Hello!
The Great Flood jest katastroficznym filmem science fiction, choć w sercu ma to być film o czymś zupełnie innym. Film zaczyna się mniej więcej tak: bohaterkę budzi jej syn, który chce się z nią bawić w nurkowanie; ona jest bardzo zaspana, ale w końcu się zgadza; później wstaje, robi śniadanie, ale nagle zauważa, że po podłodze jej mieszkania sunie woda, gdy patrzy na okno, sięga ona wyżej niż do jego połowy; An-na odbiera telefon i dowiadujemy się, że jest kimś, kogo jakaś elitarna jednostka ma specjalnie ewakuować i już została wysłana osoba, aby jej pomóc. An-na zabiera swojego syna i rusza w drogę na dach, pokonując różne przeciwności, a my jako widzowie dowiadujemy się, kim ona jest, kim jest jej syn oraz jakie podejście do ludzi ma osoba wysłana jej do pomocy (dowiadujemy się też, co spowodowało to zalanie). Bohaterowie docierają na dach po jakiś 45 minutach filmu, a nam zostaje jeszcze godzina oglądania!
Nie wiem, czy filmowi udaje się uderzać w te emocjonalne nuty, na których zależy pokazywanej opowieści. Wydaje mi się, że te momenty, które były najbardziej emocjonujące dla mnie, wcale nie miały takimi być w zamierzeniu twórców filmu. Albo twórcy filmu nie zdawali sobie sprawy, że pokazując pewne archetypowe i kojarzące się z innymi dziełami kultury sceny odciągną uwagę widza od ich filmu. Ogólnie, gdy już trochę wyjaśniło się, o co chodzi z tą wielką wodą i pracą naszej głównej bohaterki, to odniosłam wrażenie, że to taki Interstellar tylko zamiast piachu i nieurodzaju mamy wodę. Przy czym to jednak zdecydowanie bardziej film katastroficzny niż fantastyczny. Albo jeszcze inaczej - jego aspekt science fiction jest bardziej praktyczny (w sensie fizycznym, bo nie czasowym) niż fantastyczny. Są też inne nawiązania, ale wspominanie o nich mogłoby być za dużym spoilerem. Widziałam też opinie, że to wspaniały film z gatunku fantastyki naukowej - i tu nie mogę się zgodzić. Jest przynajmniej 10 filmów sci-fi, do których ten jest podobny i każdy z tych dziesięciu jest o ligę lepszy niż Wielka powódź. Na dodatek, pomijając sam plot twist, to jest film zupełnie nieodkrywczy pod tym względem .
I jeśli widza nie zainteresuje emocjonalna strona Wielkiej powodzi, to nie będzie miał on po co, tego filmu oglądać, bo przedstawia on emocjonalną drogę, którą przechodzi nasza bohaterka. I chociaż film stara się dobrze pokazać An-nę i jej zmagania, a także traumatyczną przeszłość, to mam wrażenie, że jednocześnie nie jest to bohaterka, z którą łatwo można się utożsamić i ją zrozumieć. I zastanawiam się, czy nie wynika to w jakimś stopniu z tego, że chociaż najwyraźniej jest naukowczynią, poznajemy ją w zasadzie tylko w kontekście jej dziecka i w filmie ważna jest jej droga jako matki (wolałabym, aby było to przedstawione bardziej jako osoby potrafiącej być odpowiedzialną za innych), a film reżyserowany był przez mężczyznę i scenariusz także napisało dwóch panów. I może dlatego zachowania bohaterki momentami wydawały mi się zabawne, bo były chyba aż za bardzo karykaturalnie pokazane, jako takie, których żadna rozsądna osoba by nie zrobiła, ale ona musiała, żeby później kontrast był większy już po jej zmianie. Ale jednocześnie to film katastroficzny i bohaterowie wydają się mieć dokładnie tyle inteligencji, co przeciętni bohaterowie takich filmów i ani grama więcej.
Czytałam, że film zbiera mieszane recenzje i głównym zarzutem jest to, że chce za dużo zmieścić w jednej opowieści - nie sposób się z tym nie zgodzić. Bo to są trochę dwa filmy w jednym. I niestety żaden z nich nie jest szczególnie dobry. Muszę też napisać, że postać dziecka jest irytująca. A to eufemizm. Nie lubiłam go nawet przez sekundę. I film przez to mocno tracił, bo to jest film, a nie prawdziwe życie - prawdziwi rodzice powinni kochać swoje dzieci bez względu na wszystko, widzowie natomiast mogą się zastanawiać, dlaczego główna bohaterka filmu przechodzi przez takie trudy dla tak irytującego stworzenia.
Nie polecam.
Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz moje Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki!
Pozdrawiam, M