środa, 29 lipca 2026

Spostrzeżenia po ekstrakcji ósemki

 Hello!

Najpopularniejszym i najczęściej odwiedzanym wpisem na tym blogu jest post z maja 2016 roku dotyczący moich spostrzeżeń po tym, jak miałam nogę w gipsie. Co prawda teraz nie jest już aż tak często wyszukiwany, ale wciąż jest całkiem popularny. Dlatego po kolejnej poważnej procedurze medycznej też pomyślałam, że mogę się podzielić spostrzeżeniami. 


Otóż w połowie lipca miałam przeprowadzoną ekstrakcję ósemki. Wiedziałam już od jakiegoś czasu, że czeka mnie ta procedura i w zeszłym roku okazało się, że nie mogę dłużej tego odwlekać, bo zrobią mi się komplikacje. Na wizytę u chirurga szczękowo-twarzowego czekałam 9 miesięcy i 2 tygodnie i po fakcie bardzo się cieszyłam, że nie musiałam zapłacić za  te tortury ten zabieg z własnej kieszeni. Dentyści i procedury stomatologiczne zupełnie mnie nie ruszają, wręcz mogłabym spać podczas zabiegów. Ale usuwanie ósemek trochę mnie przerażało. 

(Sądziłam, że ekstrakcja to poważne i uznane słowo, ale precyzyjnie to było operacyjne usunięcie zęba zatrzymanego).

Po pantomogramie okazało się, że moje dolne ósemki rosną sobie równolegle do podłogi, dosłownie poziomo i częściowo je widać, a częściowo siedzą w dziąśle. (O tym, że one rosną źle i nie wyszły do końca było wiadomo wcześniej - dlatego nie mógł mi ich usunąć stomatolog, tylko musiał chirurg - ale dokładna skala problemu nie była znana). Zdecydowałam, że najpierw pozbywamy się dolnej ósemki z prawej strony. Dostałam znieczulenie, poczekałam chwilę i się zaczęło... wiercenie. Wiercenie, wiercenie, więcej wiercenia. Bardzo głośnego. Trochę szarpania. Lekarz sam mówił, że mam dość uparty ząb i doprowadzenie do momentu, aż jakaś zaplanowana jego część się ułamała było dość problematyczne. I ten dźwięk łamania słyszany w głowie też jest bardzo, bardzo dziwny (musiałam zrobić jakąś przerażoną minę, na ile się dało, bo lekarz zaczął mnie zapewniać, że tak miało być). Bo jeśli jest jedna rzecz, której się u dentysty obawiam, to jest to, to że podczas manewrów przy jednym zębie, coś się stanie i zostaną uszkodzone inne zęby. 

Przy czym to nie tak, że coś boli. Przynajmniej nie dosłownie. Czuć dużo manipulacji i ciągnięcia. Miałam wrażenie, że praca przy tym zębie bardziej przypomina operację ortopedyczną i pracę w kopalni niż zabieg dentystyczny. Przyznam wręcz, że w pewnym momencie - mimo tego, że jak pisałam normalnie procedury stomatologiczne mnie nie ruszają - miałam ochotę wstać i uciec. Przy czym znów, zasadniczo nie czuje się bólu, natomiast ten ząb trzeba było siłowo wyciągnąć i to używanie siły naprawdę się udziela. Ja spocona, lekarz spocony. Ale zasadniczo wszystko poszło dobrze.

Dostałam receptę i polecenie, żeby od razu wziąć te przepisane leki (mimo ogólnego zakazu jedzenia i picia dwie godziny po zabiegu). Poszłam do apteki, myśląc, że w sumie jestem pacjentem po operacji i nie jestem pewna, czy powinnam sama chodzić po mieście, ale ogólnie nie czułam się źle. Wzięłam, co zostało mi przepisane, i robiłam okłady. Pro tip: do robienia okładów fantastyczne są żelowe wkłady chłodzące do takich dużych pojemników na ciasto. I uwaga bardziej niż ból czy dyskomfort samego dziąsła czy policzka, doskwierał mi ból gardła. Nie mam pojęcia, jak ludzie są w stanie tak naprawdę jeść te dwie godziny po zabiegu, bo mi po pierwsze przykurczyło szczękę, a po drugie mam ogromny dyskomfort przy przełykaniu. Mniej więcej podobny, jak po gastroskopii. A w brzuchu burczy, bo zjadłam śniadanie, a potem już nic, a zabieg miałam koło 13. Udało mi się wcisnąć banana i sok marchwiowy, a potem wyczytałam, że można - a nawet prawie trzeba - jeść lody, więc na kolację jadłam shake'a (co brzmi super, ale przy stanie mojego gardła, to zjedzenie go, zmęczyło mnie niemal, jak przebiegnięcie maratonu). A potem coś jeszcze, bo i leków tak za bardzo na pusty żołądek brać nie można. 

Piszę to przed południem następnego dnia (środa) po zabiegu i w tym momencie dyskomfort przy przełykaniu prawie minął, chociaż wciąż nie jest przyjemnie, przykurcz szczęki też (bo okazało się, że musiałam w pracy odebrać sporo telefonów, co w sumie było dobrym ćwiczeniem, ale przy usuwaniu kolejnej - już w styczniu! - nie będę udawała takiej dzielnej i wezmę zwolnienie lekarskie). Jestem opuchnięta (i wyglądam jak skrzyżowanie chomika z wiewiórką) i moja szczęka po prawej zrobiła się kwadratowa, ale ogólnie nie ma tragedii. Co jest fantastyczną wiadomością, bo po tym, jak bardzo czułam się rozbita w dniu zabiegu, miałam pewne obawy, co do dalszej rekonwalescencji (nie zapeszając! bo piszę to nawet nie 24 godziny po zabiegu).

Informacje z czwartku: rano nie było źle, jestem w stanie mniej więcej normalnie jeść, chociaż przykurcz szczęki dalej trzyma, ale nie boli mnie gardło. Pojawiło się też zasinienie opuchlizny, a po powrocie z pracy opuchlina się zwiększyła i zrobiła bardziej siniakowata. Zrobiłam sobie zimne okłady, co trochę pomogło, ale wrażenia estetyczne i wizualne są, no cóż, brzydkie. Także fakt tego, że mam szwy w buzi jest dla mnie bardzo, bardzo, bardzo dziwny. Same szwy mi nie przeszkadzają, ale dwie nitki czasami dotykają górnego dziąsła, co daje dziwne wrażenie czegoś pomiędzy łaskotaniem a ukuciem. Ale najdziwniejszy jest sam fakt szwów. 

Informacje z piątku: źle spałam, obudziłam się z większą opuchlizną niż wcześniej i ogólnie słabszym samopoczuciem. Przed południem czułam się słabo go tego stopnia, że dla własnego spokoju ducha sprawdzałam, gdzie jest najbliższe pogotowie stomatologiczne czy coś podobnego (bo trochę obawiałam się, że w weekend jeszcze mi się pogorszy). Po południu czułam się jednak dużo, dużo lepiej, opuchlizna zeszła znacząco, ale za to dół policzka zrobił się po prostu siniakiem, czymś o kolorze śliwki z żółtymi cieniami i strukturą piłeczki golfowej. 

Informacje z soboty: znów źle spałam, ale opuchlizna jest zdecydowanie mniejsza, a siniak bardziej żółto-fioletowy niż tylko fioletowy, ale wygląda strasznie. Gdy lekarz we wtorek po zobaczeniu prześwietlenia i usłyszeniu, którą ósemkę wybieram jako pierwszą do usunięcia, powiedział, że będę po tym tydzień chora, to nie tyle myślałam, że żartuje, co przesadza. Ale nie przesadzał. Dzisiaj do tych różnych rzeczy dołączyło podrażnienie wnętrza policzka. Nie wiem, czy to kwestia siniaka/opuchlizny, czy tego, że końcówki szwów mi je podrażniają. W każdym razie ja byłam przez to mocno rozdrażniona. 

Informacje z niedzieli: siniak jest bardziej żółty niż fioletowy, a moja twarz ma prawie normalny kształt. Podrażniony policzek aż tak mi nie dokuczał, ale i tak odliczałam do wtorku, gdy mają mi zdjąć szwy. Za to nabawiłam się bólu ucha i mam podejrzenie, że to od zimnych okładów.

Informacje po zdjęciu szwów (wtorek, pisane w środę): poczułam wolność, ale początkowe uczucie po ich zdjęciu było dziwne. Policzek od wewnątrz wydaje się rozorany, ale ogólne spuchnięcie prawie zeszło, po siniaku został jeszcze cień, ale wciąż czuć, że po tej prawej stronie była jakaś ingerencja.

Dwa tygodnie później wciąż czuję, że po tej prawej stronie było coś robione i trochę dziwnie mi się tą stronę je, ani nic nie boli, ani nie jest podrażnione i ogólnie jest w porządku.

To jest ostatni wpis przed tradycyjnym sierpniowym blogowym urlopem (a na mój prawdziwy muszę jeszcze poczekać do września!), wracam na bloga z końcem sierpnia, ale postaram się zaglądać i komentować wasze blogi i wpisy! Zawsze polecam śledzić mnie także na Instagramie - tam bywam naprawdę aktywna!

Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!

LOVE, M

 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jesteście dla mnie największą motywacją.
Dziękuję.
<3