poniedziałek, 20 lipca 2015

Nie tylko w kinie i teatrze V

Hello!
Szukanie teledysków, w których grają aktorzy i aktorki to świetna zabawa, choć dość praco- i czasochłonna. Aktorzy często wybierają dość niszowe zespoły, a same teledyski bywają więcej niż dziwne i nie nadają się, aby je tu pokazać. Ale żeby się o tym przekonać trzeba obejrzeć. I na takim szukaniu mijają czasami nawet 3 godziny.  Znalezienie dzisiejszych zawdzięczam jednak głównie różnym przypadkom.

Dominic Sherwood w teledysku Taylor Swift "Style". Gdy pierwszy raz zobaczyłam ten teledysk nie miałam pojęcia, że chłopak, który w nim występuje jest aktorem. Niedługo po premierze okazało się jednak, że będzie grał Jace w nowym serialu o Nocnych Łowcach.


Po premierze ostatniego teledysku Rihanny zauważyłam poruszenie, wywołane nie tylko brutalnością, przemocą i innymi niezbyt przyjemnymi jego aspektami, ale także faktem, że pojawia się tam Mads Mikelsen, czyli serialowy Hannibal.


Sophie Turner w teledysku do piosenki "Oblivion" Bastille.
Jestem w szoku, bo okazało się, że Sophie jest w moim wieku, a byłam przekonana, że ma tak 23-24 lata. Pogratulować tylko debiutu aktorskiego w "Grze o tron".


I kolejna aktorka z "Gry o tron" - Maisie Williams, ale mnie bardziej interesuje fakt, że ma pojawić się w nowym sezonie "Doctora Who" i zapowiada się coś naprawdę intrygującego.


Nie wiem dlaczego wcześnie nie znalazłam dwóch teledysków, w których występuje Martin Freeman.
Faith No More - "I Started A Joke"


Ilya - "Ballissimo". A w tym pojawia się także Lena Headey oraz Jodhi May.


Pozdrawiam, M

piątek, 17 lipca 2015

Nie umarł ("Sherlock" S3)

Hello!
Już wspominałam, że traktowanie 3 odcinków, trwających po półtorej godziny jako sezonu serialu jest dość ciężką sprawą i chyba powinno się dla takiego czegoś znaleźć inną nazwę. Co nie zmienia faktu, iż trzeci sezon "Sherlocka" jest moim ulubionym. I chyba jestem w zdecydowanej mniejszości.


Uwielbiam teorie spiskowe na temat tego w jaki sposób udało się przeżyć Sherlockowi, a jeszcze bardziej uwielbiam Johna za to, że jego to nie interesowało. Oraz jego reakcję na to, że Holmes nie jest martwy. Lubię Molly, która pomaga Sherlockowi i chciałabym się dowiedzieć jaka była jej rola w "śmierci" Holmesa.


Ale moim ulubionym odcinkiem w cały serialu jest odcinek ze ślubem. Jest cudowny, fantastyczny i zachwycający. I łatwo się domyślić kto miał mordercze plany. A poza tym ma wyjątkowo ładną scenografię na przyjęciu. Sherlock jest także przezabawny z tym swoim (nie)przejmowaniem się ślubem i zdenerwowaniem całą sytuacją. Przemówienie na weselu i rozwiązywanie zagadki na bieżąco też wypadają super, a do tego mamy jeszcze pokazany wieczór kawalerski, ze wszystkimi konsekwencjami. Mary też polubiłam od samego początku, a co najlepsze, ona pomimo wszystko polubiła Sherlocka. Generalnie odcinek jest uroczy, Sherlock jest taki ludzko zagubiony, a zagadka ma dość poważne tło.



Zastanawiam się kto był bardziej zaskoczony, gdy pewna osoba wyszła z sypialni Sherlocka w trzecim odcinku, ja czy John. Gdy pierwszy raz go oglądałam niewiele brakowało, a naprawdę spadłabym z krzesła. W tym serialu jest wiele zaskakujących rzeczy, ale choć ta była w sumie dość prozaiczna i normalna dla każdego człowieka, to do Sherlocka zupełnie niepodobna.


W ostatnim odcinku pojawia się wyjątkowo intrygująca postać Magnussena. Oprócz tego, że jest dużo dziwniejszy i bardziej bezwzględny od Sherlocka to obaj mają zdolności dedukcyjne. To dobre miejsce, aby napisać o sposobie pokazania ich w serialu. Czy to tego jak Holmes korzysta z pałacu pamięci, a na ekranie widzimy plan metra, ulic, czy rodzai broni, albo czegokolwiek innego czego detektyw właśnie potrzebuje, lub poprzez pojawiające się wyrazy, szczególnie gdy Sherlock patrzy na ludzi i dokładnie wiemy na podstawie jakich czynników Holmes wie to co wie. Natomiast Magnussen "czyta" ludzi co jednocześnie jest równie fascynujące co przerażające. Jest jeszcze jedna rzecz, której wykorzystanie bardzo mi się podoba, a mianowicie telefony komórkowe i wiadomości tekstowe, które też widzimy na ekranie. Taka błahostka, a uprzyjemnia oglądanie.


Warto jeszcze wspomnieć o trzech postaciach. Mycroft to brat Sherlocka, ale ich relacja jest dla mnie zagadką. Mycroft stroni od ludzi bardziej niż brat i pracuje dla rządu, a Sherlock równie często jak pomaga tak przeszkadza mu w tej pracy. Pani Hudson to właścicielka i gospodyni Johna i Holmesa. Jest czarującą starszą panią, ale im więcej dowiadujemy się o jej przeszłości i mężu tym bardziej staje się niepokojąca. I inspektor Lestrade. Jego po prostu nie można nie polubić. Jest tak sympatyczny i naprawdę lubi Sherlocka.


Wspominałam, że twórcy mają ogromny talent do finałów sezonów. Na wyjaśnienia tego co zobaczyliśmy na koniec tego, jeszcze sobie bardzo długo poczekamy, ale chyba każdy jest niesamowicie ciekawy. Plus jest taki, że na Comic-Conie dostaliśmy zapowiedź odcinka specjalnego, co jednocześnie podnosi poziom oczekiwanie na ten odcinek jak i nadchodzący powoli, ale jednak, kolejny sezon.


Trzymajcie się, M

czwartek, 16 lipca 2015

Mgnieniem oka w Gdańsku

Hello!
We wtorek w związku ze składaniem papierów na studia byłam w Gdańsku. Liczyłam, że uda mi się pozwiedzać, ale na terenie UG ostatecznie spędziłam jakieś 5 godzin. Przynajmniej nie byłam sama, bo Bliźniaczki też składały papiery i to E. czekała najdłużej, około 2 godzin. Na zwiedzanie została nam jakaś godzina i było to zdecydowanie za mało. W biegu robiłam zdjęcia i w sumie nic nie zobaczyłam, a mam duszę turysty i czuję się nieusatysfakcjonowana. Z drugiej strony w ciągu najbliższych 2 miesięcy czekają mnie jeszcze co najmniej 2 wyprawy do Gdańska, a od października mam tam przecież zamieszkać. Przeraża mnie ta myśl, ale to jeszcze 3 miesiące.





Pozdrawiam, M

wtorek, 14 lipca 2015

9 razy "K" dla serialu "Poldark"

Hello!
O serialu "Poldark" usłyszałam przez przypadek, a przez jeszcze większy zaczęłam go oglądać. Zupełnie nie wiedziałam o czym jest, jaką i kogo historię opowiada i generalnie czego mogę się po takim przypadku spodziewać. W trakcie oglądania okazało się, że bez problemu całą recenzję można zamknąć w 9 punktach-hasłach, a każde będzie zaczynało się na literę "K".


Konie. Serial dzieje się w drugiej połowie XVIII wieku więc bohaterowie poruszają się konno. Ale tak naprawdę chciałam wykorzystać ten punkt, aby opisać Rossa Poldarka. Wraca on do rodzinnej Kornwalii z wojny amerykańskiej i próbuje jakoś ułożyć sobie życie, a nie jest to proste. Charakter nasz bohater ma pość porywczy, jest odważny, a wszelkie konwenanse ma w głębokim poważaniu. Do tego ma dobre serduszko i bardzo przejmuje się losem górników i ludzi z wioski.


Kobiety. Poldark wraca i okazuje się, że jego miłości- Elizabeth- ma poślubić jego kuzyna. Niezbyt ciekawa sytuacja. A Elizabeth jest bardzo łagodną, dobrą osobą, niesamowicie wyrozumiałą, potrafiącą przystosować się do panujących warunków. Niewiele brakuje jej do ideału. Albo i tym ideałem jest. Drugą kobietą w życiu Rossa jest Demelza. To jest dopiero ciekawa postać. Najpierw Poldark ją ratuje od ojca, potem jest jego pomocą domową, a potem żoną. Obserwowanie jak musi poradzić sobie w roli "pani" przy jej dość nieokrzesanym charakterze jest interesujące. Nie polubiłam jej od początku, ale później kibicowałam różnym jej zamiarom.
Kuzyn. Czyli narzeczony, a później mąż Elizabeth- Francis. Mały, irytujący i zazdrosny. Nie potrafi docenić tego co ma. Nie sposób obdarzyć tej postaci jakimiś pozytywnymi uczuciami, bo jest zwyczajnie okropny.
Kuzynka. Verity, siostra Francisa, to całkowite jego przeciwieństwo. Jest urocza i dobra, pomaga Demelzie w odnalezieniu się w świecie. Własne szczęście stawia na drugim miejscu, choć ma go naprawdę niewiele. Verity to moja ulubiona postać.

Kopalnie. Nie przypuszczałam, że górnictwo i sprawy związane z wydobywaniem miedzi mogą być ciekawe. A okazuje się, że owszem. Kibicujemy naszemu bohaterowi w jego przedsięwzięciach, ale jak to w życiu bywa raz na wozie, raz pod wozem. Do tego mamy jeszcze złych bankierów. Złośliwe to niesamowicie i skutecznie krzyżuje plany naszemu bohaterowi. Jednocześnie te niepowodzenia, ludzka zawiść, ale także małe radości bohaterów, sprawiają, że serial jest bardzo dobrze oddaje życie, ze wszystkim jego wzlotami i upadkami.
Karty. Kto ma szczęście w kartach, ten nie ma szczęścia w miłości. Kto ma szczęście w miłości, nie ma szczęścia w kartach. Kto ma szczęście w miłości ma szczęście w kartach. Kto nie ma szczęścia w kartach, nie ma szczęścia w miłości. Powiedzenie sprawdza się w serialu w każdej możliwej odmianie.


Klify i Kornwalia. Zastanawiam się czy ktoś nie zapłacił BBC za wszystkie te ujęcia krajobrazów i tym samym reklamę turystyczną. Jakieś 20% wszystkich ujęć w serialu to bohater pędzący na koniu wzdłuż klifu. Zdarza się, że bohaterowie spacerują, albo poruszają się konno w głębi lądu. Oprócz tego są także łąki, lasy, może i plaża. Na serial patrzy się po prostu bardzo przyjemnie, z poczuciem, że samemu z przyjemnością także odbyłoby się taką przejażdżkę skrajem klifu.
Klasy. Temat klas i pochodzenia społecznego jest dla mnie niezwykle interesujący. To znaczy zawsze odurzam się, gdy państwo źle traktują służbę, zastanawiam się czy mezalianse były naprawdę takie straszne, ale generalnie nie rozumiem tego problemu. Skoro się kochają to niech ze sobą będą. Dlatego, gdy na przyjęciu wielkie, złośliwe panie "dokuczały" Demelzie ja tym bardziej byłam po jej stronie. A w serialu bardzo widać jest te różnice klasowe na różnych płaszczyznach. Górnicy chętniej pracują w kopali Rossa, bo ten pracuje razem z nimi, niż w kopalni Francisa, który zamiast samemu zabrać się do roboty, docina Rossowi.

Pozdrawiam, M

niedziela, 12 lipca 2015

I O U

Hello!
Co jakiś czas przy różnych okazjach pokazuję tu wyszywane elementy pewnego mojego projektu. Do jego zakończenia jeszcze daleka droga, ale prawie dokładnie rok temu wymyśliłam, w jaki sposób Sherlock będzie miał w nim swój udział.
Obrazek nawiązuje do ostatniego odcinka drugiego sezonu "Sherlocka" i słów oraz czynów wroga głównego bohatera, a mojej ukochanej postaci- Jima Moriarty.


Trzymajcie się, M

piątek, 10 lipca 2015

Dynamicznie, niepanicznie

Hello!
Od czasu, gdy napisałam, że rozpoczynam jazdy, do dziś wyjeździłam 21 godzin. Instruktor od jakiś trzech wysyła mnie, żebym zdała teorię, ale ja nie mogę się zebrać. Chociaż w sumie myślę, że zrobię to w przyszłym tygodniu.
Odkąd zaczęłam jeździć samochodem nie tylko nikogo nie przejechałam, ale nawet polubiłam kierować. Co nie oznacza, że robię to dobrze. Instruktor czasami się załamuje, że po tych 20 godzinach samochód dalej gaśnie mi przy ruszaniu, a jeśli jakimś cudem nie to i tak zrywam sprzęgło. Współpraca pomiędzy gazem a sprzęgłem w moim wydaniu nie istnieje. Ruszanie na górce wychodzi mi lepiej niż na skrzyżowaniu. Chyba, że ręczny jest ciężki w obsłudze i nie mogę go ponieść nawet dwiema rękami.
Opanowałam przynajmniej zmienianie biegów. Prawie, gdy mam zmienić na wyższy bez problemu, nawet gdy dojeżdżam do ronda to zmniejszam, ale na normalne skrzyżowanie w 99% wjeżdżam na trzecim biegu. I zawsze gdy myślę, że dam radę wjechać przed nadjeżdżającym samochodem to instruktor uświadamia mi, że jednak nie. A gdy postanawiam, że jednak poczekam to okazuje się, że wjechałabym trzy razy. Generalnie prawie wszystko robię odwrotnie. Wciskam gaz tam gdzie nie trzeba, a z hamulca prawie nie korzystam. Przekładanie prawej nogi z jednego na drugi pedał, przez długi czas przerastało moje siły. Ostatnio już grzecznie przepuszczam pieszych na pasach, nawet takich przy rondach.
Na pierwszych jazdach prawie za każdym razem przy włączaniu kierunkowskazów wyłączałam światła. Nie mam pojęcia ile razy tak zrobiłam, ale teraz już nie mam tego problemu. Chociaż ostatnio tak wczułam się w kierowanie, że jakimś cudem włączyłam wycieraczki.

Poza tym mam super wyrozumiałego instruktora, który twierdzi, że może nawet będzie ze mnie kierowca.

LOVE, M

środa, 8 lipca 2015

Tak bardzo różne ("Sherlock" S2)

Hello!
O ile, na upartego, pierwszy sezon "Sherlocka" można by jeszcze potraktować jako spójną całość, ta sztuczka nie wychodzi w przypadku sezonu drugiego. Każdy odcinek jest zupełnie inny od poprzedniego. A tak tylko przypominam, że sezon ma 3 odcinki.


W pierwszym odcinku drugiego sezonu pojawia się Irene Adler. I robi ogromne zamieszanie. Lara Pulver gra ją naprawdę świetnie, ale mi nie zupełnie podoba się sposób wykreowania tej postaci. Tak jak by na siłę starano się zrobić coś sensacyjnego, ale pomimo całej nowoczesności serialu, według mnie to bardzo nie pasuje. Nie oznacza to oczywiście, że to zły odcinek, bo jest naprawdę fascynujący. I to pod wieloma względami.
Podobnie jak w przypadku drugiego odcinka pierwszego sezonu tak drugi odcinek drugiego sezonu zupełnie mi się nie podobał. Historia, zagadka jest zupełnie oderwana od rzeczywistości i śledztwo toczy się poza Londynem. Wszystko ma oczywiście racjonalne wytłumaczenie, ale mnie oglądanie tego docinka zwyczajnie męczy.
Ależ lakonicznie idzie mi dziś przelewanie myśli na klawiaturę. W ożywieniu tekstu może pomóc fakt, iż w trzecim odcinku powraca Moriarty. Już wspominałam, że go uwielbiam, i że Andrew Scott jest absolutnie genialny. Jednocześnie jednak postać, którą gra czy raczej sposób w jaki ją gra jest mocno niepokojący. Wręcz przerażający, chociaż nie wygląda. A odcinek jest naprawdę dobry, chociaż smutny. I znów wyobrażam sobie jak fani serialu musieli czekać, na wyjaśnienia, tego co stało się w tym odcinku do następnego sezonu.

Ja naprawdę lubię, bardzo lubię ten serial, ale z tej pisaniny wynika zupełnie co innego. Nie mam pojęcia dlaczego. Chyba dziś jest zły dzień, a większego entuzjazmu można będzie się na pewno spodziewać przy recenzji trzeciego sezonu.

Trzymajcie się, M

poniedziałek, 6 lipca 2015

Smutek ("Miasto niebiańskiego ognia")

Hello!
Seria „Dary Anioła” była dla mnie w gimnazjum i liceum prawie jak „Harry Potter” w podstawówce. Ostatnie tomy obu cykli stoją dumie obok siebie na półce, znacząc zamykanie kolejnych etapów w moim życiu.



Długo, nawet bardzo długo, zabierałam się za przeczytanie „Miasta niebiańskiego ognia”. Książka wyszła w zeszłym roku, w mojej biblioteczce znalazła się na początku maja, ale postanowiłam najpierw przeczytać trzy tomy „Diabelskich maszyn” (jak się okazało w trakcie czytania, bardzo dobrze zrobiłam), aż w końcu zabrałam się za VI tom „Darów” pod koniec czerwca. Zapomniałabym, że miałam też plany przeczytania wszystkich poprzednich części, ale koniec końców przypomniałam sobie tylko wydarzenia z V. Tak więc do lektury przegotowywałam się długo i solidnie. Uwaga na spoilery, dotyczące zarówno tego tomu jak i poprzednich.

Książka ma 700 stron, momentami było tak, że zapominałam o czym czytałam na początku, bo już gdzieś nikło mi to w pamięci. Może to dlatego, że wydarzeń typu „WOW” wcale nie ma wiele, ani książka nie jest też „wybuchowa” jak to sugeruje napis na okładce. (Przy okazji tego tytułu, ale także wielu innych książek to co napisane jest na okładce nijak ma się do treści książki. Jest to irytujące i frustrujące dla czytelnika.) To wcale nie są jednak wady tej książki, bo akcja układa się płynnie i dość logicznie, choć niektóre rzeczy wychodzą naszym bohaterom za łatwo, jest moment kulminacyjny, rozwiązanie i zakończenie. Schemat podręcznikowy, ale bardzo dobrze napisany.

Naprawdę lubię zdecydowaną większość postaci wykreowanych przez panią Clare. Pomijając motyw wilkołaków, nie dlatego, że ich nie lubię, tylko ponieważ był ciągnięty bardzo na siłę, a wcale nie potrzeba było poświęcać im tyle miejsca w książkach.
Clary z Jace'm nie miała łatwego życia. Jeśli nie myślała, że jest to jej brat, to był opętany lub nie było sobą. A potem był jeszcze problem z niebiańskim ogniem. Jednak to spowodowało coś strasznego. Większość wspólnych momentów tej pary wyglądała tak. „-Nie dotykaj mnie, zrobię ci krzywdę. - Nie, wiem, że nie zrobisz mi krzywdy.” Na tej zasadzie przez jakieś ¾ książki. Po pewnym czasie stało się to dość nudne. Na szczęście problem został rozwiązany i potem dało się czytać.
Izzy przemyka przez książkę prawie niezauważona jeśli nie jest z Simonem. A on obrywa rykoszetem wszystkich działań podejmowanych przez Nocnych Łowców. Nie umiem tego lepiej nazwać. Po przeczytaniu wszystkich części, że to najsmutniejsza i najtragiczniejsza postać całej serii.
Alec i Magnus. Moja ukochana para. Końcówka V tomu złamała mi serce, nie przypuszczałam, że to możliwe co tam się stało. Dlatego z wytężoną uwagę czytałam „Miasto niebiańskiego ognia” wrażliwa na każdą wzmiankę na ich temat. Obaj zachowywali się jak typowi nastolatkowie, śledzenie ich relacji było przezabawne. Oni tak bardzo się kochają. A ja mam jeszcze do przeczytania „Kroniki Bane'a”.

Rozwiązanie kwestii Sebastiana i Mrocznych Nocnych Łowców było smutne. Generalnie przez całą książkę rozwinięta jest taka smutno-przygnębiająca nitka. To co wydarzyło się później też jest po prostu smutne i to co stało się Simonowi. Nie ma lepszego słowa na podsumowanie tej książki.

Bardzo dobrze zrobiłam, że przeczytałam „Diabelskie maszyny”. W innym wypadku nie zrozumiałabym tak z 1/5 książki. Może troszkę mniej, ale nawiązań wprost jest całe mnóstwo, a większych lub mniejszych aluzji jeszcze więcej. Co więcej w „Mieście niebiańskiego ognia” dowiadujemy się wielu ciekawych rzeczy na temat Brata Zachariasza. Osobiście pojawia się też Tessa.

Jednak oprócz wyjaśnienia zagadki Zachariasza autorka w tej książce rozpoczyna też swoją następną trylogię „The Dark Artifices”, której główni bohaterowie, czyli Emma i Jules pojawiają się już w „Mieście niebiańskiego ognia”. Połączenie w sumie 3 historii wyszło pani Clare całkiem ładnie, choć nawiązań do Los Angeles i przyszłej serii było troszkę za dużo. Ale i tak już zdążyłam polubić Julesa, Tiberiusa i resztę rodzinki o wspaniałych choć oryginalnych imionach, tylko do Emmy nie jestem do końca przekonana.

Dziwnie żegnać się z tą serią. Finał był naprawdę dobry, ale chciałoby się więcej. Pocieszająca jest pracowitość autorki i jej chęć do pisania. To pożegnanie raczej nie jest ostateczne. 
 Trzymajcie się, M

sobota, 4 lipca 2015

"659. Zmień wrogów w przyjaciół, robiąc dla nich coś dobrego"

Hello!
W czerwcu, jakimś cudem, nie miałam okazji, aby wybrać i przedstawić kolejne punkty z książki "Duży Mały Poradnik Życia". Dziś nadrabiam więc zaległości.

664. Jeżeli bardzo chcesz coś zrobić i masz wewnętrzne przekonanie, że powinieneś to zrobić, to rób. Intuicja jest często równie ważna jak fakty. 
669. Bądź oryginalny. Jeśli to oznacza odrobinę ekscentryczności, to nic nie szkodzi. 
684. Korzystaj z okazji niezwłocznie.
688. Pamiętaj, że milczenie jest czasem najlepszą odpowiedzią. 
691. Nie odrzucaj dobrego pomysłu tylko dlatego, że nie podoba ci się jego pomysłodawca. 
701. Wygrywaj bez przechwałek.
702. Przegrywaj bez tłumaczeń. 
707. Nie bądź kimś, kto mówi najpierw "ognia", a potem "celuj".
708. Nie bądź kimś, kto mówi "celuj, celuj, celuj...". 
711. Czytaj więcej książek. 
715. Pamiętaj, że im więcej wiesz, tym mniej się boisz.
723. Niektóre rzeczy trzeba zrobić lepiej, niż były robione dotąd. Inne po prostu trzeba zrobić. Jeszcze innych można nie robić wcale. Wiedz, które są które.

Przez upały nie jestem w stanie myśleć, jedyną rzeczą, nad którą się zastanawiam jest moment, w którym się rozpuszczę.

Trzymajcie się, M

czwartek, 2 lipca 2015

Sherlock ma parę

Hello!
W zeszłym roku na urodziny Koleżanka z ławki dostała Sherlocka- lalkę wykonaną przez moją mamę. W tym do Holmesa dołączyła Irene Adler.




Zrobienie jej fryzury i wyszycie uśmiechu to była męczarnia. O ile włosy po pierwszym przymocowaniu do głowy poprawiałam tylko 2 razy, to do uśmiechu nie miałam tyle cierpliwości. Ani pomysłu jak go zrobić, aby jednak wyglądał dobrze.

LOVE, M