czwartek, 21 kwietnia 2016

Cytaty: "Gwiezdny pył"

Hello!
O książkach piszę tak mało, że aż wstyd, ale jak wspominałam na facebooku ostatnio czytam "Wojnę i pokój" i dramaty na zajęcia. Teraz, w związku z uziemieniem, nadrabiam czytelnicze zaległości. Sięgnęłam po "Gwiezdny pył". Film widziałam jakiś czas temu, po obejrzeniu pierwszego sezonu "Daredevila", gdy sprawdzałam filmografię Charliego Coxa, ale po książkę sięgnęłam dopiero teraz. 


> "Był praktycznym chłopcem, który przez ostatnie sześć miesięcy zalecał się do Daisy Hempstock, równie praktycznej młodej kobiety. W pogodne wieczory spacerowali razem po wiosce, rozmawiając o teorii płodozmianu, pogodzie i innych praktycznych rzeczach."

> "Odzyskam wolność w dniu, gdy księżyc straci córkę, jeśli wydarzy się to w tygodniu, w którym połączą się dwa poniedziałki."

> "Jako czternastolatek dzięki procesowi osmozy, nieprzyzwoitym żartom, szeptanym sekretom i rubasznym balladom, Tristran dowiedział się, skąd się biorą dzieci."

> "-Dać? Dla ciebie wyruszyłbym do Indii i przywiózł ci kły słonia, perły wielkie jak twój kciuk i rubiny wielkości jajek strzyżka. Pojadę do Afryki i przywiozę ci diamenty wielkości kul do krykieta. Odnajdę źródła Nilu i nazwę je twoim imieniem. Wyruszę do Ameryki, do San Francisco, na złotonośne pola, i nie wrócę, dopóki nie zdobędę tyle złota, ile ważysz. Wówczas przywiozę je tutaj i złożę u twoich stóp. Jeśli powiesz choć słowo, pojadę na najdalszą Północ. Zabiję potężne polarne niedźwiedzie i podaruję ci ich skóry. (...) Dla ciebie wyruszę do Chin i przywiozę wielką dżonkę zdobytą od króla piratów, wyładowaną nefrytem, jedwabiem i opium. Popłynę do Australii na drugi koniec świata i przywiozę ci... mmm... Kangura. I opale." 

> "(...) jako że od początku świata każda kraina, która znikała z mapy dzięki wysiłkom badaczy i śmiałków wyruszających w drogę, by udowodnić, że nie istnieje, trafiała do Krainy Czarów." 

> "Patrzył w gwiazdy i nagle wydało mu się, że widzi tancerzy, wdzięcznych i wytwornych, wykonujących taniec niemal niepojęty w swoje złożoności. Wyobraził sobie też, że dostrzega twarze gwiazd - były blade, łagodnie uśmiechnięte, jakby ich właściciele zbyt wiele czasu spędzali ponad światem, obserwując krzątaninę, radość i ból ludzi w dole, i nie mogli powstrzymać rozbawienia, gdy kolejny maleńki człowiek zaczyna wierzyć, iż jest środkiem wszechświata. A przecież wierzy w to każdy."

> "Słuchasz ich na swe własne ryzyko, lecz na swe własne ryzyko także puszczasz ich słowa mimo uszu."

> "Ludzie powiadają często, że równie łatwo jest przeoczyć coś wielkiego i oczywistego, jak zapomnieć o nieważnym drobiazgu, i że owe wielkie przeoczenia często mogą stać się przyczyną poważnych problemów." 

> "-Kiedyś związał mnie łańcuchem podobnym do twojego. Potem mnie uwolnił, a ja uciekłam. On jednak znalazł mnie i przywiązał do siebie wdzięcznością, która więzi takich jak ja mocniej niż jakiekolwiek kajdany świata."

Przeczytałam "Gwiezdny pył" w jakieś 5 godzin. Po prostu pochłonęłam tę historię. Bardzo, bardzo przyjemnie się czytało i bez wątpienia jest to wyjątkowo magiczna, urocza opowieść. 
Przypominam o ankiecie i dziękuję za wszystkie już udzielone odpowiedzi. 

LOVE, M

wtorek, 19 kwietnia 2016

Gdyby kózka...

Hello!
Dziś miała się pojawić relacja z weekendowych warsztatów z pisania o teatrze, ale się nie pojawi, ponieważ w drodze na nie skręciłam kostkę i zamiast do Gdyni pojechałam do szpitala.

Moje najlepsze przyjaciółki na najbliższe 3 tygodnie (przynajmniej)

Było to tak: śpieszyłam się, ale zwolniłam na schodach do SKMki, niestety na którymś schodku, a trzeba dodać, że są one tam dość wąskie, źle postawiłam stopę i delikatnie mówiąc po prostu się z nich zwaliłam. Dobrze, że z niezbyt wysoka. Bolała mnie kostka, a w zasadzie to nie czułam stopy. Spojrzałam na nią tylko raz, był wykręcona do wewnątrz pod bardzo dziwnym kątem. Wtedy też zobaczyłam Mart, która czekała na mnie przy kolejce i powiedziałam, żeby dzwoniła po karetkę a sama nie miałam już siły i po położyłam się na ziemię. Ktoś podłożył mi moją torbę pod głowę, a prawdopodobnie jakiś harcerz miał ze sobą taką złotą folię, którą zostałam przykryta i czekałam.

Potem dowiedziałam się, że Mart musiała nakłócić się z dyspozytorkami. Gdy powiedziała jednej co się stało, ta stwierdziła, żeby Mart przewiozła mnie sama do najbliższego szpitala, a gdy ona odpowiedziała, że nie ma takiej możliwości, stwierdziła, że w takim razie mamy problem. Na szczęście Mart została przełączona do innej dyspozytorki i karetka przyjechała po jakiś 10 minutach.
Wiem też, że dwóch panów czekało z Mart, aż karetka przyjedzie i jestem im bardzo wdzięczna. 

Pan z karetki, gdy tylko spojrzał na moją stopę stwierdził, że jest źle i najprawdopodobniej jest połamana. To nie była zachwycająca nowina. Ale potem wystraszyli mnie jeszcze bardziej, gdy zdjęli but i skarpetę, a okazało się, że tam jest rana i usłyszałam, że w związku z tym muszą traktować to jak złamanie otwarte. Przypuszczam, że oczyszczono tę ranę, a moją nogę włożono do jakiejś próżniowej metalowej szyny, bo inna nie wchodziła w opcję. Zostałam zabrana do karetki.

Zmierzono mi ciśnienie i inne takie. Usłyszałam wkucie i ilość, i nazwę leku, na co zareagowałam mniej więcej tak: "A muszę?!". Panowie powiedzieli, że to tylko ich propozycja, ale jeśli teraz założą mi wenflon i podadzą leki to potem nie będzie bolało i poza tym, ponieważ wygląda to paskudnie i prawdopodobnie będę miała tam jakiś zabieg i znieczulenie, to będzie prościej. Postanowiłam być rozsądną osobą i dostałam ślicznego różowego motylka i strzykawkę leku przeciwbólowego.

W szpitalu, pani ponowiła badania tętna i innych takich, zrobiła wywiad, co zabawne musiałam podpisać zgodę na to, aby można było mi założyć opaskę z imieniem i nazwiskiem, i zostałam przewieziona w inne miejsce. Gdyby ktoś miał wątpliwości cały czas sobie leżałam na łóżku. Przeszła do mnie pani doktor, dotknęła stopy w jednym miejscu a potem było tylko słychać TRACH. Wiedziałam, że takie sprawy załatwia się z zaskoczenia. To znaczy kostka została nastawiona. Bolało, bo aż nieświadomie złapałam się barierek łóżka i się zgięłam, ale dźwięk był o wiele gorszy. Ale po tym nastąpiła natychmiastowa ulga. Fenomenalne uczucie gdy można ruszać palcami u stóp.
W tym momencie zaczęłam się też cieszyć, że jednak dałam sobie podać ten lek przeciwbólowy w karetce. Nie chcę sobie wyobrażać, jak to nastawianie przebiegło by bez tego.  Potem przyszła jeszcze jedna pani i chyba pan, i się pytają rozcinamy spodnie czy zdejmujemy? Zdejmujemy! Operacja została przeprowadzona pomyślnie, a mnie przewieziono do gipsowni. Myślałam, że najpierw zrobią mi rentgen, ale pan chyba ratownik medyczny, śmiał się, że technologia tak poszła do przodu, że można najpierw gips założyć. W czasie całego tego procesu, lekarka, która nastawiała mi stopę cały czas ją trzymała. Zastanawiałam się dlaczego. Nie zadałam pytania, ale uzyskałam na nie odpowiedź. Otóż bała się, że jeśli ją puści ona z powrotem mi odleci. Nie brzmiało to zbyt optymistycznie.

Po zagipsowaniu pojechałam na prześwietlenie. Wtedy też miałam pierwszy kryzys na zasadzie jak ja sobie tu sama ze wszystkim poradzę. Potem miałam jeszcze dwa. Prześwietlenie to była chwila moment, dwa albo trzy zdjęcia. Potem wróciłam pod pracownię opatrunków gipsowych i czekałam na to co powie rentgen. Pani doktor wyszła i mówi do mnie, że sama nie wie jakim cudem, ale nic nie jest połamane i nie potrzeba robić operacji, ani nic z tych rzeczy. Ogromna ulga, przynajmniej tyle. Musiałam jeszcze zostać w szpitalu przez godzinę, aby zobaczyć czy nie puchnę bądź sinieję.

W tym samym czasie Mart zbierała rzeczy z akademika i próbowała mnie odnaleźć w szpitalu. Po jakiś 40 minutach, wyrobionych kilometrach i spytaniu ze 100 osób w końcu mnie znalazła.

Po godzinie dołożono mi jeszcze trochę gipsu (a ja głupia wierzyłam, że skoro nie jestem połamana to nie będę miała gipsu po kolano, o ja naiwna) wycięto w nim trójkąt i dostałam zalecenia. Zastrzyki do robienia sobie samemu przez cały okres noszenia gipsu. Wspominałam już jak jak kocham strzykawki, wkucia i inne takie? Nie? No to nie kocham wcale i naprawdę się przestraszyłam wizji robienia ich sobie samemu. Poza tym coś przeciwbólowego i chyba rozrzedzającego krew. A Mart latała i kombinowała dla mnie kule. Naprawdę nie wiem co ja bym bez niej zrobiła. Tym bardziej, że chyba po tym leku przeciwbólowym nie za bardzo kontaktowałam.

Z wypisem, zdjęciami, receptą pojechałyśmy taksówką do akademika. Póki co jestem uziemiona na trzy tygodnie. Tata i Mama przyjechali po mnie do Gdańska w niedzielę i zabrali do domu. O tym jak się czuję i jak mi idzie życie z nogę w gipsie na bieżąco będę informowała.
Przypominam, że ANKIETĘ ciągle można jeszcze wypełnić.

Trzymajcie się, M

piątek, 15 kwietnia 2016

Rozmowa po "Burzy"

Hello!
5 kwietnia w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim odbyło się ostatni spektakl w ramach Tygodnia z Teatrem Polskim w Warszawie. Była to "Burza" w reżyserii Dana Jemmetta i o niej dziś będę rozmawiała z Mart. I dla niej i dla mnie Teatr Polski ma pewne sentymentalne znaczenie, obie na naszych pierwszych 'poważnych' spektaklach teatralnych byłyśmy właśnie tam. Ja na "Zemście", Mart na dokładnie tym samym spektaklu, który dziś omawiamy.

Notka jest zapisem prawie godzinnej rozmowy więc prosimy o wyrozumiałość.
I przypominam o ANKIECIE, jeśli jeszcze jej nie wypełniliście.  

 Zdjęcia pochodzą ze strony wydarzenia Tydzień z Teatrem Polskim z Warszawy w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim  i są z próby.
M: I jak wypada "Burza" obejrzana po raz kolejny?
Mart: Zdecydowanie lepiej. Może to jest kwestia dojrzałości, która nieco się poprawiła w moim przypadku. Może też studiów, bo jednak jesteśmy na tym ZIArcie i mamy zajęcia z wiedzy o teatrze i jakąś tam podstawę mamy. I widzisz to w kontekście znaków, czytania syntaktyczno-seman-cośtam. I to jest najfajniejsze! Widzisz drugi raz to samo, ale zauważasz, że tutaj to jest zagranie takie, żeby tu osiągnąć określony efekt, a tam zauważasz momenty, gdzie coś nie wyszło i wiesz, że coś nie wyszło bo umiesz to dostrzec. Co prawda nie na „Burzy” bo ta była przygotowana doskonale. Ale o „Burzy” ciężko jest mówić. Nie znam się na teatrze, ale znam się na emocjach i może właśnie chodzi o te emocje, przychodzisz do teatru i jesteś w stanie skupić się tylko i wyłącznie na tym co jest na scenie i czasami wyłącza ci się to myślenie analityczne, a skupiasz swoją uwagę na tym jak bardzo to przeżywasz. I miałam to szczęście, że w zupełnie innym stanie świadomości mogłam znów to zobaczyć. Przychodzisz i dajesz się temu porwać. Przez pierwszy spektakl stwierdziłam, że nie chcę studiować kryminologi, tylko chcę iść na zarządzanie instytucjami artystycznymi.
/Anegdota ma pointe możemy zacząć inny wątek/
M: Zauważyłaś jakieś różnice w realizacji pomiędzy tym co było w Warszawie, a tym co było w GTSsie? I czy w Warszawie scena i widownia były na jednym poziomie, tak jak zrobiono to w Gdańsku?
Mart: Nie pamiętam dokładnie, bo to już było 2 i pół roku temu, ale wydaje mi się, że nie. W Warszawie scena istniała.
M: Bo fakt, że ta scena była na równi z fotelami to robiło niesamowite wrażenie, szczególnie, że na początku przedstawienia była woda używana, lała się. Potem Kaliban rzucał się po tej scenie i to naprawdę musiało być ciekawe, siedzieć w tym pierwszym rzędzie, rzędach i to obserwować. Przypuszczam, że ci widzowie z pierwszego rzędu mogli się poczuć miejscami zagrożeni.
Mart: Mam wrażenie, że oni nie wiedzieli na co się piszą przychodząc na ten spektakl i siadając w pierwszym rzędzie.
M: Ale to trochę tak jest w GTSie, że ze względu na możliwości jakie tam są, to można być zaskoczonym jak ta scena zostanie ustawiona, jak sobie reżyser to wymyśli.
Mart: Zdecydowanie. Jeśli sobie wymyśla, że chce mieć właśnie scenę na poziomie oczu, to okey, tak będzie, a jeśli chce występować na scenie, która ma taki a nie inny kształt – proszę bardzo, nie ma problemu. 

A to akurat jest z samego przedstawienia.

M: A sama scenografia?
Mart: Co do samej scenografii, wydaje mi się, że się nie różniła.
M: Bardziej chodziło mi o to, że w „Burzy” to powinna być wyspa, a tutaj mamy takie dziwne coś. Ja na początku nie wiedziałam co to ma być. Ale na spotkaniu ktoś powiedział, że to jest opuszczony basen. Faktycznie tam są kafelki i to z naturą ma bardzo niewiele wspólnego.
Mart: No to wygląda jak jakieś pomieszczenie.
M: Jak opuszczony basen.
Mart: Chociaż na przykład, moje pierwsze wrażenie z Warszawy to był statek. Ja nie miałam zielonego pojęcia o czym „Burza” jest, bo nie zdążyłam przeczytać przed wyjazdem. Przeczytałam tylko skrót na stronie internetowej teatru, a tam jakieś imiona, Prospera, Miranda-Mirinda..
M: Chociaż wiedziałaś, że to Szekspira?
Mart: Widziałam, że to jest Szekspira. Ale nie miałam zielonego pojęcia co i jak. Tym bardziej, że gdyby spojrzeć na sam opis fabuły to jest on tak poplątany, że nie do końca masz świadomość o co tam chodzi, co z czym się je. Przynajmniej ja miałam takie wrażenie. I widząc to pierwszy raz byłam przekonana, że to statek.
M: Tak! Bo tam na górze jest…
Mart: Maszt…
M:... bocianie gniazdo
Mart:...do wypatrywania
M: I jeszcze ten taki balkon, nie wiem jak to nazwać (pokład!)
Mart: Ciężko to nazwać. Wygląda trochę jak ambona.
M: No nie do końca, bo jest podłużne.
Mart: I ja byłam przekonana, że akcja rozgrywa się na statku. I sobie myślę: okey, co z załogą. A załoga się nie pojawiła. I na tym pierwszym spektaklu siedziałam tak oczarowana…. Generalnie Seweryn mógłby mi lecieć ze spisem ludności, ja i tak byłabym zachwycona…
M: Książkę telefoniczną!
Mart:… tak zachwycona. Pamiętałam tylko tyle, że nie ogarniałam fabuły. Może to ze względu na emocje. Wielkie przeżycie, wow. W końcu zobaczę Seweryna, na żywo, na scenie. W jego naturalnym środowisku, że się tak wyrażę. Bo jednak film to film, a teatr to coś zupełnie innego. I z samej fabuły niewiele wyniosłam i gdyby ktoś mnie zapytał o streszczenie tego spektaklu, to bym nie wiedziała co mam powiedzieć.
M: W sumie to ja Cię rozumiem. Też, nawet jak byłam na „Zemście” gdzie przecież ją czytałam i to nie raz, ale jak by mi tak ktoś kazał, po wyjściu z tego spektaklu wtedy opowiedzieć o czym to było… a ja wiem, nie wiem…
Mart: Był mur…
M: Był…
Mart: i hej Gerwazy, daj gwintówkę.
No i może któryś aktor był przystojny.
M: O tak jeden z „Pierwszej miłości”

/Po spektaklu było spotkanie z aktorami, które było nieco żenujące. Nie nieco, bardzo, gdy opowiadałam o nim mamie użyłam tego słowa 5 razy. Naprawdę było źle/

M: Prospera grał Andrzej Seweryn, już wiemy, że Mart go lubi. Pani na spotkaniu odnosiła się do tego, że Seweryn gra jak ona to określiła bardziej zaangażowanie, gdy reżyserował to co się dzieje na scenie, a Seweryn potraktował to chyba odrobinę zbyt osobiście, bo faktycznie było widać pewne zmiany tempa gry w poszczególnych momentach.
Mart: Bo ona użyła bardzo złego określenia.
M: Zaangażowany, tak. To nie jest odpowiednie. To była po prostu inna szybkość gry.
Mart: Inne tempo, inna energia tam działała. Bo jednak Seweryn należy do aktorów, którzy bardzo szybko są w stanie zmieniać styl swojej gry. Z tego, który wygląda na taki niepozorny, jakby robił tylko tło dla akurat innej postaci, która się wybija, potrafi raz dwa przejść do momentu, gdy to on przejmuje kontrolę nad tą sytuacją i na nim skupia się wzrok.
M: A to jest coś bardzo ważnego w „Burzy” bo on jest postacią, która reżyseruje inne postaci i działania na scenie.
Mart: Jeśli można byłoby mówić o rytmie w teatrze (i zasadniczo można, nikt nie broni) i w samej grze aktorskiej to cała „Burza” polega na ciągłej zmianie rytmu.
M: No bo to „Burza”
Mart: Właśnie! Burza. To jest genialne. Muszę w końcu przeczytać cały tekst „Burzy” , bo dalej tego nie zrobiłam. Ale na innych dramatach widać, że u Szekspira jest scena, która jest bardzo dynamiczna – akcja-reakcja- a później moment, przerywnik, w którym to napięcie opada…
M: Jakieś proste dialogi, monologi
Mart: Albo wprowadzenia. 


M: Wracając do tego, że Prospero jest magikiem, który reżyseruje jest bezpośrednio powiązany z elementem scenografii jakim są kurtynki, które bardzo gwałtowanie odsłaniały się i zasłaniały odpowiednio gdy aktorzy wychodzili i wchodzili. I gdy za nie wchodzili, zwieszali się jakby linki, które ich trzymałby jak gdyby byli marionetkami przestawały być napięte. Opuszczają głowy, opuszczają ręce, kurtynki się zasłaniają. To robi absolutnie niesamowite wrażenie. I bardzo długo nie wiedziałam, nie mogłam się domyślić o co w tym chodzi. Dlaczego. To robiło wrażenie, ale było zastanawiające bardzo. I dopiero na tym spotkaniu to zastało jasno powiedziane, że to właśnie dlatego, że Prospero jest reżyserem.
Mart: Możliwe, że znanie fabuły nieco by tu pomogło. Ale też fakt, że było to spotkanie i reżyser i aktorzy powiedzieli jak chcieli ten efekt osiągnąć, trochę pomógł to rozjaśnić.
M: Tak, że widać, że Prospero rządzi na tej scenie i się dzieje to co on chce. I to bardzo widać.
Mart: Oczywiście. I to jak aktorzy nagle stają się bezwładni kompletnie, wręcz pozbawieni życia to jest bardzo fajny motyw.


M: Przejdźmy do postaci Mirandy. I do tego co było o niej powiedziane na spotkaniu. A to było żenujące, ponieważ pani, która je prowadziła stwierdziła, że Miranda jest na scenie tylko po to, aby zakochać się w Ferdynandzie. Na co Anna Cieślak grająca bohaterkę posłała pani prowadzącej TAKIE spojrzenie. Na szczęście Seweryn jakoś wyszedł z tego impasu.
Mart: Jeżeli ktoś sugeruje, że w sztuce, w której tak naprawdę jedyną postacią kobiecą jest właśnie Miranada…
M: Warto dodać, że były również w sumie 3 inne postaci odgrywane przez kobiety, ale role były zasadniczo męskie
Mart: … i na niej opierają się wątki
M: Bo jest powiedziane, że Miranda uratowała Prospera i to dla niej on żyje. I potem dzięki niej tak samo porzuca zemstę.
Mart: Jeśli ona doprowadza do metamorfozy, do zmiany bohatera, który, bądź co bądź, reżyseruje wszystko pod siebie, jak można sugerować, w dodatku przechodząc płynnie do tematu kobiecości i tego, że ...
M: Intuicji, tego co jest wrodzone
Mart: I to świadczy o braku profesjonalizmu i braku zrozumienia dla całej sztuki. Jeżeli Szekspir zaplanował, że mamy jedną rolę kobiecą to znaczy, że to nie jest bez powodu
M: Ja też myślę, że jest to ważne, nawet bardzo ważne. Nie ma innej opcji, żeby ona nie była ważna.
Mart: Ale to jest też odwołanie do tego jaką rolę kobieta pełni ogólnie w życiu
M: Facet jest głową, a kobieta szyją, ale to szyja kręci głową.
Mart: I jeśli się słyszy, że kobieta jest w tej sztuce tylko po to aby się zakochać
M: To w jakiej sztuce by to nie było to brzmi źle.

M: Warto zaznaczy, że Miranda nawet jak nie gra to cały czas jest na scenie. Śpi, leży, jest obecna.
Mart: I to oznacza, że ona zmieniła Prospera i jest obecna we wszystkich jego działaniach, bo on to robi dla niej. Ale jest też nieświadoma tych działań.

M: Przejdźmy do Ariela. To co o nim myślisz? Bo ja absolutnie uwielbiam tę interpretację postaci. I mi się ogromnie podobało. Sposób w jaki mówił, śpiewał. Śpiewała – Ariela też gra kobieta. Rapowała tak jakby niektóre teksty. I taki bardzo młodzieżowy ten Ariel był.
Mart: Bardzo współczesny.
M: A Miranda wyglądała jak nastolatka-klaun.
Mart: Ariel wyglądał bardzo młodzieżowo. I zachowywał się młodzieżowo.
M: Tak, zgadzamy się, że Ariel był świetny.
Mart: Ariel był cudowny. Plus kobiecość dodaje lekkości postaci. 


Mart: A co myślisz o Kalibanie?
M: To, to jest w ogóle szaleństwo. Jak Kaliban zaczyna się rzucać po tej scenie to było straszne.
Kaliban jest niesamowitą postacią, taką… on ma być niby zły i momentami jest wręcz obrzydliwy.
Mart: Jest zezwierzęcony. Miałam wrażenie, że to jest pokazanie natury człowieka od najbardziej pierwotnej strony.
M: Nie wiem czy zezwierzęcony jest chyba nieadekwatne. W sensie, jaki on ma inny być jeśli Prospero i Miranda dopiero się pojawili i dopiero Miranda nauczyła go mówić. Przeklinać w zasadzie.
Mart: Miranda ma świadomość przewagi nad Kalibanem na zasadzie, że to ona teraz go kształtuje. Mogę teraz z tobą zrobić co chcę. A Kaliban tak naprawdę byłby w stanie zrobić Mirandzie krzywdę, gdyby tylko chciał. To Miranda jest dla niego ważna.
M: Ale to jest ciekawe, bo on w pewnym momencie został uwolniony, a potem wbiega na scenę z powrotem i przypina się znowu do tego łańcucha.
Mart: Syndrom sztokholmski?
M: Nie wiem, ale to było ciekawe. Bo on przecież intrygował z jakimiś tam postaciami ze statku ….
Które pominęłyśmy zupełnie, bo bardzo stanowiły drugi plan. I fakt, że „Burza” uznawana jest za opowieść o zemście i przebaczeniu niezbyt się w tej wersji wybija
Mart: Ważny jest Prospero, Miranda, Kaliban…
M: ...Ariel i wolność
Mart: A oni stanowili tło
M: Bardzo znikali, tym bardziej, że wszyscy wyglądali tak samo, w białych, jasnych garniturach.


Mart: Kaliban to taka postać, która nie wie co ma zrobić z odzyskaną wolnością i jak się zachować, i traktuje ją jako sytuację niebezpieczną. Woli więc wrócić do tego co znane.
M: Ten spektakl aż krzyczy WOLNOŚCI.
Mart: Jeszcze wątki przebaczenie i zmiany.
M: A w zasadzie nawet zmiany i przebaczenia
Mart: No tak
M: Ale ta wolność tak bardzo wysuwa się na pierwszy plan, że jest wolność długo, długo nic i faktycznie dopiero to wybaczenie.

M: Jak Ci się podoba sama końcówka?
Mart: Monolog?
M: Jeżeli sami jesteście bez winy … a nie to chyba nie to.
Mart: Prospero oddaje się w ręce innych, gdzie wcześniej sam o wszystkim decydował i reżyserował.
M: Niech od długiej i samotnej niewoli, pomoc rąk waszych mnie wyzwoli.
Mart: Oddaje się na łaskę i niełaskę.
M: Jak sami chcecie grzechów odpuszczenia, tak mi przebaczcie moje przewinienia.

Mart: To jest chyba takie katharsis.
M: Tak takie katharsis, które wyskakuje z krzaków i strzela ci z liścia. 

Pozdrawiamy, M i Mart

środa, 13 kwietnia 2016

Pierwsza blogowa ankieta

Hello!
Bloguję od trzech i pół roku, blog ewoluował i zmieniał się, ale teraz czuję, że potrzebuję jeszcze większej zmiany, chciałabym się otworzyć na nowe pomysły i sugestie. Nie chcę dalej twierdzić, że piszę tylko dla siebie i własnej przyjemności, bo jakiś czas temu moje postrzeganie bloga jako miejsca w sieci nieco się zmieniło i dwa powyższe stwierdzenia są już za wąskie.
Dlatego bardzo Was proszę o wypełnienie niekrótkiej i skomplikowanej ankiety dotyczącej Mirabell- Między innymi kulturalnie. Abym mogła się dowiedzieć co tu lubicie, czego nie, czego chcielibyście więcej, co powinnam zmienić itp.


Ankieta nie wyszła idealnie, nie wiem dlaczego raz polskie znaki działają, raz nie, stwierdziłam, że jednak nie będę ich używać, choć wiem, że może to sprawić, że słowa będą dziwne. Poza tym to pierwsza ankieta, mam nadzieję, że będzie działała w miarę dobrze. W trakcie przygotowywania spostrzegłam, że chyba będę musiała rozbić ją na dwie części, tak abym wnioski z tej mogła zawrzeć w kolejnej. Wybaczcie więc błędy i zapraszam do rozwiązania ankiety.


 ANKIETA

Myślę, że będę Wam o niej przypominała przez najbliższe 2-3 tygodnie, potem zrobię koleją część i w maju podsumowanie i wnioski.

LOVE, M

 

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Ulubione miejsca w Gdańsku #1

Hello!
Od 6 miesięcy mieszkam w Gdańsku, ale tak naprawdę jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłam. Ciągle przytłacza mnie jego wielkość i fakt, że w wiele miejsc muszę jeździć tramwajem. Jednak zasadniczym plusem lokalizacji mojego akademika jest to jak blisko Starego Miasta się znajduje. Ponieważ kocham zabytki i zwiedzanie, nie mogłam trafić lepiej.
Dziś pierwszy post z cyklu "Ulubione miejsca w Gdańsku". Póki co wiem, że powstaną jeszcze 2 części. A zaczynamy od zdjęć z placu/mini parku znajdującego się przed Ratuszem Staromiejskim. Sam Ratusz to ten budynek w tle zdjęcia pomnika Jana Heweliusza i będzie on najprawdopodobniej bohaterem kolejnego wpisu z tej serii.











LOVE, M

sobota, 9 kwietnia 2016

"Psycho Pass" & "Tokyo Ghoul"

 Hello!
Pewnie już pomyśleliście, że ostatnio oglądam tylko głupiutkie anime i jeszcze próbuję to tłumaczyć tym, że to na bloga. Ale po pierwsze poprzednich tytułów nie oglądałam jednego po drugim, to byłoby nie do wytrzymania, a po drugie zdarza mi się oglądać animacje skierowane do nieco starszych widzów i będące poważniejsze, i dziś to udowadniam.




Psycho Pass
Akcja ma miejsce w samowystarczalnej Japonii, odciętej od reszty świata, kierowanej przez Sybill - system komputerowy potrafiący przeskanować człowieka, analizując jego talenty, słabości, a nawet skłonność do popełnienia przestępstwa. Główna bohaterka, Tsunemori Akane, po ukończeniu szkoły i zdaniu egzaminów z najwyższą możliwą notą zostaje przydzielona do specjalnej jednostki policji zajmującej się prewencją – eksterminacją ludzi, których psycho-pass przekroczył bezpieczną granicę. Wymaga się od niej bezwzględnego posłuszeństwa i żelaznych ideałów, na których szczycie oczywiście musi stać stworzony przez Sybill porządek, w którym ludzi dzieli się na tych z czystym i tych z zamglonym pass’em. Pierwsi mają dostęp do wszystkich dóbr, rozrywek i praw, natomiast drudzy, nawet jeśli nigdy jeszcze nie popełnili żadnego przestępstwa, skazani zostają na ośrodek resocjalizacyjny lub śmierć - w zależności od osądu panującego Sybill. (shinden.pl)


Ciekawe, psychologiczne anime. Jak często w animacjach, twórcy balansują nad prostym stwierdzaniem co jest dobre, co złe. Oczywiście, mamy także walkę z systemem, a co nawet ważniejsze, poznawanie tego systemu, bo nie jest on tak idealny jak się wydaje. Anime pokazuje różne pojmowanie moralności, opowiada o przenoszeniu odpowiedzialności i o tym do czego człowiek może posunąć się z własnej woli. Dodatkowo jednym z wątków pobocznych jest zemsta. Pierwszy sezon ma 22 odcinki i chyba tylko jeden był prawdziwą, niepotrzebną, zapchajdziurą więc anime nie cierpi na typową przypadłość dłuższych produkcji jaką jest nuda.

W drugim sezonie zostajemy pozbawieni jednej z najciekawszych postaci z sezonu pierwszego, ale dostajemy na jej miejsce kilka innych, co powoduje, że krótki, bo 11 odcinkowy sezon, jest nie tylko dużo bardziej dynamiczny od pierwszego, ale także relacje pomiędzy postaciami są dużo intensywniejsze. Druga seria jest też nieco mniej filozoficzna niż pierwsza, ale podstawową sprawą nadal pozostają problemy z systemem.

Prawie dwugodzinny film, który wyszedł w zeszłym roku, cierpi na brak sensu, ale jest całkiem sporo wybuchów i scen walki oraz pojawiaj się Kugami, przez co można o tych brakach zapomnieć. Aż do wyjaśnienia zaistniałej sytuacji, bo nawet jak na standardy tego (i ogólnie) anime jest mocno niesatysfakcjonujące, a wręcz naciągane. Oprócz tego, że powraca Kugami najlepszą stroną filmu jest muzyka. W serialu nie wyróżniała się szczególnie, chociaż miała przebłyski geniuszu, natomiast w filmie jest naprawdę świetna.


Tokyo Ghoul
Wszyscy wychwalali, a ja bałam się zacząć, bo po tym co słyszałam stwierdziłam, że nie jest to anime dla mnie. Do zmiany zdania nakłonił mnie fakt, że przez użytkowników jednego z polskich serwisów o anime drugi sezon „Tokyo Ghoul” został uznany za najgorszą animację zeszłego roku (po ogłoszeniu wyników zmieniono kategorię na porażka roku, ale na jedno wychodzi). Zdecydowanie ciekawa sprawa i sprawdziłam, że przekonam się na własnej skórze jak to było.

Anime jest o świecie, w którym istnieją istoty zwane ghoulami, żywiące się ludzkim mięsem. Wyglądają niby normalnie jak każdy człowiek, ale są całkowicie inne. Tokyo jest podzielone na dzielnice w których pobyt ghouli nadzorują ludzie zwani ,,gołębiami", inaczej tropicie ghouli. Główny bohater, Kaneki, na skutek pewnego wypadku staje sie półghoulem i musi nauczyć się jak przeżyć. Fabuła anime skupia się głównie na tym, jak Kaneki uczy się bycia ghoulem i jak wygląda ich świat. (shinden.pl)

Pierwszy sezon nie był zły, główny bohater- Kaneki, próbował się odnaleźć się w świecie, w którym się znalazł, a do którego jako jedyny należał. Mamy troszkę wątków a'la ludzie próbują zrozumieć ghule, ghule ludzi, ale anime nie idzie w tę stronę, nieszczególnie to rozwijając. W skrócie fabuła jest mnie więcej taka: Kaneki nie chce jeść, za to chcą zjeść jego. Oczywiście w trakcie oglądania widz łapie się, albo przynajmniej powinien łapać się, na tym że zaczyna lubić ghule. Dostajemy historię ghulowej rodziny, która nie chce jeść ludzi, a która mimo to kończy tragicznie. Natomiast przedstawiciel gatunku ludzkiego to największa kanalia, najgorszy człowiek jakiego można było wybrać do tej roli. Okropny policjant śledczy, bez serca, duszy, cienia empatii czy jakichkolwiek uczuć. Widz praktycznie nie ma wyboru, musi kibicować ghulom. Ostatecznie Kaneki stwierdza, że narobił zbyt wiele kłopotów i boryka się z poczuciem winy – co nie jest do końca zgodne z prawdą – co owocuje zmianą koloru włosów i postępowania bohatera. To znów ogromne niedopowiedzenie, Kaneki był torturowany co odbiło się na jego psychice. To znaczy mu odbiło.


Podobno „Tokyo Ghul” traci ponieważ manga jest tak genialna, a anime nie trzyma poziomu. Trudno mi to oceniać, ale jestem skłonna uwierzyć w te opinie. Szczególnie odnoszące się do drugiego sezonu. Jest w nim trochę mniej rozważań filozoficzo-etycznych, chociaż generalnie jest bardzo smutny. Wcześniejsze zdanie jest jednym z dwóch jakie zanotowałam w czasie oglądania. Drugie: wykorzystanie piosenki z pierwszego openingu (naprawdę, naprawdę dobrego) na koniec ostatniego odcinka sezonu drugiego, wyszło fenomenalnie i niesamowicie to wszystko pasowało. Trzecia sprawa, o której rozmawiałam z bratem: w drugim sezonie prawie nie ma Kanekiego. Także drugi jest, delikatnie rzecz ujmując, mało fascynujący. Można pooglądać jeśli lubi się postać Touki i jest pewna nadzieja, że 3 ostatnie odcinki mogą się widzowi spodobać, ale według większości osób, które znają się na temacie lepiej niż ja, najlepszym rozwiązaniem jest jednak sięgnięcie po mangę.

Trzymajcie się, M

czwartek, 7 kwietnia 2016

Falowanie i spadanie ("Shadowhunters")

Hello!
Od 13 tygodni uważnie śledziłam poczynania Nocnych Łowców w serialu "Shadowhunters", nawet popełniłam notkę na temat przewidywań po obejrzeniu pierwszego odcinka więc mam całkiem niezły punkt odniesienia. Jaki więc jest ten serial? (spoileruję, zarówno serial jak i książki)


Książki
Nie przeczytałam ponownie "Miasta kości" ani żadnej innej książki z serii przed rozpoczęciem oglądania serialu, ale sporo z nich pamiętam. Bawienie się w porównywanie serialu do pierwowzoru w tym wypadku jest bezcelowe i bez sensu, co jednak nie zmienia faktu, że książka jest, bez wątpienia, oczywistym punktem odniesienia  i nie da się napisać o serialu bez odnoszenia się do pierwowzoru. Do tego jestem osobiście przekonana, że liczba osób, które zaczęły (i, co ważniejsze, skończyły) oglądać serial a nie czytały "Miasta kości" jest znikoma i uzasadnia to nawiązywanie do książki/ek.
Szalony scenarzysta
Wyłapywanie dziur w scenariuszu znudziło mi się po mniej więcej 3 odcinkach, ale trzeba przyznać, że w finale scenarzysta przeszedł samego siebie. Ale nie to najbardziej mnie uderzyło, w tym jak rozwijana była fabuła, a to jak wykorzystano czy raczej nie wykorzystano materiału z książki. Ikoniczna wręcz scena z opowiadaniem Jace o sokole została skopana (przepraszam za kolokwializm, lepsze to niż wulgaryzm). Podobnie jak pocałunek Jace i Clary, i wiele innych. A z drugiej strony wiele, nawet bardzo wiele rzeczy dodanych, bądź bardzo zmienionych wypada ciekawie, a co ważniejsze zaskakująco. Przynajmniej w pierwszym momencie, bo z drugiej strony wszyscy wiedzą, że to nie może się tak rozwinąć, jak sugeruje to 'zaskoczenie'.




Zaskoczenie
Zdrada Hodge zrobiłaby dużo większe wrażenie, gdyby faktycznie to on prowadził Instytut, a nie Lighwoodowie. A ponieważ jest tylko nauczycielem i chociaż powtarzają, że rodziną, to z jego zdradą przechodzi się do porządku dziennego i nic się wobec tego zdarzenia nie czuje. Poza tym, żeby cokolwiek poczuć potrzeba by więcej tej postaci na ekranie, a pojawia się na oko może w 4 do 5 odcinków i to w scenach 3-5 minutowych.

Instytut
Rzeczą, która najbardziej zaskoczyła mnie w pierwszym odcinku był wygląd Instytutu. Nie było to przytulne miejsce, dom, tylko wyposażone w różnego rodzaju technologiczne udogodnienia, centrum dowodzenia. I to akurat był jeden z ciekawszych pomysłów i choć wolę bardziej staroświeckie wnętrza, to mnie przekonało. Natomiast nie rozumiałam jednej rzeczy: skąd tam ludzie. A w dalszej kolejności: czemu nikt nie zwraca uwagi na to co robią bohaterowie. Zatrudnianie statystów tylko po to by się przechadzali po planie jest bez sensu, a w książkach było wyraźnie napisane, że Instytut był raczej pustym miejscem. 
Lighwoodowie
Jak wspominałam wyżej to Lighwoodowie kierują Instytutem nie Hodge. I wynikają z tego same problemy. Wiedziałam, że mają oni obsesję na punkcie honoru, rodziny i innych podniosłych haseł, ale momentami przypominało to bardziej obsesję. I muszę przyznać, że trochę nie łapałam pewnych elementów ich rodzinnych problemów. Jakieś dziwne poświęcenie i oddanie, stawanie się poważnymi, odpowiedzialnymi ludźmi. Znów, zasadniczo nic z tego nie wynikało. Oprócz tego, że Izzy zaczęła się ubierać przyzwoicie na pewien czas.


Postaci nie mają charakteru. 
A przynajmniej większość, na czele, z uwaga, Jacem. W pierwszych odcinkach nie było jeszcze źle, ale później stało się coś całkiem zaskakującego i z postaci, która powinna być arogancka i sarkastyczna, stał się pieskiem ze smutnymi oczami. I jak już raz zaczął, to postanowił nie zmieniać wyrazu twarzy do końca sezonu. Patrzenie na takiego nieporadnego Jace to była katorga. Jace jako postać ogromnie boi się bycia słabym. A właśnie taki jest. Ale Dominic przynajmniej aktorsko miał kilka lepszych momentów i jestem pewna, że reżyser/scenarzysta tak mu po prostu kazał grać. Natomiast Clary/Katherine, bo naprawdę ciężko stwierdzić czy to wina tego jak postać jest napisana, czy tego jak jest zagrana, jest niewypowiedzianie wręcz irytująca. Wręcz chwilami nie do zniesienia.
Jednak najbardziej zaskakującym odkryciem jakie poczyniłam w trakcie oglądania, było to jak bardzo nie 'kibicuje' i jak jest mi zupełnie obojętne to czy Clary i Jace będą razem.
Alec, Jace i Magnus
To chyba jedne z najsilniej rozwijanych wątków w całym serialu. I chyba najbardziej udany, chociaż scenarzysta, jak to scenarzysta szalał. Było wszystko: zdrady, oszustwa, kłamstwa, pocałunek. nawet małżeństwo, kłótnie i godzenie się, naprawdę dużo rzeczy tam upchnięto. Wiadomo też, że relacja Magnusa i Aleca nigdy nie należała do najłatwiejszych, ale po tym co przeszli w tym sezonie, pokonają wszystko. Napięcie pomiędzy tymi trzema postaciami z Aleksandrem w środku było jedną z raczej nielicznych rzeczy, które w tym serialu zadziałały.


Izzy i fearie
W wątkach z Meliornem scenarzysta sięgał naprawdę daleko, bo praktycznie aż do "Miasta niebiańskiego ognia". I delikatnie rzecz ujmując, można by to spokojnie wyciąć, bo to jeden z większych wątków-zapychaczy, z których nic potem nie wynika, a tylko utrudniają sprawę. Natomiast w trakcie sezonu diametralnie zmieniał się mój stosunek do postaci Izzy i obecnie jest ambiwalentny. Okazała się nad wyraz inteligentna i mądra, i ujawniła kilka innych ukrytych talentów. Jednocześnie nie mogę znieść tego jak wygląda, bo nie ma to nic wspólnego z byciem kobietą wyzwoloną i niezależną, a jest zwyczajnie wulgarne.
Simon i wampiry
O ile wątek Aleca i Magnusa był  eksploatowany, to wątku Izzy-Simon nie było wcale, może poza drugim czy trzecim odcinkiem i zostało to kompletnie porzucone. Skupiono się na tym, że Simon przemienia się w wampira i tym co z tego wynika. I to także zalicza się do udanych elementów tego serialu, bo postać Simona jest oddana po prostu idealnie. Generalnie wampiry także się udały, a ja nawet zapałałam sympatią do Raphaela.


Dialogi pisane na kolanie i wiek odbiorców. 
 Szczególnie na początku sezonu, bardzo dużo w serialu obściskiwania się (a jakże w wykonaniu głównie Izzy) a jednocześnie większość dialogów, szczególnie pomiędzy Jacem a Clary, pisana była na kolanie,  bo brzmią jak wyjęte z serialu dla 13 latek.Trzeba być dość naiwnym by te rozmowy były przekonujące, do tego zupełnie nie ma chemii pomiędzy Jacem a Clary. Praktycznie każda relacja jest napisana lepiej niż ich.
Równość
Jedną z wielu rzeczy, które rzucają się w oczy w trakcie oglądania serialu jest kolor skóry Izzy i Aleca. To znaczy oboje są śniadzi. Sprawdziłam co nieco i Emeraude Toubia jest córką Meksykanki i Libańczyka, i czuje się Amerykanką. Natomiast z aktorem grającym Aleca sprawa jest nieco dalsze, bo według Wikipedii jego dziadek ze strony ojca miał włosko-irlandzko-węgiersko-angielskie pochodzenie. Przypuszczam, że w Matthew obudziła się włoska krew. Magnus z założenia jest nieco egzotyczny, natomiast co ciekawe Luka gra aktor o jeszcze ciemniejszym odcieniu skóry. Jednak nie udało mi się za wiele ustalić w kwestii jego pochodzenia oprócz tego, że wywodzi się z muzułmańskiej rodziny, ale urodził się w Ameryce, ale imię i nazwisko ma charakterystyczne- Isaiah Mustafa. A w ramach ciekawostki: w czasie poszukiwań okazało się, że to właśnie on występuje w słynnych reklamach Old Spice. Kolejny przykład, grający Simona Alberto Rosende jest kubańsko-kolumbijskiego pochodzenia. I jeszcze jeden, ale jest ich zdecydowanie więcej, z tym, że aktorzy grający w serialu są powiedziałabym średnio znani i choć wyraźnie widać, że mogą mieć ciekawe pochodzenie, trudno dokładnie to ustalić. Udało mi się jeszcze w przypadku grającej Camille Kaitlyn Leeb: chińsko-irlandzkie. Troszkę za bardzo się rozpisałam, a chciałam jeszcze w wspomnieć, że w jednym odcinku następuje zjednoczenie Nocnych Łowców, wampirów i wilkołaków, a Clary biega i krzyczy, że wszyscy są równi. Zastanawiałam się czy to akcja, scena nie miała na celu przekazania czegoś więcej i czy nie była jedną z ważniejszych w serialu.

Pozostałe 
W serialu pojawiają się nawiązania do "Infernal Devices", które są bardzo miłe, niektóre mniej, a niektóre bardziej subtelne, ale za każdym razem usłyszenie i skojarzenie jest satysfakcjonujące. Innym lokowaniem produktu było nawiązywanie do Disneya, szczególnie do nadchodzącej "Alicji po drugiej stronie lustra".
Podsumowując
Prostym podsumowaniem tego serialu byłoby stwierdzenie, że to jest nierówny. Ale jego "równość" znajduje się gdzieś pod poziomem morza. Dlatego, gdy wychyla się na powierzchnię, daje tyle radości, ale gdy sięga dna i wodorostów trudno uwierzyć, że coś takiego powstało.  Odrobinę przedramatyzowałam, ale naprawdę w tym serialu wszystko się waha, raz jest lepiej, raz gorzej i to chwianie jest denerwujące.

 Trzymajcie się, M

wtorek, 5 kwietnia 2016

Nie moja bajka ("Królowa śniegu")

Hello!
"Królowa śniegu" to opowieść, która zapoczątkowała moją miłość do książek. Dlatego gdy zobaczyłam, że w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim grana będzie przez Teatr Polski w Warszawie nie mogłam przepuścić takiej okazji. Ale, być może, powinnam jednak była.

 Zdjęcia pochodzą ze strony wydarzenia

Po pierwsze nie jestem pewna czy to spektakl na pewno dla dzieci. Są w nim przynajmniej 3 sceny, których dziecko nie ma szans zrozumieć. O ile pierwsza, to po prostu wykorzystanie wiersza Gałczyńskiego "Rozmowa liryczna", co samo w sobie nie jest złe, tylko niepotrzebne, ale dla starszych widzów nawet całkiem sympatyczne, to dziwne tango Królowej i Kaja jest zupełnie niewytłumaczalne. Podobnie jak ubrani w lateksowe stroje, z jakimiś biczami, towarzysze postaci rozbójniczki.


Po drugie relacje pomiędzy Kajem a Gerdą. W pierwszych scenach dowiadujemy się, że Kaj zostaje niejako adoptowany przez mamę Gerdy. A za moment mamy fragment z wierszem. Do tego nie do końca wiadomo czy te postaci są czy nie są dziećmi. Przyjmuje się to z góry za oczywiste, ale dosłownie właśnie w tym momencie uświadomiłam sobie, że równie dobrze oni mogli być dorośli. Albo magicznie podrosnąć przed "Rozmową liryczną". Co nie zmienia faktu, że to całe wyznanie miłości jest zupełnie niepotrzebne, bo cała moc tej historii polega na tym, że wędrówka Gerdy jest wyrazem jej miłości do Kaja, pomimo tego, co powiedział jej pod wpływem odłamka. Nie chcę się dalej rozpisywać po prostu coś takiego jak jakakolwiek psychologizacja postaci nie miało tam racji bytu.


Po trzecie. wiele rzeczy w spektaklu dzieje się w więcej niż niewiadomych powodów. Po prostu, bo tak i na dodatek zaskakująco łatwo. Jeszcze inną sprawą jest to, że wiele rzeczy się nie dzieje, a jest o nich opowiadane. Z tym, że wiele razy odniosłam wrażenie, że te rzeczy, o których jest mówione są tysiąc razy ciekawsze niż to co widzimy na scenie. I wiem, że prawdopodobnie wynika to z możliwości, a raczej pewnych ograniczeń w realizacji, ale jestem pewna, że można było tak to zorganizować, aby więcej pokazać a mniej mówić.


Po czwarte. Po macoszemu potraktowano całą historię z lustrem, odłamkami i ponownym układaniem lustra. Niby pokazane są wszystkie etapy podróży Gerdy, ale znów większość jest mocno przegadana i nic się nie dzieje. Czasami jest tak, że postaci łopatologicznie nas informują o tym co robią, bądź będą robić, a czasami musimy całkiem dużo rzeczy sobie dopowiedzieć, aby to co widzimy, miało sens. Bardzo brak temu przedstawieniu złotego środka. Bardzo, bardzo i to pod wieloma względami.

Cztery B. Królową Śniegu na koniec też potraktowano po macoszemu.


Piąte. Wystarczy tego złego, bo być może to tylko ja się czepiam, a dzieciom, których było bardzo dużo, głównie małych dziewczynek, się podobało, z tego co zauważyłam, usłyszałam. Jedną rzeczą, do której absolutnie nie można mieć zastrzeżeń, a wręcz osobie, która je zrobiła należą się wszelkie nagrody świata, są kostiumy. Fenomenalne i cudowne. Szczególnie druga suknia Królowej Śniegu. Trzeba też pogratulować aktorom tempa przebierania się, bo czasami wydawało się wręcz niemożliwe, aby te stroje tak szybko zmieniać.


Sześć. Jeszcze kilka słów o aktorach. Gerda, grana przez Martę Kurzak, na początku trochę mnie przerażała tym jak głośno mówiła i jak ekspresyjnie grała, na szczęście potem się uspokoiła. Kaja polubiłam z miejsca był przesympatyczny, ale jak wiadomo, tak naprawdę, nie ma go zbyt wiele na scenie, a grany był przez Pawła Krucza. Ale ten pan ma też drugą rolę - Wrony i tu może się popisać. Z tego co podsłuchałam i w sumie sama uważam, to jedna z postaci, która z miejsca zdobyła serca publiczność i wiele osób uznało za najlepszą. W Renifera, który był kimś w roli narratora, wcielił się Jarosław Gajewski i był fenomenalny. Wiele do grania nie miał, ale ta elegancja i delikatność, robiły wrażenie. A tytułową Królową (oraz Księżniczkę i Laponkę) grała Joanna Trzepiecińska. Obie te postaci odznaczały się ogromnym wystudiowaniem ruchów, ale były niesamowicie różne i naprawdę podziwiam zdolność przejścia od jednej roli do drugiej.
Część obsady miałam już możliwość podziwiać na dekach teatru w "Zemście" w czerwcu dwa lata temu. Z tym, że wtedy to ja pojechałam do teatru, a tym razem teatr przyjechał do mnie.

Pozdrawiam, M

PS. Zachęcam do polubienia strony bloga na facebook'u. Jak wspominałam pod koniec marca, w kwietniu dzieje się sporo rzeczy i właśnie tam w dużej mierze je relacjonuję.

niedziela, 3 kwietnia 2016

Shounen Ai

Hello!
Nie wiem czy zauważyliście, że anime bywają bardzo różne. Istnieje mnóstwo gatunków, mnóstwo konkretnych grup docelowych i innych wyszczególnionych kategorii. Dziś, raczej wyjątkowo, bo nie planuję dzielić obejrzanych anime gatunkowo, zajmiemy się czymś, co nazywa się "shounen ai". Podaję definicję z Wikipedii: " motyw w mandze bądź anime, który opiera się na miłości między dwójką mężczyzn. Wyrażanie uczuć w shōnen-ai zazwyczaj ogranicza się jedynie do pocałunków, bądź do lekkich aluzji na temat seksu, brak zaś jest scen erotycznych, które występują w yaoi. Shōnen-ai nie jest skierowany do homoseksualistów, ale do nastoletnich dziewcząt, wśród których zdobywa ogromną popularność na całym świecie." Z tego co zdążyłam zauważyć, faktycznie popularność tego typu anime jest ogromna.


"Uragiri wa Boku no Namae wo Shitteiru"
Kolejne anime obejrzane przez K., ma drugie miejsce pod względem długości nazwy z widzianych przeze mnie animacji.









Yuki Giou to tajemniczy chłopak, wychowujący się w sierocińcu. Dotychczasowy, spokojny żywot młodzieńca zaburza niespodziewane pojawienie się jego starszego brata, który wstrząsającymi nowinami niszczy dotychczasowy cykl życia sieroty. Krewny wyjawia mu prawdę o jego pochodzeniu, zmuszając tym do podjęcia trudnych decyzji i poszukiwania odpowiedzi na nurtujące go pytania. Wkrótce Yuki pozna prawdziwą moc swojego poprzedniego wcielenia - Anioła Światła, i przekona się, że nie wszyscy są tacy, na jakich wyglądają. Na wyboistej ścieżce towarzyszyć mu będą znajomi i rodzina. Walka dobra ze złem rozpocznie się po raz kolejny.


O samej fabule dowiadujemy się najwięcej z tego opisu, bo w samym anime nieszczególnie jest wyjaśnione dlaczego oni walczą, ani w sumie po co. Dużo ważniejsze niż akcja są relacje pomiędzy poszczególnymi postaciami, których jest całkiem sporo i prawie każda dostaje swoją historię i pięć minut w teraźniejszości. Pod tym względem to naprawdę ciekawe anime, tylko główny bohater nieco przypomina Bellę ze „Zmierzchu”. I nie jest to wcale tak dalekie od prawdy jak mogłoby się wydawać.

"Loveless"
Poszłam za ciosem i obejrzałam jeszcze jedno anime „shounen ai”. Nie było szczególnie dobre i zostało wyprodukowane bardziej w celu promocji mangi niż jako samodzielna historia. Jeśli ktoś chce dowiedzieć się, jak sprawy zostały wyjaśnione, a muszę dodać, że w ostatnim odcinku jeszcze dość mocno namieszali, to musi sięgnąć po mangę. Ja wytrzymałam oglądanie tej produkcji tylko dlatego, że jej strona na Wikipedii jest naprawdę ciekawie napisana. Tutaj nawet nie mam ambicji wklejać opisu, bo nie warto.


"Togainu no Chi"
Gdyby nie to, że chciałam opisać 3 shounen ai raczej nie zabrałabym się za to anime. Na pewno nie.


Akcja rozgrywa się po III wojnie światowej. Zniszczona Japonia została podzielona na dwie części. Po kilku latach od zakończenia wojny nad zrujnowaną dzielnicą Toshima władzę przejmuje przestępcza organizacja o nazwie Vischio. Rozpoczyna ona na terenie dystryktu krwawą grę, zwaną Igura, polegającą na walce wręcz pomiędzy uczestnikami. Zwycięzca będzie mógł zmierzyć się z "Il-re", królem i najsilniejszym człowiekiem Toshimy. Głównym bohaterem anime jest mistrz ulicznych walk "Bl@ster" Akira. Mężczyzna zostaje posądzony o morderstwo, przez co trafia do więzienia. Tam tajemnicza kobieta oferuje mu pomoc, w zamian za wzięcie udziału w grze i pokonanie "Il-re". Akira ma do wyboru śmierć w więzieniu lub walkę o życie wśród murów dzielnicy Toshima.



Opis nie brzmiał tak najgorzej, stwierdziłam, że to może mieć nawet jakąś fabułę i nie być takie całkiem głupie, i ma 12 odcinków. Do 6 odcinka jest jednak tak niesamowicie nudne, że trudno uwierzyć. Miały być jakieś walki czy coś, a jest mdło. Chociaż gdy już przyjdzie co do czego, to krew leje się strumieniami a trup ściele się gęsto. Tylko, że to nie jest ciekawe. Po 6 odcinku robi się odrobinę lepsze, a potem nawet trochę dziwne. Jak nie musicie to nie oglądajcie, nie warto.

Anime "No.6", o którym już pisałam jest chyba najlepszym przedstawicielem tego gatunku, który widziałam. "Uragiri wa Boku no Namae wo Shitteiru" jest całkiem sympatyczne, ale pozostałe dwa są niewarte uwagi. Muszę się jednak przyznać, że jestem w trakcie oglądania kolejnego i być może on także zaliczy się do tych lepszych.

Trzymajcie się, M

piątek, 1 kwietnia 2016

1030. Powiedz coś pozytywnego na samym początku dnia.

Hello!
To zaskakujące, ostatni wpis z "Dużego Małego Poradnika Życia" pojawił się w styczniu. To oznacza, że cały luty i marzec miałam o czym pisać. A dziś zaczynamy już trzeci tom i obawiam się, że niedługo może mi się skończyć książka. Będę musiała znaleźć jakiś inny tytuł idealny do cytowania.

1031. Wierz w cuda, ale na nie nie licz.
1042. Zachęcaj swoje dzieci do śpiewania w chórze.
1045. Nie zapominaj, że w ostatecznym rachunku jesteśmy oceniani na podstawie tego, co daliśmy, a nie podstawie tego, co dostaliśmy.
1057. Dziel się wiedzą i doświadczeniem.
1061. Pamiętaj, że dobrym słowem można zdziałać cuda.
1086. Osiągaj sukcesy dzięki temu, co robisz dla innych, nie kosztem innych.
1091. Pamiętaj credo Walta Disneya: Myśl. Wierz. Marz. Miej odwagę. 
1101. Nigdy nie uskarżaj się na opóźnienie lotu z powodów technicznych. Oczekiwanie na ziemi na naprawę jest nieskończenie lepsze niż alternatywa. 

1104. Dbaj raczej o szacunek niż o popularność.
1105. Dbaj raczej o jakość niż o luksus.
1106. Dbaj raczej o elegancję niż o modę.  

LOVE, M