Hello!
Wygląda na to, że w roku 2025 już obejrzałam więcej anime niż przez cały rok 2024, bo pierwszy sezon anime Zapiski zielarki (The Apothecary Diaries, Kusuriya no Hitorigoto), które udało mi się zobaczyć, ma 24 odcinki, a My Happy Marriage z zeszłego (2024) roku tylko 12. I oczywiście ta recenzja miała się ukazać w zeszłym roku, ale zawsze było coś innego do opublikowania.
The Apothecary Diaries zaczęłam oglądać po południu tego samego dnia, w którym opublikowałam wpis komentujący Crunchyroll Anime Awards i od razu przepadłam. Gdyby nie praca zapewne obejrzałabym całość w ciągu jednego dnia. I to nie tylko dlatego, że anime naprawdę mnie wciągnęło, ale także dlatego, że właściwy czas trwania odcinków bliższy był 18 niż powiedzmy bardziej standardowym 20 minutom (oczywiście różni się to w zależności od tytułu, ale w przypadku tego anime bardzo zwróciłam na to uwagę).
Pierwszy sezon Zapisków zielarki ma 24 odcinki, ale jest bardzo wyraźnie podzielony na dwie części: w pierwszej nasza główna bohaterka Maomao (wychowywana przez samotnego ojca lekarza-aptekarza oraz kurtyzany w najbardziej prestiżowym domu publicznym w mieście adeptka zielarstwa ze szczególnym skrzywieniem – lub w jej przypadku raczej entuzjazmem – w stronę roślin trujących oraz trucizn jako takich i niezwykle ciekawską, ale tylko w ramach, które uważa za odpowiednie lub konieczne, naturą) zostaje porwana i sprzedana do pałacu cesarskiego. Stara się przystosować do nowego życia, ale jej talenty zostają szybko odkryte, a ona przeniesiona do rangi damy dworu jednej z konkubin cesarza, ze specjalnym zadaniem testowania tego, czy podawane jej potrawy nie są zatrute. A pałac jak to pałac oczywiście pełen jest intryg i zagadek, a wiedza Maomao nie umyka Jinshiemu - wysoko postawionemu eunuchowi, który odpowiada za sprawy administracyjne wewnętrznego pałacu. Drugiej części nie będę zdradzała, bo fabuła poszła dużo dalej.
Zapiski zielarki są anime bardzo nieoczywistym, choć ich punkt wyjścia czy nawet archetypy postaci są znane i powszechne. A jednak nie pokazuje ono naszej głównej bohaterki walczącej ze swoim losem, sprzeciwiającej się wobec panujących zasad w nieumiejętny sposób - bo jeśli to robi, robi to w sposób przemyślany i z jakimś pomysłem. W zasadzie to ona chciałaby spokojnie przeżyć swoje życie - to tylko inni oraz jej naturalna ciekawość na to nie pozwalają. To że Maomao jest pogodzona ze swoim losem, nie sprawia, że staje się bierna. Ona jest wywrotowa (ale nie tylko ona) na swój własny sposób i jednocześnie bardzo dba, aby z jej powodu nie stało się nic złego w pałacu - na tyle, na ile może mieć nad tym kontrolę.
The Apothecary Diaries trochę bawią się z oczekiwaniami widza, a trochę pokazują, że być może oczekiwania oparte na archetypach są trochę przestarzałe i możemy (a nawet powinniśmy) spodziewać się więcej niejednoznaczności i zaskoczeń w anime; gdy coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się słuszną decyzją bohatera czy bohaterki prowadzi do większych problemów, a pozwolenie historii płynąć po zaplanowanym i wyznaczonym nurcie jest opcją najkorzystniejszą dla wszystkich zainteresowanych.
Maomao jest sympatyczną, niepretensjonalną bohaterką, która zaskakuje widza nie tylko swoją zmyślnością, ale także zdolnością przewidywania kilku ruchów szachowych - i to nawet gdy pozornie prowadzą do remisu - i niewtrącania się (lub nieoczywistego wtrącania się) w sprawy, które bezpośrednio jej nie dotyczą. Jest ona główną bohaterką tego anime, a nie jest ona najważniejszą postacią świata, w którym żyje - i dobrze o tym wie. Powoduje to też, że jej częstym podejściem do spraw jest pewna obojętność, do czasu, aż nie poczuje się zainteresowana.
Być może powinnam zaznaczyć, że Maomao - oprócz testowania potraw - w pałacu zajmuje się głównie… rozwiązywaniem zagadek kryminalnych! Lub leczeniem. Także tak, to jest trochę Sherlock/Doktor House w spódnicy. Więc jeśli zagadki, tajemnice, intrygi, dochodzenie po nitce do kłębka to wasze klimaty, to zdecydowanie jest to anime dla was.
Chyba wynika to z tempa, z jakim udało mi się to anime obejrzeć, ale napiszę to jasno - to jest fantastyczny tytuł: intrygujący, z ciekawymi bohaterami, przewrotnymi zagadkami i rozwiązaniami, które nie są oczywiste, podkreślający to, że nawet jeśli się coś wie, ta wiedza nie musi prowadzić do zmiany.
Gdyby na Netflixie był drugi sezon The Apothecary Diaries to bym go od razu obejrzała i byłyby dwie recenzje zamiast jednej, ale z jakiegoś powodu jest tylko pierwszy. A trzeci ma mieć swoją premierę jesienią tego roku.
Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!
LOVE, M
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Jesteście dla mnie największą motywacją.
Dziękuję.
<3