środa, 29 lipca 2026

Spostrzeżenia po ekstrakcji ósemki

 Hello!

Najpopularniejszym i najczęściej odwiedzanym wpisem na tym blogu jest post z maja 2016 roku dotyczący moich spostrzeżeń po tym, jak miałam nogę w gipsie. Co prawda teraz nie jest już aż tak często wyszukiwany, ale wciąż jest całkiem popularny. Dlatego po kolejnej poważnej procedurze medycznej też pomyślałam, że mogę się podzielić spostrzeżeniami. 


Otóż w połowie lipca miałam przeprowadzoną ekstrakcję ósemki. Wiedziałam już od jakiegoś czasu, że czeka mnie ta procedura i w zeszłym roku okazało się, że nie mogę dłużej tego odwlekać, bo zrobią mi się komplikacje. Na wizytę u chirurga szczękowo-twarzowego czekałam 9 miesięcy i 2 tygodnie i po fakcie bardzo się cieszyłam, że nie musiałam zapłacić za  te tortury ten zabieg z własnej kieszeni. Dentyści i procedury stomatologiczne zupełnie mnie nie ruszają, wręcz mogłabym spać podczas zabiegów. Ale usuwanie ósemek trochę mnie przerażało. 

(Sądziłam, że ekstrakcja to poważne i uznane słowo, ale precyzyjnie to było operacyjne usunięcie zęba zatrzymanego).

Po pantomogramie okazało się, że moje dolne ósemki rosną sobie równolegle do podłogi, dosłownie poziomo i częściowo je widać, a częściowo siedzą w dziąśle. (O tym, że one rosną źle i nie wyszły do końca było wiadomo wcześniej - dlatego nie mógł mi ich usunąć stomatolog, tylko musiał chirurg - ale dokładna skala problemu nie była znana). Zdecydowałam, że najpierw pozbywamy się dolnej ósemki z prawej strony. Dostałam znieczulenie, poczekałam chwilę i się zaczęło... wiercenie. Wiercenie, wiercenie, więcej wiercenia. Bardzo głośnego. Trochę szarpania. Lekarz sam mówił, że mam dość uparty ząb i doprowadzenie do momentu, aż jakaś zaplanowana jego część się ułamała było dość problematyczne. I ten dźwięk łamania słyszany w głowie też jest bardzo, bardzo dziwny (musiałam zrobić jakąś przerażoną minę, na ile się dało, bo lekarz zaczął mnie zapewniać, że tak miało być). Bo jeśli jest jedna rzecz, której się u dentysty obawiam, to jest to, to że podczas manewrów przy jednym zębie, coś się stanie i zostaną uszkodzone inne zęby. 

Przy czym to nie tak, że coś boli. Przynajmniej nie dosłownie. Czuć dużo manipulacji i ciągnięcia. Miałam wrażenie, że praca przy tym zębie bardziej przypomina operację ortopedyczną i pracę w kopalni niż zabieg dentystyczny. Przyznam wręcz, że w pewnym momencie - mimo tego, że jak pisałam normalnie procedury stomatologiczne mnie nie ruszają - miałam ochotę wstać i uciec. Przy czym znów, zasadniczo nie czuje się bólu, natomiast ten ząb trzeba było siłowo wyciągnąć i to używanie siły naprawdę się udziela. Ja spocona, lekarz spocony. Ale zasadniczo wszystko poszło dobrze.

Dostałam receptę i polecenie, żeby od razu wziąć te przepisane leki (mimo ogólnego zakazu jedzenia i picia dwie godziny po zabiegu). Poszłam do apteki, myśląc, że w sumie jestem pacjentem po operacji i nie jestem pewna, czy powinnam sama chodzić po mieście, ale ogólnie nie czułam się źle. Wzięłam, co zostało mi przepisane, i robiłam okłady. Pro tip: do robienia okładów fantastyczne są żelowe wkłady chłodzące do takich dużych pojemników na ciasto. I uwaga bardziej niż ból czy dyskomfort samego dziąsła czy policzka, doskwierał mi ból gardła. Nie mam pojęcia, jak ludzie są w stanie tak naprawdę jeść te dwie godziny po zabiegu, bo mi po pierwsze przykurczyło szczękę, a po drugie mam ogromny dyskomfort przy przełykaniu. Mniej więcej podobny, jak po gastroskopii. A w brzuchu burczy, bo zjadłam śniadanie, a potem już nic, a zabieg miałam koło 13. Udało mi się wcisnąć banana i sok marchwiowy, a potem wyczytałam, że można - a nawet prawie trzeba - jeść lody, więc na kolację jadłam shake'a (co brzmi super, ale przy stanie mojego gardła, to zjedzenie go, zmęczyło mnie niemal, jak przebiegnięcie maratonu). A potem coś jeszcze, bo i leków tak za bardzo na pusty żołądek brać nie można. 

Piszę to przed południem następnego dnia (środa) po zabiegu i w tym momencie dyskomfort przy przełykaniu prawie minął, chociaż wciąż nie jest przyjemnie, przykurcz szczęki też (bo okazało się, że musiałam w pracy odebrać sporo telefonów, co w sumie było dobrym ćwiczeniem, ale przy usuwaniu kolejnej - już w styczniu! - nie będę udawała takiej dzielnej i wezmę zwolnienie lekarskie). Jestem opuchnięta (i wyglądam jak skrzyżowanie chomika z wiewiórką) i moja szczęka po prawej zrobiła się kwadratowa, ale ogólnie nie ma tragedii. Co jest fantastyczną wiadomością, bo po tym, jak bardzo czułam się rozbita w dniu zabiegu, miałam pewne obawy, co do dalszej rekonwalescencji (nie zapeszając! bo piszę to nawet nie 24 godziny po zabiegu).

Informacje z czwartku: rano nie było źle, jestem w stanie mniej więcej normalnie jeść, chociaż przykurcz szczęki dalej trzyma, ale nie boli mnie gardło. Pojawiło się też zasinienie opuchlizny, a po powrocie z pracy opuchlina się zwiększyła i zrobiła bardziej siniakowata. Zrobiłam sobie zimne okłady, co trochę pomogło, ale wrażenia estetyczne i wizualne są, no cóż, brzydkie. Także fakt tego, że mam szwy w buzi jest dla mnie bardzo, bardzo, bardzo dziwny. Same szwy mi nie przeszkadzają, ale dwie nitki czasami dotykają górnego dziąsła, co daje dziwne wrażenie czegoś pomiędzy łaskotaniem a ukuciem. Ale najdziwniejszy jest sam fakt szwów. 

Informacje z piątku: źle spałam, obudziłam się z większą opuchlizną niż wcześniej i ogólnie słabszym samopoczuciem. Przed południem czułam się słabo go tego stopnia, że dla własnego spokoju ducha sprawdzałam, gdzie jest najbliższe pogotowie stomatologiczne czy coś podobnego (bo trochę obawiałam się, że w weekend jeszcze mi się pogorszy). Po południu czułam się jednak dużo, dużo lepiej, opuchlizna zeszła znacząco, ale za to dół policzka zrobił się po prostu siniakiem, czymś o kolorze śliwki z żółtymi cieniami i strukturą piłeczki golfowej. 

Informacje z soboty: znów źle spałam, ale opuchlizna jest zdecydowanie mniejsza, a siniak bardziej żółto-fioletowy niż tylko fioletowy, ale wygląda strasznie. Gdy lekarz we wtorek po zobaczeniu prześwietlenia i usłyszeniu, którą ósemkę wybieram jako pierwszą do usunięcia, powiedział, że będę po tym tydzień chora, to nie tyle myślałam, że żartuje, co przesadza. Ale nie przesadzał. Dzisiaj do tych różnych rzeczy dołączyło podrażnienie wnętrza policzka. Nie wiem, czy to kwestia siniaka/opuchlizny, czy tego, że końcówki szwów mi je podrażniają. W każdym razie ja byłam przez to mocno rozdrażniona. 

Informacje z niedzieli: siniak jest bardziej żółty niż fioletowy, a moja twarz ma prawie normalny kształt. Podrażniony policzek aż tak mi nie dokuczał, ale i tak odliczałam do wtorku, gdy mają mi zdjąć szwy. Za to nabawiłam się bólu ucha i mam podejrzenie, że to od zimnych okładów.

Informacje po zdjęciu szwów (wtorek, pisane w środę): poczułam wolność, ale początkowe uczucie po ich zdjęciu było dziwne. Policzek od wewnątrz wydaje się rozorany, ale ogólne spuchnięcie prawie zeszło, po siniaku został jeszcze cień, ale wciąż czuć, że po tej prawej stronie była jakaś ingerencja.

Dwa tygodnie później wciąż czuję, że po tej prawej stronie było coś robione i trochę dziwnie mi się tą stronę je, ani nic nie boli, ani nie jest podrażnione i ogólnie jest w porządku.

To jest ostatni wpis przed tradycyjnym sierpniowym blogowym urlopem (a na mój prawdziwy muszę jeszcze poczekać do września!), wracam na bloga z końcem sierpnia, ale postaram się zaglądać i komentować wasze blogi i wpisy! Zawsze polecam śledzić mnie także na Instagramie - tam bywam naprawdę aktywna!

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 

 

sobota, 25 lipca 2026

Kinowe plany 2026 #2

 Hello!

Nie wierzę, po prostu nie wierzę, ale zapomniałam o kinowych planach na drugą połowę roku. Co jest pewnym osiągnięciem, biorąc pod uwagę, że pracuję w instytucji, która ma kino i na co dzień dbam o informowanie o jego repertuarze w social mediach. Ale może to i nie gorzej, bo przez pracę i sezon urlopowy nie mogłam wziąć wolnego w urodziny. Więc dzisiaj nie będzie tradycyjnego wpisu „zdjęcia z dnia urodzin co godzinę”, a właśnie spóźniony wpis kinowy.

 

LIPIEC

Odyseja

Wybieramy się z braćmi specjalnie na ten pokaz do Warszawy, ale planowanie dat idzie nam nienajlepiej, więc trzymajcie kciuki, aby udało nam się tam dotrzeć!

Spider-Man: Całkiem nowy dzień

To takie miłe uczucie, że twórcy tego dzieła musieliby zrobić bardzo wiele rzeczy źle, aby ten film nie wyszedł dobry, a ogólnie – Spider-Man to taki bezpieczny superbohater, aby się nie zawieść. 

WRZESIEŃ

Niebo nad Normandią

Raczej nie pójdę na tej film do kina, ale gdy już będzie możliwość obejrzenia go w domu, to z ciekawością to zrobię.

Lalka

Jestem polonistką, więc mam obowiązki polonistyczne!

PAŹDZIERNIK

The Social Reckoning: W sieci konsekwencji

Pierwsze informacje o tym filmie dotarły do mnie w w haśle: „Druga część The Social Network!”. A ja bardzo lubię ten film. Przy czym z tym byciem „drugą częścią” - nie wiem, czy to jest oficjalne hasło czy po prostu naturalna kolej rzeczy, bo The Social Reckoning: W sieci konsekwencji dotyczy sprawy z 2021 - tego że Facebook wiedział o swoim szkodliwym wpływie na społeczeństwo – i sygnalistki Frances Haugen oraz dziennikarza Jeffa Horwitza. 

GRUDZIEŃ

Diuna: Część trzecia

Nie byłam na dwóch pierwszych częściach w kinie (widziałam je w domu), ale na tę pójdę.

Avengers: Doomsday

Zastanawiam się, jak będą wyglądały seanse w moim kinie, skoro ten film i Diuna wychodzą tego samego dnia i mam nadzieję, że to jednak Avengers: Doomsday dostanie pierwszeństwo. Choć jednocześnie zupełnie nie jestem na ten film podekscytowana. Na przykład w najnowszym zwiastunie najbardziej cieszyłam się, że zobaczyliśmy Profesora X i Magneto, a nie Fantastyczną Czwórkę.

A wy na jakie premiery czekacie?

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

wtorek, 21 lipca 2026

Jak to w zbiorze opowiadań - Niedopasowani

 Hello!

Nie przepadam za opowiadaniami - myślę, że pisałam to już nie raz i nie dwa na blogu, a jednak czasami sięgam po taką formę literacką. Na przykład dzisiaj - bo to zbiór chińskich opowiadań wydany przez Wydawnictwo Yumeka i nie mogłam go nie wypożyczyć, gdy zobaczyłam Niedopasowanych w bibliotece. Zrobiłam przeszukanie i - tak jak przypuszczałam - to jedyna książka tego wydawnictwa, którą można wypożyczyć w ostrołęckich bibliotekach.

Tytuł: Niedopasowani. Antologia chińskich opowiadań 
Autorzy: Zhang Yueran, Xiao Hong, Tie Ning, Lao She, Liang Hong, Zheng Zhi
Tłumaczenie: Magdalena Stoszek-Deng (1, 6), Marta Torbicka (2, 3, 4, 5)
Wydawnictwo: Wydawnictwo Yumeka

Niedopasowani to zbiór wyrazistych opowieści o tych, którzy są „inni” – zagubionych marzycielach, wrażliwych buntownikach i ludziach skazanych na samotność. Można ich znaleźć wszędzie wokół, przemierzających zatłoczone ulice chińskich miast lub zaciszne wiejskie ścieżki.
Przed Tobą sześć historii: o młodym malarzu i napotkanej przypadkiem sierocie, o nastoletniej uczennicy, o niewinnym kłamstwie, które ogromnie wpłynęło na życie pewnego mężczyzny, o pracowniku naukowym powracającym do Chin po studiach za oceanem, o samozwańczym strażniku sprawiedliwości oraz o dość nietypowym wujku.
Znajdziesz w nich zaskakujące zwroty akcji, poruszające portrety codzienności osób „niedopasowanych” do społecznych norm a momentami także nieoczekiwany humor. Zanurz się w tych niezwykłych opowieściach i znajdź nowe spojrzenie na odmienność oraz na własne życie.

(opis wydawnictwa) 

Fajerwerki w kształcie zwierząt - Zhang Yueran - ciekawe opowiadanie, w pewnym momencie poczułam się prawdziwie zaintrygowana i jego rozwojem, i tematami, których dotyka, ale zakończenie, przyznam niespodziewane, przyszło zbyt szybko i nie zrobiło na mnie takiego wrażenia, jakie by mogło. 

Dłonie - Xiao Hong - rozumiem to opowiadaniem i wiem, co chciano nim przekazać, ale niestety - albo stety, bo nie wykluczam, że jest to zrobione specjalnie - emocjonalnie jest ono bardzo monotonne. 

Dziennik gubernatora prowincji - Tie Ning - to opowiadanie podobało mi się bardziej niż poprzednie; jednocześnie bardziej niż Dłonie jest przykładem tego, dlaczego za opowiadaniami nie przepadam. Trudno mi o nim napisać, bo z jednej strony ciekawe eksploruje podejmowane tematy, a szczególnie jeden, ale z drugiej - chociaż rozumiem literackie założenia opowiadania - jego punkt kulminacyjny i następujące zakończenie wypadło rozczarowująco płasko, choć jednocześnie jest jego najbardziej dynamicznym fragmentem. 

Poświęcenie - Lao She - już po pierwszych słowach tego opowiadania widać było, że bardzo wyróżnia się od pozostałych. Nie tylko językowo, ale także trudno definiowaną literackością oraz nawet napisałabym pewną aurą intelektualizmu. I wpływ na to ma nie tylko fakt, że dzieje się w środowisku akademickim. Ale tematyka opowiadania jest nieco bardziej przyziemna. A puenta? Przyszpilająca. Tak się powinno kończyć opowiadania.

Święty Dequan - Liang Hong - znów, podobnie jak w poprzednich opowiadaniach, wydaje mi się, że wiem, co jest przesłaniem opowiadania, co chce przekazać, podejmowane zagadnienie jest warte eksploracji, ale wykonanie - w najlepszym razie takie sobie. I tym razem nie jest to nawet kwestia tego, że opowiadanie wydaje mi się za krótkie - a wręcz przeciwnie. To aż prosiło się o bardziej zwięzłą formę. Odniosłam wrażenie, że było w nim zbyt wiele niepotrzebnych wtrąceń i elementów, które zamiast dodawać do opowieści kontekstu, tylko ją rozwadniały. Ale to opowiadanie podobało mi się koncepcyjnie i tematycznie. 

Jeż - Zheng Zhi -  z jednej strony to ciekawe opowiadanie, zastanawiałam się dokąd przedstawiana historia zmierza, z drugiej - trochę mnie znudziło i miałam delikatny problem z dobrnięciem do końca. Ostatecznie, aby być sprawiedliwą, powinnam je chyba przeczytać jeszcze raz, ale po pierwszej lekturze, oprócz robienia wrażenia długością, jego inne (na pewno istniejące) zalety pozostają przede mną ukryte.

Podsumowując, jak to w zbiorze opowiadań - są opowiadania lepsze, są opowiadania gorsze. Na pewno wydawnictwo rzetelnie przedstawiło tę książkę w blurbie i jako przegląd współczesnych chińskich opowiadań o różnych odcieniach inności czy niedopasowania sprawdza się świetnie. Natomiast nie przyczyniło się do tego, że polubiłam opowiadania jako formę literacką, ale wiedziałam, co robię, zabierając się za czytanie. Może tylko jeszcze dodam, że książka ma 191 stron.

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

Trzymajcie się, M

 

piątek, 17 lipca 2026

Każda sobie (?) - Matczyzna

 Hello!

Raczej nie czytam książek obyczajowych, a ta sklasyfikowana jest jako literatura piękna. Poza pracą i książkami non-fiction czytam też niewiele polskich autorów i autorek, ale akcja książki Matczyzna odnosi się do i częściowo dzieje na Kurpiach Zielonych i w zeszłym roku wywołała trochę poruszenia wśród niektórych osób piszących o tym regionie w internecie. I mniej więcej z tego powodu, chociaż nie tylko, po nią sięgnęłam.

Tytuł: Matczyzna
Autorka: Małgorzata Żebrowska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

 „Matczyzna” to opowieść o losach kobiet. O nierozerwalnych więziach. O traumie pokoleniowej. Krysia – babka. Marta – matka. Basia – córka. Historia utkana z wielowarstwowych emocji, mistrzowska w subtelnym zarysowaniu portretów psychologicznych. Autorka z niezwykłą wrażliwością ukazuje, jak przeszłość odciska się na kolejnych pokoleniach, a niezałatwione sprawy rzutują na losy potomnych.
To portret zbiorowy kobiet w różnych planach historycznych i obyczajowych. Opowieść o ewolucji przymusów towarzyszących kobietom w określonych okolicznościach i czasach. O formach odreagowywania, o wymówkach i ucieczkach – od męża, od przemocy, w alkohol, w seks. Przez pokolenia trwająca sztafeta pokory i pogardy, czasem wobec innych, czasem wobec siebie.
„Matczyzna” to więcej niż historia o rodzinnych sekretach i duchach minionych dni – to rzecz o kobiecej sile, cenie niezależności, dziedzictwie, które nosimy w sobie. Lektura dla tych, którzy w literaturze szukają nie tylko intrygującej fabuły, lecz także emocjonalnej prawdy, niuansów psychologicznych i kunsztownie odmalowanych realiów minionych epok. 

(opis wydawnictwa) 

Matczyzna ma 3 bohaterki - trzy pokolenia kobiet wywodzących się z podmyszynieckiej wsi, chociaż nazwa Myszyniec zostaje w opowieści zmieniona. Najmłodszą i najstarszą poznajemy już na pierwszych stronach, ale Martę dopiero na 100. Książka podzielona jest na sześć nierównych części, a rozdziały prowadzone są przez poszczególne bohaterki. W rozdziałach Basi (teraźniejszość/wnuczka) narracja prowadzona jest pierwszoosobowo, natomiast w rozdziałach Krysi (babka) i Marty (matka) mamy do czynienia z narratorem trzecioosobowym, prowadzonym jednak w dużej mierze z perspektywy bohaterek. Podobnie jak części książki, rozdziały także są nierówne - i nie jest to uwaga odnosząca się wyłącznie do ich długości i proporcji, ale także do jakości. Nie wiem, dlaczego nie zdecydowano się na zawarcie w publikacji spisu treści, bo bardzo by się przydał, chociażby do ocenienia właśnie długości poszczególnych rozdziałów, tego, czy każdej bohaterce poświęcono tyle samo przestrzeni.

Tą książkę czyta się naprawdę szybko, ale nie wiem, czy to dobrze, biorąc po uwagę, że nawet przy skupieniu się na lekturze, często miałam problem z pamiętaniem historii Krysi i Marty. To znaczy bardzo szybko pomieszały mi się ich punkty wyjściowe, z którego miejsca je znałam. Nie pomogło też to, że historia Marty jest przedstawiona trochę achronologicznie. Wiem też, że niestety bardzo szybko zapomnę opowieść przedstawioną w tym tytule, między innymi dlatego, że trochę się mieszała, ale też dlatego, że autorka daje zbyt wielu jasnych czasowych punktów odniesienia (doliczyłam się 3), a niekiedy rozdziały przedstawiają dość rozległe perspektywy czasowe (np. w przypadku Krysi bardzo trudno mi powiedzieć, jaka dokładnie jest różnica wieku pomiędzy jej dziećmi; wydaje się, że może to być około 3 lat, ale pewności nie mam; albo nagle mija pół roku ciąży bohaterki). Mimo takiego zewnętrznego uporządkowania na części i rozdziały, we wnętrzu rozdziałów bywa chaotycznie.

Co wydało mi się ciekawe to fakt, że zazwyczaj w kontekście międzypokoleniowej traumy sięga się do wojny pierwszej lub drugiej, a tutaj najdawniejszy jasno określony punkt w przeszłości to rok 1952, więc wszystko dzieje się po wojnie i skupia na traumach ciężkiego życia codziennego (chociaż gdzieś jakieś wspomnienie o froncie było). 

Przechodząc do nieco bardziej oceniającej części tego tekstu - muszę napisać, że pierwszy rozdział, którego główną bohaterką jest Basia, zupełnie nie zachęcał do dalszej lektury. Odmalowany portret bohaterki nie jest zbyt sympatyczny, a na dodatek autorka używa bardzo twardego, ciężkiego języka, w niemalże każdym miejscu, gdzie można byłoby użyć zupełnie neutralnego wyrazu, decyduje się na jakiś ciężki, niemalże obarczony negatywnymi konotacjami synonim. Kolejne rozdziały nie są już takie, chociaż autorka nie stroni od naturalistycznych, odnoszących się bardzo blisko do odczuć zmysłowych opisów. Przy czym to, że rozdziały Basi są pod wieloma względami najsłabsze - mimo pewnych zastosowalnych w nich ciekawych zabiegów - pozostaje prawdą do końca książki. 

Druga rzecz jest niestety taka, że około połowy Matczyzna zaczęła mnie zwyczajnie nudzić. Nawet nie chodziło o to, że przestały mnie interesować losy bohaterek, a bardziej o to, że było wiadomo do jakiego punktu ich losy prowadziły i przestało mi się wydawać, że ta lektura możne przynieść ani im, ani mi jakiegoś rodzaju katharsis. Za to coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że - nie wiem, czy zamierzonym - to tak naprawdę opowieść o jednak bardzo indywidualnych bohaterkach i chociaż przedstawionych w kontekście rodziny i pokazanych (przynajmniej w niektórych momentach) jako bardzo jej oddanych, to jednak ostatecznie trochę tak, że każdy sobie rzepkę. Albo po prostu, że każdy człowiek nosi w sobie swoją własną historię - przy czym jej poznanie niekoniecznie musi oznaczać zrozumienie, jeśli popatrzy się na daną osobę ze swojej własnej perspektywy, czy przez pryzmat tego, jak ona się do kogoś odnosi. A wracając do relacji z czytania - ostatnie około 50 stron bardziej męczyłam, niż czytałam. Nie wspominałam wyżej, ale Matczyzna ma 310 stron. 

Jest takie popularne w internecie słowo sonder - z tego, co sprawdziłam to angielski neologizm (więcej o nim tutaj  - które oznacza (nagłe) uświadomienie sobie, że ludzie dookoła prowadzą równie skomplikowane życie i mają swoją historię, jak osoba obserwująca. I trochę miałam wrażenie, że ta książka była częściowo eksploracją tego tematu. Bo widzimy bohaterki oczami innych bohaterek, ale my znamy ich historie, a one nawzajem o swojej przeszłości (ale też o swoim własnym dzieciństwie) nie wiedzą. Ba, niekiedy nawet wiedząc, jak bohaterki znalazły się w danych miejscach, trudno rozpoznać w nich postacie, z których perspektywy wcześniej poznawaliśmy. Bohaterki są dla siebie nawzajem osobami bez historii, bo z tego, co możemy dowiedzieć się z kart książki - prawie ze sobą nie rozmawiają, nie są dla siebie w ten sposób dostępne. 

Wspominałam na początku, że ta książka wywołała pewne poruszenie wśród osób zainteresowanych Kurpiami i sądziłam, że będą one odgrywały w książce większą rolę, ale jest ich zaskakująco - aby nie napisać rozczarowująco - mało.  

Myślę, że jeśli opis was zachęca i lubicie tego typu książki i taką kobiecą i wielopokoleniową tematykę, to warto po Matczyznę sięgnąć, ale jeśli wiecie, że to nie jest wasz gatunek i temat, to nie byłabym pewna, że to dobra propozycja, aby się przekonać i zmienić zdanie.  

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 

poniedziałek, 13 lipca 2026

Czego można oczekiwać - Minionki i straszydła

 Hello!

Miałam taką teorię - opartą na obserwacji sprzedaży biletów w kinie w moim mieście - że Minionki i straszydła sprzedają się lepiej niż Toy Story 5, bo nie mają w tytule liczby sugerujące, że trzeba przed seansem zobaczyć 4 inne filmy, aby zobaczyć kolejną część. Co nie do końca się przekłada na rzeczywistość, chociaż z tego, co udało mi się sprawdzić, to w pierwszym tygodniu wyświetlania filmów Minionki zobaczyło w Polsce o 100 tysięcy osób więcej, niż Toy Story 5, które jednak ogólnie i na świecie radzi sobie lepiej niż Minionki. Mnie samą Toy Story przestało interesować po 3 odsłonie cyklu i dwóch kolejnych już nie widziałam i nawet nie planuję. Przy czym czwartego filmu z serii Jak ukraść Księżyc też nie widziałam... ani filmu Minionki: Wejście Gru. Co w zasadzie tylko potwierdza, że na Minionki i straszydła można pójść nie wiedząc zupełnie nic o poprzednikach (chociaż mam wrażenie, że trudno w dzisiejszych czasach nic nie wiedzieć o Minionkach).

Ale o czym jest ten nowy Minionkowy film? Minionki tułają się po świecie - mitologicznym i legendarnym - szukając nowego szefa. Idzie im to lepiej lub gorzej, aż w końcu nieco przypadkiem trafiają do Hollywood około roku 1927, gdzie robią zaskakującą i zawrotną karierę. Dopóki w filmach nie pojawił się dźwięk. Wszyscy wiemy, jak Minionki mówią, więc filmy dźwiękowe pogrążają ich karierę. Do czasu. Aż James (to nasz utalentowany artystycznie Minionek-reżyser) nie wpada na pomysł, aby zrobić film... Minionki i straszydła. Potrzebuje tylko straszydła, najlepiej więcej niż jednego. W tym pomaga mu Ed, który zabrał księgę czarów od jednego z ich poprzednich szefów, oraz Henry - najlepszy przyjaciel Jamesa. Pierwsze, co przywołują, nie wydaje się potworne, ale potem ściągają na siebie prawdziwe koszmary. W tym samym czasie reszta tego plemienia Minionków szuka nowego szefa i znajduje go w... kosmicie imieniem Dort. 

Może zacznę od kilku prostych punktów: samo dotarcie Minionków do Hollywood zajmuje jakieś pół godziny, później ich "kariera" pokazana jest dość szybko, Minionki spotykają na swojej drodze zasadniczo 3 (chociaż w sumie 2) straszydła do czasu, aż na ekranie pojawia się największe straszydło. A James w zasadzie bardzo niewiele tego swojego filmu, w pewnym sensie, robi. Nie miałam wielkich założeń ani wymagań wobec tego filmu, ale jednak spodziewałam się większej liczby potworów. I trochę tego, że będą odrobinę straszniejsze. Bo można się przyczepić, że to taki film niby dla dzieci, ale nie dla dzieci - i to nie tylko ze względu na założenie, że Minionki z naturą służą największemu złolowi czy to, że humor momentami bywa frywolny, ale także dlatego, że nawet dla dorosłego widza (a dla widza poza USA w ogóle chyba więcej) wiele z intertekstualności tej animacji będzie nie do wyłapania. I z jednej strony nie musi być, ale z drugiej nawiązań do starego kina i ogólnych realiów tamtego czasu, ba! nawiązań do literatury jest w tym filmie ogromnie dużo. I niewyłapanie tego nie zepsuje seansu, ale wyłapanie na pewno doda do doświadczenia. Na przykład potwory nawiązują do Cthulhu i mają imiona po H.P. Lovecrafcie. Ogólnie jednak to wciąż film o Minionkach i chyba jego najlepszą sceną jest ostatecznie ta, gdy kierują pociągiem. Albo Shinkansenem - bo chociaż język Minionków jest specyficzny, co nie znaczy, że niezrozumiały i oprócz licznych słów z włoskiego, które można w nim usłyszeć, to w tym filmie bardzo rzuciły mi się w uszy dwa inne - właśnie Shinkansen (co jest bardzo, bardzo zabawne, bo film niby toczy się w latach 20 XX wieku) oraz kawaii. Przyznam, że wsłuchiwanie się w to, co mówią Minionki, aby usłyszeć jakieś znane słowa, było jedną z zabawniejszych rzeczy podczas seansu.

Minionki składające hołd kinu i robieniu filmów, utalentowany James, który podąża za swoimi marzeniami i ma prawdziwych przyjaciół, którzy go wspierają w tej drodze, oraz resztę Minionków, która ostatecznie też przyjdzie z pomocą, zaskakujący wątek robota - to jest film o Minionkach, który nie obraża inteligencji widza i jest w zasadzie wszystkim, czego można oczekiwać od filmu, którego głównymi bohaterami są te małe żółte stworki.  

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 

czwartek, 9 lipca 2026

Wszystkie k-popowe piosenki z ice cream w tytule

Hello!

Jak wspominałam, jestem zawalona pracą i gdyby nie to, że we wtorek wieczorem eM (eM poleca) napisała: „Wszystkie piosenki z ice cream w tytule w k-popie!”, to nie byłoby dziś wpisu. Hipoteza robocza była taka, że nie ma lata bez piosenki z lodami w tytule. Zobaczmy, ile takich utworów udało mi się znaleźć i ile z nich naprawdę zostało wypuszczonych w okresie letnim.

 


MC MONG
Ice Cream
2006

f(x)
Ice Cream
4.05.2010

Joo&Leeteuk 
Ice Cream
2011

Hyuna
Ice Cream
22.10.2012 

Red Velvet
Ice Cream Cake 
16.03.2015


Brown Eyed Girls
Time of the ice cream
5.11.2015

Junho
Ice Cream (japońska)
26.06.2017

TWICE
Ice Cream
20.02.2017

S2U
Ice Cream
5.01.2018

BBURECTOR
Ice Cream
28.06.2018

oceanfromtheblue
ice cream
20.07.2020

GUGUDAN/OGUOGU
ICE CHU
27.07.2020

BLACKPINK ft. Selena Gomez
Ice Cream
28.08.2020

 

Red Mint
Ice Cream
21.03.2021

NTX
Choco Ice Cream
30.03.2021

TXT
Ice Cream
30.05.2021

Hyunjin
ice.cream
12.08.2022

Lee Seohyun
Ice Cream
4.08.2023

TFN
ICE CREAM
17.08.2023

Jeon Somi
Ice Cream
2.08.2024

Yuna
Ice Cream
26.03.2026


 

Secret
Ice Cream
18.06.2026

Yeonjun
Ice Cream
10.07.2026 (a ta nawet jeszcze się nie ukazała!)

Udało mi się znaleźć 23 piosenki i był to chyba jeden z najszybszych researchów, które przeprowadziłam. Co może oznaczać, że ominęłam niepromowane utwory, ale wciąć nie wszystkie piosenki to główne/promowane single, ale wiele z nich takimi było. Teraz sprawdzamy hipotezę. Za miesiące wakacyjne uznajemy czerwiec, lipiec i sierpień. Mamy więc 11 letnich piosenek z Ice Cream w tytule. Przy czym nie udało mi się zweryfikować dat wypuszczenia dwóch utworów z listy. Wygląda na to, że zaskakująco rok 2025 cierpiał na brak lodowej piosenki, ale w tym będziemy mieć/mamy, gdy ten wpis się ukazuje już trzecią. Kolejna wyraźna dziura to rok 2019 i 2016. W roku 2021 były piosenki z ice cream w tytule, ale żadna z nich nie ukazała się latem. Przy czym należy zauważyć to, że nawet jeśli piosenka ma ice cream w tytule i nawet jeśli została wydana w miesiące wakacyjne to niekoniecznie musi być letnia i w ogóle mieć coś wspólnego z lodami. Ale to nie czas i miejsce na taką analizę, to tylko lista!

Jeśli wiecie o innych piosenkach z lodami w tytule, koniecznie dajcie mi znać, będę uzupełniała listę!  

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 



środa, 1 lipca 2026

K-pop 2026 - czerwiec

 Hello!

 Kilka słów o kilku czerwcowych comebackach!

 

SHINee - Atmos

Widziałam, że internet podzielił się na dwie drużyny: Atmos nie brzmi jak piosenka Shinee oraz Atmos jest jak View. I ja zdecydowanie zaliczam się do drugiej grupy - już po 20 sekundach pomyślałam sobie, że Atmos to egzotyczny kuzyn View. W znaczeniu, że jest bardziej intensywne. Przy czym nie napiszę, że przy pierwszym przesłuchaniu bardzo mi się Atmos podobało, bo nie byłaby to prawda. 

Podoba mi się teledysk, ale musiałam obejrzeć go 3 razy, aby do końca załapać koncepcję i okazał się bardzo wzruszający. 

Pozostałe piosenki z albumu także mi się podobają, ze Still Raining na czele. 

FIFTY FIFTY

Like a Bubble, czyli główny singiel, wcale mi się nie podoba, ale Spotify odtworzyło mi kolejne piosenki z płyty Imperfect-I'mperfect zespołu, gdy czytałam książkę, i to są naprawdę porządne interesujące utwory, o zdecydowanie mocniejszych (ale nie w znaczeniu, że rockowych) brzmieniach. Like a Bubble wydaje się wręcz koncepcyjnym błędem na tej płycie w zestawieniu z pozostałymi utworami. Więc nie dajcie się zniechęcić singlowi i posłuchajcie reszty piosenek, bo naprawdę warto.

MEOVV - DDI RO RI

O WOW. To trzeba usłyszeć i zobaczyć, bo DDI RO RI to jest jest prawdziwe zjawisko. Podobnie zresztą jak Hit' Em. Ale mi najbardziej podoba się Revenge - szkoda, że nie dostaliśmy żadnego wykonania tej piosenki.

dodree - HAWWAH

Jest mi bardzo smutno, bo niewiele - prawie żaden - zespół od kilku lat nie robi porządnych konceptualnych comebacków, ale dodree przybyło uratować kpop, poprzez połączenie go z bardziej tradycyjną muzyką i dziewczyny zdecydowanie są jednym z najciekawszych muzycznych aktów w Korei. Ich dwie pierwsze piosenki bardzo mi się podobały, a teraz pojawiły się kolejne 3 i też są bardzo dobre. Jedyna uwaga - można sobie było darować AI w teledysku.

RIIZE - Do your dance

To przyjemna, wesoła, letnia piosenka, ale najciekawsze jest w niej to, że head, hips, shoulders, toes jest w niej po angielsku, bo istnieje milion piosenek, w których nazwy tych części ciała są śpiewane po koreańsku (pierwsze do głowy przychodzi mi H.S.K.T. Lee Hi, chociaż tam mamy knee zamiast shoulders), a już szczególnie koreańska wersja od stóp do głów zaliczana jest do najbardziej nadużywanych słów piosenek w k-popie. 

A z minialbumu najbardziej podoba mi się Overdrive

PS Pamiętam o AI/wirtualnych idolach i w lipcu będę miała więcej czasu, więc na pewno w końcu o nich napiszę! 

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M