Hello!
Zazwyczaj nie mam problemu z używaniem słowa „udało się” nawet, gdy coś wymagało ogromnych nakładów czasu, pracy i energii, ale w przypadku tej publikacji, to się nie udało. To było moje świadome, wytrwałe - albo zwyczajnie uparte - zawzięcie się, że opublikuję tekst w tym czasopiśmie, choćby nie wiem co i miało mnie to kosztować krew, pot i łzy. Tego akurat nie kosztowało, kosztowało trochę nerwów i mnóstwo czasu.
Ten tekst to w pewnym sensie druga część wpisu Moje przygody z czasopismami naukowymi - naprawdę zachęcam do przeczytania!
Dlaczego tak mi zależało na tekście w tym czasopiśmie? Bo gdy szykowałam moją pracę licencjacką (zatytułowaną Sposoby zapisu koreańskich nazw własnych (miejscowych i osobowych) w książkach wydawanych w języku polskim) około roku 2018 i szukałam do niej źródeł i odkryłam istnienie tego czasopisma, sądziłam, że oto odnalazłam Świętego Graala. Spędziłam więc dużo czasu przed komputerem i pół dnia w bibliotece, przeszukując spisy treści kolejnych numerów, licząc, że znajdę coś, co będę mogła wykorzystać w pracy. I co? I nic. W tym czasopiśmie do tej pory nie ukazał się żaden tekst dotykający koreańskich nazw własnych. Postanowiłam to osobiście zmienić.
Ale minęło trochę czasu zanim zdecydowałam się wysłać tam zgłoszenie. Po traumatycznych przeżyciach z recenzją do „Perspektyw kultury” nie chciałam sobie tego ponownie robić, ale jednocześnie nabrałam trochę pewności siebie podczas pisania pracy magisterskiej. Pierwsze zgłoszenie wysłałam w 2021 roku.
W sumie wysłałam 3 albo 4 zgłoszenia, z 4 lub 5 wersjami tekstu - jeśli dobrze liczę, ale mogło mi coś umknąć. Jest to trochę bardziej skomplikowane, bo ten pierwszy tekst i ten, który został opublikowany zatytułowany Adaptowanie do języka polskiego koreańskich nazw miast – historia standaryzacji i uzus, chociaż dotyczą nazw własnych, a dokładnie nazw miast, nie są do siebie w ogóle podobne. Z tych 4/5 tekstów, 2 na pewno zostały wysłane do recenzji, a wszystkie przeszły też rundę wprowadzania przeze mnie sugestii, które dostałam od samej redakcji czasopisma - podpowiedzieli mi mnóstwo rzeczy i źródeł, na które sama bym nie wpadła [tym bardziej, że jestem daleko od ośrodków akademickich i porządnej biblioteki (chociaż dostałam w Ostrołęce publikację o nazwach geograficznych z 1959 roku)], a które według redakcji były istotne. I jak wspominałam te recenzje, sugestie - to kosztuje człowieka wiele nerwów. Ale nie dlatego że jestem jakoś bardzo przywiązana do samego tekstu - jestem do jego koncepcji, ale nie kolejności słów czy tego, że mogłam coś źle (albo kolokwialnie) napisać, bo tu mam dużą świadomość, że podchodzę do tematu z bardzo dosłownie tekstowej i niezniuansowanej pozycji osoby po filologii polskiej z nienaukową i niezamierzoną tendencją do pisania w sposób ironiczny i oceniający. I naprawdę bardzo chętnie poprawiam moje teksty, wierząc, że i mi, i recenzentom zależy, aby były lepsze. Niestety obawa, że recenzenci napiszą coś złośliwego uderzającego we mnie osobiście, jest naprawdę wielka przez tę wspominaną pierwszą recenzję (od tamtej pory dostałam już kilkanaście recenzji i niektóre odrzucały moje teksty, ale żadna nie była tak obraźliwa i kąśliwa jak tamta i z każdym kolejnym rokiem utwierdzam się w przekonaniu, że tamten recenzent z jakiegoś nieuzasadnionego powodu zwyczajnie się na mnie wyżył i jego recenzja na dobrą sprawę nie była zbyt profesjonalna). Co nie zmienia faktu, że teraz do recenzji podchodzę bardzo, bardzo powoli i czytam je na raty.
Dostałam mniej więcej dwa tygodnie na wprowadzenie sugestii z recenzji, więc oczywiście zabrałam się za to 5 dni przed terminem (bo na przykład rozkręciłam i umyłam rower, zaczęłam pisać ten wpis albo oglądać nowy serial, aby tego nie robić). Ostatecznie wprowadzenie poprawek z jednej zajęło mi 15 minut, na drugą musiałam poświęcić dwa dni. Po odesłaniu poprawionej wersji miałam jeszcze obawę, że redakcja podejmie jednak mimo wszystko decyzję o niepublikowaniu mojego artykułu - niestety tak było z jedną z jego poprzednich wersji. Przeszła przez redakcję, recenzję, poprawki, ale ostatecznie redakcja nie zdecydowała się na jego publikację.
Gdyby się tak stało po raz kolejny, to po prostu wysłałabym go jeszcze raz (albo wysłała do innego czasopisma).
Wcześniej dostawałam wiadomości, że tekst jednak się nie ukaże na początku września, więc gdy tym razem przez cały miesiąc nie dostałam żadnej informacji (i calusieńki wrzesień byłam mocno zaniepokojona), byłam już gotowa, aby po weekendzie 4-5 października po prostu napisać do sekretarza redakcji, ale z samego rana w piątek przesłany został do mnie tekst do autoryzacji po korekcie językowej! CO (chyba) OZNACZA, ŻE NAPRAWDĘ UKAŻE SIĘ NA KONIEC GRUDNIA (to czasopismo to rocznik i ukazuje się 31 grudnia). Tak naprawdę, to nawet gdy odesłałam tę korektę, to jeszcze nie była pewna i czekałam na informację w sprawie umowy. I dopiero, gdy ją dostałam za jakiś miesiąc, to finalnie się uspokoiłam.
Gdy okazało się, że tekst zostanie opublikowany, miałam w głowie taki cichy głosik, że redakcja w końcu postanowiła umieścić go w numerze czasopisma właśnie dokładnie dlatego - abym już więcej do nich nigdy nie pisała. I chciałoby się deprecjonująco dla siebie, dopisać – nie marnowała ich czasu, ale mogli oni równie dobrze napisać mi, że nie, nigdy i wcale nie opublikujemy pani tekstu, a zamiast tego dostawałam od redakcji tonę uwag i wskazówek, aby tekst poprawić, więc postanawiam wierzyć, że widzieli oni jakiś potencjał w tej mojej pisaninie. (Ta teoria może być jednak trochę prawdziwa, biorąc pod uwagę, że mój tekst jest ostatnim przed częścią z recenzjami i nie znajduje się w części Artykuły i rozprawy, tylko w części Materiały i komunikaty - i jeśli mam być szczera, nie mam pojęcia, co to znaczy; wydaje mi się, że mój tekst to jest normalny artykuł, ale może rzeczywiście to bardziej zbiór danych i materiał dla kolejnych badaczy).
Gdy w grudniu tekst przyszedł do mnie jeszcze po recenzji i korekcie (już w pdf-ie) to muszę przyznać, że z jednej strony było to trochę nie do uwierzenia, z drugiej miałam tego artykułu serdecznie dosyć i bardzo się cieszę, że nie będę go już nigdy w życiu czytała od deski do deski, aby go jeszcze poprawiać. Ale było mi też trochę szkoda, bo - jak wspominałam, pisałam ten tekst z perspektywy redaktorki i celowałam moje ostrze krytyki w wydawnictwa, które jedno pisały w notach redaktorskich (będą polskie nazwy własne), a drugie robiły (w tekście były nazwy funkcjonujące po angielsku) i chciałam bardziej zwrócić uwagę na praktykę i rzeczywiste funkcjonowanie tych nazw. A zrobił się z tego poważny (mam nadzieję) tekst językoznawczy. I ja to rozumiem, a jednocześnie widzę, jak bardzo ten artykuł, stając się naukowym, stracił trochę błyskotliwości i osobowości. I muszę przyznać, że są w nim dwa szczególne miejsca, gdzie nie wiem, czy przekaz podsumowujący dany akapit jest wystarczająco jasny i dosadny. Ale rozumiem, dlaczego musi brzmieć, jak musi.
Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!
Trzymajcie się, M

Wielkie gratulacje. Twój upór i konsekwencja w dążeniu do celu robią wrażenie, zwłaszcza po tylu rundach poprawek i czekaniu na decyzję. Dobrze, że tekst w końcu ujrzał światło dzienne.
OdpowiedzUsuńGratuluję serdecznie! jak widać było trochę nerwów, ale myślę, że warto było się pomęczyć, bo publikacja w czasopiśmie naukowym to jednak duży sukces :)
OdpowiedzUsuńBrawo, brawo TY! Super - gratulacje :)
OdpowiedzUsuńGratuluję publikacji :) Rozumiem, że były różne stresy, ale fajnie, że się udało. :)
OdpowiedzUsuńOgromne gratulacje! :)
OdpowiedzUsuńPięknie! Gratulacje :) Wszystkiego najlepszego w nowym roku- kolejnych sukcesów i dużo zdrowia :)
OdpowiedzUsuńGratuluję takiego sukcesu!
OdpowiedzUsuńRównież gratuluję tak ogromnego sukcesu. Pokazujesz, że warto walczyć do końca i nie poddawać się tak szybko. Pozdrawiam serdecznie
OdpowiedzUsuń