środa, 29 lipca 2026

Spostrzeżenia po ekstrakcji ósemki

 Hello!

Najpopularniejszym i najczęściej odwiedzanym wpisem na tym blogu jest post z maja 2016 roku dotyczący moich spostrzeżeń po tym, jak miałam nogę w gipsie. Co prawda teraz nie jest już aż tak często wyszukiwany, ale wciąż jest całkiem popularny. Dlatego po kolejnej poważnej procedurze medycznej też pomyślałam, że mogę się podzielić spostrzeżeniami. 


Otóż w połowie lipca miałam przeprowadzoną ekstrakcję ósemki. Wiedziałam już od jakiegoś czasu, że czeka mnie ta procedura i w zeszłym roku okazało się, że nie mogę dłużej tego odwlekać, bo zrobią mi się komplikacje. Na wizytę u chirurga szczękowo-twarzowego czekałam 9 miesięcy i 2 tygodnie i po fakcie bardzo się cieszyłam, że nie musiałam zapłacić za  te tortury ten zabieg z własnej kieszeni. Dentyści i procedury stomatologiczne zupełnie mnie nie ruszają, wręcz mogłabym spać podczas zabiegów. Ale usuwanie ósemek trochę mnie przerażało. 

(Sądziłam, że ekstrakcja to poważne i uznane słowo, ale precyzyjnie to było operacyjne usunięcie zęba zatrzymanego).

Po pantomogramie okazało się, że moje dolne ósemki rosną sobie równolegle do podłogi, dosłownie poziomo i częściowo je widać, a częściowo siedzą w dziąśle. (O tym, że one rosną źle i nie wyszły do końca było wiadomo wcześniej - dlatego nie mógł mi ich usunąć stomatolog, tylko musiał chirurg - ale dokładna skala problemu nie była znana). Zdecydowałam, że najpierw pozbywamy się dolnej ósemki z prawej strony. Dostałam znieczulenie, poczekałam chwilę i się zaczęło... wiercenie. Wiercenie, wiercenie, więcej wiercenia. Bardzo głośnego. Trochę szarpania. Lekarz sam mówił, że mam dość uparty ząb i doprowadzenie do momentu, aż jakaś zaplanowana jego część się ułamała było dość problematyczne. I ten dźwięk łamania słyszany w głowie też jest bardzo, bardzo dziwny (musiałam zrobić jakąś przerażoną minę, na ile się dało, bo lekarz zaczął mnie zapewniać, że tak miało być). Bo jeśli jest jedna rzecz, której się u dentysty obawiam, to jest to, to że podczas manewrów przy jednym zębie, coś się stanie i zostaną uszkodzone inne zęby. 

Przy czym to nie tak, że coś boli. Przynajmniej nie dosłownie. Czuć dużo manipulacji i ciągnięcia. Miałam wrażenie, że praca przy tym zębie bardziej przypomina operację ortopedyczną i pracę w kopalni niż zabieg dentystyczny. Przyznam wręcz, że w pewnym momencie - mimo tego, że jak pisałam normalnie procedury stomatologiczne mnie nie ruszają - miałam ochotę wstać i uciec. Przy czym znów, zasadniczo nie czuje się bólu, natomiast ten ząb trzeba było siłowo wyciągnąć i to używanie siły naprawdę się udziela. Ja spocona, lekarz spocony. Ale zasadniczo wszystko poszło dobrze.

Dostałam receptę i polecenie, żeby od razu wziąć te przepisane leki (mimo ogólnego zakazu jedzenia i picia dwie godziny po zabiegu). Poszłam do apteki, myśląc, że w sumie jestem pacjentem po operacji i nie jestem pewna, czy powinnam sama chodzić po mieście, ale ogólnie nie czułam się źle. Wzięłam, co zostało mi przepisane, i robiłam okłady. Pro tip: do robienia okładów fantastyczne są żelowe wkłady chłodzące do takich dużych pojemników na ciasto. I uwaga bardziej niż ból czy dyskomfort samego dziąsła czy policzka, doskwierał mi ból gardła. Nie mam pojęcia, jak ludzie są w stanie tak naprawdę jeść te dwie godziny po zabiegu, bo mi po pierwsze przykurczyło szczękę, a po drugie mam ogromny dyskomfort przy przełykaniu. Mniej więcej podobny, jak po gastroskopii. A w brzuchu burczy, bo zjadłam śniadanie, a potem już nic, a zabieg miałam koło 13. Udało mi się wcisnąć banana i sok marchwiowy, a potem wyczytałam, że można - a nawet prawie trzeba - jeść lody, więc na kolację jadłam shake'a (co brzmi super, ale przy stanie mojego gardła, to zjedzenie go, zmęczyło mnie niemal, jak przebiegnięcie maratonu). A potem coś jeszcze, bo i leków tak za bardzo na pusty żołądek brać nie można. 

Piszę to przed południem następnego dnia (środa) po zabiegu i w tym momencie dyskomfort przy przełykaniu prawie minął, chociaż wciąż nie jest przyjemnie, przykurcz szczęki też (bo okazało się, że musiałam w pracy odebrać sporo telefonów, co w sumie było dobrym ćwiczeniem, ale przy usuwaniu kolejnej - już w styczniu! - nie będę udawała takiej dzielnej i wezmę zwolnienie lekarskie). Jestem opuchnięta (i wyglądam jak skrzyżowanie chomika z wiewiórką) i moja szczęka po prawej zrobiła się kwadratowa, ale ogólnie nie ma tragedii. Co jest fantastyczną wiadomością, bo po tym, jak bardzo czułam się rozbita w dniu zabiegu, miałam pewne obawy, co do dalszej rekonwalescencji (nie zapeszając! bo piszę to nawet nie 24 godziny po zabiegu).

Informacje z czwartku: rano nie było źle, jestem w stanie mniej więcej normalnie jeść, chociaż przykurcz szczęki dalej trzyma, ale nie boli mnie gardło. Pojawiło się też zasinienie opuchlizny, a po powrocie z pracy opuchlina się zwiększyła i zrobiła bardziej siniakowata. Zrobiłam sobie zimne okłady, co trochę pomogło, ale wrażenia estetyczne i wizualne są, no cóż, brzydkie. Także fakt tego, że mam szwy w buzi jest dla mnie bardzo, bardzo, bardzo dziwny. Same szwy mi nie przeszkadzają, ale dwie nitki czasami dotykają górnego dziąsła, co daje dziwne wrażenie czegoś pomiędzy łaskotaniem a ukuciem. Ale najdziwniejszy jest sam fakt szwów. 

Informacje z piątku: źle spałam, obudziłam się z większą opuchlizną niż wcześniej i ogólnie słabszym samopoczuciem. Przed południem czułam się słabo go tego stopnia, że dla własnego spokoju ducha sprawdzałam, gdzie jest najbliższe pogotowie stomatologiczne czy coś podobnego (bo trochę obawiałam się, że w weekend jeszcze mi się pogorszy). Po południu czułam się jednak dużo, dużo lepiej, opuchlizna zeszła znacząco, ale za to dół policzka zrobił się po prostu siniakiem, czymś o kolorze śliwki z żółtymi cieniami i strukturą piłeczki golfowej. 

Informacje z soboty: znów źle spałam, ale opuchlizna jest zdecydowanie mniejsza, a siniak bardziej żółto-fioletowy niż tylko fioletowy, ale wygląda strasznie. Gdy lekarz we wtorek po zobaczeniu prześwietlenia i usłyszeniu, którą ósemkę wybieram jako pierwszą do usunięcia, powiedział, że będę po tym tydzień chora, to nie tyle myślałam, że żartuje, co przesadza. Ale nie przesadzał. Dzisiaj do tych różnych rzeczy dołączyło podrażnienie wnętrza policzka. Nie wiem, czy to kwestia siniaka/opuchlizny, czy tego, że końcówki szwów mi je podrażniają. W każdym razie ja byłam przez to mocno rozdrażniona. 

Informacje z niedzieli: siniak jest bardziej żółty niż fioletowy, a moja twarz ma prawie normalny kształt. Podrażniony policzek aż tak mi nie dokuczał, ale i tak odliczałam do wtorku, gdy mają mi zdjąć szwy. Za to nabawiłam się bólu ucha i mam podejrzenie, że to od zimnych okładów.

Informacje po zdjęciu szwów (wtorek, pisane w środę): poczułam wolność, ale początkowe uczucie po ich zdjęciu było dziwne. Policzek od wewnątrz wydaje się rozorany, ale ogólne spuchnięcie prawie zeszło, po siniaku został jeszcze cień, ale wciąż czuć, że po tej prawej stronie była jakaś ingerencja.

Dwa tygodnie później wciąż czuję, że po tej prawej stronie było coś robione i trochę dziwnie mi się tą stronę je, ani nic nie boli, ani nie jest podrażnione i ogólnie jest w porządku.

To jest ostatni wpis przed tradycyjnym sierpniowym blogowym urlopem (a na mój prawdziwy muszę jeszcze poczekać do września!), wracam na bloga z końcem sierpnia, ale postaram się zaglądać i komentować wasze blogi i wpisy! Zawsze polecam śledzić mnie także na Instagramie - tam bywam naprawdę aktywna!

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 

 

sobota, 25 lipca 2026

Kinowe plany 2026 #2

 Hello!

Nie wierzę, po prostu nie wierzę, ale zapomniałam o kinowych planach na drugą połowę roku. Co jest pewnym osiągnięciem, biorąc pod uwagę, że pracuję w instytucji, która ma kino i na co dzień dbam o informowanie o jego repertuarze w social mediach. Ale może to i nie gorzej, bo przez pracę i sezon urlopowy nie mogłam wziąć wolnego w urodziny. Więc dzisiaj nie będzie tradycyjnego wpisu „zdjęcia z dnia urodzin co godzinę”, a właśnie spóźniony wpis kinowy.

 

LIPIEC

Odyseja

Wybieramy się z braćmi specjalnie na ten pokaz do Warszawy, ale planowanie dat idzie nam nienajlepiej, więc trzymajcie kciuki, aby udało nam się tam dotrzeć!

Spider-Man: Całkiem nowy dzień

To takie miłe uczucie, że twórcy tego dzieła musieliby zrobić bardzo wiele rzeczy źle, aby ten film nie wyszedł dobry, a ogólnie – Spider-Man to taki bezpieczny superbohater, aby się nie zawieść. 

WRZESIEŃ

Niebo nad Normandią

Raczej nie pójdę na tej film do kina, ale gdy już będzie możliwość obejrzenia go w domu, to z ciekawością to zrobię.

Lalka

Jestem polonistką, więc mam obowiązki polonistyczne!

PAŹDZIERNIK

The Social Reckoning: W sieci konsekwencji

Pierwsze informacje o tym filmie dotarły do mnie w w haśle: „Druga część The Social Network!”. A ja bardzo lubię ten film. Przy czym z tym byciem „drugą częścią” - nie wiem, czy to jest oficjalne hasło czy po prostu naturalna kolej rzeczy, bo The Social Reckoning: W sieci konsekwencji dotyczy sprawy z 2021 - tego że Facebook wiedział o swoim szkodliwym wpływie na społeczeństwo – i sygnalistki Frances Haugen oraz dziennikarza Jeffa Horwitza. 

GRUDZIEŃ

Diuna: Część trzecia

Nie byłam na dwóch pierwszych częściach w kinie (widziałam je w domu), ale na tę pójdę.

Avengers: Doomsday

Zastanawiam się, jak będą wyglądały seanse w moim kinie, skoro ten film i Diuna wychodzą tego samego dnia i mam nadzieję, że to jednak Avengers: Doomsday dostanie pierwszeństwo. Choć jednocześnie zupełnie nie jestem na ten film podekscytowana. Na przykład w najnowszym zwiastunie najbardziej cieszyłam się, że zobaczyliśmy Profesora X i Magneto, a nie Fantastyczną Czwórkę.

A wy na jakie premiery czekacie?

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

wtorek, 21 lipca 2026

Jak to w zbiorze opowiadań - Niedopasowani

 Hello!

Nie przepadam za opowiadaniami - myślę, że pisałam to już nie raz i nie dwa na blogu, a jednak czasami sięgam po taką formę literacką. Na przykład dzisiaj - bo to zbiór chińskich opowiadań wydany przez Wydawnictwo Yumeka i nie mogłam go nie wypożyczyć, gdy zobaczyłam Niedopasowanych w bibliotece. Zrobiłam przeszukanie i - tak jak przypuszczałam - to jedyna książka tego wydawnictwa, którą można wypożyczyć w ostrołęckich bibliotekach.

Tytuł: Niedopasowani. Antologia chińskich opowiadań 
Autorzy: Zhang Yueran, Xiao Hong, Tie Ning, Lao She, Liang Hong, Zheng Zhi
Tłumaczenie: Magdalena Stoszek-Deng (1, 6), Marta Torbicka (2, 3, 4, 5)
Wydawnictwo: Wydawnictwo Yumeka

Niedopasowani to zbiór wyrazistych opowieści o tych, którzy są „inni” – zagubionych marzycielach, wrażliwych buntownikach i ludziach skazanych na samotność. Można ich znaleźć wszędzie wokół, przemierzających zatłoczone ulice chińskich miast lub zaciszne wiejskie ścieżki.
Przed Tobą sześć historii: o młodym malarzu i napotkanej przypadkiem sierocie, o nastoletniej uczennicy, o niewinnym kłamstwie, które ogromnie wpłynęło na życie pewnego mężczyzny, o pracowniku naukowym powracającym do Chin po studiach za oceanem, o samozwańczym strażniku sprawiedliwości oraz o dość nietypowym wujku.
Znajdziesz w nich zaskakujące zwroty akcji, poruszające portrety codzienności osób „niedopasowanych” do społecznych norm a momentami także nieoczekiwany humor. Zanurz się w tych niezwykłych opowieściach i znajdź nowe spojrzenie na odmienność oraz na własne życie.

(opis wydawnictwa) 

Fajerwerki w kształcie zwierząt - Zhang Yueran - ciekawe opowiadanie, w pewnym momencie poczułam się prawdziwie zaintrygowana i jego rozwojem, i tematami, których dotyka, ale zakończenie, przyznam niespodziewane, przyszło zbyt szybko i nie zrobiło na mnie takiego wrażenia, jakie by mogło. 

Dłonie - Xiao Hong - rozumiem to opowiadaniem i wiem, co chciano nim przekazać, ale niestety - albo stety, bo nie wykluczam, że jest to zrobione specjalnie - emocjonalnie jest ono bardzo monotonne. 

Dziennik gubernatora prowincji - Tie Ning - to opowiadanie podobało mi się bardziej niż poprzednie; jednocześnie bardziej niż Dłonie jest przykładem tego, dlaczego za opowiadaniami nie przepadam. Trudno mi o nim napisać, bo z jednej strony ciekawe eksploruje podejmowane tematy, a szczególnie jeden, ale z drugiej - chociaż rozumiem literackie założenia opowiadania - jego punkt kulminacyjny i następujące zakończenie wypadło rozczarowująco płasko, choć jednocześnie jest jego najbardziej dynamicznym fragmentem. 

Poświęcenie - Lao She - już po pierwszych słowach tego opowiadania widać było, że bardzo wyróżnia się od pozostałych. Nie tylko językowo, ale także trudno definiowaną literackością oraz nawet napisałabym pewną aurą intelektualizmu. I wpływ na to ma nie tylko fakt, że dzieje się w środowisku akademickim. Ale tematyka opowiadania jest nieco bardziej przyziemna. A puenta? Przyszpilająca. Tak się powinno kończyć opowiadania.

Święty Dequan - Liang Hong - znów, podobnie jak w poprzednich opowiadaniach, wydaje mi się, że wiem, co jest przesłaniem opowiadania, co chce przekazać, podejmowane zagadnienie jest warte eksploracji, ale wykonanie - w najlepszym razie takie sobie. I tym razem nie jest to nawet kwestia tego, że opowiadanie wydaje mi się za krótkie - a wręcz przeciwnie. To aż prosiło się o bardziej zwięzłą formę. Odniosłam wrażenie, że było w nim zbyt wiele niepotrzebnych wtrąceń i elementów, które zamiast dodawać do opowieści kontekstu, tylko ją rozwadniały. Ale to opowiadanie podobało mi się koncepcyjnie i tematycznie. 

Jeż - Zheng Zhi -  z jednej strony to ciekawe opowiadanie, zastanawiałam się dokąd przedstawiana historia zmierza, z drugiej - trochę mnie znudziło i miałam delikatny problem z dobrnięciem do końca. Ostatecznie, aby być sprawiedliwą, powinnam je chyba przeczytać jeszcze raz, ale po pierwszej lekturze, oprócz robienia wrażenia długością, jego inne (na pewno istniejące) zalety pozostają przede mną ukryte.

Podsumowując, jak to w zbiorze opowiadań - są opowiadania lepsze, są opowiadania gorsze. Na pewno wydawnictwo rzetelnie przedstawiło tę książkę w blurbie i jako przegląd współczesnych chińskich opowiadań o różnych odcieniach inności czy niedopasowania sprawdza się świetnie. Natomiast nie przyczyniło się do tego, że polubiłam opowiadania jako formę literacką, ale wiedziałam, co robię, zabierając się za czytanie. Może tylko jeszcze dodam, że książka ma 191 stron.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

 

piątek, 17 lipca 2026

Każda sobie (?) - Matczyzna

 Hello!

Raczej nie czytam książek obyczajowych, a ta sklasyfikowana jest jako literatura piękna. Poza pracą i książkami non-fiction czytam też niewiele polskich autorów i autorek, ale akcja książki Matczyzna odnosi się do i częściowo dzieje na Kurpiach Zielonych i w zeszłym roku wywołała trochę poruszenia wśród niektórych osób piszących o tym regionie w internecie. I mniej więcej z tego powodu, chociaż nie tylko, po nią sięgnęłam.

Tytuł: Matczyzna
Autorka: Małgorzata Żebrowska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

 „Matczyzna” to opowieść o losach kobiet. O nierozerwalnych więziach. O traumie pokoleniowej. Krysia – babka. Marta – matka. Basia – córka. Historia utkana z wielowarstwowych emocji, mistrzowska w subtelnym zarysowaniu portretów psychologicznych. Autorka z niezwykłą wrażliwością ukazuje, jak przeszłość odciska się na kolejnych pokoleniach, a niezałatwione sprawy rzutują na losy potomnych.
To portret zbiorowy kobiet w różnych planach historycznych i obyczajowych. Opowieść o ewolucji przymusów towarzyszących kobietom w określonych okolicznościach i czasach. O formach odreagowywania, o wymówkach i ucieczkach – od męża, od przemocy, w alkohol, w seks. Przez pokolenia trwająca sztafeta pokory i pogardy, czasem wobec innych, czasem wobec siebie.
„Matczyzna” to więcej niż historia o rodzinnych sekretach i duchach minionych dni – to rzecz o kobiecej sile, cenie niezależności, dziedzictwie, które nosimy w sobie. Lektura dla tych, którzy w literaturze szukają nie tylko intrygującej fabuły, lecz także emocjonalnej prawdy, niuansów psychologicznych i kunsztownie odmalowanych realiów minionych epok. 

(opis wydawnictwa) 

Matczyzna ma 3 bohaterki - trzy pokolenia kobiet wywodzących się z podmyszynieckiej wsi, chociaż nazwa Myszyniec zostaje w opowieści zmieniona. Najmłodszą i najstarszą poznajemy już na pierwszych stronach, ale Martę dopiero na 100. Książka podzielona jest na sześć nierównych części, a rozdziały prowadzone są przez poszczególne bohaterki. W rozdziałach Basi (teraźniejszość/wnuczka) narracja prowadzona jest pierwszoosobowo, natomiast w rozdziałach Krysi (babka) i Marty (matka) mamy do czynienia z narratorem trzecioosobowym, prowadzonym jednak w dużej mierze z perspektywy bohaterek. Podobnie jak części książki, rozdziały także są nierówne - i nie jest to uwaga odnosząca się wyłącznie do ich długości i proporcji, ale także do jakości. Nie wiem, dlaczego nie zdecydowano się na zawarcie w publikacji spisu treści, bo bardzo by się przydał, chociażby do ocenienia właśnie długości poszczególnych rozdziałów, tego, czy każdej bohaterce poświęcono tyle samo przestrzeni.

Tą książkę czyta się naprawdę szybko, ale nie wiem, czy to dobrze, biorąc po uwagę, że nawet przy skupieniu się na lekturze, często miałam problem z pamiętaniem historii Krysi i Marty. To znaczy bardzo szybko pomieszały mi się ich punkty wyjściowe, z którego miejsca je znałam. Nie pomogło też to, że historia Marty jest przedstawiona trochę achronologicznie. Wiem też, że niestety bardzo szybko zapomnę opowieść przedstawioną w tym tytule, między innymi dlatego, że trochę się mieszała, ale też dlatego, że autorka daje zbyt wielu jasnych czasowych punktów odniesienia (doliczyłam się 3), a niekiedy rozdziały przedstawiają dość rozległe perspektywy czasowe (np. w przypadku Krysi bardzo trudno mi powiedzieć, jaka dokładnie jest różnica wieku pomiędzy jej dziećmi; wydaje się, że może to być około 3 lat, ale pewności nie mam; albo nagle mija pół roku ciąży bohaterki). Mimo takiego zewnętrznego uporządkowania na części i rozdziały, we wnętrzu rozdziałów bywa chaotycznie.

Co wydało mi się ciekawe to fakt, że zazwyczaj w kontekście międzypokoleniowej traumy sięga się do wojny pierwszej lub drugiej, a tutaj najdawniejszy jasno określony punkt w przeszłości to rok 1952, więc wszystko dzieje się po wojnie i skupia na traumach ciężkiego życia codziennego (chociaż gdzieś jakieś wspomnienie o froncie było). 

Przechodząc do nieco bardziej oceniającej części tego tekstu - muszę napisać, że pierwszy rozdział, którego główną bohaterką jest Basia, zupełnie nie zachęcał do dalszej lektury. Odmalowany portret bohaterki nie jest zbyt sympatyczny, a na dodatek autorka używa bardzo twardego, ciężkiego języka, w niemalże każdym miejscu, gdzie można byłoby użyć zupełnie neutralnego wyrazu, decyduje się na jakiś ciężki, niemalże obarczony negatywnymi konotacjami synonim. Kolejne rozdziały nie są już takie, chociaż autorka nie stroni od naturalistycznych, odnoszących się bardzo blisko do odczuć zmysłowych opisów. Przy czym to, że rozdziały Basi są pod wieloma względami najsłabsze - mimo pewnych zastosowalnych w nich ciekawych zabiegów - pozostaje prawdą do końca książki. 

Druga rzecz jest niestety taka, że około połowy Matczyzna zaczęła mnie zwyczajnie nudzić. Nawet nie chodziło o to, że przestały mnie interesować losy bohaterek, a bardziej o to, że było wiadomo do jakiego punktu ich losy prowadziły i przestało mi się wydawać, że ta lektura możne przynieść ani im, ani mi jakiegoś rodzaju katharsis. Za to coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że - nie wiem, czy zamierzonym - to tak naprawdę opowieść o jednak bardzo indywidualnych bohaterkach i chociaż przedstawionych w kontekście rodziny i pokazanych (przynajmniej w niektórych momentach) jako bardzo jej oddanych, to jednak ostatecznie trochę tak, że każdy sobie rzepkę. Albo po prostu, że każdy człowiek nosi w sobie swoją własną historię - przy czym jej poznanie niekoniecznie musi oznaczać zrozumienie, jeśli popatrzy się na daną osobę ze swojej własnej perspektywy, czy przez pryzmat tego, jak ona się do kogoś odnosi. A wracając do relacji z czytania - ostatnie około 50 stron bardziej męczyłam, niż czytałam. Nie wspominałam wyżej, ale Matczyzna ma 310 stron. 

Jest takie popularne w internecie słowo sonder - z tego, co sprawdziłam to angielski neologizm (więcej o nim tutaj  - które oznacza (nagłe) uświadomienie sobie, że ludzie dookoła prowadzą równie skomplikowane życie i mają swoją historię, jak osoba obserwująca. I trochę miałam wrażenie, że ta książka była częściowo eksploracją tego tematu. Bo widzimy bohaterki oczami innych bohaterek, ale my znamy ich historie, a one nawzajem o swojej przeszłości (ale też o swoim własnym dzieciństwie) nie wiedzą. Ba, niekiedy nawet wiedząc, jak bohaterki znalazły się w danych miejscach, trudno rozpoznać w nich postacie, z których perspektywy wcześniej poznawaliśmy. Bohaterki są dla siebie nawzajem osobami bez historii, bo z tego, co możemy dowiedzieć się z kart książki - prawie ze sobą nie rozmawiają, nie są dla siebie w ten sposób dostępne. 

Wspominałam na początku, że ta książka wywołała pewne poruszenie wśród osób zainteresowanych Kurpiami i sądziłam, że będą one odgrywały w książce większą rolę, ale jest ich zaskakująco - aby nie napisać rozczarowująco - mało.  

Myślę, że jeśli opis was zachęca i lubicie tego typu książki i taką kobiecą i wielopokoleniową tematykę, to warto po Matczyznę sięgnąć, ale jeśli wiecie, że to nie jest wasz gatunek i temat, to nie byłabym pewna, że to dobra propozycja, aby się przekonać i zmienić zdanie.  

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 

poniedziałek, 13 lipca 2026

Czego można oczekiwać - Minionki i straszydła

 Hello!

Miałam taką teorię - opartą na obserwacji sprzedaży biletów w kinie w moim mieście - że Minionki i straszydła sprzedają się lepiej niż Toy Story 5, bo nie mają w tytule liczby sugerujące, że trzeba przed seansem zobaczyć 4 inne filmy, aby zobaczyć kolejną część. Co nie do końca się przekłada na rzeczywistość, chociaż z tego, co udało mi się sprawdzić, to w pierwszym tygodniu wyświetlania filmów Minionki zobaczyło w Polsce o 100 tysięcy osób więcej, niż Toy Story 5, które jednak ogólnie i na świecie radzi sobie lepiej niż Minionki. Mnie samą Toy Story przestało interesować po 3 odsłonie cyklu i dwóch kolejnych już nie widziałam i nawet nie planuję. Przy czym czwartego filmu z serii Jak ukraść Księżyc też nie widziałam... ani filmu Minionki: Wejście Gru. Co w zasadzie tylko potwierdza, że na Minionki i straszydła można pójść nie wiedząc zupełnie nic o poprzednikach (chociaż mam wrażenie, że trudno w dzisiejszych czasach nic nie wiedzieć o Minionkach).

Ale o czym jest ten nowy Minionkowy film? Minionki tułają się po świecie - mitologicznym i legendarnym - szukając nowego szefa. Idzie im to lepiej lub gorzej, aż w końcu nieco przypadkiem trafiają do Hollywood około roku 1927, gdzie robią zaskakującą i zawrotną karierę. Dopóki w filmach nie pojawił się dźwięk. Wszyscy wiemy, jak Minionki mówią, więc filmy dźwiękowe pogrążają ich karierę. Do czasu. Aż James (to nasz utalentowany artystycznie Minionek-reżyser) nie wpada na pomysł, aby zrobić film... Minionki i straszydła. Potrzebuje tylko straszydła, najlepiej więcej niż jednego. W tym pomaga mu Ed, który zabrał księgę czarów od jednego z ich poprzednich szefów, oraz Henry - najlepszy przyjaciel Jamesa. Pierwsze, co przywołują, nie wydaje się potworne, ale potem ściągają na siebie prawdziwe koszmary. W tym samym czasie reszta tego plemienia Minionków szuka nowego szefa i znajduje go w... kosmicie imieniem Dort. 

Może zacznę od kilku prostych punktów: samo dotarcie Minionków do Hollywood zajmuje jakieś pół godziny, później ich "kariera" pokazana jest dość szybko, Minionki spotykają na swojej drodze zasadniczo 3 (chociaż w sumie 2) straszydła do czasu, aż na ekranie pojawia się największe straszydło. A James w zasadzie bardzo niewiele tego swojego filmu, w pewnym sensie, robi. Nie miałam wielkich założeń ani wymagań wobec tego filmu, ale jednak spodziewałam się większej liczby potworów. I trochę tego, że będą odrobinę straszniejsze. Bo można się przyczepić, że to taki film niby dla dzieci, ale nie dla dzieci - i to nie tylko ze względu na założenie, że Minionki z naturą służą największemu złolowi czy to, że humor momentami bywa frywolny, ale także dlatego, że nawet dla dorosłego widza (a dla widza poza USA w ogóle chyba więcej) wiele z intertekstualności tej animacji będzie nie do wyłapania. I z jednej strony nie musi być, ale z drugiej nawiązań do starego kina i ogólnych realiów tamtego czasu, ba! nawiązań do literatury jest w tym filmie ogromnie dużo. I niewyłapanie tego nie zepsuje seansu, ale wyłapanie na pewno doda do doświadczenia. Na przykład potwory nawiązują do Cthulhu i mają imiona po H.P. Lovecrafcie. Ogólnie jednak to wciąż film o Minionkach i chyba jego najlepszą sceną jest ostatecznie ta, gdy kierują pociągiem. Albo Shinkansenem - bo chociaż język Minionków jest specyficzny, co nie znaczy, że niezrozumiały i oprócz licznych słów z włoskiego, które można w nim usłyszeć, to w tym filmie bardzo rzuciły mi się w uszy dwa inne - właśnie Shinkansen (co jest bardzo, bardzo zabawne, bo film niby toczy się w latach 20 XX wieku) oraz kawaii. Przyznam, że wsłuchiwanie się w to, co mówią Minionki, aby usłyszeć jakieś znane słowa, było jedną z zabawniejszych rzeczy podczas seansu.

Minionki składające hołd kinu i robieniu filmów, utalentowany James, który podąża za swoimi marzeniami i ma prawdziwych przyjaciół, którzy go wspierają w tej drodze, oraz resztę Minionków, która ostatecznie też przyjdzie z pomocą, zaskakujący wątek robota - to jest film o Minionkach, który nie obraża inteligencji widza i jest w zasadzie wszystkim, czego można oczekiwać od filmu, którego głównymi bohaterami są te małe żółte stworki.  

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 

czwartek, 9 lipca 2026

Wszystkie k-popowe piosenki z ice cream w tytule

Hello!

Jak wspominałam, jestem zawalona pracą i gdyby nie to, że we wtorek wieczorem eM (eM poleca) napisała: „Wszystkie piosenki z ice cream w tytule w k-popie!”, to nie byłoby dziś wpisu. Hipoteza robocza była taka, że nie ma lata bez piosenki z lodami w tytule. Zobaczmy, ile takich utworów udało mi się znaleźć i ile z nich naprawdę zostało wypuszczonych w okresie letnim.

 


MC MONG
Ice Cream
2006

f(x)
Ice Cream
4.05.2010

Joo&Leeteuk 
Ice Cream
2011

Hyuna
Ice Cream
22.10.2012 

Red Velvet
Ice Cream Cake 
16.03.2015


Brown Eyed Girls
Time of the ice cream
5.11.2015

Junho
Ice Cream (japońska)
26.06.2017

TWICE
Ice Cream
20.02.2017

S2U
Ice Cream
5.01.2018

BBURECTOR
Ice Cream
28.06.2018

oceanfromtheblue
ice cream
20.07.2020

GUGUDAN/OGUOGU
ICE CHU
27.07.2020

BLACKPINK ft. Selena Gomez
Ice Cream
28.08.2020

 

Red Mint
Ice Cream
21.03.2021

NTX
Choco Ice Cream
30.03.2021

TXT
Ice Cream
30.05.2021

Hyunjin
ice.cream
12.08.2022

Lee Seohyun
Ice Cream
4.08.2023

TFN
ICE CREAM
17.08.2023

Jeon Somi
Ice Cream
2.08.2024

Yuna
Ice Cream
26.03.2026


 

Secret
Ice Cream
18.06.2026

Yeonjun
Ice Cream
10.07.2026 (a ta nawet jeszcze się nie ukazała!)

Udało mi się znaleźć 23 piosenki i był to chyba jeden z najszybszych researchów, które przeprowadziłam. Co może oznaczać, że ominęłam niepromowane utwory, ale wciąć nie wszystkie piosenki to główne/promowane single, ale wiele z nich takimi było. Teraz sprawdzamy hipotezę. Za miesiące wakacyjne uznajemy czerwiec, lipiec i sierpień. Mamy więc 11 letnich piosenek z Ice Cream w tytule. Przy czym nie udało mi się zweryfikować dat wypuszczenia dwóch utworów z listy. Wygląda na to, że zaskakująco rok 2025 cierpiał na brak lodowej piosenki, ale w tym będziemy mieć/mamy, gdy ten wpis się ukazuje już trzecią. Kolejna wyraźna dziura to rok 2019 i 2016. W roku 2021 były piosenki z ice cream w tytule, ale żadna z nich nie ukazała się latem. Przy czym należy zauważyć to, że nawet jeśli piosenka ma ice cream w tytule i nawet jeśli została wydana w miesiące wakacyjne to niekoniecznie musi być letnia i w ogóle mieć coś wspólnego z lodami. Ale to nie czas i miejsce na taką analizę, to tylko lista!

Jeśli wiecie o innych piosenkach z lodami w tytule, koniecznie dajcie mi znać, będę uzupełniała listę!  

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 



środa, 1 lipca 2026

K-pop 2026 - czerwiec

 Hello!

 Kilka słów o kilku czerwcowych comebackach!

 

SHINee - Atmos

Widziałam, że internet podzielił się na dwie drużyny: Atmos nie brzmi jak piosenka Shinee oraz Atmos jest jak View. I ja zdecydowanie zaliczam się do drugiej grupy - już po 20 sekundach pomyślałam sobie, że Atmos to egzotyczny kuzyn View. W znaczeniu, że jest bardziej intensywne. Przy czym nie napiszę, że przy pierwszym przesłuchaniu bardzo mi się Atmos podobało, bo nie byłaby to prawda. 

Podoba mi się teledysk, ale musiałam obejrzeć go 3 razy, aby do końca załapać koncepcję i okazał się bardzo wzruszający. 

Pozostałe piosenki z albumu także mi się podobają, ze Still Raining na czele. 

FIFTY FIFTY

Like a Bubble, czyli główny singiel, wcale mi się nie podoba, ale Spotify odtworzyło mi kolejne piosenki z płyty Imperfect-I'mperfect zespołu, gdy czytałam książkę, i to są naprawdę porządne interesujące utwory, o zdecydowanie mocniejszych (ale nie w znaczeniu, że rockowych) brzmieniach. Like a Bubble wydaje się wręcz koncepcyjnym błędem na tej płycie w zestawieniu z pozostałymi utworami. Więc nie dajcie się zniechęcić singlowi i posłuchajcie reszty piosenek, bo naprawdę warto.

MEOVV - DDI RO RI

O WOW. To trzeba usłyszeć i zobaczyć, bo DDI RO RI to jest jest prawdziwe zjawisko. Podobnie zresztą jak Hit' Em. Ale mi najbardziej podoba się Revenge - szkoda, że nie dostaliśmy żadnego wykonania tej piosenki.

dodree - HAWWAH

Jest mi bardzo smutno, bo niewiele - prawie żaden - zespół od kilku lat nie robi porządnych konceptualnych comebacków, ale dodree przybyło uratować kpop, poprzez połączenie go z bardziej tradycyjną muzyką i dziewczyny zdecydowanie są jednym z najciekawszych muzycznych aktów w Korei. Ich dwie pierwsze piosenki bardzo mi się podobały, a teraz pojawiły się kolejne 3 i też są bardzo dobre. Jedyna uwaga - można sobie było darować AI w teledysku.

RIIZE - Do your dance

To przyjemna, wesoła, letnia piosenka, ale najciekawsze jest w niej to, że head, hips, shoulders, toes jest w niej po angielsku, bo istnieje milion piosenek, w których nazwy tych części ciała są śpiewane po koreańsku (pierwsze do głowy przychodzi mi H.S.K.T. Lee Hi, chociaż tam mamy knee zamiast shoulders), a już szczególnie koreańska wersja od stóp do głów zaliczana jest do najbardziej nadużywanych słów piosenek w k-popie. 

A z minialbumu najbardziej podoba mi się Overdrive

PS Pamiętam o AI/wirtualnych idolach i w lipcu będę miała więcej czasu, więc na pewno w końcu o nich napiszę! 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 

sobota, 27 czerwca 2026

O nowym wydaniu „Atlasu chmur”

 Hello!

 Atlas chmur jest jedną z moich ulubionych, a w zasadzie jest moją ulubioną książką. Dowiedziałam się o jej istnieniu oczywiście przy okazji ekranizacji z 2012 roku, chociaż jeszcze wtedy ani książki nie przeczytałam, ani filmu nie widziałam - nastąpiło to dopiero w roku 2014. I tak, film obejrzałam jako pierwszy i bardzo, bardzo mi się podobał, chociaż doskonale pamiętam, że w kinach nie został ciepło przyjęty. Wspominałam i o filmie, i o książce na blogu, ale nie były to długie wpisy, a zdecydowanie warto poświęcić - szczególnie książce - więcej miejsca. Ale nie będzie to recenzja, chciałabym napisać kilka słów o nowym (i poprzednich wydaniach) oraz pewną anegdotę. 

Przypuszczam, że jeżeli kojarzycie jakieś wydanie książkowe Atlasu chmur, to jest to wersja z filmową okładką - i to jest jedna wersja, którą sama widziałam na oczy. Ale według Lubimy Czytać w roku 2012 ukazało się także wydanie z inną okładką, jej nigdy i nigdzie nie widziałam. Bo w ogóle Atlas chmur był książką, którą było bardzo trudno dostać, już w 2014 roku nie było mowy o jej kupnie, a nawet w bibliotekach było trudno. W Ostrołęce są co prawda trzy egzemplarze (i nawet chciałam jeden teraz wypożyczyć do zestawienia - wszystkie trzy są niedostępne, a jeden jest przetrzymany od roku 2020), ale jest to swojego rodzaju ewenement. Na przykład ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu nie było jej (i wciąż nie ma!) w Bibliotece Uniwersytetu Gdańskiego i kilku innych gdańskich bibliotekach. A wiem o tym, bo potrzebowałam jej do mojej pracy licencjackiej i musiałam przywozić ją do Gdańska z domu. 

A dlatego potrzebowałam Atlasu chmur w pracy licencjackiej, której tytuł brzmiał: Sposoby zapisu koreańskich nazw własnych (miejscowych i osobowych) w książkach wydawanych w języku polskim? Bo jedna z opisywanych w niej historii dzieje się w pewnej wersji przyszłości w Korei i nie mogłam przepuścić okazji, aby o niej wspomnieć. 

I z tym wiąże się moja minianedgota. Otóż bohaterką tej części jest fabryktanta.  A ponieważ Atlas chmur - chociaż powinien być znaną powszechnie książką, z jakiegoś powodu wydaje mi się bardzo niszowy i niewiele osób kojarzy, o czym jest (bo sam tytuł wydaje się mniej więcej rozpoznawalny) - zarówno gdy pisałam licencjat, jak i później wykorzystywałam ten przykład w kolejnych pracach naukowych za każdym razem, czy to promotor, czy to recenzenci kazali mi tłumaczyć, czym jest fabrykanta. Co z jednej strony rozumiem, ale z drugiej - bardzo to rozbijało przedstawienie tego, co naprawdę ważne, czyli sposobów zapisu i ogólnie bardzo mnie irytowało.

Atlas chmur całkiem niedawno okrzyknięty został Best Book of This Century (Najlepszą książką XXI wieku) na Goodreads. Książka swoją premierę miała w roku 2004, a pierwsze polskie wydanie ukazało się już dwa lata później w 2006 w wydawnictwie Bellona. Kolejne wydania to już Wydawnictwo Mag (dwa w 2012 i to z 2026). Jako tłumaczka wszystkich podpisana jest Justyna Gardzińska. Wynika z tego, że książka świętuje właśnie dwadzieścia lat na polskim rynku i to ładne wydanie w różowej okładce, to wydanie jubileuszowe.

Ale czy aby na pewno różowej? Otóż nie! Dowiedziałam się tego już po zakupie - którego musiałam dokonać online, bo w żadnej księgarni w Ostrołęce ta książka nie była dostępna stacjonarnie, a wręcz jeden księgarz bardzo się ze mną kłócił, że nie ma żadnego nowego wydania i czego ja oczekuję, że kupię książkę z 2012, a w ogóle to niemożliwe, że to nowe wydanie, to musi być dodruk - to może być nawet i wznowienie; i jak sprawdziłam każda z trzech książek ma inny ISBN - ale zanim książka do mnie trafiła i nie widziałam w internecie ani jednego zdjęcia okładki pod obwolutą. Więc bardzo, bardzo się zdziwiłam, gdy ją zdjęłam, bo okładka jest czarna z błyszczącymi niebiesko-turkusowymi tłoczeniami. Ma też barwione brzegi, które pasują do obwoluty, i jest chyba pierwszą książką z takimi dekoracjami w mojej kolekcji. 

W porównaniu z wydaniami z 2012 roku tej przybyło 100 (!) stron. Ma 640, tamte mają po 544 (i z tego co pamiętam miały też niższą wysokość). Bardzo się zastanawiam, jak te poprzednie wydania się zmieściły, bo nie jest tak, że ta książka jest napompowana, a wręcz, może nie to, że mogłaby mieć więcej stron, bo chyba ta liczba jest w porządku, natomiast mogłaby być grubsza, bo wydrukowana jest  na dość cienkim papierze i jeśli komuś przeszkadza prześwitywanie kolejnych stron, to będzie miał problem. Ach, książka ma też wstążeczkę-zakładkę.

Mam nadzieję, że Atlas chmur przy okazji tego wydania stanie się bardziej rozpoznawalny!

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

 

wtorek, 23 czerwca 2026

A kończy męcząco - My Royal Nemesis

 Hello!

Dzisiaj przychodzę do Was z kilkoma słowami o dramie, która zaczyna się fantastycznie, a kończy męcząco.

Sześć pierwszych odcinków My Royal Nemesis jest naprawdę fantastycznych, są wciągające i ogląda się je z wielkim zaciekawieniem. Koncept - osądzona jako złoczyńca legendarna królowa z Joseon (w tej roli Lim Ji-yeon, w teraźniejszości jej bohaterka jest aktorką i ma na imię Shin Seo-ri) zostaje przeniesiona w czasie do współczesności, gdzie na jej drodze postawiony zostaje pochodzący z wpływowej i oczywiście skomplikowanej rodziny Cha Se-gye (w tej roli Heo Nam-jun), który pozycjonuje się jako bezlitosny, bezwzględny itp., ale niekoniecznie taki jest - i wykonanie na najwyższym poziomie. Bohaterka zaskakująco dobrze przystosowuje się do współczesności (i nabiera to wraz z końcem sezonu więcej sensu), a bohater umiejętnie odbija piłeczki, które rzuca mu Shin So-ri. 

Natomiast oglądanie kolejnych odcinków przypomina trochę pracę w kopalni diamentów - trzeba przebić się przez tony nudnawych, konfundujących scen, aby dotrzeć do jednej wartej tego całego wysiłku. 

Oglądając, miałam duży problem z polubieniem czy kibicowaniem głównej bohaterce. Starałam się brać pod uwagę to, co przeszła w przeszłości, to, czego dowiedziała się o historii Shin So-ri i ogólnie okoliczności, w których się znalazła oraz jej naturalny charakter, ale w bardzo wielu emocjonalnych scenach odbierałam ją jako zupełnie niepotrzebnie okrutną wobec głównego bohatera. A co gorsza, widzieliśmy, że z pełną świadomością zachowywała się tak, jak miała się nie zachowywać, a później wyżywała się na Se-gye. Dosłownie deklarowała jedno, robiła dokładnie odwrotnie. Shin So-ri jest strasznie męczącą bohaterką do oglądania. Nie wpada jeszcze w kategorię irytujących, bo wady tej postaci wynikają raczej z tego, że scenariusz w kółko i w kółko sprawia, że powtarza te same błędy, nie uczy się na nich, nawet gdy wydaje się, że jej podejście się zmienia, to się nie zmienia - jest jak spirala, niby idzie do przodu, ale kręci się w koło - a nie z tego, że charakterologicznie jest denerwująca jako taka. Emocjonalnie Shin So-ri zdecydowanie bardziej przekonywała mnie w odniesieniu do swojej babci - może dlatego że babcia była pewnym punktem odniesienia, natomiast jej emocje w stosunku do bohatera skakały ze skrajności w skrajność.

Sądziłam, że My Royal Nemesis będzie drugim Mr. Queen (które jest jedną z nielicznych dram, które obejrzałam, uznałam, że jest super i nigdy nie napisałam recenzji, więc teraz piszę, że powinniście je obejrzeć!), ale z jakiegoś powodu w drugiej połowie sezonu twórcy zaczęli uderzać w melodramatyczne tony, które - nawet ze świadomością skomplikowanej relacji i położenia bohaterów w przeszłości - nie pasowały do tego, jak świat i postaci zostały przedstawione w pierwszych odcinkach. Zmiana tonu dramy nie jest niczym nowym, fakt, że wiele koreańskich seriali zmienia się mniej lub bardziej drastycznie w drugiej połowie też nie, ale rzadko kiedy są to zmiany na korzyść danego tytułu. I tu jest nie inaczej. Gdyby nie to, że już miałam rozpoczęty ten wpis i datę, kiedy chciałabym go opublikować, to obawiam się, że My Royal Nemesis trafiłoby do wpisu Dramy, które zaczęłam oglądać i nigdy nie skończyłam a nie dostało recenzję.

Podobno drama skończyła z bardzo dobrymi wynikami oglądalności i naprawdę nie wiem dlaczego. Sądziłam, że ostatnie odcinki będą lepsze, ale wciąż były nudne i oglądałam je na siłę. Bardzo lubię motyw podróżowania w czasie i zastanawiania się, co będzie z podróżującymi bohaterami, ale w tym przypadku, ponieważ zasadniczo nie polubiłam głównej bohaterki, zupełnie nie obchodziły mnie jej zmartwienia związane z tym, że ma wracać do Joseon. Obchodziło mnie to o tyle, że bohater będzie smutny, ale jej wewnętrzne rozterki zupełnie. Koncepcyjnie ciekawe było, jak poradzono sobie z kwestią podróży w czasie, ale... zostało to pokazane tak nudno. Zachwiało to też pozycją innych bohaterów i w sumie poirytowało mnie, gdzie zmierzała ta fabuła (choć w sumie okazało się, że donikąd...). A na dodatek po prostu przesadzono z k-dramowymi kliszami.

Zazwyczaj z uczciwości czuję potrzebę, aby napisać o dobrych stronach danej produkcji, ale ten serial tak mnie usypiał, że przytępił moją uwagę nawet na naprawdę porządne elementy tej dramy. Ale trzeba napisać, że aktorzy byli znakomici i pod tym względem absolutnie nie można się przyczepić (i fakt, że nie polubiłam szczególnie bohaterki naprawdę nie wynika z gry aktorskiej - bo Lim Ji-yeon jest świetna w tej roli), a wręcz należy napisać, że gdyby obsada była słabsza lub nawet jedna z osób szczególnie odstawałaby poziomem gry aktorskiej, to druga połowa tego serialu byłaby zupełnie nieoglądalna. I gdyby nie to, że postać głównego bohatera była fundamentem i jedynym stabilnym elementem My Royal Nemesis. Warto jest też wspomnieć, że ostatecznie nie jest tak, że bohaterki (poza jedną trzecioplanową) podkładają sobie świnie i okazują się okropnymi postaciami (nawet ciotki głównego bohatera nie są finalnie tak fatalnymi ludźmi) - ostatecznie każda z nich znajduje swoje miejsce bez konieczności utrudniania życia głównej bohaterce. Podobały mi się też wszystkie sceny i wątki rozgrywane w przeszłości.

A z nieco innej beczki, zauważyłam, że pomimo obecności wokalistów takich jak YoungK i Onew piosenki z tej dramy zupełnie nie robiły wrażenia i były łatwe do zapomnienia, co jest dość zaskakujące, bo nawet mniej popularne albo słabsze dramy mają zazwyczaj chociaż jedną wyróżniającą piosenkę, a tutaj nie widziałam nawet, aby ktokolwiek o jakości OST wspominał. Co też nie pomagało w oglądaniu.

Podsumowując, nie polecam, ale też nie odradzam, można obejrzeć kilka pierwszych odcinków, aby wiedzieć, o co w tej dramie chodziło. Zastanawiam się, jak pozycjonować się będzie ten tytuł w przyszłości, bo rok już 2026 obfituje w dobrze przyjęte dramy, a przed nami jeszcze cała druga połowa.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

 

piątek, 19 czerwca 2026

Ulubione piosenki z dram #6

 Hello!

Ostatni wpis o moich ulubionych piosenkach z dram opublikowałam w... czerwcu 2022 roku! Wiedziałam, że w 2025 słabo było u mnie z oglądaniem, wiedziałam, że w roku 2024 nie było zbyt wielu interesujących piosenek i obserwowałam to, że coraz mniej jest wybitnych i robiących wrażenie na społeczeństwie utworów z dram, ale nie spodziewałam się, że ta zapaść trwa już 4 rok. Ale prawdą jest też, że trochę nie zauważyłam, że jednak na playliście z piosenkami z k-dram zebrało mi się trochę więcej niż 5 czy 6 piosenek, które zwykle pojawiają się w tych wpisach i że już czas, aby coś tam o nich jednak wspomnieć (więc może się to skończyć tak, że o piosenkach z dram z 2026 przeczytacie w... 2030 roku).


Ulubione piosenki z dram #1
Ulubione piosenki z dram #2
Ulubione piosenki z dram #3
Ulubione piosenki z dram #4
Ulubione piosenki z dram #5

Moon Sujin - Hide and Seek 

Nie oglądałam dramy, z której pochodzi ta piosenka (zatytułowana jest Hometown i leciała w 2021 roku), ale w czasie, gdy Moon Sujin była jeszcze artystką z wytwórni powiązanej z SM Entertaiment, a nawet gdy znana była jako MOON całkiem uważnie śledziłam jej karierę. I w sumie cały czas to robię, jeśli akurat wpadnie mi w oko, że coś wydaje. Chociaż Hide and Seek raczej nie jest utworem, który łatwo było przypisać właśnie tej wokalistce, bo jej własne utwory są nieco inne. Hide and Seek jest utworem dość mrocznym i tajemniczym.

Kihyun - Full Moon

O tym, że naprawdę mam słabość do piosenek z księżycem w tytule nie trzeba nikogo przekonywać, bo jest to jasne jak owo ciało niebieskie w pełni (pierwszą piosenką, którą wydała wspominana wyżej Moon Sujin po zmianie wytwórni muzycznej w 2021 roku, była piosenka The Moon i towarzyszył jej Moon Taeil, na którego istnienie spuszczamy zasłonę milczenia, ale nagromadzenie księżyców przy tym wydaniu na pewno nie było przypadkowe). Ale wracajmy do Kihyuna i piosenki z dramy Tale of the Nine Tailed 1938 z roku 2023. Którą miałam zacząć oglądać, ba, miałam już post tak zatytułowany, aby zbierać przemyślenia z oglądania. I chyba nawet nigdy nie włączyłam pierwszego odcinka. A piosenka jest taka jak lubię, zaczyna się spokojnie, ale od razu czuć w niej moc i dramatyzm, które z czasem tylko się rozwijają, aby wybuchnąć z całą mocą.

Karina - Sad Waltz

Mam wrażenie, że ta piosenka nie otrzymała zasłużonej uwagi, a jest bardzo piękna. Może to wynikać z tego, że o ile się orientuję drama, z której pochodzi - Song of the Bandits - była nie tylko umiarkowanie popularna, ale też otrzymała raczej umiarkowane recenzje i w tym momencie jest - tu już nawet nie raczej - zapomniana. Ale piosenki szkoda. Przy czym sama przyznaję, że mnie też jakoś nigdy ochota na oglądanie tej dramy nie naszła.

ECLIPSE - Sudden Shower 

Cofam to, co napisałam wcześniej! Sudden Shower z dramy Lovely Runner z 2024 roku (którą widziałam - tutaj możecie przeczytać recenzję!) było piosenką, którą pokochała Korea i jej popularność przypominała tę, którą cieszyły się OST z seriali z lat około 2015-2018. Co nie jest zaskakujące, bo to piękna piosenka i sama w sobie odgrywa dużą rolę w serialu, a i serial był jednym z lepszych, jeśli nie najlepszym, z roku 2024. Co ciekawe, piosenka jest wykonywana przez aktora grającego główną rolę i jego serialowy zespół Eclipse (śpiewa Byeon Woo-seok, na gitarze gra Lee Seung-hyub - lider zespołu N.Flying, na basie - Yang Hyun członek Omega X i na perkusji Moon Yong-suk, który też ma doświadczenie muzyczne - także udało im się zgromadzić bardzo wiarygodnych aktorów). Zespół ma normalnie profil na Spotify i w sumie 5 piosenek (oraz ich wersje instrumentalne) i w sumie wszystkie one są wciąż bardzo popularne. Co nie dziwi, bo są naprawdę dobre.

Lim Hyunsik - See The Light

Tu piosenka z kolejnej dramy, którą jednak widziałam, czyli When The Phone Rings, przy czym mogłabym jej równie dobrze nie oglądać, bo mimo poruszenia, które wywołała, była dość nudna, a jej zakończenie wprost absurdalne (ale jeśli interesują was szczegóły zapraszam tutaj). Ale See The Light to fantastyczna piosenka z odpowiednią - to znaczy dużą - dawką dramatyzmu. Ale nie wybujałego, a raczej tęsknego. 

PS Od początku czerwca (a nawet drugiej połowy maja) jestem zawalona pracą i zapewne będę do mniej więcej początku lipca, dlatego jestem mało aktywna na Waszych bloga i w odpisywaniu na komentarze, a kilkanaście ostatnich wpisów na blogu powstało tylko dlatego, że bloguję już ponad 10 lat i nabyłam umiejętność wymyślania i wyciągania wpisów z rękawa (ale też biorę pod uwagę, że w najbliższym czasie może wpisu czy dwóch nie być). Ale w lipcu obiecuję poprawę i będę nadrabiała teksty na Waszych stronach.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

 

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Co lubię i czego nie lubię w konkursach hafciarskich

 Hello!

Od kilku lat moim hobby jest branie udziału w konkursach hafciarskich. Wyszywanie i haftowanie to jedno hobby, a większość moich prac powstaje na prezenty, ale wysyłanie prac na konkursy to zupełnie osobne hobby. Głównie dlatego że wyszywanki, które wysyłam na konkursy tworzę na podstawie wzorów, które sama wymyślam i opracowuję i czasami jest to bardziej czasochłonne, niż samo wyszywanie. Ale dziś nie o tym aspekcie. Dziś bardzo dosłownie o wysyłaniu i odzyskiwaniu wysłanych prac.

 


Lubię: gdy konkursy odsyłają prace

... i oczywiście nie lubię, gdy ich nie odsyłają. Ale na takie, które nie odsyłają, po prostu nic nie wysyłam. Kiedyś to zrobiłam, bo nie doczytałam albo źle zrozumiałam regulamin, ale napisałam ładnego maila i odesłali pracę na mój koszt. Zazwyczaj się tak to odbywa (na koszt odbiorcy), ale jest jeden konkurs, w którym lubię brać udział szczególnie dlatego, że odsyła prace po prostu i nie trzeba płacić za przesyłkę. 

Nie lubię: gdy prace wracają uszkodzone

Niestety się to zdarza. Nieczęsto, ale niestety taki urok poczty i firm kurierskich. Na szczęście w większości przypadków problem dotyczy ramki, którą można wymienić - chociaż ostatnio niestety w transporcie została zniszczona ramka o bardzo unikatowym kształcie i tu mam problem, aby do tej pracy znaleźć nową. Ale zdarzyło mi się też, że praca została zniszczona przez to, jak była przechowywana po konkursie. Ponieważ odbywał się on niedaleko, to pojechałam sama ją odebrać i widziałam, jak wszystkie prace zwalone są jedna na drugiej, bez podziału na kategorie i jakiejkolwiek ostrożności. Od tamtej pory wysyłam na ten konkurs tylko prace, które nie ulegną zniszczeniu przy takim przechowywaniu.

Lubię: gdy dostaję nagrody

Co nie zdarza się często i do tej pory dostałam dwa wyróżnienia. Ale po jednym z konkursów - ku zaskoczeniu, którego nie jestem w stanie porównać do niczego, co wcześniej przytrafiło mi się w życiu w takim kontekście - jedna z instytucji zdecydowała się zakupić moją pracę do swojej kolekcji.

Nie lubię: gdy konkursy nie dają dyplomów za udział

Nie lubię: gdy na dyplomach jest błąd w nazwisku  

Zdecydowana większość konkursów razem z pracami odsyła dyplomy za udział i zaskoczeniem pozostaje dla mnie fakt, że są takie, które tego nie robią. Co do błędu, to przyznaję, że frustracja związana z tym faktem trochę skłoniła mnie do zrobienie tego wpisu. Niedawno przyszedł do mnie dyplom z konkursu, w którym dostałam wyróżnienie, z błędem w nazwisku. A najgorsze jest to, ze ten błąd pojawił się też na stronie internetowej, gdy wyniki konkursu zostały ogłoszone - ale tam napisałam maila i komentarz i zostało to naprawdę błyskawicznie poprawione. Niestety prośby o przesłanie poprawnego dyplomu pozostały bez odpowiedzi.

Lubię: gdy konkursy nie mają ograniczeń

W regulaminach często pojawiają się zastrzeżenia typu: praca powinna powstać w ciągu ostatnich x latach (najczęściej 2-3), praca nie powinna wcześniej być wysyłana na inne konkursy oraz na konkurs nie należy wysyłać prac wcześniej nagrodzonych w innych konkursach (są też regulaminy zupełnie bez takich zastrzeżeń). I o ile rozumiem zastrzeżenie pierwsze (bo sama wiem, że są konkursy, na które ludzie wysyłają prace wykonane wiele lat temu przez swoje babcie) i ostatnie (organizatorzy mogą chcieć dać szansę na nagrody innym pracom), tak zastrzeżenie o tym, że w ogóle praca nie powinna była brać udziału w innych konkursach jest absurdalne. Jest naprawdę niewiele na tyle szczególnych konkursów, żeby robić prace specjalnie na nie. Chociaż są i takie (już w tym roku zrobiłam pracę zupełnie tematycznie odległą od wszystkiego, co robiła wcześniej, specjalnie na konkurs oraz drugą tak inną formalnie do kategorii z tradycją w nowoczesność). No i oczywiście w pewnym sensie wszystkie moje prace konkursowe powstają specjalnie na konkursy, bo to zupełnie inny rodzaj wzorów, niż te które robię na prezenty lub specjalnie dla siebie. Ale wydaje mi się, że wysłanie tej samej pracy na 3 konkursy w ciągu dwóch lat jest i powinno być w porządku.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

 

czwartek, 11 czerwca 2026

Nudnawy - Mickey 17

 Hello!

Nie złożyło się, żebym miała okazję zobaczyć film Mickey 17 w kinie, ale gdy zobaczyłam, że jest na Netflixie ciekawość wzięła górę i oto jesteśmy dwie godziny później. 

Nagrodzony Oscarem autor scenariusza i reżyser filmu „Parasite”, Bong Joon Ho, przedstawia swój następny przełomowy film pod tytułem „Mickey 17”. Niezapowiadający się na bohatera Mickey Barnes (Robert Pattinson) nieoczekiwanie podejmuje się wyjątkowej pracy. Jego pracodawca żąda bowiem ostatecznego poświęcenia. Mickey musi umrzeć, żeby zarobić.  

Mam wrażenie, że opis tego filmu jest jak bardzo często mylący, bo chyba już ze zwiastunów wynikało, że chodzi o rodzaj klonowania i bohater umiera przynajmniej 16 razy zanim go poznajemy, więc to ostatnie zdanie z opisu jest trochę na wyrost, ale jednocześnie poznajemy historię naszego bohatera od w zasadzie początku i widzimy to, jak został Wymienialnym na statku kosmicznym. I powiedziałabym, że widzimy tej historii i poprzednich żyć za dużo, ze zbyt dużą ilością narracji i opowiadania głównego bohatera z offu, bo efekt jest niestety nudnawy.

Zaczynając oglądać, miałam świadomość średnich, kierujących się ku słabszym recenzjom tego filmu. I tak, gdy już myślałam, że film przestanie być nudny, on nie przestaje. A na dodatek wydaje się, że tematycznie chce łapać kilka srok za ogon i niemalże wszystkie mu uciekają. Są tu i rozmowy o śmierci, i karykaturalny lider, za którym podąża tłum (oraz pytanie czy to on, czy jego żona), i zastanawianie się nad osobowością człowieka, trochę wspomnień o etycznych itp. implikacjach klonowania/drukowania ludzi, pytanie o to, kto jest prawdziwą paskudą, kolonizacja, środowisko, poświęcenie. Wręcz wydaje się, że łatwiej napisać, czego w tym filmie nie ma, niż wymieć wszystkie tematy, perspektywy i wątki, które zdaje się podejmować bez żadnego rozwinięcia. 

Jednocześnie trudno wprost napisać, że to słaby film albo tym bardziej zły film. Jest nudnawy i można by uznać, że to największa zbrodnia, jaką może popełnić film jako forma rozrywki, ale nie jest tak, że wprost źle się go ogląda. Bo jest sprawnie nagrany, ma kilka naprawdę ciekawie pokazanych scen, Robert Pattinson ma okazję pokazać się aktorsko z dwóch zupełnie różnych stron w jednej produkcji i jako tytułowy bohater oraz jego kolejne wcielenie dźwiga ten film na swoich barkach. 

Podsumowując, ogólne wrażenie z oglądania jest dosyć dziwne, bo nie mam poczucia, że zmarnowałam czas, nie mam poczucie, że to słaby film, ale jednocześnie nie da się ukryć, że był on dość nudny i mimo wyraźnych zamiarów i prób wywołania całego ich spektrum nie wzbudził we mnie wielu emocji.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Pozdrawiam, M

niedziela, 7 czerwca 2026

Szantaż? - Chiny jednego dziecka

 Hello!

Ostatnio czytam zdecydowanie mniej, niż bym chciała, ale gdy zobaczyłam w bibliotece (w której niestety byłam zupełnym przypadkiem) książkę Chiny jednego dziecka już widziałam, jaka będzie moja kolejna lektura.


Tytuł: Chiny jednego dziecka
Autorzy: Piotr Sochoń, Weronika Truszczyńska, Nadia Urban
Wydawnictwo: Znak Literanova

Może zacznę od tego, że jeśli boicie się tytułów z przypisami, statystykami i danymi to nie jest to książka dla was, bo w każdym rozdziale Chin jednego dziecka jest przynajmniej 40 przypisów, a w rozdziale dotyczącym edukacji - ponad 100. Dla mnie to jednej z największych, jeśli nie największy, plus tej książki. 

Książka ma 6 rozdziałów, plus wstęp oraz zakończenie, które są zdecydowanie jej integralnymi częściami bardziej jak wprowadzenie i podsumowanie, niż zapoznanie z tematem i podziękowania, które niekiedy kryją się w takich częściach książki. Każdy rozdział ma innego autora (i trochę brakowało mi o tym informacji w spisie treści, który jest na początku książki - i to także jej wielki plus; tylko dodam tutaj jeszcze, że przypisy, poza kilkoma, są końcowe) i tak: wstęp, zakończenie, rozdział drugi o polityce i czwarty o edukacji są autorstwa Piotra Sochonia, rozdział piąty o małżeństwach i szósty o samotności - Weroniki Truszczyńskiej, a pierwszy o matkach i trzeci córkach - Nadii Urban. Książka zasadniczo ma 309 stron i jest naprawdę bardzo ładnie wydana. Czytałam wersję w twardej oprawie i jest naprawdę solidna. Poza tym środek jest ładnie zaprojektowany, ma trochę za szerokie marginesy zewnętrzne z ozdobnikami, a za wąskie wewnętrzne, ale nie trzeba książki odginać, aby doczytać wersy. W Chinach jednego dziecka wykorzystano także kolor czerownopomarańczowy - między innymi do odnośników przypisów - więc bardzo rzucają się w oczy, jeszcze bardziej odstraszając wszystkich, dla których sama obecność przypisów w książce jest znakiem tego, że jej treść jest nieprzystępna. 

I tu nie można by się bardziej pomylić, bo pomimo aparatu naukowego i tego, że ogólnie jest to bardzo ciekawa książka i napisana bardzo przystępnie, to wręcz można stwierdzić, że jest aż za bardzo przystępna. Już w połowie 2 rozdziału  nabrałam poczucia, że tylko ślizga się po podejmowanych tematach i z każdego rozdziału po rozbudowaniu można by stworzyć osobną, fascynującą książkę. W tym poczuciu nie pomagał fakt, że pomimo nadrzędnego tematu Chiny w kontekście polityki jednego dziecka rozdziały pomiędzy sobą są mało powiązane (nawet jeśli się do siebie odnoszą) i każdy jest trochę sobie. Poszczególnym rozdziałom brakowało też choćby akapitowych podsumowań (niektóre miały kilka zdań, które można by za takie uznać, ale były zdecydowanie niewystarczające) i częściej niż rzadziej po prostu się one urywały i nie miałam poczucia, że ani wyczerpały temat, ani że otwierają czytelnika na samodzielne dalsze jego eksplorowanie, po prostu się kończyły. Ale nie wszystkie, bo na przykład rozdział o samotności były poprowadzony fantastycznie, widać, że linia narracyjna była przemyślana i została otworzona, przeprowadzona i zamknięta. 

Inną sprawą jest fakt, że moje zainteresowanie czytaniem tego tytułu trochę falowało - i nie wynikało to chyba bezpośrednio z zawartości czy jakości książki, ale z tego, że słucham podcastu autorów od pierwszego odcinka, Chinami interesowałam się mniej niż Koreą i Japonią, ale się interesowałam od lat, i Chiny jednego dziecka niekoniecznie szczególnie poszerzyły zasób mojej wiedzy o Państwie Środka. Może trochę uporządkowały w kontekście wpływu polityki jednego dziecka, ale nie dowiedziałam się wielu rzeczy, których wcześniej nie wiedziałam. I z jednej strony myślę sobie, że jestem specyficznym czytelnikiem, ale z drugiej - przypuszczam, że większość odbiorców podcastu może mieć podobnie, a chyba byli oni przynajmniej częściowo targetem tego tytułu.

Przy wszystkich tych uwagach to jest naprawdę ciekawa, rzetelna książka, którą się dobrze czyta. I gdy się to robi można dojść do być może daleko idących wniosków, że chińskie społeczeństwo opiera się na wzajemnym - być może nieuświadomionym - szantażu (stąd tytuł recenzji) oraz że dwoma skrajnymi punktami, ale jednocześnie dwoma stronami tej samej monety polityki jednego dziecka jest wykształcona za granicą jedynaczka z wielkiego miasta oraz jej nigdy nienarodzona odpowiedniczka ze wsi. Poza tym bardzo skrajne przemiany społeczno-polityczne odbyły się w zasadzie na przestrzeni 3 pokoleń i jest to tempo przerażające.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 

środa, 3 czerwca 2026

Wanna vol. 9

 Hello!

Nie wiem, czy korzystaliście z Pocket, ale ja trzymałam tam poszeregowane teledyski do różnych wpisów. A serwis ten przestał działać, co sprawia mi nieco kłopotu - po pierwsze muszę znaleźć coś, co mi go zastąpi, a po drugie chociaż pobrałam plik z moją zawartością Pocket, jest to jeden wielki chaos. Teraz będę próbowała go uporządkować kolejnymi wpisami.


Ostatni wpis z wannowej serii pojawił się w lutym 2024 roku, czyli nieco ponad dwa lata temu! 

401. Dla Seoli jedna wanna to za mało, a w ogóle to musiała też pojawić się wanna superestetyczna.
SEOLA - Without U  

402. Mamy dużo piany, buty na obcasie i odbieranie telefonów - klimat poważny. I nikt nie spodziewałby się, że to ostrzeżenie przed wrzucaniem suszarek do wannien pełnych wody.
LE SSERAFIM - EASY

403. Taeyong ma w klipie całą japońską łaźnię!
TAEYONG - TAP

404. Wanna musi być bardzo ważna dla V skoro zajmuje 95% jego łazienki, a na dodatek wygląda, jakby miała funkcję jacuzzi.
V - FRI(END)S

405. Jestem prawie pewna, że ta wata w wannie ma symbolizować chmury albo watę cukrową.
WOOAH  - BLUSH

406. Tu mamy ciekawą scenografię, bo to nie tylko sama wanna, ale wręcz pokój kąpielowy, ale na jego ścianach i podłodze przyczepione są... otwarte książki.
ONEWE - Beautiful Ashes

407. Wanna jako miejsce nudy i dystansu pomiędzy ludźmi to nie jest najczęstszy motyw pojawiający się w klipach.
HyunA - Q&A 

408. Z jednej strony D.O niby potrafi się kąpać, ale z drugiej - nie brałabym z niego przykładu...
Doh Kyung Soo - Mars 

409. To taki przykład teledysku, który lubię najbardziej - widać, że jest wanna już w miniaturce. Poza tym jednak nie polecamy siedzenia w wannie pełnej wody i zajadania słodyczy i innych przekąsek.
tripleS - Girls Never Die

410. Piękna wanna w pięknym pokoju - stuprocentowe wykorzystanie wanny tylko i wyłącznie w celach estetycznych. (I żeby wsadzić w nią twarz).
KARD - Tell My Momma 

411. Biorąc pod uwagę, że Seung Woo ma w tym klipie zorganizowane życie na dachu, istnieje duża szansa, że woda w wannie, w której siedzi, to deszczówka.
Han Seung Woo - Blooming

412. ITZY mają szklaną wannę à la trumna Królewny Śnieżki.
ITZY - Imaginary Friend

413. Zespół EPEX sprawdza, ile osób może zmieścić się w jednej wannie.
EPEX - Universe

414. W ubraniach, w liściach, a ogólnie to bardzo zarośnięta ta łazienka.
HEIZE - FALLIN

415. Wanna na wyposażeniu - trzeba przyznać całkiem ładnej - łazienki.
TXT - Over the Moon

416. Dość klasyczna, ale mroczna, dramatyczna wanna w piwnicy. Lub więzieniu. Lub w zimnej piwnicy będącej więzieniem...
Jung Ilhoon - Lullaby

417. Biorąc pod uwagę stan świata przedstawionego w tym klipie, Soobin (mam nadzieję, że to on, bo nie znam za dobrze członków TXT) powinien się w ogóle cieszyć, że ma wodę. Choć prawdę napisawszy, liczyłam, że będzie mądrzejszy i nie zamoczy się w ubraniu.
TXT - Good Boy Gone Bad

418. Niby zwykła wanna w łazience, ale nie jest zwykła, bo jest naprawdę, naprawdę bardzo ładna! No i oczywiście jest najlepszym miejsce do siedzenia i śpiewania.
Otis Lim ft. Peakboy - 비몽사몽

419. Wanna + biała koszula = to nie może się nie udać, to się po prostu sprawdza!
I.N - Hallucination

420. To samo, co wyżej, tylko bardziej dramatycznie.
ONEW - Winner

421. To jest smutasowa wanna, ale bohater ma kaczuszkę. I ogólnie to może lepiej, żeby w niej siedział i się smucił, bo jak wyszedł, to się przewrócił.
BOYNEXTDOOR - I LOVE YOU

422. To jest klip z rodzaju tych, które najbardziej lubię, bo ma wannę już w miniaturce. Pewnie dlatego, że Whee In rozumie potęgę wanny w teledysku i siedzi w niej przez calusieńki klip.
Whee In - Butterfly

423. Nowa czynność do robienia w wannie odblokowana - jest nią piłowanie paznokci.
GENBLUE - Act Like That

424. Sprawdzone: teledyskowa łazienka Ten jest naprawdę wyposażona w wannę.
TEN - STUNNER

425. Smutna wanna, smutna podróż, smutny Sanha.
Yoon Sanha - Dive

426. Czasami wypatrywanie wanny w teledysku jest jak sprawdzanie listy obecności i to jest jeden z tych przypadków - jest łazienka, widać wannę.
ZEROBASEONE - GOOD SO BAD

427. Powiem tak - woda i papier to nienajlepsze połączenie, ale nie będę nikomu mówiła, gdzie ma czytać swoje listy. A w ogóle jakież to ciekawe ujęcie z odbiciem w lustrze!
izna - SIGN


428. Teledysk rozpoczyna się ujęciem osoby leżącej w wannie i wyglądającej, jakby bardzo nie chciała z niej wyjść - i w sumie to jej się nie dziwię.
JUNGKEY - Dazzling Farewell

429. Tu też już w miniaturce mamy zasygnalizowaną wannę! Ogólnie klip jest bardzo... bezosobowy, ale ktokolwiek w nim jednak jest, potrafi się kąpać, a jak wiadomo, w teledyskach to nie takie oczywiste.
STUDIO SNOW - LOVE ME SO

430. Siwon leży w wannie pełnej banknotów i może to być najnormalniejsza rzecz, którą się widzi w tym teledysku.
Super Junior L.S.S. - PON PON

431. Wanna? Obecna!
pH-1 - GOSHA

432. W tym klipie nie ma nawet całej wanny. Jest pół wanny. Wbite w budynek.
P1Harmony - DUH!

433. Zupełnie niecodzienny widok - idol wannę sprzątający!
Baekhyun - Lemonade

434. To jest bardzo ciekawy teledysk, a Jaehyun kontempluje jego przesłanie, wpatrując się w wodę w wannie. A na marginesie na okładce albumu, którego Smoke stanowi główny singiel, jest człowiek wstający z wanny.
JAEHYUN - Smoke

435. To trochę wanna na zasadzie, jeśli nie chcesz jej dostrzec, to nie będziesz wiedział, że pojawiła się w tym klipie.
i-dle - Girlfriend 

436. Chłopak Sunmi w klipie jest… karaluchem, a ona dzielnie postanawia mu pomóc umyć skrzydełka.
SUNMI - Blue

437. Wanna (zresztą bardzo ładna!) na pewno była świadkiem zbrodni, a chyba też i sceną.
Miyeon - Reno

438. Klasyczna smutasowa wanna pośrodku niczego w wielkiej hali!
WEi - Home

439. Wanna jako standardowe wyposażenie łazienki oraz wygodne miejsce do siedzenia, ale także wpadania, pojawia się w tym teledysku.
CLOSE YOUR EYES - X

440. O ile rozumiem wannę w pierwszym kadrze, tak pojęcia nie mam, dlaczego Joohoney stoi w niej, podnosząc kij z przymocowanymi łańcuchami oponami od traktora (???). Naprawdę spędziłam więcej czasu, niż bym chciała, patrząc na ten kadr.
JOHOONEY - Sting 

441. Smutna, bardziej smutna, najsmutniejsza wanna! 
도겸X승관 (SEVENTEEN) - Blue

442. Nie jestem pewna co, ale coś na pewno goni Kangmina w klipie do piosenki Free Falling i biedaczek na końcu siedzi w wannie zmarznięty i podrapany. No nie zazdroszczę.
KANGMIN - Free Falling

443. Wanna wypełniona piórami/pierzem, a w środku dwoje dzieci!
Hwasa - So cute

444. Wanna jako standardowe wyposażenie łazienki. Nic ciekawego, ale jest!
KickFlip - Eye-Poppin

445. Kim Do-yeon w teledysku ma sceny w łazience, ma więc też wannę!
I.O.I - Suddenly

446. Wanna już w pierwszych 15 sekundach teledysku - takie rzeczy to my lubimy! A na dodatek członek zespołu bawi się w niej małym samolotem - samoloty (nawet zabawkowe) w teledyskach też lubimy! Zresztą prawdziwy też jest.
IDID - Fly!

447. Mamy tu wannę jako podstawowe wyposażenie łazienki.
ONEWE - Icarus

448. Przyznaję, że włączyłam ten klip, gdy sprawdzałam majowe comebacki, ale piosenka średnio mi się spodobała i gdyby nie autorka bloga Okiem pasjonatki Azji to mogłabym nie mieć w zestawieniu tego teledysku. A jest w nim taka ładna wanna! Nie ma co opisywać, sami spójrzcie.
KIIRAS - TA TA

449. Na początku myślałam, że będzie to wanna typu spójrz nie tam, gdzie trzeba lub mrugnij i nawet nie będziesz wiedział, że jest w tym klipie, ale potem mamy całkiem ładny kadr, w której jest dobrze widoczna.
FIFTY FIFTY - Like a Bubble

450. Blast from the past! Już nieczęsto się zdarza, aby udało mi się znaleźć do starszego, ale proszę bardzo oto teledysk z roku 2015! I to przykład chyba jedynej w tym zestawieniu wanny+białej koszuli, ale nie w wydaniu smutnym, a seksownym (przynajmniej z założenia, bo efekt jest cóż... delikatnie żenujący).
LoveUs - Trickle

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 

sobota, 30 maja 2026

K-pop 2026 - maj

 Hello!

To mój blog, nie muszę gryźć się w język, jeśli chcę coś tu napisać, ale ostatnio o k-popie nie ma zupełnie co pisać. A nie chciałabym tak totalnie tylko narzekać albo pisać, że nudno i nijako, bo do tego by się to sprowadzało... dlatego uwag dotyczących majowych comebacków jest tak niewiele.

Taeyang  - Live Fast Die Slow

Chciałabym napisać coś bardziej elokwentnie, ale to po prostu bardzo fajna piosenka! W teledysku jest też kilka elementów, które bardzo mi się podobały. Mam pobraną całą płytę, ale jeszcze jej nie przesłuchałam, słyszałam tylko Bad i Would You i obydwie te piosenki bardzo mi się podobały, z naciskiem na Would You

Le Sserafim - BOOMPALA

Słuchając tej piosenki i oglądając teledysk, dosłownie czułam, jak umierają i ewaporują moje komórki mózgowe. Chcę zapomnieć, że wiem o istnieniu tego tworu.   

ZEROBASEONE - Top 5

Podoba mi się klip i choreografia, ale w samym utworze jest coś, co mi nie gra, chociaż na dobrą sprawę wiem, że biorąc różne rzeczy pod uwagę, to jest dobra piosenka.

Taeyong - WYLD

Zdziwiłam się, bo poprzednie piosenki Taeyonga można by wręcz zaliczyć do uroczych, a ta jest - przynajmniej w aspekcie wizualnym - zwrotem o 180 stopni. Tu mamy raczej horror, raczej jakieś odniesienia do wizualiów często kojarzonych z przedstawieniem grzechów (chociaż nie powiedziałabym, że jest tu jakiś prosty związek). Na pewno jest to milion razy koncepcyjnie ciekawsze niż wszystko inne, co ukazało się w maju. 

ONEWE - Icarus

Porządna piosenka, ale muzycznie bardzo, bardzo, bardzo podoba do wielu ich poprzednich wydań. Natomiast słowa są ciekawe.  

aespa - Lemonade

Nie lubię piosenek z jedzeniem i napojami w tytule, krótkie zapowiedzi pojawiające się na Instagramie także mnie nie przekonały, ale ostatecznie okazało się, że - jak mi się wydaje - motywem tego comebacku jest hasło „jeśli życie daje ci cytryny, to zrób z nich lemoniadę”. Muzycznie to trochę dziecko Spicy i Whiplash. A Whole Different Animal wydawało mi się ciekawe od pierwszego przesłuchania (oprócz części Kariny z do some).

PS Napiszę o wirtualnych i/lub AI idolach przy następnej okazji, bo ten wpis muszę opublikować trochę wcześniej, niż planowałam, ale o tym pamiętam! 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M