sobota, 30 stycznia 2021

Do no harm / Take no shit

 Hello! 

To miało być lekkie, łatwe i przyjemne wyszywanie do wykonania. Okazało się odkryciem, że nigdy więcej nie chcę robić nic, co wymaga w dużej mierze wyszywania pokaźnych powierzchni na biało.

Cross stitch

Obrazek, na którym się wzorowałam nie był schematem do wyszywania. Zobaczyłam taką grafikę, gdzieś w internecie i od razu pomyślałam o pewnej osobie, do której ten opis idealnie pasuje. A że akurat miałam sporo czasu - bo wyszywałam to jeszcze w wakacje - i poczułam wenę, postanowiłam od razu zabrać się za wyszywanie.

Bardzo lubię robić jednokolorowe wzory oraz nie za duże projekty i byłam pewna, że ten nie zabierze mi zbyt wiele czasu. Ale się pomyliłam. Z jakiegoś powodu wyszywanie samego białego koloru zajęło mi około tygodnia i byłam w szoku, że jest to tak czasochłonne. Czarny poszedł mi o wiele, wiele szybciej, choć powierzchniowa różnica pomiędzy jednym a drugim nie jest duża.  

Miałam nawet pomysł, aby wyszyć tło. Ale musiałabym zrobić to na biało, aby pasowało. Zrezygnowałam z tego przedsięwzięcia - na pewno szybko, z własnej woli, nie zabiorę się znowu za wyszywanie białym kolorem.

Wyszywanie wzór

Także jasnofioletowe obszycie - konieczne, bo inaczej obrazek wyglądał... niewyraźnie - było wyzwaniem, choć takim, na które byłam przygotowana, bo wyszywanie metaliczną muliną jest bardzo problematyczne. Zwykle wyszywa się 3 nitkami muliny (mulina ma ich 6, więc trzeba ją rozdzielić na pół) i nitki te przeważnie się siebie trzymają. Mulina metaliczna jest śliska i każda nitka to osobny byt, więc trzeba jej bardzo pilnować, aby równo przechodziła przez kanwę, żeby nie wyślizgiwała się z igły i ogólnie dobrze się układała i była odpowiednio naciągnięta.

Ostatecznie jestem bardzo zadowolona z końcowego efektu.

LOVE, M

środa, 27 stycznia 2021

Bajeczne rozczarowanie - The Romance of Tiger and Rose

 Hello!

Zwykle przed albo w już trakcie sesji znajduję sobie jakieś nowe lekkie, łatwe i przyjemne hobby, które pomaga mi przez sesję przebrnąć. W tym semestrze nowego hobby nie ma, ale znalazłam dramę, która - jak wynikało z zapowiedzi - miała być właśnie lekka, łatwa i przyjemna. Czy była dowiecie się z tego wpisu.

The Romance of Tiger and Rose

Wiecie w czym historyczne dramy z Chin są lepsze od tym z Korei? W lataniu! Często są także ładniejsze i bardziej kolorowe, stylizowane.

Główną bohaterką dramy The Romance of Tiger and Rose jest scenarzystka, która magicznie przenosi się do świata serialu, który właśnie pisała. Zostaje trzecią księżniczką i bierze ślub z synem właściciela konkurencyjnego miasta. Co istotne - w mieście, w którym rządzi matka bohaterki kobiety pełną dominującą rolę w społeczeństwie, w mieście jej męża - mężczyźni. Pojawia się wątek równouprawnienia, szczególnie na początku serialu oraz w 4-3 ostatnich odcinkach.

Bohaterowie mają całkiem zabawną dynamikę i jest to jedyny od początku do końca niezmienny plus tej dramy.

Drama:  The Romance of Tiger and Rose

 To akurat nie było zabawne.

Bohaterka nie jest irytująca, jej głównym problemem jest to, że w świecie, do którego się przeniosła jest (czy powinna być) postacią trzecioplanową. Tylko że nic nie idzie zgodnie z tym jej wymyślonym scenariuszem, a ona dalej próbuje się go trzymać. Na przykład na siłę zeswatać swojego męża ze swoją siostrą, bo takie było oryginalne zamierzenie dramy, którą pisała w prawdziwym świecie. I uczepiła się, że jeśli poprowadzi fabułę tak, jak być powinna i przeżyje (jej przeżycie jej ogromnie ważnym elementem pierwszych odcinków) to wróci do prawdziwego świata. Oczywiście trzeba było spróbować zeswatać Chen Chuchu (siostrę) i Han Shuo, ale te próby ciągnęły się zdecydowanie przez zbyt wiele odcinków. 

Han Shuo

 Oczywiście, że tak, bohaterka nie umie inaczej.

Jest w tej dramie kilka zupełnie niewykorzystanych a doskonałych pomysłów. Gdy Pei Heng (minister edukacji i formalny narzeczony głównej bohaterki) rozmawia Chen Qianqian (naszą główną bohaterką) z i porównują jej losy i samotność i losem i samotnością Han Shuo, myślałam, że bohaterka wróci do swojej posiadłości i z Han Shuo porozmawia, jakoś się do siebie zbliżą na gruncie wspólnych przeżyć. A gdzie tam. Bohaterka nigdy nie pyta, jak Han Shuo czuje się w mieście, w nowej roli, co myśli o czymkolwiek, no nic. Ogólnie mało się interesuje nim jako osobą, co też jest w sumie dziwne, po tych odcinkach, gdzie naprawdę robiła dla niego szalone rzeczy, których konsekwencje były straszne. Następuje w pewnym momencie regres jej uczuć. Bohater z resztą też ma moment takiego regresu, w pewnym odcinku zaczyna się zachowywać inaczej niż w poprzednich - w sumie na odcinek staje się niezbyt mądry - ale wybrnięto z tego. 

W skrócie - drama zalicza spadek formy w połowie. A później się stacza.

Chen Qianqian

 Żeby nie było wątpliwości - to Han Shou zadaje pytanie Qianqian.

Jak na fakt, że główna bohaterka jest scenarzystką, ale jej jedynym pomysłem na wybrnięcie z różnych sytuacji jest upicie się (lub udawanie) i usprawiedliwienie swoich akcji w takim stanie, tym że ich później nie pamięta, to bardzo źle świadczy o jej talencie. 

Zabawne jest to, że bohaterka spotyka się z trzema opowiadaczami, aby konsultować "fabułę", bo udaje, że sama chce napisać jakąś opowieść, i w którymś odcinku jeden z nich wprost jej mówi, że przecież niektóre ze zdarzeń wcale się nie wydarzyły i nie musi być tak, jak ona opowiada. Ale ona jest tak niesamowicie uparta i ani trochę do niej nie dociera, że zaszło już tyle zmian, że to, czego się obawia się nie wydarzy (albo się wydarzy tylko z innego powodu niż sobie zaplanowała).

Drama: The Romance of Tiger and Rose - Han Shuo

 To jest naprawdę zastanawiające, jak doskonale ta drama sama się komentowała.

Nasz główny bohater na początku dramy ma ogromne ambicje, aby zabić główną bohaterkę, ale później sprawy układają się tak, że zaczyna naprawdę, naprawdę ją lubić. A ona traktuje go tak okropnie, że aż przykro się to ogląda. Z lekkiej, zabawnej dramy idealnej na odstresowanie przed sesją, robi się serial trudny do przebrnięcia. Decyzje bohaterki nie mają za bardzo sensu, a głównemu bohaterowi naprawdę zaczyna się kibicować, aby ją zostawił. Ta drama nie zasługuje, aby być tak smutną, jak się w pewnym momencie stała. I nawet jeśli widz wie, dlaczego bohaterka robi pewne rzeczy - to nie zmienia faktu, że rozumienie jej działań bywa trudne.

Romance of Tiger and Rose

 Jak widzicie bohater doskonale wiedział, w jakiej jest sytuacji.

Przykro ogląda się także cały wątek drugiej księżniczki. Przykro i im bliżej końca, tym bardziej widz zaczyna się zastanawiać, czy druga księżniczka nie za bardzo zaczęła żyć swoim własnym życiem w porównaniu z innymi bohaterami, bo główna bohaterka (a przypominam, że jesteśmy w scenariuszu, który ona wymyśliła) zupełnie nie potrafi ogarnąć ani wyjaśnić jej motywacji. Nie wydaje się, aby Chuchu była pisana przez nią jako zła postać - jest dokładnie odwrotnie - a okazuje się największym czarnym charakterem serialu. I na dodatek zabiera ze sobą na złą drogę inne postaci. Ponadto Chuchu z czasem robi się karykaturalna i nie do obronienia.

Ostatecznie bardzo się rozczarowałam, bo początek był całkiem ciekawy, zabawny i lekki. Niestety z kolejnymi odcinkami, a tak od 10 to już bardzo, było coraz gorzej. Pod koniec cała fabuła, charaktery bohaterów były jak porwane na strzępy i niemające zbyt dużego sensu. 

Trzymajcie się, M

sobota, 23 stycznia 2021

Cesarz, Heban i Imperium oraz Szachinszach

Hello!

Nie ma zbyt wielu książek, które czytam na studia i o których mogłabym napisać na blogu. Wydaje mi się wręcz, że oprócz sytuacji, gdy sama sobie stworzyłam możliwość pisania licencjatu o tym, o czym chciałam pisać na blogu, nie pisałam za bardzo o moich lekturach. Chociaż pisałam o książce Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało, ale to nie jest typowa lektura na filologii polskiej. 

Cesarz, Heban, Szachinszach

Gdy mieliśmy wybierać moduły czy zakresy tematyczne, z których będziemy zdawać egzamin z literatury współczesnej, zdecydowałam się na moduł o podróżach i reportażach. O ile symbolika podróży nieszczególnie mnie interesuje, to reportaże już owszem i trzeba wykorzystywać na studiach okazje, aby czytać o tym, co nas naprawdę interesuje. I takim sposobem przeczytałam trzy reportaże Ryszarda Kapuścińskiego. Ale to, co przeczytacie poniżej to nie będą żadne filologiczne wywody - te zostawiam na egzaminy. Tutaj znajdziecie tylko bezpośrednie wrażenia z lektury.

Cesarz (1978)

Z tym reportażem spotkałam się tak naprawdę już na pierwszym roku polskiego, ale nie pamiętam, czy przeczytałam go wtedy w całości. Omawialiśmy fragmenty na poetyce, bo prowadząca (a teraz promotor mojej pracy magisterskiej) badała (i chyba dalej bada) twórczość Kapuścińskiego. W sumie od tamtego momentu przeczytałam Cesarza w całości chyba dwa razy, we fragmentach zdecydowanie więcej, bo to niesamowicie fascynująca lektura. A im więcej wiesz o okolicznościach wewnętrznych i historii - tym bardziej.  

Heban (1998)

Pierwsza rzecz jaka się rzuca w oczy w trakcie czytania tej książki to fakt, że autor bardzo uogólnia Afrykę i wie, że to robi, bo pisze to wprost, a jednocześnie - nic z tym nie robi. Przy czym w Hebanie są rozdziały z różnych krajów na kontynencie - ale nie znaczy to, że można zaobserwowane w jednej wiosce zachowania przenosić na stan mentalny wszystkich ludzi w Afryce. Gdyby stopniować tożsamość autora w książce to najpierw byłby on białym człowiekiem, potem dziennikarzem, dopiero dużo później reportażystą. Początkowo relacje zapisane w książce są bardzo autobiograficzne i literackie - wyraźnie czerpiące z poetyki. 

I może przekonałoby mnie to, że ten początek ma pokazać zaangażowanie autora w temat i to jak bardzo zależało mu na byciu w Afryce, gdyby nie to, jak często autor pisał, że tam jest upał i gorąc, parzy i wszystkie inne możliwe określenia na ciepło - pięćdziesięciokrotne powtarzanie oczywistości w niczym jej nie zaszkodzi i w niczym jej nie pomoże, a tylko prowokuje do pytania: "A czego się spodziewałeś na pustyni?" Jest też parę innych uwag, natury bardziej ogólnej, które autor powtarza w kilku rozdziałach i które każą się zastanawiać, czy książka powstawała na raty i pojedyncze rozdziały (które są dość krótkie) były publikowane gdzieś wcześniej czy było to pisane jako spójna całość. 

Najbardziej ogólne wrażenie, jakie wyniosłam z lektury jest takie, że to najlepsza antyreklama podróżowania do wspominanych w niej krajów. 

Drugie wrażenie - że z czasem autor postanowił się trochę ukryć i dać przemawiać historii. Krwawej, pełnej przewrotów i rebelii. Można odnieść wrażenie, że to odrobinę litania krajów do odhaczenia - tu wszędzie byłem. A rozdziały to urywki, strzępy albo informacji o zamachu stanu, albo opisu miasta, podróży, refleksje na tematy metafizyczne. 

Gdyby nie to, że czytałam tę książkę na egzamin to nie wiem, czy nie zostawiłabym jej w połowie niedoczytanej, bo zasadniczo nie jest ona szczególnie wciągająca. 

Imperium (1993)

Podobało mi się zdecydowanie bardziej niż Heban. Imperium jest ciekawsze, lepiej się je czyta. Jest mniej nachalne i pretensjonalne. Ogólnie - wydaje się być bardziej naturalne. Albo swobodne. Ta książka napisana jest tak, jak dopiero końcówka Hebanu - bez wątpienia jest to osobista relacja z podróży, niekiedy nawet dwóch podroży do tych samych miejsc, ale po długim czasie - ale nie jest to męczący autobiografizm. Nawet pomyślałam, że jest to książka osobista, ale przekazuje niewiele emocji. Bądź przekazuje je tylko w jednym podsumowującym wywód zdaniu. 

W Imperium zamiast upału mamy mróz - bo podróż obejmuje między innymi Syberię. Zimno okazuje się straszniejsze niż upał i narracyjnie ciekawsze. Można je stopniować i dotyka człowieka w inny sposób niż ciepło. Z drugiej strony, w obu książkach przeczytamy, że najważniejszą rzeczą w życiu jest woda. 

Obok lektur do egzaminów czytamy także opracowania. Skoro wybrałam Imperium, wybrałam też opracowanie z Imperium - Od empirii do narracji - Imperium Ryszarda Kapuścińskiego. Gdy je czytałam okazało się, że wiele z moich intuicji dotyczących tego tekstu było trafnych i upewniłam się, że warto pisać o wrażeniach z lektury. 

Szachinszach (1982)

Gdy skończyłam przygotowywać się się z pierwszego modułu, z którego pochodzą dwie powyższe książki, przygotowywałam się z mojego drugiego modułu i przeszłam do trzeciego. Gdzie okazało się, że wpisałam sobie jeszcze jeden reportaż Kapuścińskiego - Szachinszach. O czym oczywiście zapomniałam. Nie będę pisała o tej książce, tyle że podobała mi się bardziej niż i Heban, i Imperium. Kolejność podobania się byłaby więc taka: Cesarz, Szachinszach, Imperium, Heban

Pozdrawiam, M

środa, 20 stycznia 2021

Zmieniająca życie pięćsetjenówka - Akudama Drive

 Hello!

Sezon zajęło mi przyzwyczajenie się, że to anime ma tytuł Akudama Drive nie Akuma Drive, ale jestem pewna, że pomiędzy Akudama i Akuma zachodzi jakaś relacja słowotwórcza (jak się okazało, gdy pisałam ten wstęp, byłam też pewna, że drugie słowo to dive nie drive). Nie udało mi się go dokończyć (z resztą jak i innych anime, które ostatnio zaczęłam), ale i nie miałam zamiaru, po początkowe odcinki nieszczególnie mi się podobały. Ale mój brat zaczął oglądać to anime, oglądał, skończył - a potem obejrzał je drugi raz, bo poprosiłam go, aby coś o nim napisał. 

Akudama Drive

Zacznę od tego,  że to jedno z moich ulubionych anime, więc mogę lekko przesadzać z chwaleniem go. Anime Akudama Drive zaczyna się w momencie, gdy główna bohaterka wracając z pracy, postanawia zjeść takoyaki, ale klientowi przed nią wypada moneta. Jak się okazuje, w sklepie nie da się płacić cyfrowo, więc jedynym sposobem na zapłatę jest moneta, którą podniosła; jednak należy ona do klienta przed nią, więc moralność nie pozwala jej nią zapłacić. Ale bohatera zostaje uznana za złodziejkę. Podczas pobytu na komisariacie dochodzi do ataku tytułowych Akudama (tak nazywają przestępców), którzy zostali wynajęci przez tajemniczą osobę. Bohaterka, aby przeżyć podaje się za Akudama o nazwie Swindler (Oszustka). Tak zaczyna się współpraca zwykłej osoby z najgroźniejszymi osobami w mieście. 

No właśnie. Dlaczego bohaterowie nie mają imion? W całym sezonie nikt nie otrzymuje imienia (z jednym wyjątkiem, którego nie jestem pewien), tylko tytuły - Brawler, Hacker, Courier, Master, Boss, czy nawet Brother. Gdzieś wyczytałem, że to zabieg mający ułatwić utożsamianie się z postaciami, ale w sumie nie wiem, co o tym myśleć, choć chyba spełnia swoją rolę. O samych postaciach prawie nic nie wiemy. Nawet większość ważnych bohaterów nie ma swojej historii, tylko cel do którego dążą. Świat przedstawiony w anime to cyberpunkowe miasto po wojnie, które jest przepełnione kompleksem niższości względem zwycięskiego miasta, do tego stopnia, że mieszkańcy obrali Shinkansen podróżujący między nimi za obiekt kultu. W zniszczonym mieście mają nawet narzędzie propagandowe w postaci Króliczka i Rekinka, którzy są bohaterami krótkich programów wyświetlanych w połowie odcinka, w trakcie których opowiadają historię miasta i obecne wydarzenia z perspektywy zwykłych ludzi. A ci ludzie żyją i - wbrew pozorom - nie pozostają bierni na to, co się dzieje.

Akudama Drive

Poza tym, nie ma tu pozytywnej postaci - każdy jest tym złym. Oczywiście patrząc z perspektywy szarego człowieka, bo kto może być tu dobry: przestępcy mordujący dla zabawy czy władze, które wybijają zwykłych ludzi, bo ci byli oburzeni ich nieudolnością? A nawet ci szarzy ludzie nie są bez winy, bo w końcu zagrozili miastu. 

Jedynym problemem tego anime są 2-3 małe absurdy. Ale taki rzucający się w oczy jest jeden, który da się wytłumaczyć; pozostaje jednak wiele pytań, na które nie poznajemy odpowiedzi, co również dałoby się wytłumaczyć budową świata. 

Teraz strona techniczna. Prawie każdy odcinek kończył się cliffhangerem albo plot twistem, przez co kolejne oglądałem od razu po tym, gdy się pojawiły. Poza tym, nazwy odcinków są również nazwami filmów do których akurat nawiązują. Na przykład odcinek 9 pt. "The Shining" (Lśnienie) w którym odwzorowano scenę znaną z memów. Animacje postaci nie powalają, ale wszystkie inne efekty jak eksplozje, lasery, dym, śnieg etc. są świetne. Opening jest świetny i wybuchowy, ale zbyt krótki niestety. Ending jest jego przeciwieństwem - o wiele spokojniejszy, animacja ogranicza się do kilku obrazków powoli przesuwających się po ekranie. Swoją drogą jednym z twórców Akudama Drive jest Kazutaka Kodaka, który stworzył również serię Danganronpa (która w formie anime również jest jedną z moich ulubionych serii), a podobieństw jest dużo, chociażby model bohatera posiadającego jedną specjalizację, a nawiązania do tej serii też się znajdą.

To chyba wszystko co chciałem napisać. Jak wspominałem na początku, jest to jedno z moich ulubionych anime, które zdążyłem obejrzeć 2 razy. I jeszcze trzeba pamiętać, że im dalej, tym lepsze jest, bo według wielu początek nie zachwyca.

Pozdrawiamy, M i M2

sobota, 16 stycznia 2021

Crunchyroll Anime Awards 2020

 Hello! 

Jedyne nagrody, o kórych czuję, że mogę się wypowiadać, powracają. Ale ponieważ z każdym kolejnym rokiem czuję, że mogę się o nich wypowiadać coraz mniej, to w tej edycji oprócz mnie i D, który towarzyszył mi w komentowaniu Crunchroll Anime Awards od samego początku, nominacje komentuje z nami M2, który w zeszłym roku napisał już tutaj dwie recenzje anime. Anime na blogu stają się bardzo rodzinną kategrią i bardzo mi się to podoba.

ANIME OF THE YEAR

M: Jujutsu Kaisen.
D: O ile super się bawiłem na Great Pretender oraz Appare, tak mam wrażenie, że główny konkurs rozgrywa się pomiędzy Beastars a Jujutsu z większą szansą tego drugiego.
M2: Z podanych oglądałem tylko Jujutsu Kaisen i zapewne to wygra. Ale dla mnie wygrywa Akudama Drive.

BEST ANIMATION

M: Jujutsu Kaisen lub Beastars.
D: Osobiście nie podoba mi się CGI  w Beastars. Eizouken ma specyficzny styl, ale nie powiedziałbym, że mi się szczególnie podoba. Jujutsu powinno wygrać. 
M2: Re:Dive jest ładne, ale wydaje mi się, że tylko Beastars (patrząc na fragmenty) ma jakieś szanse z Jujutsu, które pewnie wygra.

BEST ANTAGONIST

M: Rachel to okropna postać, słyszałam, że Echida jest zaskakująca, ale czuję, że Jujutsu Kaisen zgarnie w tym roku najwięcej nagród.
D: Nie mam pojęcia, co tu robi Overhaul, który za 4 sezon Boku no Hero Academia był nominowany w zeszłym roku, jego miejsce mógłby zająć Gentle Criminal i miałbym faworyta, a tak Echida i Sukuna niby są vilanami, ale nie robią nic złego (jak na razie, bo Jujutsu jeszcze wychodzi). Za to Rachel mogła by wygrać mimo bycia postacią, którą ciężko polubić.
M2: Jak wyżej - Overhaul z jakiegoś powodu pojawia się drugi raz, Sukuna i Echinda nie zrobili jeszcze nic specjalnie złego, a Rachel mogłaby wygrać dzięki tej jednej scenie kończącej. Reszta nie wiem.

BEST BOY

M: Serce mówi Khun, głowa mówi Satoru. Jujutsu Kaisen ma ten plus, że ciągle wychodzi i wciąż wywołuje zachwyt. Na przykład nowy opening przelał mi się wczoraj przez wszystkie możliwe miejsca, miałam w nim cały Twitter i pół Tumblra.
D: Moje zdziwienie, że na liście znajduje się Anos jest niepomierne, osobiście lubię tę postać, jednak rozum podpowiada ze Kakashi v2 (czyli Gojou) zmiata konkurencję. Khuna też polubiłem, ale on jak i wilk z Beastars mają średnie szanse.
M2: Tak jak wszędzie, zapewne wygra JJK albo Beastars, choć Khun też ma jakieś szansę. Reszty nie znam.

BEST CHARACTER DESING

M: Tu mam lekki problem, bo Hanako-kun jest takie ładne, ale robota jaką zrobili projektanci Tower od God nie może pozostać niezauważona. Z ciekawości, gdy anime wychodziło, zajrzałam do webtoona i nie da się na niego patrzeć, bo jest taki brzydki.
D: Bardzo chciałbym, aby BNA wygrało, jednak nie da się zaprzeczyć słowom M odnośnie ToG.
M2: Kibicuję Hanako-kun i BNA, Tower of God zbytnio nie polubiłem.

BEST COMEDY

M: Kaguya-sama: Love is War?
D: Mimo że bardzo dobrze bawiłem się na Demon King Academy, jednak to na Love is War zdarzało mi się parsknąć śmiechem na głos.  
M2: Oglądałem jedynie Love is War i bardzo możliwe, że to wygra.

BEST COUPLE

M: Dla odmiany kibicuję Kotoko i Kuro i czekam na drugi sezon.
D: Szczerze nie mam pojęcia, wydaje mi się, że wszystkie pary mają mniej więcej równe szanse, ale jakbym miał wskazać, to według mnie Legoshi i Haru mają odrobinę większe
M2: Nasa i Tsukasa mają duże szanse, Kaguya i Miyuki wydaje mi się że odrobinę niższe. Choć dla mnie mogliby wygrać Iwanga i Kuro. Reszty nie znam.

BEST DIRECTOR

M: Wierzę w tegoroczną przewagę Jujutsu Kaisen nad wszystkimi anime w tych nominacjach. Wygląda na to że popularność i rzeczywista jakość tego anime naprawdę idą w parze, więc nie zdziwię się, gdy zgarnie nagrodę i tutaj.
D: I znowu nie mam pojęcia, ponieważ wszystkie serie są super, ale chyba prowadzenie historii w Great Pretender podobało mi się najbardziej. 
M2: W sumie to nie wiem jak to oceniać, ale tak jak wszędzie największe szanse ma zapewne JJK.

BEST DRAMA

M: Japan Sinks zupełnie umknęło mojej uwadze i czuję, że muszę to sprawdzić. Fruits Basket chyba przeżywa swoje odrodzenie. Ale nagrodę może dostanie BEASTARS.
D: Serce mówi Great Pretender, ale rozum Beastars.
M2: Z podanych oglądałem tylko Somali, ale zakładam że wygra Beastars.

BEST ENDING

M: Ludzie uwielbiają ending z Jujutsu Kaisen, a ja dawno nie widziałam endingu, który tak nie pasuje do anime, Night Running nie jest złe, ale Last Dance to piosenka Mamoru Miyano...
D: Osobiście kocham Night Running, ale równie kocham Lost in Paradise. Jeśli nie wygra żadne z tych, to nie wiem, co mogło by.
M2: Jeśli coś z podanych ma szansę wygrać z JJK to tylko BNA. No i brakuje tu endingu z Hanako-kun, który mógłby wygrać.

BEST FANTASY

M: Gdy drugi sezon Re:ZERO wychodził, byłam w szoku, bo poza oficjalnymi kanałami nie widziałam żadnej aktywności fanów. Nie wierzę, że Tower of God wygra (a w ogóle Crunchroll opublikował mamki z informacjami o najpopularniejszym anime w danym kraju i w Polsce wygrało Tower of God). Także w sumie jakaś słaba ta konkurencja.
D: Chciałbym, aby tu Deca-Dence wygrało, ale to ToG raczej ma większe szanse.
M2: Z podanch widzialem tylko Re:Zero i ToG i kibicuję temu pierwszemu.

BEST FIGHT SCENE

M: Jujutsu Kaisen. Nawet nie chce mi się tego komentować.
D: Walka Jin Mori vs Jegal jest okropna, nie ma żadnego ładunku emocjonalnego; animacje w niej są beznadziejne (serio kto zatwierdził to, by nominować walkę, w której postacie zmieniają się w niebieską i czerwoną kreskę i latają po niebie???), druga walka z GoHS wypada trochę lepiej, ale nadal blado. Jujutsu może wygrać i w tej kategorii, ale jeśli chodzi o budowanie emocji wokół scen walki to MHA nie ma sobie równych i właśnie ta walka według mnie powinna wygrać, choć jej emisja miała miejsce już koło roku temu i ludzie mogą jej tak dobrze nie pamiętać.
M2: Po pierwsze - Jestem bardzo zły że jest tu Akudama Drive, bo to potwierdza że Crunchyroll wie o istnieniu tego anime, a mimo to nie dostało żadnej innej nominacji. Po drugie - wybrali złą walkę z BnHA, bo powinno tu być Endravor vs. High End Nomu, które jest moją ulubioną walką ogólnie. Po trzecie - wygra JJK albo BnHA, z czego chciałbym, aby to drugie.

BEST GIRL

M: Kaguya!
D: Abigail!
M2: Gdzie Oszustka z Akudama Drive :<<<. A z podanych zakładam, że Kaguya.

BEST OPENING

M: Opening BEASTARS jest sam w sobie jak minifilm, ogólnie polecam zobaczyć, jeśli Was ominął. Muzyka z Kaguya-sama: Love is War i w tym, i w poprzednim sezonie jest wyjątkowo dobrze dobrana do anime. Opening Jujutsu Kaisen jest bardzo spoko, ale w porównaniu z OP BEASTARS robi dużo mniejsze wrażenie. Opening Great Pretendent jest ciekawszy, niż sądziłam. A OP do Haikyu!! jest dokładnie jak opening do anime sportowego.
D: No i nie ma mojego ukochanego openingu z tego roku, czyli Black Catcher z anime Black Clover, ale wygląda na to, że tasiemce nie są brane pod uwagę. Z podanych ciężko mi wybrać pomiędzy Daddy!Daddy!Do! a openingiem Jujutsu, choć obstawiam ten drugi.
M2: (PS. Zwycięzcą i tak jest Black Catcher.) Chyba jedyna kategoria, w której jest i JJK, i Beastars, a w której ma szansę coś innego - mianowicie Kaguya-Sama. Choć brakuje mi tu openingu BNA.

BEST PROTAGONIST

M: To jest trochę nudne, ale Yuuji Itadori.
D: Itadori nie jest nawet protagonistą swojego anime, wszystcy wiedzą ze jest nim Gojou. Natsume jest troszkę za bardzo szablonowa, a obecność Anosa tu mnie dziwi, ale skoro został nominowany to ma jakieś szanse.
M2: Z podanych widziałem tylko JJK i - jak prawie wszędzie - zapewne to Itadori wygra.

BEST SCORE

M: Kibicuję Tower of God.
D: Oj trudny wybór, ale mam wrażenie że Great Pretender super wykorzysał oprawę muzyczną do podkręcenia scen.
M2: Pamiętam jedynie, że w czasie jednej z walk w GoH była fajna muzyka. ToG nie pamiętam, a reszty nie widziałem.

BEST VA PERFORMANCE

M: Megumi Ogata jako Hanako!
D: Yuichi Nakamura robiał całkiem niezłą robotę.
M2: Oba powyższe, Youichi albo Megumi. Z czego kibicuję Megumi. Choć Yusuke też ma szansę. 

Pozdrawiamy, M, D, M2



środa, 13 stycznia 2021

Recenzja: Kierunek: Noc, Niebo o północy, Alice in Borderland

 Hello!

Nieczęsto w jednym wpisie opisuję więcej niż jeden film czy serial. Częściej się zdarza, że opisuję jedną książkę w dwóch wpisach - ale to osoba historia. Dwa seriale i jeden film, o których możecie przeczytać poniżej, łączy fakt, że oglądałam je dosłownie jeden po drugim i towarzyszyły mi przy intensywnej pracy na przełomie grudnia i stycznia.

Alice in Borderland

Into The Night (Kierunek: Noc) 

Jeśli jakimś sposobem jeszcze nie wiecie, to informuję, że bardzo lubię samoloty i po pierwszym odcinku Into the Night, który obejrzałam dopiero pod koniec grudnia, bardzo zastanawiałam się, dlaczego nie zaczęłam oglądać tego serialu wcześniej. 

Punkt wyjścia jest taki: jeden z bohaterów wie, że z jakiegoś powodu światło słoneczne zabija ludzi i usilnie próbuje dostać się na pokład samolotu, aby lecieć możliwie najdalej na zachód, co kończy się w sumie tym że samolot porywa. Na pokładzie naszego samolotu są przeróżni ludzie z różnych krajów i środowisk (brakowało chyba tylko jakiegoś Amerykanina i kogoś z Azji) a samolot wyruszał z Brukseli (serial jest belgijski). Jak można się łatwo domyślić ludzie na pokładzie dogadują się średnio, na dodatek niektórzy mają pewne ukryte interesy. Poza tym jednak bohaterowie uczą się dogadywać, uczą się też trochę relatywizmu moralnego - ogólnie to serial, który przedstawia ludzi w sytuacji granicznej, katastrofalnej więc można się domyślać, jakie postawy pokaże lub ich nie pokaże. Z mojego samolotowego punktu widzenia pokazano w sumie wszystko, czego mogłam się spodziewać - lądowanie niedoświadczonej pilot, dehermetyzację kabiny a nawet jedna z postaci dostała się do samolotu na podwoziu - także byłam całkiem usatysfakcjonowana. 

Nie powiedziałabym, że o najlepszy serial na świecie, ale oglądanie go jest raczej bezbolesne, jest wystarczająco wciągający, że naprawdę kibicuje się bohaterom, aby dotarli do jakiegoś bezpiecznego schronienia. Ogólnie warto dać temu serialowi szansę. 

Jeśli ktoś lubi polskie akcenty w świecie to po pierwsze - serial jest inspirowany książką Starości Aksolotla Jacka Dukaja, a po drugie - okazuje się, że mechanik pokładowy jest samolotu. Gdy oglądałam serial i włączył się drugi odcinek i usłyszałam w tle Najnowszy klip i bohater z żoną zaczęli mówić po polsku, to byłam święcie przekonana, że system audio Netflixa się zepsuł. Teraz sprawdziłam i okazało się, że Jakuba gra polski aktor - Ksawery Szlenkier. 

The Midnight Sky (Niebo o północy) 

Potrzebowałam filmu, który mógłby sobie lecieć w tle, gdy pracuję i padło na The Midnight Sky. Film rozgrywa się na dwóch planach - kosmonautów wracających z nowej planety oraz starszego naukowca, który postanawia pozostać w Arktyce, aby skontaktować się z astronautami, którzy nie mają pojęcia, że na Ziemi nastąpiła katastrofa. 

Przez pierwszą godzinę, może trochę dłużej, to naprawdę ciekawy film i dobrze się go ogląda, ale później widz zaczyna łączyć kropki, zauważa wysłużone schematy fabularne i przestaje mieć nadzieję, że film pokaże coś nowego, będzie zaskakujący czy emocjonalny. Staje się rozczarowująco przewidywalny. Ale nie jest bardzo złym filmem, jak ktoś nie ma nic lepszego do oglądania to powinien się sprawdzić. 

Alice in Borderland 

Ciekawe kogo ten serial nie wciągnął, ale obejrzał 3 odcinki jeden po drugim i pewnie obejrzałby więcej, ale akurat nie miał czasu? Po tych 3 odcinkach mój największy problem z tym serialem był taki że cały serial wydawał się taki płaski - bohaterowie stawiają swoje życie na szali, inny giną, postaci wystawiają inne postaci jako przynęty itd., ale człowiek na to patrzy i nic go to nie obchodzi. Serial ma też mało subtelny foreshadowing i bardzo łatwo się domyślić, jaki los może czekać bohaterów w kolejnych zadaniach.

Pomiędzy 3 a 4 odcinkiem miałam kryzys dokładnie jak główny bohater i myślałam, że może serial zyska jakąś wagę emocjonalną - ale się przeliczyłam. Sam 4 odcinek jest taki... wtórny. 

Gdzieś w 5-6 odcinku człowiek odkrywa, że Alice in Borderland to nie jest jeden serial, to dwa seriale sklejone ze sobą i w tym drugim serialu dzieje się tyle, że zapomniał o pierwszej części. Widz zapomina natomiast, że być może powinien wymagać czegoś więcej od rozwoju postaci, bo akcja staje się szalona i trzeba próbować się połapać. Jednak płaskości serialowi dodaje fakt, że niezbyt ciekawie przechodzi od poziomu jedna śmierć postaci jest smutna do wiele śmierci to statystyka. 

Prawda jest taka, że świat przedstawiony i moment, gdy bohaterowie skupiają się na odkrywaniu, jak może działać gra jest dużo ciekawszy niż sami bohaterowie. Chociaż byłam zaskoczona, jak dużo dowiedzieliśmy się o historiach mocno drugoplanowych postaci - z tym że nie będą one już drugoplanowe w następnym; jednocześnie mamy przynajmniej jedną istotną postać, o której prawie nic nie wiemy. Ogólnie czekam na drugi sezon, bo chcę się dowiedzieć, o co chodzi w grze i co to za postaci, które jeszcze nie dostały okazji, aby opowiedzieć swoją historię.

Jedna rzecz, która mnie zaskoczyła w tym serialu, to położenie nacisku na kwestie przyjaźni. Czy raczej poczucie winy wobec przyjaciół, ale - chociaż jak pisałam foreshadowing nie jest subtelny - zdziwiłam się, że kwestie przyjaźni były w serialu tak istotne i trochę były jedyną z cech charakteru bohatera, która była naprawdę uzasadniona i wyjaśniona. Drugą miało być to, że Arisu/Alice jest świetny (wręcz genialny) w rozwiązywaniu zagadek i znajdowaniu wyjścia z sytuacji, ale zupełnie nie wiadomo - poza tym, że jest głównym bohaterem - dlaczego miały taki być. Gdybyśmy faktycznie wiedzieli, że w realnym świecie był jakimś mistrzem w tych swoich grach internetowych owszem - ale serial daje nam dosłownie jedną sugestię, że tak właśnie jest. 

Drugi sezon oczywiście obejrzę. 

LOVE, M

sobota, 9 stycznia 2021

Doctor Who - Revolution of the Daleks

 Hello!

Mój entuzjazm wobec serialu Doctor Who po ostatnich sezonach prawie nie istnieje. Ale zawsze pisałam o świątecznych - wcześniej bożonarodzeniowych, teraz noworocznych - odcinkach i o tym napiszę także. Tym bardziej że jest to przełomowy odcinek i zapowiedź kolejnego sezonu. 

Revolution of the Daleks 

Ale zapowiada się ciekawe.

Ciekawie, chociaż strasznie. Zajmowanie się problemami społecznymi w serialu i rozaizwyanie ich za pomocą Daleków-policjantów może mieć tylko złe konsekwencje. Na pewno były wcześniej odcinki Doctora Who, które kojarzyły się z Black Mirror, ale ten kojarzy się jakoś bardziej.

Tak bardzo nie obchodzi mnie to wcielenie Doctora, że nawet nie mam siły się zastanawiać, co ona robi na ten więziennej asteroidzie. Ani czy z niej wyjdzie, ani jak. A może to było powiedziane w ostatnim odcinku poprzedniego sezonu, z którego pamiętam dokładnie nic.

Ale paskuda. 

No i wróciła, rodzinka w komplecie. Wzrusz, wzrusz. Pisałam już gdzieś, że nie lubię Yaz?

Jack mówi o Rose i to jest prawdziwy wzrusz!

Trzeba docenić paralelną narrację o tym jak daleki z drukarki 3D mają zapewnić bezpieczeństwo głoszoną przez premier Wielkiej Brytanii i Doctor, tłumaczącej, że Dalekowie to wcielenie nienawiści. 

Przypomniałam sobie, dlaczego wyparłam z pamięci poprzedni sezon. W sumie to myślałam, że twórcu serialu też to zrobią, ale wałkują temat. Czy zagubione życia Doctor będą motywem przewodnim następnego sezonu?

Nie wiem, czy ta narracja o państwowym bezpieczeństwie to tylko nawiązanie do brexitu, czy ktoś próbował zadać pytanie o to, ile ludzie są w stanie poświęcić dla bezpieczeństwa. Chociaż to jednak chyba jakaś odezwa do izolacjonizmu.

Ogień ogniem zwyciężaj. Czy coś. 

Yaz się zachowuje jak dziecko z przedszkola. 

Ryan był najlogiczniej poprowadzoną postacią w tym odcinku, Graham gdzieś w odcinku zniknął. Znikają oni także z życia Doctor, co jest jednocześnie słuszne - Ryan nauczył się żyć poza Tardis - z drugiej Yaz zostaje.

Jestem zaskoczona, jak krótkie wyszły te wrażenia z oglądania. Zwykle były bardziej emocjonujące. Przy czym odcinek jako sam odcinek oglądało się całkiem nieźle i chyba nie był to efekt prawie zerowych oczekiwań wobec niego. Martwię się o kolejny sezon, ale pewnie i tak go obejrzę. 

Pozdrawiam, M

środa, 6 stycznia 2021

Perfekcyjnie bezemocjonalny - Chilling Adventures of Sabrina 4

 Hello!

Poprzedni sezon serialu Chilling Adventures of Sabrina podobał mi się średnio, ale przynajmniej miałam ochotę wyrażać o nim swoje zdanie i opisywać, co było denerwujące. Sezon czwarty jest zupełnie bezemocjonalny. 

chilling adventures of sabrina

Stawka tego sezonu jest ogromna, bo ojciec Blackwood postanowił sprowadzić pradawne koszmary, które zagrażają całej Ziemi, ba całemu Wszechświatowi. Czy czuje się coś z tego zagrożenia? Absolutnie nie. Czy serial próbuje wyjaśnić, dlaczego koszmary tak się uparły na Greendale? Istnienie dwóch Sabrin jest wielką kosmiczną anomalią i działa ona jak magnes. Ale żadnego kosmicznego zagrożenia nie czuć. Naprawdę trudno w nie uwierzyć, gdy widzi się wiąż te same miejsca w jeden miejscowości. Nie wiem, czy nie zwróciłam na to wcześniej uwagi, czy nie było to tak istotne - ale ten serial jest niesamowicie klaustrofobiczny. Zarówno przestrzennie, jak i pod względem bohaterów. Szczególnie pod koniec, gdy bohaterowie - szczególnie bohaterki - miały idealną okazję, aby ponownie się zjednoczyć, pokazać solidarność i wspólną moc - zostajemy z trzema postaciami. 

Samotna Sabrina z początku sezonu - bez chłopaka i praktycznie bez przyjaciół - to najbardziej przygnębiający element tego serialu. Nasza główna bohaterka próbuje odnaleźć siebie i idzie jej to gorzej niż bliźniaczce z piekła (chociaż naiwna bliźniaczka z piekła związała się z najgorszą możliwą opcją...), ale faza szukania siebie to głównie randkowanie. 

Co dobrego wynika z samotnej Sabriny? To że trochę wycieli jej przyjaciół. Na szczęście. Jednocześnie jednak chyba ktoś w pewnym momencie zauważył, że przyjaciele Sabriny nie mają wątków i na przykład doklejono wątek Robina i Theo - czy Robin powinien odejść do świata wróżek, czy Theo ma prawo go trzymać w świecie rzeczywistym.
To jest ciekawe z jeszcze innej perspektywy - częstą lokalizacją w serialu jest obserwatorium z "planetami" reprezentującymi światy, ale naszych bohaterów oczywiście interesuje tylko Ziemia i piekło. O tym co w związku z nadchodzącymi koszmarami może stać się w innych miejscach - nie wiemy nic. A tych miejsc w obserwatorium widzimy przynajmniej kilka.

Ambrose chilling adventures of sabrina

Biedny Ambrose chodził cały sezon tak niesamowicie zestresowany, aż się martwiłam, czy się od tego wszystkiego nie pochoruje. Ale poza tym, to bardzo potrzebowałam usłyszeć, to, co powiedział w Sylwestra, gdy serial oglądałam.

Ogólnie ten sezon jest niemożebnie nudny i jakiś taki mało kreatywny (pomysł na Otchłań czy pustkę, pominę milczeniem, bo to chyba był największy obraz braku kreatywności). Wątki są podoklejane na siłę, nie mówiąc, o tym z ilu nic nie wynika, ile rzeczy jest niewykorzystanych (niech ktoś mi wyjaśni, dlaczego Zelda w ostatnim odcinku nie wezwała Mambo Marie). Biorąc pod uwagę, jakie ogromne są te kosmiczne koszmary (a przynajmniej jak bardzo serial próbuje nam wmówić, że są) to bohaterom pokonywanie ich idzie zdecydowanie za łatwo. Większość odcinków polega na tym, że coś jest wysysane lub wsysane z lub do Sabriny. Czy Sabrin. Łatwo można się też domyślić niektórych szczegółów. I raczej nie wynika to z błyskotliwości widzów, co - znów - niewielkiej pomysłowości twórców (gdy tylko Lilith stanęła przy kominku i było to zbliżenie, od razu widziałam, co się później okaże). 

Poza tym nie wiem, na ile ten serial chce być na poważnie, a na ile nie. I ten sezon sam chyba ma z tym największy problem spośród poprzednich. Na większości "poważnych" scen się śmiałam, bo wychodziły jakieś takie koślawe. Przerysowane. Serial niby chce puszczać oko do sentymentów widzów Sabriny nastoletniej czarownicy i znów - wychodzi to koślawo. Niby wszyscy mamy wiedzieć o chodzi, ale nie jest to ani zabawne, ani metatekstowe (choć próbuje). Powinno być poważne, ale ta powaga jest bez sensu. (Chociaż nie powiem koncepcja zielonego pokoju i tego, co tam się dzieje, zrobiła na mnie podobnie duże wrażenie, jak to, gdy dowiedziałam się, co działo się z klonami w Atlasie chmur... Z tym że no właśnie - na mnie to zrobiło wrażenie, na postaciach w serialu, gdy już się dowiedziały nieszczególnie.)

Rozlatuje się ten sezon w strzępach, ma w sumie jeden wątek i bardzo próbuje udawać całą tkaninę, ale jest tak podziurawiony, że sens nadaje mu tylko to, że pod spodem ma trzy poprzednie sezony. Jeśli się człowiek uprze, bo to, ile wątków rozpoczął i nie zakończył, ba nawet nie starał się zbudować, bo gdzieś po drodze, ktoś przypominał sobie co i rusz, że serial nie będzie miał kolejnego sezonu, to jakaś chyba jakaś zbrodnia przeciw scenariuszom. 

Pozdrawiam, M

sobota, 2 stycznia 2021

2020 PODSUMOWANIE

Hello!
Wasze ulubione, moje ulubione oraz wpisy, które zasługiwał na więcej miłości w 2020 roku - już w podsumowaniu.

podsumowanie 2020


STYCZEŃ

Zapomniałam, że na początku 2020 leciał jeszcze Doctor Who i część wpisów z tego miesiąca, to recenzje kolejnych odcinków. Ale nieszczególnie chcę do nich wracać, bo nie były dobre. Dlatego ze stycznia wybieram tylko wpis - Ludzie - Chiny bez makijażu.

LUTY

Luty rozpoczął się z jedną z moich ulubionych serii na blogu - Wanna vol. 4. Jeśli jakieś firmy z wannami, prysznicami czy umywalkami chcą się przy okazji nich reklamować bardziej oficjalnie, niż zostawiając "komentarze", to zapraszam do kontaktu. A poważnie - to całkiem zabawne, gdy strona z wyposażeniem łazienkowym zostawia komentarz. Drugi wpis, do którego chcę wrócić to Przygody Ambrose'a - Chilling Adventures of Sabrina 3.

MARZEC

Powszechnie wiadomym jest, że lubię narzekać i oto kolejny przykład -  Rzeczy, które nie mają sensu w organizacji studiów. W marcu stało się ze mną coś złego i obejrzałam Train to Busan (Łopatą można pokonać zombie, ale niekoniecznie przekonać widza o wartości filmu) i byłam całkiem zaskoczona, jak dobrze się ten film ogląda. Chciałam jeszcze wrócić do dramy Rookie Historian Goo Hae-ryung, bo była zaskakująco przyjemna.

KWIECIEŃ

W tym roku przekonałam się, że kwiecień jest moim ulubionym miesiącem roku i w 2021 to uczucie będzie tylko umacniane, bo już mam zaplanowane 5 z 8 wpisów na ten miesiąc. Ale zostając jeszcze w 2020 - tak mi się podobało to, co publikowałam w kwietniu, że później zrobiłam podsumowanie jednego miesiąca.  

Wpisy, do których szczególnie chciałabym powrócić to: Lecz dzień jest nocy, a noc dnia brzemieniem - Until We Meet Again.To recenzja dramy z Tajlandii, która ma trochę wspólnego z Romeo i Julią i jestem bardzo dumna z tytułu tego wpisu - bo pasuje idealnie i pochodzi z XXVIII sonetu Szekspira. Zostając u Szekspira - Szekspir w k-popie 2 oraz  Szekspir w anime i mandze #5.

MAJ 

Wpis Typy prowadzących w czasie studiowania online okazał się zaskakująco popularny i pokazywał, jak wiele osób ma bardzo podobne doświadczenia ze studiowaniem online.  W maju napisałam też recenzję prawdopodobnie najlepszej dramy, jaką widziałam w tym roku, jeśli nie najlepszej ze wszystkich, które widziałam. Czyli - Zbyt piękne, aby było prawdziwe - SKY Castle. Jeśli lubicie dramy, a jeszcze jej nie widzieliście, to nie wiem, co robicie ze swoim życiem. Oczywiście nie mogło w maju zabraknąć wpisu związanego z k-popem i oto przeanalizowałam klipy Day6 - Ile teledyskowych trendów zmieściło DAY6 w 24 klipach? I chciałam jeszcze wspomnieć o chińskiej dramie - Pora na przygodę. Z domieszką poirytowania - My Roommate is a Detective.

CZERWIEC

Po pierwsze w czerwcu jest sesja, po drugie w czerwcu i lipcu miałam mały blogowy kryzys. Mogłabym przywołać nieco poważniejsze wpisy, ale Mój ranking Road to Kingdom jest ciekawym wpisem z robiącymi wrażenie występami z programu. I w temacie tego że nie mam gdzie trzymać książek w czerwcu korzystałam z usług SkupSzop - Czy taki SkupSzop straszny jak go malują?

LIPIEC

 W lipcu nie było wielu wpisów, ale te które były, były jakościowymi tekstami. Przygotowałam wpis  Dziewczęce podejście do mrocznego konceptu w k-popie i wciąż jestem z niego bardzo dumna i chciałabym go rozbudowywać, bo to bardzo ciekawe zagadnienie. I mamy jeszcze dwie recenzje dram: Ten serial o nawiedzonej maszynie do pisania - Chicago Typewriter - bardzo zaskakująca drama, która wewnętrznie przechodzi długą drogę i staje się intrygująco poważna im bliżej końca. Oraz drama Rodzice i dzieci - When the Camellia Blooms.

SIERPIEŃ 

Właśnie zdałam sobie sprawę, z tego że byłam w tym roku w kinie tylko raz (albo dwa razy, piszę to w połowie grudnia i może jeszcze zobaczę Wonder Woman 2 - nie udało się to oczywiście; może w połowie stycznia?) na filmie Tenet.  W sierpniu napisałam też prawdopodobnie najdziwniejszy wpis, z którego wniknęły jeszcze dziwniejsze konsekwencje - Tego się nie spodziewałyśmy - recenzja produktów Your KAYA.Wakacje to zdecydowanie czas dram i proszę bardzo kolejna recenzja - Równoważenie - It's Okay to Not Be Okay. Nie za bardzo wracam do książek, dlatego proszę - Festiwal uszczypliwości - Przepis na człowieka.

WRZESIEŃ

Wracając do tematu zombie -  No taki film o zombie - #Alive  naprawdę się o siebie martwię, jeszcze polubię zombie.  Jednak będzie o książkach, bo aby napisać recenzje tej musiałam poświęcić miejsce na półce w moim pokoju - Fantazja o koreańskim śnie - K-pop tajne przez poufne. I jeszcze chciałabym wrócić do minianalizy kariery zespołu WINNER -  Kręte ścieżki i zaskakujące powroty - o karierze zespołu WINNER.

PAŹDZIERNIK 

Październik niechcący stał się bardziej k-popowym miesiącem niż zakładałam i niż chciałam, bo nie lubię aż tak trwać w jednej grupie wpisów.  I tak mamy kolejną recenzję książki - Jasno, jaśniej... - Lśnić. I bardzo poważnie - napisałam do Poradni Językowej PWN z pytaniem, jak powinno się pisać k-pop i dostałam odpowiedź - Kpop czy k-pop? A może K-pop? I nieco mniej poważnie (albo może wcale nie, biorąc po uwagę, jak w sumie zirytował mnie ten film) - Blackpink nie jest wyjątkowym płatkiem śniegu - BLACKPINK: Light Up the Sky. I ostatni wpis, bo taki pojawia się tylko raz w roku - Ulubione piosenki z dram #3.

LISTOPAD 

Na początku listopada przestała działać jedna ze stron zbierających różne blogi w jednym miejscu, o której trochę zwykle zapominałam. Dopóki nie okazało się, że listopadowe wyświetlenia bloga spadły o 2/3. To był najgorszy miesiąc w historii bloga od nie pamiętam w sumie kiedy. Aczkolwiek wydaje mi się, że musiały się tu nałożyć różne inne rzeczy także, bo w grudniu wyświetlenia wróciły do normy. 

W listopadzie miałam najmniejszy problem z wyborem trzech wpisów do przywołania - tylko skojarzyłam i wiedziałam. Nie mogło zabraknąć - Niestrategiczne posunięcie - Gambit królowej. Poza tym wpis, który zapowiadałam przez rok, mniej więcej zawsze, gdy pisałam o studiach - O tym, jak studenci wydali książkę Ikonografia autora. I jakiś k-popowy wpis też musiał się znaleźć - Astronauci w k-popie.

GRUDZIEŃ 

Pojawił się piąty wpis wannowy - nie wiem, czy w przyszłym roku uda uzbierać się materiał na aż 2 kolejne wpisy, ale będę się starała. Tym bardziej że w komentarzach pod tym dostałam linki do 5 czy 6 teledysków z wannami, których jeszcze nie widziałam! Napisałam też niby list do Mikołaja - 10 książek, które chciałabym dostać. 

Prawie wygląda, jak by nie było koronawirusa! Sama się zdziwiłam, że wpisy od marca do lipca są takie "normalne", a lipcowy kryzys miał niewiele wspólnego z pandemią. Oglądałam w zeszłym roku jakieś szalone ilości seriali, a przynajmniej tak mi się wydaje, gdy patrzę na to podsumowanie. Pisałam też dużo więcej o tematach związanych z k-popem. Chciałabym jednak w 2021 wrócić do nieco poważniejszych książce o Korei Południowej i Północnej, bo brakuje mi koreańskiego bingo. 

W styczniu i lutym będę jednak bardzo zajęta - zbliża mi się ostatnia prawdziwa sesja na studiach magisterskich, muszę też najpóźniej do końca lutego rozliczyć się z kolejnego rozdziału magisterki. Kwestia sesji jest dość stresująca - podobno wykładowcy dostali informację, że mogą zrobić egzaminy na miejscu - co wydaje się dość niemądrym pomysłem i niepotrzebnym zachodem logistycznym. Pytania o organizację drugiego semestru także pozostają bez odpowiedzi i także są dość stresującą sprawą. Także poziomy stresu w styczniu i lutym będą niestety na niebezpiecznie wysokich poziomach. W sumie to stres jest większy, niż przypuszczałam, chyba nawet większy niż w zeszłym semestrze. Jakoś nie było okazji o tym napisać, ale w tym semestrze - chociaż zajęcia mam w sumie 3 dni w tygodniu - mam ogromne poczucie, że się z niczym nie wyrabiam i lepiej radziłam sobie, gdy studiowałam dwa kierunki. To naprawdę straszne uczucie, bo robię bardzo, bardzo dużo rzeczy, a czas ucieka mi, jak nigdy dotąd.

Co do bloga - mam jakieś zapisane, przygotowane wpisy, mam braci, jeśli uda się ich przekonać do pisania to może pojawią się jakieś wpisy związane z anime. Także wpisy będą, ale nie wiem, czy w każdą środę i sobotę. W każdym razie - nie mogę się doczekać marca, a jeszcze bardziej kwietnia. Kwiecień to zdecydowanie mój miesiąc! 

LOVE, M