wtorek, 9 grudnia 2025

Książki influencerów 2025 - Poradniki

 Hello!

Dzisiaj zaglądamy w strefę poradników i tego, czego możemy nauczyć się i dowiedzieć od influencerów!

Sensus 

Kto? Weronika Jackowska 
Co? Dziecko w świecie trudnych emocji. Jak pomóc mu radzić sobie ze złością, strachem i smutkiem 
Skąd? Dzieckoupsychologa 

Kto? Paulina Pawłowska 
Co? Jak porozumieć się z nastolatkiem. 10 rzeczy, które powinien wiedzieć każdy rodzic 
Skąd? psychologiczna_pl 

Kto? Dominika Czajka 
Co? W harmonii z cyklem. Kompletny przewodnik po miesiączce i zdrowiu kobiety 
Skąd? Hormonalna_przestrzen 

Grupa Wydawnicza Relacja 

Kto? Sylwia Lelito-Zawiślak 
Co? Polski minimalizm. Sprzątamy swoją przestrzeń metodą 22 kategorie przez 12 miesięcy 
Skąd? blog polskiminimalizm.pl 

Znak 

Kto? Dawid Oleszko 
Co? Roślinne historie 
Skąd? Roślinne historie 

Znak Horyzont 

Kto? Anna Skorupska 
Co? Niech się zieleni. Praktyczny przewodnik pielęgnacji roślin domowych 
Skąd? Make Your Life Greener 

Znak Koncept 

Kto? Natalia Ziopaja 
Co? Relacyjność. Jak sprawić, by więzi z tym, co w nas i wokół nas, wspierały szczęśliwe życie 
Skąd? @psychologiczne_ciekawosci 

Wydawnictwo Luna  

Kto? Agnieszka Skowerska 
Co? Zioła mają moc 
Skąd? Ziołowa Królowa 

Pascal 

Kto? Patrycja Jaskot 
Co? Wybierz siebie. Zrozum swoją historię, uwolnij się od przeszłości i stwórz świadome życie, które pokochasz 
Skąd? trvelover.pl 

Kto? Magdalena Daniłość 
Co? Ucieczkizm. Co zrobić, żeby lęk nie był przeszkodą do działania 
Skąd? Bój się i rób 

Kto? Anna Zapolska 
Co? Jak zadbać o siebie i rodzinę w czasie kryzysu lub wojny 
Skąd? Miejski Survival Matki Polki 

Kto? Maciej Piskosz
Co? Szkoła sztuczek. 100 sztuczek magicznych, którymi zadziwisz wszystkich!
Skąd? @poka_sztuczke

MUZA 

Kto? Natalia Gondek 
Co? Hormony bez tabu. Nowe podejście do zdrowia kobiet oparte na medycynie stylu życia 
Skąd? @naturaliia_ 

Kto? Dagmara Chmurzyńska-Rutkowska 
Co? Mama pediatra radzi. Kompendium wiedzy na temat chorób twojego dziecka 
Skąd? Mama Pediatra 

Feeria 

Kto? Rokasana Środa 
Co? Jelita są ważne 
Skąd? @roksana_sroda 

Publicat 

Kto? Anna Reguła, Zuzanna Woźniak 
Co? Może to anemia? Niska ferrytyna, niedobory żelaza – wszystko, co warto wiedzieć 
Skąd? Odpowiednio: @niekoniecznie_dietetycznie oraz zuzannawozniak_dietetyk 

Poczekalnia 

Kto? Siostra Bożenna 
Co? Prawo na dyżurze. Poradnik dla Pielęgniarek 
Skąd? Siostra Bożenna 

Wydawnictwo WAM

Kto? Emily Rand-Przykaz
Co? Wystarczalizm. Jak uporządkować mieszkanie, głowę i ducha
Skąd? Uwalniam od nadmiaru 

Altenberg 

Kto? Paulina Mikuła
Co? Prosty poradnik językowy
Skąd? Mówiąc Inaczej

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki! Na bookarcie prowadzę coś w rodzaju kalendarza adwentowego z książkami influ - codziennie pojawia się jedna plansza. Ponadto blog oraz instagram są nominowane w plebiscycie Opowiem ci - serdecznie zachęcam do głosowania.

Trzymajcie się, M

 

piątek, 5 grudnia 2025

Książki influencerów 2025 - Kulinaria

 Hello!

Kolejna porcja książek napisanych przez influencerów w 2025 roku - tym razem książki kucharskie i związane z gotowaniem. Może mi się wydaje, ale w tym roku znalazłam ich zaskakująco niewiele.


Wydawnictwo Yuki 

Co? Zrozumieć ramen
Kto? Wojciech Grabowski  
Skąd? topgar 

Pascal 

Co? Domowo zdrowo. Zdrowe jedzenie nie musi być ani trudne, ani nudne. Może być proste i smaczne! 
Kto? Sylwia Zając 
Skąd? @zesmakiemnaty 
 
Co? Umami. Jak smakuje Japonia. Poznaj smaki japońskich miast, lokalne targi i knajpki, mistrzów kuchni i specjalne przepisy. Wszystko o japońskiej gastronomii  
Kto? Tomasz Cegielski 
Skąd? @tomchan_eats 

Co? 100 pomysłów na prosty obiad 
Kto? Anna Lekka 
Skąd? ania.lekka 

Marginesy 

Co? Kluski
Kto? Paulina Nawrocka-Olejniczak  
Skąd? Podcast Zabawy jedzeniem 

Co? Grecja dla zielonych 
Kto? Alicja Rokicka 
Skąd? Wegan Nerd 

Purple Book 


Co? Kuchnia dla zielonych
Kto? Paweł Płaczek  
Skąd? takemycake.eu 

Harde 

Co? Przybyłam, ugotowałam, zjadłam. Kulinarna podróż dookoła świata
Kto? Karolina Freier  
Skąd? Delicjosa / recepta_na_podróż 

Co? Odporność. Zdrowie zaczyna się na talerzu 
Kto? Angelika Szymańska 
Skąd? @gini.gina 

Znak Horyzont 
 
Co? Na dobry początek. Roślinne śniadania pełne smaku 
Kto? Magdalena Jutrzenka
Skąd? @lekarkanaroslinach 

Co? Air fryer lub blaszka. 100 przepisów w formie
Kto? Malwina Bareła  
Skąd? Filozofia smaku 

Publicat 

Co? Grzyby. Pełnia smaku. 70 przepisów
Kto? Ida Kulawik, Katarzyna Cichoń  
Skąd? Veganbanda.pl (Ida)  

NEWHOMERS

Co? Planeta ziemniak
Kto? Dominika „Stewunia” Olejnik 
Skąd? Stewunia 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki! Na bookarcie prowadzę coś w rodzaju kalendarza adwentowego z książkami influ - codziennie pojawia się jedna plansza. W zeszłym roku IG prawie zablokowało mi konto, gdy oznaczałam influ i wydawnictwa. Ponadto blog oraz instagram są nominowane w plebiscycie Opowiem ci - serdecznie zachęcam do głosowania.

Trzymajcie się, M

 

poniedziałek, 1 grudnia 2025

Książki influencerów 2025 – Podróże

 Hello!

Nadszedł ten czas, gdy zbieram książki wydane przez influencerów w danym roku. A dokładnie od grudnia roku poprzedniego. W kategorii „Podróże” znajdują się szeroko rozumiane książki o różnych krajach, zarówno Polsce, jak i innych.

 


Self-pub / Manufaktura Książek 

Kto? Karol Werner 
Co? Rower to jest Świat 
Skąd? Kołem się toczy 

Wydawnictwo Poznańskie 

Kto? Lena Khalid 
Co? Córki chmur. O kobietach z Sahary Zachodniej 
Skąd? polkanapustyni 

Kto? Marta Dziok-Kaczyńska 
Co? Anglia. Czas na herbatę 
Skąd? Riennahera 

Pascal 

Kto? Magdalena Osiejewicz 
Co? RPA. Bajka dla wybranych 
Skąd? @magda_w_rpa 

Kto? Kamila Kowalewska 
Co? Wyspy Zielonego Przylądka. Archipelag żółwi, morabezy i Cesárii Évory 
Skąd? Kami na Cabo 

Kto? Marta Knasiecka 
Co? Oman. W deszczu na pustyni 
Skąd? Specjalistka od wakacji 

Kto? Aneta Zarańska, Paweł Szozda 
Co? (przewodnik) Sri Lanka  
Skąd? Odpowiednio: Sri Lanka Travel oraz Sri Lanka Polonia 

Kto? Katarzyna Monczyn 
Co? (przewodnik) Japonia 
Skąd? Japonia od kuchni 

Kto? Alica Cieloch 
Co? Polska rowerem. Najlepsze trasy na krótsze i dłuższe wyprawy 
Skąd? shetravels.pl 

Kto? Łukasz Dziedzina 
Co? Motocyklowe wyprawy. Opowieść o wolności, drodze i ludziach, których spotyka się przypadkiem 
Skąd? Zulak MotoAdv 

Kto? Krystyna Mrugalska 
Co? Albania. Tam, gdzie morze jest bardziej niebieskie, a życie płynie w rytmie avash-avash 
Skąd? Krysia w Albanii  

Kto? Aleksandra Rakowicz 
Co? Nowy Jork. Za kulisami stolicy świata 
Skąd? Polka w Ameryce 

Kto? Paulina Walczak-Matla 
Co? Pola i Franek odkrywają świat. Japonia, czyli kraj, w którym jelonki chodzą po ulicach 
Skąd? @rodzinawswiat 

Kto? Ewa Białas-Bomba 
Co? Korea Południowa. Ojczyzna k-popu, w której tradycja przeplata się z technologią 
Skąd? @Ewa.Kshock 

Kto? Magdalena, Niemiec-Gieroń, Mateusz Gieroń 
Co? Dania. Kraj wikingów, hygge i wiatru w 18 dni 
Skąd? Plan na Wypad 

Kto? Olga Dyrda 
Co? Szwajcaria na cztery sezony. Opowieści o serach, krowach celebrytkach i pociągach na czas 
Skąd? Szwajcaria z dziećmi 

Kto? Ignacio Mateja Cabello
Co?  Mój dom, Hiszpania. A może pomieszkać w Hiszpanii? 
Skąd? @hiszpan_uczy 

Kto? Weronika Szabelewska 
Co?  Filmowo-serialowy przewodnik po Europie. 100 wycieczek śladami ulubionych bohaterów
Skąd? Travelerka.pl 

Bezdroża 

Kto? Daniel Sienkiewicz, Aleksandra Szczepańska 
Co? Polska na rowerze. 60 wycieczek jednodniowych dla każdego 
Skąd? Loverowi 

Kto? Maria Renaud 
Co? Korsyka. Tygiel tożsamości 
Skąd? francuskinotesik 

Kto? Agnieszka Grudziąż 
Co? Zakochaj się w Chorwacji! Najpiękniejsze miejsca i ukryte skarby 
Skąd? @cromaniapl / HelloCroatia.pl 

Wydawnictwo LUNA 

Kto? Natalia Rosiak 
Co? Wyspy wokół Sycylii. Kraina wiatru i wulkanów 
Skąd? Italia by Natalia 

Znak Literanova 

Kto? Piotr Sochoń, Weronika Truszczyńska, Nadia Urban 
Co? Chiny jednego dziecka 
Skąd? Mao Powiedziane  

Następne w kolejności są książki związane z gotowaniem. 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

 

czwartek, 27 listopada 2025

K-pop 2025 - listopad

 Hello!

Przez cały listopad, do momentu zabierania się za pisanie tego wpisu, przesłuchałam może 6 piosenek i o większości nawet nie miałam ochoty pisać, więc nieco podobnie, jak w poprzednim miesiącu w zasadzie jest to bardziej szybki przegląd wszystkiego na raz. Ale też faktem jest, że w tym miesiącu żadna duża grupa, która mnie interesuje, nie wydawała nic nowego. 


Miyeon

Czekałam, aby napisać o nowy wydaniu Miyeon, aż ukaże się główny singiel, ale Reno podoba mi się dużo, dużo bardziej niż Say My Name. Jestem wręcz bardzo zaskoczona, że to nie Reno jest głównym singlem, bo to ciekawsza piosenka, ma bardziej interesujący koncept i na pierwszy rzut oka w teledysk także włożono o wiele więcej pracy i pomysłowości. Przy czym Say My Name to ładna piosenka tyle, że nieszczególnie specjalna. 

Ale musiałam wrócić do tego wpisu, bo zauważyłam, że Say My Name jednak zapada w pamięć, bo złapałam się na nuceniu tej piosenki podczas spaceru. 

Tunel Vision ITZY zrobiło na mnie zero wrażenia, chociaż początkowo miałam trochę nadziei dla tej piosenki. Ale chyba i ogólnie to wydanie przeszło zupełnie bez echa. Cynical Sunmi jest za to pomysłowe i nawet jeśli piosence brakuje trochę treści, to nadrabia walorami scenicznymi i choreografią. Napisałam, że żadna grupa, która mnie interesuje nie wydała nic nowego, ale przecież pojawiła się nowa piosenka RIIZE. Tyle że nie jestem do końca przekonana czy mi się podoba (ma tytuł Fame). Nie wiem, czy z braku laku, czy z jakiejś innej przyczyny, której sama do końca nie rozumiem, ale całkiem spodobała mi się nowa piosenka ALLDAY PROJECT pod tytułem One more time, bo ma zapadający w pamięć refren (przy czym bardzo bym chciała, aby istniała wersja albo bez zwrotki Tarzzana, albo żeby bardzo, bardzo ją zmienić, bo nie mogę jej przeboleć). Nowa piosenka Cha Eun-woo (Saturday Preacher) to jest ten moment, gdy bardzo chciałabym lepiej znać się na gatunkach muzyki, ale widziałam gdzieś, że piosenka jest określana słowami retro, disco i funky - i bardzo się z tym zgadzam, bo przywołuje ona dokładnie takie skojarzenia. No i teledysk ma jakąś tam fabułę, za którą można podążać. Do It jest bardzo spoko, nic nadzwyczajnego, ale warto zauważyć, że to nieco łagodniejsza piosenka niż zazwyczaj w przypadku Stray Kids i powiedziałabym, że dzięki temu nawet bardziej wpadająca w ucho. Supermodel VVUP to jest pierwsza piosenka dziewczyn, którą jestem w stanie przesłuchać w całości. (A w ogóle okazało się, że byłam święcie przekonana, że VVUP i VVS to ta sama grupa i dopiero teraz odkryłam, że nie). Pisząc o zespołach, których nowe piosenki jakoś nie robią wielkiego szumu, trzeba wspomnieć o NCT DREAM. Mam wrażenie, że tak od dwóch lat nie mówi się o tej grupie tyle, co wcześniej. Ale może wynika to z tego, że na przykład Beat It Up to jak najbardziej poprawna, całkiem spoko piosenka z oczywistym konceptem, ale nie ma w niej nic nadzwyczajnego (a wręcz nawet ciekawego). UWAGA! Mam hit. Baby blue MONSTA X! Przyznaję, że ich dwie ostatnie piosenki, które dostały teledyski, mi się nie podobały i trochę bałam się włączać baby blue. Piosenka ma bardzo retro vibe i sprawdziłam, że to podobno gatunkowo synthpop (chociaż gdy przeczytałam, jakie inne kpopowe piosenki też są synthpopowe, to trochę zwątpiłam, ale może to dlatego że baby blue ma dość smutny klimat). Piosenka jest też po angielsku, a z tego, co pamiętam, większość anglojęzycznych Monsta X było naprawdę dobrych. Gdyby ktoś mi powiedział, że piosenka HomeRUN zespołu NOWZ była kiedyś piosenką Stray Kids, to bym mu uwierzyła. Od pierwszych wersów można wręcz powiedzieć, który członek SK śpiewałby którą partię. I na koniec piosenka, która mnie zaskoczyła, bo przyznaję też, że jakoś nie zwróciłam uwagi na debiut tego zespołu, bo ich nazwa mnie trochę pokonała, a mowa o Baby DONT Cry. Ale ich nowa piosenka I don't care naprawdę mi się podoba. Chyba dlatego, że ma trochę retro vibe, ale chyba bardziej - ponieważ nie jest taka mdła, jak ostatnio w zwyczaju mają girlsbandy.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

 

niedziela, 23 listopada 2025

Nie przeszkadza - Dom zła

Hello!

W ramach tegorocznej akcji Czytaj PL zdecydowałam się na wysłuchanie książki Dom zła, bo nie tylko autor pochodzi i mieszka w tym samym mieście co ja (i nawet byłam na spotkaniu autorskim), to jeszcze osadził akcję tej książki w Ostrołęce. I tak, gdy tylko zaczęłam słuchać audiobooka, dla klimatu poszłam sobie na spacer na ulicę, na której w książce doszło do zbrodni i początkowo przy słuchaniu dużą część moich myśli zajmowało robienie mapy miasta i zastanawianie się, czy w opisanym czasie bohater rzeczywiście mógł przemieścić się z jednego miejsca w inne. Odhaczałam sobie w głowie także inne rzeczy na temat miasta, które się mogły lub nie mogły zgadzać i mam wrażenie, że dla mieszkańców Ostrołęki to dodatkowa warstwa rozrywki. Ale przejdźmy już do zasadniczego tekstu - tylko ostrzegam, że rozpoczynam narzekaniem.

 


Tytuł: Dom zła
Autor: Jakub Rutka
Wydawnictwo: Znak JednymSłowem 

W opuszczonym domu przy Nowomiejskiej kryje się zło.
Kim był szaleniec, który w 1994 roku zamordował tam całą swoją rodzinę?
I dlaczego nikt nie słyszał o tej makabrycznej zbrodni sprzed lat?
Jacek Gadowski nigdy nie myślał, że z podcastera kryminalnego zamieni się w detektywa. Jeden telefon od tajemniczego słuchacza sprawia jednak, że radiowiec rozpoczyna własne śledztwo.
To, co początkowo wygląda jak marzenie fana true crime, szybko okazuje się śmiertelnym niebezpieczeństwem. Bo dokładnie trzydzieści lat po tragedii historia może się powtórzyć…
 

opis wydawnictwa

Nie będę ukrywała, że każda jedna wzmianka pod tytułem „było tylu i tylu widzów na lajfie” wzbudzała we mnie fale śmiechu. Miałam wrażenie, że pisanie o obserwatorach na Instagramie i Youtubie nie licuje z tematyką sprawy kryminalnej, ale z drugiej strony chociaż ja sama od podcastów true crime raczej trzymam się z daleka, to jednak wiem, że cyferki dla wszystkich influencerów czy twórców internetowych treści są ważne. Co nie zmienia faktu, że zapewne zupełnie niezamierzenie bawił mnie niesamowicie ten aspekt książki.

Drugą rzeczą, która im dalej słuchałam, tym bardziej mnie denerwowała, była kreacja głównego bohatera. Zachowywał się on, jakby nie miał życia poza sprawą, a za to miał klapki na oczach albo może lepiej - widzenie tunelowe. Górnolotne nazywanie go dziennikarzem także mnie irytowało, bo nie tylko wydawało się, że nie ma on pojęcia o etyce dziennikarskiej, ale także nawet miał problem z konwenansami i jakąś ludzką przyzwoitością w wielu momentach. I czasami się reflektował, a czasami przepraszały go osoby, które on powinien był prosić o wybaczenie za swoje głupie i nieodpowiednie zachowania. Może to trochę przesada, gdybym napisała, że główny bohater wyżej się wypróżnia niż jest to fizycznie możliwe, ale arogancji mu nie brakuje. Momentami naprawdę się zastanawiałam za kogo on się w ogóle uważa, że się tak zachowuje. 

Jednak najbardziej kulawą stroną Domu zła jest jego wątek romantyczny i nawet nie będę się w tym temacie rozpisywać - jest on po prostu skręcająco żenujący, żeby wprost nie napisać cringowy. Momentami interakcje bohaterów przyprawiały o wybuchy śmiechu (co dodatkowo nie jest zbyt dobre, gdy idzie się przez całe miasto, słuchając audiobooka). Może tylko dodam, że obiektem uczuć Jacka jest policjantka z wydziału patrolowego, tylko częściowo związana z dochodzeniem.

Ale pod względem kryminalnym i zagadki naprawdę mi się ta historia podobała, a w drugiej połowie miałam problemy, żeby zakończyć słuchanie, bo chciałam dosłuchać jeszcze kawałek i jeszcze kawałek. Także pod tym względem była to książka naprawdę wciągająca. Ten element narracji był budowany naprawdę sprawnie, kumulując kolejne informacje. Miałam wrażenie kuli śnieżnej w bardzo pozytywnym znaczeniu, która w odpowiednim momencie osiągnęła oczekiwaną wielkość i rozbiła się w możliwie lekko karykaturalno-sztampowym zakończeniu, ale nie było ono złe. Spodobało mi się także to, że ostatecznie nie ma tam nic paranormalnego. Muszę też nawiązać do opisu wydawnictwa, bo dość zaskakująco, gdy pierwszy raz je przeczytałam - już po wysłuchaniu książki - miałam wrażenie, że nie oddaje ono dobrze jej treści, ale gdy się nad tym zastanowiłam, to okazuje się, że po prostu zło jest z jednej strony o wiele bardziej banalne, ale z drugiej złożone i nieoczywiste i trzeba go szukać głębiej. A drugie pytanie jest ciekawsze niż się wydaje, bo książka daje na nie dość przewrotną odpowiedź, w dość zaskakującej formie. 

Aby to podsumować: fabuła kryminalna książki - całe śledztwo zarówno w wykonaniu Jacka, jak i policjantów (nie ma tego wiele i ich osiągnięcia są także niewielkie, ale są) - mi się podobała ALE nie polubiłam głównego bohatera, wątek romantyczny to jeden wielki cringe, każde wspomnienie o widzach na transmisji (1,5 tysiąca na TikToku i 2 tysiące nowych obserwujących na Instagramie po jednej z transmisji; mam wrażenie, że o jakaś matematyka influencera, ale ona coś nie matematykuje) powodowało u mnie niesamowite rozbawienie. I naprawdę niepolubienie bohatera nie przekreśla tej książki, a wręcz napiszę, idźcie i korzystajcie z CzytajPL, Dom zła dostępy jest zarówno w e-booku, jak i audiobooku i jako kryminał na jesień sprawdza się znakomicie (chociaż akcja dzieje się od połowy sierpnia). A audiobooka czyta autor!

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

 

środa, 19 listopada 2025

Nie ma okazji ich poznać - Fantastyczna 4: Pierwsze kroki

 Hello!

O tym, że planuję zobaczyć film Fantastyczna 4: Pierwsze kroki wspominałam w kinowych planach na ten rok - i oczywiście filmu w kinie nie zobaczyłam, ale dość szybko zauważyłam, że jest już dodany na Disney+ i włączyłam go sobie w listopadowy wieczór. 

Może najpierw kilka słów o mojej wcześniejszej styczności z F4. Po pierwsze to nie jest moja ulubiona grupa bohaterów, wolę X-Menów. Widziałam film z 2005 roku, ale niewiele z niego pamiętam, za to Narodziny Srebrnego Surfera zobaczyłam nawet w kinie (ramach szkolnego wyjścia) - i byłam trochę przerażona, bo był to czas, gdy kosmos i nadchodzący z niego koniec świata był dla mnie najstraszniejszym konceptem i z samego seansu też nic nie pamiętam. Filmu z 2015 roku nie widziałam wcale i zupełnie nie byłam nim zainteresowana.

Trochę spoilerów! 

Fantastyczna 4: Pierwsze kroki to całkiem sympatyczny film, kojarzący się z Jetsonami. Ale też w tym filmie niemalże wszystko wydaje się takie łatwe, w działaniach bohaterów nie czuć żadnej pilności, jak już zaczną coś robić, to w zasadzie wszystko im wychodzi (chyba że akurat zostało za dużo czasu do końca filmu i coś musi się popsuć), przechodzą od zera pomysłów do koncepcji teleportacji planety w jakieś 6 minut i próbują to realizować, współpracując z całym światem, choć poza spotkaniami czegoś, co chyba ma być ichniejszą wersją ONZ, nie widzimy żadnego przedstawiciela jakiegokolwiek kraju, z którym nasi bohaterowie by rozmawiali. Ba, nie ma nawet jakiegoś prezydenta USA czy kogokolwiek takiego - chyba że oni jako pierwsza rodzina mają zwierzchnictwo nad wszystkim w Stanach. Pod tym względem film jest wręcz boleśnie kameralny. I on się nawet nie ogranicza do jednego miasta - ogranicza się do wieży Fanatycznych i jednej przecznicy. Tam w zasadzie nie ma drugiego i trzeciego planu - są główni bohaterowie, główni przeciwnicy i dwie, może trzy, postaci epizodyczne. 

Co do Galaktusa - wydał mi się on strasznie naciągany i już Celestiale w Eternalsach były ciekawszym i straszniejszym konceptem. Co do Srebrnej Surferki to akurat jej postać wydaje się najlepiej poprowadzona: dostajemy środek, początek i koniec pewnej drogi i prostą, ale efektywną opowieść o bohaterce, która z sobie znanych powodów i motywacji, podjęła takie, a nie inne decyzje. I najlepszą sekwencją w całym filmie jest ta, gdy główni bohaterowie przed Srebrną Surferką uciekają. 

Franklin, czyli dziecko państwa Fantastycznych, czasami wygląda normalnie i grała go mała aktorka Ada Scott, a czasami wygląda jak tylko troszkę lepsze CGI niż Renesmee w Przed świtem, co bywało momentami bardzo rozpraszające. Podobnie porozciągany Reed momentami wyglądał (raczej niezamierzenie) śmiesznie. Z innych rzeczy, które trochę mnie powaliły - bohaterowie startują swoją rakietą praktycznie ze środka miasta i być może została ona wymyślona tak, aby być bezpieczną, ale w naszym świecie odległość od takie rakiety powinna wynosić jakieś 3 kilometry*.

Zastanawiam się, czy powinnam się już przyzwyczaić, że fabuły filmów superbohaterskich są do bólu proste i czepianie się tego to narzekanie na oczywistości, czy jednak fakt, że gdy myślę o prostocie fabuły pokazanej w tym filmie, chce mi się zgrzytać zębami, to problem filmu a nie mój. Przy czym to nie jest tak, że ten film źle się ogląda, ba! nawet się na nim nie nudziłam, nie miałam ochoty siedzieć w telefonie i zasadniczo dobrze się na niego patrzy, nawet oglądając go na laptopie. A jednak fabuła na zasadzie: pojawia się zagrożenie, bohaterowie lecą rozmawiać z zagrożeniem, bohaterowie uciekają przed zagrożeniem - po drodze bohaterka rodzi dziecko, a rodzina to główny motyw tego filmu - nie pokonując go, ludzie oczekują, że zagrożenie zostanie zażegnane ofiarą bohaterów, bohaterka ma wyjaśniającą mowę, bohater zainspirowany wpada na pomysł, jak uniknąć zagrożenia, pomysł prawie wypala, ale jednak nie, zmiana planu (po drodze konflikt rodzinny, bo Pan Fantastyczny rozważa za i przeciw każdej opcji, cały czas i widzi najczarniejsze scenariusze, Sue o tym wie i wcale jej się to nie podoba; a ostatecznie trzeba pójść na swego rodzaju kompromis), side quest Ludzkiej Pochodni na temat Srebrnej Surferki przynosi owoce (tutaj plus dla Sue dla bycie zainteresowaną siostrą, bo zachodziła do niego i pytała, co porabia), zagrożenie zażegnane, a Franklin prawdopodobnie jest dość magiczny. Lub zmutowany. Lub kosmiczny. Jak kto woli. Plusy: jest spójnie i na dobrą sprawę to zamknięta opowieść, jest widoczny koncept wizualny, tak naprawdę nie ma czego w tym filmie zepsuć. Można tylko na przykład zapomnieć, że bohaterów jest 4, bo Ben Grimm łaskawie dostaje namiastkę wątku romantycznego i to w sumie tyle, ile można o nim powiedzieć w całym filmie. Przy czym to nie jest też tak, że dzięki większej liczbie minut na ekranie jakoś lepiej charakterologicznie poznajemy pozostałych bohaterów - bo to nieprawda. 

Jednym z najciekawszych, a prawie nieeksplorowanych w tym filmie aspektów życia głównych bohaterów jest to, jak bardzo są na świeczniku i nikt nie tylko nie próbuje tego kwestionować, co oni się wpisują w tę narrację i ją podtrzymują. Sądziłam, że Sue będzie trochę chroniła ciążę i nie będzie opowiadała o niej publicznie, ale dowiadujemy się, że społeczeństwo robiło zakłady, czy będzie to chłopiec czy dziewczynka i nikt przez sekundę nie pomyślał, że to nieodpowiednie. Gdy bohaterowie wychodzą z rakiety, towarzyszą im kamery i od razu odbywa się konferencja prasowa. W tym filmie jest to znormalizowane do tego stopnia, że oglądało mi się to naprawdę niekomfortowo. Za to społeczność w filmie czuło się bardzo komfortowo z żądaniem, aby bohaterowie oddali noworodka Galaktusowi, skoro tego zażądał za nieniszczenie Ziemi. Ale też fakt, że Reed szczerze powiedział ludziom, czego zażądał Galaktus wywołał we mnie reakcję pod hasłem „zamknij się”.

Ten film na pewno nie sprawił, że jakoś szczególnie polubiłam Fantastyczną Czwórkę, ale na dobrą sprawę nie ma w nim przestrzeni, aby ich polubić, bo nie ma nawet okazji ich dobrze poznać. Przy czym - jak pisałam - na ten film się naprawdę dobrze patrzy, nawet jeśli zna się i irytuje schematem filmów superbohaterskich. 

*Spędziłam dużo czasu, próbując ustalić jakąś konkretną liczbę, ale a) zależy to od wielkości rakiety, b) zaleceń instytucji ją wysyłających, c) rzeczywistego zagrożenia, d) możliwości utraty słuchu. Ale te 3 km wydały się i tak najbliższe. 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

sobota, 15 listopada 2025

Należy zebrać drużynę - The Witcher 4

 Hello!

Gdy zabierałam się za oglądanie 4 sezonu, uświadomiłam sobie, że prawie nic nie pamiętam z trzeciego. Recap leciał przed moimi oczami, a ja zastanawiałam się, czy nie powinnam wrócić i obejrzeć całość - na co i tak nie miałam ani czasu, ani ochoty. Cóż, nie zapowiadało to najlepszego seansu. Ale okazało się, że nie było tak najgorzej.

O sezonie pierwszym - The Witcher / Wiedźmin 
O sezonie drugim - Z braku laku - The Witcher 2
O sezonie trzecim - Nuda - Wiedźmin sezon 3

Może zacznę od tego, że w zasadzie zupełnie nie odczułam zmiany aktora grającego tytułowego bohatera i prawdę powiedziawszy, zupełnie nie widziałam jakichś szczególnie negatywnych głosów wobec Liama Hemswortha. Rzuca się to odrobinę w oczy, ale bardziej w kontekście ogólnej sylwetki bohatera niż jego twarzy. I im więcej się myśli o tej zmianie, tym bardziej się o niej pamięta - ale jeśli przyjmie się ją, jak jest - spokojnie można serial oglądać. 

A jak wygląda ten sezon?

Wiedźmin naprawdę zbiera drużynę, chociaż nie przed wyruszeniem w drogę, a po drodze i mają przygody.

Yennefer zbiera drużynę, ale pojedynczo i skłania ją, aby przybyła do jej centrum operacyjnego w zamku na klifie i strasznie dużo gadają, przygotowując się do wielkiej bitwy.

Ciri do drużyny dołącza i mają przygody.

I to jest dosłownie cały sezon. I to jest też mniej więcej kolejność, w jakiej obchodziły mnie poszczególne wątki, tylko bardziej akuratnie byłoby wiedźmin, długo nic i dopiero czarodziejka i Ciri. Z tego, co pamiętam z czytania książek moment, gdy Ciri była ze Szczurami też nie należał do moich ulubionych, za to bardzo lubiłam drużynę Geralta, więc tu jest podobnie. I nie przywołuję tu książek tylko dla porównania, ale dlatego że mogę z nich wielu rzeczy nie pamiętać, ale pamiętam, jak kończy większość bohaterów - i oczywiście brałam pod uwagę, że serial może to zmienić, ale oglądanie go z tą wiedzą, trochę ciąży, bo trudno się do nich przywiązać.

Ciąży też to, że ten sezon się totalnie urywa. Jedne wątki bardziej gwałtownie niż inne, ale bum! i Netflix poleca oglądanie filmu o Szczurach. Próbowano to jakoś zeszkatułkować czy oprawić narracyjnie w ramę z tego, jak Nimue słuchał opowieści o przygodach naszych głównych bohaterów, co z jednej strony ma sens książkowy, natomiast w serialu wydało mi się zabiegiem na siłę próbującym jakoś spiąć pierwszy i ostatni odcinek - a szczególnie usprawiedliwić fakt, że sezon tak się urywa. 

Postacią, której wątków nie pamiętam z książki, jest Yennefer, ale nie wydaje mi się, aby w materiale źródłowym była taka patetyczna. Triss po trzech sezonach wciąż jest jakąś przypadkową czarodziejką wśród innych czarodziejek i mogłaby mieć równie dobrze każde inne imię. Przejrzałam sobie moje recenzje poprzednich sezonów i moje odczucia wobec tego serialu są zaskakująco stałe - Geralt spoko, reszta nudna. Trzeci sezon nie podobał mi się bardzo, ten na pewno oglądało mi się lepiej, ale nie znalazłam w nim ani jednej emocjonalnej nuty czy sceny - a w każdym poprzednim jakaś była - i nie udało mi się jakoś szczególnie przywiązać do bohaterów (i to nie tylko Szczurów). Najbliżej wywołania jakiś emocji byli Milva i Cahir, ale to okruszynki. I to w sumie tyle, nie ma co się powtarzać. 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

 

wtorek, 11 listopada 2025

Koreańskie bingo - Korea Południowa. Ojczyzna k-popu, w której tradycja przeplata się z technologią

 Hello!

Zgodnie z zapowiedzią - sprawdzam, czy książka Korea Południowa. Ojczyzna k-popu, w której tradycja przeplata się z technologią zgarnia koreańskie bingo! W książce niemalże nie pojawiają się wzmianki o Korei Północnej - chyba ze dwie gdzieś w drugiej połowie, ale przez długi czas sądziłam, że autorka w końcu wcale nie wspomni o tym drugim kraju - więc cała część bingo, która jego dotyczy jest usunięta. Zostały część ogólna i południowokoreańska.


Tytuł: Korea Południowa. Ojczyzna k-popu, w której tradycja przeplata się z technologią
Autorka: Ewa Białas-Bomba
Wydawnictwo: Pascal


KOREA

Kimchi

„A kiedy jeszcze dorzucimy do tego dodatki w postaci (...) aromatycznego kimchi (...)” (s. 110).

Soju

„(...) pilnują, byśmy zawsze mieli czym przegryzać kolejne kieliszki soju (...)” (s. 128).

Hanbok

„Odbędziemy podróż w czasie, by spacerując po Seoulu w hanboku (...)” (s. 9).

Konfucjusz

„Świątynia Jongmyo (...) to najstarsza królewska świątynia konfucjańska na świecie!” (s. 37).

Hangul (hangeul) i Sejong Wielki

„Tak to ten od hangeula, bo właśnie tutaj w 1443 roku na zlecenie króla Sejonga (...) powstał koreański alfabet” (s. 28)

Hanok 

„(...) na tle koreańskiej wioski wypełnionej hanokami (...) – tradycyjnymi koreańskimi domami” (s. 39).

Nie pojawiają się: ondol, Kim, Park, Lee to najpopularniejsze nazwiska oraz historia o metalowych pałeczkach. Zdziwiłam się, że nie ma nic o ondolu, bo autorka sporo miejsca poświęca hanokom. Czyli mamy 6 na 9 punktów.


KOREA POŁUDNIOWA

Czebol

„(...) twórca Lotte – Shin Kyuk-ho – stojący za jednym z największych południowokoreańskich jaebeoli (...), czyli konglomeratów” (s. 89). 
 
Pali-pali

„W tym zabieganym społeczeństwie, charakteryzującym się kulturą palli-palli «szybko, szybko», niewiele jest chwil wytchnienia” (s.161).

Hallyu / Koreańska fala. Albo inaczej: spróbować napisać o hallyu i nie napisać o serialu "Winter Sonata" 

„Stały się jednym z kluczowych elementów hallyu, czyli koreańskiej fali” (s. 17). 

„(...) ikoniczna już k-drama Winter Sonata (...) to właśnie tej produkcji przypisuje się rozpowszechnienie koreańskiej fali na szeroką skalę” (s. 229).

Cud nad rzeką Han

„(...) czym jest «cud nad rzeką Han». To historia o tym, jak Korea Południowa dokonała największego w dziejach skoku gospodarczego” (s. 157). 

Samobójstwa

„Ma to zapewnić bezpieczeństwo w kraju, w którym współczynnik samobójstw jest jednym z najwyższych na świecie” (s. 326–327). 

Azjatycki kryzys 1997

„Wszystko zaczęło się w 1997 roku, kiedy wielki kryzys finansowy nawiedził Azję (...)” (s. 59).

Hagwon

„(...) i równie dobre hagwony (...), czyli popularne w Korei Południowej «szkoły po szkole» (...)” (s. 207).

Nie pojawiają się: nadgodziny, metafora o krewetce, przegrana Polski z Koreą Południową w piłce nożnej w 2002 roku oraz hoesik. 7 na 11 punktów. 

W sumie 13 na 20 - to bardzo dobry wynik, szczególnie biorąc pod uwagę, że książka jest przewodnikiem, a nie jakimś innym gatunkiem literatury niefikcjonalnej jak reportaż, bardziej typowa książka podróżnicza czy o życiu w tym kraju. 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Pozdrawiam, M

 

 

piątek, 7 listopada 2025

Za rękę - Korea Południowa. Ojczyzna k-popu, w której tradycja przeplata się z technologią

Hello! 

Wcale chyba nie miałam kryzysu czytelniczego, potrzebowałam jedynie wrócić do książek w tematach, które naprawdę mnie interesują i… podnoszą mi ciśnienie. 

Tytuł: Korea Południowa. Ojczyzna k-popu, w której tradycja przeplata się z technologią
Autorka: Ewa Białas-Bomba
Wydawnictwo: Pascal

Pierwszą rzeczą, która przeraziła mnie w tej książce jest fakt, że stolica Korei Południowej zapisywana jest jako SEOUL. Chciałam pochwalić książkę, że ma spis treści na początku, ale przywaliła mi takim zerowym poszanowaniem dla zasad języka polskiego i polskiej onomastyki. I przynajmniej jest to konsekwentne, bo wszystkie nazwy własne (Busan, Jeju i inne), nie są zapisywane zgodnie ze standardami polskimi. Co autorka wyjaśnia na koniec wstępu i proponuje własną transkrypcję (ale zasadniczo wyrazy  będą się pojawiać zgodnie z latynizacją zmienioną). Innym problemem jest niekonsekwentne nieodmienianie imion i nazwisk, co niekiedy może sugerować, że osoby przywoływane w tekście są innej płci niż w rzeczywistości. A jak już się czepiam na samym początku - nie wiem też, dlaczego wiele rzeczy się w książce powtarza (na przykład na pierwszych 30 stronach 3 razy pojawia się informacja, że król Sejong to ten od hangeula, ale to tylko jedna z wielu takich drobnych rzeczy; przez całą książkę przewijają się w nawiasie lata japońskiej okupacji Korei czy wojny koreańskiej i po 10 razie naprawdę miałam okazję rzucić tą książką, bo ile można… a potem na kolejnej kartce znów się pojawiła i już poważnie zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę ktoś świadomie postanowił, że tak będzie, ktoś zapomniał tego pousuwać, czy jest to wyraz niewiary w inteligencję czytelnika). W książce też nie ma przypisów bibliograficznych i informacji o źródłach (a te przydałyby się przynajmniej przy różnych danych liczbowych, na przykład w opowieści o Cheonggyecheon). 

Wstęp odkrywa przed czytelnikiem, że książka nie jest reportażem, co może sugerować podtytuł i byłam pod wrażeniem, że jest to właśnie jakiś rodzaj reportażu. Korea Południowa. Ojczyzna k-popu, w której tradycja przeplata się z technologią to przewodnik. I to bardzo subiektywny. I pomyślałam, że prowadzącym czytelnika za rączkę, jeszcze zanim przeczytałam: „Przyszła więc pora, bym wzięła Was za rękę i zaprowadziła (…)” (s. 20). To zbyt poufały sposób prowadzenia narracji, jak dla mnie, zdecydowanie wolę, gdy autorzy czy autorki nieco bardziej ukrywają się w tekście. Ale muszę uczciwie napisać, że gdy autorka pisała o wydarzeniach historycznych czy gdy opisywała konkrety, czytało się to bardzo ciekawie, bo zasadniczo ma dość lekkie pióro i książkę czyta się błyskawicznie. Co niestety może oznaczać, że niewiele z zawartych w niej wiadomości czy wskazówek zostanie w głowie czytelnika. 

Proporcje tekstu do zdjęć w tej książce to takie powiedziałabym 3 do 2, co ma nawet sens, biorąc pod uwagę, że ma być przewodnikiem. Ale wracając jeszcze do kwestii obecności autorki w książce - jest ona widoczna na wielu, wielu zdjęciach. I o ile rozumiem, że w rozdziale o hanbokach było to uzasadnione - a teraz gdy o tym myślę, szkoda, że autorka nie pokazała także męskiej wersji tego stroju - to nie do końca łapię, czemu tak dużo jej zdjęć jest w kolejnych rozdziałach.

Na pewno zakładanym czytelnikiem tej pozycji jest dziewczyna, a wręcz powiedziałabym, że nastolatka. Książką powinny zainteresować się fanki i fani BTS, bo w rozdziale „Seul w rytmie k-popu” (ktoś nie dopatrzył, że na stronie rozpoczynającej rozdział, Seul jest po polsku) autorka poświęca dużo miejsca opisom lokalizacji wiązanych z zespołem i jego członkami. I jest tym chyba bardzo rozentuzjazmowana, bo wszystkie podtytuły w tej części mają wykrzykniki („Zagraj w podchody z chłopakami z BTS!”, „Świętuj urodziny ukochanego idola!” itd.). 

Na plus zaliczam autorce, że pisze k-pop, k-dramy i tak dalej, a nie K-pop. Oprócz miejsc autorka poleca także akuratne k-dramy i filmy i podaje w jakich dramach pojawiały się opisywane miejsca. Jest także cały rozdział poświęcony k-dramowemu zwiedzaniu. Innym plusem przewodnika jest to, że jest bardzo aktualny, wręcz odnosi się niekiedy do rzeczy z początku tego roku. To dość ważne, bo po pierwsze książki o Korei, które ukazywał się jeszcze kilka lat temu (przeważnie tłumaczone) już w roku, gdy miały polską premierę, nie były faktograficznie poprawne, bo po drugie - w Korei, w k-popie obraz zmienia się jak w kalejdoskopie ustawionym w wirówce. 

Tak gdzieś po przeczytaniu kilku stron drugiego rozdziału uderzyło mnie, że autorka nic nie pisze o tym, jak się poruszać po Seulu. To znaczy, o ile wiem, opisywane w pierwszym rozdziale pałace są gdzieś niedaleko siebie (a przynajmniej jakaś ich część), ale już wioska hanoków Namsangol to raczej dalsza wycieczka. Na szczęście na końcu jest rozdział, w którym opisano komunikację miejską w Seulu, natomiast wciąż nie wyjaśnia on, jak przemieszczać się pomiędzy poszczególnymi opisywanymi przez autorkę punktami (poza wyspą Dżeczu, bo tam samochodem). Co trochę stoi w sprzeczności z, jak mi się wydaje, zakładanym konceptem tego przewodnika, czyli tym, aby prowadził dokładnie po kolei po opisywanych miejscach. 

To nie jest tak, że ja tę książkę odradzam lub polecam, ale przeczytałam ją w jakieś 3,5–4 godziny i gdy już dobrnęłam do końca, zerknęłam na okładkę i zobaczyłam, jaka jest jej cena okładkowa – 69,99 złotych i trochę załapałam się za głowę. Korea Południowa. Ojczyzna k-popu, w której tradycja przeplata się z technologią to książka, która ma swoje zalety, ale ma także wady. Które zapewne części osób będą przeszkadzały mniej niż mi.

A w następnym wpisie przekonamy się, czy ta książka zalicza koreańskie bingo!

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Pozdrawiam, M

 

poniedziałek, 3 listopada 2025

K-pop 2025 - październik

 Hello!

W październiku byłam trochę zapracowana i nawet nie miałam kiedy narzekać, że nie ma czego słuchać, bo i tak nie miałam za bardzo czasu, aby czegokolwiek słuchać.

NMIXX - Blue Valentine

Know About Me jest jedną z moich 3 ulubionych piosenek wydanych w tym roku i nie zdziwię się, jeśli będzie na pierwszym miejscu mojego Spotify, ale z NMIXX nigdy nic nie wiadomo i nie nastawiałam się za bardzo, że Blue Valentine mi się spodoba. I słuchając piosenki, i oglądając teledysk, stałam się uosobieniem konfuzji. Po prostu jestem pewna, że i jedno, i drugie powstawało na zasadzie: więcej? tak! dziwniej? tak! Piosenka mi się nie podoba, teledysk jest ciekawy, ale boli mnie od niego głowa, a choreografia okazała się zaskakująco infantylna. Ale miałam chwilę, aby przesłuchać całą płytę i w sumie oprócz piosenki PODIUM (no i nie dałam rady też przesłuchać obu O.O), to całkiem mi się te utwory podobały (choć nie będę do tej płyty wracała).

TEMPEST - In The Dark

To jest zaskoczenie, bo karierę Tempest śledzę tak nawet nie jednym okiem, co połową (ale wspominałam już o nich kiedyś na blogu i gdy debiutowali, to myślałam o Tempest, o Burza, o Szekspir). Nie pamiętam, kiedy ostatnio oglądałam k-popowy teledysk tak wciągnięta i zafascynowana fabułą. Ale w zasadzie chyba bardziej zaskoczyła mnie sama piosenka. Przesłuchałam nawet 4 pozostałe piosenki na minialbumie i są naprawdę bardzo w porządku.

Zrobiłam przebieżkę po teledyskach i piosenkach i oto jej efekt: 

AM8IC zaprezentowali światu piosenkę Buzzin' inspirowaną i czerpiącą z Pogromców Duchów, bardzo akuratny czas na jej wypuszczenie i jest bardzo fajna. Myślę, że warto też zwrócić uwagę na Going south JUSTB. Xdinary Heroes dowodzą w ICU, że nie ma czegoś takiego jak za dużo perkusji i że piosenka może mieć 4 minuty! Bo na przykład takie Hollywood Action BOYNEXTDOOR jest super (i muzycznie, i teledyskowo), ale na dobrą sprawę nie ma nawet dwóch i pół minuty. Od pierwszych sekund najnowszego japońskiego wydania TXT pomyślałam, że słyszałam już tę gitarę i znam ogólny vibe tej piosenki i ktoś w komentarzach napisał, że to klimat jak The 1975 - i to tego z czasów Girls, bo chyba ta piosenka jest najbardziej podobna (a przynajmniej o niej pierwszej pomyślałam, gdy już zostałam oświecona co do klimatu). Podsumowując, Can't Stop BARDZO mi się podoba, tylko znów jest tak niesamowicie krótkie! Back to Life &TEAM to coś dla fanów bardziej dramatycznych piosenek (wiecie, ta piosenka nie ma tytułu Bring me back to life tylko dlatego, że Bring me to life Evanescence już istnieje). Aż się zdziwiłam, że aż tyle piosenek mi się podoba, ale doszłam do Beat-Boxer NEXT i musiałam odpuścić, to nie piosenka dla mnie, a miałam kolejne na liście. YUTA wydał swój w zasadzie j-rockowy album PERSONA i nie ma na nim czego nie lubić. Lost and Found Xdinary Heroes - bardzo spoko piosenka i teledysk ma ponad 5 minut! Mam nadzieję, że znajdę czas, aby przesłuchać płytę. 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

 

czwartek, 30 października 2025

Wampiry w k-popie 2

Hello!

W zeszłej edycji dotarliśmy do przykładów wampirów w k-popowych piosenkach i teledyskach do roku 2021 i zatrzymaliśmy się na Enhypen (ich cały lore jest związany z wampirami, więc już nie będę do nich wracała), więc w tym roku lecimy dalej, abym już na kolejne halloween mogła zająć się innymi potworami.

A w 2023 pisałam o zombie – Zombie w k-popie.


2021 

NCT 127 - Favourite (Vampire)

Nawet nie wiecie, jak było mi smutno w zeszłym roku, że Favourite nie zmieściło się na liście, bo to chyba jedna z najbardziej rozpoznawalnych wampirycznych piosenek w k-popie! Na dobrą sprawę wampiry nie do końca pasują do NCT, ale piosenka jest specyficzna i bardzo NCT.

THE BOYZ – Drink It 


To jest zagwostka stulecia, dlaczego The Boyz oficjalnie jakoś bardziej nie poszli w wampiryczne klimaty, bo bardzo im pasują - czego dowodzi chociażby fakt, że już w kolejnym roku pojawi się kolejna piosenka w tym koncepcie. Ale obydwie ukazywały się w ramach jakiegoś projektu i na początku tylko w krótkich wersjach - pamiętam, że część fanów była mocno zawiedziona.
Z wampirycznego punktu widzenia piosenka jest tak wprost o wampirach, że chyba bardziej się nie da, ale w raczej współczesnym wydaniu niż gotycko-kościelnym. 

MONSTA X - KISS OR DEATH 


Wydaje mi się, że Kiss or death ukazało się w ramach tego samego projektu, co piosenka The Boyz. Wizualnie to bardziej morderstwo w Orient Ekspresie i podróż w czasie, ale choreografia jest dość jednoznaczna, a i słowa zostawiają wystarczająco dużo pola do interpretacji. 

Bang Chan, Changbin, Felix, Seungmin - 오늘 밤 나는 불을 켜  

Tu mamy raczej komiczne podejście do tematu cierpiących na bezsenność wampirów, które nie wiedzą, co ze sobą zrobić, więc rozrabiają. A teledysk powiedziałabym, jest bardzo, bardzo, bardzo halloweenowy. 

2022

LEE CHAE YEON - HUSH RUSH


Lee Chae Yeon debiutowała jako wampirka! Która testuje, co może czego nie może i która bardzo chciałaby się zakochać. 
 


ASTRO MOONBIN&SANHA - WHO 


Wracamy do mrocznych wampirów! Ze świecami, witrażami i całym tym anturażem. I wiecie, można by mieć wątpliwości, czy to aby na pewno wampiry, ale mnie przekonał Moonbin w białej koszuli ubabranej krwią.

THE BOYZ - Sweet 


Sweet
to urocze przeciwieństwo Drink it i zadanie „nie mrugaj, bo nie zauważysz, że to o wampirach”. Trochę przesadzam, ale to może być najbardziej pastelowy teledysk wampiryczny w całym k-popie. To w sumie może bardziej „ile drobnych nawiązań do wampirów dostrzeżesz”!
 

2024

ITZY - Mr. Vampire


„Przyjdź i mnie ugryź, panie Wampirze”. Ta piosenka sama się tłumaczy, ja już nie muszę. 

LE SSERAFIM - EASY

Z jakiegoś powodu fakt, że Le Sserafim postanowiło sięgnąć po wampiryczne elementy bardzo mnie zdziwił, gdy pierwszy raz zobaczyłam klip do Easy. I w sumie zdziwiło po raz kolejny, gdy teraz oglądałam ten teledysk, bo nie mam pojęcia, jak fakt, że Sakura wyraźnie ma wampirze kły, a Eunchae wyraźny pociąg do krwi wpisuje się w ich jakoś tam powiązany z upadłymi/niedoskonałymi aniołami lore. Ale oczywiście przyjmę każde nawiązanie do listy.

LEE DONGYEOL - DRIP DROP

Kolejny przykład renesansu Zmierzchu! Ale mamy też trochę nietoperzy, księżyc w pełni i wyjątkowo jednoznaczne na dobrą sprawę słowa... i niekoniecznie chodzi tu koncept wampira.

BAEKHYUN - Pineapple Slice 

Wampir Baekhyun to mniej więcej ten sam poziom zaskoczenia, co Le Sserafim - bo skąd i dlaczego tak? Ale odliczajmy: nietoperze, podejrzanie dużo czerwonego w lodówce, wampir (???) wycięty w skórce jabłka, telekineza i preferencja do ciemności, ALE widać go w lustrze, latanie... i użarł ją!

Bang Chan - Railway 

Pamiętam, że gdy pierwszy raz oglądałam ten teledysk, to musiałam zbierać szczękę z podłogi. I w sumie chyba nie ma co go opisywać, bo go naprawdę, naprawę trzeba po prostu zobaczyć. 


2025

KEY - HUNTER 

W tej piosence jest jedna wystarczająco przekonująca linijka: „Two fangs sinking into my shoulder” (no i w sumie cała reszta o łowcach), ale klip nie idzie daleko, a w zasadzie wcale nie idzie w typowo wampiryczną estetykę.

Trzynaście przykładów i nie szukałam nawet piosenek bez teledysków! I chyba dlatego, że w tych ostatnich 4 latach było sporo piosenek z wampirami, w zeszłym roku byłam taka zaskoczona, że do 2021 było ich tak mało. Rzucił mi się w oczy komentarz, że Overdrop Xiumina też ma wampiryczny vibe, więc dopisuję jako honorable mention. Następny wpis o wampirach w k-popie będzie, gdy uzbieram przynajmniej 10 przykładów.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

 

niedziela, 26 października 2025

Naoglądałam się dokumentu 12

 Hello!

 Zapraszam na tekst, który nie zmieścił się w poprzednim poście!

Fit for TV: The Reality of The Biggest Loser / Waga prawdy: Kulisy programu „Dużo do stracenia”

Mam wrażenie, że często interesują nas dalsze losy osób, które oglądaliśmy w telewizji - czy to będą rodziny z Domu nie do poznania (które podobno nie radziły sobie później z podatkiem od nieruchomości), czy restauratorzy z Kuchennych rewolucji (serwisy internetowe niekiedy obiegają informacje czy to o sukcesach, czy o zamknięciach restauracji po rewolucjach) i w niejako w taką potrzebę dowiedzenia się „co było dalej”, wpisuje się Fit for TV.

Nie wiem, czy The Biggest Loser był transmitowany w Polsce, wydaje mi się, że nie, sama po raz pierwszy usłyszałam o tym programie po premierze tego dokumentu i jego licznych recenzjach, które pisały obserwowane przeze mnie osoby. Brak wiedzy, jak dokładnie wyglądały odcinki czy struktura sezonu, nie jest może wielką przeszkodą w oglądaniu tej produkcji, ale był on raczej tworzony z myślą o osobach, które miały o nim jakieś pojęcie, bo wielu rzeczy nie wyjaśnia i nie pokazuje. 

I nie wiem, czy to właśnie z tego powodu - braku wcześniejszej świadomości istnienia tego programu i wiedzy na temat kontrowersji z nim związanych - odebrałam ten dokument jako wyjątkowo powierzchowny. Tak naprawdę nie zagłębia się on w żaden z kontrowersyjnych tematów - czy to kwestii zdrowia uczestników, czy obecności bądź nie narkotyków, niemalże pomija kwestie dotyczące postrzegania otyłości w społeczeństwie (czy to w przeszłości, czy to obecnie). A nawet gdy przywołuje na przykład kwestię zaburzeń metabolicznych - zostawia to w tym miejscu: mogły być, mogły nie być, osoby te mogły mieć zepsuty metabolizm już wcześniej. Jest to materiał dokumentalny w takim sensie, że są w nim wywiady z producentami, jednym z trenerów (weszłam później na Wikipedię i tylko napiszę, że trenerów przez cały czas emisji było 11; jeden z jedenastu), jedną z prowadzących, lekarzem z programu oraz byłymi uczestnikami, ale w brakuje mu nieco oprawy eksperckiej - jest w nim tak dwie i pół osoby, które można by umieścić w tej kategorii i nie mają one za dużo czasu na swoje wypowiedzi. A ponadto biorąc pod uwagę liczbę sezonów - 18 - to nawet liczba byłych uczestników, którzy wzięli udział w tej produkcji, jest symboliczna i w zasadzie tylko dwie uczestniczki i jeden uczestnik przedstawiają swoje historie w jakiś szerszy sposób.

Odniosłam też wrażenie, że twórcom serii zależało, aby wybielić doktora występującego w dokumencie (chociaż to może właśnie tylko wrażenie na zasadzie kontrastu z innymi osobami z produkcji; bo zainteresowana tematem szukałam wypowiedzi innych niż występujący w dokumencie uczestników i wszyscy wypowiadali się o nim bardzo ciepło). Zadziwiło mnie też, że ktokolwiek uważał, że ten program i jego założenia mają cokolwiek wspólnego ze zdrowiem, w jakiejkolwiek formie, bo wydaje się, że nawet zakładając, że może w czasie, gdy ten program był emitowany (a emisja w USA rozpoczęła się w 2004 roku), koncepcja zdrowia była z jakiegoś powodu inna, to nawet na chłopski rozum ekstrema, którym poddawani byli uczestnicy, nie mogły być zdrowe. Ten program ze zdrowiem miał tyle wspólnego, co homeopatia.

Ale wracając do dokumentu - mam wrażenie, że jest on jakimś dopowiedzeniem do czegoś, z czym nie miałam okazji się zapoznać. Nie wiem, czy w Stanach trwa w tym momencie jakaś debata o tej produkcji (ostatni sezon ukazał się w 2020 roku, a przedostatni w 2016), czy był jakiś konkretny powód, że ta seria powstała i ukazała się właśnie teraz. Jest to ciekawa produkcja, ale bardziej o kulisach programu niż tego, co było dalej, czego trochę się spodziewałam. 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

 

środa, 22 października 2025

Naoglądałam się dokumentów 11

 Hello!

Dziś mam dla was dwie propozycje filmów dokumentalnych! Miały być trzy, ale z trzeciej wyjdzie mi chyba osobny tekst…


Unknown Number: The High School Catfish (Nieznany numer: Skandal SMS-owy w liceum)

W tej historii są dwie zaskakujące rzeczy: jedna, że przez praktycznie dwa lata nie udało się ustalić, kto wysyłał okropne, wulgarne, karalne, obrzydliwe wiadomości do dwojga nastolatków (bardziej do dziewczyny niż chłopaka; jest też wątek innych osób, do których wiadomości zostały wysłane i chyba dokument nie wyjaśnia, jak wysyłająca osoba uzyskała dostęp do ich numerów telefonu), a działo się to około 5, a nie 50 lat temu. Dokument pokazuje obraz niebyt zainteresowanej rozwiązaniem sprawy policji, a chyba nawet bardziej szkoły. Ostatecznie jednak sprawa zostaje przekazana do FBI i tu już rozwiązanie jest błyskawiczne. I zaskakujące. Chociaż to za mało powiedziane. Wydaje się, że jedyną osobą, która na to wszystko zareagowała prawidłowo, był ojciec dziewczyny. Ten dokument zostawia widza z zawrotami głowy i pytaniem, czy wszystkie zaangażowane osoby otrzymały odpowiednią pomoc psychologiczną i psychiatryczną, bo zdecydowanie jej potrzebują - a film nie pokazuje, aby jakiś profesjonalista z zakresu zdrowia psychicznego pojawił się w szkole czy w rodzinach. 

Stolen: Heist of the Century

Naprawdę warto zainteresować się tym filmem, bo jest on przeciekawy, w taki powiedziałabym absurdalnie zaskakujący sposób. To znaczy pokazano wywiady ze wszystkim (dosłownie) wszystkimi zaangażowanymi stronami i często zestawiano je ze sobą, nie tylko w taki sposób, aby w miarę chronologicznie przedstawić rozwój wypadków, ale także aby bezpośrednio pokazać, że relacje czy twierdzenia bohaterów czy to wzajemnie się wykluczają, czy tylko delikatnie ze sobą kłócą bądź nie zgadzają w szczegółach. I robi to bardzo specyficzne wrażenie na widzu. Tym bardziej, że także relacje różnych śledczych nie zawsze są ze sobą zbieżne (ale zabawniej jest, gdy są wykorzystywane do usankcjonowania twierdzeń człowieka, który tego rabunku dokonał; ale też reakcje śledczych wklejane są w momentach, gdy złodziej opowiada coś, co mamy uznać za wymysły bądź wymówki). 

Poza tym oczywiście sama sytuacja z wielką kradzieżą diamentów i śledztwem jest ciekawa i pokazana bardzo filmowo. Oprócz wspominanych wywiadów widzimy także bardzo wiele rekonstrukcji wydarzeń, których stworzenie naprawdę musiało być drogie i czasochłonne. Nie powiedziałabym, że jest to dokument trzymający w napięciu, ale na pewno jest wciągający.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M



 

sobota, 18 października 2025

Ciepło - Masło

 Hello!

Niech o głębi mojego aktualnego kryzysu czytelniczego świadczy fakt, że czytałam tę książkę dwa miesiące, przedłużałam jej wypożyczenie w bibliotece 2 razy, a gdy już miałam ją kończyć, to same ostanie sto stron czytałam dobre 2 tygodnie - a ta książka mi się podobała i najogólniej naprawdę dobrze się ją czyta. Wydaje mi się, że trochę nie mogłam jej też dokończyć, bo wiedziałam, że będę chciała o niej napisać, a z powodu mojego obecnego podejścia do czytania, to może nie wyjść tekst naprawdę przedstawiający plusy tego tytułu. Ale zaczęłam tworzyć ten wpis w nadziei, że zmotywuje mnie do dalszego czytania.

Tytuł: Masło
Autorka: Asako Yuzuki
Tłumaczenie: Anna Wołcyrz
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Sięgnęłam po Masło, bo w zeszłym roku widziałam sporo tej książki w mediach zarówno społecznościowych, jak i na portalach, a nawet w prasie książkowej, i opinie o tym tytule były naprawdę dobre. Tak naprawdę miałam mętne pojęcie, o czym jest ta książka (a już zupełnie do posłowia nie miałam pojęcia, że pomysł na powieść był jakoś inspirowany prawdziwymi wydarzeniami - jakoś nawet w poleceniach na czwartej stronie okładki mi to zupełnie umknęło) - i może to był dobry trop czytelniczy, bo byłam w trakcie czytania zaskakiwana. To znaczy - naprawdę sądziłam, że nasza główna bohaterka skupi się bardziej na pytaniu, czy Manako Kajii zabiła. Ale chociaż Rika prowadzi swojego rodzaju śledztwo, tak naprawdę jej podróż rozgałęzia się na kilka wątków motywowanych jej spotkaniami z morderczynią (?). Rika bardziej niż Manako Kajii poznaje siebie - i trzeba napisać, że robi to w bólach i przyprawiając czytelnika o silny syndrom chęci krzyczenia na bohaterkę, aby się ogarnęła.

Tym bardziej, że zdecydowana większość książki pisana jest z jej perspektywy (nie jest to narracja pierwszoosobowa, ale na dobrą sprawę mogłaby być, bo narrator zdecydowanie nie jest wszechwiedzący). Chociaż nie tylko, bo po pierwsze niektóre spostrzeżenia, które czyni narrator (chociaż tutaj byłabym całkiem przekonana, że jest to narratorka) wydają się na tyle błyskotliwe i poza specjalizacją głównej bohaterki, że musi je przekazywać jakaś inna instancja opowiadająca, po drugie mamy też fragmenty narracji pierwszoosobowej (i to było prawdziwe zaskoczenie!), a po trzecie na początku książki mamy fantastyczny fragment: „W naszym społeczeństwie wbija się nam wszystkim do głów od najmłodszych lat, że jeśli kobieta nie jest szczupła, kompletnie się nie liczy” (s. 30) i dalszy fragment do końca akapitu, ale nie chcę przepisywać całości. To naprawdę jasne i głębokie utożsamienie narratora ze społeczeństwem Japonii. Czy raczej z Japonkami. 

Jakimi spostrzeżeniami dzieli się narratorka i co przeżywa Rika w trakcie powieści? O postrzeganiu ciała, a szczególnie o przybieraniu na wadze; o dziwnym postrzeganiu starania się lub niestarania w społeczeństwie; o niedostrzegalnej lub aż za bardzo eksponowanej roli kobiety w społeczeństwie - ale także o tym, jak kobieta może postrzegać oraz w nim odnajdywać bądź nie. Oraz oczywiście o kuchni. To stwierdzenie tłumaczki, że sama zaczęła gotować, pracując nad książką jest bardzo łatwe do uwierzenia i zdecydowanie nie na wyrost. Bo chęć do próbowania przepisów (szczególnie, że niektóre są naprawdę proste: ryż + masło + sos sojowy - trudno to nawet nazwać pełnoprawnym przepisem!) jest ogromna. Sama się na gotowanie jednak nie skusiłam, bo miałam poczucie, że gdybym to zrobiła, to uległabym takiej samej manipulacji, jak główna bohaterka. Jak widać w ten czy inny sposób, książka  mocno wpływa na swoich czytelników.

Muszę przyznać, że zakończenie Masła bardzo mnie zaskoczyło i to w bardzo pozytywny sposób. Bo chociaż dosyć wcześnie zrozumiałam, że sprawa kryminalna nie jest wcale nie w nim aż tak istotna, po etapie, gdy dwie nasze bohaterki (Rika - dziennikarka i Reiko - jej przyjaciółka; i muszę niestety szczerze przyznać, że przez całą książkę zdarzało mi się mylić imiona bohaterek, mimo skupienia i uważności) ulegają manipulacji Manako Kajii, nie do końca mogłam załapać, cóż takiego ta książka będzie chciała ostatecznie przekazać swojemu czytelnikowi. A okazuje się, że zakończenie jest pełne satysfakcji i ciepła. I chociaż w trakcie opowieści Rika zostaje zmanipulowana i rozbita na kawałki, to nienachalnie i krok po kroku udaje się jej poskładać nie tylko siebie, ale i osoby w jej otoczeniu. Zakończenie jest naprawdę zaskakujące, bo gdy już się je zna i spojrzy na całą opowieść, można pomyśleć: „No tak oczywiście, inaczej autorka nie poświęcałaby innym bohaterom tyle przestrzeni”, a jednocześnie jednak prawie nic nie zapowiada takiej konkluzji. Chociaż to prawie nic to też nieprawda. Tej konkluzji nie zapowiada reklamowanie książki hasłami o opowieści kryminalnej. Natomiast narracja tworzy piękne napięcie pomiędzy rezultatami, które osiąga główna bohaterka i oskarżona. 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M


 

wtorek, 14 października 2025

Jesienna wyszywanka

 Hello!

Oto mały projekt, który robiłam szybciutko, ponieważ trzeba było wymienić wielkanocnego zająca/królika na ścianie, a na wielką choinkę było jeszcze trochę za wcześnie. Co prawda obrazek okazał się nieco za mały i ostatecznie na ścianie wisi coś innego, ale i tak warto go tu pokazać. 

Ciekawostka z czasu pracy: wyszywanie obydwu żołędzi zajęło mi niecałe 45 minut, a potem jakieś 4 wieczory i jedną sobotę robiłam same liście. Nie było to trudne, bo wzór jest bardzo logiczny i  naprawdę trzeba by się postarać, aby nie wyszedł dobrze i symetrycznie.

A już po wyszyciu zastanawiałam się, czy wiewiór z Epoki lodowcowej pytał bohaterów o to, czy chcą orzeszka czy żołędzia, bo jestem pewna, że miał żołędzia, ale pytał o orzeszka (po czym spędziłam chwilę, sprawdzając jak się ma żołądź do orzecha i wyszło na to, że żołądź jak najbardziej jest orzechem).

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 

piątek, 10 października 2025

W porównaniu i skojarzeniach - Tajwan. Herbatka na beczce prochu

 Hello!

Gdy dowiedziałam się, że Marcin Jacoby wydaje kolejną książkę w serii podróżniczo-krajoznawczej, kwestią czasu było, gdy ją przeczytam, bo że to zrobię - było pewne.

Tytuł: Tajwan. Herbatka na beczce prochu
Autor: Marcin Jacoby
Wydawnictwo: Muza

Wydaje mi się, że ze wszystkich trzech książek autora, które czytałam, ta jest najkrótsza:
Chiny bez makijażu mają 448 stron,
Korea Południowa. Republika żywiołów ma 400,
a Tajwan. Herbatka na beczce prochu ma 352 strony,
jest też najniżej oceniana na Lubimy Czytać, choć trzeba uczciwie przyznać, że tych ocen jest niewiele i są dość zbliżone (odpowiednio: 7,5; 7,3; 7,2). Ale coś jest na rzeczy, bo chociaż zasadniczo książka Tajwan. Herbatka na beczce prochu mi się podobała, to nie udało jej się wykrzesać we mnie tak samo ciepłych i entuzjastycznych uczuć, jak udało się to jej poprzedniczkom. Czego żałuję, bo książek o Tajwanie w Polsce jest niewiele (choć się to zmienia!). 

Momentami (choć raczej w początkowych rozdziałach) książka jest naprawdę gęsta od nazw własnych, obcych słów czy dat i przyznaję, że czasami musiałam czytać dany fragment lub akapit dwa razy, aby dobrze zrozumieć, co do czego się odnosi - co oznacza, że książka wymaga skupienia, aby nie przeczytać i nie zapomnieć od razu tego, co się właśnie przeczytało.  

Rozdziały książki mają kreatywne tytuły i nie od razu może być jasne, do czego się odnoszą, więc w prostszych terminach mamy tu po kolei opisane: geografię, religię, kuchnię, tożsamość i historię ludzi na wyspie, geopolitykę - to znaczy Chiny i USA a sprawa tajwańska oraz jak to wygląda z perspektywy samej wyspy, możliwość inwazji Chin, tajwańskie wojsko i nastawienie społeczeństwa (zabiorą manatki czy będą bronić wyspy?), demokrację i demokratyzację oraz scenę polityczną, mikroczipy. Na koniec mamy rozdział zatytułowany „Mój Tajwan”, w którym autor opisuje swoje doświadczenia z mieszkania tam na początku wieku (chociaż wspomnienia rozsiane są także po innych rozdziałach; znając poprzednie książki autora, wiedziałam, czego można się spodziewać w narracji, ale widziałam, że czytelnicy bywali zaskoczeni mocną obecnością autora w opowieści), następnie „Komentarze”, które są taką opisową bibliografią oraz zbiorem nazw własnych i informacji niepasujących do głównej narracji i prawdziwą bibliografię. W książce Tajwan. Herbatka na beczce prochu nie ma przypisów - jest ten rozdział komentarze, w którym znajdują się źródła. Wolałabym, aby były przypisy bibliograficzne, ale - z powodu pewnego zaufania do autora - lepszy taki zbiór źródeł niż żaden.

I tu mniej więcej kończy się część analityczna. To, co przeczytacie poniżej to w dużej części moje skojarzenia z tematem Tajwanu, które przywołała lektura tej książki. 

Ciekawe jest to, jak geopolityka oddziałuje na k-pop. Dla mnie wydarzeniem, które najbardziej kojarzy się z sytuacją geopolityczną Tajwanu, jest sytuacja z Tzuyu z Twice - i widać jest to doskonały przykład ilustrujący to zagadnienie, bo autor też o nim wspomina (Tzuyu urodziła się w Tainan i co ciekawe na angielskiej Wikipedii można wprost przeczytać is a Taiwanese singer; a chodziło o to, że w jednym z programów telewizyjnych pokazała się z tajwańską flagą, za co musiała później przepraszać i się tłumaczyć; kariera Twice w Chinach w zasadzie nie istnieje - a przynajmniej tak można wyczytać w komentarzach). Ogólnie ciekawe wydawałoby mi się badanie sprawdzające, jak przeciętny polski Kowalski (ale też Smith i osoby z innych krajów) postrzega Tajwan i czy w ogóle wie, że to nie jest państwo i co ma wspólnego z Chinami, bo mam wrażenie, że dla wielu ludzi Tajwan to po prostu Tajwan. Ale z drugiej strony autor opisuje swoje doświadczenia związane z kontaktami z politycznymi/dyplomatycznymi przedstawicielstwami Tajwanu i nie są one zbyt ciepłe. Jak autor pisze - prawdopodobnie z ostrożności. (Zrobiłam małe śledztwo i okazuje się, że jest więcej idoli z Tajwanu - ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu okazało się, że Shuhua pochodzi z wyspy, nie wiedziałam też, że YangYang także się tam urodził; z tego, co zauważyłam w wielu zespołach, które debiutowały w ostatnich dwóch-trzech latach jest kilkunastu idoli z Tajwanu; wydaje się jednak, że w większości wszyscy są ostrożni z mówieniem o Tajwanie).

W rozdziale, w którym autor opisuje scenę polityczną, wspomina o różnych dziełach kultury i ich powiązaniach z prawami kobiet i pomyślałam, że wspomnienie o „Raju pierwszej miłości Fan Si-Chi” bardzo by tu pasowało. A w sprawie tego, jak na Tajwanie wyglądają prawa osób LGBT - dosłownie dzień lub dwa przed tym, gdy czytałam dotyczący tego fragment, w internecie mignęło mi nagranie, że w pałacu prezydenckim została przyjęta przez prezydent Tsai Ing-wen drag queen, która wygrała „RuPaul's Drag Race” (było to w maju 2024). Prawa osób LBGT są jednym z aspektów, które bardzo różnicują Republikę Chińską od Chińskiej Republiki Ludowej i jedną z części konstytuującej się tożsamości.

Ciekawe wydało mi się, jak duży wpływ na najwyraźniej wszystko na Tajwanie ma biznes. I to nie tylko ten mikroczipowy (i chociaż jest interesujący, to ten właśnie rozdział był w całej książce najmniej fascynujący), ale ogólnie. A szczególnie - powiązania, czy raczej wprost - działania, tajwańskiego biznesu na kontynencie (to znaczy w Chinach). Czytając fragmenty dotyczące biznesu i przemysłu, można odnieść wrażenie, że niektórym połączenie Chin i Tajwanu nie zrobiłoby różnicy, a jednocześnie największa firma mikroczipowa ma być swojego rodzaju linią obrony Tajwanu przed zewnętrznym zagrożeniem.

W narracji książki rzucały się w oczy liczne zestawienia Tajwanu z Koreą Południową i później okazało się, że Tajwańczycy sami chętnie porównują się z Republiką Korei (bez entuzjazmu w drugą stronę). Autor odnosi też niektóre wskaźniki do Polski. 

Z tego tekstu wychodzi trochę recenzja, trochę relacja, trochę zbiór tego, co mi kojarzy się z Tajwanem i mam jeszcze jedną taką uwagę. Autor na początku wieku poznał swoją żonę na Tajwanie, ale po zakończonym stypendium wrócił do Polski, a ona została na wyspie. Zakochani codziennie pisali do siebie listy i z tego, co zrozumiałam, listonosz codziennie jakiś list przynosił. Zastanawia mnie tylko jedno - z jakim opóźnieniem przychodziły te listy. Bo mogły przychodzić codziennie, a chyba nie było możliwości, aby list z Tajwanu do Polski (i odwrotnie) dotarł w ciągu jednego dnia. Zastanawia mnie to bardzo, bo wysyłam pocztówki w ramach postcrossingu i te na Tajwan idą zdecydowanie najdłużej (ok. 45-50 dni).

Czy polecam książkę Tajwan. Herbatka na beczce prochu - tak. W zasadzie nie ma się w niej do czego naprawdę przyczepić. Czyta się ją dobrze, jest ciekawa i naprawdę jej największym problemem jest to, że w dwóch poprzednich autorowi udało się jednak o wiele lepiej przekazać komponent emocjonalny opowieści o danym kraju i wypada nieco słabiej w porównaniu.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

poniedziałek, 6 października 2025

I jeszcze raz! - Alice in Borderland 3

 Hello!

Mój ulubiony serial do oglądania w czasie prasowania powrócił! Co ciekawe, żyję w przeświadczeniu, że ten serial lubię, ale gdy zerknęłam do recenzji pierwszego i drugiego sezonu, okazało się, że moje wrażenie tuż po ich obejrzeniu są raczej mieszane. Cóż, widać czas działa na korzyść tego serialu.

Recenzja pierwszego sezonu
Recenzja drugiego sezonu 

Arisu i Usagi żyją sobie jako szczęśliwe małżeństwo do momentu, gdy ich domowy spokój zakłóca naukowiec badający życie pozagrobowe, sekty i inne mroczne elementy ludzkiej egzystencji, a Usagi najwyraźniej daje mu się w coś wciągnąć, ponieważ wciąż nie przepracowała śmierci swojego ojca. Arisu i Usagi nie pamiętają wiele z czasu gier, ale oboje do nich wracają, choć w różnych okolicznościach. Arisu musi uratować Usagi zanim będzie za późno. (To znaczy Alicja goni króliczka i wskoczyła za nim do dziury).

Trzeci sezon Alice in Borderland ma tylko 6 odcinków i równie dobrze mógłby nie powstać. I nie piszę tego z jakąś złośliwością albo z powodu tego, że mi się nie podobał. Chodzi tylko o to, że cały motyw z wracaniem do gier i pokazywaniem ich więcej jest taki... powtarzalny. Gry są ciekawe, ale z założenia mają taki sam poziom trudności, bo wszystko jest jokerem. Przy czym oczywiście one na początku nie wydają się aż tak trudne - chociaż w tym sezonie trzeba mieć często więcej szczęścia niż rozumu - aby potem zaskoczyć ukrytymi utrudnieniami.

To nie tak, że tego sezonu nie ogląda się bez jakiejś przyjemności i zainteresowania, ale mimo pewnych starań twórców odcinkom brakuje nieco ładunku emocjonalnego. I nie bez znaczenia jest, że plot armor w tym serialu jest tytanowy (albo z vibranium czy innego adamantium). Wydaje się, że w jednej z postaci twórcy serialu (bo o ile wiem, materiał źródłowy tu się nie do końca zgrywa ze scenariuszem) próbowali odtworzyć trochę Chishiyę, ale nie powiedziałabym, aby im się to udało. Chociaż z drugiej strony poza Rei (która z powodu imienia i niebieskich włosów, kojarzyła mi się z postacią z Evangeliona) nie ma w trzecim sezonie szczególnie wyróżniających się postaci drugoplanowych w świecie gier. Nowym bohaterem i katalizatorem tego sezonu jest wspominany w opisie naukowiec - Ryuji Matsuyama. I nawet chciałabym coś o nim napisać, bo miał ogromny potencjał na naprawdę intrygującą postać, ale jednak Alice in Borderland w 6 odcinkach to nie jest typ serialu, w którym można zbudować złożoną postać i sprawić, aby widzowie poczuli z nią emocjonalną więź. Tak naprawdę największym osiągnięciem Matsuyamy w tym serialu jest fakt, że Arisu mu przywalił, bo sprowadził Usagi do tego świata. Matsuyama ma swoją motywację, swoją historię, swój konflikt wewnętrzny, ale trudno mieć wobec niego jakieś inne emocje niż ma Arisu (bo przecież to jednak jego oczami poznajemy większość świata gier).

Poza tym, co za koincydencja, że zarówno w drugim/trzecim sezonie Squid Game oraz w trzecim sezonie Alice występuje motyw z ciążą i dziećmi. Nie uważam, że to było jakoś zaplanowane (wydaje mi się, że to niemożliwe, aby scenarzyści znali swoje zamiary), ale niestety w przypadku Alice in Borderland dokłada się to do tego poczucia powtarzalności. Aczkolwiek może i Netflix kazał im, aby te serie były podobne, bo wygląda na to, że i Alice ma globalne ambicje... Tyle że, nawiązując do poprzedniego akapitu, tutaj główni bohaterowie przeżyli.

Najprościej oceniając ten sezon, można napisać, że to znów więcej tego samego, więcej Alicji w Alicji - tylko tyle (i nie aż tyle, bo jednak ze wszystkich trzech, drugi sezon wypada najlepiej - także dlatego, że wtedy najlepiej znamy bohaterów).

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M