czwartek, 3 listopada 2016

Bohaterowie nie powinni mieć dzieci ("Harry Potter i Przeklęte Dziecko")

Hello!
Gdy pojawiła się informacja o powstaniu sztuki teatralnej na motywach z Harrego Pottera, podeszłam do sprawy z dystansem, zdając sobie sprawę, że i tak jej nie zobaczę, więc nie ma co sobie tym głowy zawracać. Potem, bardzo powoli, pojawiały się zdjęcia obsady, wraz z kontrowersjami dotyczącymi, tego że Hermionę odgrywa czarnoskóra aktorka. Kiedy dokładnie dowiedziałam się, że scenariusz sztuki ma zostać wydany, nie pamiętam. W pierwszej chwili, też nie bardzo mnie to obeszło. Do czasu premiery przedstawienia. I się zaczęło gorączkowe oczekiwanie. Gdy wychodziła angielka wersja scenariusza byłam w Niemczech i walczyłam ze sobą, aby jej nie kupić. Po pierwszych doniesieniach cieszyłam się, że tego nie zrobiłam. 
Uwaga! Nie da się napisać o tej książce, bez ujawniana pewnych szczegółów, tzn. nawet nie czuję jak spoileruję. 


Harry Potter nigdy nie miał łatwego życia, a tym bardziej teraz, gdy jest przepracowanym urzędnikiem Ministerstwa Magii, mężem oraz ojcem trójki dzieci w wieku szkolnym.
Podczas gdy Harry zmaga się z natrętnie powracającymi widmami przeszłości, jego najmłodszy syn Albus musi zmierzyć się z rodzinnym dziedzictwem, które nigdy nie było jego własnym wyborem. Gdy przyszłość zaczyna złowróżbnie przypominać przeszłość, ojciec i syn muszą stawić czoło niewygodnej prawdzie: że ciemność nadchodzi czasem z zupełnie niespodziewanej strony.


Trudno jest znaleźć w internecie choć jedną naprawdę pochlebną recenzję "opowieści autorstwa J.K.Rowling, Jacka Thorne'a i Johna Tiffany'ego". Najczęściej powtarzającym się zarzutem, jest jej fanfikcyjny charakter. A to tylko czubek góry lodowej. Dla dobra psychiki czytającego i, aby nie zrujnować jego wyobrażenia o siedmiu wcześniejszych książkach, "Przeklęte Dziecko" najlepiej jest traktować jako kompletnie oddzielną, niezwiązaną z poprzednikami, opowieść. 


Pierwsze sceny powtarzają zakończenie "Insygniów śmierci", oczywiście w okrojonej wersji (nawet bardzo okrojonej - pisząc to, porównuję sobie te dwa fragmenty, ale skrócenie, to nie jakiś szczególny mankament [chociaż, niektóre szczegóły bardzo się nie zgadają, inne zostały zmienione], ale, tak czysto osobiście, liczyłam, że może Teddy Lupin pojawi się w sztuce), natomiast scena trzecia to początek nowej (choć nie zupełnie, jak się okazuje) historii. Albus Severus Potter i Scorpius Malfoy poznają się i od samego początku łączy ich nić porozumienia. 


Wróćmy jednak do bohaterów, których znamy. Przynajmniej teoretycznie. Gdzie się podziały ich charaktery? Czy to jeszcze są te same osoby, które znaliśmy czytając powieści? Nie wiem i nie. Ron stał się ciepłym kluchem, albo i gorzej. Gdzie jest "Dumbledore wiedział, że będziesz chciał wrócić" i wszystko, co te słowa ze sobą niosły. Autorzy opowieści zapomnieli (a może, choć nie wiem, czy to możliwe, wcale nie znali) poprzednie części. Czytając "Przeklęte Dziecko" ma się ogromne wątpliwości, czy J.K.Rowling w jakikolwiek sposób przyłożyła do powstania sztuki rękę. Dostajemy scenę, gdy Hermiona zamierza uderzyć Rona. Zamiast niego dostaje czytelnik, bo tak bardzo do niczego ten pomysł nie pasuje, że czytający kompletnie zostaje wybity z rytmu i nie jest w stanie, znów dać się wciągnąć w historię. Nawet jeśli miały być to żarty, a nie jestem przekonana, to ten krótki moment wypada bardzo źle. Harry. Jest mdły, irytujący i nie powinien mieć dzieci. O Ginny się nie będę wypowiadała, bo jej nie lubiłam od pierwszego zdania, w którym się pojawiła. Draco. On się zmienił, ale w całkiem prawdopodobny psychologicznie sposób. Osoby, które lubiły go w książkach (a nie powinny były, według autorki, bo to zły chłopiec był; Rowling nie wie, że dziewczynki w pewnym wieku, ciągnie do złych chłopców) teraz możliwe, że polubią go jeszcze bardziej (bo najlepiej jest, jak dziewczynce uda się tego faceta zmienić, ale takie rzeczy tylko w książkach). 


Nasi główni bohaterowie. Co do tego jednego wątpliwości nie ma, Albus i Scorpius są równorzędnymi postaciami. A nawet powiedziałabym, że Scorpius jest o pół tonu ważniejszy albo momentami odgrywa istotniejszą rolę. Ogólnie chłopak w życiu ma gorzej niż syn Harrego, a jednocześnie ich problemy są na tyle podobne, że musieli się zaprzyjaźnić. Zapałałam do niego sympatią, bo to taka niewinna postać, której bardzo łatwo współczuć. Albusowi nieco trudniej, gdyż, tak naprawdę, nie za bardzo wiadomo, na czym opiera się jego konflikt z ojcem. W trakcie sztuki pada dużo mocnych słów, których żałują tak Harry, jak i Albus, ale nie stanowią one wyjaśnienia, raczej są efektem. A wszystko zaczęło się, bo chłopak trafił do Slytherinu i musiał zmierzyć się, jak w opisie, z rodzinny dziedzictwem, tzn. jest wytykany palcami, bo nie pasuje do obrazka Potterów i zaprzyjaźnił się ze Scorpiusem.


Zasadnicza akcja opiera się na zmienianiu przeszłości i, co nieodzowne w tego typu przypadkach, trafianiu w alternatywne wersje przyszłości. Albus postanowił uratować Cedrika. Zamysł więcej niż intrygujący. Wykonanie więcej niż naciągane. A jednocześnie niesamowicie dobrze i szybko się to czyta. Tylko, jak zacznie się nad tym zastanawiać, to okazuje się, że durne to strasznie. Dodatkowo w scenariuszu pojawiają się postaci, które nie żyją od 22 lat. Wątpliwy przywilej historii o zmianie czasu i nowych wersji przyszłości. Swoje zadanie jednak spełniają, bo emocje wywołują niemałe.


Czytanie "Przeklętego Dziecka" to permanentna sinusoida uczuć, tak lekkiego sentymentu do poprzednich siedmiu części, jak i współczucia dla Scorpiusa i Albusa oraz racjonalnego, krytycznego podejścia do tego co się czyta, a co nie jest dobre.
Czytam jeden fanfik, akurat tak wypadło, że o Harrym Potterze. Nie znam się jednak na popularnych motywach fanowskiej twórczości, mogę się ich jedynie domyślać, nie jest to nic trudnego, ale nigdy nie interesowałam się nimi szczególnie. Być może dlatego, pomysł na ratowanie Cedrika, wydał mi się całkiem uzasadniony jako akcja sztuki. Do tego elementu nie potrafię się szczególnie przeczepić, bo dobrze mi się czytało. Nie twierdzę, że ma wiele sensu, ale, jeśli się pozwoli, można dać się wciągnąć w przygody Albusa i Scorpiusa.


Problem pojawił się później. O tym fanfikowym motywie słyszałam nieraz - Voldemort ma dziecko. Z nikim innym jak Bellatrix, bardziej oczywistej kandydatki nie było. I to mnie przerosło. Chociaż byłam na to gotowa, udało mi się ustrzec przed większością spoilerów, ale na ten wpadłam. Nawet nie mam siły rozwijać tego wątku. Może, gdyby się nie pojawił, "Przeklęte Dziecko" nie byłoby takie złe. Niestety, motyw zaistniał, córka się urodziła (przed bitwą o Hogwart - mam ochotę jeszcze raz przeczytać całe Insygnia i prześledzić, to co robiła Bellatrix i napisać, jak bardzo jest to nieprawdopodobne), ale bardziej niepotrzebnego elementu opowieści nie ma. A nawet bardziej, córka Voldemorta w niepotrzebności spokojnie może stawać w szranki z różnymi dziełami popkultury. I przypuszczam, że by wygrała.


Kolejną kwestią, jest to, jak wielką pożywkę dla kolejnych fanfików, fani będą mieli z "Przeklętego Dziecka". I nic nie pomoże, sugestia autorów, że Scorpius, bez wzajemności, od pierwszego roku kocha się w Rose Granger-Weasley (nie wspominałam, ale syn Draco jest nieco męską wersją Hermiony - mniej irytującą niż ona w pierwszych książkach, natomiast Rose to kopia mamy), bo wszyscy i tak będą go shipować z Albusem. Jakiś podstaw do tego można się doszukiwać, ale podejście ludzi do tematu, tylko udowadnia, że społeczeństwo ma problem z bliską, męską (chłopięcą) przyjaźnią.


Być może miłość ratuje bohaterów, ale raczej bohaterowie nie uratują miłości fanów. W scenariuszu sztuki mamy kumulację motywów siły miłości i siły przyjaźni. W powieściach też były to jedne z najważniejszych elementów, ale scenariusz bije je na głowę, szczególnie pod względem miłości. A nawet jeszcze szczegółowiej - skupiany się na miłości rodziców do ich dzieci. Konkretnie ojców do synów. I okazuje się, że być może jest ona nawet silniejsza, acz bardziej skomplikowana, niż miłość  matki do jej dziecka. Jednocześnie absolutnie nic z tego nie wynika, jest tylko jeszcze trudniejsze do przyjęcia jako uzasadnienie wydarzeń, niż to, że poświęcenie Lily sprawiło, że Harry przeżył. A fakt, że bohaterowie oglądają całą scenę morderstwa rodziców Harrego, z jakiegoś  powodu nie przenosząc się do przyszłości wcześniej, jest kompletnie niezrozumiałe.


Pomijając treść, książka jako książka, jest bardzo ładnie wydana. Mam tę przyjemność, że posiadam wersję z twardą okładką. Niepokoi jedynie napis na górze "Pierwsze wydanie scenariusza" co sugeruje, że będę kolejne (słyszałam, że coś takiego planowane jest po zakończeniu wystawiania sztuki, gdy okaże się, co sprawdziło się na scenie, co nie i jakie zmiany były wprowadzane na bieżąco). Motyw skrzydeł i piór pojawia się jako element charakterystyczny, jako ozdoby gałązki (różdżki?). Przy czym kompletnie, pod żadnym względem, nie pasuje do innych okładek.


Napisałam swoje, poczytałam trochę co pisali inni i większość recenzujących zgadza się, co do następujących kwestii: 1) córka Voldemorta, to jeden z najgorszych pomysłów ever; 2) Draco i Scorpius jako jedyni mają charakter; 3) charaktery wielkiej trójki są nie tylko niezgodne z książkami, ale także, nawet jako zupełnie nowe, się nie sprawdzają. Niektórzy twierdzą, że trzeba było iść za ciosem i zrobić ze Scorpisa i Albusa parę, ale ja totalnie widzę wesele Scorpiusa i Rose.  Rzeczą, której nie zauważyłam, a o której wspominają niektórzy recenzenci jest podobieństwo Harrego i Scorpiusa. Wiele osób wspomina też o wielkim potencjale, który nie tylko nie został wykorzystany, ale wręcz do tego stopnia zmarnowany, że całość jest kompletnie niepotrzebna. Inną rzeczą jest fakt, iż jest to scenariusz sztuki; dla mnie czytanie takiej formy literackiej nie jest żadnym problemem, ale zauważyłam, że dla ogromnej liczby osób to coś strasznego. Scenariusz odbiera nam opisy i powinniśmy nauczyć się, wyobrażania sobie świata przedstawionego na scenie. To z kolei, powinno sprawić, że nasza wyobraźnia pracuje jeszcze lepiej. Jest to jednak dość indywidualna sprawa.


Wiem jednak na pewno, że do "Harrego Pottera i Przeklętego Dziecka" powrócę jeszcze nie raz, M


PS. Dopiero jak przyszedł czas wstawiania zdjęć spostrzegłam, że to prawdopodobnie najdłuższa notka na blogu. 
PPS. Niedawno na zajęciach jeden z prowadzących powiedział nam, że jeśli ktoś nadużywa w tekście nawiasów, to oznacza, że nie potrafi go budować. Ups. Nie byłby ze mnie dumy. 

wtorek, 1 listopada 2016

Efektowyny, przyjemny, ale ("Doctor Strange")

Hello!
Oczekiwanie na kolejne produkcje Marvela na stałe wpisało się w moje życie. Co ciekawe, filmy przychodzą dużo szybciej, niż mogłoby się wydawać. Takim sposobem do, i tak już licznej, rodziny superbohaterów dołączył Doctor Strange.

Byłam zachwycona pierwszymi zwiastunami, świat przedstawiony wciąga od razu. A rozbudowany w filmie pochłania. Wizualnie jest powalający. Worek nagród dla osób odpowiedzialnych za wszelkiego rodzaju green, blue screeny, wszystko, co związane z efektami komputerowymi. Nie ma też sensu oglądanie tego filmu nie w 3D, bo wrażenie będzie dużo mniejsze, delikatnie mówiąc. Udało się też, tak wpisać efekty w film, że całkowicie kupuje się tę wizję i nie poddaje w wątpliwość jej prawdopodobieństwo. 


Wizualna strona filmu nadrabia za wyjątkową prostotę historii i niedostatki w charakterach bohaterów. Początek filmu, Stephen jako doktor i droga do znalezienia Starożytnej, to najlepsze momenty tego dwugodzinnego obrazu. Gdy Strange dociera już do miejsca, którego poszukiwał dzieje się coś niedobrego z czasem. Tzn. wiemy już, że Marvel potrafi wstawiać w filmy wielkie napisy z nazwami miast i krajów, szkoda, że nikt nie wpadł na to, że baner informujący o upływie czasu można w obrazie umieścić w bardzo podobny sposób. I choć widzimy, że Strange się zmienia - fryzurę, zarost i ubrania, najprawdopodobniej zależą od stopnia wtajemniczenia - to brakuje jakieś jasnej informacji, jak długi czas spędził na szkoleniu. Jest dość istotne biorąc pod uwagę, to co dzieje się później.

Historia jest więcej niż prosta, uczeń Starożytnej zbuntował się, chciał napuścić na Ziemię bardzo złego kosmitę, a przypadkiem, w tym samym czasie Strange, zaczyna pobierać u niej nauki i, dzięki cudownemu zgraniu w czasie, eskalacja ambicji Kaeciliusa wypada na moment, gdy Stephen jest na to prawie gotowy. Szkoda tylko, że Kaecilius za gorsz nie ma charakteru, a jest bardziej przedstawicielem typu postaci (zbuntowanego ucznia) niż bohaterem z krwi i kości. Trudno go nawet stawiać w jednym szeregu z villianami z innych filmów. Bo, choć wszyscy wiedzą, że złoczyńcy z filmów Marvela posiadaniem charakteru nie grzeszą, to postać graną przez Madsa Mikkelsena trudno nawet zakwalifikować jako pełnoprawną postać. Jest to odrobinę niepokojąca tendencja zniżkowa.


Podobnie jak to, że peleryna głównego bohatera ma więcej charakteru niż wszystkie postaci, oprócz niego i Starożytnej, razem wzięte. A oni też nie mają go za wiele. Co zaskakujące, Starożytna jest całkiem zabawną postacią. Jeśli zaś chodzi o humor w całym filmie, momentami jest lekko wymuszony (dobra, szczerze często), a im bliżej końca tym go mniej, ale nie odstaje od innych filmów Marvela. Dodatkowo wykorzystano fakt, iż Benedict gra Sherlocka i znajdujemy  filmie subtelne i mniej subtelne nawiązania. Najlepsze dotyczy kołnierza jego peleryny, cudna scena.

Pisałam, że początek filmu był bardzo dobry. Skupiono się głównie na pokazywaniu dłoni Benedicta.

Film nikomu, poza Benedictem, nie daje też okazji do szczególnych popisów aktorskich. Ale niesamowicie przyjemnie słucha się głosów Tildy i Benedicta, gdy rozmawiają. Mogliby ich wykorzystywać na lekcjach angielskiego. I nikogo nie trzeba przekonywać, że oni nie grają, oni są swoimi postaciami.


 Nie przepadam za Rachel McAdams, ale trzeba oddać jej sprawiedliwość, że całkiem nieźle poradziła sobie z tą rolą. Nie żeby było to jakoś szczególnie trudne zadanie. Mnie kupiła scenami, gdy ratuje życie Stephena, a ten nagle pojawia się w astralnej formie, instruując ją co ma robić. Jednak nie to jest najciekawsze. Najlepsze są jej reakcje. To znaczy Christine Palmer podskakuje i krzyczy, gdy  coś nagle pojawia się czy wyskakuje, nie wiadomo skąd. Totalnie widziałam w niej siebie, mam identyczne odruchy. Z resztą, w czasie seansu też zdarzało mi się podskoczyć na kinowym fotelu.


Efektowny wizualnie, bardzo przejemy do oglądania, ale nieco płytki to film. Biegnijcie do kina, będziecie doskonale się bawić. Również dlatego, że produkcja nie powoduje szczególnego zaangażowania emocjonalnego u widza. To znaczy, teoretycznie pojawia się w filmie doskonały powód do płaczu, ale go nie wywołuje, bo oglądającemu nie robi różnicy. Podobnie jak druga scena po napisach.

Bo pierwsza jest nie tylko zabawna, ale i bardzo obiecująca. A w całej recenzji zrobiłam, to co ostatnio za często mi się zdarza - próbowałam argumentować sama ze sobą więc, aby była jasność, napiszę klarownie: idźcie do kina to cudny film.

LOVE, M

sobota, 29 października 2016

"Hatsukoi Monster" & "Taboo Tattoo"

Hello!
Chciałabym Wam na długi weekend polecić tytuły godne oglądania, ale na koniec podsumowania sezonu letniego zostawiłam dwa anime, nie warte Waszego czasu. Trzymajcie się od nich z daleka.


Hatsukoi Monster
W każdym sezonie wychodzi przynajmniej jedno wyjątkowo dziwne anime, w letnim przykładem może być właśnie Hatsukoi Monster. 


Kaho Nikaidu zakochuje się po uszy w tajemniczym nieznajomym, który ratuje ją od potrącenia przez samochód. Dziewczynę czeka jednak nie lada zaskoczenie, kiedy odkryje, że jej nowy bohater mieszka w tym samym bloku co ona… i nie skończył jeszcze podstawówki. (animezone.pl)


Nawet nie wiem dlaczego zaczęłam je oglądać. Nie widziałam go ani w zapowiedziach, ani o nim nie czytałam, ale włączyłam pierwszy odcinek i obejrzałam do końca. Nie było łatwo, to specyficzny tytuł opowiadający o uwaga, uwaga związku licealistki z uczniem piątej klasy podstawówki. Spokojnie, to anime od 13 roku życia, prawie nic niepokojącego się nie dzieje. Dziewczynom jednocześnie łatwo i trudno wczuć się w sytuację Kaho, najczęściej jednak chce się na nią nakrzyczeć, bo pomimo iż Kanade zdarza się zachowywać jak dżentelmen, to jednak dziecko ze wszystkimi wadami i dobrodziejstwem inwentarza, objawiającym się głównie w postaci jego szkolnych przyjaciół. I chociaż nieraz, byłam bardzo pozytywnie zaskoczona, przesłaniem jakie to anime niesie (tak, tak, zdarza się, że pod taką głupiutką otoczką przewijają się całkiem mądre rzeczy), to jest to lekka komedia, od której raczej szarych komórek nie ubędzie, ale o jakimś zysku też nie może być mowy.

Taboo Tattoo 
Zaczęłam to oglądać bez przekonania, ale z myślą, że pomysł ma potencjał. Chociaż od zapowiedzi słyszałam, że to nie będzie dobra seria. I nie była.


Justice Akazuka (przezwisko: Seigi) to młody chłopak nieźle wytrenowany w sztukach walki. Pewnego dnia ratuje on bezdomnego mężczyznę napadniętego przez bandę opryszków, ten zaś w zamian daje mu przedmiot, który odbija na dłoni chłopaka dziwny znak. Jak się prędko okazuje, nie jest to zwykły tatuaż – to specjalny rodzaj nowej broni obdarowujący swojego posiadacza nadnaturalnymi zdolnościami, takimi jak choćby zaginanie czasu i przestrzeni. Seigi spotyka też amerykańską agentkę o imieniu Easy, której misja polega na odzyskaniu rozproszonych tatuaży. Bohater postanawia jej pomóc, a tym samym ląduje w samym centrum międzynarodowego spisku. (animezone.pl)
 

Po pierwsze na początku tego nie zauważyłam, ale z każdym kolejnym odcinkiem rozumiałam coraz bardziej, że jest to anime typowo dla chłopców, głównie przez elementy eechi. Czasami jestem w stanie oglądać tytuły, w których to się pojawia, ale w tym wypadku, były one wyjątkowo niesmaczne. Historia opowiadana w "Taboo Tattoo" jest dziwna, zawiła i nieco niekonsekwentna. Wydaje się, że nawet w świecie przedstawionym jest nieprawdopodobna, a z czasem traci jakikolwiek sens.


Pozytywnie wyróżniają się postaci - dziewczyna-kot, Izzy i Tom, może też BB. Natomiast główny bohater to schemat, razem ze swoją najlepszą przyjaciółką. Największą tragedią tego anime jest jednak to, że pod względem animacji jest niesamowite i zupełnie nie zgrywa się z tym, co dzieje się na ekranie. W skrócie jest to głupi, aczkolwiek ładnie zanimowany tytuł. Nie oglądajcie. A zapowiada się, że będzie miał drugi sezon.

Pozdrawiam, M

czwartek, 27 października 2016

Ćwiczenia na studiach naprawdę istnieją!

Hello!
Druga część wtorkowego wpisu o studiach. Biorę pod lupę pierwszy miesiąc studiowania filologii i łączenia dwóch kierunków.


Zacznę od zajęć z mojej specjalizacji, a wybrałam edytorską. Historia książki i instytucji wydawniczych. Mam to szczęście, że lubię historię więc raczej nie uznam tych zajęć za nudne. A bardzo łatwo je tak określić. Oprawa redakcyjna książki. Ćwiczenia, na które muszę czytać słownik ortograficzny. Uczyłam się też znaków korektorskich. Ogólnie plan tego, co mamy na tych zajęciach robić jest ambitny i zastanawiam się, ile z niego zrealizujemy. Póki co muszę przygotować się na dyktando. Ciekawostka: ten przedmiot mam z bratem bliźniakiem profesora, z którym, na pierwszym semestrze ZIArtu, miałam teorie mediów.
Język łaciński z elementami kultury antycznej. Język to ćwiczenia, których nie znoszę najbardziej na świecie. Mam nadzieję, że szybko będę miała je za sobą. Z wykładem jest trochę lepiej, bo dotyczy bardziej tej drugiej części, czyli kultury antycznej. Jednak, oprócz prezentacji (trzeba było widzieć jak z prędkością światła zgłaszałam się do teatru antycznego - zboczenie ZIArtowe), będzie też testo-egzamin. Na który trzeba nauczyć się 6 stron sentencji, które przez półtorej godziny przepisywaliśmy, a na koniec prowadząca powiedziała, że wyśle ja nam mailem. Wstęp do wiedzy o współczesnym języku polskim - wykład, dotyczący 4 aspektów języka polskiego. A te aspekty są rozwijane później na ćwiczeniach, po jednym na semestr. Aby być dopuszczonym do egzaminu po drugim roku, trzeba wcześniej zaliczyć 5 komponentów (wykłady+ćwiczenia). W tym semestrze mam fonetykę z fonologią. Wiedza o kulturze. Nie ma zbyt wiele wspólnego z WOKiem ze szkoły. Zaczęliśmy od pojęcia kultury, rytualizacji, tradycji, ale będziemy też czytać takie bestsellery jak "Kultura jako źródło cierpień". Literatura powszechna do XVIII wieku - wykład i ćwiczenia. Zaczynamy od Biblii, Edypa przez Szekspira, po Wertera. Historia myśli humanistycznej. W skrócie Filozofia. Dokładnie to, czego się bałam, gdy w planie pierwszego semestru ZIArtu zobaczyłam to słowo. To znaczy, że będę musiała nauczyć się filozofów, poglądów i nurtów. 30 godzin w tym semestrze, 15 w drugim. Poetyka. Moje ulubione zajęcia w cały semestrze, również biorąc pod uwagę te z ZIArtu. Mamy cudownego prowadzącego, który tłumaczy wszystko nie tylko tak, że rozumiemy, ale powtarza pojęcia po kilkanaście razy w czasie zajęć. Od razu widać, że to prowadzący, nauczyciel z powołania. A ćwiczenia dotyczą wierszyków, ale od strony bardziej technicznej: strofy, wersy, itp. Stylistyka. Na pierwszych zajęciach zajmowaliśmy się wstawianiem przecinków w tekst i poprawianiem błędów ortograficznych, ale dokładny plan poznamy w ten piątek. Wydaje się, że te zajęcia będą doskonale uzupełniać się z oprawą redakcyjną książki. Literatura staropolska. Podobno najstraszniejsze, najgorsze zajęcia na całym pierwszym roku, a być może na całych studiach. Całkiem to możliwe. Lektur mamy od groma, do tego czytanie na bieżąco na ćwiczenia, a także podręczniki ze średniowiecza, baroku i renesansu. Do tego wejściówki (pierwsza już jutro), teścik z mitologi Parandowskiego. Ale jakoś mnie to nie przeraża. Być może powinno, bo podobno egzamin jest bardzo trudny. Zobaczymy. Literatura najnowsza. Zajęcia odbywają się co dwa tygodnie i będą dotyczyły poezji po 89 roku. Miałam dopiero jedno spotkanie, ale ćwiczenia wydają się całkiem sympatyczne. 

Kwestia dwóch kierunków.
NIKT NIC NIE WIE. A nawet jak wie, to nie wie. Na stronie UG, na stronach wydziałów, nawet w regulaminie studiów - jest za mało informacji. Albo inaczej, informacje być może są, ale niejasne i niepraktyczne. Brakuje jakiś jasnych wytycznych co, po kolei trzeba zrobić, do kogo, co zanieść, jakie zgody/podpisy są wymagane i ile czasu ma się na dostarczenie tych dokumentów. Na szczęście panie z dziekanatów są pomocne, bez nich byłoby ciężko. Sposobów na załatwianie IPS poznałam w ciągu tego miesiąca co najmniej 8. Do tego, jeszcze wczoraj dostałam kolejną informację. Mam nadzieję, że już ostatnią i że wszystko jest załatwione. Chociaż nie będę spokojna dopóki w elektronicznym indeksie, nie będę wpisana do odpowiednich grup. Takie szczęście, że na ZIA nie ma podziału na grupy ćwiczeniowe, to spore ułatwienie.
Dzięki tym przejściom, przynajmniej będę wiedziała, jak załatwić to w przyszłym semestrze, a w przyszłym roku (o ile utrzymam się na filologii) postaram się to zorganizować od razu na dwa semestry. 
Jeśli interesuje Was moje zmaganie z IPSem, to mogą napisać oddzielną notkę. Chciałam opisać to  w tej, ale ten akapit i tak niebezpiecznie się rozrósł. 

Czas 
W poniedziałki mam 3 wykłady, przerwę i ćwiczenia, od 8 do 16.30, tylko w starym budynku (czyli na filologii). Wtorki są najgorsze, co dwa tygodnie mam zajęcia od 8 do 20; oprócz ostatnich, wszystkie na ZIArcie. Środa, to bieganie między budynkami, muszę wykonać taki manewr 2 albo 3 razy, zależy czy mam literaturę najnowszą. Jeśli mam, to na 2 ostatnie zajęcia zostaję w starym budynku, jeśli nie, idę na neofilologię na podstawy prawne. Czwartek. Dziś miałam ostatnie zajęcia z architektury sceny w czwartkowym terminie (są przeniesione na wtorek) i od przeszłego miesiąca  czwartki mam tylko poetykę na ósmą. I dobrze, bo mam sporo czasu, aby przygotować się na piątkowe zajęcia, wśród których znajduje się literatura staropolska (wykład co dwa tygodnie, ćwiczenia co tydzień), ćwiczenia z łaciny, fonetyki i stylistyki (też co dwa tygodnie - wypada, tak że w jednym tygodniu mam rano wykład, w drugim zaczynam później i mam stylistykę). 
Na pierwsze trzy dni tygodnia, czy chcę czy nie chcę, muszę przygotowywać się w weekend, bo po zajęciach jestem praktycznie nie do życia. Ale, aby przygotować się na straszne piątkowe staropole i po prostu okropną łacinę, mam cały czwartek.

Czy cieszyłam się z powrotu do Gdańska? 
Nie. Bałam się go. Załatwiania spraw, wizji tego że będę musiała latać i zbierać podpisy, rozmawiać z mnóstwem różnych ludzi. Jak rodzice mnie odwozili, Mama stwierdziła, że wyglądam jakbym szła na ścięcie,  na co odpowiedziałam, że idący na ścięcie mają chyba lepiej, bo wiedzą, że to już koniec, a w moim przypadku, to dopiero początek. Byłam naprawdę zestresowana. Ale wiedziałam, że przecież rodzice nie zabiorą mnie z powrotem, muszę zostać i się z tym uporać. A jak coś muszę, to na 99,99% to zrobię. Dlatego teraz mogę cieszyć się, że udało mi się w miarę wszystko ogarnąć.
Co do samego miasta, to uwielbiam fakt, iż mieszkam tak blisko starego miasta i Długiej. Ogólnie Gdańsk bardzo lubię.

Trzymajcie się, M



wtorek, 25 października 2016

Sytuacja na drugim roku ZIArtu

Hello!
Otóż sytuacja wygląda tak, że praktycznie zostało nas 14 osób. Z 30, które się dostały, 27, które faktycznie rozpoczęły studia, około 23, które przetrwały pierwszy semestr, w trakcie drugiego wykruszyło się 9. Samo to powinno dać do myślenia. Albo po prosu jesteśmy feralnym rocznikiem, nie mamy nawet grupy scenicznej, i nie jest to wina tego, że te 17 osób rozczarowało się zarządzaniem instytucjami artystycznymi. (Zmiana -15 - dziś dołączyła do nas nowa koleżanka)


Żeby nie było wątpliwości, nie czerpię satysfakcji ze złego pisania o ZIA, próbuję być w miarę obiektywna i pokazać osobom, które planują studiować to, co ja, jak działa od środka. Inną sprawą jest, że pisząc jak jest, prawdopodobnie nikogo do ZIA nie przekonam, z tym, że to nie moja wina, a tego jak te studia wyglądają. 

Zacznijmy od tego, że plan ZIArtu jeszcze nie jest dokończony. Ze względu na przenoszenie zajęć i zmiany godzin, do tej pory nie wiemy kiedy będziemy mieć jedne zajęcia. Pominę ilość błędów jakie pojawiały się w pierwszych wersjach planu. Nikt nic nie mógł sobie zaplanować, bo co chwila okazywało się na przykład, że jakieś zajęcia są od grudnia, inne z powodu zmiany prowadzącego (dwa takie przypadki) będą się odbywały w innych godzinach. A to tylko czubek góry lodowej. W dwóch pierwszych semestrach się do tego przyzwyczailiśmy, w tym przeszliśmy od fazy śmiania się  do wściekłości. Od studentów oczekuje się, że będą traktowali uczelnię poważnie, a jak uczelnia traktuje nas? 

Przejdźmy do tegorocznych zajęć. 
Zarządzanie teatrem. Zajęcia co dwa tygodnie, z dyrektorem ds. administracyjno-technicznych z Teatru Muzycznego w Gdyni. Jednym z plusów ZIArtu są zajęcia z ciekawymi ludźmi. A plusem tych konkretnych zajęć jest, to że w Muzycznym grają "Notre Dame de Paris" i jeśli potrzeba jakiegoś przykładu, aby wyjaśnić dane zagadnienie, to produkcja tego musicalu idealnie się do tego nadaje. Od grudnia będę też miała zajęcia z Zarządzania Instytucjami Artystycznymi, ale o nich napiszę przy podsumowaniu semestru. Architektura sceny. Oczywiście chodzi o kontekst teatralny. Będziemy szli przez poszczególne epoki i typy teatrów i poznawali jak miejsca i przestrzenie, gdzie przedstawienia się odbywają, wpływają na ich odbiór. Teatr powszechny XXI wieku. Kontynuacja zajęć z XIX i XX wieku. Obecny teatr odznacza się tym, że próbuje szokować, ale na ludziach już mało co robi wrażenie. Czytamy jednak sztuki i o nich rozmawiamy. Sztuka a teatr. Druga część zajęć z poprzedniego semestru. Oglądamy i rozmawiamy, w tym roku między innymi o związkach teatru z video-artem, preformansem i filmem. Podstawy prawne działalności artystycznej. jedne z ciekawszych zajęć w tym semestrze, chociaż nie wydawałoby się. Analizujemy różne aspekty Ustawy o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej, ale także na przykład Kodeks Pracy. Angielski, w tym roku biznesowy. Do tego jeszcze semestr fonetyki. Także zajęcia z Czytania poezji mam po angielsku. Ostatnio zajmowaliśmy się sonetami Szekspira, fascynująca sprawa. A na zaliczenie będziemy organizować wieczorki poetyckie. Ze względu na drugi kierunek, nie mogę pojawiać się na zajęciach z Doktryn Artystycznych XX i XXI wieku oraz Planowaniu eventów kulturalnych. W listopadzie będę miała jeszcze 5 bloków zajęć z Zarządzania Zespołem. Z tego co wiemy, zespołem ludzików, nie takim muzycznym. W tym roku nie tylko piątki Ziartownisie mają wolne, ale, po zmianach, czwartki także. 

Dość skromnie się to prezentuje, w poprzednich semestrach więcej dało się napisać o poszczególnych zajęciach. 

W tym roku zobowiązani jesteśmy do samodzielnego zorganizowania warsztatów. Wbrew pozorom nie jest to ciekawe wyzwania, a efekt tego, że w zeszłym roku, ponieważ nie było chętnych do brania udziału w warsztatach organizowanych odgórnie i trzeba było (pierwszy raz w historii, czyli w ciągu 3 lat) je odwoływać. Obowiązek ten mają wszystkie lata, ale wina jest obecnego drugiego roku.

W czwartek część druga, dotycząca filologii i łączenia obu kierunków oraz tego czy cieszyłam się z powrotu do Gdańska.

Pozdrawiam, M

sobota, 22 października 2016

"D.Gray Man Hallow" & "Handa-kun"

Hello!
Zwykle staram się jakoś logicznie dopierać tytuły anime, a tym razem się nie udało. Jedynym wspólnym punktem obu tytułów jest to, że nie są to pierwsze sezony i z bohaterami mogliśmy zetknąć się już wcześniej. Z tym, że "D.Gray Man" to kontynuacja, natomiast "Handa-kun" opowiada o szkolnym życiu bohatera serii "Barakamon". 


D.Gray Man Hallow
Niespodzianka i szczęście dla fanów D.Gray Man powrócił do animowanej formy, niestety tylko na 13 odcinków. Za to jakich! W kategorii drugie sezony/kontynuacje Hallow zdobywa tytuł najlepszego anime lata. 


Chociaż oglądanie pierwszych odcinków do przeżyć lekkich, łatwych i przyjemnych nie należało. Odświeżono stronę wizualną, do czego można było się przyzwyczaić względnie szybko, chociaż te gładkie i śliczne postaci nie do końca pasują. Dużo gorzej było z faktem, iż zmieniono aktorów głosowych. Ich można zaakceptować gdzieś tak w połowie, co nie zmienia tego że gdy w ostatnim odcinku odzywał się Kanda, to pomimo mojej całej ogromnej miłości dla tej postaci, miałam ochotę wyłączyć głos. 

Ale wydarzenia, co tam się dzieje. Krótsza forma dobrze robi tej fabule. Zasadniczo pojawiają się dwie linie 1) Allen budzący się jako 14 i 2) przeszłość Kandy. Jeśli śledzicie mnie na twitterze, gdzie piszę po odcinkach to wiecie, że byłam najbardziej zainteresowana Kandą, który staje się obok Allena głównym bohaterem. Byłam zachwycona. Szkoda tylko, że o innych bohaterach sezon nieco zapomina (więcej Laviego i Leenalee, proszę), ale historia Kandy wystarczy. 


Ogólnie po pierwszym odcinku wiedziałam, że klimatem pasuje do pierwszego sezonu, tzn. jest odpowiednio poważny i zabawny w najbardziej nieprawdopodobnych momentach. Natomiast zakończenie jest dobre, ale mało satysfakcjonujące. Albo trzeba iść czytać mangę (chociaż i tam to się wyjaśnia bardzo powoli), albo czekać aż za kolejne 10 lat zrobią kolejny sezon.

Handa-kun
Przez długi czas Barakamon był jedynym serialem komediowym jaki widziałam, ale nie lubiłam go jakość szczególnie. Dopiero z czasem zaczęłam bardziej go doceniać i cieszyłam się, że powstaje Handa-kun, bo głównego bohatera darzyłam ogromną sympatią. Dlatego dobrze Wam radzę, jeśli lubicie Barakamon nie oglądajcie Handy. 


Niby to komedia, ale Handa jest postacią tragiczną. Biedak myśli, że wszyscy go nienawidzą, przez co jeszcze bardziej pogrąża się w depresji i odcina od świata, chociaż prawda jest dokładnie odwrotna. Bohater nawet nie wie jak duży i dobry wpływ ma na osoby, które znajdują się dookoła niego. I chociaż gagi wynikające z tego niezrozumienia są zabawne, to nie mogę się pozbyć wrażenia, że tak naprawdę to smutna historia. 


Albo zwyczajnie próbuję na siłę się w niej czegoś doszukać, bo nic tam nie ma. Ani pod komediowym względem nie jest jakieś szczególnie wyróżniające się, ani kreska czy animacja nie zasługują na większą uwagę. Seria miewa lepsze momenty, ale o odcinkach zapomina się w momencie ich zakończenia, a o sezonie nikt nie będzie w ogóle pamiętał. Chociaż ma fajny opening i piosenka z endingu też nie jest najgorsza.  

Trzymajcie się, M

czwartek, 20 października 2016

1287. Nigdy nie zapominaj, ile zawdzięczasz tym, którzy żyli przed tobą.

Hello!
Ostatnio ciężko idzie mi pisanie tych kilku słów wstępu, zanim przejdę do właściwej treści notki. O tym, że dwa kierunki studiów męczą i dlaczego, będzie w przyszłym tygodniu. Dziś zostawię tylko kilka myśli z "Dużego Małego Poradnika Życia".


1290. Panuj nad językiem.
1291. Pamiętaj, że wszystko, co twórcze i nowatorskie, będzie naśladowane. (naśladownictwo jest najwyższą formą uznania, czy jakoś tak, to szło)

1294. Trzymaj kilka ulubionych, inspirujących książek przy łóżku. (polecam, może się to wydawać dziwne, ale bardzo dobrze działa na człowieka)
1295. Nie pisz, jeżeli nie chcesz, żeby ktoś to przeczytał (bardzo ważny punkt, często się nad nim zastanawiam, a ostatnio nawet bardziej niż zwykle, bo gdy ostatnio rozmawiałam z Mamą, powiedziała, że czytała ostatnio bloga i powinnam bardziej się pilnować przy pisaniu, bo w tekstach jest za dużo skrótów myślowych; czuję się bardzo dziwnie jak Mama mówi, że czyta to, co tu zamieszczam)

1299. Zdając test, w którym trzeba odpowiadać "prawda" - "nieprawda", pamiętaj, że każde zdanie zawierające słowa "każdy", "żaden", "wszyscy", "zawsze", "nigdy" jest zazwyczaj nieprawdziwe.

1302. Przeleć się szybowcem.
1303. Przeleć się balonem. (kiedyś zrobię i jedno, i drugie)


1308. Pamiętaj, że najpiękniejsze chwile w życiu często przychodzą niezapowiedziane.
1310. Bądź entuzjastyczny.
1311. Bądź zaangażowany.
1312. Zdobądź wiedzę na temat antyków, wschodnich dywanów i sztuki współczesnej. (czasami, gdy czytam te porady, to zastanawiam się, co skłoniło autora, aby wymieniać tak szczegółowe i ciekawie dobrane aspekty różnych dziedzin)




Trzymajcie się, M

         

niedziela, 16 października 2016

"Orange"

Hello!
Prawie każdy żałuje czegoś, co zrobił bądź czego nie zrobił w przeszłości. Niestety, nie mamy możliwości cofnięcia się w czasie, aby podjąć inne decyzje. Nie mamy też możliwości w inny sposób wpłynąć na przeszłość. Chyba, że jesteśmy bohaterem anime (lub mangi) "Orange" i wyślemy do siebie list z przyszłości.


Pewnego dnia Naho Takamiya otrzymuje dziwny list od samej siebie, który zaadresowany został dokładne 10 lat później niż obecna data – w przyszłości. Czytając go dalej okazuje się, że wszystkie przytoczone w nim wydarzenia naprawdę po kolei się spełniają, łączenie z dołączeniem do klasy bohaterki nowego ucznia, Kakeru Naruse.
W treści listu Naho z dziesięciu lat później ciągle podkreśla, iż żałuje swoich wyborów w wielu sytuacjach, które miały miejsce w czasie pomiędzy jej 16, a 26 rokiem życia, jej teraźniejszością. Z całego serca pragnie to naprawić, zaś w wysłanym nastoletniej Naho pamiętniku pokazuje dziewczynie kiedy ta powinna zmienić swoje decyzje, szczególnie w stosunku do Kakeru. Co bardziej szokujące, wychodzi na jaw, że dziesięć lat później chłopak ten nie jest już obecny wśród żywych. Naho z przyszłości prosi swój młodszy odpowiednik, by ta czuwała nad Kakeru i bacznie mu się przyglądała, a może zdoła zmienić przeznaczenie.
(animezone.pl)

Przez kilka pierwszych odcinków jest tak: zrobię to co napisała w liście, nienie zrobię tego, nie zrobię, albo jednak, nie, dobra zrobiłam jedną rzecz jest dobrze, ale kolejnej to już niekoniecznie, nie, nie jednak nie, a może, nie, dobra to może być, o zrobiłam coś i stało się coś o czym w liście nie jest już napisane i tak się motamy, bo bohaterka nie wie, czy ma w to wierzyć, czy nie. Oczywiście tu pojawia się jedna z najważniejszych w tym anime kwestii, że łatwiej powiedzieć/napisać niż zrobić, ale miło, gdy w końcu ta szamotanina się kończy, a Naho postanawia nie tylko słuchać się listu, ale wręcz wziąć sprawy w swoje ręce. Następnie na światło dzienne wychodzą nowe informacje i główna bohaterka zyskuje jeszcze większe wsparcie w swoich przyjaciołach - wszyscy, zgodnie z uratowania Kakeru robią swój priorytet. Ale sinusoida się nie zatrzymuje, zmienia tylko aspekt, którego dotyczy i w kolejnych odcinkach to relacja Naho i Kakeru jest samymi wzlotami i upadkami. Bywa to męczące i irytujące (chociaż, to też w dużym stopniu zależy od tego czy bohaterowie przypadli nam do gustu), bo za każdym razem, gdy coś się zmienia powiększa się szansa na niezmienienie przeszłości.

Kwestia podróży i tego jak list trafił do Naho jest prawie nie poruszana, ale mamy w każdym odcinku sceny dziejące się w przyszłości. Naprawdę wiele one nie wnoszą, ale są całkiem ważne i doskonale dopełniają teraźniejszość. Chociaż im bliżej końca sezonu tym więcej się z nich dowiadujemy. Nie liczcie jednak na naukowe wyjaśnienie faktu jak list dotarł do Naho z przeszłości. Ważną rzeczą było natomiast istnienie światów równoległych. Po wydarzaniach ostatniego odcinka zrozumiałam dlaczego manga "Orange" cieszyła się tak ogromną popularnością - spoiler - można powiedzieć, że ma dwa równoległe i jednakowo prawdziwe zakończenia, tak że wszyscy są zadowoleni, jednocześnie nie jest w tym nachalna.


Jednym z kolegów Naho był Suwa. Od samego początku wiadomo, że darzy on główną bohaterkę uczuciem i oczywiście wszyscy to wiedzą oprócz niej. I chociaż kibicowałam Kakeru i Naho (co wcale nie jest takie oczywiste, bo zwykle dochodzi do tego, że wolałabym aby bohaterka była z tym drugim chłopakiem) to uważam, że Suwa jest jedną z najbardziej poszkodowanych postaci w anime i mandze wszech czasów. Nawet pomimo (albo dlatego) równoległych światów i przyszłości. Całe anime było mi go niesamowicie szkoda, taki biedny Suwa, na dodatek okazuje się wspaniałym, oddanym przyjacielem. 


Jednak głównym tematem "Orange" jest kwestia tego, czego nie robimy w życiu, a potem żałujemy. My nie otrzymamy listu z przyszłości i myślę, że jeśli to anime będzie w stanie przekonać kogoś, aby żyć każdym dniem i wykorzystywać okazje, to będzie dla tego kogoś wspaniała lekcja. Bo nie jest to nachalnie motywujące i nie krzyczy jak "kołcze", ale pokazuje na przykładzie (chociaż wymyślonym i narysowanym) jakie mogą być inne skutki naszych działań. I wbrew pozorom, nawet gdy coś zrobimy, zmienimy jak w przypadku bohaterów anime, nie oznacza to równocześnie, że nam wyjdzie i się nie rozczarujemy i wszystko wyjdzie tak jak chcieliśmy.

Trzymajcie się, M

czwartek, 13 października 2016

"Święci codziennego użytku" - cytaty

 Hello!
 Nie byłabym sobą, gdybym nie wybrała paru cytatów z książki "Święci codziennego użytku". Enjoy!


Święty Józef z Kuperynu
„(…) pod względem intelektualnym był prawdopodobnie upośledzony w stopniu lekkim (i dlatego Kościół zrobił go patronem uczniów i studentów) (...)”

Święty Rafał Kalinowski
„Dziś powiedziałbym pewnie każdemu to, co święty Rafał: nie przejmuj się tym, że szukasz i nie znajdujesz, jeśli uczciwie szukasz, znajdziesz – najczęściej tam, gdzie w ogóle się tego nie spodziewasz.”

Wdowa ze świątyni
„Stosunek Jezusa do dóbr materialnych, zwłaszcza do pieniędzy, to temat na osobny traktat i fascynującą opowieść, która – założę się – wielu z nas doprowadziłaby do rozpaczliwej refleksji, że ze swoimi przyzwyczajeniami w tej materii nadajemy się na wyznawców Chrystusa jak Król Julian na prezydenta.”

Święty Antoni z Padwy
„Może jednak jest tak, że gdy człowiek uwierzy, iż życie jest cudem, cuda stają się jego codziennym życiem?”

Święty Charbel Makhlouf
„Święty w tym swoim kapturze, czarnych szatach, ze spuszczonym wzrokiem, wyglądał jak Meriln albo członek rady pedagogicznej z Hogwartu (...)”

Święty Andrzej Rublow
„Piękny kościół potrafi powiedzieć człowiekowi bez słów kazanie dużo bardziej poruszjace niż niejeden popisujący się w nim oracjami ksiądz. Piękno to w ogóle jedno z najbardziej dziś niedocenionych narzędzi do opowiadania światu o dobrym i kochającym Bogu. Może wyczuwają to intuicyjnie ci z moich znajomych, którzy zamiast do kościoła, chcą iść na łąkę lub do lasu?”

Kompania ochrony
„Oni pierwsi wiedzą, że wrogiem człowieka nie jest wróg, ale lęk przed nim. I że największym grzechem, jaki można popełnić, jest rozpacz.”

Święta Maria z Egiptu
„W kręgach dominikańskich do dziś krążą wspomnienia o pewnym zakonniku, który mówiąc kazania o Marii z Egipu, wprowadzał do nich osobliwy refren, nadający jej lubieżności wymiary niemal nieziemskie: „I kiedy tak pracowała jako kurtyzana w Aleksandrii, współżyła z mężczyznami dzień i noc bez ustanku, dzień i noc bez ustanku. I kiedy zdecydowała się pojechać w podróż do Ziemi Świętej, na statku też na okrągło współżyła. Dzień i noc bez ustanku, dzień i noc bez ustanku! A kiedy dopłynęła na miejsce, nadal grzeszyła z pielgrzymami! Dzień i noc bez ustanku, dzień i noc bez ustanku…”. W słuchaczu rośnie przerażenie, ale o lepsze walczy w nim tez podziw. No bo kto by takie brewerie, drodzy państwo, wytrzymał czysto kondycyjnie?” 

Pozdrawiam, M

wtorek, 11 października 2016

Poszukaj przyjaciela ("Święci codziennego użytku")

Hello!
Moje miasto rodzinne nie należy do wielkich metropolii, ale mamy muzeum. Obecnie prezentowana jest tam prezentowana wystawa "Zwykli niezwykli. Kult świętych w diecezji łomżyńskiej." Ktoś genialny skojarzył ten temat z książką Szymona Hołowni wydaną w styczniu 2015 roku "Święci codziennego użytku" i postanowił zaprosić go na spotkanie. Na które to wybrałam się z Mamą, która książkę zakupiła, ja przeczytałam i trochę napisałam.
A samo spotkanie było super, jak będziecie mieli kiedyś okazję iść i posłuchać jak mówi to wybierzcie się koniecznie, bo można się przeciekawych rzeczy dowiedzieć.


„Święci codziennego użytku” są książką zabawną, tam gdzie można, nawet bardzo, ale tam gdzie trzeba poważną, nie wpadającą jednak w tragiczne i dramatyczne tony, nawet gdy opisywany święty to męczennik bądź osoba cierpiąca, chorująca. Jednak co ważniejsze nie bez przyczyny to „święci codziennego użytku” - wielu z nich to osoby, których życiorysy są… normalne. Albo względnie normalne, biorąc pod uwagę czasy, w których żyli. Dlatego czytamy o świętym małżeństwie, które zostało święte, bo było małżeństwem, a nie dlatego, że przypadkiem dwójka świętych była mężem i żoną. Ba, nie wszyscy opisywani święci to święci wyniesieni na ołtarze. A nawet wśród takich znajdują się święci, ale uwaga prawosławni albo innych powiedzmy pokrewnych wyznań (nie jestem pewna jak działa „uznawanie” ich w wyznaniu rzymskokatolickim, ale nie dziwię się, że autor postanowił ich umieścić w książce). Bardzo ciekawa i inspirująca zbieranina postaci.

Do najciekawszych świętych należą: święty Józef z Kupertynu, święta Olga, święty Mojżesz Etjopczyk, Maria Magdalena („nie była prostytutką” - ode mnie: idźcie pooglądać National Geographic, albo podobne kanały, gdzie są programy typu „Tajemnice Biblii” i już będziecie wiedzieć, że Marie Magdaleny w samej Biblii był co najmniej dwie, a to późniejsza tradycja łączy postaci i tworzy z nich jedną), święty Roman Melodos, błogosławiony Oscar Romero (jego historia zawsze bardzo mnie porusza i ogromnie przemawia do wyobraźni), sporo miejsca poświęcone jest Aniołowi Stróżowi. Ogólnie świętych jest 52 – po jednym na każdy tydzień roku.

Widać jak ogromną pracę włożył autor w powstanie tej książki i to nie tylko po bibliografii znajdującej się na końcu. Cytaty są nad wyraz trafne i albo komentują, albo są komentarzem do omawianego aspektu życia świętego. Jest mnóstwo wtrąceń na zasadzie: ktoś pisze też coś tu – idź doczytaj, ewentualnie spytaj wujka Google i zobacz sobie zdjecie/wizerunek.

Jest to też bardzo osobista książka, z jakiejś przyczyny  święci zostali przecież wybrani. Tym powodem jest to, że autor ich lubi. Więc przy każdej postaci jest jakieś osobiste, krótsze lub dłuższe świadectwo działania bądź obecności tych świętych w życiu tak autora, jak i jego rodziny, czy przyjaciół (Marcina Prokopa na przykład; zresztą święty Prokop też jest). Co ma jeszcze jeden skutek czytelnik zostaje zapoznany z osobistymi poglądami autora, z którymi może się zgadzać bądź nie zgadzać, niektórych mogą miejscami razić, ale ogólnie nie przeszkadzają w czytaniu. Chyba, że ktoś ma ochotę mówić do książki, co byłoby chyba nawet dziwniejsze niż gadanie do telewizora.

"Święci codziennego użytku" to bardzo przyjemna, ładnie i z pomysłem wydana (zapomniałam dopisać - na końcu dołączone są obrazki wszystkich świętych do wycięcia i noszenia np.: w portfelu), oraz ciekawa pozycja. Nie jest jednak moralizująca albo oceniająca, a takie rzeczy słyszałam. Co prawda zaprezentowane w niej sylwetki świętych to nie suche biografie, a okraszone są osobistymi doświadczeniami autora, ale nie jest to powód, aby je umniejszać.

Pozdrawiam, M