poniedziałek, 28 września 2026

Side questy Izabeli - Lalka (Netflix)

 Hello!

Jak wiadomo wszem i wobec skończyłam filologię polską, ale moja uczelnia - Uniwersytet Gdański - a przynajmniej prowadzący, z którymi miałam zajęcia - nie była bardzo lalkocentryczna. Chociaż to profesor Józef Bachórz jest autorem opracowania Lalki w wydaniu Biblioteki Narodowej. Natomiast moi prowadzący wyszli z założenia, że Lalka omawiana jest na wcześniejszych etapach edukacji i nie ma sensu skupianiu się na tej lekturze, gdy jest tyle innych dzieł Prusa do nadrobienia. Co nie znaczy, że nie miałam zajęć o Lalce - miałam, ale były one dość ukierunkowane tematycznie. I przyznaję, już po obejrzeniu serialu, poszłam i przegrzebałam notatki ze studiów, aby to napisać. Na przykład musieliśmy przeczytać tekst/rozdział „O pieniądzach i kwestiach ekonomicznych w Lalce”, omawialiśmy rozdziały z Paryżem i trochę mniej Pamiętnik starego subiekta, mam też notatki z rozdziału Medytacje. 

Co nie znaczy, że wiele pamiętam z chronologii wydarzeń, a nawet samych wydarzeń - ale raczej więcej niż mniej byłam w stanie określić, co zostało zaczerpnięte bezpośrednio z Prusa, a co stanowiło wenę scenarzystów. Bo w napisach końcowych jest wyraźnie napisane „Scenariusz na motywach powieści »LALKA« Bolesława Prusa”. Co prawda motywy te często idą w zupełnie inną stronę, niż jak się wydaje, widział je Prus, ale też jest to serial ukazujący się w 2026 dla zupełnie innego odbiorcy niż odcinkowa Lalka w gazecie czy nawet jej książkowa wersja (a też trzeba to napisać - seriale tworzone dla Netfliksa mają swoją estetykę i pewne podejście do pokazywanych tematów; czy jest to dobre, czy nie to inna sprawa). W każdym razie po obejrzeniu serialu martwię się jednak trochę o osoby układające matury oraz maturzystów, bo sama nie ryzykowałabym dawania Lalki na przyszłorocznej maturze w obawie, że maturzyści zamiast do zdarzeń z książki Prusa, znaczną odnosić się do zdarzeń z serialu, myśląc, że znajdują się one w tekście.

Po tym przydługim wstępie czas przejść do zasadniczej części wpisu.

Tytuł tego tekstu wymyśliłam gdzieś w połowie drugiego odcinka i zastanawiałam się, czy po kolejnych będę musiała zastanawiać się nad nowym, czy w serialowej opowieści niewiele się zmieni. Nic się nie zmieniło. Może tylko to, że po tych 2-3 odcinkach, którym jeszcze udało się jakoś trzymać moje zainteresowanie, 3 kolejne mnie znudziły. I to naprawdę zaskakująco bardzo, szósty dooglądałam na siłę, bo chciałam zacząć pisać ten tekst i opublikować go w zaplanowanym czasie.  

Ogólne wrażenie, z serialowej Lalki jest takie, że jest nudna - i to mimo dodania do niej nowych wątków, eksplorowania tematów, których w Lalce Bolesława Prusa nie ma; a gdy jeszcze się wie o kontrowersyjnych i szczególnie wywołujących dyskusję aspektach tego dzieła kultury i nawet one nie mają szansy widza zaskoczyć, a raczej wywołują lekkie zażenowanie ("o to ta szokująca scena, niech już się skończy, bo nie jest nikomu i niczemu potrzebna"), to już w ogóle robi się zupełnie nieciekawie. I jak już wszyscy się za ciebie oburzyli, to nawet, jak pisałam, nawet ten element nie jest poruszający. 

Netflixowa Lalka jest bardzo izabelocentryczna. Chyba chciano dobrze, Izabela jest mniej zblazowana niż jej książkowa odpowiedniczka, ale przez pierwsze odcinki bardzo podkreśla się to, jak jest znudzona wszystkim i wszystkimi i serial daje jej przestrzeń, aby z tą nudą mogła sama jakoś walczyć, ale trudno uwierzyć w szczerość jej walki i intencji. Gdy już się wydaje, że bohaterka przeszła pewną drogę, odrobiła pracę domową, zrozumiała to i owo, może nie jest aż taka wyrachowana, okazuje się, że nie, nie, jednak jest; a wręcz momentami można by dojść do wniosku, że to jej wyrachowanie pokazane jest w pozytywnym świetle, co jest dość dziwne w odbiorze. Przyznam też, że nie wiem, jak podejść do kwestii emancypacji Izabeli i powiązanych z tym wątków. To powinno być ciekawe i stoi w kontraście do książkowego pierwowzoru, ale być może z tego właśnie powodu wydaje się nieszczerze i wciśnięte na siłę. Aczkolwiek jest w serialu kilkanaście ciekawych scen, gdy Izabela pokazuje, że ma pewną sprawczość i może - w ograniczony sposób - wziąć sprawy w swoje ręce (choć najczęściej i tak w końcu będzie zmuszona oddać je w ręce mężczyzn). I to głównie stąd wziął się tytuł tego tekstu, który znakomicie podsumowuje cały serial. Zostając jeszcze na moment w temacie Izabeli - jej stroje są naprawdę piękne i ogromnie podobała mi się wybrana dla niej paleta kolorystyczna oraz fakt, że w całej produkcji jest ona postacią zawsze ubraną najjaśniej.

Ale netfliksowa Izabela przynajmniej jest jakaś w porównaniu z Wokulskim, o którego kreacji trudno napisać cokolwiek, a już w ogóle cokolwiek ciekawego lub oryginalnego. (I nie mam na myśli aktora - bo ten się sprawdza znakomicie - a charakter postaci). Jeszcze gorzej jest z Rzeckim, którego niemalże można by wyciąć i niewiele by się zmieniło dla całości, co jest w sumie dosyć smutne, biorąc pod uwagę jego rolę w książce. Ale wracając do Wokulskiego - chyba najlepszą sceną w całym serialu, taką gdy naprawdę poczułam napięcie i niepokój, była scena gdy w karty w drugim odcinku - ona się naprawdę twórcom serialu udała. 

Co mi się w całości tego serialu natomiast nie podobało, to nieznośne winietowe rozmazanie; jest ono bardzo irytujące. Z uwag ogólnych warto wspomnieć jeszcze o tym, że są w tym serialu bardzo współczesne one-linery, które często wypadają bardzo akuratnie i są zaskakująco na miejscu; szczególnie w porównaniu z wulgaryzmami - te zdecydowanie bardziej wydają się wciśnięte na siłę i jak w przypadku kilku innych rzeczy, ten serial nic by nie stracił, gdyby bohaterowie ich nie używali. A wręcz zyskałby to, że widz nie skupiałby się na pojedynczych w większości nieistotnych słowach i mógłby poświęcić tę energię na odbiór całej sceny. 

Ostatecznie wydaje się, że Lalka to po prostu kolejny ładny serial zrobiony w netfliksowej konwencji, ale tak naprawdę nic szczególnego.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki i wracam do regularnego postowania!

Pozdrawiam, M

 

czwartek, 24 września 2026

Inne akcenty - Spider-Man: Całkiem nowy dzień

 Hello!

Po urlopie blogowy, po urlopie prawdziwym i postach go dotyczących na blogu, czas na nadrabianie recenzyjnych zaległości. Na pierwszy ognień idzie nowy Spider-Man. Spoiler: spodziewałam się, że akcenty tego filmu będą inaczej rozłożone i trochę rozczarowałam się, że nie były.


Film Spider-Man: Całkiem nowy dzień rozpoczyna się po tym, jak ludzie zapomnieli o Peterze Parkerze i wstęp do niego pokazuje życie naszego pająka w nowej rzeczywistości. Życie samotne i wypełnione potyczkami z różnymi grasującymi po Nowym Jorku złolami, złoczyńcami i ogólnie przeciwnikami człowieka-pająka. Dowiadujemy się, że ściśle współpracuje z nowojorską policją, ma wirtualną asystentkę, ogólnie jakoś sobie żyje - tyle tylko, czy raczej aż, jest bardzo, bardzo odizolowany od kontaktów z innymi ludźmi oraz chyba też od kontaktu z samym sobą, co zaczyna poważnie wpływać na jego stan psychiczny, a co za tym idzie - zdolność bycia świadomym człowiekiem-pająkiem.

Peter Parker relatywnie szybko i łatwo - i z pomocą MJ, co było całkiem urocze - radzi sobie ze wzrastającą ekspresją DNA pająka. I jako Peter Parker nie wykonuje prawie żadnej analizy, dlaczego, skąd, co to dla niego oznacza. Żadnej. Cała interpretacja i zrozumienie tej sytuacji dzieje się dookoła niego (a on wręcz aktywnie zamyka uszy na ten temat) i jest zrzucone na zrozumienie widza. Spodziewałam się, że o wiele, wiele więcej uwagi tego filmu będzie poświęcone "naturalnej" części Spider-mana, ale się poważnie pomyliłam i prawdę napisawszy w pewnym momencie sądziłam już, że po tym poradzeniu sobie ze sprawą za pomocą technologii, w ogóle ona w filmie nie wróci. Ale wraca. Wraca w finale i wywołała we mnie reakcję "aha", bo Peter nie wykonuje żadnego zastanowienia nad tą kwestią. Trochę jakby Pokemon po prostu ewoluował i w końcu pogodził się z ewolucją. Wiem, że nacisk w tym filmie zostało położony na inne elementy kompozycji psychologicznej Petera, ale ta dziura i brak refleksji sprawia, że nie mogę napisać, że mi się ten film podobał.

Peter chce sobie z tym DNA pająka poradzić, blokując to, zamiast się nad tym zastanawiać, co wprost wytyka mu Bruce Banner. Którego pojawienie się w filmie było w sumie ciekawsze, niż fakt, że tak Sadie Sink gra Jean Grey. I to na niej zasadza się superbohaterska część problemów Spider-Mana. Jean szuka czegoś, rozwalając przy okazji miasto i wypuszczając złoczyńców na wolność. Dzięki swoim umiejętnościom przez jakiś czas pozostaje nieuchwytna, ale później Spider-Man dowiaduje się, kim ona jest. Jean jest naszą antagonistką, ale od pierwszej chwili, gdy na ekranie pojawia się Tramell Tillman, czyli William Metzger - szef Department of Damage Control (zupełnie zapomniałam, jak to zostało dokładnie przetłumaczone na polski w napisach), wiadomo, że to on ma coś za uszami, pytanie tylko co dokładnie. 

Zwrot akcji związany z poszukiwaniami Jean uważam za to za fantastyczny i naprawdę mi się podobał. Ogólnie cały jej wątek był ciekawy i to, jak połączył się między innymi z tęsknotą Petera za MJ, zostało emocjonalnie rozegrane. I przyznam, że na takim bardzo emocjonalnym poziomie film złapał widzów dwa przynajmniej dwa razy - bo słyszałam dookoła, że płakałam nie tylko ja - było to jednak bardziej z powodów nostalgicznych oraz wizji tego, co może być w przyszłości z Peterem Parkerem, a nie tego, że film sam w sobie odkrył jakieś nieznane wcześniej fanom Spider-Mana pokłady emocjonalności. Emocje związane z Jean zasadzały się bardziej na szoku mimo wszystko; bo po chwili - jeśli ktoś zna historię X-Menów, ale nie tylko - okazuje się, że to wszystko już było w taki czy inny sposób powiedziane. Z jednej strony cieszę się, że mutanci będą teraz otwarcie w filmach superbohaterskich, ale z drugiej - co i jak można poruszyć, aby wystarczająco ich wyjaśnić dla nowych widzów, ale nie powtarzać podejść, które już do ich historii były. Ale odchodzę już za daleko od meritum. Nie poruszyłam prawie kwestii Neda i MJ, ale szczerze nie wiem, co o tym aspekcie opowieści myśleć, i poczekam czy kolejne filmy, w których pojawi się Peter Parker dadzą nam większą jasność w tym aspekcie. 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki i wracam do regularnego postowania!

Pozdrawiam, M

niedziela, 20 września 2026

Co zmieniło się w Gdańsku?

 Hello!

Tydzień urlopu spędziłam w Gdańsku, w którym mieszkałam i studiowałam od 2015 do 2020 roku, byłam tam kilka razy na krótko później, ale to był mój pierwszy dłuższy pobyt w tym mieście od 6 (słownie: sześciu!) lat. Dziś dzielę się małymi spostrzeżeniami o tym, co zauważyłam, że zmieniło się w Gdańsku.


1. Kierunki jazdy tramwajów

Co to jest i gdzie jest Lawendowe Wzgórze, na które teraz dumnie jeżdżą tramwaje numer 11 i 2? Podobnie tramwaj numer 12 jeżdżący na Ujeścisko? Co to jest? Oczywiście sprawdziłam, trasy zostały po prostu wydłużone. 

W tramwajach jest także nowy system do kupowania biletów, a na biletomatach jest sugestia, że trzeba bilety zeskanować w tych nowych maszynach. Nie. W tramwajach wciąż są normalne kasowniki, nie wiem dlaczego nie jest to jasno powiedziane, tylko promowany jest ten dziwny system fala. (Z tego, co potem wyczytałam w social mediach, wynika, że system fala nie działa za dobrze...).

Nie ma już śpiewającej zapowiedzi na przystanku Opera Bałtycka. 

2. McDonald

Wiele rzeczy mnie zaskoczyło w tym roku w Gdańsku, ale zdecydowanie najbardziej wygląd McDonalda przy Uniwersytecie Gdańskim oraz tego na Dworcu Głównym. Trudno w ogóle poznać, że to Maki i gdyby nie poustawiane na środku automaty do zamawiania, to byłby to całkiem eleganckie miejsca nieprzypominające fast foodów.

 3. Nie ma Empiku na Dworcu Głównym

W przejściu podziemnym przy Dworcu Głównym na rogu był Empik - najprawdopodobniej taki, w którym byłam w swoim życiu najwięcej razy i spędziłam w nim najwięcej czasu, a teraz będzie otwierany tam Tedi. To była jedna z pierwszych zmian, na którą wpadłam w zasadzie tuż po dojechaniu do Gdańska.

4. Jest więcej aptek. 

5. Żuraw nie jest czarny!

Jest ciemnobrązowy. Co znaczy, że jest po remoncie i jego okolice również. Podobnie już praktycznie cała Wyspa Spichrzów jest zabudowana/pokończyły się remonty.

Ogólnie pokończyło się wiele, wiele remontów i budów, ale też zaczęły się nowe.

6. W Madisonie jest sklep koreański.

 

Proszę Państwa, lightstick G-Dragona! A na marginesie - w sklepie było kosmicznie drogo. Już sklepy typu kuchnie świata mają obecnie niewiele sensu, bo są drogie i wiele rzeczy jest już po prostu dostępnych w supermarketach, ale tu było jeszcze drożej. Przyznam, że nie zwróciłam uwagi na ceny płyt, ale wiem, że ceny photocards były wysokie.
  

Na Instagramie jest więcej zdjęć i rolek z mojego pobytu w Gdańsku - serdecznie zapraszam! 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki i wracam do regularnego postowania!

Pozdrawiam, M

środa, 16 września 2026

Gdańskie Targi Książki 2026

 Hello!

Byłam pewna, że to były moje drugie Gdańskie Targi Książki, a okazało się, że 3! Edycje z roku 2018 i 2019 zupełnie zlały mi się w jedno i nawet gdy już zobaczyłam, że napisałam relacje z tych dwóch lat, to wciąż mam wrażenie, że to była jedna impreza. W 2020 targi z oczywistych względów się nie odbyły i ja ja też od wtedy w Gdańsku nie mieszkałam. A w tym roku mój urlop i targi książki okazały się po części być dla siebie wymówkami, aby pojechać na kilka dni do Gdańska.

Biały namiot wystawowy z logo i napisem Gdańskich Targów Książki

O ile się nie mylę, jesienny termin i miejsce, w którym teraz odbywają się targi, zostało po raz pierwszy wymyślone i ogłoszone w 2021. I teraz targi są w Europejskim Centrum Solidarności, co ma więcej sensu niż filharmonia, ale i tak byłam zaskoczona, że jest ciasno. Ale to już chyba urok tego typu imprez. 

W piątek nie zachodziłam na tagi, bo robiłam inne rzeczy, ale w sobotę postanowiłam wybrać się na 3 wydarzenia: Kumple i kumpelka to grunt. Spotkanie z autorami Spółki Autorskiej Heca (Jacek Dehnel, Wojtek Miłoszewski, Zygmunt Miłoszewski i Grażyna Plebanek), przedpremierowe spotkanie z Michałem Rusinkiem wokół jego nowej książki Literatura od podszewki. Teorie pisania oraz spotkanie z autorami książki Schulz dzień po dniu: Narodziny pisarza (1933–1934). 

Spodziewałam się, że na pierwszym spotkaniu będzie o wiele więcej ludzi, a były pojedyncze wolne krzesła, za to średnia wieku osób obecnych na spotkaniu była wyższa niż sądziłam, że będzie. Nie wiem, czy cała h/Heca obiła wam się o uszy, więc pokrótce - Zygmunt Miłoszewski postanowił założyć własne wydawnictwo i kilkoro innych autorów postanowiło także u niego wydawać, bo krótko mówiąc sytuacja (szczególnie finansowa) autorów na rynku książki wcale nie jest super, a oni mają taką już jednak taką pozycję, aby trochę ustawiać reguły gry po swojemu, co nie wszystkim się podoba i pojawiły się nawet polemiki z tym przedsięwzięciem. Ogólnie spotkanie ciekawe, warto było być, Wojtek Miłoszewski jest przezabawnym człowiekiem, ale były też poważniejsze tematy (Jacek Dehnel odpowiadał na przykład o pytanie z publiczności o kwestię pozycji redaktorów i korektorów na rynku książki). 

Spotkanie z Michałem Rusinkiem odbywało się w audytorium, było na nim dużo ludzi i oczywiście warto było być, bo Michała Rusinka zawsze dobrze się w takich okolicznościach słucha. Szczególnie ciekawa wydała mi się poruszana już na sam koniec kwestia tego, że sztuczna inteligencja może paradoksalnie sprawić, że rola/pozycja autora w literaturze będzie znacząca, przynajmniej w pewnym sensie.

Na spotkanie wokół książki Schulz dzień po dniu: Narodziny pisarza (1933–1934) poszłam, bo człowiek kończy edytorstwo na Uniwersytecie Gdański i to nigdy z niego nie wychodzi. UG jest chyba jednym z największych ośrodków badań nad Schulzem i to może się niekiedy udzielać studentom polonistyki. (Sama pracowałam przez jakiś czas przy Schulz / forum Kalendarzu życia, twórczości i recepcji Brunona Schulza, chociaż było to krótko, bo projekt stracił finansowanie i z całej mojej pracy ukazały się tylko dwie daty). Ze wszystkich trzech spotkań na tym - ku mojemu zdumieniu - średnia wieku była najniższa (sama siedziałam obok dwóch dziewczyn, które musiały być studentkami polonistyki i edytorstwa), a na pewno demografia była najbardziej zróżnicowana, a dwa - organizatorzy przewidzieli na to spotkanie jednak trochę za małą salę, bo co najmniej 6 czy 7 osób to spotkanie przestało. Spotkanie było i zabawne, i ciekawe, i różnorodne, bo ta książka to efekt pracy 7 osób (Małgorzata Ogonowska, Stanisław Rosiek, Piotr Sitkiewicz, Aleksandra Skrzypczyk, Tymoteusz Skiba,
Balbina Tarnowska, Katarzyna Warska, a spotkanie prowadził Jakub Orzeszek).

W niedzielę - po pierwsze było o wiele, wiele, wiele mniej ludzi i całe wydarzenie wydawało się o wiele spokojniejsze niż w sobotę, a po drugie byłam na tylko jednym spotkaniu - z Jagodą Grondecką wokół jej debiutanckiej książki Emirat to my. Jak talibowie odbijali Afganistan. I uwaga dopiero gdy prowadząca powiedziała, że to debiut, ja załapałam, że przez długi czas byłam pewna, że Jagoda Grondecka jest autorką książki, która ukazała się ze dwa lata temu, a ja chyba zlałam sobie dwie różne autorki w jedną osobę. W każdym razie spotkanie ciekawe, zawsze warto zobaczyć osobę, której słucha się w licznych podcastach (ostatnio chyba w Samcu beta, którego nawet nie słucham, ale ten odcinek pobrałam specjalnie, bo byłam bardzo ciekawa). 

Ja zawsze zapominam, że targi książki są po to, aby te książki kupować (i rzeczywiście z tych, na których dotychczas byłam wracałam z nowymi tytułami), ale z tych wracam jedynie z licznymi zakładkami i myślą, że z ciekawością przeczytam książki Emirat to my i  Literatura od podszewki. Teorie pisania, gdy/jeśli pojawią się w bibliotece w moim mieście.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki i wracam do regularnego postowania!

Pozdrawiam, M

 

sobota, 12 września 2026

Poza tytułową - Byłem kurierem w Pekinie

 Hello!

W tym roku jakoś wyjątkowo czytam dużo książek związanych z Chinami - może dlatego, że ich wydawanie nie zastopowało w przeciwieństwie do książek o Koreach (a w porównaniu nawet z początkiem tego roku wyhamowało także wydawanie literatury koreańskiej - w tym temacie wszystko zostało zdominowane przez inspiracje, mniej i bardziej oficjalne publikacje ze świata K-popowych łowczyń demonów). Tyle tytułem ogólnego wstępu, a teraz wstęp o książce Byłem kurierem w Pekinie. O jej istnieniu w wersji albo oryginalnej, albo anglojęzycznej dowiedziałam się z social mediów Weroniki Truszczyńskiej, po jakimś czasie zobaczyłam ten tytuł w zapowiedziach Wydawnictwa Insignis, a później o książce mówiono w podkaście Mao Powiedziane (książkę autorów też czytałam w tym roku - TU recenzja!).

Tytuł: Byłem kurierem w Pekinie
Autor: Hu Anyan
Tłumaczenie: Jarosław Zawadzki
Wydawnictwo: Wydawnictwo Insignis

Ta książka to poruszający zakulisowy portret chińskiego społeczeństwa i rynku pracy. To intymny i szczery zapis zmagań jednostki z odczłowieczającą naturą współczesnego globalizmu.
Hu Anyan opowiada o wyczerpującej pracy bez perspektyw na spełnienie. Znosi ją ze stoickim spokojem, surowym humorem i silnym poczuciem własnej tożsamości. To właśnie ono sprawia, że za każdym razem kiedy Hu utyka, po chwili rusza dalej: w ciągu dziewiętnastu lat zmienił pracę aż dziewiętnaście razy.

(fragment opisu wydawnictwa)

Z informacji technicznych: książka ma 300 stron, 4 rozdziały i posłowie. Autor ma bardzo rzeczowy styl pisania, raczej relacjonuje niż analizuje i ocenia - chociaż czasami samo przedstawienie faktów buduje czy obrazuje pewne stany emocjonalne, czy to jego, czy współpracowników. Co wydało mi się ciekawe, to w akapicie, gdzie napisał o tym, dlaczego w ogóle znalazł się w Pekinie - a była to decyzja związana z jego partnerką - czuć ogromną szczerość i radość w jego słowach. Gdybym miała sobie wyobrazić autora piszącego ten fragment, to na pewno pomyślałabym literacko "jego twarz pojaśniała". A wracając do bardziej mierzalnych aspektów tekstu - autor posługuje się raczej krótkimi zdaniami i wieloma czasownikami. 

Niektóre fragmenty narracji są bardziej dynamiczne - szczególnie te, gdzie autor decyduje się na przytoczenie dialogów - ale w dużej części to relacja. Miejscami autor decyduje się na pewną introspekcję i przedstawienie swojego stanu ducha, co jest dość ważne, bo szczególnie początek książki może się wydać niektórym czytelnikom dość suchy. 

Później jednak książka zmienia się w coś pomiędzy zbiorem anegdot a pamiętnikiem, który teoretycznie jest uporządkowany, ale jednocześnie odrobinę chaotyczny. Niekiedy autor opisuje coś, jakby był tego świadkiem przez długi czas albo coś trwało bardzo długo, a okazuje się, że były to trzy dni. Ale jednocześnie - zgodnie z blurbem - autor średnio w jednej pracy spędzał rok, więc na dobrą sprawę jakie dalekosiężne i ogólne obserwacje mógł poczynić. I żeby nie było - nie spodziewałam się, że ta książka to reportaż. 

Przyznam, że po obiecującym początku później miałam problem, aby wciągnąć się w opowieść autora. Biorąc po uwagę, jak krótka jest to książka i jak zasadniczo prosto jest napisana, jej czytanie zajęło mi zdecydowanie więcej czasu niż powinno, bo nie było w niej nic, co po przerwanym czytaniu, skłaniałoby mnie, aby szybko sięgnąć po nią ponownie. Tak naprawdę dokończyłam ją głównie dlatego, że musiałam już oddać ją do biblioteki i nie chciałam przedłużać jej wypożyczenia.

Przy czym ostatni rozdział zbierający inne prace autora oraz informacje o jego początkach i związkach z pisarstwem znów czytało mi się dobrze. Autor zaprezentował w nich dużą samoświadomość i opisywał, jak zmieniało się jego podejście do życia, pracy czy kontaktów z innymi ludźmi. Autor w tej części nie wprowadza dialogów - skupia się na opisywaniu swojego życia i swoich obserwacji. Paradoksalnie muszę napisać, że z czterech części książki ta tytułowa podobała mi się zdecydowanie najmniej, chociaż to może nawet trochę za dużo napisane, bo po prostu nie wciągnęła mnie tak, jak się spodziewałam, że relacjonowanie pracy kuriera może być ciekawe, na pewno jednak najgorzej mi się tę część z całej książki czytało. Nie mogę jednak napisać, że Byłem kurierem w Pekinie to zła książka albo zniechęcić do czytania, bo zdecydowanie warto spróbować, a nie trzeba czytać całej, można przeczytać wybrane rozdziały.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki i wracam do regularnego postowania!

Trzymajcie się, M

 

wtorek, 8 września 2026

Lisia rodzina

 Hello!

Robiłam ten projekt przez dokładnie 16 dni w - dosłownie i nie przesadzam - każdej wolnej chwili. Wykorzystałam to, że książka, przy której pracowałam, miała tygodniowe (a później jeszcze dłuższe...) opóźnienie, bo inaczej musiałabym się zająć pracą. Zależało mi też, aby zrobić to szybko, bo czerwiec miałam też bardzo, bardzo zajęty w pracy etatowej (chyba najbardziej odkąd zaczęłam pracować), a biorąc pod uwagę też inne zobowiązania, nie byłam pewna, jak uda mi się żonglować czasem.


Ten projekt to było wyzwanie. Wyszywanie na drobnej kanwie jest trudne, ale wyszywanie na czarnej i drobnej kanwie to - no właśnie - wyzwanie. Tym bardziej, gdy nie ma się za dużo doświadczenia - a ja do tej pory wyszyłam na niej dosłownie 2 czy 3 nie za duże projekty. Sam wzór miejscami także okazał się dosyć niewdzięczny. Z jednej strony jest on całkiem logiczny, z drugiej - upierdliwy. Ale efektowny trzeba przyznać. Na samych lisach jest 9 kolorów, a różowych i fioletowych dookoła jest około 10 - nie jestem pewna, bo dokładałam sobie kolory, jeśli mi pasowały (i starałam się nie wyszywać obok siebie elementów w tym samym kolorze). Największe elementy tej serduszkowej obwódki są wyszyte fioletową błyszczącą muliną - i jeśli czegoś nauczyłam się przez ostatnie lata, to jak sobie z nią radzić, aby nie dokładać sobie pracy. A poza tym są na niej wykorzystane naprawdę różnorodne nici, dające ciekawe efekty.

Proces wyszywania wyglądał tak, że najpierw zrobiłam kształt serca, a potem modliłam się, aby liski zmieściły się w przeznaczonej im przestrzeni i prawie się udało, ale gdyby przyszło mi robić ten wzór raz jeszcze, to jednak zaczęłabym od lisów. Najwięcej problemów sprawił ten po prawej, a trochę się tego nie spodziewałam, bo wyszycie środkowego poszło mi zaskakująco dobrze i sądziłam, że już rozkminiłam, jak działa ten wzór. 

Ten projekt był bardzo specjalnym prezentem dla znajomych mojego brata i z tego, co wiem, obdarowani byli bardzo zadowoleni. A gdyby ktoś się zastanawiał nad wymiarami, to jeśli dobrze pamiętam ramka ma 23x23 cm.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 

piątek, 4 września 2026

K-pop lipiec i sierpień 2026

 Hello!

Biorąc pod uwagę, że to podsumowanie dwóch miesięcy comebacków, to wspominam o bardzo małej liczbie nowych wydań.

V8 - singasong

Wiem, wiem ta płyta ukazała się pod koniec czerwca, ale zainteresowałam się nią dopiero na początku lipca i na moje - albo jej szczęście - miałam trochę czasu, aby ją przesłuchać. I jest fantastyczna. Szczególnie, jeśli lubicie muzykę elektroniczną z okolicy roku 2010. Ale też ogólnie z tych EDM piosenek wydanych ostatnio w Korei te na tej płycie są po prostu najlepsze. 

Jaehyun - 99 Degrees

Po zapowiedziach spodziewałam się nieco innej piosenki, więc poczułam się mocno zaskoczona, a jednocześnie ogromnie mi się ta piosenka podoba! 

Red Velvet - Surfin' Boy

Niestety nie podoba mi się ta piosenka (ale ma Romea w słowach! - chociaż jako przykład najmniej pasującego nawiązania chyba kiedykolwiek). Przesłuchałam też całą płytę i niestety wydała mi się ona wyjątkowo nudna i monotonna. Plus za to, że jak nigdy SM udało się wydać piosenkę związaną z jakoś porą roku / ważnym dniem w terminie.

Ogólnie w tym roku wakacyjne piosenki są bardzo przyjemne do słuchania, bo i Hui wydał miłe Bingo, i japońskie wakacyjne wydania różnych zespołów są ciepło przyjmowane (aespy Kiss and Tell, TWS Soda Soda).

NOWZ - Achilles

Piosenka sama w sobie jest bardzo w porządku, lekko retro, lekko disco, muzycznie nic w zasadzie nie można jej zarzucić - to taki typ piosenki, który bardzo mi się podoba, chociaż mam wrażenie, że mogłaby być jeszcze bardziej disco i retro. Natomiast teledysk i słowa to nieco inna para konfundujących kaloszy, bo co ma w ogóle oznaczać "Jesteś moim Achillesem"... dziewczyno, żeby nie było wątpliwości. Czy może jesteś moją Achillesową dziewczyną? Poza tym, jak wiadomo, Achilles oprócz bycia wielkim wojownikiem i swojej pięty (ooo to może przenośnia: jesteś moją słabością), jest znany ze swojej relacji z Patroklosem.

Inne piosenki, które zwróciły moją uwagę: 8TURN - Stagefright (bardzo stylowe), ONE PACT - U so hot, Dayoung i Jay Park Flirty. Bardzo - wręcz zaskakująco - podoba mi się I Got Your Back Illit. 

Young K - Shut The Door

Wygląda na to, że Young K wypuścił hymn introwertyków. To jest krótkie i nieco zabawne podsumowanie, bo piosenka dotyka spraw nieco bardziej poważnych i jest fantastyczna, trochę bazuje na dysonansie pomiędzy słowami a muzyką, ma też bardzo pasujący teledysk. Ale płyty nie udało mi się przesłuchać.

ENHYPEN - Bloody Paradise

Ta płyta wyszła w fantastycznym momencie, bo akurat znów miałam dużo pracy, a więc dużo czasu, aby jej słuchać w kółko - bo bardzo, bardzo przypadła mi do gustu. Nawet jeśli główny singiel ma w zasadzie tylko 2 minuty i 15 sekund... to w ogóle nie powinno liczyć się jako piosenka, ale obawiam się, że w tym momencie nie ma już szansy na popularne piosenki z prawdziwego zdarzenia, to znaczy takie prawie czterominutowe. Cała ta płyta ma jakieś 15 minut, więc można ją przesłuchać 4 razy w ciągu godziny. Ale nie narzekam, bo piosenki naprawdę mi się podobają.

NCT 127 - Blingy

Cała płyta jest bardzo NCT, dobra, ale nie ma na niej ani jednego naprawdę wyróżniającego się utworu. Co za to jest, to wyraźny brak. Ja raczej nie czuję się staro, ale jak sobie pomyślałam, że pamiętam prawie jakby to było wczoraj, jak NCT tłumaczyło swój koncept w programie Weekly Idol, a teraz jubileuszowy album NCT 127 promuje tylko 5 członków zespołu, to poczułam się staro.  

 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki i wracam do regularnego postowania!

LOVE, M

 

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

14 lat bloga!

 Hello!

Wracam po blogowym urlopie! Na którym planowałam napisać milion wpisów na zapas i przyszłość, a udało się może 5 - ale takie jest życie i nawet mnie to nie zaskoczyło ani nie zasmuciło.

W zasadzie oprócz poinformowania, że oto oficjalnie bloguję 14 lat, w tym roku nie mam szczególnych przemyśleń dotyczących blogowania. Podpisuję się pod wszystkim, co napisałam w zeszłym roku - 13 lat bloga!  Może tylko dodam, że chciałabym wrócić do serii wywiadów, które robiłam, a na które ostatnio bardzo brakowało mi weny, więc nie wiem, jak mi się to uda. 

Najważniejsze w tym roku jest to, że mamy Międzynarodowy Dzień Blogów i Blogerów! Tak więc składam wszystkim piszącym i szerzej działającym w sieci najlepsze życzenia! Wytrwałości, pomysłów, weny, wielu, wielu kolejnych lat pisania, budowania społeczności i swojego miejsca w sieci! Spełnienia blogowych i nie tylko marzeń!

PS Przy okazji dziękuję za wasze komentarze i dzielenie się swoimi przejściami z wyrywaniem (bądź nie) zębów pod ostatnim postem! 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki i wracam do regularnego postowania!

LOVE, M

 

środa, 29 lipca 2026

Spostrzeżenia po ekstrakcji ósemki

 Hello!

Najpopularniejszym i najczęściej odwiedzanym wpisem na tym blogu jest post z maja 2016 roku dotyczący moich spostrzeżeń po tym, jak miałam nogę w gipsie. Co prawda teraz nie jest już aż tak często wyszukiwany, ale wciąż jest całkiem popularny. Dlatego po kolejnej poważnej procedurze medycznej też pomyślałam, że mogę się podzielić spostrzeżeniami. 


Otóż w połowie lipca miałam przeprowadzoną ekstrakcję ósemki. Wiedziałam już od jakiegoś czasu, że czeka mnie ta procedura i w zeszłym roku okazało się, że nie mogę dłużej tego odwlekać, bo zrobią mi się komplikacje. Na wizytę u chirurga szczękowo-twarzowego czekałam 9 miesięcy i 2 tygodnie i po fakcie bardzo się cieszyłam, że nie musiałam zapłacić za  te tortury ten zabieg z własnej kieszeni. Dentyści i procedury stomatologiczne zupełnie mnie nie ruszają, wręcz mogłabym spać podczas zabiegów. Ale usuwanie ósemek trochę mnie przerażało. 

(Sądziłam, że ekstrakcja to poważne i uznane słowo, ale precyzyjnie to było operacyjne usunięcie zęba zatrzymanego).

Po pantomogramie okazało się, że moje dolne ósemki rosną sobie równolegle do podłogi, dosłownie poziomo i częściowo je widać, a częściowo siedzą w dziąśle. (O tym, że one rosną źle i nie wyszły do końca było wiadomo wcześniej - dlatego nie mógł mi ich usunąć stomatolog, tylko musiał chirurg - ale dokładna skala problemu nie była znana). Zdecydowałam, że najpierw pozbywamy się dolnej ósemki z prawej strony. Dostałam znieczulenie, poczekałam chwilę i się zaczęło... wiercenie. Wiercenie, wiercenie, więcej wiercenia. Bardzo głośnego. Trochę szarpania. Lekarz sam mówił, że mam dość uparty ząb i doprowadzenie do momentu, aż jakaś zaplanowana jego część się ułamała było dość problematyczne. I ten dźwięk łamania słyszany w głowie też jest bardzo, bardzo dziwny (musiałam zrobić jakąś przerażoną minę, na ile się dało, bo lekarz zaczął mnie zapewniać, że tak miało być). Bo jeśli jest jedna rzecz, której się u dentysty obawiam, to jest to, to że podczas manewrów przy jednym zębie, coś się stanie i zostaną uszkodzone inne zęby. 

Przy czym to nie tak, że coś boli. Przynajmniej nie dosłownie. Czuć dużo manipulacji i ciągnięcia. Miałam wrażenie, że praca przy tym zębie bardziej przypomina operację ortopedyczną i pracę w kopalni niż zabieg dentystyczny. Przyznam wręcz, że w pewnym momencie - mimo tego, że jak pisałam normalnie procedury stomatologiczne mnie nie ruszają - miałam ochotę wstać i uciec. Przy czym znów, zasadniczo nie czuje się bólu, natomiast ten ząb trzeba było siłowo wyciągnąć i to używanie siły naprawdę się udziela. Ja spocona, lekarz spocony. Ale zasadniczo wszystko poszło dobrze.

Dostałam receptę i polecenie, żeby od razu wziąć te przepisane leki (mimo ogólnego zakazu jedzenia i picia dwie godziny po zabiegu). Poszłam do apteki, myśląc, że w sumie jestem pacjentem po operacji i nie jestem pewna, czy powinnam sama chodzić po mieście, ale ogólnie nie czułam się źle. Wzięłam, co zostało mi przepisane, i robiłam okłady. Pro tip: do robienia okładów fantastyczne są żelowe wkłady chłodzące do takich dużych pojemników na ciasto. I uwaga bardziej niż ból czy dyskomfort samego dziąsła czy policzka, doskwierał mi ból gardła. Nie mam pojęcia, jak ludzie są w stanie tak naprawdę jeść te dwie godziny po zabiegu, bo mi po pierwsze przykurczyło szczękę, a po drugie mam ogromny dyskomfort przy przełykaniu. Mniej więcej podobny, jak po gastroskopii. A w brzuchu burczy, bo zjadłam śniadanie, a potem już nic, a zabieg miałam koło 13. Udało mi się wcisnąć banana i sok marchwiowy, a potem wyczytałam, że można - a nawet prawie trzeba - jeść lody, więc na kolację jadłam shake'a (co brzmi super, ale przy stanie mojego gardła, to zjedzenie go, zmęczyło mnie niemal, jak przebiegnięcie maratonu). A potem coś jeszcze, bo i leków tak za bardzo na pusty żołądek brać nie można. 

Piszę to przed południem następnego dnia (środa) po zabiegu i w tym momencie dyskomfort przy przełykaniu prawie minął, chociaż wciąż nie jest przyjemnie, przykurcz szczęki też (bo okazało się, że musiałam w pracy odebrać sporo telefonów, co w sumie było dobrym ćwiczeniem, ale przy usuwaniu kolejnej - już w styczniu! - nie będę udawała takiej dzielnej i wezmę zwolnienie lekarskie). Jestem opuchnięta (i wyglądam jak skrzyżowanie chomika z wiewiórką) i moja szczęka po prawej zrobiła się kwadratowa, ale ogólnie nie ma tragedii. Co jest fantastyczną wiadomością, bo po tym, jak bardzo czułam się rozbita w dniu zabiegu, miałam pewne obawy, co do dalszej rekonwalescencji (nie zapeszając! bo piszę to nawet nie 24 godziny po zabiegu).

Informacje z czwartku: rano nie było źle, jestem w stanie mniej więcej normalnie jeść, chociaż przykurcz szczęki dalej trzyma, ale nie boli mnie gardło. Pojawiło się też zasinienie opuchlizny, a po powrocie z pracy opuchlina się zwiększyła i zrobiła bardziej siniakowata. Zrobiłam sobie zimne okłady, co trochę pomogło, ale wrażenia estetyczne i wizualne są, no cóż, brzydkie. Także fakt tego, że mam szwy w buzi jest dla mnie bardzo, bardzo, bardzo dziwny. Same szwy mi nie przeszkadzają, ale dwie nitki czasami dotykają górnego dziąsła, co daje dziwne wrażenie czegoś pomiędzy łaskotaniem a ukuciem. Ale najdziwniejszy jest sam fakt szwów. 

Informacje z piątku: źle spałam, obudziłam się z większą opuchlizną niż wcześniej i ogólnie słabszym samopoczuciem. Przed południem czułam się słabo go tego stopnia, że dla własnego spokoju ducha sprawdzałam, gdzie jest najbliższe pogotowie stomatologiczne czy coś podobnego (bo trochę obawiałam się, że w weekend jeszcze mi się pogorszy). Po południu czułam się jednak dużo, dużo lepiej, opuchlizna zeszła znacząco, ale za to dół policzka zrobił się po prostu siniakiem, czymś o kolorze śliwki z żółtymi cieniami i strukturą piłeczki golfowej. 

Informacje z soboty: znów źle spałam, ale opuchlizna jest zdecydowanie mniejsza, a siniak bardziej żółto-fioletowy niż tylko fioletowy, ale wygląda strasznie. Gdy lekarz we wtorek po zobaczeniu prześwietlenia i usłyszeniu, którą ósemkę wybieram jako pierwszą do usunięcia, powiedział, że będę po tym tydzień chora, to nie tyle myślałam, że żartuje, co przesadza. Ale nie przesadzał. Dzisiaj do tych różnych rzeczy dołączyło podrażnienie wnętrza policzka. Nie wiem, czy to kwestia siniaka/opuchlizny, czy tego, że końcówki szwów mi je podrażniają. W każdym razie ja byłam przez to mocno rozdrażniona. 

Informacje z niedzieli: siniak jest bardziej żółty niż fioletowy, a moja twarz ma prawie normalny kształt. Podrażniony policzek aż tak mi nie dokuczał, ale i tak odliczałam do wtorku, gdy mają mi zdjąć szwy. Za to nabawiłam się bólu ucha i mam podejrzenie, że to od zimnych okładów.

Informacje po zdjęciu szwów (wtorek, pisane w środę): poczułam wolność, ale początkowe uczucie po ich zdjęciu było dziwne. Policzek od wewnątrz wydaje się rozorany, ale ogólne spuchnięcie prawie zeszło, po siniaku został jeszcze cień, ale wciąż czuć, że po tej prawej stronie była jakaś ingerencja.

Dwa tygodnie później wciąż czuję, że po tej prawej stronie było coś robione i trochę dziwnie mi się tą stronę je, ani nic nie boli, ani nie jest podrażnione i ogólnie jest w porządku.

To jest ostatni wpis przed tradycyjnym sierpniowym blogowym urlopem (a na mój prawdziwy muszę jeszcze poczekać do września!), wracam na bloga z końcem sierpnia, ale postaram się zaglądać i komentować wasze blogi i wpisy! Zawsze polecam śledzić mnie także na Instagramie - tam bywam naprawdę aktywna!

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 

 

sobota, 25 lipca 2026

Kinowe plany 2026 #2

 Hello!

Nie wierzę, po prostu nie wierzę, ale zapomniałam o kinowych planach na drugą połowę roku. Co jest pewnym osiągnięciem, biorąc pod uwagę, że pracuję w instytucji, która ma kino i na co dzień dbam o informowanie o jego repertuarze w social mediach. Ale może to i nie gorzej, bo przez pracę i sezon urlopowy nie mogłam wziąć wolnego w urodziny. Więc dzisiaj nie będzie tradycyjnego wpisu „zdjęcia z dnia urodzin co godzinę”, a właśnie spóźniony wpis kinowy.

 

LIPIEC

Odyseja

Wybieramy się z braćmi specjalnie na ten pokaz do Warszawy, ale planowanie dat idzie nam nienajlepiej, więc trzymajcie kciuki, aby udało nam się tam dotrzeć!

Spider-Man: Całkiem nowy dzień

To takie miłe uczucie, że twórcy tego dzieła musieliby zrobić bardzo wiele rzeczy źle, aby ten film nie wyszedł dobry, a ogólnie – Spider-Man to taki bezpieczny superbohater, aby się nie zawieść. 

WRZESIEŃ

Niebo nad Normandią

Raczej nie pójdę na tej film do kina, ale gdy już będzie możliwość obejrzenia go w domu, to z ciekawością to zrobię.

Lalka

Jestem polonistką, więc mam obowiązki polonistyczne!

PAŹDZIERNIK

The Social Reckoning: W sieci konsekwencji

Pierwsze informacje o tym filmie dotarły do mnie w w haśle: „Druga część The Social Network!”. A ja bardzo lubię ten film. Przy czym z tym byciem „drugą częścią” - nie wiem, czy to jest oficjalne hasło czy po prostu naturalna kolej rzeczy, bo The Social Reckoning: W sieci konsekwencji dotyczy sprawy z 2021 - tego że Facebook wiedział o swoim szkodliwym wpływie na społeczeństwo – i sygnalistki Frances Haugen oraz dziennikarza Jeffa Horwitza. 

GRUDZIEŃ

Diuna: Część trzecia

Nie byłam na dwóch pierwszych częściach w kinie (widziałam je w domu), ale na tę pójdę.

Avengers: Doomsday

Zastanawiam się, jak będą wyglądały seanse w moim kinie, skoro ten film i Diuna wychodzą tego samego dnia i mam nadzieję, że to jednak Avengers: Doomsday dostanie pierwszeństwo. Choć jednocześnie zupełnie nie jestem na ten film podekscytowana. Na przykład w najnowszym zwiastunie najbardziej cieszyłam się, że zobaczyliśmy Profesora X i Magneto, a nie Fantastyczną Czwórkę.

A wy na jakie premiery czekacie?

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

wtorek, 21 lipca 2026

Jak to w zbiorze opowiadań - Niedopasowani

 Hello!

Nie przepadam za opowiadaniami - myślę, że pisałam to już nie raz i nie dwa na blogu, a jednak czasami sięgam po taką formę literacką. Na przykład dzisiaj - bo to zbiór chińskich opowiadań wydany przez Wydawnictwo Yumeka i nie mogłam go nie wypożyczyć, gdy zobaczyłam Niedopasowanych w bibliotece. Zrobiłam przeszukanie i - tak jak przypuszczałam - to jedyna książka tego wydawnictwa, którą można wypożyczyć w ostrołęckich bibliotekach.

Tytuł: Niedopasowani. Antologia chińskich opowiadań 
Autorzy: Zhang Yueran, Xiao Hong, Tie Ning, Lao She, Liang Hong, Zheng Zhi
Tłumaczenie: Magdalena Stoszek-Deng (1, 6), Marta Torbicka (2, 3, 4, 5)
Wydawnictwo: Wydawnictwo Yumeka

Niedopasowani to zbiór wyrazistych opowieści o tych, którzy są „inni” – zagubionych marzycielach, wrażliwych buntownikach i ludziach skazanych na samotność. Można ich znaleźć wszędzie wokół, przemierzających zatłoczone ulice chińskich miast lub zaciszne wiejskie ścieżki.
Przed Tobą sześć historii: o młodym malarzu i napotkanej przypadkiem sierocie, o nastoletniej uczennicy, o niewinnym kłamstwie, które ogromnie wpłynęło na życie pewnego mężczyzny, o pracowniku naukowym powracającym do Chin po studiach za oceanem, o samozwańczym strażniku sprawiedliwości oraz o dość nietypowym wujku.
Znajdziesz w nich zaskakujące zwroty akcji, poruszające portrety codzienności osób „niedopasowanych” do społecznych norm a momentami także nieoczekiwany humor. Zanurz się w tych niezwykłych opowieściach i znajdź nowe spojrzenie na odmienność oraz na własne życie.

(opis wydawnictwa) 

Fajerwerki w kształcie zwierząt - Zhang Yueran - ciekawe opowiadanie, w pewnym momencie poczułam się prawdziwie zaintrygowana i jego rozwojem, i tematami, których dotyka, ale zakończenie, przyznam niespodziewane, przyszło zbyt szybko i nie zrobiło na mnie takiego wrażenia, jakie by mogło. 

Dłonie - Xiao Hong - rozumiem to opowiadaniem i wiem, co chciano nim przekazać, ale niestety - albo stety, bo nie wykluczam, że jest to zrobione specjalnie - emocjonalnie jest ono bardzo monotonne. 

Dziennik gubernatora prowincji - Tie Ning - to opowiadanie podobało mi się bardziej niż poprzednie; jednocześnie bardziej niż Dłonie jest przykładem tego, dlaczego za opowiadaniami nie przepadam. Trudno mi o nim napisać, bo z jednej strony ciekawe eksploruje podejmowane tematy, a szczególnie jeden, ale z drugiej - chociaż rozumiem literackie założenia opowiadania - jego punkt kulminacyjny i następujące zakończenie wypadło rozczarowująco płasko, choć jednocześnie jest jego najbardziej dynamicznym fragmentem. 

Poświęcenie - Lao She - już po pierwszych słowach tego opowiadania widać było, że bardzo wyróżnia się od pozostałych. Nie tylko językowo, ale także trudno definiowaną literackością oraz nawet napisałabym pewną aurą intelektualizmu. I wpływ na to ma nie tylko fakt, że dzieje się w środowisku akademickim. Ale tematyka opowiadania jest nieco bardziej przyziemna. A puenta? Przyszpilająca. Tak się powinno kończyć opowiadania.

Święty Dequan - Liang Hong - znów, podobnie jak w poprzednich opowiadaniach, wydaje mi się, że wiem, co jest przesłaniem opowiadania, co chce przekazać, podejmowane zagadnienie jest warte eksploracji, ale wykonanie - w najlepszym razie takie sobie. I tym razem nie jest to nawet kwestia tego, że opowiadanie wydaje mi się za krótkie - a wręcz przeciwnie. To aż prosiło się o bardziej zwięzłą formę. Odniosłam wrażenie, że było w nim zbyt wiele niepotrzebnych wtrąceń i elementów, które zamiast dodawać do opowieści kontekstu, tylko ją rozwadniały. Ale to opowiadanie podobało mi się koncepcyjnie i tematycznie. 

Jeż - Zheng Zhi -  z jednej strony to ciekawe opowiadanie, zastanawiałam się dokąd przedstawiana historia zmierza, z drugiej - trochę mnie znudziło i miałam delikatny problem z dobrnięciem do końca. Ostatecznie, aby być sprawiedliwą, powinnam je chyba przeczytać jeszcze raz, ale po pierwszej lekturze, oprócz robienia wrażenia długością, jego inne (na pewno istniejące) zalety pozostają przede mną ukryte.

Podsumowując, jak to w zbiorze opowiadań - są opowiadania lepsze, są opowiadania gorsze. Na pewno wydawnictwo rzetelnie przedstawiło tę książkę w blurbie i jako przegląd współczesnych chińskich opowiadań o różnych odcieniach inności czy niedopasowania sprawdza się świetnie. Natomiast nie przyczyniło się do tego, że polubiłam opowiadania jako formę literacką, ale wiedziałam, co robię, zabierając się za czytanie. Może tylko jeszcze dodam, że książka ma 191 stron.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

 

piątek, 17 lipca 2026

Każda sobie (?) - Matczyzna

 Hello!

Raczej nie czytam książek obyczajowych, a ta sklasyfikowana jest jako literatura piękna. Poza pracą i książkami non-fiction czytam też niewiele polskich autorów i autorek, ale akcja książki Matczyzna odnosi się do i częściowo dzieje na Kurpiach Zielonych i w zeszłym roku wywołała trochę poruszenia wśród niektórych osób piszących o tym regionie w internecie. I mniej więcej z tego powodu, chociaż nie tylko, po nią sięgnęłam.

Tytuł: Matczyzna
Autorka: Małgorzata Żebrowska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

 „Matczyzna” to opowieść o losach kobiet. O nierozerwalnych więziach. O traumie pokoleniowej. Krysia – babka. Marta – matka. Basia – córka. Historia utkana z wielowarstwowych emocji, mistrzowska w subtelnym zarysowaniu portretów psychologicznych. Autorka z niezwykłą wrażliwością ukazuje, jak przeszłość odciska się na kolejnych pokoleniach, a niezałatwione sprawy rzutują na losy potomnych.
To portret zbiorowy kobiet w różnych planach historycznych i obyczajowych. Opowieść o ewolucji przymusów towarzyszących kobietom w określonych okolicznościach i czasach. O formach odreagowywania, o wymówkach i ucieczkach – od męża, od przemocy, w alkohol, w seks. Przez pokolenia trwająca sztafeta pokory i pogardy, czasem wobec innych, czasem wobec siebie.
„Matczyzna” to więcej niż historia o rodzinnych sekretach i duchach minionych dni – to rzecz o kobiecej sile, cenie niezależności, dziedzictwie, które nosimy w sobie. Lektura dla tych, którzy w literaturze szukają nie tylko intrygującej fabuły, lecz także emocjonalnej prawdy, niuansów psychologicznych i kunsztownie odmalowanych realiów minionych epok. 

(opis wydawnictwa) 

Matczyzna ma 3 bohaterki - trzy pokolenia kobiet wywodzących się z podmyszynieckiej wsi, chociaż nazwa Myszyniec zostaje w opowieści zmieniona. Najmłodszą i najstarszą poznajemy już na pierwszych stronach, ale Martę dopiero na 100. Książka podzielona jest na sześć nierównych części, a rozdziały prowadzone są przez poszczególne bohaterki. W rozdziałach Basi (teraźniejszość/wnuczka) narracja prowadzona jest pierwszoosobowo, natomiast w rozdziałach Krysi (babka) i Marty (matka) mamy do czynienia z narratorem trzecioosobowym, prowadzonym jednak w dużej mierze z perspektywy bohaterek. Podobnie jak części książki, rozdziały także są nierówne - i nie jest to uwaga odnosząca się wyłącznie do ich długości i proporcji, ale także do jakości. Nie wiem, dlaczego nie zdecydowano się na zawarcie w publikacji spisu treści, bo bardzo by się przydał, chociażby do ocenienia właśnie długości poszczególnych rozdziałów, tego, czy każdej bohaterce poświęcono tyle samo przestrzeni.

Tą książkę czyta się naprawdę szybko, ale nie wiem, czy to dobrze, biorąc po uwagę, że nawet przy skupieniu się na lekturze, często miałam problem z pamiętaniem historii Krysi i Marty. To znaczy bardzo szybko pomieszały mi się ich punkty wyjściowe, z którego miejsca je znałam. Nie pomogło też to, że historia Marty jest przedstawiona trochę achronologicznie. Wiem też, że niestety bardzo szybko zapomnę opowieść przedstawioną w tym tytule, między innymi dlatego, że trochę się mieszała, ale też dlatego, że autorka daje zbyt wielu jasnych czasowych punktów odniesienia (doliczyłam się 3), a niekiedy rozdziały przedstawiają dość rozległe perspektywy czasowe (np. w przypadku Krysi bardzo trudno mi powiedzieć, jaka dokładnie jest różnica wieku pomiędzy jej dziećmi; wydaje się, że może to być około 3 lat, ale pewności nie mam; albo nagle mija pół roku ciąży bohaterki). Mimo takiego zewnętrznego uporządkowania na części i rozdziały, we wnętrzu rozdziałów bywa chaotycznie.

Co wydało mi się ciekawe to fakt, że zazwyczaj w kontekście międzypokoleniowej traumy sięga się do wojny pierwszej lub drugiej, a tutaj najdawniejszy jasno określony punkt w przeszłości to rok 1952, więc wszystko dzieje się po wojnie i skupia na traumach ciężkiego życia codziennego (chociaż gdzieś jakieś wspomnienie o froncie było). 

Przechodząc do nieco bardziej oceniającej części tego tekstu - muszę napisać, że pierwszy rozdział, którego główną bohaterką jest Basia, zupełnie nie zachęcał do dalszej lektury. Odmalowany portret bohaterki nie jest zbyt sympatyczny, a na dodatek autorka używa bardzo twardego, ciężkiego języka, w niemalże każdym miejscu, gdzie można byłoby użyć zupełnie neutralnego wyrazu, decyduje się na jakiś ciężki, niemalże obarczony negatywnymi konotacjami synonim. Kolejne rozdziały nie są już takie, chociaż autorka nie stroni od naturalistycznych, odnoszących się bardzo blisko do odczuć zmysłowych opisów. Przy czym to, że rozdziały Basi są pod wieloma względami najsłabsze - mimo pewnych zastosowalnych w nich ciekawych zabiegów - pozostaje prawdą do końca książki. 

Druga rzecz jest niestety taka, że około połowy Matczyzna zaczęła mnie zwyczajnie nudzić. Nawet nie chodziło o to, że przestały mnie interesować losy bohaterek, a bardziej o to, że było wiadomo do jakiego punktu ich losy prowadziły i przestało mi się wydawać, że ta lektura możne przynieść ani im, ani mi jakiegoś rodzaju katharsis. Za to coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że - nie wiem, czy zamierzonym - to tak naprawdę opowieść o jednak bardzo indywidualnych bohaterkach i chociaż przedstawionych w kontekście rodziny i pokazanych (przynajmniej w niektórych momentach) jako bardzo jej oddanych, to jednak ostatecznie trochę tak, że każdy sobie rzepkę. Albo po prostu, że każdy człowiek nosi w sobie swoją własną historię - przy czym jej poznanie niekoniecznie musi oznaczać zrozumienie, jeśli popatrzy się na daną osobę ze swojej własnej perspektywy, czy przez pryzmat tego, jak ona się do kogoś odnosi. A wracając do relacji z czytania - ostatnie około 50 stron bardziej męczyłam, niż czytałam. Nie wspominałam wyżej, ale Matczyzna ma 310 stron. 

Jest takie popularne w internecie słowo sonder - z tego, co sprawdziłam to angielski neologizm (więcej o nim tutaj  - które oznacza (nagłe) uświadomienie sobie, że ludzie dookoła prowadzą równie skomplikowane życie i mają swoją historię, jak osoba obserwująca. I trochę miałam wrażenie, że ta książka była częściowo eksploracją tego tematu. Bo widzimy bohaterki oczami innych bohaterek, ale my znamy ich historie, a one nawzajem o swojej przeszłości (ale też o swoim własnym dzieciństwie) nie wiedzą. Ba, niekiedy nawet wiedząc, jak bohaterki znalazły się w danych miejscach, trudno rozpoznać w nich postacie, z których perspektywy wcześniej poznawaliśmy. Bohaterki są dla siebie nawzajem osobami bez historii, bo z tego, co możemy dowiedzieć się z kart książki - prawie ze sobą nie rozmawiają, nie są dla siebie w ten sposób dostępne. 

Wspominałam na początku, że ta książka wywołała pewne poruszenie wśród osób zainteresowanych Kurpiami i sądziłam, że będą one odgrywały w książce większą rolę, ale jest ich zaskakująco - aby nie napisać rozczarowująco - mało.  

Myślę, że jeśli opis was zachęca i lubicie tego typu książki i taką kobiecą i wielopokoleniową tematykę, to warto po Matczyznę sięgnąć, ale jeśli wiecie, że to nie jest wasz gatunek i temat, to nie byłabym pewna, że to dobra propozycja, aby się przekonać i zmienić zdanie.  

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 

poniedziałek, 13 lipca 2026

Czego można oczekiwać - Minionki i straszydła

 Hello!

Miałam taką teorię - opartą na obserwacji sprzedaży biletów w kinie w moim mieście - że Minionki i straszydła sprzedają się lepiej niż Toy Story 5, bo nie mają w tytule liczby sugerujące, że trzeba przed seansem zobaczyć 4 inne filmy, aby zobaczyć kolejną część. Co nie do końca się przekłada na rzeczywistość, chociaż z tego, co udało mi się sprawdzić, to w pierwszym tygodniu wyświetlania filmów Minionki zobaczyło w Polsce o 100 tysięcy osób więcej, niż Toy Story 5, które jednak ogólnie i na świecie radzi sobie lepiej niż Minionki. Mnie samą Toy Story przestało interesować po 3 odsłonie cyklu i dwóch kolejnych już nie widziałam i nawet nie planuję. Przy czym czwartego filmu z serii Jak ukraść Księżyc też nie widziałam... ani filmu Minionki: Wejście Gru. Co w zasadzie tylko potwierdza, że na Minionki i straszydła można pójść nie wiedząc zupełnie nic o poprzednikach (chociaż mam wrażenie, że trudno w dzisiejszych czasach nic nie wiedzieć o Minionkach).

Ale o czym jest ten nowy Minionkowy film? Minionki tułają się po świecie - mitologicznym i legendarnym - szukając nowego szefa. Idzie im to lepiej lub gorzej, aż w końcu nieco przypadkiem trafiają do Hollywood około roku 1927, gdzie robią zaskakującą i zawrotną karierę. Dopóki w filmach nie pojawił się dźwięk. Wszyscy wiemy, jak Minionki mówią, więc filmy dźwiękowe pogrążają ich karierę. Do czasu. Aż James (to nasz utalentowany artystycznie Minionek-reżyser) nie wpada na pomysł, aby zrobić film... Minionki i straszydła. Potrzebuje tylko straszydła, najlepiej więcej niż jednego. W tym pomaga mu Ed, który zabrał księgę czarów od jednego z ich poprzednich szefów, oraz Henry - najlepszy przyjaciel Jamesa. Pierwsze, co przywołują, nie wydaje się potworne, ale potem ściągają na siebie prawdziwe koszmary. W tym samym czasie reszta tego plemienia Minionków szuka nowego szefa i znajduje go w... kosmicie imieniem Dort. 

Może zacznę od kilku prostych punktów: samo dotarcie Minionków do Hollywood zajmuje jakieś pół godziny, później ich "kariera" pokazana jest dość szybko, Minionki spotykają na swojej drodze zasadniczo 3 (chociaż w sumie 2) straszydła do czasu, aż na ekranie pojawia się największe straszydło. A James w zasadzie bardzo niewiele tego swojego filmu, w pewnym sensie, robi. Nie miałam wielkich założeń ani wymagań wobec tego filmu, ale jednak spodziewałam się większej liczby potworów. I trochę tego, że będą odrobinę straszniejsze. Bo można się przyczepić, że to taki film niby dla dzieci, ale nie dla dzieci - i to nie tylko ze względu na założenie, że Minionki z naturą służą największemu złolowi czy to, że humor momentami bywa frywolny, ale także dlatego, że nawet dla dorosłego widza (a dla widza poza USA w ogóle chyba więcej) wiele z intertekstualności tej animacji będzie nie do wyłapania. I z jednej strony nie musi być, ale z drugiej nawiązań do starego kina i ogólnych realiów tamtego czasu, ba! nawiązań do literatury jest w tym filmie ogromnie dużo. I niewyłapanie tego nie zepsuje seansu, ale wyłapanie na pewno doda do doświadczenia. Na przykład potwory nawiązują do Cthulhu i mają imiona po H.P. Lovecrafcie. Ogólnie jednak to wciąż film o Minionkach i chyba jego najlepszą sceną jest ostatecznie ta, gdy kierują pociągiem. Albo Shinkansenem - bo chociaż język Minionków jest specyficzny, co nie znaczy, że niezrozumiały i oprócz licznych słów z włoskiego, które można w nim usłyszeć, to w tym filmie bardzo rzuciły mi się w uszy dwa inne - właśnie Shinkansen (co jest bardzo, bardzo zabawne, bo film niby toczy się w latach 20 XX wieku) oraz kawaii. Przyznam, że wsłuchiwanie się w to, co mówią Minionki, aby usłyszeć jakieś znane słowa, było jedną z zabawniejszych rzeczy podczas seansu.

Minionki składające hołd kinu i robieniu filmów, utalentowany James, który podąża za swoimi marzeniami i ma prawdziwych przyjaciół, którzy go wspierają w tej drodze, oraz resztę Minionków, która ostatecznie też przyjdzie z pomocą, zaskakujący wątek robota - to jest film o Minionkach, który nie obraża inteligencji widza i jest w zasadzie wszystkim, czego można oczekiwać od filmu, którego głównymi bohaterami są te małe żółte stworki.  

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 

czwartek, 9 lipca 2026

Wszystkie k-popowe piosenki z ice cream w tytule

Hello!

Jak wspominałam, jestem zawalona pracą i gdyby nie to, że we wtorek wieczorem eM (eM poleca) napisała: „Wszystkie piosenki z ice cream w tytule w k-popie!”, to nie byłoby dziś wpisu. Hipoteza robocza była taka, że nie ma lata bez piosenki z lodami w tytule. Zobaczmy, ile takich utworów udało mi się znaleźć i ile z nich naprawdę zostało wypuszczonych w okresie letnim.

 


MC MONG
Ice Cream
2006

f(x)
Ice Cream
4.05.2010

Joo&Leeteuk 
Ice Cream
2011

Hyuna
Ice Cream
22.10.2012 

Red Velvet
Ice Cream Cake 
16.03.2015


Brown Eyed Girls
Time of the ice cream
5.11.2015

Junho
Ice Cream (japońska)
26.06.2017

TWICE
Ice Cream
20.02.2017

S2U
Ice Cream
5.01.2018

BBURECTOR
Ice Cream
28.06.2018

oceanfromtheblue
ice cream
20.07.2020

GUGUDAN/OGUOGU
ICE CHU
27.07.2020

BLACKPINK ft. Selena Gomez
Ice Cream
28.08.2020

 

Red Mint
Ice Cream
21.03.2021

NTX
Choco Ice Cream
30.03.2021

TXT
Ice Cream
30.05.2021

Hyunjin
ice.cream
12.08.2022

Lee Seohyun
Ice Cream
4.08.2023

TFN
ICE CREAM
17.08.2023

Jeon Somi
Ice Cream
2.08.2024

Yuna
Ice Cream
26.03.2026


 

Secret
Ice Cream
18.06.2026

Yeonjun
Ice Cream
10.07.2026 (a ta nawet jeszcze się nie ukazała!)

Udało mi się znaleźć 23 piosenki i był to chyba jeden z najszybszych researchów, które przeprowadziłam. Co może oznaczać, że ominęłam niepromowane utwory, ale wciąć nie wszystkie piosenki to główne/promowane single, ale wiele z nich takimi było. Teraz sprawdzamy hipotezę. Za miesiące wakacyjne uznajemy czerwiec, lipiec i sierpień. Mamy więc 11 letnich piosenek z Ice Cream w tytule. Przy czym nie udało mi się zweryfikować dat wypuszczenia dwóch utworów z listy. Wygląda na to, że zaskakująco rok 2025 cierpiał na brak lodowej piosenki, ale w tym będziemy mieć/mamy, gdy ten wpis się ukazuje już trzecią. Kolejna wyraźna dziura to rok 2019 i 2016. W roku 2021 były piosenki z ice cream w tytule, ale żadna z nich nie ukazała się latem. Przy czym należy zauważyć to, że nawet jeśli piosenka ma ice cream w tytule i nawet jeśli została wydana w miesiące wakacyjne to niekoniecznie musi być letnia i w ogóle mieć coś wspólnego z lodami. Ale to nie czas i miejsce na taką analizę, to tylko lista!

Jeśli wiecie o innych piosenkach z lodami w tytule, koniecznie dajcie mi znać, będę uzupełniała listę!  

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 



środa, 1 lipca 2026

K-pop 2026 - czerwiec

 Hello!

 Kilka słów o kilku czerwcowych comebackach!

 

SHINee - Atmos

Widziałam, że internet podzielił się na dwie drużyny: Atmos nie brzmi jak piosenka Shinee oraz Atmos jest jak View. I ja zdecydowanie zaliczam się do drugiej grupy - już po 20 sekundach pomyślałam sobie, że Atmos to egzotyczny kuzyn View. W znaczeniu, że jest bardziej intensywne. Przy czym nie napiszę, że przy pierwszym przesłuchaniu bardzo mi się Atmos podobało, bo nie byłaby to prawda. 

Podoba mi się teledysk, ale musiałam obejrzeć go 3 razy, aby do końca załapać koncepcję i okazał się bardzo wzruszający. 

Pozostałe piosenki z albumu także mi się podobają, ze Still Raining na czele. 

FIFTY FIFTY

Like a Bubble, czyli główny singiel, wcale mi się nie podoba, ale Spotify odtworzyło mi kolejne piosenki z płyty Imperfect-I'mperfect zespołu, gdy czytałam książkę, i to są naprawdę porządne interesujące utwory, o zdecydowanie mocniejszych (ale nie w znaczeniu, że rockowych) brzmieniach. Like a Bubble wydaje się wręcz koncepcyjnym błędem na tej płycie w zestawieniu z pozostałymi utworami. Więc nie dajcie się zniechęcić singlowi i posłuchajcie reszty piosenek, bo naprawdę warto.

MEOVV - DDI RO RI

O WOW. To trzeba usłyszeć i zobaczyć, bo DDI RO RI to jest jest prawdziwe zjawisko. Podobnie zresztą jak Hit' Em. Ale mi najbardziej podoba się Revenge - szkoda, że nie dostaliśmy żadnego wykonania tej piosenki.

dodree - HAWWAH

Jest mi bardzo smutno, bo niewiele - prawie żaden - zespół od kilku lat nie robi porządnych konceptualnych comebacków, ale dodree przybyło uratować kpop, poprzez połączenie go z bardziej tradycyjną muzyką i dziewczyny zdecydowanie są jednym z najciekawszych muzycznych aktów w Korei. Ich dwie pierwsze piosenki bardzo mi się podobały, a teraz pojawiły się kolejne 3 i też są bardzo dobre. Jedyna uwaga - można sobie było darować AI w teledysku.

RIIZE - Do your dance

To przyjemna, wesoła, letnia piosenka, ale najciekawsze jest w niej to, że head, hips, shoulders, toes jest w niej po angielsku, bo istnieje milion piosenek, w których nazwy tych części ciała są śpiewane po koreańsku (pierwsze do głowy przychodzi mi H.S.K.T. Lee Hi, chociaż tam mamy knee zamiast shoulders), a już szczególnie koreańska wersja od stóp do głów zaliczana jest do najbardziej nadużywanych słów piosenek w k-popie. 

A z minialbumu najbardziej podoba mi się Overdrive. 

PS Pamiętam o AI/wirtualnych idolach i w lipcu będę miała więcej czasu, więc na pewno w końcu o nich napiszę! 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 

sobota, 27 czerwca 2026

O nowym wydaniu „Atlasu chmur”

 Hello!

 Atlas chmur jest jedną z moich ulubionych, a w zasadzie jest moją ulubioną książką. Dowiedziałam się o jej istnieniu oczywiście przy okazji ekranizacji z 2012 roku, chociaż jeszcze wtedy ani książki nie przeczytałam, ani filmu nie widziałam - nastąpiło to dopiero w roku 2014. I tak, film obejrzałam jako pierwszy i bardzo, bardzo mi się podobał, chociaż doskonale pamiętam, że w kinach nie został ciepło przyjęty. Wspominałam i o filmie, i o książce na blogu, ale nie były to długie wpisy, a zdecydowanie warto poświęcić - szczególnie książce - więcej miejsca. Ale nie będzie to recenzja, chciałabym napisać kilka słów o nowym (i poprzednich wydaniach) oraz pewną anegdotę. 

Przypuszczam, że jeżeli kojarzycie jakieś wydanie książkowe Atlasu chmur, to jest to wersja z filmową okładką - i to jest jedna wersja, którą sama widziałam na oczy. Ale według Lubimy Czytać w roku 2012 ukazało się także wydanie z inną okładką, jej nigdy i nigdzie nie widziałam. Bo w ogóle Atlas chmur był książką, którą było bardzo trudno dostać, już w 2014 roku nie było mowy o jej kupnie, a nawet w bibliotekach było trudno. W Ostrołęce są co prawda trzy egzemplarze (i nawet chciałam jeden teraz wypożyczyć do zestawienia - wszystkie trzy są niedostępne, a jeden jest przetrzymany od roku 2020), ale jest to swojego rodzaju ewenement. Na przykład ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu nie było jej (i wciąż nie ma!) w Bibliotece Uniwersytetu Gdańskiego i kilku innych gdańskich bibliotekach. A wiem o tym, bo potrzebowałam jej do mojej pracy licencjackiej i musiałam przywozić ją do Gdańska z domu. 

A dlatego potrzebowałam Atlasu chmur w pracy licencjackiej, której tytuł brzmiał: Sposoby zapisu koreańskich nazw własnych (miejscowych i osobowych) w książkach wydawanych w języku polskim? Bo jedna z opisywanych w niej historii dzieje się w pewnej wersji przyszłości w Korei i nie mogłam przepuścić okazji, aby o niej wspomnieć. 

I z tym wiąże się moja minianedgota. Otóż bohaterką tej części jest fabryktanta.  A ponieważ Atlas chmur - chociaż powinien być znaną powszechnie książką, z jakiegoś powodu wydaje mi się bardzo niszowy i niewiele osób kojarzy, o czym jest (bo sam tytuł wydaje się mniej więcej rozpoznawalny) - zarówno gdy pisałam licencjat, jak i później wykorzystywałam ten przykład w kolejnych pracach naukowych za każdym razem, czy to promotor, czy to recenzenci kazali mi tłumaczyć, czym jest fabrykanta. Co z jednej strony rozumiem, ale z drugiej - bardzo to rozbijało przedstawienie tego, co naprawdę ważne, czyli sposobów zapisu i ogólnie bardzo mnie irytowało.

Atlas chmur całkiem niedawno okrzyknięty został Best Book of This Century (Najlepszą książką XXI wieku) na Goodreads. Książka swoją premierę miała w roku 2004, a pierwsze polskie wydanie ukazało się już dwa lata później w 2006 w wydawnictwie Bellona. Kolejne wydania to już Wydawnictwo Mag (dwa w 2012 i to z 2026). Jako tłumaczka wszystkich podpisana jest Justyna Gardzińska. Wynika z tego, że książka świętuje właśnie dwadzieścia lat na polskim rynku i to ładne wydanie w różowej okładce, to wydanie jubileuszowe.

Ale czy aby na pewno różowej? Otóż nie! Dowiedziałam się tego już po zakupie - którego musiałam dokonać online, bo w żadnej księgarni w Ostrołęce ta książka nie była dostępna stacjonarnie, a wręcz jeden księgarz bardzo się ze mną kłócił, że nie ma żadnego nowego wydania i czego ja oczekuję, że kupię książkę z 2012, a w ogóle to niemożliwe, że to nowe wydanie, to musi być dodruk - to może być nawet i wznowienie; i jak sprawdziłam każda z trzech książek ma inny ISBN - ale zanim książka do mnie trafiła i nie widziałam w internecie ani jednego zdjęcia okładki pod obwolutą. Więc bardzo, bardzo się zdziwiłam, gdy ją zdjęłam, bo okładka jest czarna z błyszczącymi niebiesko-turkusowymi tłoczeniami. Ma też barwione brzegi, które pasują do obwoluty, i jest chyba pierwszą książką z takimi dekoracjami w mojej kolekcji. 

W porównaniu z wydaniami z 2012 roku tej przybyło 100 (!) stron. Ma 640, tamte mają po 544 (i z tego co pamiętam miały też niższą wysokość). Bardzo się zastanawiam, jak te poprzednie wydania się zmieściły, bo nie jest tak, że ta książka jest napompowana, a wręcz, może nie to, że mogłaby mieć więcej stron, bo chyba ta liczba jest w porządku, natomiast mogłaby być grubsza, bo wydrukowana jest  na dość cienkim papierze i jeśli komuś przeszkadza prześwitywanie kolejnych stron, to będzie miał problem. Ach, książka ma też wstążeczkę-zakładkę.

Mam nadzieję, że Atlas chmur przy okazji tego wydania stanie się bardziej rozpoznawalny!

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M