone z tejże sali. I zaczęli mnie zagadywać. Nie podobał mi się kierunek tej rozmowy ("a co nam zrobisz jak spróbujemy wejść?"), ale dziewczyna się pyta, jak ja się tu znalazłam. Trzeba było zobaczyć jej minę jak odpowiedziałam "skończyłam studia, robiłam praktyki i tak zostałam". Wcięło ją mocno. Powiedziała tylko "młodo wyglądasz", a ja "tak, wiem". I już nic nie mówili.

W przyszłym roku będzie 10 InQbator więc może być ciekawie. Kogo ja oszukuję na pewno będzie, bo to idealny pretekst do świętowania, a pomysłowości ludziom zaangażowanym nie brakuje. 

LOVE, M

PS Przeglądałam co ludzie piszą na Facebooku i znalazłam takiego bubla, że boli. Otóż Miasto Ostrołęka napisało, że 9. edycja zgromadziła najliczniejszą widownię. Otóż nie. Niestety, ale taka jest prawda. Dwa lata temu widownia była dużo większa, w zeszłym roku była dużo większa, a w tym była naprawdę wyjątkowo nieliczna. Ani jeden spektakl na sali głównej nie odbył się przy 100% frekwencji, wręcz boczne siedzenia były puste. Chciałabym też zobaczyć te setki na spektaklach plenerowych. Bo nawet jeśli mnie tam nie było, to wiem, że setek żadnych też nie. Nawet w kuluarach się mówiło, że ludzie w tym roku nie dopisują.

piątek, 14 września 2018

Wszyscy będziecie zaskoczeni - Iron Fist 2

Hello!
Całkiem nieźle się złożyło, że niedawno zdecydowałam się jednak obejrzeć drugi sezon Jessiki Jones, bo kilka dni temu, patrzę a na Netflixie drugi sezon Iron Fista. Zobaczyłam to dwa dni po premierze, bo ze wszystkich netflixowych seriali ten zebrał najsłabsze recenzje i drugi sezon chyba nikogo nie interesował, więc nie było wielkiego poruszenia w internetach.

A szkoda, bo okazuje się, że drugi sezon Iron Fist jest nie tylko lepszy niż pierwszy, ale jest także lepszy od drugiego sezonu Jessiki Jones. Po pierwsze ma lżejszy klimat niż Jessica, lepiej się go ogląda, nie ma niepotrzebnych wątków, które nie łączą się z wątkiem głównym. No i nie ma w nim Trish Walker. Jest inna Walker, która jest problematyczną postacią, ale do niej jeszcze wrócę.

Chociaż nie od początku jest tak pięknie. Przez pierwsze 4 odcinki zastanawiałam się, co to w ogóle ma być, bo wiele elementów niezbyt dobrze ze sobą współgrało, chaos tam panował, ale okazało się, że po prostu scenariusz musi się rozkręcić, a puzzle powchodzić na swoje miejsca. Danny musi mieć złamaną nogę i to była najlepsza decyzja twórców ever, bo w końcu przestał być taki denerwujący. A później historia toczy się sama. A jeśli ktoś jest fanem tego, że każda postać ma przejść jakąś drogę, zmienić się, dokonać samorozwoju to też powinien być zadowolony.

Na szczęście nie jest patetycznie, nie uderza się w podniosłe tony. Danny i Colleen próbują ogarniać swoje podwórko, ale dopóki Danny nie zostaje uziemiony nie ma szansy na rozwój charakteru. Natomiast Colleen to taka postać jak Clarie dla Daredevilla, tylko ma chyba jeszcze więcej anielskiej cierpliwości. Ward próbuje ratować więzi rodzinne z Joy i średnio mu się to udaje, ale trzeba mu przyznać, że się stara. A Joy i Davos łączą siły żeby się zemścić. Obiektem zemsty jest oczywiście Danny. I trzeba przyznać, że Davos jest bardzo, bardzo skuteczny. A Joy, na szczęście, jest niezłą agentką. A cały sezon ogląda się dobrze, bez zgrzytania zębami. I chociaż wcześniej napisałam, że ma nieco lżejszy klimat to jeśli potrzeba, aby jakaś postać zginęła to ginie, nie ma patyczkowania się. Ogólnie jest jest lekko, łatwo i powiedzmy przyjemnie. Nie ma co się spinać.


Jeśli było coś, co przeszkadzało mi w bawieniu się naprawdę dobrze podczas oglądania to postać Mary Walker, która jest bardzo ciekawa, ale nie wiem, dlaczego zdecydowano się, aby była tym kim była. Chociaż końcówka serii sugeruje, że w być może następnym sezonie, o którego powstaniu informują wszystkie znaki na końcu ostatniego odcinka, będziemy mieć do czynienia z jeszcze większą ilością tajemnic, które Mary Walker skrywa. A druga rzecz: jeśli ogląda się odcinek po odcinku to naprawdę wybija z rytmu, jeśli końcówka poprzedniego ma się nijak do początku następnego. Nie oczekuję, że serial to będzie film pocięty na kawałki, ale odrobinę większej spójności.

A teraz element zaskoczenia, który myślę, że może przypaść do gustu wielu osobom, ale jest wielkim spoilerem. Ale mam wrażenie, że twórcom udało się wybrnąć i to całkiem zgrabnie z kontrowersji, które otaczały poprzedni sezon, I to powiedziałabym, że wręcz podwójnie. Nie sądzę, aby rozwiązanie, które zostało wykorzystane było pierwszym pomysłem twórców na drugi sezon Iron Fista. Myślę, że to zmiany, które zostały poczynione, po recenzjach poprzedniego sezonu. I wyszło to naprawdę dobrze.

Pozdrawiam, M

środa, 12 września 2018

Książka sportowa - Arkadiusz Gołaś. Przerwana podróż

Hello!
Jestem z Ostrołęki. Gdy dowiedziałam się, że ma ukazać się książka Arkadiusz Gołaś. Przerwana podróż dość dokładnie śledziłam co się z nią dzieje. Premiera książki miała miejsce 8 listopada 2017 w Ostrołęce. Ale trochę jeszcze minęło zanim ją przeczytałam. W sumie na kilka dni przed wypożyczeniem o niej myślałam, że chciałbym to zrobić jeszcze w wakacje zanim wrócę do Gdańska. I, gdy poszłam do biblioteki, jak na życzenie, stała na półce z nowościami.


Zaczęłam ją czytać w sumie tuż po powrocie do domu. Pierwszy rozdział dotyczy wypadku i pogrzebu. Przepłakałam cały, prawię płaczę to pisząc. We wrześniu 2005 roku zaczynałam trzecią klasę podstawówki, pogrzeb miał miejsce 22 w kościele, który doskonale widać ze szkoły. I pamiętam nieliczone tłumy ludzi i że było to aż trochę straszne w tamtym momencie. Oraz pamiętam, że później na ulicach było dużo kwiatów. W każdym razie chcę napisać, że czytanie tego rozdziału było dla mnie bardzo dziwnym przeżyciem. Oraz, że chyba każdy ostrołęczanin wie dokładnie, gdzie siatkarz jest pochowany.


Tytuł: Arkadiusz Gołaś. Przerwana podróż
Autor: Piotr Bąk
Wydawnictwo: Wydawnictwo SQN 

Myślałam, że to tym pierwszym rozdziale nie wrócę do tej książki, bo chyba nigdy w życiu nie czułam się tak dziwnie, czytając. Ale wróciłam i przeczytałam całość w jakieś 3 godzinki. Bardzo, bardzo szybko się ją czyta. Nie jestem jednak pewna czy to zaleta czy jednak nie wada. Jest wiele fragmentów Przerwanej podróży, których się nie czyta tylko przelatuje wzrokiem, bo nie sposób skupić się na tekście, gdyż są to nazwiska, nazwy, wyliczenia. Dla osoby, której te rzeczy nie mówiły wiele przed rozpoczęciem lektury, cóż, dalej nie będą mówić wiele, a wystarczyło rozwinąć niektóre skróty nazw. A z drugiej strony, jeśli ktoś bardziej się interesuje siatkówką, to mam poczucie, że ilość powtórzeń i wyliczeń nazwisk była niepotrzebna. 

Druga sprawa, która trochę zepsuła mi czytanie, to ogromna nierówność jakości warsztatu pisarskiego autora. Są rozdziały, które czyta się bardzo przyjemnie, płynie się przez tekst, ale niektóre rozdziały mają fragmenty polegające na wymienianiu w kolejnych akapitach meczu, wyniku i tego, ile punków zdobył bohater książki oraz krótki komentarz. I trochę się po tych fragmentach prześlizgiwałam, bo największe emocje to jednak albo granie, albo oglądanie (notabene piszę tę recenzję, a w TV leci mecz Polska-Kuba), a czytanie o meczach, które były ponad 10 lat temu, choć pokazuje postępy to nieszczególnie wywołuje emocje. 

Co jednak trzeba przyznać i podkreślić, autorowi udało się przedstawić i pokazać charakter Arkadiusza Gołasia. To jak wiele osób - i to największy plus tej książki: wywiady i wypowiedzi różnych osób, zaczynając od rodziców, poprzez cały rozdział poświęcony przyjaźni z Krzysztofem Ignaczakiem, kończąc na ostatnim rozdziale "Ludzie siatkówki o Arku" - opowiada o tym, jakim człowiekiem był bohater książki. I sprawia, że robi się niesamowicie smutno, że nie miał możliwości rozwijać swojego talentu, pasji, ale rozwinąć swojego życia rodzinnego. Ale sama książka smutna nie jest. Oprócz tego pierwszego rozdziału, ale rozumiem, dlaczego autor postanowił zacząć od wypadku i to była dobra decyzja. 

Arkadiusz Gołaś. Przerwana podróż ma idealny opis na tyle okładki. Nie zdarza się często, aby blurpy były tak trafne i tak prawdziwe, ale bardzo prawdziwa i ludzka jest też cała książka. Nie można się o niej rozpisywać, bo to 267 stron, plus zdjęcia i czarno-białe, i kolorowe i czyta się ją naprawdę prawie na raz.

Trzymajcie się, M

poniedziałek, 10 września 2018

III Festiwal Muzyczny "Ostrołęckie Operalia"

Hello!
Postanowiłam wykorzystać moje wykształcenie i napisać wpis interesujący prawdopodobnie dla wielce nielicznej publiczności (to się nazywa strzał w kolano, biorąc pod uwagę wszelkie statystyki), ale jednak nie bez przyczyny studiowałam zarządzanie instytucjami artystycznymi.

 Wersja przycięta tego zdjęcia będzie na Instagramie.

Po raz trzeci w Ostrołęce zorganizowano Festiwal Muzyczny "Ostrołęckie Operalia". A w sumie chyba powinnam napisać, że zorganizował je Jakub Milewski, ostrołęczanin, pomysłodawca i dyrektor artystyczny. Który przy okazji też śpiewa, komponuje i dyryguje. Pamiętam pierwsze Operalia, bo trwały one w czasie moich pierwszych praktyk i widziałam "Wesele Figara". W zeszłym roku byłam na koncercie otwierającym i koncercie z piosenkami z musicali.

Ale najistotniejsze jest to, co działo się w tym roku. Oraz fakt, że z każdą kolejną edycją jest coraz więcej wydarzeń i choć nazywa się to "Ostrołęckie Operalia" już od pierwszej edycji działo się nie tylko w Ostrołęce. Nie chcę pisać recenzji tych zdarzeń, bo w sumie ograniczyłabym się do tego, że ja tego typu wydarzenia uwielbiam i dochodzę do wniosku, że najbardziej lubię arie i utwory wyciągnięte z kontekstu. Ale mam trochę ogólnych spostrzeżeń dotyczących i ostrołęckiej (i nie tylko publiczności), o organizowaniu i o medialnym opracowaniu wydarzenia.

1. Zacznę od tego ostatniego, bo to jak pisała na temat Festiwalu mojaostroleka.pl przedstawiana jako patron mediany wydarzenia było żenujące. W zapowiedzi koncertu z Myszyńca, a potem w jego relacji było napisane, cytuję:  Dionizy Wincenty Płaczkowski, baryton - Jakub Milewski i bas - Jakub Milewski. Zrobili to dwa razy, a wystarczyło być na koncercie żeby dokładnie wiedzieć, że pan bas nazywa się Michał Dembiński. A nawet jeśli nie, to znalezienie tego nazwiska zajęło mi 2 minuty. Bo niestety sami organizatorzy niezbyt podpisywali wykonawców, przynajmniej nie wszystkich tak samo. Ale fakt, że Operalia powinny mieć chociaż swoją stronę na Facebooku (na której można by na przykład umieszczać programy poszczególnych koncertów, bo tego mi bardzo brakowało) to inna sprawa. Druga natomiast jeśli chodzi o rzetelność ostrołęckiego dziennikarstwa to fakt, że na koncert "Con amore - opera, operetka, musical, nie dojechała jedna ze śpiewaczek, bo była chora i zastąpiła ją inna. I znów osoba robiąca relację bezmyślnie przekopiowała informacje, które dostała wcześniej, a mi znów (bo nie zapamiętałam z samego koncertu) znalezienie imienia i nazwiska nowej śpiewaczki zajęło 2 minuty.

 "Najpiękniejsze utwory muzyki klasycznej i filmowej" maestro Jerzy Maksymiuk
koncert otwierający

2. W tym roku w Ostrołęce obok Sceny otworzono fontannę. I ta lokalizacja to jednak fatalny pomysł, biorąc pod uwagę, że Scena jest wykorzystywana do przeróżnych kulturalnych aktywności. Otóż chyba nie wzięto pod uwagę, że działalność fontanny jest głośna. Na koncercie "Con amore" stałam akurat z drugiej strony, ale obawiam się, że ludziom stojącym/siedzącym bliżej lub siedzącym dookoła fontanny jej odgłosy bardzo przeszkadzały.

3. Fotografowie. Jasne, ja też robię zdjęcia telefonem, nagrywam sobie fragmenty, ale a) nie łażę, b) nie strzelam fleszem po oczach, nie straszę i widzów, i śpiewających, c) nie mam głośnej migawki. Ja wiem, że osoby robiące zdjęcia-relacje na jakieś strony, chociaż biegają z lustrzankami, być może nie mają podejścia, że fotografia to sztuka, a sami, że są artystami, bo jakby mieli to poziom ich hipokryzji byłoby wielki. Ja wiem, że taka praca i trzeba, ale szacunek zarówno artystom na scenie, jak i widzom się należy.

4. Dzwoniące telefony i wychodzenie. Tak.

 To koncert "Brunetki, Blondynki..." w Myszyńcu. I to dokładnie wykonanie tytułowego utworu.

5. Większość widowni koncertów na których byłam to ludzie mocno 60+. Także a) ogólnie organizowanie wydarzeń skupionych na tej grupie społecznej ma sens, ale b) trzeba się starać przekonań młodsze pokolenie do takich wydarzeń. A nie jest to zadanie łatwe. Chociaż dyrektor Jakub jest chyba ode mnie starszy o 5-6 lat na oko, a może mniej. Także ogólnie na pewno się da przekonać młodzież. Tylko, że o ile jakieś zajęcia teatralne czy plastyczne są, muzyczne chyba niekoniecznie. To znaczy w Ostrołęce jest dwustopniowa szkoła muzyczna, ale chyba nie za bardzo coś z jej obecności dla Festiwalu wynika. W każdym razie trochę mi się myślą jakieś warsztaty dla dzieci. To jest jedna z rzeczy, którą, gdzieś tam pomiędzy wieloma niepotrzebnymi rzeczami nam przekazywano na studiach, że widownię trzeba sobie wychować.

6. Oraz przekonać ją, aby na przykład przejechała z Ostrołęki do Myszyńca, Olszewa-Borek, Lelisa i odwrotnie z Ostrołęki do tych miejscowości, w których odbywały się  inne koncerty w tej edycji Festiwalu. Mnie czy mają Mamę przekonać łatwo, ale jesteśmy wyjątkiem. Nie wiem, jak z przyjeżdżaniem z okolicznych miejscowości do Ostrołęki, ale w sobotę w Myszyńcu z Ostrołęki byłam ja z Mamą i widziałam jeden samochód na naszych miejskich rejestracjach.

7. Przyznaję, że trochę ślepo wierzę w moc mediów społecznościowych, ale naprawdę Festiwalowi przydałaby się chociaż strona na Facebooku, by zmiany, chociażby lokalizacji, mogły się tam pojawiać. Oraz szczegółowe programy. Drukowanie ulotek jest kasochłonne, a prowadzenie Facebooka czałochłonne, ale myślę, że na te dwa tygodnie, bo na taki czas wydarzenia były w tym roku rozłożone, ktoś do prowadzenia mediów społecznościowych by się znalazł. A myślę, że mogłoby być warto. 
Hasztag ostroleckieoperalia istnieje na Instagramie i zgadnijcie kto z niego korzysta. Ja. I pan dyrektor artystyczny i ewentualnie zaproszeni śpiewacy. W sumie jest chyba użyty 16 razy.


 Kantata "Totus Tuus CałyM Twój..."
Koncert finałowy. 
Przedstawię ludzi, których widać na pierwszym planie: najdalej na lewo - Jerzy Binkowski autor libretta i narrator, następnie na scenie Janusz Kruciński i Edyta Krzemień, skomponował i dyrygował Jakub Milewski, następnie Olga Szomańska i Michał Gasz

8. Na koncercie finałowym było mniej osób niż na koncercie otwierającym i niech ci co nie byli żałują bardzo. Ale średnia wieku była też niższa, to w sumie dobra wiadomość. W każdym razie koncert był przepiękny. Moja Mama wyszła z niego rozanielona, ja z drugiej strony nigdy w życiu nie żałowałam tak bardzo, że nie mam lepszego sprzętu do robienia zdjęć, bo reżyseria świateł to było coś absolutnie niesamowitego. Naprawdę wszyło to fenomenalnie. Nawet od strony dramaturgicznej, byłam zaskoczona jak to wszystko było ułożone i do siebie pasowało. Poza tym zawsze dobrze oglądać się ogląda, gdy artyści na scenie dobrze się bawią, a widać było, że soliści się pod koniec nieźle rozkręcili. Plus wielkie brawa dla Chóru Politechniki Warszawskiej, bo jak ktoś nie wie, to może mu się wydawać, że wyćwiczenie wokaliz i murmuranda to prosta sprawa. A nie jest. 
Koncert finałowy to naprawdę było coś niesamowitego, mam nadzieję, że twórcy i artyści będą mieli jak najwięcej okazji aby pokazać go w całej Polsce. Bo warto. 

9. Publiczność. Jest bardzo pozytywna, uwielbia klaskać, dawać owacje na stojąco, jeśli repertuar na to pozwala to także reaguje bardzo żywo. Albo gdy jest zachęcona przez wykonawcę. Trzeba jednak napisać, że podczas całego Festiwalu największe brawa zgarniał sam Jakub, który, jak pisałam wyżej, także śpiewał i dyrygował. Ogromne brawa oraz uśmiech na twarzach widowni wywołał także gość z Korei Południowej, który zaśpiewał duet po polsku. Ostrołęczanie byli zachwyceni. Podsumowując, jesteśmy publicznością łaknącą takich wydarzeń i wdzięczną, że się dzieją. 
Nie byłam na koncertach w Lelisie i Olszewie-Borkach, ale słyszałam, że na tym drugim 100 przygotowanych miejsc to było za mało oraz publiczność chętnie włączała się w śpiewanie, gdyż prezentowany repertuar to były pieśni patriotyczne/powstańcze. 

W każdym razie jeśli jakieś samorządy/miasta/ktokolwiek daje akurat pieniądze na kulturę, ma wątpliwości czy warto to niech zobaczy zdjęcia widowni i zebranych ludzi. 

Trzymajcie się, M

sobota, 8 września 2018

Tea Rex

Hello!
Gdzieś pomiędzy oglądaniem teledysków, studiowaniem, czytaniem, zdarza mi się także wyszywać, ale ostatni raz coś na ten temat pisałam/pokazywałam w styczniu tego roku. Trochę dawno. Ale ponieważ głównie wyszywam, gdy coś oglądam (najczęściej seriale), a ostatnio nie oglądałam ich zbyt wiele, a nawet jeśli to były to seriale koreańskie, a tu jest taki problem, że serie po angielsku mogę sobie słuchać i tylko spoglądać na ekran, przy dramach i anime ta sztuczka nie wychodzi, bo muszę czytać. Ostatnio jednak się zebrałam i jednak coś nakrzyżykowałam. 


Zaczęło się od tego, że kupiłam dwie błyszczące, zielone muliny. Bez konkretnego zamiaru wykorzystania, po prostu podobał mi się kolor. I tak sobie leżały w pudełku z innymi. W sumie do czasu, aż zepsuł mi się dysk i musiałam od nowa logować się na pintereście. Zaczęłam przeglądać wzory i schematy. I natknęłam się na Tea Rexa. A musiałam go już od dłuższego czasu zapisanego gdzieś na komputerze. Idealne muliny już czekały.

Obawiałam się jednak, że zrobienie całego błyszczącą nitką to będzie za dużo. Dlatego skończyło się na konturach. I w sumie jestem zadowolona, ale z chęcią popróbowałabym jak wyglądałby zrobiony półkrzyżykiem nawet w tej błyszczącej opcji. Z tym, że wyszywanie to bardzo czasochłonne zajęcie. Zrobienie ego wzoru zajęło mi około 4 dni i praktycznie nie robiłam w tym czasie nic innego. Pochłaniałam kolejne odcinki serialu, ale to się w sumie nie liczy. 


Zrobiłam na Instagramie ankietę czy podpisać gada jasny odcieniem fioletu czy ciemnym. Wygrał ciemny, ale mi od początku bardziej podobał się jasny. Jak się okazało słusznie, bo tonem bardziej pasuje do reszty obrazka oraz po wyszyciu okazał się ciemniejszy niż się wydawał wcześniej. Gdybym zdecydowała się na ciemny, prawdopodobnie byłby za ciemny.

Mam rozpoczęty wielki projekt z obrazem Pole pszenicy z cyprysami Vincenta van Gogha, ale jeśli jego wyszywanie będzie mi szło jak do tej pory, to nie skończę go przez najbliższe 10 lat. A chciałabym, bo pasowałby mi do Słoneczników i Gwiaździstej nocy. 

Poza tym dziś miał być w ogóle inny wpis, ale nie przewidziałam, że tak dużo ciekawych rzeczy będzie się działo 8 sierpnia oraz, że sobota to dzień sprzątania. I nawet wpis publikowany jest automatycznie, czego robić nie znoszę, ale jestem czterdzieści kilometrów od domu.

Pozdrawiam, M

czwartek, 6 września 2018

Kocham Instagram - sierpnień 2018

Hello!
Instagramowe podsumowanie sierpnia trochę się opóźniło przez moją nieuwagę i konieczność opublikowania wcześniej innych wpisów oraz fakt, że wyniki instagramowego konkursu, do którego zgłosiłam jedno ze zdjęć były raptem dwa czy trzy dni temu. I gdybym zajęła miejsce na podium miałabym się czym chwalić, a tak to jednak zwykły zdjęciowy wpis.


Dobra może nie do końca, bo praktycznie wszystkie zdjęcia, które dziś pokazuje to zdjęcia książek. Prowadzenie bookstagrama to dość lukratywna praktyka, jeśli chodzi o liczbę polubień zdjęć. Ciekawy fenomen, chociaż chciałbym aby inne zdjęcia też dostawały serduszka. Nie żebym narzekała, promowanie książek to zawsze doskonały pomysł, ale troszkę się ma wrażenie, że bookstagramy to kółeczka wzajemnej adoracji. Spróbujcie i samo zobaczycie, o czym piszę.


Książkowa monotonia sprawia, że nawet nie za bardzo mam co opisywać i podpisywać. Książkowo sierpniowi koloru nadała Gemina i nagle się okazało, że i mam w domu i wypożyczyłam sporo książek w niebieskich okładkach. 
Pokazałam też najgrubsze książki, jakie miałam aktualnie w domu. Teraz zostały już tylko trzy, bo Władca cieni był wypożyczony. 
Zdjęcie w samym środku to zdjęcie zgłoszone do konkursu. A recenzję Wojen konsolowych możecie przeczytać o tutaj <Kapitan idzie na dno wraz ze statkiem > . Natomiast Władcy cieni tu <To ja poczekam>.
Czarno-białe zdjęcie zostało zrobione z okazji dnia książkoholika i zostało najbardziej serduszkowanym zdjęciem całego mojego Instagrama. W sumie to w jednym poście były 2, a mam jeszcze jedno w zapasie i myślę, że pokażę je jakoś w najbliższym czasie. Plus, do tej pory nie poustawiałam książek na półce w pokoju w odpowiedniej kolejności - to znaczy wysokościami i stoją tak nieskładnie. Myślałam, że ten chaos będzie mnie irytował, ale jest w nim coś artystycznego.
Skorzystaliśmy z bratem z promocji w naszym banku i zamówiliśmy książki z Empiku. Ja wybrałam Miłość made in China, aby zasiliło moją miniaturową biblioteczkę książek związanych z Koreą, Japonią i Chinami, którą chyba dziś pokażę na Instagramie. Więc jeśli chcecie zobaczyć jakie książki miałam do tej pory oraz około 20 zdjęć z sierpnia, na których niekoniecznie są książki to zapraszam serdecznie tutaj <m_i_klaudia>. Brat natomiast wybrał Stróży Jakuba Ćwieka, ale nasze lubienie świata Kłamcy jest wspólne więc dla mnie to podwójne zwycięstwo. To też mały spoiler, co może pojawić się we wrześniu i październiku na blogu. Ale mam takie zaległości w czytaniu (i wakacje wcale nie pomagają), że równie dobrze mogą być w w listopadzie. Albo i grudniu. 

Ciągle się zastanawiam nad wyglądem bloga, denerwuje mnie to, że nie mogę zmienić nagłówka tak jakbym chciała i nie wiem, czy ten ciemnoszary ogłaszający nowy wpis o najbardziej zachęcający kolor. Trochę denerwuje mnie też brak normalnej kolumny bocznej. Ale z drugiej strony sama widzę, że wygląd samych postów jest dużo lepszy, proporcje są zgrabniejsze i jakoś udało się ustawić szerszą interlinię. Jeśli macie jakieś sugestie, podpowiedzi, uwagi to jestem otwarta i czekam. 
Jakby coś to mam cały szablon poprzedniego wzoru zapisany, nie będzie problemem do niego wrócić. 

Trzymajcie się, M

wtorek, 4 września 2018

A nad głową wisiała rodzina - Bajecznie bogaci Azjaci (Crazy Rich Asians)

Hello!
Nie oglądam komedii romantycznych. A już tym bardziej nie chodzę na nie do kina. A jednak na Bajecznie bogatych Azjatów bilet kupiłam dzień przed premierą. To nic, że zagadałam się ze znajomą panią i ostatecznie sprzedała mi bilet na 2 września, któremu z resztą robiłam zdjęcie tego samego dnia, a skapnęłam się, że nie jest na dzień premiery na niedługo przed tym, gdy miałam się zbierać do wyjścia do kina. W skrócie, czekałam na ten film i całkiem zależało mi, żeby go zobaczyć.


Chociaż bałam się, że będzie żenujący. Zażenowanie z drugiej ręki to nie jest uczucie, które lubię przeżywać, chyba nikt nie lubi, a jakoś komedie romantyczne bardzo mi się z nim kojarzą. Ale na szczęście nie jest żenujący. Co prawda nasza bohaterka zalicza wpadki, ale jedna została pokazana w trailerze, druga chyba nie, ale były to takie naturalne i przewidywalne wpadki osoby, która znalazła się pierwszy raz i danym miejscu i nikogo nie zna.


Chwila o tym, o czym Bajecznie bogaci Azjaci są. Nick Young chce zabrać swoją dziewczynę Rachel  Chu (nie wieloletnią jak można wszędzie przeczytać, w filmie bohaterowie ze trzy razy mówi, że są ze sobą rok) do rodzinnego Singapuru na ślub najlepszego przyjaciela. Zapomina tylko przygotować Rachel na to, że jego rodzina w sumie dużą część Singapuru posiada. Co oznacza, jak mówi tytuł i informuje najlepsza przyjaciółka Rachel ze studiów, są bajecznie bogaci.


Bogactwo rodziny Nicka jest problematyczne, ale Rachel ratuje Peik Lin i Oliver i główne chodzi tu o to, aby nasza bohaterka pojawiała się wszędzie w odpowiednio drogiej kreacji. Przynajmniej w tej kwestii nie ma wpadek, a Rachel ma naprawdę ładne sukienki. Szczególnie w scenie rodzinnego lepienia pierożków, a później w podobne kwiaty pod koniec filmu. Oraz kreację ze ślubu. Ogólnie jest na co popatrzeć, stroje są ładne, film jest bardzo kolorowy i tak, tam, gdzie ma być bogato jest tak bogato, że się wylewa.

Muszę powiedzieć, że Bajecznie bogaci Azjaci trochę mnie zaskoczyli. Bo oprócz żenady, obawiałam się także durnych intryg zazdrosnych córek innych bogaczy. Ale z tą kwestią film dość szybko się uporał. Rachel jest bardzo ludzką postacią, to znaczy przeżywa wszystkie wredne zachowania i niemiłe słowa, ale nie daje sobie w kaszę dmuchać. W końcu jest pani profesor od ekonomi. I film się tak buja: tu coś niemiłego, tu jej coś wychodzi. Ale, gdy nadszedł moment kulminacyjny to się zdziwiłam. Bo zerknęłam na zegarek, a tu zostało raptem 5 minut filmu i bardzo się głowiłam jak sytuacja zostanie rozwiązana. Film trwa 2 godziny, ale spokojnie mógłby dłużej (i tam jest wielki potencjał i możliwość i film nawet sam sobie ją całkiem zgrabnie otwiera, na kolejną część; a patrząc ile zarabia to będę bardzo szczęśliwa na wieść, że powstaje dwójka; sprawdziłam książek jest w sumie 3), bo wcale się tego nie czuje.


Prawdziwym problemem tego filmu jest rodzina. I to na wielu poziomach i zacznę od tego najmniej spoilerowego. W Bajecznie bogatych Azjatach praktycznie nie ma postaci ojca. A jak jest to niefajny typ. Ojciec Nicka żyje, ale ma biznesy na świecie, ojciec Rachel nie. Jeden z tatusiów jest bardzo trzecioplanowy, ale na drugim planie rozgrywa się wątek Astrid i Michaela, którzy są trochę podobni do naszej głównej pary, bo Michael też pochodził z bajecznie bogatych. I myślimy sobie skoro im się udało, nie ma możliwość aby Nickowi i Rachel się nie udało. Nie do końca. Chociaż Astrid i jej mąż wydaje się, że tworzą zgraną parę, okazuje się, że pod powierzchnią mają wiele kłopotów. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale naprawdę w czasie oglądania warto zwrócić na nich uwagę, bo to ciekawy wątek. Poza tym oprócz Peik Lin (która ma pełną rodzinę odpowiadającą za człon crazy w tytule) to jedyna naprawdę przychylna głównej bohaterce postać.


Prawdziwym problemem Rachel jest Eleanor, czyli matka Nicka. Oraz ogólnie kwestie rodzinne. I fakt, że nasza bohaterka jest dumna z tego, że jest panią profesor. Przed lotem jej mama mówi jej, że chociaż mówi i wygląda jak China, ma amerykańskie podejście do życia. To właśnie wypomina jej Eleanor. Przy czym okazuje się, że przeszłość Eleanor oraz jej relacja z teściową i to całe wychwalanie rodziny pod niebiosa to nie tak bajkowa sprawa, jak ona sama chciałby sobie wmawiać. 

Poczytałam trochę o kostiumach i w tej scenie Eleanor pojawia się w dwuczęściowym zestawie Elie Saab.

A wiecie co nie jest problemem Rachel, tylko jej narzeczonym, ale za to jest problemem filmu? Nick. To znaczy to bardzo sympatyczna postać, aktor wygląda przemiło, ale im więcej o nim myślę tym bardziej nic o nim nie wiem. Oprócz tego, że chyba nie myśli. Oraz, że nie mamy pojęcia czym on się tak w sumie zajmuje w Nowym Jorku. Dlaczego Nick nie myśli? Ponieważ po pierwsze przed podróżą nie informuje dokładnie narzeczonej kim jest jego rodzina. To znaczy mamy całkiem fajne scenki przedstawiające jego kuzynki i kuzynów, ale to dalej nie wyjaśnia pozycji jaką mają. Później, gdy już są w Singapurze, co najmniej dwie inne postaci pytają się go wprost: czy przygotowałeś Rachel na to, co ją tu czeka. Odpowiedź: da sobie radę. I daje. Tylko, że mam wrażenie, że on powinien ją wspierać i jednak dać jej jakieś wskazówki. Fakt, faktem bohaterka denerwuje się na niego, że o wszystkim dowiaduje się no cóż nie od niego, ale on niezbyt zmienia swoje zachowanie. To wszystko nieszczególnie psuje oglądanie filmu, ale podejście Nicka jest trochę zaskakujące. 


Jednakże Rachel i Nick wiele razy też udowadniają, że są cudną parą, ładnie razem wyglądają i czuć, że do siebie pasują, po prostu. Przy okazji warto wspomnieć o scenie ślubu Araminty i Colina, bo jeśli coś udowadnia, że tytułowi Azjaci są crazy rich, czy też crazy and rich to ta scena. Jest niesamowita. Cała. Dokładnie cała, po prosu trzeba ją zobaczyć. Bo nie tylko pomysłowość Aramity, jak sądzę, zaskakuje, to jako całość najlepsza scena w filmie. Dostajemy też scenę pod prysznicem jednego z bohaterów i pewien czas oglądamy tylko jego klatę, bo nie pokazują nam jego twarzy. Sądzę, że to bardzo przemyślany zabieg w kontekście tego, jak bardzo postaci męskie są zepchnięte w tym filmie na drugi plan.

W trakcie pisania miałam otworzone IMDb i sprawdzałam imiona postaci (plus zgadywanie narodowości aktorów i aktorek po nazwiskach to całkiem satysfakcjonująca zabawa) i rzuciło mi się w oczy, że kadr ze ślubu jest w trailerze. Więc obejrzałam cały. I bardzo się ucieszyłam, że nie widziałam go wcześniej, a na pewno nie ten ponad dwuminutowy. Pierwsza minuta zwiastunu jest w porządku. Nawet większość drugiej jest spoko. Ale UWAGA jeśli nie oglądaliście to może lepiej nie czytajcie dalej: to dosłownie ostateczna konfrontacja Rachel i Eleanor. Wyłożyli zakończenie filmu kawa na ławę w trailerze. KONIEC uwagi. W każdym razie, jeśli obejrzycie trailer to możecie nie być tak zaskoczeni jak ja byłam.

Teraz będę się zastanawiała czy nie pożałuję, że najpierw nie przeczytałam jednak książki, bo z jej strony na Wikipedii wynika, że jest dużo bardziej szczegółowa i dokładna niż film. Plus sprawdzenie listy postaci dodatkowo sprawia, że szanse na kolejną część wzrastają. To znaczy pod sam koniec filmu pojawia się Harry Shum Jr. i muszę przyznać, że zastanawiałam się w trakcie oglądania, czemu nie został, gdzieś w tym filmie obsadzony, chociaż później jego imię pojawia się dość wysoko w napisach i zastanawiam się czy go nie wycięto, a potem pomyślano, że można z tego wyciętego wątku zrobić sequel. Ja przyjmę więcej tego świata w każdej postaci.
Tylko, że w Polsce książka wyszła w filmowej okładce, a widziałam tyle ładnych okładek innych wydań. 

LOVE, M







niedziela, 2 września 2018

Fatalnie - Jessica Jones 2

Hello!
Już jakiś czas temu przestałam nawet udawać, że nadążam z oglądaniem marvelowych serialów Netflixa. Ani jakichkolwiek innych, niekoniecznie z tej platformy. Wszyscy zgadzają się co do tego, że jest ich zbyt wiele a ich jakość systematycznie spada. Ale nawet pomimo słuchów, że drugi sezon Jessiki Jones jest nudnawy, jakoś nie potrafiłam sobie odmówić obejrzenia go.


I powiem tak, nie wynudziłam się, ale po nowym Ant-Manie próg nudzenia drastycznie wzrósł, a dwa, jeśli nie żywicie choć minimalnej sympatii wobec Jessiki to obejrzenie tego drugiego sezonu to będzie koszmarnym doświadczeniem, szczególnie w drugiej połowie. Ja główną bohaterkę lubię, a poza tym trzynaście pięćdziesięciominutowych i ogólnie zupełnie inny klimat serialu to była miła odskocznia od ponad godzinnych odcinków dram. 

Chociaż wróć, jeśli nawet lubicie Jessicę to oglądnie będzie męczarnią. Bo i tak trzeba zobaczyć wszystkie koszmarki, dziury w scenariuszu i tak złe pomysły scenarzystów, że nie wiem, co gorszego mogliby wymyślić. I niepotrzebnego. Nie chciałam pisać bardzo złej recenzji, ale drugi sezon Jessiki Jones jest bardzo słaby. Bardzo. Na szczęście nie przez samą główną bohaterkę, ale przez wszystko, co się dzieje dookoła niej.


Zaczynając od tego, że ten sezon to zawody, kto jest gorszą, bardziej nieprzyjemną, głupią jak but postacią: Trish czy jej matka. I powiem Wam, że wybór jest trudny, a oglądanie ich na ekranie psychicznie człowieka bardzo męczy. Ale Trish wygrywa, bo ma więcej czasu i możliwości pokazania jak bardzo jest durna, samolubna i zazdrosna. I piszę to wszystko, a naprawdę próbowałam ją zrozumieć, ale zwyczajnie się nie da, bo scenarzyści ją skrzywdzili. Początkowo myślałam, że dzięki temu, jak zachowuje się jej bohaterka, aktorka ją odrywająca będzie miała okazję się wykazać, ale w pewnym momencie zaczyna wszystko grać na jedną nutę i nawet tu nie można znaleźć żadnego plusa. Poza tym to Trish była prowodyrką wszystkich wydarzeń sezonu. Także od początku można się było jednak domyślić, że nic dobrego z tego nie wyniknie. 


Mamy też zupełnie oderwany od wszystkiego wątek Jeri Hogarth, który z główną fabułą ma dokładnie zero wspólnego. Zero. Ani trochę nie rozumiem dlaczego on się tam znalazł, ani tym bardziej po co. Chociaż czekałam, czekałam i czekałam aż okaże się, że sprawy, którymi zajmowała się Jessica i sprawy Jeri jakoś się zetkną, ale nic. Co prawa Jess wzięła zlecenie od Jeri, ale nie miało ono z niczym nic wspólnego. Nawet nie wiem, czy jest sens opisywać samą Jeri i jej "przygody", bo było to nudne i przewidywalne. 

Pytanie: czym zajmuje się Jessica w tym sezonie? Otóż Trish popycha albo może wpycha ją, aby jednak poszukała jak to się stało, że ma swoje moce. Lubię historie typu skąd się wzięła dana postać, dlaczego ma swoje moce i na początku byłam naprawdę zainteresowana co mogą nam pokazać w związku z Jessicą. Tylko, że to orgin story zabrnęło za daleko i zaczęło dotykać spraw, które powinny być pogrzebane. I to nie wychodzi dobrze. A szczerze wychodzi tak źle, że skończyłam to oglądać chyba tylko po to, aby sprawdzić kto ostatecznie problem rozwiąże. Nawet nie potrafię tego wątku potraktować poważnie, chociaż kwestia jest istotna. Ale lubię Jessicę. I mam dla scenarzystów pomysł nie do odrzucenia - zostawcie ją w spokoju, należy jej się. 


Ale scenarzyści chyba się zorientowali, że nie napisali ani pół sympatycznej postaci w tym sezonie i dodali Oscara oraz Vido, czyli tatę z synkiem. I tak, czuć, że zostali dopisani. Ale nie będę narzekać. bo ich polubiłam, a głównej bohaterce też należy się od życia coś miłego, a widzom postaci, których nie ma ochoty się zatłuc. 

Skończę, bo nie chciałabym aby ten wpis skończył jako wymienianie od myślników wszystkich kłopotów, wad i błędów drugiego sezonu serialu Jessica Jones. Dlatego też zakończyłam na Oskarze. 

Pozdrawiam, M