Hello!
Po urlopie blogowy, po urlopie prawdziwym i postach go dotyczących na blogu, czas na nadrabianie recenzyjnych zaległości. Na pierwszy ognień idzie nowy Spider-Man. Spoiler: spodziewałam się, że akcenty tego filmu będą inaczej rozłożone i trochę rozczarowałam się, że nie były.
Film Spider-Man: Całkiem nowy dzień rozpoczyna się po tym, jak ludzie zapomnieli o Peterze Parkerze i wstęp do niego pokazuje życie naszego pająka w nowej rzeczywistości. Życie samotne i wypełnione potyczkami z różnymi grasującymi po Nowym Jorku złolami, złoczyńcami i ogólnie przeciwnikami człowieka-pająka. Dowiadujemy się, że ściśle współpracuje z nowojorską policją, ma wirtualną asystentkę, ogólnie jakoś sobie żyje - tyle tylko, czy raczej aż, jest bardzo, bardzo odizolowany od kontaktów z innymi ludźmi oraz chyba też od kontaktu z samym sobą, co zaczyna poważnie wpływać na jego stan psychiczny, a co za tym idzie - zdolność bycia świadomym człowiekiem-pająkiem.
Peter Parker relatywnie szybko i łatwo - i z pomocą MJ, co było całkiem urocze - radzi sobie ze wzrastającą ekspresją DNA pająka. I jako Peter Parker nie wykonuje prawie żadnej analizy, dlaczego, skąd, co to dla niego oznacza. Żadnej. Cała interpretacja i zrozumienie tej sytuacji dzieje się dookoła niego (a on wręcz aktywnie zamyka uszy na ten temat) i jest zrzucone na zrozumienie widza. Spodziewałam się, że o wiele, wiele więcej uwagi tego filmu będzie poświęcone "naturalnej" części Spider-mana, ale się poważnie pomyliłam i prawdę napisawszy w pewnym momencie sądziłam już, że po tym poradzeniu sobie ze sprawą za pomocą technologii, w ogóle ona w filmie nie wróci. Ale wraca. Wraca w finale i wywołała we mnie reakcję "aha", bo Peter nie wykonuje żadnego zastanowienia nad tą kwestią. Trochę jakby Pokemon po prostu ewoluował i w końcu pogodził się z ewolucją. Wiem, że nacisk w tym filmie zostało położony na inne elementy kompozycji psychologicznej Petera, ale ta dziura i brak refleksji sprawia, że nie mogę napisać, że mi się ten film podobał.
Peter chce sobie z tym DNA pająka poradzić, blokując to, zamiast się nad tym zastanawiać, co wprost wytyka mu Bruce Banner. Którego pojawienie się w filmie było w sumie ciekawsze, niż fakt, że tak Sadie Sink gra Jean Grey. I to na niej zasadza się superbohaterska część problemów Spider-Mana. Jean szuka czegoś, rozwalając przy okazji miasto i wypuszczając złoczyńców na wolność. Dzięki swoim umiejętnościom przez jakiś czas pozostaje nieuchwytna, ale później Spider-Man dowiaduje się, kim ona jest. Jean jest naszą antagonistką, ale od pierwszej chwili, gdy na ekranie pojawia się Tramell Tillman, czyli William Metzger - szef Department of Damage Control (zupełnie zapomniałam, jak to zostało dokładnie przetłumaczone na polski w napisach), wiadomo, że to on ma coś za uszami, pytanie tylko co dokładnie.
Zwrot akcji związany z poszukiwaniami Jean uważam za to za fantastyczny i naprawdę mi się podobał. Ogólnie cały jej wątek był ciekawy i to, jak połączył się między innymi z tęsknotą Petera za MJ, zostało emocjonalnie rozegrane. I przyznam, że na takim bardzo emocjonalnym poziomie film złapał widzów dwa przynajmniej dwa razy - bo słyszałam dookoła, że płakałam nie tylko ja - było to jednak bardziej z powodów nostalgicznych oraz wizji tego, co może być w przyszłości z Peterem Parkerem, a nie tego, że film sam w sobie odkrył jakieś nieznane wcześniej fanom Spider-Mana pokłady emocjonalności. Emocje związane z Jean zasadzały się bardziej na szoku mimo wszystko; bo po chwili - jeśli ktoś zna historię X-Menów, ale nie tylko - okazuje się, że to wszystko już było w taki czy inny sposób powiedziane. Z jednej strony cieszę się, że mutanci będą teraz otwarcie w filmach superbohaterskich, ale z drugiej - co i jak można poruszyć, aby wystarczająco ich wyjaśnić dla nowych widzów, ale nie powtarzać podejść, które już do ich historii były. Ale odchodzę już za daleko od meritum. Nie poruszyłam prawie kwestii Neda i MJ, ale szczerze nie wiem, co o tym aspekcie opowieści myśleć, i poczekam czy kolejne filmy, w których pojawi się Peter Parker dadzą nam większą jasność w tym aspekcie.
Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki i wracam do regularnego postowania!
Pozdrawiam, M

Świetna i niezwykle wnikliwa analiza. Bardzo trafnie punktujesz brak wewnętrznej refleksji u Petera oraz traktowanie jego psychologicznego wątku po łebkach, bo w filmach superbohaterskich zbyt często próbuje się przykryć takie braki samą akcją. Dobrze wiedzieć, na co się nastawić, i miło znów czytać Twoje wpisy po urlopie.
OdpowiedzUsuń