Hello!
Nie miałam w planach oglądania tego filmu i trochę wybrałam się na niego w zastępstwie Bez wyjścia, które straciłam nadzieję, że będę miała okazję zobaczyć (a okazało się, że będzie grane 4 maja) i bardzo dobrze zrobiłam, bo bardzo żałowałabym, że miałam okazję obejrzeć ten film w kinie, a tego nie zrobiłam.
Może zacznę od tego, że wiedziałam, że ten film jest długi, ale nie sprawdziłam, jak długi dokładnie - a trwa niemalże 3 godziny. I w samym filmie tego nie czuć - spokojnie mógłby być dłuższy, ba, można argumentować, że powinien być dłuższy, ale o tym wspomnę zaraz niżej. (Książka na podstawie, której powstał ma 800 stron, a wydaje mi się, że obiło mi się, że obiło mi się o uszy, że pierwsza wersja tego filmu też była jeszcze dłuższa). Natomiast wybranie się na trzygodzinny film to jest jednak pewne zobowiązanie i pewna wyprawa - więc pamiętajcie o tym, gdy będziecie szykować się na seans. A od siebie dodam, że oglądałam Kokuho na pokazie w DKF-ie, więc w sumie spędziłam w kinie jakieś 5 godzin, ale dzięki temu miałam okazję od razu zanotować sobie kilka rzeczy, które zwróciły moją uwagę w tym filmie.
Fabuła filmu zaczyna się w latach 60. (a obejmuje lata 1964-2014!), gdy aktor kabuki Hanai Hanjiro II odwiedza przybytek yakuzy i jest świadkiem występu syna szefa mafii w przedstawieniu. Niestety przyjęcie zostaje zaatakowane, ojciec bohatera ginie, a rok później wspominany aktor zabiera go do siebie i postanawia, że będzie go trenował razem ze swoim biologicznym synem na aktorów onnagata (czyli występujących w kabuki w rolach kobiecych). I już z tego jednego, długiego zdania widać, gdzie może leżeć jedna z osi konfliktu w tym filmie. I gdy ogląda się Kokuho pod tym kątem, to można pomyśleć, że w pewnym momencie główny bohater przyikarzył - podleciał za blisko do słońca i się sparzył, jednak w jego przypadku Dedal zamiast go ostrzec, jeszcze go w tę stronę popychał.
Nasz główny bohater obdarzony niesamowitym naturalnym talentem nazywa się Kikuo Tachibana - przez większość filmu gra go Ryo Yoshizawa, a w młodszą wersję wciela się Sōya Kurokawa, który miał do odegrania bardzo trudny fragment życiorysu bohatera i zrobił to absolutnie fenomenalnie i przekonująco. Ogólnie ktokolwiek prowadził kasting i zdecydował się na tych dwóch aktorów do tej roli powinien dostać podwyżkę. Biologicznego syna Hanai Hanjiro gra Ryusei Yokohama (i mam wrażenie, że za mało pisze się o tym, że on także przez 1,5 roku ćwiczył grę aktorską), a samego Hanai - Ken Watanabe.
Wspomniałam o oczywistej linii konfliktu pomiędzy ojcem, biologicznym i przybranym synem, ale marketing filmu skupiał się chyba bardziej na stronie dotyczącej sławy i jaka jest jej cena. Kokuho nie daje na to pytanie błyskotliwej odpowiedzi, której nie można się domyślić i która nie padała już w innych dziełach kultury, ale pokazuje, jak ta odpowiedź urzeczywistnia się w życiu konkretnego bohatera. I wracając do zestawienia z Ikarem - Kikuo w pewnym momencie filmu umiera dla świata, a rodzi się dla sztuki. Przy czym odpowiedź na pytanie, czy to dobrze, czy źle wcale nie jest jednoznaczna - myślę, że mogliście widzieć fragment z materiałów promocyjnych, gdy tłumaczy on dziecku, że zawiera pakt z diabłem, aby być najlepszym aktorem w całej Japonii. I nawet jeśli nie odpowiada bezpośrednio za śmierć żadnego z bohaterów w filmie, to można bez pomyłki napisać, że idzie trupach do celu, nawet jeśli droga nie jest usłana różami, a pełna wzlotów i upadków (bo nasz bohater nie jest od nich wolny). Myślę, że można byłoby też analizować ten film z punktu widzenia obsesji, ale ten tekst i tak już jest o wiele dłuższy niż zakładałam, że będzie, więc tylko zostawiam to hasło.
Wrócę jeszcze do aktorów i ich gry - Sōya Kurokawa gra rozentuzjazmowaną, zdolną - w zasadzie dziecięcego geniusza - niepozbawioną ludzkich odruchów i słabości wersję Kikuo. Ryo Yoshizawa gra powiedziałabym 3 główne wersje bohatera: 1) wierzącą, że jego życie jest na dobrej, odpowiednio zaplanowanej drodze, 2) taką, w której zniknęło całe życie i błysk w oku, a dalej nawet cyniczną, 3) taką, która odzyskała nieco ludzkich odruchów. Bohater poświęcił się/wiele (tu można, a nawet trzeba się zastanowić nad podmiotem lub przedmiotem poświęcenia) dla sztuki, ale odniosłam wrażenie, że sztuka - wbrew pozorom - gdzieś mu uciekła (chociaż teatr w różnych formach jest w filmie cały czas bardzo obecny).
Na pewno jest to opowieść o przemijaniu - albo nie tyle o przemijaniu, co o odchodzeniu w przeszłość i widać to już w tych początkowy scenach - ojciec bohatera chciał stoczyć z atakującymi potyczkę na gołe pięści i/lub ostrza czy miecze, a oni go zastrzelili. Podobnie najlepszym - a na pewno takim, któremu ze wszystkich pokazanych na ekranie bohaterów najlepiej udaje się oddać hiperkobiecy, oczekiwany od aktora onnagata, manieryzm - aktorem jest najstarszy z aktorów Mangiku i żaden inny bohater nawet się nie zbliża do jego poziomu, co mimo talentu naszego głównego bohatera, sugeruje, że ta sztuka odchodzi. Mamy też zupełnie przyziemne światowe sprawy gospodarcze i finansowe, które odbijają się na bohaterach oraz współczesność - syn drugiego z bohaterów, chociaż nie jest trenowany tak brutalnie jak ojciec i wujek, woli koszykówkę od kabuki. I w filmie nie jest to pokazane tak, że bohaterowie nie potrafią się jakoś zaadaptować czy nie korzystają z dobrodziejstw, które w danym momencie zapewnia sytuacja ekonomiczna i światowa. Nie to wszystko się dobrze odbija w ich losach i bardziej i mniej dosłownych sensach.
Miałam zapisane kilka, może kilkanaście haseł i nie spodziewałam się, że z ich rozpisywania wyjdzie mi już 6 dość długich akapitów, a muszę napisać jeszcze o strukturze tego filmu. Ponieważ obejmuje on pół wieku, wiele wydarzeń dzieje się poza ekranem, często jako widzowie widzimy zapowiedź czegoś, a za chwilę już się to wydarza - chociaż doprowadzenie do tego wydawało się niemożliwe i nigdy nie dowiadujemy się, jakie kroki zostały podjęte, jakie negocjacje musiały zostać przeprowadzone, aby to się stało i ile czasu to zajęło (a na logikę i logistykę wiadomo, że musiało dużo). Są też dłuższe przeskoki czasowe i prawdę napisawszy wolałabym, aby napisy informowały, ile w danym roku bohater ma lat, niż tylko jaki jest rok, bo mam wrażenie, że w wielu momentach jego wiek jest lepszym kontekstem dla jego zachowań niż rok, w którym się znajdował. (Oczywiście można to policzyć, ale Kokuho to film, który trzeba obejrzeć w dużym skupieniu i nie radziłabym z niego wychodzić - chociażby dlatego, że te przeskoki czasowe pojawiają się niekiedy w zupełnie nieoczywistych momentach i dobrze jest ich nie przegapić, aby nie zgubić dalszego kontekstu). W skrócie można napisać, że montaż tego filmu jest dość pourywany, ale poza paroma przypadkami, gdy naprawdę chciałoby się wiedzieć, jak do czegoś doszło, zupełnie nie zaburza to odbioru całego filmu.
Na końcu Kokuho jest scena, gdy bohater odgrywa Heron Maiden i jest ona zrealizowana w taki sposób, że naprawdę naturalnie ma się ochotę bić Kikuo brawo - i w sekundzie, gdy w głowie widza pojawia się ta myśl, perspektywa się zmienia i widownia teatralna z filmu łączy się z widownią siedzącą w kinie - wrażenie jest naprawę niesamowite. Potęguje je dodatkowo kwestia fotografki z wywiadu, którego udziela Kikuo, stanowiąca kolejne już w strukturze filmu odwołanie do cykliczności i powtarzalności, ale też jego podsumowanie.
Ten tekst wyszedł i tak o wiele dłuższy, niż zakładałam, a tylko dotyka i informuje o podejmowanych w filmie wątkach i to w zasadzie tylko tych najbardziej uniwersalnych, a można nie tylko bardziej się w nie zagłębić, ale także spojrzeć na nie bardziej w kontekście kultury japońskiej, konfucjanizmu czy nawet innych ram interpretacyjnych. I może jeszcze tak na koniec - nie obawiajcie się, że film może być "zbyt japoński" - bo to naprawdę nie powinno być problemem przy oglądaniu, natomiast jeśli nie lubicie i nie czujecie specyfiki teatru - a tutaj teatr, czyli kabuki, jest bardzo sformalizowany, a ponadto bogaty w makijaż i stroje - to raczej w tym upatrywałabym możliwej trudności w odbiorze tego filmu.
Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!
LOVE, M

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Jesteście dla mnie największą motywacją.
Dziękuję.
<3