Hello!
Wygląda na to, że październik naprawdę będzie miesiącem, w którym co drugi wpis jest o tym, co wyszyłam - a i tak to nie są projekty, które robię na bieżąco, tylko takie, które wracają do mnie z konkursów. Przy dobrych wiatrach i jak nie zapomnę rzeczy, które zrobiłam w tym miesiącu zobaczycie za pół roku...
Do tematu robienia makatek przymierzałam się od początku roku, bo wyczaiłam, że będzie konkurs - jeszcze nie był ogłoszony, ale organizatorzy dostali pieniądze na jego przeprowadzenie z ministerialnego projektu. Wyczajanie konkursów to jeden z elementów tego, że wysyłanie na nie swoich prac, to moje hobby. Ale zanim konkurs, o którym myślałam, został ogłoszony, wpadłam na kolejny, którego tematem też były makatki. I miał on jakiś niesamowicie krótki czas zgłaszania prac, ale wymyśliłam, zrobiłam i zgłosiłam.
Makatka miała zasadniczo łączyć trzy elementy: kulika wielkiego (to taki ptak objęty ścisłą ochroną), haft białokurpiowski i hasło dotyczące ochrony wspominanego ptaka. Kształt ptaka do wyszycia nie był za trudny do wymyślenia i narysowania, więcej problemu sprawiło mi wymyślenie, jak zrobić przejścia kolorów, a najwięcej wymyślenie, jak wyszyć charakterystyczne nieco ciapkowane upierzenie kulika. Efekt nie wyszedł do końca, jaki chciałam (powinnam była jednak zrobić to jaśniejszą muliną), ale gdy to koncypowałam, wydawało się, że to najlepsze rozwiązanie.

Hasło wymyśliłam po intensywnym szukaniu i czytaniu informacji na temat kulika wielkiego, a wena uderzyła mnie, gdy przeczytałam, że na dziób tego ptaka mówi się szabla/szabelka. Dalej ułożyło się prawie samo - chociaż jak przypuszczam rację ma tu Kapuściński ze swoim „Żeby napisać jedno własne zdanie, trzeba przeczytać tysiące cudzych”, a być może mam jakiś nieodkryty copywriterski talent. W każdym razie to raczej nie przyszło jednak samo, a fakt, jakie studia skończyłam, ile czytam i że pracuję przy książkach/tekstach także sprawił, że wymyślanie hasła nie było najtrudniejszym etapem pracy przy tej makatce.
Ostatnim elementem tej pracy jest haft białokurpiowski. O którym w zasadzie nie mam pojęcia i robiłam to wszystko na czuja i na podstawie tego, co widziałam. Haft Kurpi Zielonych nie jest mi obcy, jest też zwyczajnie łatwiejszy, nawet w swoich kwiatowych przejawach, natomiast haft Kurpi Białych jest niezwykle bogaty, ale jeszcze bardziej zwyczajnie niesamowicie gęsty. Etnograficznie i geograficznie jest mi też zwyczajnie bliżej do Kurpi Zielonych, a z tradycjami Kurpi Białych nie mam na co dzień kontaktu. Na szczęście miałam dostęp do strojów - a dokładniej koszul - zdobionych haftem białokurpiowskim, więc chociaż tak mogłam na żywo sobie coś podpatrzeć. Ale jeśli chodzi o wzory najwięcej pomógł mi jednak internet.

Wyszycie rogów i tych półkoli na dole było trudne. W pewien sposób trudniejsze niż sądziłam, bo byłam przekonana, że powinnam wyszywać dwiema nitkami muliny i nieco za późno zorientowałam się, że spokojnie mogłabym robić to normalnie trzema. Pominę już szczegóły, ale naprawdę nabawiłam się niemalże siniaków na czubkach palców od trzymania igły i przebijania materiału. Był taki moment, że palce bolały mnie tak bardzo, że rozważałam poproszenie brata, aby to za mnie dokończył, ale udało mi się to zrobić samej. (Bo początkowo bardzo się spieszyłam, ale potem mogłam już spokojnie to sobie dokończyć).
Ostatecznie jak na pierwsze podejście do czegoś takiego, próbę uważam za całkiem udaną, ale nie sądzę, abym w najbliższym czasie robiła coś podobnego (przynajmniej jeśli chodzi o elementy haftu Kurpi Białych, bo w temacie makatek z ptakami istnieje pewien pomysł, co z tym dalej robić).
Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!
Pozdrawiam, M


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Jesteście dla mnie największą motywacją.
Dziękuję.
<3