sobota, 18 grudnia 2021

Z braku laku - The Witcher 2

 Hello!

Obejrzałam drugi sezon Wiedźmina na Netflixie i mam wrażenia. Nie powiedziałabym, że nadmiernie pozytywne. 

Wiedźmin 2

Geralt jest dziwnie miły.
Śmiertelnie poważnie traktuje chronienie Ciri i jednocześnie chyba pozwolono Henremu Cavillowi używać większej liczby mięśni twarzy niż w pierwszym sezonie. 

Ciri... jest.
Niestety jej rola jest dla mnie najmniej przekonująca ze wszystkich. 

Triss udaje, że ma jakąś więź z Ciri. Ponadto jest zaskakująco niestabilna i chwiejna. 

Yennefer jest, ale równie dobrze mogłoby jej nie być. I to nie jest żart. Można by ją wyciąć z serialu i nie za wiele by się zmieniło. Cały jej wątek można by rozłożyć na inne postacie i nikt nawet by nie zauważył. Nawet Fringilla była w tym sezonie ciekawszą postacią niż Yennefer. Sama Yennefer jest głównie... niezrównoważona. 

Jaskier jest i to aż przykre jak bardzo nie ma roli. 

Wiedźmini w Kaer Morhen są jacyś tacy nijacy.

Ciekawe koncepty ponadfabularne umierają zanim zostaną poważnie rozwinięte. Na przykład eksplorowanie konceptu obcości i tego, że teraz przyszli po elfy a później przyjdą po artystów i cały przekaz antydyskryminacyjny. To wszystko na takim poziomie ogólnym zostaje ucięte jak mieczem i niewiele więcej o tym słyszymy. Chyba że od elfów. 

Insynuacja czy aluzja do tego, że wielu osobom nie podobała się chronologia pierwszego sezonu to nie były wyraz samoświadomości serialu tylko niepotrzebnej złośliwości twórców. Gdyby kilka osób miało z tym problem - może byłoby to ok. Ale miało wiele, a wielu widzów, którzy nie mieli, było ostrzeżonych o kopniętej chronologii pierwszego sezonu.   Na dobrą sprawę nie żeby ten sezon dobrze radził sobie z pokazywaniem upływu czasu - ile Ciri mogła spędzić w Kaer Morhen? Trzy miesiące? To nie za wiele. 

W trakcie oglądania miałam dwa główne uczucia: pierwsze - że widzę to wszystko, jak przez szybę. Ani do mnie nie docierają emocje prezentowane na ekranie, ani ja nie jestem w stanie wykrzesać z siebie żadnej emocjonalnej reakcji na to, co widzę. Jedyne dwa momenty, gdy było inaczej - to w pierwszym odcinku, gdy Tissaia szukała Yennefer po bitwie, drugi - gdy Vesemir mówił, że jest pełen nadziei na odrodzenie wiedźminów. 

Drugie - że chyba pójdę wypożyczyć książki i przeczytam sagę jeszcze raz, bo to będzie ciekawsze niż oglądanie tych ciągnących się odcinków. Może ciągnących to odrobinę niesprawiedliwa ocena, ale zdecydowanie nie siedziałam przyklejona do ekranu i nie mogłam się oderwać od oglądania. Wręcz przeciwnie - w czasie ogladania udało mi się zrobić całe mnóstwo innych rzeczy...

Chciałam napisać, że wydaje mi się, że ta rewelacja odkryta na koniec drugiego sezonu w książce była okryta duuuuuuużo później, ale tak naprawdę tego nie pamiętam, ponadto - zastanawiam się, na ile to rewelacja dla osób oglądających - bo chyba w grze też było to wiadome. Więc być może to mniejsza niespodzianka a większy... segway do trzeciego sezonu. Bo nawet nie cliffhanger - i tak wiemy, że wszyscy ścigają Ciri, bo jest księżniczką lub z innych powodów powiązanych z jej rodowodem. Przy czym w świecie przedstawionym szachy będą musiały zostać rozegrane inaczej niż plany w książce. Gdy teraz się nad tym zastanawiam, to być może serialowi jednak trochę ciąży materiał źródłowy oraz gry. Mi jako widzowi jakaś tam znajomość książek, jak widać, wcale nie pomaga.


To dziwne - robiłam notatki w czasie ogladania, przepisałam je dziś rano, jest tuż przed publikacją wpisu - a ja, nie napiszę, że nie pamiętam serialu, chociaż w sumie tak naprawdę w pamięć zapadł mi tylko pierwszy odcinek, ale jest mi ten serial zaskakująco obojętny. A to nie jest odczucie, którego się spodziewałam. 

Pozdrawiam, M

środa, 15 grudnia 2021

Jak poukładać sobie życie w niepewnych czasach? - Happiness

Hello! 

Nawet nie wiecie, jak bardzo się cieszę, że piszę o dramie Happiness! Z dwóch powodów - dopiero co się skończyła, więc to bardzo świeża sprawa i dwa - jest świetna. Tak naprawdę to trochę przypadek, że udało mi się ją tak szybko zobaczyć. Nie oglądałam jej na bieżąco i zdziwiłam się, gdy w weekend okazało się, że już się skończyła - dosłownie dzień po tym, gdy zdecydowałam się na oglądanie. Ale Happiness jest fenomenalną dramą do obejrzenia w jeden weekend. 

Happiness drama
Źródło: https://www.hancinema.net/korean_drama_Happiness_-_Drama-picture_1392904.html
 

Pierwszy odcinek może wydawać się przytłaczający, bo dzieje się w nim naprawdę dużo. Ale to bardzo dużo jest znakomicie ułożone i uzasadnione - stwarza doskonałe podwaliny pod resztę serialu. Ten odcinek otwiera bardzo wiele dróg i stwarza szerokie możliwości rozwoju kolejnych epizodów. Dużo jest w tym zasługi obsady aktorskiej, która od samego początku ma znakomitą i naturalną chemię. I nawet nie powiedziałabym, że nasza główna para -Yi-hyun ( w tej roli Park Hyung-sik) i Sae-bom (Han Hyo-joo) - wiedzie w tym prym. Sae-bom ma co prawda znakomitą relację na ekranie ze swoim kolegą z jednostki specjalnej, wydaje się, że tworzą zgrany duet. Aktorsko zdecydowanie na pierwszy plan wybija się Jo Woo-jin w roli tajnego/wojskowego ministra zdrowia (albo kogoś w tym rodzaju). Pod względem historii, tła, powiązań i moralnej szarości - to on niesie cały ten serial. 

Wracając do tego, że w pierwszym odcinku dzieje się dużo - to drama o zombie (ludziach zaatakowanych przez tajemniczą chorobę) i już w pierwszym odcinku jest ich zaskakująco dużo. A serial promowany był zasadniczo faktem przeprowadzki Sae-bom do apartamentowca. Spodziewałam się wprowadzenia - a widz rzucony jest na dość głęboką wodę. Ogólnie to dość intensywna drama i to zarówno pod względem dziania się rzeczy, jak i intensywności poznawania informacji. I to drama o ZOMBIE. I ma 12 odcinków - po dramach wyjątkowo łatwo zauważyć, jak rozłożenie tego, co się dzieje w poszczególnych odcinkach ma się do ich ogólnej liczby. Ten fakt sprawił też właśnie, że udało mi się ją tak szybko obejrzeć i tak szybko o niej napisać.

Dość ciekawy jest świat przedstawiony. Bohaterowie żyją w świecie po covidzie, ale najwyraźniej w świecie zupełnie bez koncepcji zombie. I to dodaje do dramy ciekawego i początkowo nawet nieco bardziej istotnego wątku - czy ten szalony, chory człowiek to jeszcze człowiek, czy już potwór. I obserwujemy bardzo różne podejścia do tego tematu. I dość poważne, ta drama ogólnie jest dość poważna, a sprawa zombie (o których ja tak piszę dla ułatwienia sobie sprawy, w dramie o ile zrozumiałam słowo zombie nie pada) jest traktowana bardzo medycznie. Oraz w powiązaniu w narkotykami i chciwością firm farmaceutycznych...

To prawie filozoficzne podejście do zombie kieruje uwagę na kolejny aspekt dramy - wieżowiec. Apartamentowce także mają swoje odniesienia filozoficzne - kto wyżej mieszka i co to oznacza. I tak dalej. Bo w zasadzie to drama o ludziach (zaskakująco niewielkiej liczbie, jak na tak wielopiętrowy budynek) w apartamentowcu, który został objęty izolacją/ kwarantanną/ stanem nadzwyczajnym. A że w budynku mieszka Sae-bom, która jest wyjątkowo ważna dla tajnego ministra, to obserwujemy "przygody" (próbę przetrwania) mieszkańców (oraz osób, które znalazły się w środku przez przypadek) tegoż apartamentowca.

Inną rzeczą jest to, że w tej dramie czają się jakieś dziwne, ukryte smutne aluzje. Ukryte pokłady smutku. I z jednej strony widz wie, na co się pisze, zaczynając oglądać dramę o zombie, a z drugiej strony poczucie, że to nie jest taka puchata i milusia drama z oczywistym dobrym zakończeniem mogło być przytłaczające. Przynajmniej do pewnego czasu. Po kilku odcinkach drama osiąga pewien pułap, fabularna ścieżka, którą idzie, wyraźnie się klaruje i można by nawet zarzucić Happiness lekką przewidywalność. Gdyby widz miał czas się zastanawiać. Bo nie chodzi mi o oczywiste furtki scenariuszowe tylko poważniejsze zastanawianie - na nie w trakcie oglądania trudno sobie pozwolić. Sama drama wciąż bywa smutna, ale samo poczucie jest dużo mniejsze. Ogólnie jednak - bardziej przewrotnego tytułu nie można jej było nadać.

Powiedziałabym, że są z tą dramą tylko dwa problemy - gdy zaczyna się myśleć o pewnych szczegółach, różne rzeczy przestają się spinać i to są bardzo różne aspekty dramy. Może gdzieś tam majaczyły jeszcze dwa odcinki? Może tych wyjaśnień nie udało się już wcisnąć - nie wiem. Druga rzecz - piosenki w dramie są w najlepszym wypadku dziwne, w najgorszym słabe, jest ich mało i były raczej irytujące. Może same w sobie są dobre (jestem bardzo rozdarta w ocenie piosenki Pain), ale w dramie - nieszczególnie.

Mam wrażenie, że opinia nie wyszła tak entuzjastyczna, jak bym chciała, ale też nie chciałam zdradzać za wiele z fabuły i opisywać każdego mieszkańca apartamentowca z osobna. Ale zaręczam - to świetna drama. Szczególnie jeśli szukacie czegoś wciągającego i intrygującego na weekendowy seans!

LOVE, M

sobota, 11 grudnia 2021

Nie tylko w kinie i teatrze 31

 Hello!

Nie tylko w kinie i teatrze staje się wpisem cyklicznym - raz w roku i w grudniu. Ale nie wyobrażam sobie, aby go nie było, bo bez Nie tylko w kinie i teatrze nie byłoby mojego całego zainteresowania teledyskami i pewnie k-popem. Więc przynajmniej jeden wpis w roku z tej serii być musi. Może w 2022 będzie więcej, bo ja cały czas zbieram nowe teledyski. I naprawdę mam nadzieję, że numeracja wpisów się zgadza, bo z jakiegoś powodu do tej pory te wpisy nie dostały własnego tagu. Poważnie rozważam zmianę tego stanu rzeczy.

Ponieważ na bloga zagląda wiele nowy osób - Nie tylko w kinie i teatrze to wybór teledysków, klipów muzycznych, w których występują aktorzy i aktorki. Czasami wpisy były podzielone na aktorów, aktorki, klipy zagraniczne i polskie oraz takie, w których pojawia się grupa aktorów. Zdarzało mi się też pisać o reżyserach i firmach produkcyjnych.

Nie tylko w kinie i teatrze

1. Muniek Staszczyk - Pola

Obsada aktorska: Agata Buzek - rola tytułowa; i inni. Ze specjalnym udziałem Jacka Braciaka. 

Mam słabość do teledysków, w których są jakieś elementy balu - czy to eleganckiego przyjęcia, czy balu maskowego - a ten klip ciekawie wykorzystuje motywy i konotacje zarówno te mniej, jak i bardziej oczywiste różnego rodzaju przyjęć. Oraz bycia widzialnym i niewidzialnym.

2. HEY - 2015

Obsada aktorska: Agata Kulesza, ze specjalnym udziałem Marcina Dorocińskiego. 

Nie przepadam za bardzo hiperanalizowaniem i interpretowaniem teledysków, ale zimno, pustka i samotność, które się z niego przebijają, są przeszywające. Przy czym, ten klim i powyższy zaskakująco dobrze się ze sobą zgrywają. Także w tym, że ostatecznie - jest lepiej. 

3. MATA - Kiss cam (podryw roku)

No to zmieniliśmy repertuar oraz czas i udajemy, że jestem na bieżąco! Lubię pisać o polskich teledyskach, bo w większość mają one podpisane wszystkie osoby, które do powstania takiego klipu się przyczyniły. W tym poza MATĄ wymienione jest trzynaście nazwisk członków obsady aktorskiej, ale ja wspominam o Kiss cam z powodu obecności Michała Milowicza. I też nie wszystkie osoby z obsady są prawdziwymi aktorami. 

4. Ed Sheeran - Shivers

Obsada aktorska: AnnaSophia Robb

Dalej jestem całkiem na bieżąco i przy okazji tego klipu mogę zahaczyć o jeszcze jeden temat. Mianowicie z czasem poza aktorami i aktorkami w teledyskach zaczęłam zwracać uwagę na ich reżyserów, dyrektorów kreatywnych czy ogólnie studia produkcji. I klipy realizowane przez Dave'a Meyersa są jednymi z moich ulubionych. Chociaż zwykle są dziwne, bardzo dziwne, czasami wręcz mam wrażenie, że reżyser balansuje gdzieś na jakiejś granicy dobrego smaku. Ale są też bardzo kreatywne i zazwyczaj całkiem zabawne. Shivers jest raczej zabawny i kreatywny, ale klip do Bad Habits jest nieco dziwny - w znaczeniu efekty specjalne są chyba specjalnie tak dziwnie słabo zrobione, latanie wygląda zupełnie nierealistycznie. A animacja motoryki tłumu - zupełnie tego nie rozumiem!

5. Sabrina Carpenter - Skin

Obsada aktorska: Gavin Leatherwood

Jeśli zastanawiacie się, skąd możecie znać aktora z tego teledysku - odpowiedź brzmi: najprawdopodobniej z Chilling Adventures of Sabrina! 

Jeśli zaś zastanawiacie się, choć wątpię, skąd ja znam tę piosenkę - odpowiedź brzmi: bo to podobno odpowiedź na piosenkę Olivii Rodrogio drivers licence, której osobiście nie znoszę i ogólnie nie rozumiem całego fenomenu tej dziewczyny (ale może po prostu każde pokolenie trzynastolatek potrzebuje swojej idolki). W każdym razie Skin to całkiem ładna piosenka. Bardzo poetyckie powiedzenie "idź się wypchaj, dziecko, bo nic nie wiesz". A teledysk zasadniczo dotyczy tego, że ściany się mogą walić, sufit może przeciekać, może być trzęsienie ziemi - a mój chłopak będzie przy mnie. I trzeba przyznać, że ktokolwiek dobrał Sabrinie aktora, wiedział, co robi, bo ładnie razem wyglądają. 

6. Hozier - Dinner & Diatribes

Obsada aktorska: Anya Taylor-Joy

Wracamy do działu dziwne i niekoniecznie komfortowe do oglądania teledyski! Byłam tak skupiona na oglądaniu, że nawet nie wiem, o czym jest ta piosenka. A Anya ma zieloną sukienkę i tak dobrze w niej wygląda!

Musi być 6 klipów, zwykle jest 5, bo jeśli będzie więcej - wpis będzie się niestety ładował długie godziny. Ponieważ jednak wpadłam w nastrój pisania o teledyskach być może kolejny wpis z tego cyklu wcale nie ukaże się za rok, tylko nieco szybciej!

LOVE, M

środa, 8 grudnia 2021

Arcane - recenzja podwójna

- Obejrzyj Arcane.
- Po co?
- Bo chcę się dowiedzieć, jak je odbiera osoba, która nie ma pojęcia o LOL-u.
- Dobra. Pod warunkiem, że napiszesz mi recenzję, a ja napiszę swoją.
- Spoko.

I tak doszło do powstania dzisiejszego wpisu. Możecie zacząć od części mojego brata, bo on wyjaśnia kim są postacie - a ja od razu się emocjonuję. 

Arcane recenzja
Źródło: By https://arcane.com/en-us/media/, Fair use, https://en.wikipedia.org/w/index.php?curid=69429758

Część M:

Zacznę od tego, że projekty wyglądów postaci zupełnie mi się nie podobają i ich nie rozumiem. Po pierwsze, co to za dziwne cienie na ich twarzach, po drugie - dlaczego oni wyglądają jak ludziki wycięte z papieru (wiem, że animowanie włosów to pewnie upierdliwa praca, ale sądzę, że warta zachodu). I czemu wydaje się to takie nieostre? Wrażenia z pierwszego odcinka: nudy, nie wiem, czemu miałabym się przejmować tym, co dzieje się z bohaterami. 

Wrażenia z drugiego odcinka: za stara jestem, aby kibicować bohaterom, którym mówi się, że nie powinni czegoś robić a oni i tak to robią. 

Wrażenia z trzeciego odcinka: bohaterowie są głupsi niż sądziłam. A Powder otrzymuje zaszczytne miano najgłupszej i najbardziej irytujące bohaterki wszechczasów!!!

Wrażenia z czwartego odcinka: nie napisałam tego wcześniej, ale jedyną rzeczą, która mi się podoba jest miasto. Bardzo się udało i jest bardzo, bardzo ładne. Byłam też trochę zaciekawiona wątkiem chłopaczka-naukowca. 

Ale ogólnie - jesteśmy w połowie sezonu, a ja dalej nie wiem dokąd ta historia ma zmierzać. Gdyby to było anime i gdybym nie umówiła się z bratem, to nie obejrzałabym więcej niż pierwszy odcinek. 

Wrażenia z piątego odcinka: fabuła wciąż zmierza donikąd, a jeśli ta opowieść (pomijając brutalność) miała jakiekolwiek zalążki niedosłowności - to właśnie je straciła. 

Wrażenia z szóstego odcinka: Nie wspominałam, ale jedyną postacią, którą lubię, jest Victor. 

Wrażenia z siódmego odcinka: Zastanawiam się, czy napisanie, że Arcane jest przewidywalne, nie będzie obrazą dla innych przewidywalnych wytworów kultury... 

W tym momencie mocno kusiło mnie, aby obejrzeć "Historia Leauge of Legends - wyjaśniona!", ale się powstrzymałam. Choć miałam poczucie, że czterdziestominutowy filmik na YouTube może być ciekawszy niż cały ten serial.

Wrażenia z ósmego odcinka: Dlaczego w tej bajce wszyscy są tacy niekompetentni!!!

Wrażenia z odcinka dziewiątego: Nie bawią mnie szantaże w oglądanie drugiego sezonu, ale w nim może przynajmniej coś naprawdę będzie się działo.

Jak widać - podobało mi się nieszczególnie. Głównie dlatego że za mało wiadomo o wszystkim, dlaczego miasto jest podzielone na górę i dół - chociaż zasadniczo to dwie strony rzeki (chyba? im bardziej ktoś mi próbował wytłumaczyć tę topografię, tym bardziej jej nie rozumiałam), a wszystko na początku mówi widzowi, że jest to podział bardziej dosłowny. Dlaczego świat zamyka się w tym mieście, skoro dowiadujemy się, że są portale. Jak działa ta cała magia i coś, co chyba jest magią, ale w sumie nie wiadomo. Jak działa cała polityka tego miasta? Dlaczego może poza trzema wyjątkami wszyscy bohaterowie to ludzie. Jeszcze żeby to były postaci, które można jakoś polubić... 

I część Dominika:

Serial animowany Arcane, osadzony w uniwersum League of Legends, przedstawia nam całkiem schematyczną, lecz przyjemną historię dziejącą się  w dwumieście Piltover i Zaun, zwanych odpowiednio górnym i dolnym miastem. I od tego zacznijmy, projekty lokacji są bardzo ładne i wyraźnie różne, steampunkowe „miasto postępu” Piltover jest jasne, pełne ciepłych barw i ozdób o kształtach w motywie zębatek, śrub czy innych części mechanicznych. To tu mieszkają bogaci, wpływowi  oraz uzdolnieni technicznie czy naukowo ludzie. Jego lustrzanym odbiciem jest ciemne, zamglone oraz wyraźnie niebezpieczne „podmiasto” Zaun. Dominuje w nim czerń i zieleń, ludzie są tu biedni, ale nie mniej uzdolnieni niż na górze, choć często zamiast rozwojem zajmują się nie do końca legalnym biznesem.

Starczy o widokach, w końcu warstwę wizualną każdy oceni subiektywnie, nie mniej jak już powiedziałem – podoba mi się.

Główne postacie jakich losy będziemy śledzić są również grywalnymi bohaterami w Lidze a są to:

Vi – Różowowłosa „chłopczyca”, wiecznie zbuntowana, agresywna, uparta oraz walcząca o swoje. Pochodzi z dolnego miasta, jej rodzice nie żyją, więc razem z innymi dziećmi została przygarnięta przez Wandera. Niestety postać ta myśli więcej pięściami niż głową, przez co sprowadza na siebie i innych spore problemy.

 Powder – Młodsza siostra Vi, brakuje jej pewności siebie, rzeczy, za które się bierze, zazwyczaj nie działają, ale przez to i presję ze strony otoczenia ma ogromną potrzebę wykazania się co skutkuje jeszcze większymi porażkami

Jayce – Młody naukowiec z górnego miasta, ambitny, ma cel i pasję jednak postęp, do którego chce dążyć, nie jest uznawany za bezpieczny. Mimo słusznych przekonań i podniosłych pobudek brakuje mu tej samej cechy co poprzednim postaciom – nie słucha, gdy ktoś próbuje powiedzieć mu, że jego pomysł nie jest dobry.

Viktor – Również młody naukowiec, tym razem z Zaun. Dzięki swoim umiejętnościom dał radę awansować społecznie, życiowo i naukowo. Jednak, aby nie było zbyt pięknie, choruje on od dziecka na nie uleczalną chorobę. Jako jedyny uwierzył w projekt Jayca i od tamtej pory współpracują nad technologią hextech.

Niestety, wizualnie postacie wypadają gorzej niż lokacje. No, ale o ile nie można przyczepić się do wyglądu od szyi w dół, ubrania są szczegółowe, mają ciekawy design i po samym stroju jesteśmy w stanie rozpoznać, kto go nosi,  tak ich twarze i włosy wyglądają trochę dziwnie, jakby nie do końca pasowały artystycznie do reszty, no może poza Viktorem, który akurat wygląda na przepracowanego i chorowitego tak, jak jego postać powinna.

Ale to o fabułę przecież tu chodzi, tak jak projekty miast są ciekawe, ale jednocześnie schematyczne, tak historia również nie jest specjalnie oryginalna. Ot dwa skłócone miasta, dzieciaki z biedniejszego chcą walczyć z górnym miastem, bo „oni mają i nam nie dają”, a ludzie z Piltover mają ich gdzieś, póki nie robią im realnych problemów. No i w całej tej scenerii rozgrywa się kilka wątków, a to młodzi naukowcy dokonują przełomu, który w nieodpowiednich rękach może spowodować spore problemy, a to dwie siostry chcą zawłaszczyć trochę bogactw, a tam gangi rozprowadzają nowy narkotyk, aby przejąć władzę w mieście. Wszystkie te napięte sytuacje eskalują czasem szybciej czasem wolniej, ale czuć, że jedne są powiązane z drugimi. Serial nie wymaga, aby osoba, która go ogląda znała uniwersum w jakim się dzieje, ale na pewno pomaga to w odbiorze, ponieważ nie wszystkie kwestie są wyjaśnione w sposób oczywisty, oraz startujemy wtedy z pewnym przywiązaniem (nie do końca to słowo oddaje to, co chciałem tu ująć, ale nie mam lepszego) do postaci, pomaga to uniknąć wrażenia „ta postać ma mnie interesować, bo jest główną postacią”. Prawdą jest też, że nie wszystkie wątki są równie ciekawe, osobiście najlepsze wrażenia wywarł na mnie (kto by się spodziewał) wątek Viktora, jednocześnie nie miałem oporów, aby porzucić skupienie, gdy na ekranie dominowała Vi.

Jeszcze słowo o muzyce – pięknie dobrana jest. Można myśleć, co się chce, o twórczości Imagine Dragons jednak czołówkę zrobili bardzo dobrze. Na szczególną uwagę zasługuje piosenka What Could Have Been w wykonaniu Stinga [i Raya Chena – na skrzypcach!!!]. Również sama muzyka w tle różnych sytuacji jest bardzo dokładnie dobrana, aby pasować do wydarzeń i nie przeszkadzać.

Podsumowując: i ja, i brat zdecydowanie jesteśmy Team Victor. I  tego, co widziałam na Twitterze – nie my jedni.

PLUS: Na Instagramie organizuję rozdanie książki "Kraj niespokojnego poranka. Pamięć i bunt w Korei Południowej" - zapraszam do udziału!

 

Pozdrawiamy, M&D