Hello!
Nie złożyło się, żebym miała okazję zobaczyć film Mickey 17 w kinie, ale gdy zobaczyłam, że jest na Netflixie ciekawość wzięła górę i oto jesteśmy dwie godziny później.
Nagrodzony Oscarem autor scenariusza i reżyser filmu „Parasite”, Bong Joon Ho, przedstawia swój następny przełomowy film pod tytułem „Mickey 17”. Niezapowiadający się na bohatera Mickey Barnes (Robert Pattinson) nieoczekiwanie podejmuje się wyjątkowej pracy. Jego pracodawca żąda bowiem ostatecznego poświęcenia. Mickey musi umrzeć, żeby zarobić.
Mam wrażenie, że opis tego filmu jest jak bardzo często mylący, bo chyba już ze zwiastunów wynikało, że chodzi o rodzaj klonowania i bohater umiera przynajmniej 16 razy zanim go poznajemy, więc to ostatnie zdanie z opisu jest trochę na wyrost, ale jednocześnie poznajemy historię naszego bohatera od w zasadzie początku i widzimy to, jak został Wymienialnym na statku kosmicznym. I powiedziałabym, że widzimy tej historii i poprzednich żyć za dużo, ze zbyt dużą ilością narracji i opowiadania głównego bohatera z offu, bo efekt jest niestety nudnawy.
Zaczynając oglądać, miałam świadomość średnich, kierujących się ku słabszym recenzjom tego filmu. I tak, gdy już myślałam, że film przestanie być nudny, on nie przestaje. A na dodatek wydaje się, że tematycznie chce łapać kilka srok za ogon i niemalże wszystkie mu uciekają. Są tu i rozmowy o śmierci, i karykaturalny lider, za którym podąża tłum (oraz pytanie czy to on, czy jego żona), i zastanawianie się nad osobowością człowieka, trochę wspomnień o etycznych itp. implikacjach klonowania/drukowania ludzi, pytanie o to, kto jest prawdziwą paskudą, kolonizacja, środowisko, poświęcenie. Wręcz wydaje się, że łatwiej napisać, czego w tym filmie nie ma, niż wymieć wszystkie tematy, perspektywy i wątki, które zdaje się podejmować bez żadnego rozwinięcia.
Jednocześnie trudno wprost napisać, że to słaby film albo tym bardziej zły film. Jest nudnawy i można by uznać, że to największa zbrodnia, jaką może popełnić film jako forma rozrywki, ale nie jest tak, że wprost źle się go ogląda. Bo jest sprawnie nagrany, ma kilka naprawdę ciekawie pokazanych scen, Robert Pattinson ma okazję pokazać się aktorsko z dwóch zupełnie różnych stron w jednej produkcji i jako tytułowy bohater oraz jego kolejne wcielenie dźwiga ten film na swoich barkach.
Podsumowując, ogólne wrażenie z oglądania jest dosyć dziwne, bo nie mam poczucia, że zmarnowałam czas, nie mam poczucie, że to słaby film, ale jednocześnie nie da się ukryć, że był on dość nudny i mimo wyraźnych zamiarów i prób wywołania całego ich spektrum nie wzbudził we mnie wielu emocji.
Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!
Pozdrawiam, M

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Jesteście dla mnie największą motywacją.
Dziękuję.
<3