czwartek, 11 lutego 2016

Ładnie, pięknie ("Dziewczyna z portretu")

Hello!
"Dziewczyna z portretu" to pierwszy film z listy do obejrzenia, który już udało mi się zobaczyć. Napisałam, że film zapowiada się genialnie. I chyba miałam rację, ale nie w tej warstwie, którą miałam na myśli w tamtym momencie.


Od pierwszego ujęcia rzuca się w oczy fakt, że kadry w filmie są budowane z niezwykłą dokładnością, precyzją i są wyjątkowo przemyślane. Wszystko po prostu musi być ładne, a całość jest przeestetyzowana. Ale efekt jest taki, że obserwowanie poruszających się obrazów to czysta przyjemność.


Cierpi na tym nieco fabularna warstwa filmu, bo aktorom naprawdę ciężko przebić się przez te ładne kadry, tak aby to oni, a nie kompozycja, byli ważni. I zdecydowanie lepiej udaje się to grającej Gerdę Alicii Vikander, której należy się worek nagród za tę rolę. Jej Gerda wyraźnie odstaje od tła, bo i taki ekscentryczny i nieco bezwstydny ma charakter, w przeciwieństwie do męża, głównego bohatera Einara, granego przez Eddiego Redmayne, który znika we własnym cieniu. A potem pojawia się Lili. Najpierw rzadziej, okazjonalnie, potem częściej i z zaskoczenia, aż w końcu zostaje. Oczywiście Lili zawsze była w Einarze czy też raczej była Einarem, ale przez dość długi czas wydaje się właśnie, że to dwie oddzielne osoby. Chyba najbardziej wzruszającą sceną w filmie jest moment, gdy Gerda wraca z wystawy, Lili czeka na nią z kolacją, ale Gerda mówi, że już dłużej tak nie może i prosi Lili, aby zwróciła jej męża.


Film ma pewien zauważalny problem z czasem. Wszystko toczy się tam niespodziewanie szybko, a to w tym przypadku nie podnosi wrażenia realności przedstawianych wydarzeń. Na przykład nasi bohaterowie jadą do Paryża, w związku z rozwijającą się karierą Gerdy i po kilku scenach nagle dowiadujemy się, że oni w tym mieście są już pół roku. I jest to chyba jedyna informacja o czasie jaki pada w filmie. A ten brak nieco zaburza osąd o tym co widzimy.


Inna ciekawa rzecz to fakt, że w filmie praktycznie nie ma drugiego planu. Tło, statyści owszem, ale na prawdziwym drugim planie są 3 osoby, których obecność i wagę na ekranie także można bez trudu uszeregować. I są to, od najmniej ważnej: Ulla (Amber Heard), Henrik (Ben Whishaw) i Hans (Matthias Schoenaerts). Dlaczego to takie istotne? Ponieważ, oprócz okropnych lekarzy posądzających głównego bohatera o różne straszne rzeczy: od homoseksualizmu do schizofrenii, wszyscy ani się szczególnie nie dziwią jego problemom, wręcz ze wszystkich sił chcą mu pomóc. Nie wiem czy o wynika ze specyfiki artystycznego środowiska, a Einar nie przepadał za "bywaniem", tego, że Einar i Gerda raczej nie chwalili się swoimi problemami czy faktycznie ich przyjaciele byli aż tak wyrozumiali, ale w filmie nie dostajemy informacji zwrotnej na temat tego jak środowisko czy ludzie, z którymi bohaterowie mieli styczność reagowali na zmianę.


Chyba, że za całą zewnętrzną dramaturgię miała odpowiadać Gerda, która to przeszła chyba wszystkie możliwe stany emocjonalne od zabawy, wyparcia, chęci pomocy, gniewu, do akceptacji i wręcz niesamowitego oddania sprawie, a wszytko jak pisałam wyżej fenomenalnie zagrane przez Alicię. Natomiast wewnętrzna dramaturgia Einara zasadniczo sprowadzała się do machania rękami. Dobra, to trochę za mocne określenie, ale nie da się ukryć, że Eddie przez większość czasu przygląda się swoim dłoniom, próbuje naśladować ruchy rąk i dłoni kobiet albo opuszcza głowę, mrugając tysiąc razy i uśmiechając się nieśmiało. Do tego Einar jako postać jest egoistyczna i ten zarzut pada na ekranie nie raz z usty Gerdy. W sumie dużo ciekawsze było obserwowanie relacji Einar/Lili-Gerda niż fakt, że główny bohater odkrył, że tak naprawdę jest kobietą. Reżyser chyba nie mógł się zdecydować co jest istotniejsze.

Pozdrawiam, M

wtorek, 9 lutego 2016

Postmodern Jukebox

Hello!
Dziś kolejne muzyczne odkrycie. Co prawda nie do końca moje - koleżanka ze studiów była tak miła i podzieliła się swoją wiedzą - ale taką wiedzą i cudownościami trzeba się dzielić, aby poszło jak najdalej  świat. Chociaż oni chyba nie mogą narzekać na brak popularności.
Przedstawiam więc Postmodern Jukebox. Czyli jak brzmiałby dzisiejsze hity zrobione 70, 60, 50 lat temu i do tego w różnych dodatkowych aranżacjach.










LOVE, M

niedziela, 7 lutego 2016

Always

Hello!
Czas przejść do opisywania wszystkich anime jakie obejrzałam! Długo zastanawiałam się jak je podzielić, bo takie lubię - nie lubię w moim wypadku to zdecydowanie zbyt proste rozwiązanie. Postanowiłam więc wykorzystać angielskie określenia częstotliwości wykonywanych czynności. Obawiam się jednak, że nawet taki podział może okazać się zbyt wąski. Wybór wiąże się także z tym, że moim ulubionym słowem w tym języku jest "always", dobrze się kojarzy i idealnie pasuje do opisu absolutnie najbardziej ulubionych anime.


Mam 5 ulubionych anime, z czego 4, w kolejności zaprezentowanej poniżej, oglądałam chronologicznie jako swoje pierwsze anime w ogóle i już myślałam, że do tej grupy nie dołączy żadne inne, do czasu, aż w połowie stycznia obejrzałam "Pandora Hearts". Co ciekawe, zwykle oglądam anime z czyjegoś polecenia, a oprócz "Kuroshitsuji" wszystkie poniższe znalazłam sobie sama.

"Elfen Lied" 
Moje pierwsze anime oglądane "na poważnie" i to już chyba 4 lata temu. Niezbyt wiele z niego pamiętam, oprócz różowowłosej głównej bohaterki i pozostałych przedstawicielek jej gatunku, oraz tego, że gdy już się spotkały, nie było zbyt miło. Natomiast z warstwy gdzie Lucy była Nyuu, czyli głównego bohatera i wszystkiego co z nim związane, ani trochę. Ale mam do tego anime ogromny sentyment i chyba powinnam je sobie powtórzyć. Prawie zapomniałam - "Elfen Lied" ma także jeden z najgenialniejszych openingów.


Nocą z instytutu badawczego położonego na wyspie ucieka młoda dziewczyna z charakterystycznymi wypustkami na czole w kształcie rogów, obdarzona niezwykłymi mocami. Ucieka pośród krzyku cierpienia, pozostawiając po sobie morze krwi, brutalnie mordując wszystkich stojących na jej drodze do wolności. Nie wychodzi jednak z tego bez szwanku. Zostaje postrzelona w głowę, w wyniku czego traci pamięć i wpada do wody. Następnego dnia na plaży znajduje ją dwójka studentów  Kouta i Yuka. Postanawiają przygarnąć słodkie, niewinne stworzenie, które nie ma pojęcia kim jest, skąd pochodzi a nawet nie potrafi mówić. Nie wiedzą jednak, że w ślad za ich nową przyjaciółką już podążają ludzie, chcący sprowadzić ją z powrotem do instytutu, bądź - jeśli będzie to konieczne - nawet zabić. (filmweb.pl)


"Kuroshitsuji"
Albo "Black Butler". Obejrzane za namową K., rozpoczęło, trwającą ciągle, falę fascynacji anime. Sebastian pojawiał się już na blogu nie raz i na pewno będzie pojawiał się jeszcze przy każdej możliwej okazji, bo to cudowna postać.



Wiktoriańska Anglia, Londyn. Dwunastoletniego Ciela Phantomhive’a pochodzącego z arystokratycznej rodziny właśnie dotknęła tragedia – jego rodzice zginęli w pożarze domu, a on sam ledwo uszedł z życiem. Cudem uratowany powraca do swojej rezydencji w towarzystwie tajemniczego osobistego lokaja. Sebastian – bo takie nosi imię, bardzo wyróżnia się pośród reszty służby: opanowany, o nienagannych manierach, wyjątkowo uzdolniony, inteligentny i nadzwyczaj oddany swojemu nowemu pracodawcy. Dlaczego? Otóż Sebastian skrywa pewien sekret – jest demonem. Zawarł on z Cielem pakt, na mocy którego od tej pory jest jego wiernym sługą. W zamian jednak, żąda od chłopca tylko jednego – tego, co dla niego jako człowieka jest najcenniejsze... (filmweb.pl)


Anime trafiło na bardzo podatny grunt. Anglia, demony, elegancja i odrobina kryminału - zdecydowanie moje klimaty. Pokochałam je całym sercem. Ucieszyłam się, bo ma kolejny sezon, ale ponieważ dzieją się w nim takie rzeczy, że lepiej zostawić je bez komentarza, to razem z K. postanowiłyśmy wymazać je z pamięci i do tej pory zastanawiamy się co skłoniło twórców do takiego zakończenia. Ale, ale powstało coś na kształt kolejnego sezonu, będącego rozbudowaniem pierwszego: nazywa się "Book of Circus" i ogląda go się naprawdę przyjemnie. Jest także "Book of Murder" i kilka odcinków specjalnych. Także jest na co patrzeć i za każdym razem zachwycać się coraz bardziej. A do tego jest po prostu prześlicznie narysowane i ma cudowną muzykę.
 

"Darker Than Black" 
Anime kupiło mnie rozdwojeniem głównego bohatera i tym, że mogłam się zastanawiać czy on naprawdę nic nie czuje czy tylko udaje. Uwielbiam takie psychologiczne rozkminy i bardzo chciałam wierzyć, że Hei jest jednak ludzki. A potem przyszła OVA i jeśli nawet wcześniej nie lubiłam tej historii, aż tak, to po tych 4 dodatkowych odcinkach, zakochałam się totalnie. Drugi sezon jest nieco ciężki psychicznie dla fanów, oglądanie nieco łamie serce, ale gdy już się przyzwyczai do nieco innej historii i sposobu opowiadania, można nawet czerpać pewną przyjemność ze śledzenia tego co się dzieje. Najważniejsze jednak, że zakończenie jest takie dające nadzieje. 


10 lat przed wydarzeniami ukazanymi w anime w Tokio pojawiła się tajemnicza brama, którą otoczono wielkim murem. Następnie prawdziwe niebo zastąpiono nowym, sztucznym. W tym świecie obok zwykłych ludzi żyją też kontraktorzy - istoty mające potężną moc i pozbawione wszelkich uczuć.(shinden.pl)


"Zetsuen no Tempest"  
To dziwne, ale zupełnie nie pamiętam jak wpadłam/znalazłam to anime i dlaczego mnie zainteresowało. Przepadłam już po obejrzeniu pierwszego odcinka. A potem z każdym kolejnym kochałam coraz mocniej. Oni tam nawiązują do postaci z Szekspira! Czasami cytują, mniej lub bardziej bezpośrednio, a także korzystają, w pewnym sensie, z tradycji biblijnych. Fascynująca mieszanka, a anime jest niesamowicie zaskakujące. I skomplikowane, chociaż bardziej by pasowało określenie, że nie ma w nim łatwych i prostych odpowiedzi.


Mahiro zawiera kontrakt z więzioną na bezludnej wyspie czarownicą, która w zamian za pomoc obiecuje przy użyciu magii odnaleźć zabójcę jego siostry. (filmweb.pl) Przez co razem z
Yoshino zostają wplątani w rodowe potyczki czarowników, które mogą doprowadzić do zniszczenia świata. 

"Pandora Hearts"
Po pierwszym odcinku stwierdziłam, że to połączenie "Kuroshtsuji", "Darker Than Black" i "Karneval" (o którym będę jeszcze pisała) w wersji dla dzieci. I fabularnie nie jest tak naprawdę do nich podobne, ale jakoś podświadomie się skojarzyły i nie było innej możliwości jak tylko pokochać to anime. Chociaż na koniec poczułam się nieco zawiedziona, bo okazało się, że w dużej mierze to produkcja promująca mangę więc jak chcesz poznać odpowiedzi to idź czytać. I doczytałam w internecie, ale rozwiązanie jest zdecydowanie nie do ogarnięcia rozumem. Ktoś nawet zostawił takim zagubionym duszyczkom dobrą radę: nie próbuj tego zrozumieć. Nie będę, będę cieszyła się naprawdę uroczym anime, które ukradło moje serce.


 Oz Vessalius jest dziedzicem jednego z czterech Rodów Szlacheckich, które kontrolują kraj. W dniu swych piętnastych urodzin, w trakcie ceremonii symbolizującej wkroczenie w dorosłe życie, z nieznanych przyczyn zostaje zaatakowany przez wyklęty klan Baskerville i odesłany do legendarnego więzienia - Abyss. Ucieczkę umożliwia mu zawarcie kontraktu z łańcuchem (org. 'chain') Alice, znaną jako B-Rabbit. Mimowolnie Oz zostaje wplątany w niezrozumiałą dla siebie wojnę między Pandorą a Baskerville'ami...(filmweb.pl)


Całkiem długa notka z tego wyszła. Chyba kolejne będę musiała podzielić jeszcze bardziej i opisywać tak po 3-4 w zależności od długości i może zastanowić się nad jeszcze innym podziałem. Póki co czytajcie o moich ukochanych seriach.

LOVE, M

piątek, 5 lutego 2016

Za miłość ("Galavant S2")

Hello!
W zeszłym roku "Galavant" skradł me serce i nie mogłam się doczekać kolejnego sezonu. I byłam nie w mniejszym szoku jak wszyscy, że takie coś jak "Galavant" drugi sezon w ogóle dostało.


W ramach przypomnienia jest to serial muzyczny, parodiujący nieco średniowiecze. Brzmi jak przepis na sukces? Niekoniecznie a sukcesem jest. Trzeba tylko dodać, że "Galavant" wyróżnia się także tym, że sam do siebie ma dystans, w sumie to ma dystans do medium przez jakie do nas dociera, do faktu, że jest serialem oraz do tego, że w nim śpiewają. Dużo dystansu. Takiego bardzo pozytywnego, bo łamie czwartą ścianę.


W tym sezonie znów ruszamy na ratunek. Tym razem ukochanej Galavanta księżniczce Izabeli. Aby misja się powiodła potrzebujemy armii i próbujemy, z dość marnym skutkiem, ją zgromadzić. W tym samym czasie, w wyniku nieporozumień, Izabela prawie wychodzi za mąż za swojego małego kuzyna, a ostatecznie staje na czele wojsk. Obserwujemy także rodzące się uczucie pomiędzy Madaleną i Garethem.


W tym sezonie piosenki są odrobinę znane. Nie do końca są to covery znanych piosenek, a głównie utworów z musicali, co nie jest szczególnie zaskakujące, są to raczej takie wariacje na temat. I na przykład mamy utwór na modłę "Nędzników" czy "Grease" ale, jeśli słuch mnie nie mylił to także a'la "Zaplątani" i wiele więcej. To świetna zabawa takie wyszukiwanie i zgadywanie co jest nawiązaniem do czego i to nie tylko piosenek (najprostsze: miecz w pniaku dla prawdziwego króla) A do tego na pewno tytuły 2 ostatnich odcinków są bardzo z "Władcy Pierścieni". Pojawiają się też goście specjalni. Mi chyba najbardziej podobał się Eddie Marsan jako śmierć. Wróćmy jeszcze do piosenek. Na szczególną uwagę zasługuje piosenka Galavanta z randki Ryszarda i Roberty oraz piosenka Ryszarda o jego smoczym kumplu. I dokonałam pewnego odkrycia, zdecydowanie z całej obsady najlepiej śpiewa Madalena i Galavant.


Trzeba przyznać Ryszardowi, że ukradł ten sezon. Ktoś chyba bardziej słucha fanów niż chciałby się przyznać, bo już po zakończeniu poprzedniego sezonu nasz król miał ogromną rzeszę fanów. Fanek. I chyba po tym co dostajemy w tym sezonie wszyscy powinni poczuć się usatysfakcjonowani. Obserwujemy przemianę z dupka w prawdziwego mężczyznę, a do tego naprawdę lojalnego przyjaciela. I ma smoka. I stał się bohaterem. I ma Robertę. Tylko 10 odcinków ( i tak o 2 więcej niż w poprzednim sezonie) a Ryszard przechodzi zdecydowanie bardziej spektakularną przemianę niż Galavant w pierwszym.


Kolejny sezon może być, a może go nie być. Zakończenie ze śpiewającymi mnichami było super i jeśli powstanie jakaś kontynuacja to może powinna mieć tytuł "Gareth" bo to on będzie jechał ratować Madalenę. A ten mógłby spokojnie nazywać się "Ryszard" i też nikt by się nie obraził.

LOVE, M



środa, 3 lutego 2016

A miało być tak ciekawie ("Mozart in the Jungle" S1)

Hello!
Muzyka klasyczna ( i filmowa) to tak naprawdę jedyna muzyka, z którą w jakiś sposób się identyfikuje. Dlatego nie mogłam darować sobie, że tak długo nie oglądałam "Mozart in the Jungle", a ostatecznie przekonał mnie fakt, że serial dostał Złotego Globa. Obejrzałam i niestety jestem nieco rozczarowana.
Nie miałam jakiś szczególnie sprecyzowanych oczekiwań wobec tego serialu, ale liczyłam, że będzie w nim nieco więcej muzyki i filharmonii. Mam wrażenie, że ktoś też nie do końca mógł się zdecydować o czym ten serial będzie, a ponieważ ma 10 odcinków, trwających po około 30 minut starał się tam powrzucać jak najwięcej, bez żadnego ładu i składu. I  tak oto mamy dyrygenta ustępującego z miejsca, nie trzeba dodawać, że niechętnie, nowego, postrzelonego następcę, a potem także jego postrzeloną żonę; wiolonczelistkę, która ma romans ze starym dyrygentem i, w wyniku zbiegu okoliczności, zaczyna także pracować na rzecz związku zawodowego orkiestry, oh a także postanawia pomóc Hailey - oboistce z przypadku. A ona natomiast ma współlokatorkę i chłopaka. Ostatecznie złapałam się na tym, że oglądam ten serial tylko ze względu na Hailey i Alexa, chciałam zobaczyć czy z ich związku coś wyjdzie.
Filharmonia nie kojarzy się powszechnie ze zbyt ciekawym miejscem, raczej dokładnie odwrotnie, ponoć wieje tam nudą. "Mozart in the Jungle" miał udowadniać, że może być interesująco, z tym, że to co pokazuje (narkotyki, pijaństwo, zdrady) nie robi na nikim wrażenia, a tym bardziej nikogo nie zaskakuje. W innych miejscach pracy takie rzeczy się zdarzają, czemu filharmonia miałaby być gorsza. A z drugiej strony naprawdę nie wiem jak z tak z założenia przełamującego stereotypy serialu wyszło coś tak nudnego.
Podobno filharmonia była też w kłopotach finansowych. W zasadzie oprócz 2 wydarzeń, sesji fotograficznej i 2 rozmów na dodatek średnio poważnych, nic z tego nie wynikało. Nie było czuć jakiegoś zagrożenia zamknięciem czy nawet czegoś podobnego. Jakoś zupełnie nie wydawało się to realne. Z resztą taka samo przedstawiono problemu związku zawodowego filharmoników, sprowadzało się to do jakiś głupokowatych rozmów i przypominania w trakcie prób o konieczności robienia przerwy.
Napisałam już, że to serial komediowy? Może zwyczajnie nie nadaję się do oglądania czegoś co ma być zabawne. A może to zwyczajnie tylko czasami bywa śmieszne, ale w zasadzie komedią nie jest. Albo też samo nie może się zdecydować czym jest. Mam pewne przypuszczenia, że ta ostatnia odpowiedź może być słuszna.
Trzy sprawy jednak wyszyły: muzyka- między innymi odcinek z próbą zorganizowaną na zewnątrz, pomiędzy jakimiś kamienicami, gdzie ludzie przyszli, dzieci chodziły pomiędzy muzykami, potem wszyscy razem jedli pizzę, a zakończyło się to zabraniem Rodriga na posterunek policji; a wszytko to pokazuje jak muzyka łączy ludzi, ale jednocześnie jak bardzo jest to nierozumiana idea. Sam Rodrigo nowy, szalony dyrygent, jest idealnie ekscentryczny, a jednocześnie to przesympatyczna postać. Ogromne brawa należą się odtwórcy jego roli Gaelowi Garcii Bernalowi (nie mam pojęcia czy dobrze to odmieniam). I trzecia sprawa Hailey z tym, że jej wybitnie łatwo kibicować, bo jest taka dobra, miła, pracowita i wyjęta prosto ze schematu. Ale mówi się trudno, całą oryginalność przełożono na Rodriga.

A sezon drugi i tak obejrzę, bo zakończenie pierwszego było na tyle ciekawe, że warto zobaczyć co z tego wyniknie.

Trzymajcie się, M

poniedziałek, 1 lutego 2016

Warsztat Aktorski

Hello!
Semestr zbliża się do końca, a ja czekam w Gdańsku bezczynnie do 4 lutego, gdy mam ostatni i jedyny w sesji egzamin. Ze wszystkimi innymi zaliczeniami uwinęliśmy się w zeszłym tygodniu. Także z tym z Warsztatu Aktorskiego.

<źródło>

Pamiętam jak przed pierwszymi zajęciami obawialiśmy się, że pani Marzena każe nam udawać masło. Cóż, w sumie nie mogliśmy się bardziej pomylić.

Nasze zajęcia polegały na przerabianiu poszczególnych epok teatralnych, zaczynając od teatru wywodzącego się z tańca i rytuału - bawiliśmy się w kosmitów z planet, na których spadnie polegało na staniu, a pracowanie na leżeniu, a to tylko jeden i to zdecydowanie niezbyt szalony przykład. W starożytnej Grecji robiliśmy własną opowieść o herosie i odkrywaliśmy jak ważny jest chór i osoba opowiadająca. Naszym bohaterem był jednooki zezowaty człowieczek wyruszający na poszukiwanie lekarstwa na jad salamandry albo czegoś podobnego. Po drodze spotykał i Cerbera i dwugłową kozę, której mleko, podobnie jak łzy cyklopa w ciąży były składnikami lekarstwa. A to tylko część pomysłu i to tylko tej grupy w której akurat pracowałam. W średniowieczu robiliśmy moralitety i nie obyło się bez poruszania bardzo kontrowersyjnych tematów. Uczyliśmy się przekładać współczesne problemu na język charakterystyczny dla teatru sprzed kilku wieków. Na szczęście pani Marzena była dla nas bardzo tolerancyjna. W teatrze elżbietańskim, najpierw zastanawialiśmy się dlaczego Szekspir oraz Leonardo tak bardzo przemawiali swoją twórczością do ludzi - pierwszy odkrywał ich wnętrze, a drugi zajmował się zewnętrzną powłoką. W teatrze stworzyliśmy krwawe przedstawienia o zemście i zazdrości. Stworzyłyśmy opowieść o internecie i do czego ludzie mogliby być zdolni w dążeniu do popularności. Następnie przyszła kolej na commedie dell'arte. Dla mnie coś strasznego, nie dość że z założenia ma być zabawnie, to jeszcze postaci ze schematów i najgorsza rzecz na świecie - improwizacja. Jakimś cudem przeżyłam, bo wywalczyłam sobie postać niezbyt skomplikowaną a ciężar tego aby wyszło zabawnie niosły inne osoby. Następnie na podstawie scenariusza z commedii mieliśmy zrobić śpiewaną tragedię czyli operę. Skończyło się na tym, że w ciągu 2 minut wszystkie postaci były martwe.

Później mieliśmy nieco pracy teoretycznej. Znów zostaliśmy podzieleni na grupy i dostaliśmy tematy do opracowania. Między innymi teatr ubogi i Jerzego Grotowskiego, Pinę Bausch, a także teatr lalek, czy w przypadku mojej grupy teatr japoński, z czego nie ukrywam bardzo się cieszyłam.

Losowanie konwencji w jakich będzie odbywało się nasze zaliczenie odbyło się na 2 tygodnie przed planowaną premierą. Wypadł nam teatr elżbietański i poczułam ulgę i ogromną radość. Za przygotowanie scenariusza zabraliśmy się tydzień później. Zdecydowaliśmy się na dość mocno współczesną i na czasie opowieść o polityce, do tego stopnia, że po skończonej pracy obawiałam się czy nie wsadzą nas za to do więzienia. Musieliśmy poddać tekst autocenzurze, ale i tak wyszedł klarowny. A przynajmniej taką mamy nadzieję, że widownia zrozumiała. Trudno powiedzieć jak wypadliśmy na scenie, niestety jeszcze nie dostaliśmy nagrań, ale pewne jest, że zarówno przy tworzeniu scenariusza, na próbach i na premierze wszyscy świetnie się bawiliśmy.

Zajęcia przez cały semestr odbywały się w samym środku tygodnia i trwały 2 godziny 15 minut, bo umówiliśmy się, że skończymy je wcześniej. Nie skończyliśmy, trwały do końca semestru. Ale w sumie przeważnie tak dobrze się na nich bawiliśmy, że nie szkoda tego czasu. A prowadziła je pani Marzena Nieczuja-Urbańska.

Ponad to w ten weekend, w końcu!, widziałam "Wesołe Kumoszki z Windsoru". Teraz siedzę i piszę mądrą pracę na zaliczenie z Krytyki Artystycznej. Jeśli okaże się niezła to napiszę też o Kumoszkach tutaj. W sumie to napiszę też jak okaże się zła, bo zachwytów nad teatrem nigdy za wiele.

Trzymajcie się, M

sobota, 30 stycznia 2016

Konflikty i uczucia ("Ruchomy zamek Hauru")

Hello!
Animacje ze studia Ghibli to wyznacznik jakości sam w sobie i nikomu nie trzeba ich przedstawiać ani tłumaczyć co to takiego. Miałam (i ciągle mam - przecież pojawiają się kolejne filmy) tę przyjemność, że gdy "Spirited Away: W krainie Bogów" zdobywało Oskara i podbijało serca widzów, byłam małą dziewczynką a telewizja w Polsce postanowiła dbać o rozwój i wychowanie dzieci, pokazując na antenie japońskie animacje. Z tamtego okresu pamiętam niewiele szczegółów i tytułów, ale te bajki zostawiły we mnie trwały ślad. A od czasu gdy zaczęłam oglądać tak wiele seriali, odkrywam na nowo także animacje długometrażowe. Trzeba jeszcze przyznać K. że miała w swój udział.


 Sophie ma 18 lat i całe dnie spędza w sklepie z kapeluszami, który wcześniej należał do jej zmarłego ojca. W trakcie jednej z nieczęstych wizyt w mieście, poznaje czarodzieja o imieniu Hauru. Hauru jest niezwykle przystojny, ale także dość skryty. Zazdrosna o ich zażyłość czarodziejka, rzuca czar na Sophie, przez który dziewczyna zmienia się w 90-letnią staruszkę. Załamana Sophie ucieka od ludzi i błąkając się, przypadkiem trafia do ruchomego zamku Hauru. Ukrywając swoją prawdziwą tożsamość, otrzymuje tam pracę jako sprzątaczka. Wkrótce tajemnicza, dziarska staruszka tchnie nowe życie w zaniedbaną posiadłość, którą zamieszkują także młody adept magii Mark i Kalcyfer - demon ognia, odpowiedzialny za wprowadzanie zamku w ruch. (filmweb.pl)


Po takim długim wstępie można przejść do konkretów. Zasadniczo ta recenzja mogłaby się skończyć na słowach "Kocham Hauru" i to załatwiłoby sprawę, ale oglądając filmy/bajki zaczyna się dostrzegać więcej rzeczy, które aż proszą się o skomentowanie.

 Włosy Hauru to najbardziej fascynująca rzecz na świecie. 
Poza tym jest dla mnie totalnie idealny najpierw był blondynem, a potem był czarny.

W tym wypadku jest to aspekt wojny. Muszę przyznać, że jest to niesamowicie ciekawie potraktowany temat, gdy przyjrzy mu się bliżej. Bo to nie tylko wojna jaką prowadzą między sobą królestwa, ale także walki pomiędzy czarownikami, liczne wewnętrzne konflikty postaci, a wszystko sprowadza się tak naprawdę do próby rozwiązania wszystkiego naraz. Z tego wszystkiego najważniejsze są chyba 3 kwestie wypowiadane przez postaci: Hauru, który mówi, że nie chce już uciekać i znalazł kogoś dla kogo chce walczyć; Sophie, która stwierdza, że wolała go już jako tchórza; oraz Lady Suliman, która stwierdza, że czas zakończyć tę głupią i bezsensowną wojnę, ale dopiero gdy sprawa Hauru została rozwiązana, bo niepokojąco sugeruje, że cały ten konflikt był wywołany tylko po to, aby sprowokować Hauru. Który tak w zasadzie jest pacyfistą i w pewnym momencie otwarcie mówi o walczących, że to mordercy i bez różnicy, która to strona konfliktu. Czasami naprawdę warto przyjrzeć się nieco ukrytym przesłaniom. Tym bardziej, że temat wojny w różnego rodzaju wytworach kultury japońskiej jest powszechny i bardzo obecny. Zawsze mnie to zastanawia czy oni leczą w ten sposób pewną traumę czy może bardziej próbują ostrzec przyszłe pokolenia, aby nigdy tego nie powtórzyć. Co by to nie było, wydaje mi się, że jest skuteczne. 


Niezbyt przyjemny początek, a to tylko jeden z wielu wątków pokazanych w tej bajce. Co ciekawe fakt, że Sophie stała się staruszką oprócz tego, że spowodowało to jej ucieczkę z miasteczka, wcale nie jest w opowieści ważny. Wręcz się tego nie dostrzega. Najważniejsze jest to co robi i dokąd zaprowadzi jej postępowanie. 


Postaci w "Ruchomym zamku" są takie normalne i naturalne. Niewyidealizowane, ale bardzo psychologicznie prawdopodobne. I to jest chyba siłą tego (i pozostałych) filmów, że nie próbują udawać, kreować tylko oddać prawdę. A to, że Hauru jest czarodziejem, jednym z bohaterów demon ognia czy strach na wróble niczego tej prawdziwości nie ujmuje. Na dodatek taka realność dużo bardziej przemawia do ludzi. Sophie wcale nie jest taka przemiła, ale jest zmienna i to w taki naturalny sposób. Hauru nieco przesadza z wewnętrznym skomplikowaniem, ale potrzebuje tylko tego, aby ktoś się nim zajął. 


Wcześniej nie zauważyłam też jeszcze jednej rzeczy. Chociaż nie jest to w prostu sposób smutna bajka, to jednak jest to opowieść o niełatwym poszukiwaniu, wiążącym się z ciągłym burzeniem i budowaniem od nowa. I choć wiadomo, że podróż musi zakończyć się dobrze to momentami, przez sekundy nie jest to wcale takie oczywiste. Jednak przez cały film przebija się ogromna nadzieja i wiara, że wewnątrz każdy jest dobry. 


Animacja powstała na podstawie książki, której niestety nie czytałam, bezowocne poszukiwania wciąż trwają, I chociaż wiem, że film i pierwowzór się różnią, myślę, że lektura mogłaby wyjaśnić pewne szczegóły i detale, na które nie było już miejsca w animacji. 

Pozdrawiam, M


czwartek, 28 stycznia 2016

Elie Saab Haute Couture Spring Summer 2016

Hello!
Oto nadszedł ten jeden dzień w roku, gdy ta strona na moment zamienia się w bloga modowego. Wczoraj odbył się pokaz Elie Saab Haute Couture Spring Summer 2016, a ja nie mogę odmówić sobie przyjemności zaprezentowania tutaj najładniejszych kreacji.

Cały pokaz można obejrzeć w internecie o tutaj, ale muszę przyznać, że dużo lepiej ogląda się zdjęcia. Nie wiem czy w tych strojach naprawdę tak niewygodnie się chodzi czy to jednak modelki były pokraczne, bo tylko zastanawiałam się kiedy która się przewróci.
Wszystkie zdjęcia pochodzą z facebook'a <klik>




















Pozdrawiam, M

wtorek, 26 stycznia 2016

Zima kontratakuje

Hello!
Tak naprawdę to po weekendowym śniegu nie ma ani śladu, a mi udało się zrobić aż jedno zdjęcie, gdy padał, ale postanowiłam wykorzystać ten tytuł, aby zaprezentować koleją partię pomocnych i mądrych zdań z "Dużego Małego Poradnika Życia".




921. Pamiętaj, że połowa radości z sukcesu to oczekiwanie na sukces.
925. Daj szansę szczęśliwemu trafowi. Bądź elastyczny i pozwól, żeby niektóre rzeczy "wychodziły same". 
939. Nigdy nie wstydź się szczerych łez.
940. Nigdy nie wstydź się głośnego śmiechu i radosnego śpiewu.
959. Oceniaj swój sukces na podstawie tego, z czego musiałeś zrezygnować, żeby go osiągnąć.
967. Nigdy nie ignoruj zła.
981. Podchodź do miłości i gotowania z bezgranicznym oddaniem. 
987. Płać dodatkowe dziesięć dolarów za najlepsze miejsca w teatrze i na koncercie. 
1005. Życie jest krótkie. Jedz więcej racuchów i mniej dietetycznych ciasteczek z ryżu.
1018. Kiedy trzeba przenieść pianino, nie łap się za stołek. 

 Skończyliśmy podróż z tomem drugim, ale na szczęście jest jeszcze tom trzeci.

LOVE, M

niedziela, 24 stycznia 2016

Rzecz o naiwności

Hello!
Dość długo zbierałam się do napisania dzisiejszego wpisu, ale w końcu zostałam zmotywowana różnymi mniejszymi i większymi informacjami i wiadomościami na innych blogach, które mniej lub bardziej bezpośrednio dotyczą tego o czym chciałbym napisać.


Bloga piszę 3 lata i prawie 5 miesięcy, a od nieco ponad 2 ma on obecną formę, w której dominują recenzje książek, seriali i filmów. Skoro nieco skonkretyzowałam to o czym piszę, to także blogi, na które zaglądam się zmieniły i dotyczą podobnych rzeczy, a faktycznie są to głównie blogi z recenzjami książek. Jednym z elementów prowadzenia takiego bloga są współprace z wydawnictwami. I tu pojawiam się ja i moja naiwność. Przez bardzo, bardzo długi czas myślałam, że to raczej wydawnictwa kontaktują się z blogerami i nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy, że to blogerki/blogerzy piszą pierwsi. Przeżyłam niemały szok, gdy na pewnym blogu wpadłam na poradnik w stylu "jak napisać do wydawnictwa, aby przysłali ci książkę". A potem gdy sprawdziłam blogi osób komentujących, które dziękują za rady i już zabierają się za pisanie, a blog działa od 2 miesięcy i jest na nim 10 wpisów. Teraz żałuję, że nie poprowadziłam małego śledztwa i nie sprawdziłam, czy faktycznie autorzy tych blogów otrzymali jakieś książki.

Kolejna sprawa związana z blogami, ale z nieco innej strony. Niedawno czytałam artykuł o pewnej bardzo znanej zagranicznej blogerce, w którym było napisane, że nad treścią bloga pracuje ok.20 osób. Dość jednoznacznie zostało zaznaczone, że ona sama jest tylko "twarzą" i nic nie robi. Z jednej strony nie wiem na ile jest to prawda, a z drugiej zastanawiając się nad tym kto stoi w cieniu najbardziej znanych "twarzy" nie sposób chyba, nie poczuć się oszukanym, inną sprawą jest fakt, że takie coś jest bezczelne w stosunku do czytelników, bo nie wiem na ile są świadomi, że ich "ikona" tylko ładnie wygląda na zdjęciach, albo tylko sygnuje treści swoim nazwiskiem.  W tym wypadku nie było takiego szoku, jak w sytuacji opisanej powyżej, ale to być może dlatego, że jak coś wygląda za pięknie to zdecydowanie nie może być prawdziwe i na najbardziej znane i zagraniczne blogi zawsze brałam poprawkę. Ale podobno plaga się szerzy i dotyczy także bardziej niszowych blogów.


Oczywiście w codziennym życiu też bardzo często denerwuję się na prawa rządzące światem. I niby zdaję sobie sprawę, że życie nie jest sprawiedliwe, ale jestem też trochę idealistką i chciałabym bardzo, aby jednak było. Ale to już być może temat na inne rozważania, a dziś chciałam tylko wspomnieć o tym co dotyczy blogów. I tak tylko zaznaczę, szczególnie jeśli chodzi o pierwszą sprawę, żeby ktoś mnie źle nie zrozumiał, nie potępiam (to brzmi patetycznie i ważnie, nie o taki efekt mi chodziło, ale tylko to słowo tu pasuje) współprac i nic mi do tego w jaki sposób są one załatwiane, to tylko przykład dla zilustrowania mojego patrzenia na świat.

Pozdrawiam, M