poniedziałek, 26 stycznia 2026

Otwieranie drogi - Magnolie zakwitną nocą

 Hello!

Nieczęsto, a wręcz bardzo rzadko, zdarza się, aby wydawnictwo czy autor napisali do mnie w sprawie współpracy. A tu się zdarzyło - Instytut Wydawniczy Lepsze Światy odezwał się do mnie w grudniu, czy nie zrecenzowałabym książki Magnolie zakwitną nocą, bo jest związana z Koreą, a to mój konik. Zgodziłam się i oto jest recenzja!

Tytuł: Magnolie zakwitną nocą
Autorka: Indigo Ciel
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Lepsze Światy

Coraz mniej jest miejsca dla bogów w krainie zwanej Czosonem.
Stare porządki zostają zastąpione przez prawa i hierarchie narzucone przez uczonych, zamykające mieszkańców kraju w rolach wyznaczonych przez płeć i klasę. Jednak kobiety nie zamierzają się temu zupełnie podporządkować, biorą udział w rytuałach, wzywają po kryjomu pomocy bogów.
Szamanka Minsu wie, że błagania nie pozostają bez echa, rozpoznaje w staruszce, która pojawiła się w wiosce, boginię Samsin. Niestety dostrzega też coś innego: zwiastujące złe czasy omeny.  


I ponieważ wydaje się, że w wydawnictwie mieli świadomość, jak piszę o książkach, zacznę od narzekań. Autorka w słowie od siebie twierdzi, że w kwestii zapisu koreańskich słów wzoruje się na oficjalnej polskiej transkrypcji - coś takiego nie istnieje (najbliżej byłoby chyba opracowanie J. Pietrowa, dla KSNG, ale odkąd zmieniła się strona komisji, trudno je znaleźć w internecie). Są pewne przyjęte strategie, ale niczego oficjalnego nie ma, poza nazwami administracyjnymi Komisji Standaryzacji Nazw Geograficznych. I muszę przyznać, że o ile do tych polskich nazw własnych jestem przyzwyczajona, to do koreańskich imion zapisywanych z polskimi znakami nie, a dosłownie pierwszym słowem powieści jest imię bohaterki - Czimin (czyli w romanizacji zmienionej byłoby to Jimin) i początkowo podczas czytania za każdym razem, gdy w koreańskim słowie widziałam polskie znaki, mój mózg się zawieszał. 

Zacznę może od kwestii technicznych - książka ma 505 stron, jest wydrukowana na dość cienkim papierze i dość drobnymi literami, ma 56 rozdziałów, same rozdziały są dość krótkie - mają średnio po ok. 9 stron. Książka ma liczne bohaterki - naprawdę żałowałam, że nie ma jakiegoś ich spisu albo drzewa genealogicznego. W książce pojawia się sporo koreańskich nazw członków także dalszej rodziny - z jednej strony przydaje to książce zamierzonego koreańskiego kolorytu, z drugiej - wymaga od czytelnika zapamiętywania licznych obco brzmiących wyrazów (a są jeszcze nazwy części strojów i wiele innych); spis powiązań między bohaterami bardzo ułatwiłby odbiór całości. Muszę napisać, że sama dopiero około 80-100 strony zaczęłam mniej więcej dokładnie pojmować kto jest kim, ale żałowałam, że nie zaczęłam wcześniej na własny użytek spisywać bohaterek. Chociaż - biorąc pod uwagę całościową liczbę stron - to około 100 na wprowadzenie, to nie jest taka zła proporcja. Tym bardziej, że to wszystko zmusza czytelnika do skupienia się na lekturze, co zaprocentuje w jej drugiej połowie. 

Przeczytanie Magnolie zakwitną nocą zajęło mi dużo czasu, bo w ostatnich dwóch miesiącach byłam (i w zasadzie nadal jestem) bardzo, bardzo zajęta, ale gdybym miała możliwość, to przeczytałabym ten tytuł dosyć szybko. Trzeba tylko wziąć pod uwagę, że początek może być trochę trudny, ale już w drugiej połowie rozdziały mijają błyskawicznie i momentami trudno oderwać się od lektury - szczególnie, jeśli chce się dowiedzieć, co stało się z konkretną bohaterką, a jej kolejny rozdział będzie dopiero za cztery części  (rozdziały bohaterek nie mają stałej kolejności).  A bohaterki w drugiej połowie książki niemalże w każdym kolejnym rozdziale mają albo do podjęcia jakąś ważną decyzję, albo mierzą się z konsekwencjami tego, co działo się wcześniej.

Myślę, że uczciwie będzie przedstawić osoby, wokół których - właściwie to trudno napisać, że fabuła rozgrywa się wokół nich, bo one są tą fabułą. Najpierw są one, a dopiero potem są wydarzenia (poza tym jednym w połowie). To może dziwne stwierdzenie, takie rozdzielanie tych dwóch aspektów, które wydają się immanentne, ale czasami w książkach wydarzenia zdają się kroczyć przed bohaterami, a tutaj kolejne zdania raczej otwierają przed bohaterkami kolejne drogi. (Skończę te rozważania, bo jeszcze chwila i wyciągnę moje notatki z literaturoznawstwa, a jest już bardzo późno). 

W każdym razie może, gdy je tu chociaż pokrótce przedstawię, komuś będzie łatwiej czytać: Junso - inaczej Sollan; starsza kiseng (uprzedzam – w domu jest kilka kiseng, więc i imion do zapamiętania); Nuri - ma matkę, dziadka i dwóch braci, którzy pracują w polu; zajmuje się haftem; Minsu jest mudang, czyli szamanką, ma córkę - wspominaną już Czimin, jej mąż nie żyje, mieszka z teściową i bratem męża; Subin to jangban, czyli arystokratka. Jak widać jest to dość szeroki przekrój społeczeństwa, a na kartach książki przewija się jeszcze mnóstwo innych postaci, których historie poznajemy mniej lub bardziej dokładnie, ale które zawsze wpływają na bohaterki.

Pisząc ten tekst, wróciłam do początku książki i zostałam porażona dbałością o szczegóły i spójność fabuły. Chciałabym mieć więcej czasu i przeczytać całość raz jeszcze - szczególnie ten początek, bo widzę, że nie pamiętając go, wiele straciłam z doświadczenia tego, jak przemyślaną konstrukcję ma ten tytuł - z lepszą świadomością kto jest kim i może szukając mniej oczywistych zapowiedzi kolejnych wydarzeń.

Opis tej książki nie zdradza za wiele i gdy już przebrnie się przez ten moment czytania, gdzie uczy się i zapamiętuje, która bohaterka jest kim i jakie jest jej miejsce w strukturze społecznej, na świat, w którym żyją, zwala się wielki kataklizm wywracający ich życia do góry nogami. Już wcześniej w fabule były pewne wątki czy całkiem zaskakujące sceny, ale zasadniczo nie zaburzały one szczególnie raczej spokojnego i przewidywalnego życia bohaterek. Przyznaję, że zostałam zaskoczona rozwojem wypadków - ale gdyby historia dalej toczyła się spokojnie, nie byłabym też rozczarowana. Chociaż może nie powinnam była zostać zaskoczona - dynamiczna grafika na okładce zdecydowanie sugeruje dramatyczną opowieść i ostatnie zdanie lakonicznego opisu to „zwiastujące złe czasy omeny”, ale nie spodziewałam się, że aż tak złe (znów, znałam historię Korei w czasie panowania dynastii Joseon, ale chyba nie przypuszczałam, że na czas akcji zostanie wybrany wyjątkowo niespokojny rok). Nie chciałabym zdradzać za dużo, ale zastanawiałam się, czy może dobrze byłoby umieścić w książce informację o potencjalnych treściach niepokojących. Sama była bardziej zaskoczona (przez chwilę, bo gdy weźmie się pod uwagę realia historyczne - jest to, cóż, realistyczne) niż zaniepokojona, ale tu chyba znów trzeba wrócić do tego, że opis książki nie zdradza wiele. 

Magnolie zakwitną nocą to nie jest łatwa lektura i to na więcej niż jednym polu. Dla niektórych może mieć zbyt wysoki próg wejścia, ale nie zniechęcajcie się  - szczególnie jeśli lubicie wielkie powieści i klasyki literatury dziewiętnastowiecznej. Co prawda w książce są elementy fantastyczne, ale ja nie miałabym problemu, aby nazwać ją powieścią realistyczną. Jeśli ktoś mógłby uważać, że książka nie przypadnie mu do gustu, bo nie interesuje się Koreą - to w ogóle nie powinno przeszkadzać i warto się przełamać, aby poznać przejmującą opowieść o losie i decyzjach kobiet w trudnych i okrutnych czasach.  

 Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M 

1 komentarz:

  1. Zaciekawiłaś mnie tym opisem. Mimo wysokiego progu wejścia ta historia wydaje mi się intrygująca, zwłaszcza losy kobiet. Miło czyta się Twoje przemyślenia, nawet te o literackiej konstrukcji pod koniec.

    OdpowiedzUsuń

Jesteście dla mnie największą motywacją.
Dziękuję.
<3