niedziela, 20 marca 2016

Ralely

Hello!
To ostatni post opisujący anime, które widziałam, od tej pory będą się one pojawiać w formie "ostatnio obejrzałam" albo podobnej, gdy uzbiera mi się odpowiednia ilość serii do opisania. A dziś 4 tytuły, które są zaklasyfikowane gatunkowo jako odwrócony harem, a jedynym słusznym wnioskiem płynącym z ich oglądania jest to, że to najgłupsze anime jakie istnieją.
Chociaż nie jestem pewna czy "Vampire Knight" się do nich zalicza.

To nie do końca tak, ale nie mogłam się powstrzymać.

"Diabolik Lovers"
Zaczniemy od najgłupszego. Fabuły w nim raczej nie uświadczysz, chociaż coś tam niby sensownego próbują pokazać, bez skutku. Posiada 2 sezony, co gorsza obejrzałam oba i istnieje duże prawdopodobieństwo, że będzie kolejny. I pewnie trzeci także obejrzę z nadzieją, że będzie miał więcej sensu. W sumie anime polega na tym, że z głównej bohaterki wysysana jest krew, bo najpierw jedna, a potem druga rodzina wampirów ubzdurały sobie, że jest ona kimś ważnym. A sama bohaterka bardziej przypomina marionetkę niż postać.


Z powodu wyjazdu ojca Yui Komori musi zamieszkać w dużej, ponurej rezydencji, w której zastaje sześciu tajemniczych mieszkańców. Dziewczyna jest przerażona ich zachowaniem, jednak kiedy z powodu upadku rani się, a na widok krwi nieznajomi dosłownie się ślinią, Yui zupełnie traci głowę. Próbuje odnaleść wyjście, ale zdążyła już wpaść w pułapkę - wszystkie drzwi są zamknięte, a telefony nie działają. Główna bohaterka zaczyna rozumieć, że stała się ofiarą wygłodniałych wampirów, a ucieczka nie będzie łatwa. (shinden.pl)


"Amnesia" 
Bohaterka tego anime jest jeszcze bardziej irytująca niż opisanego powyżej.

 
Pierwszego kwietnia, o poranku, nasza bohaterka budzi się i odkrywa, że nic nie pamięta. Nagle pojawia się przed nią tajemniczy chłopiec – przedstawia się jako “duszek” o imieniu Orion. Dziewczyna postanawia z jego pomocą jakoś odzyskać swoje wspomnienia… aż w pewnej chwili dzwoni telefon. Nie rozpoznaje ona imienia na wyświetlaczu, ale nieznajomy podobno jest jest “chłopakiem” – bohaterka postanawia się z nim spotkać, choć pomimo największych wysiłków, nie jest w stanie przypomnieć sobie jego twarzy. (shinden.pl)



Normalny człowiek po 3 akcji ze zmianą świata zrozumiałby, że chyba tak się po prostu musi dziać i trzeba się z faktem pogodzić.  Oczywiście dobrze to wyjaśnić, ale nierozgarnięcie głównej bohaterki przekracza po prostu wszelkie skale. Na szczęście jej męscy towarzysze byli bardzo ciekawie i różnorodnie wykreowanymi postaciami więc jakoś łagodzili głupotę bohaterki.

"Dance with Devils"
Nie dość, że harem, demony to jeszcze śpiewają. I to nawet ma fabułę, widać jednak się da. Ale ja zostałam kupiona śpiewaniem. I niby wiedziałam, że istnieją anime, w których głównymi bohaterami są muzycy to jednak odkrycie tego było dość zaskakujące, bo tak naprawdę ta muzyka jest całkowicie niepotrzebna, a jednocześnie to niesamowicie miły dodatek. Najczęściej piosenki to najzabawniejsze części odcinka.


Ritsuka Tachibana to dziewczyna mieszkająca w Shiko wraz z matką, Marią. Wiedzie tam spokojne życie uczennicy drugiej klasy liceum Akademii Shika. Wszystko ulega zmianie pewnego dnia, kiedy w pobliżu Ritsuki pojawiają się demony w postaci przystojnych mężczyzn. Z pewnego powodu dziewczyna zdaje się je przyciągać... (shinden.pl)


"Vampire Knight" i "Vampire Knight Guilty"
Na długi czas zapomniałam, że oglądałam to anime. Dopiero gdy sprawdzałam jednego z aktorów głosowych ku mojemu zdziwieniu okazało się, że je widziałam. Na potrzeby tej notki musiałam obejrzeć jeszcze raz przynajmniej ostatni odcinek. To nieco mówi o wartości tego anime. Ale już po pierwszych sekundach całkiem sporo sobie przypomniałam. Wiem, że rozwiązania problemów bohaterów okazują się dużo bardziej nieoczywiste i dziwne niż można było przypuszczać. Można pooglądać, ale nawet jak na anime bohaterowie mają wyjątkowo wielkie oczy.


Yuuki będąc małą dziewczynką zostaje uratowana przed wygłodniałym wampirem, co dziwne, przez przedstawiciela tej samej krwiopijczej rasy. Powierzona pod opiekę dyrektorowi Akademii Cross, zaczyna uczęszczać do Dziennej Klasy. Szkoła ma nietypowy charakter, ponieważ odbywają się tu rуwnież zajęcia Klasy Nocnej, której uczniami są wampiry. Żeby żyć w symbiozie z ludźmi, zamiast tradycyjnego posiłku w postaci krwi, zażywają tabletki, które ją imitują. Wszystko zostaje utrzymane w sekrecie, tylko dzięki staraniom dwóch prefektów - Zero Kiryuu, któremu kilka lat wcześniej wampir wymordował rodzinę, oraz Yuuki. Główna bohaterka zadurza się w wampirze Kaname, swoim wybawicielu z dzieciństwa. Oprócz tego epizodu, dziewczyna nie pamięta jednak nic ze swojej przeszłości. (shinden.pl)


Taka ciekawostka: trochę niechcący natknęłam się na fandom tego tytułu i mocno się zdziwiłam. Z tego co tam zobaczyłam, przeczytałam wynika, że manga ma duże grono bardzo oddanych fanów. Naprawdę nie wspominałabym o tym, ale dość mocno wyróżniają się na tle innych fandomów, na które wpadłam. Prawdopodobnie możne to także oznaczać, że manga sama w sobie jest całkiem niezła. 

Pozdrawiam, M

piątek, 18 marca 2016

Znaleziono odpowiedzi ("Wszystko co powinnaś wiedzieć o miesiączce")

Hello!
Wróciłam do domu i kompletnie nie miałam pomysłu na dzisiejszy wpis. Na szczęście tuż po wejściu do pokoju rzuciła mi się w oczy książeczka "Wszystko co powinnaś wiedzieć o miesiączce".


Książkę tę dostałam koło dziewięciu lat temu i to na własną prośbę, byłam ciekawskim dzieckiem i znalazłam odpowiedzi na większość moich pytań, a także sporo różnego rodzaju interesujących informacji. Tytuł podzielony jest na trzy części. W pierwszej całkiem dokładnie opisano miesiączkę z biologicznego punktu widzenia. W kolejnej "dzień po dniu" opisano co dzieje się w organizmie, jak możesz się czuć i jak możesz się zachowywać. Trzecią część stanowią odpowiedzi na pytania, na przykład o badanie ginekologiczne. A na okładce znajduje się tarcza, którą można obracać i sprawdzić co dzieje się poszczególnego dnia cyklu.

"Wszystko co powinnaś wiedzieć o miesiączce" jest bogate w bardzo praktyczne porady, świetnie wyjaśnia kwestie związane z wyborem pomiędzy tamponami i podpaskami, ale można tam znaleźć również ciekawostki, informacje o hormonach i całkiem sporo zachęt do wysiłku fizycznego.

Ponad to w książce jest całkiem sporo ilustracji, które mi jednocześnie wydają się nieładne i sympatyczne. To chyba nie do wytłumaczenia, ale to nic. Cały tytuł utrzymany jest w kolorach różowo-czerwonych, a powtarzającym się motywem są kwiatki. Podsumowując książka jest bardzo ładnie wydana.

Ta książka może być świetnym prezentem, ale raczej właśnie mamy dla córki, albo dziewczyny dla samej siebie; stanowi świetne źródło porad i informacji, a także praktycznych wskazówek i podpowiedzi; na pewno wyjaśni wiele wątpliwości i można znaleźć w niej odpowiedzi na liczne pytania. W skrócie - polecam.

Pozdrawiam, M

środa, 16 marca 2016

Czytanie na głos

Hello!
Zainspirowana głównie zajęciami z analizy dzieła literackiego postanowiłam napisać kilka słów o czytaniu na głos.

 On opowiadał nie czytał, ale zamysł mi pasuje - "Opowieści na dobranoc"

Podobno czytanie po cichu zostało upowszechnione dopiero (albo aż, zależy jak na to spojrzeć) około dwustu lat temu. Wcześniej była to raczej czynność bardziej społeczna, ludzie zbierali się aby wspólnie słuchać czytanego tekstu. Co prawdopodobnie mogło wynikać także z tego, kto umiał a kto nie umiał czytać i że zdecydowanie większość stanowiła ta druga grupa. Ale publiczne odczyty były dość popularne, a także w wyższych kręgach społecznych słuchanie książek było formą rozrywki.

Na wyżej wspomnianych zajęciach zajmujemy się jednak głównie wierszami i pierwsze dotyczyły "brzmieniowej organizacji wypowiedzi". Przez ciche czytanie, obecnie nie zdajemy sobie sprawy jak skomplikowaną i przemyślaną sprawą jest zorganizowanie teksu aby on brzmiał i nie do końca potrafimy to docenić, a czasami zwyczajnie tego nie dostrzegamy. Podobno obecna praktyka poetycka od tego po prostu odchodzi, ale dobrze wiedzieć, że kiedyś było inaczej.

Weźmy na przykład taką "Lokomotywę" Tuwima. Chociaż mam wrażenie, że akurat ten wiersz nawet czytany w głowie automatycznie nabiera pewnego rytmu, bo z jakiegoś powodu (uwarunkowania kulturowego?) po prostu wiemy jak to czytać, aby osiągnąć zamierzony przez autora efekt. A to z kolei bierze się z tego, że prawdopodobnie rodzice czytali nam "Lokomotywę" w dzieciństwie. I tu pojawia się kolejna sprawa - czytanie na głos dzieciom. Szczególnie przed snem oczywiście. Dzieci słuchają dość chętnie, choć to sprawa względna. Ważny jest jednak to, że na pewno pogłębia się więzi z dzieckiem, a do tego na pewno rozwija się jego wyobraźnię. Do tej pory pamiętam jak ciocia czytała mi i bratu "Królową Śniegu" i mam w głowie pewne obrazy, które nieodłącznie wiążą się z tą opowieścią.


Teraz z nieco innej strony. Nie wiem czy sprawdzaliście napisane teksty, jakiekolwiek, poprzez czytanie ich na głos. To całkiem zaskakujące jak dobre rezultaty to przynosi. Czasami coś co na papierze (bądź ekranie) wygląda dobrze i wydaje się poprawne, po przeczytaniu na głos okazuje się być co najmniej dziwne i brzmi nie tak jak powinno.

I ostatnia rzecz, która pośrednio także zainspirowała dzisiejszy wpis i jest powiązana z poprzednim akapitem. Nie tylko swoje teksty możemy sprawdzać przez czytanie ich na głos, ale także innych ludzi. Będzie to szczególnie widać po źle napisanych książkach. Oto dowód:

Pozdrawiam, M

poniedziałek, 14 marca 2016

"Wesołe Kumoszki z Windsoru"

Hello!
Gdański Teatr Szekspirowski był jednym z powodów dlaczego wybrałam studiowanie w Gdańsku. "Wesołe Kumoszki z Windsoru" miały premierę 25 czerwca 2015 roku na deskach GTSu i są koprodukcją tego teatru oraz Teatru Wybrzeże. I skradły serca wszystkich studentów ZIA do tego stopnia, że niektórzy byli na nim już 3 razy. I wybierają się po raz kolejny.


Ja byłam na spektaklu pod koniec stycznia i pisałam o nim pracę na krytykę artystyczną i dlatego trochę zwlekałam z napisaniem o przedstawieniu tutaj. Ale przedmiot zaliczony na 5 więc mogę śmiało upublicznić moje wywody. Częściowo faktycznie są to zdania z pracy, ale dopisałam też nieco więcej rzeczy od siebie.

 Zdjęcia pochodzą ze strony Teatru Wybrzeże. Jak byście chcieli doczytać o obsadzie i innych rzeczach to o tutaj

Przedstawienie jest długie 2 godziny 45 minut i przerwa, ale jeśli zdecydujecie się na nie pójść, to koniecznie wybierzcie miejsca stojące, ponieważ spektakl jest grany na scenie elżbietańskiej, to znaczy wysuniętej w widownię, a drugą rzeczą jest jeszcze to, że aktorzy całkiem często ze sceny schodzą i przechadzają się wśród publiczności. Całkiem niesamowita bliskość i przeżycia. Do tego można dodać także piosenki wykonywane grupowo - jest moc.


"Kumoszki" są przezabawne. Prawie płakałam ze śmiechu na początku drugiego aktu, jeśli dobrze pamiętam to były sceny 'pojedynku'. Najbardziej utknęło mi  w pamięci, że w pewnym momencie gdy doktor Caius się bardzo denerwuje to krzyczy "Pikachu". Po tym już te "Kumoszki" miały mnie w swoich sidłach. Spektakl jest pełen aluzji i sugestii, szczególnie homoerotycznych pomiędzy plebanem a doktorem, kolejny element, który jest naprawdę przezabawny. Ale granie na kobiecych atutach i wykorzystywanie ich z pozytywnym rezultatem, także się pojawia. I także w kontekście całego przedstawienia jest śmieszne. A pleban chodzi wszystkich poprawia jak powinni mówić a sam niemiłosiernie kaleczy język polski. To zasadniczo jest komedia, cała jest śmieszna.


Zdecydowanie największą siłę spektaklu stanowią aktorzy. Ciekawe, że pana Mizerka gra kobieta (Dorota Androsz) co jest najpewniej celowym zagraniem z konwencją teatru elżbietańskiego, gdzie przecież wszystkie role odgrywali mężczyźni, a nie pozostaje to także bez wpływu na odbiór charakteru tej postaci. Świetną i wielką robotę robią dwaj aktorzy drugoplanowi, którzy w zależności od potrzeb wcielają się w służących, posłańców, ale także, np: animują broń, co polegało mniej więcej na tym by udawać, że broń leci obracając się w slow-motion; do tego udawali także szafki, kominki i inne meble.

Inna ciekawostka dotycząca gry aktorskiej. Pani Page, gdy odwiedza panią Ford (a u niej jest Falstaff) zasadniczo zmienia styl gry, na dużo bardziej „teatralny” - pozy a'la wiek XIX, a co zaskakujące, ma to podkreślić fakt, że w domu pani Ford znalazła się „przypadkiem”. Natomiast pani Ford gra przedrzeźniając gesty swojej towarzyszki. Odgrywają one przed widzami swoje własne przedstawienie i tak jak wynika to z opisu wypada to przezabawnie. 


To przezabawne przedstawienie ujawnia wiele ludzkich wad i przywar: hipokryzję, obłudę, podwójne standardy moralności, zakłamanie, przewrotność. Fenomenalna scena gdy Falstaff zmienia sztuczne brzuchy to udowadnia, albo fakt, że pleban bez momentu zawahania zrzuca sutannę aby stanąć do pojedynku, a potem szukać zemsty. Falstaff jest także uosobieniem najbardziej rubasznych ludzkich myśli, ale grzechy muszą zostać ukarane i na końcu to on, spryciarz by się wydawało, ma rogi.

sobota, 12 marca 2016

Przytul mnie ("Hotarubi no Mori e")

Hello!
Są filmy, bajki, które można dopasować do takich kategorii jak: piękne i smutne; piękne, bo smutne; smutne, bo piękne. Animacja, o której dziś piszę balansuje gdzieś na granicy dwóch pierwszych, choć początkowo skłaniałam się do kategorii drugiej, po przemyśleniu stwierdziłam, że pierwsza być może, jest jednak bardziej odpowiednia. A kto wie może tak naprawdę wszystkie odnoszą się do tej produkcji.
Już powyższy wywód jest spoilerem, a poniżej spoilery jak stąd do Japonii. 


Hotaru przyjeżdża w każde wakacje do swojego dziadka. Jako 6-latka pewnego dnia gubi się w lesie, gdzie poznaje Gina - nie do końca człowieka, nie do końca ducha, mieszkańca lasu, którego człowiek nie może dotknąć, bo chłopak zniknie. Tak rozpoczyna się, trwająca klika lat, wakacyjna znajomość naszych bohaterów.
Powyższy obrazek od 7 miesięcy jest moją tapetą na laptopie i prędko się nie zmieni, a także był moim zdjęciem w tle, ale od stycznia wyparł ich Poe i BB-8.

Muszę Was ostrzec, że to co piszę na temat "Hotarubi no Mori e" będzie miało bardzo osobisty charakter, bo z jakiegoś, nawet dla mnie niezbyt jasnego powodu, czuję się z tą animacją bardzo związana. I po ponownym obejrzeniu byłam prawie pewna, że nie dam rady nic napisać, bo zaleję klawiaturę łzami. Przy pierwszym oglądaniu nie spodziewałam się kompletnie tego, co dostałam, tym bardziej, że szukałam czegoś łatwego, byle nie w odcinkach, żebym mogła to oglądać i kręcić hula-hop jednocześnie. Skończyło się tak, że kręciłam hula-hop zalana łzami. Chyba wtedy nauczyłam się, że naiwnością jest włączanie anime, o którym nie ma się pojęcia i liczenie, że zakończy się typowym happy endem. Albo ogólnie w jakikolwiek sposób, który można uznać, za pozytywny.


Wracając do animacji, jest to opowieść, retrospekcja Hotaru jadącej po raz kolejny do dziadka więc logicznym wydawałoby się, że spotka się także z Ginem, ale nic bardziej mylnego. To wspomnienia miłych chwil spędzonych razem. Zostańmy jednak przy początku ich znajomości, bo to naprawdę zabawne momenty. Ponieważ Hotaru nie może dotknąć chłopaka, obrywa po głowie ilekroć się do niego zbliży (dobra bicie dzieci nie jest zabawne, ale nie można tym scenom odmówić pewnej śmieszności), poza tym mała bohaterka sama w sobie jest naprawdę urocza. Z czasem Hotaru przyzwyczai się do tego, że musi trzymać się na odległość i będą się ze sobą naprawdę dobrze bawić. Oczywiście fakt, że nie mogą się dotknąć stanowi bardzo ważny punkt całej animacji, jest scena gdzie bohaterka spada z drzewa, Gin nawet biegnie aby ją złapać, ale tego nie robi; Hotaru wpada w krzaki i gdy już się z nich wydostaje mówi mu aby nigdy, pod żadnym pozorem jej nie dotykał. To naprawdę poruszająca scena, bo wtedy już wiemy, że zarówno Hotaru jak i Gin chcieliby móc trzymać się za ręce. Chciałoby się napisać, że to opowieść o rodzącym się uczuciu, ale to nie oddałoby złożoności relacji pomiędzy bohaterami. Wydaje mi się, że oni od początku się kochali. Tak po prostu, z tym, że Hotaru musiała dorosnąć. Nie wspominałam, ale Gin starzeje się zdecydowanie wolniej niż ludzie.


Jedną z najbardziej cudownych rzeczy w tej animacji są szczegóły. Wszystkie informacje są ważne, tam chyba nie pada ani jedno zbędne słowo, to fascynujące. Podobno pojawiają się zarzuty, że bajka jest za krótka, ale jak dla mnie jest idealnie wyważona, jak by była dłuższa nie udałoby się zachować tej doskonałości. Drugą cudną rzeczą jest sama animacja, po prostu przepiękna. Postaci są prześliczne, miejsca także, a sekwencje na festynie absolutnie kradną serce. Trzecia leśne duchy, które bronią, martwią się o Gina, a potem także dziękują Hotaru. Taki poboczny wątek, a świetnie uzupełnia i dopowiada pewne rzeczy.

Proste, niedługie, urocze, kradnące serce, ewentualnie może zostawić z głęboką raną w tym miejscu, "Hotarubi no Mori e" jest naprawdę cudną, cudowną animacją.


czwartek, 10 marca 2016

Nie tylko w kinie i teatrze IX

Hello!
Trudno w to uwierzyć, ale ostatni post z mojego ukochanego cyklu "Nie tylko w kinie i teatrze" pojawił się na blogu prawie 3 miesiące temu, tak długą nieobecność trzeba szybko nadrobić.

Oscar Isaac 
który miał wczoraj urodziny pojawił się w teledysku do piosenki "Gravity" Trentemøllera.



Emily Browning 
Drugi teledysk jest warty uwagi, a jeśli chodzi o trzeci, to pokazywałam go przy okazji notki o zespole (jest podlinkowana niżej) i w ramach ciekawostki dodam, że Emily i wokalista Years&Years zagrali razem w filmie-musicalu "Dziewczyny". Szczególnie dobry film to nie jest, bohaterka grana przez Emily jest irytująca ponad przeciętną, ale z drugiej strony nie żałuję, że go widziałam. 


"Light Surrounding You" - Evermore


"No Matter What You Say" - Imperial Teen


"Take Shelter" - Years & Years

Patrick Fischler 
Aktora kojarzę głównie z dość epizodycznej roli Autora w "Once Upon A Time", a ostatnio grał także jednego z komunistycznych scenarzystów w "Ave, Cezar!". Wracając do pierwszego faktu troszkę mi zajęło odkrycie skąd go znam. 


Nate Ruess - "Take It Back"

Tyler Posey
Czasami dzięki szukaniu materiałów do tych notek, znajduję nie tylko zupełnie nowe piosenki i zespoły, ale także niekiedy samych aktorów. Jak w tym przypadku. 


Halsey - "Colors"

A poniżej razem z Chloë Grace Moretz w teledysku mocno inspirowanym "West Side Story"


Zaczęliśmy panem z obsady nowych "Gwiezdnych wojen" zakończymy panią. Gwendoline Christie
I z dzisiejszych teledysków ten podoba mi się najbardziej. 


Patrick Wolf  - "Damaris"






wtorek, 8 marca 2016

Miejska dżungla ("Zwierzogród")

Hello!
Idąc na "Zwierzogród" nie wiedziałam na co się piszę. Zapowiedzi i plakaty nieszczególnie przyciągnęły moją uwagę, ale przyciągnęły koleżanki ze studiów i w czasie okienka pomiędzy zajęciami, wyciągnęła mnie do kina. Nie żałuję, że dałam się namówić.


W pierwszym momencie, po kilkunastu minutach trwania filmu, zaczęłam się obawiać, że to produkcja typu: idź spełniać swoje marzenia, na pewno ci się uda, motywująca i ucząca. Słowem irytująca. Na szczęście okazała się bardziej skomplikowana.


Głównej bohaterce udaje się ukończyć z wyróżnieniem szkołę policyjną i zostaje pierwszym królikiem-policjantem w mieście. Pierwszego dnia zostaje przydzielona do pilnowania parkometrów. Udaje jej się nie załamać, chociaż liczyła na prawdziwe zmienianie świata. I w wyniku wielu różnych zbiegów okoliczności, udaje jej się dostać sprawę zaginionej wydry. Przy okazji poznaje lisa Nicka, którego wplątuje w swoje sprawy i razem prowadzą śledztwo.

Kraina różnorodności.

"Zwierzogród" to komedia kryminalna dla dzieci, z daleko idącymi, licznymi przesłaniami. O tym, że nie należy się bać, oceniać po pozorach, ale trzeba walczyć ze stereotypami, a, co może ważniejsze, samemu nie dać się w stereotypie zamknąć. Zdecydowanie otwiera oczy na świat, czego najlepszym przykładem są rodzice głównej bohaterki. Ważne są także kompromisy, porozumienia i to, że chęć do znalezienia wspólnego języka, musi pojawić się z obu rozmawiających stron. O spełnianiu marzeń oczywiście także, ale pokazuje, że spełnienie marzenia to dopiero początek długiej drogi, którą trzeba przejść, aby w pełni je urzeczywistnić. Pokazuje też, jak ważna jest wzajemna pomoc i zaufanie, i do jak dobrych rezultatów mogą prowadzić.


Główna bohaterka wcale nie jest jednak idealna, nie zawsze zachowuje się odpowiednio (w bajce autentycznie pokazany jest szantaż) czasami lekkomyślna i przez brak pomyślunku spowodowała nie małe kłopoty w mieście. Ale co ważniejsze potrafiła się do tego przyznać i ponieść konsekwencje tego co powiedziała. Trzeba jednak przyznać, że od głównej bohaterki dużo ciekawszy jest Nick. Uosobienie szczwanego lisa, a tak naprawdę wrażliwa jednostka, która nauczyła się radzić sobie w życiu. Niewypowiedzianie pomocna dla Judy w trakcie śledztwa, wie jak wszystko załatwić. Jednocześnie nie było pokazane, że któreś z nich jest zawsze lepsze i ma rację. Zarówno Nick jak i Judy mieli i dobre, i złe pomysły, ale najczęściej udawało im się wybrać ten najkorzystniejszy na drodze pewnych kompromisów.
Nie mogłam, już chyba nie potrafię oglądać bajek i filmów, bez patrzenia na to jak przedstawione są w nich kobiety, a jak mężczyźni i wydaje mi się, że "Zwierzogród" całkiem dobrze sobie radzi w kwestii równouprawnienia.


Najbardziej zaskakujący w całej animacji jest fakt, że dzieli się ona na dwie części. Odnalezienie zaginionych zwierząt to tylko połowa sukcesu, teraz trzeba jeszcze wyjaśnić co się z nimi stało. Otrzymujemy więc nawet 2 śledztwa i oba są równie ciekawie przedstawione. Nie oznacza to, że "Zwierzogród" nie jest przewidywalny. Jest. Pewnych rzeczy, niespodziewanych zwrotów akcji i tego, że niektóre sytuacje po prostu muszą zaistnieć, bardzo łatwo się domyślić, ale czerpie się z tego faktu raczej satysfakcję, niż jest to irytujące. Przykład, który może być uznany przez niektórych za spoiler więc ostrzegam. Bohaterowie wpadli w łapy niedźwiedzi polarnych i zaprowadzeni do ich szefa. Do pokoju wchodzą trzy coraz co większe miśki. Ostatni podchodzi do biurka, odwraca znajdujące się na nim krzesełko, na którym siedzi kret - "Ojciec chrzestny". I na dodatek wypowiada kwestie wzięte prosto z filmu! Scena jest absolutnie genialna i przezabawna. Podobnie jak sekwencja z leniwcami, ale ona jest nie do opisania słowami.


"Zwierzogród" to mądra, ale nie nachalnie, przezabawna bajka, na której doskonale będą się bawić (nie tylko) dzieci.

niedziela, 6 marca 2016

Sometimes

Hello!
Dziś anime, które nie pasowały, aby umieścić je w 3 poprzednich notkach, ani nie pasują do kategorii kolejnej. Taki mój animowy margines rzeczy, które zobaczyłam nieco przypadkiem i wiedziona niczym nie uzasadnioną ciekawością. Albo niekiedy podstępnym szantażem. Przygotuję notkę na temat tego jak Koleżanka z ławki "zmusza" mnie do pochłaniania kolejnych odcinków, kolejnych serii.



"Shiki" 
 K. zaczęła oglądać, a ja jak się okazało, miałam je w planach. Chociaż to pseudo głęboki, prawie horror z dość rozczarowującym, jak na standardy anime, zakończeniem, to jednak oglądanie nie należało do najgorszych.


Akcja anime rozpoczyna się pewnego upalnego lata w Sotobie, mieścinie położonej w górach i ze wszystkich stron otoczonej lasami. Ze względu na dużą ilość surowca to właśnie w tym regionie wyrabia się trumny i w nich chowa zmarłych (w Japonii zwłoki poddaje się zazwyczaj kremacji). W tym prowincjonalnym miasteczku zaczynają ginąć ludzie. Na początku nikt niczego nie podejrzewa, ponieważ ofiarami padają jedynie starsze osoby, ale śmierć nastoletniej dziewczyny imieniem Megumi, a potem kilku dorosłych w kwiecie wieku sprawia, że niektórzy mieszkańcy zaczynają interesować się tą anomalią. Jedną z takich osób jest Natsuno - chłopak, w którym zadurzyła się Megumi - co prawda on nigdy jej nie lubił, ale dziewczyna zdaje się prześladować go nawet po śmierci... W całą sprawę angażuje się także miejscowy lekarz, do którego coraz częściej zgłaszają się pacjenci z objawami anemii. Każdy z takich przypadków kończy się śmiercią, którą ów lekarz, Toshio Okazaki, traktuje jako osobistą porażkę. Kolejny z wątków dotyczy przyjaciela Okazakiego, mnicha i pisarza, Seishina Muroi. Od jakiegoś czasu w miejscowej kaplicy, zawsze po zmierzchu, odwiedza go pewna dziewczynka, Sunako. Ta sama, która na początku lata wraz z rodzicami wprowadziła się do nowo wybudowanej rezydencji na wzgórzu... (shinden.pl)



"Zankyo no Terror"
Mam bardzo skomplikowaną relację z tym anime. Oglądała je K. i się zachwycała, stwierdziłam, że spróbuję, ale niestety jest ono bardzo charakterystycznie zrobione i nie wytrzymałam nawet całego pierwszego odcinka. Za to, po może 2-3 dniach, obejrzałam ostatni. I teraz nie pamiętam co było wcześniej, czy to oglądanie czy piosenka ze ścieżki dźwiękowej, którą K. mi wysłała i która ostatecznie mnie przekonała. I obejrzałam. Tak dogłębnie smutnego anime nie widziałam ani wcześniej, ani do tego pory. Zostaje z człowiekiem na dłużej i ma fenomenalną ścieżkę dźwiękową.


Tokijska policja próbuje schwytać dwoje młodocianych terrorystów, którzy z nieznanych przyczyn podkładają w mieście bomby. (filmweb.pl)


"Free!"
Jedyne sportowe anime jakie widziałam i chyba na zawsze będzie mu przysługiwał ten zaszczytny tytuł. To całkiem przyjemne anime o przyjaźni, wzlotach i upadkach, próbach wzajemnego zrozumienia. Chyba trochę pretenduje do bycia nauczycielem życia we wspólnocie i chce aby przekładać pokazane w nim rozwiązania do życia codziennego, ale nie jest mentorskie. I generalnie patrzenie nie boli.



Haruka, Makoto i Nagisa spotykają się po latach w liceum, gdzie postanawiają utworzyć szkolny klub pływacki.

Dementuję plotki oni nie są parami, choć dokładnie tak to wygląda i wiele dziewczyn ma z tego pożywkę, anime jest po prostu skrojone do tworzenia fanfików i zaspokajania potrzeb tworzenia męsko-męskich par. 

"No.6"
 Kolejne anime, za które nie mogłam się zabrać, bo było dziwnie narysowane, a K. się zachwycała. W końcu się jednak przekonałam i muszę przyznać, że byłam bardzo mile zaskoczona tym jakie to dobre anime, z zakończeniem bardzo animowym. A do postaci przywiązujesz się z miejsca, czy tego chcesz czy nie chcesz.


Po ostatniej wielkiej wojnie na świecie pozostało jedynie sześć obszarów zdatnych do zamieszkania, jednym z nich jest tytułowa metropolia No.6. Dwunastoletni chłopiec imieniem Shion jest mieszkańcem Cronos - luksusowej dzielnicy tego miasta. W dniu swoich urodzin Shion udziela schronienia Nezumiemu, który ucieka przed siłami porządkowymi. Od tego momentu życie chłopca bardzo się komplikuje. Po wykryciu złamania prawa bohater najpierw zostaje pozbawiony wszelkich przywilejów, a następnie sam staje się celem dla bezwzględnych strażników porządku. Wkrótce jedynym ratunkiem dla chłopca staje się ucieczka z miasta i dołączenie do rzeszy ludzi zamieszkujących slumsy. (filmweb.pl)


 
"Barakamon"
Jedyne komediowe anime jakie widziałam i podobno jedno z lepszych w swoim gatunku. Myślałam, że nie obejrzę do końca przez głos małej przyjaciółki głównego bohatera, ale dotrwałam i bardzo się z tego cieszę. Zaskakująca jest umiejętność przekazywania pewnych wartości, zasad i temu podobnych właśnie przez anime. Gotowy czy nie i tak coś wyniesiesz z oglądania, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.


Jako karę za uderzenie sławnego kaligrafa, młody, przystojny Handa Seishuu zostaje zesłany na malutką wysepkę. Jako ktoś, kto nigdy nie żył poza miastem, Handa musi dostosować się do swoich nowych zwariowanych sąsiadów, do ludzi poruszających się traktorem, niechcianych gości, którzy nigdy nie używają drzwi przednich, czy dzieci używających jego domu jako placu zabaw. Czy Handa poradzi sobie w takim otoczeniu? Dowiedz się oglądając tę zwariowaną, pełną śmiechu komedię.

 
"Kyokai no Kanata" 
Anime podbiło tumblr i chociaż zazwyczaj obraz par nie robi na mnie wrażenia, postanowiłam sprawdzić co to za postaci i czemu ludzie tak się nimi zachwycają. Okazało się, że nie do końca jest to taki tam, pierwszy z brzegu romans i sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. A do tego w klimacie prawie fantasy. Albo i nie prawie w sumie.



Akihito Kanbara na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie zupełnie przeciętnego licealisty. Chłopak skrywa jednak pewien sekret: w rzeczywistości jest tylko w połowie człowiekiem, a płynąca w jego żyłach krew youmu powoduje, że wszelkie zadane mu rany leczą się w mgnieniu oka, czyniąc go nieśmiertelnym. Pewnego dnia, Akihito poznaje równie niezwyczajną jak on Mirai Kuriyamę, posiadającą umiejętność manipulowania własną krwią. Przypadkowe z pozoru spotkanie tej dwójki daje początek dziwnym wydarzeniom, ujawniając przy okazji ukrywane przez bohaterów tajemnice.

Pozdrawiam, M

piątek, 4 marca 2016

Nie widziałam a kocham - "Hamilton"

Hello!
Jeśli polubiliście stronę bloga na facebook'u, a jeśli nie to zachęcam, po prawej jest odpowiedni odnośnik, to zauważyliście pojawiające się tam piosenki z amerykańskiego musicalu "Hamilton". To moja najnowsza musicalowa miłość. Jednocześnie jest to fenomen, pewnie na skalę światową, bo to musical absolutnie unikatowy. Postanowiłam zebrać dostępne informacje i podzielić się tym co znalazłam.


Musical miał premierę w lutym 2015 roku, a powstał inspirowany biografią "Aleksander Hamilton" Rona Chernowa. Muzykę, słowa, a nawet książkę napisał Lin-Manuel Miranda, który wciela także głównego bohatera. Na początku wystawiany w The Public Theater, w sierpniu przeniesiony do Richard Rodgers Theatre.

Jedną interesujących informacji jest to, że narratorem musicalu jest główny przeciwnik głównego bohatera czyli Burr. Nie mam pojęcia, ani pomysłu jak dokładnie wygląda to opowiadanie z jego perspektywy - musiałabym zobaczyć musical, ale taka forma prowadzenia narracji od razu skojarzyła mi się z filmem "Amadeusz".


Musical od początku zdobywał same pozytywne recenzje, został ciepło przyjęty przez krytyków a wręcz gorąco przez publiczność. Obecnie nie sposób zdobyć na niego biletów. Chyba że w loterii.
Co jednak sprawia, że "Hamilton" jest tak niezwykły? Otóż jest to pierwszy hip-hopowy musical na Broadwayu, jest absolutnie niesamowity i totalnie porwał wszystkich ludzi.
Doczytałam, dosłuchałam sprawa z muzyką jest nieco bardziej skomplikowana, hip-hop to mocne uproszczenie.


Pierwszy raz z "Hamiltonem" zetknęłam się na tumblrze, co jest dość zaskakujące samo w sobie, ale oprócz sprawdzenia, że to musical nie zainteresowałam się nim bardziej, choć często natrafiałam na kolejne wzmianki, gify i inne rzeczy, których pełno na tej stronie. Poważnie do "Hamiltona" podeszłam gdy zdobył w tym roku Grammy. Ale to nie jedyna nagroda jaką dostał - ma na koncie również 7 (albo 8) z 14 nominacji nagród Drama Desk Award. Album z musicalu na liście Billoboardu zadebiutował na 12 miejscu, najwyżej od 50 lat, dla tego typu nagrania

"In the words of Miranda, it’s “a story about America then, told by America now.”"

Wracając do medium jakim jest tumblr to fakt, że musical i to początkowo dość offowy, zaintrygował użytkowników tej strony to całkiem spore osiągnięcie. Ale "Hamilton" zdobył popularność również w typowych mediach i stał się tematem artykułów w gazetach i to ilościach hurtowych, ale podobno nie zawsze najlepszej jakości. Obsada często jest zapraszana do telewizyjnych programów wszelkiego rodzaju.   Na twitterze "Hamilton" wygenerował milion tweetów. Powstał specjalny hashtag #HAM4HAM gdzie Lin-Manuel i obsada przekazują informacje, kto zdobył bilety w losowaniu, a do tego dokładają coś od siebie, zaśpiewają piosenkę, czy powiedzą coś ciekawego. Nagrania te można znaleźć bez problemu na youtube. To się nazywa kontakt z fanami.
 W Stanach wytworzył się wręcz coś na kształt kultu wokół musicalu. Jego własny fandom.


"Hamilton" według wielu jest przepowiednią zmian w teatrze, nie tylko musicalowym. W nowoczesnej muzycznie formie, została opowiedziana fascynująca historia jednego z ojców założycieli Stanów (chciałabym się lepiej wiedzieć jakie dokładnie Amerykanie mają podejście do jego postaci, wiem, że jego podobizna znajduje się na banknocie dziesięciodolarowym) w strojach (chyba) z epoki, ale z współczesną choreografią i z krótkich fragmentów, które można znaleźć wynika także, że z bardzo ciekawym wykorzystaniem świateł i scenografii. I najważniejsze mówią (śpiewają) prawie slangiem, językiem współczesnych buntowników.
Podobno to największy broadwayowy fenomen od czasu "Rent" czyli od 20 lat.


Z historii przedstawionej w musicalu można dowiedzieć się więcej niż z lekcji historii i w dużo przyjemniejszy sposób, tego ostatniego jestem pewna. A musical podobno jest bardzo bliski prawdy historycznej. I do tego jest bardzo patriotyczny. I nie tylko w stosunku do Ameryki, ale także małej ojczyzny jaką jest w tym wypadku Nowy York. 

"With “Hamilton,” Broadway is officially the coolest place on the planet. And the smartest. And most exhilarating." 

W oczy rzuca się także fakt wielokulturowości obsady, musical świetnie radzi sobie w sprawie różnorodności. Burr'a gra czarnoskóry aktor, z trzech sióstr Schuyler także jest ciemnoskóra, ale to tylko najbardziej rzucające się w oczy przykłady. No i fakt, że Hamilton jest Latynosem. I też nie jedynym w obsadzie. I nikt nie ma z tym problemu, a wszyscy się cieszą, że tak doskonale wpisuje się we współczesne problemy.

Ostatnia piosenka, fenomenalna i wzruszająca.

Do napisania tego wszystkiego wykorzystałam informacje znajdujące się na tych stronach:
Hamilton (musical) - Wikipedia; zajrzyjcie koniecznie do recenzji "The New York Times" ; fenomenalny tekst, który czyta się z ogromną przyjemnością, a którego jedynie fragmenty przetłumaczyłam i napisałam - 10 Reasons Hamilton Dominated 2015 and Will Own 2016, Too. Informacje i nagrania z Ham4Ham Broadway hit 'Hamilton' has a Web win on its hands. 
Mój przypadek - 'Hamilton' the Musical, Or How To Love Something You Cannot See. A tu można posłuchać po kolei wszystkich piosenek. A tu jest strona musicalu. Bardzo, bardzo ciekawe video z wywiadem Off-Broadway 'Hamilton' Is A Smash Hit | All In | MSNBC

środa, 2 marca 2016

Peggy, Peggy, dlaczego ci to zrobili ("Agent Carter" S2)

Hello!
Nie sądziłam, że uda mi się tak szybko napisać o zakończonym wczoraj drugim sezonie serialu "Agent Carter", ale niespodziewane okoliczności sprawiły, że znalazłam trochę czasu do zagospodarowania i oto kilka uwag do serialu.


Po pierwsze wysłanie Peggy do Los Angeles jest co najmniej naciągane i oprócz pierwszego odcinka, miasto nie za bardzo różni się od Nowego Yorku. Przeniesienie miejsca akcji nie zbudowało szczególnego klimatu. Tyle, że w tym sezonie przykrywką SSR jest agencja teatralna, a naszą złą jest gwiazda kina. I Howard ma wytwórnię filmową. I cała sprawa do rozwiązania jest gdzieś na trzecim planie, naprawdę nieszczególnie ciekawa.


Po drugie. Kobiety. Jaki to jest kobiecy serial, jakie kobiety są tam ważne. Oczywiście charakteru Peggy nie trzeba nikomu wyjaśniać, jak by to bardzo współcześnie określić jest badassem. I nie ona jedna jak się okazuje. Naszym przeciwnikiem, jak się okazuje także jest kobieta, na dodatek geniusz fizyki. Pojawia się pani Jarvis, i choć na początku wydawało się, że to taka prosta, idealna postać, okazało się, że poprowadzili ją nieco ciekawiej, choć nieszczególnie odkrywczo czy oryginalnie. Powraca Dottie i robi zamieszanie. Mamy także Rose, czyli recepcjonistę pilnującą przykrywki, ale także potrafiącą dokopać jeśli jest taka potrzeba.


Po trzecie. Od pierwszego sezonu kibicowałam Danielowi i Peggy i to bardzo. Bardzo. Gdy więc się okazało, że Daniel chce się oświadczyć, a Peggy dostała absztyfikanta to byłam dość zaskoczona. Czyli nie będzie tak łatwo. I o ile Daniel i jego narzeczona-pielęgniarka (która powinna też pojawić się w punkcie drugim, bo jak łatwo wywnioskować po wykonywanym przez nią zawodzie, była niezwykle pomocna)  to prawdopodobna historia, to główna bohaterka i doktor Wilkes ani trochę do siebie nie pasują. Ani ich naciągany wątek miłosny nie pasuje do serialu.


Cztery. Słowo naciągany pojawiło się już dwa razy i całkiem dobrze charakteryzuje ten sezon. Już w poprzednim niektóre elementy mocno nie trzymały się kupy, ale ten bardzo niebezpiecznie zbliża się do granic absurdu. Bo z "Agent Carter" jest taki problem, że nie wiadomo czy traktować to jak serial superbohaterski czy coś co pretenduje do miana serialu kryminalnego czy detektywistycznego. I nie żądam nawet realności, ale w przypadku tego serialu nawet prawdopodobność świata przedstawionego jest trudna do kupienia. W pierwszym sezonie można było przymknąć na to oko, ale w drugim powinno to już być nieco bardziej spójne, a na pewno fakt przeniesienia akcji nie ułatwił tego zadania. Do tego serial nie wie czy chce być traktowany poważnie czy jednak nie.


Pięć. Stare i nowe pomysły. Wykorzystano chyba wszystkie motywy - przebieranki, wynalazki - jakie pojawiły się w poprzednim sezonie i to w wyjątkowo wręcz odtwórczy, mechaniczny sposób, ale pojawiły się retrospekcje, co prawda nie wiele, ale bardzo fascynujące i pozwoliły dowiedzieć się paru naprawdę intrygujących rzeczy z przeszłości Peggy i całkiem sporo wyjaśniały.


Sześć. Jarvis. Cudownie rozwinięto jego postać, naprawdę na początku sezonu nie można się było spodziewać jak bardzo Peggy ma wpływ na jego życie, a okazał się on naprawdę ogromny. Jarvis zasługuje w tym sezonie na szczególną uwagę, bo jest jedną z nielicznych postaci, które przechodzą jakieś wyraźne przemiany i okazuje się być jedną z najbardziej emocjonalnych osób w serialu. Na pewno duży wpływ na to miało pojawianie się jego żony w serialu i relacja z nią, może nie w bezpośredniej opozycji do Peggy, ale był to taki układ drabiniasty. Zdecydowanie James D'Arcy ma najwięcej do grania w tym sezonie.


Czytałam moje czysto fanowskie wywody na temat pierwszego sezonu i naprawdę mi przykro, że do drugiego nie potrafiłam podejść tak entuzjastycznie i bezkrytycznie. Ale niedoskonałości, niedociągnięcia albo naciągnięcia tak bardzo rzucały się w oczy, że nie dało się tego nie widzieć. Mam poczucie, że serial skrzywdził Peggy zamiast dać jej się wykazać i rozwinąć skrzydła. Chociaż muszę przyznać, że w finale nawet moje fanowskie uczucia zostały w końcu spełnione. A jednocześnie już jest potwierdzenie, że kolejny sezon będzie i nie wiem co o tym myśleć. Są w serialu wątki niewyjaśnione od pierwszego sezonu, w tym także wiele rzeczy pojawiło się na moment i nic z nimi nie zrobiono. Serial buduje takie poczucie, że wszystkie sprawy, które obecnie są na wierzchu to tylko mały fragment z góry lodowej. Ale naprawdę nie wiem ile jeszcze może potrwać jej odkrywanie.