piątek, 15 maja 2015

"Phantom od the Opera" Royal Albert Hall 2011

Hello!
Zastanawiałam się w jaki sposób napisać o rocznicowym musicalu. Nie chciałam pisać recenzji i tak ich tu sporo. Ponieważ wcześniej nie widziałam tego nagrania, postanowiłam zapisać wszystko to, co przechodziło mi do głowy w czasie oglądania. Takie coś ma chyba nawet jakąś nazwę, ale ciągle nie wiem jaką.


Zaczynamy.
W filmie lubię scenę licytacji. K. zauważyła, że cudowny żyrandol ma numer 666. Przypadek? W każdym bądź razie ten żyrandol to chyba najbardziej rozpoznawalny rekwizyt. I zawsze muszę się wystraszyć w momencie, gdy następuje przeniesienie do przeszłości.
Próba do Hannibala wygląda fantastycznie.
Wykonanie "Think of Me" nawet mi się podoba. Jestem sceptycznie nastawiona do tej Christine, ale przynajmniej ma stój bardziej adekwatny do tego co śpiewa.
"Things have changed, Raoul" Christine chyba pomyliły się musicale. W "Love Never Dies" ma identyczną kwestię. A może to nie przypadek? Zarówno Sierra (Christine) jak i Ramin (Upiór) grali te same role w pierwszym "LDN".
Raoul prezentuje się lepiej niż się spodziewałam.


Lustro jest zrobione genialnie. Jestem pod wrażeniem. I ruszające się rusztowanie.
Wykonanie tytułowej piosenki podoba mi się średnio. Chodzi o Christine, coś mi nie gra w jej śpiewaniu. Upiór oczywiście jest fenomenalny. I ma płaszcz, kapelusz i łódkę. Tylko konia brak. Kandelabry i świece też są. Oczywiście.
Uwielbiam Upiora. Bardzo. Bo uwielbiam "Music of the Night". Zawsze uważałam, że to absolutnie idealna kołysanka.



Krystyna ze swoją mimiką doprowadza mnie do szewskiej pasji. I wcale się odzywać nie musi. Patrzeć na nią nie mogę. Zastanawiam się kto kazał im tak grać. Jakby Upiór miał ciasto i ją gnębił, a ona była szczeniaczkiem i koniecznie chciała je dostać. Gra aktorska Sierry jest jednym z powodów, dlaczego dopiero teraz to obejrzałam.
Nigdy nie zrozumiem ciekawości Krystyny. Po co ona ściągała tę maskę?


Piosenka tytułowa. W sumie powinna być przed "Music of the Night", ale to nie jest z RAH, tylko z Classic BRIT Awards 2012.

Jak dla mnie z tego musicalu (tak ogólnie) można, niektóre sceny, w sumie większość, z postaciami nie będącymi Upiorem i ewentualnie Krystyną, wyciąć.
Kostiumy robią wrażenie.
I chorografie. Ta z początku i ta z około godziny. Czegoś tak ładnego się nie spodziewałam. Naprawdę balet jest przepiękny.

Oh jak bardzo nie podoba mi się scena na dachu. Chociaż do samego "All I ask of You" nic nie mam. Oprócz tego, ze głosy tej konkretnej Krystyny i Raoula jakoś mi razem nie brzmią.
Jaki zrozpaczony Upiór. Zawsze tak bardzo mi go szkoda.
Żyrandol wybuchł. Szkoda, że nie spadł, byłoby bardziej widowiskowo.


Maskarada jest fenomenalna. Skąd oni wzięli tak niesamowite i jednocześnie kiczowate stroje? Chyba w tym momencie najbardziej widać ogrom tego musicalu. Tym bardziej, gdy wpada Upiór w stroju Czerwonej Śmierci.
To bardzo dziwne. Chociaż słychać Upiora to bardzo, bardzo mało go widać.
Zawsze scena na cmentarzu jakoś mi ucieka. Wiem, że jest, wiem co tak się dzieje, ale zawsze zapominam. Może dlatego, że "Wishing You Were Somehow Here Again" jakoś szczególnie nigdy mi się nie podobało. I może dlatego, że Upiór na tym cmentarzu niezbyt szlachetnie się zachował.



W "Don Juanie" Krystyna wygląda po prostu paskudnie. Ma brzydką sukienkę, a jej gra aktorska znów jest, powiedzmy, lekko przesadzona. A Upiora znów nie widać. Ale "Point of No Return" to moja trzecia ulubiona piosenka. I w sumie wizja i odegranie jej na scenie jest dość intrygująca.
Gdyby nie Raoul nie byłoby całej tej sprawy. A ja i tak zostałabym z Upiorem. Ta końcówka jest taka dramatyczna i tragiczna. Zawsze mi smutno jak Upiór jest taki zrozpaczony. I jak widać Krystynie też.
A sztuczki ze znikającym z krzesła Raminem jeszcze z K. nie rozgryzłyśmy.

Po musicalu, ponieważ to z okazji 25lecia, przemawia kompozytor, a pierwsza Christine śpiewa z 5 Upiorami piosenkę tytułową. Wypada to rewelacyjnie. Następnie śpiewają "Music of the Night" z całą obsadą.


Miłego weekendu, M

środa, 13 maja 2015

Heroes and Villains ("Once Upon A Time" S4 P2)

Hello!
W moim pokoju od trzech dni trwa bunt maszyn. Laptop jest w naprawie, na tablecie można korzystać tylko z facebooka, a stacjonarny udało mi się włączyć tylko cudem. Śmieję się, że to zemsta Ultrona za niezbyt pochlebną recenzję nowych Avengersów. Na szczęście udało mi się obejrzeć finał 4 sezonu "Dawno, dawno temu"


Nie byłam entuzjastką wprowadzenia, aż trzech nowych postaci i do tego złych. Urszula, Cruella i Maleficent  to postaci, które nie kojarzą się zbyt dobrze. Ku mojemu zaskoczeniu ich wątki zostały poprowadzone jednak bardzo ciekawie. Oczywiście mamy fragmenty przeszłości i puzzle, które zaczynają się układać w teraźniejszości. Najciekawsza chyba była historia Urszuli i wcale nie dlatego, że łączyła się z Hakiem. Przeszłość Cruelli też była nieco inna niż wszyscy ją znają, ale w jej przypadku imię do czegoś zobowiązuje. Najważniejsza była jednak Maleficent i jej los połączony ze Śnieżką i Księciem. I w związku z tym, ale nie tylko, mam kilka zastrzeżeń do tego sezonu.


Urokiem tego serialu jest mieszanie w znanych bajkowych historiach. Ważne, aby nie przekroczyć pewnej granicy, a twórcy chyba to zrobili. Za bardzo namieszali w baśni i obawiam się, że mogą dalej iść w tym kierunku. Poza tym chyba powoli kończą się im pomysły na głównych bohaterów. O ile postaci drugoplanowe ciągle mają naprawdę genialne historie, to główne już niekoniecznie. Kibicowałam Emmie i Hakowi, ale odkąd są razem są nudni, niestety. Oczywiście to nie znaczy, że chcę jakiegoś melodramatu z tej historii. Jednak nawet pomysł na samą postać Emmy chyba się wyczerpał. Korzysta na tym szczególnie Regina, która obok Haka, ugruntowuje się na pozycji mojego ulubionego bohatera. Ostatni mankament to stracony potencjał Autora. Już od pierwszej części tego sezonu to wątek jego poszukiwania i szczęśliwych zakończeń, najbardziej przykuwał moją uwagę. A koniec końców to wykorzystano to tylko w finale. Wielka szkoda, bo warto było poświęcić mu więcej uwagi. I całemu zagadnieniu tych szczęśliwych zakończeń.


Mam wrażenie, że finał sezonu, choć świetny, tak naprawdę nijak miał się do wydarzeń jakie obserwowaliśmy w serialu. Trochę to denerwujące, bo znów wpadamy do książki. Ale wybaczam, bo odwrócenie ról (chociaż to trochę bardziej skomplikowane) i ten cały nowy świat wypadają genialnie. A nawet bardziej. Twórcy udowodnili, że z ich wyobraźnią i pomysłami wcale nie jest tak źle. Gdyby nie fantastyczny finał z całą pewnością nie czekałabym z entuzjazmem na następny sezon. A naprawdę, radość z oglądania tego serialu powoli zaczynała gdzieś się ulatniać. To co było główną siłą trzymającą mnie przed ekranem, była Regina i powrót Robin Hooda, i wszystko co z nimi związane. I Hak. Dlatego wszystkie gify są z finału i są dość monotematyczne.


Piąty sezon zapowiada się intrygująco, aby nie zdradzać za wiele napiszę tylko imię kolejnej osoby, której bohaterowie będą szukać: Merlin. I okaże się, że zły potencjał Emmy był jednak prawdziwy. Plus możliwe, że z Belle i Rumpla coś jeszcze będzie, a ja z jakiś irracjonalnych powodów ciągle im kibicuje.

Pozdrawiam, M




poniedziałek, 11 maja 2015

Inna bajka ("Upiór w Operze" 1925)

Hello!
Szukając informacji i materiałów do "Matury z Upiorem" wyliczyłam, że oprócz najbardziej chyba znanej adaptacji książki w postaci musicalu z 2004 roku jest jeszcze 9 innych filmów. W tym pierwszy, niemy z 1925 roku, o którym dziś napiszę. Z pozostałych 8 może wybiorę jeszcze 3-4, to zależy od ich dostępności i także postaram się coś o jakąś notkę.

Ta wersja "Upiora w Operze" to może trzeci lub czwarty niemy film jaki w życiu widziałam. Jednak oglądając nawet 2, bardzo łatwo zauważyć cechy jakimi tego typu produkcje się charakteryzują. Przesadzone, teatralne gesty, mocny makijaż aktorów, choć to jest zapewne związane z tym, że  filmy są czarno-białe, "tabliczki" z opisami scen czy dialogami. To zupełnie inne filmy niż te na jakie chodzimy współcześnie do kina i to chyba jest w nich najpiękniejsze.

Najbardziej zaskakującym elementem filmu, przynajmniej dla mnie było to, że kamera była statyczna. Zero ruchu. Biorąc pod uwagę, to co napisałam akapit wyżej, w sumie nie powinnam być zdziwiona, ale oglądanie takich zmontowanych kadrów było dość nowym doświadczeniem.

Film jest niemy, ale to nie oznacza, że nie ma w nim dźwięków. Otóż muzyka jest chyba jego najważniejszym elementem.Tym bardziej, że jak by nie było, film rozgrywa się w Operze. Na początku była może lekko nużąca, ale przebijał przez nią jakiś znany motyw. Później jednak muzyka nie tylko doskonale oddaje emocje jakie widzimy na ekranie, ale także sama w sobie jest cudowna. Podobnie z resztą jak dekoracje, scenografia i stroje.Wszystko takie dopięte na ostatni guzik.
Plus niesamowita jest scena maskarady i ten czerwony kolor, robi wrażenie.

Skupmy się jednak na samym filmie, jego fabule i bohaterach. Dyrektorzy Opery, zarówno byli jak i obecni, są absolutnie genialni. Mimika, gesty- mistrzostwo świata. Raoul na początku wydawał mi się za stary, ale w czasie oglądania, przekonałam się do niego. Do tego pojawia się scena, której nie ma w musicalu, a która w książce jest jedną z najważniejszych- pokój luster.
Co się zaś tyczy Upiora.- akurat o nim można powiedzieć najmniej. Oprócz tego, że pod maską wygląda jak prosiak przejechany przez traktor.  Opis to niedelikatny, ale najlepszy. Oczywiście w swoich podziemiach Erick ma także konia i łódkę. A także płaszcz i kapelusz. Jest też smutny i okrutny.
Z K. mamy mniej więcej taki system: jeśli dana kreacja Christine nam się podoba, wtedy pozostaje Christine. Jeśli nie zostaje Krystyną. Ta zalicza się do drugiej kategorii i udowadnia, że postać wcale nie musi się odzywać, aby być irytująca. 

Nie spodziewałam się ani, że tyle napiszę o tym filmie, ani, że tak mi się spodoba. A tu proszę jaka niespodzianka. A gdyby ktoś chciał go obejrzeć to bez problemu można znaleźć go na youtube.

Trzymajcie się, M



sobota, 9 maja 2015

Co za dużo, to nie zdrowo ("Avengers: Age of Ultron")

Hello!
Od pojawienia się pierwszego zwiastuna "Avengers: Age of Ultron" byłam naprawdę zachwycona i wstrząśnięta, i z niecierpliwością czekałam na majową premierę. Jednak odkąd zarezerwowaliśmy już bilety prześladowało mnie złe przeczycie- "Naprawdę chciałbym napisać, że ten film mi się podobał, ale tak nie było". Niestety, przeczucie się sprawdziło.


Jakiego określenia nie użyłabym opisując ten film, to nie odda ono całości. Wszystko było bardziej. I wszystkiego było za dużo. 3D, zniszczeń, wybuchów. Zamiast efektownie wyszło efekciarsko. To nie widowisko, to widowisko do kwadratu. Do tej pory boli mnie głowa. Może to być też związane z tym, że mój mózg próbuje jeszcze poradzić sobie z tym co widział na ekranie. A nie jest to proste zadanie ze względu na ilość wątków, postaci oraz złożoność i stopień skomplikowania tego wszystkiego. Dobrze by było, gdyby szedł za tym jakiś sens. Ale po dwudziestu minutach siedzenia w kinie stwierdziłam, że nawet nie o brak sensu tu chodzi, tylko o brak pomysłu, jakiejś logicznej osi wydarzeń. Nie żeby od razu to było realistyczne, ale chociaż odrobinę bardziej prawdopodobne. To też nie jest do końca dobre słowo, bo trudno robić takie zarzuty filmowi, który powstał na podstawie komiksów.


Z jednej strony Marvel przeszedł sam siebie, a z drugiej poległ. Liczyłam na film na poziomie "Kapitan Ameryka. Zimowy Żołnierz" i naprawdę bym się cieszyła, gdyby taki zaprezentował. Ale nowych Avengersów trudno do czegokolwiek porównać. Zdecydowanie ten film przerósł moje zdolności pojmowania. Myślałam, że po "Intersteller" nic mnie nie zaskoczy. Pomyliłam się, temu filmowi się udało. Szkoda, że nie pozytywnie. Jeśli ja dostrzegam w filmie luki fabularne, nieścisłości, niedomówienia i braki w scenariuszu to oznacza, że jest źle. A "Age of Ultron" jest tego pełne. Wystarczyłoby wyciąć kilka wątków, kilka scen, które pojawiają się chyba tylko po to, aby być. Bez sensu, bez celu, dokładnie jak cały film.


Cieszę się, że Hawkeye dostał trochę bardziej rozbudowany wątek. Z tym, że nie w tym kierunku, albo nie w ten sposób, w który powinien być. Motyw pięknej i bestii, chociaż twórcy się starali, też im nie wyszedł. Troszkę za bardzo zaszaleli. Iron Men wcale siebie nie przypomina, chyba jeszcze przeżywa poprzednie filmy, Thor ma wizje bez ładu i składu. I tylko jedno pozostaje niezmienne- wszyscy się kłócą. Chciałabym napisać, że to element komiczny jest stały, ale niestety z tym jest ciężko. Oczywiście pojawiają się różne zabawne sytuacje, gagi i dialogi, i tutaj, uwaga, króluje Ultron. Nie wiem jak twórcy zrobili nadzwyczaj zabawnego robota, chcącego zagłady ludzkości. Chociaż to nawet nie jest największy paradoks, jaki się w filmie pojawia.


Generalnie klimat filmu jest ciężki. Wręcz przytłaczający. Bardzo. Taka atmosfera wzajemnych pretensji, przerzucania odpowiedzialności. Plus wszystko to co już napisałam powyżej. Wobec tego filmu można się poczuć jak mrówka pod butem. I nie jest to miłe uczucie.


Mam wrażenie, że nie tylko widzowie nie za bardzo ogarniają to co widzieli, ale aktorzy również, nie za bardzo wiedzieli co z tego wyniknie. Jakby sami nie rozumieli co tam robią i po co są. Bezcelowość i bezsens ich działań, aż się wylewał z ekranu. Najlepszym przykładem jest scena z Hulkiem i Iron Menem. Film by się zdecydowanie bez niej obył, a było to tylko 5 minut rozwalania miasta. Całe mnóstwo scen, które można by spokojnie wyciąć bez uszczerbku dla fabuły, a z korzyścią dla spójności. I braku bólu głowy fanów.


W filmie pojawiając się w sumie 4 nowe postaci. Scarlet Witch, która ma całkiem spory potencjał i jej brat Quicksilver. Którego, chociaż w innej wersji, można zobaczyć w "X-Men. Przeszłość, która nadejdzie". Oczywiście także Ultron i Vision. Z tym drugim mam ogromny problem. Jego pojawienie się nie zdziwiło Avengersów, choć w sumie powinno, zważywszy na to, że to koleś z kamieniem na czole, czerwony, latający i z pelerynką, i nie do końca wiadomo, co to właściwie jest.


Oczywiście to nie jest tak, że to jest zły film. Tylko trochę przeładowany, przedobrzony i odrobinę za bardzo wszystko. Jednak, aby zobaczyć jego plusy, bo jakieś mieć musi, to potrzebuję obejrzeć go w domu, na spokojnie i do tego z kartką i długopisem pod ręką, żeby czegoś przypadkiem nie przegapić.



Pozdrawiam, M

wtorek, 5 maja 2015

Jednak straszny ("Upiór Opery")

Hello!
Jak wiecie jestem w trakcie matur, najgorsze mam już za sobą, ale postanowiłam, że dopiero po historii opiszę moje przygody na egzaminach. Póki co zajmę się tematem przewodnim maja- Upiorem.


Po pierwsze to samej postaci Erica w książce jest naprawdę niedużo. Trochę byłam tym faktem zaskoczona, bo niestety zamiast niego pojawia się dużo Raula. O Upiorze dowiadujemy się głównie z relacji Madame Giri, sceptycznych dyrektorów Opery i Persa, oraz rozmowy Krystyny i Raula. Obraz jaki nam się ukazuje z jednej strony jest naprawdę potworny, ale z drugiej jeszcze bardziej wzmaga naszą potrzebę wyrozumiałości. Eric to niesamowicie skomplikowana i wewnętrznie skonfliktowana postać. Podzielam pogląd autora zaprezentowany na początku książki, że Upiór mógł naprawdę istnieć, bo wierzę, że gdyby żył w naszych czasach jakiś psycholog mógłby mu pomóc i nie doszłoby do wszystkich zbrodni jakie popełnił.

Z musicalu wycięto Persa. Nie rozumiem dlaczego. Jego rolę przejęła Madame Gigi, która w książce jest, delikatnie rzecz ujmując, prostą, niesamowicie irytującą bileterką. Natomiast Pers to tajemnicza, intrygująca postać z przeszłości Upiora, próbująca nawet go pilnować.

Gdy K. spostrzegła, że imię głównej bohaterki- Christine- tłumaczy się jako Krystyna, wydało nam się to niesamowicie zabawne. A potem wypożyczyłam książkę i zobaczyłam, że imię faktycznie jest przetłumaczone.

Ponieważ film widziałam kilkanaście razy więc porównania nasuwały mi się same. Nie psuły radości z czytania, ale doprowadziły do kilku wniosków na temat postaci Raula. W książce ma on charakter. Co nie wychodzi mu na dobre. W musicalu jest kimś na kształt księcia z bajki, ratującego damę z opresji, generalnie jest dość nieciekawy. Natomiast książkowe połączenie nieśmiałości, nieustraszoności, czasami nawet do granic brutalności z zazdrością tworzy mieszankę wybuchową. Do tego wydaje mu się, że Krystyna jest jego własnością. Jej to chyba nie przeszkadza, bo to absolutnie naiwna gąska. Chociaż zdarzają się jej lepsze momenty- potrafi bronić swojego zdania i lepiej rozumie rzeczy, które dzieją się obok niej.

Książka pozwala jeszcze lepiej zrozumieć fakt, że cały czas to nie Krystyna była w mocy Upiora, ale on w jej. I chociaż oś fabuły w musicalu jest mniej więcej zachowana, to nie umywa się do intrygi przedstawionej w książce. To trzeba przeczytać, aby zrozumieć. Trochę mnie dziwi fakt, że fani musicalu po przeczytaniu książki bywają zawiedzeni, bo naprawdę nie ma czym być. Nawet wyjmując ten kontekst to jest po prostu bardzo, bardzo dobra książka, napisana w dość nietypowym klimacie i łącząca elementy romansu, kryminału i horroru.

LOVE, M

niedziela, 3 maja 2015

Matura z Upiorem

Hello!
Jeśli zaglądacie tu od jakiegoś czasu, to na pewno rzuciła Wam się w oczy moja fascynacja musicalami. Na szczególną uwagę zasługuje "Upiór w Operze" i dlatego postanowiłam zadedykować mu miesiąc maj. Nie tylko jego muzycznej wersji filmowej i teatralnej, ale także niememu filmowi, książce oraz musicalowi "Love Never Dies", jednak jego sprawa jest dość skomplikowana.


To wszytko, bo matura na głowie to zdecydowanie za mało. A z drugiej strony, czy może być lepszy sposób na odpoczynek niż pisanie o tym, co się uwielbia? Do tego podziękowania należą się Koleżance z ławki, która już od co najmniej marca 2013 roku ze mną wytrzymuje, a także przeżyła "Ale musicale" i w końcu i jej się to wszystko udzieliło.  Przygotowała także powyższy obrazek, który będzie nam towarzyszył w ciągu tego miesiąca.


 Powyższy i poniższy film nie pojawia się tu bez przyczyny. Filmy Studia Accantus są po prostu genialne i uwielbiam ich słuchać. Mam nawet pewien pomysł jak wykorzystać to co tworzą w notce.




Jedno z moich ulubionych wykonań.


Ona też już była na blogu, ale jest niezmiennie cudowna.


Jutro startujemy z maratonem maturalnym, wszystkim życzę połamania długopisów, M

piątek, 1 maja 2015

Radykalnie po maturze, czyli nie ścinam włosów i inne zabobony

Hello!
Nie czytuję horoskopów, nie wierzę w przesądy, uwielbiam czarne koty. Ale włosów nie ścinałam co najmniej od września. Ich stan woła o pomstę do nieba, jednak przynajmniej do 5 maja po południu nie będą ani o centymetr krótsze. 5 jest matura z matematyki. Gdybym ścięła włosy, a 30 czerwca dowiedziała się, że nie zdałam to wiem, że miałabym do siebie pretensje. To zdecydowanie irracjonalne podejście, ale każdym możliwym sposobem trzeba zapewnić sobie zdanie. Zastanawiam się jeszcze nad spaniem na notatkach, ale jest ich tak dużo, że wygodne to by na pewno nie było, do tego zapewne wcale by się pod poduszkę nie zmieściły.

 Nieoczekiwanie pierwszy gif, który rzucił mi się w oczy, okazał się być świetną ilustracją do dzisiejszego wpisu.
Podobno dobrze, jest także założyć bieliznę, którą się miało na studniówce. A jeśli nie, to warto, aby chociaż była czerwona. Trzeba tylko uważać, aby spódnica/sukienka nie były za krótkie, bo potem te talizmany na szczęście, rzucają się w oczy na zdjęciach. Nieszczęście dla mnie, bo nie byłam na studniówce. Ani na pielgrzymce w Częstochowie. Doczytałam jeszcze, że chłopcy oprócz założenia studniówkowego garnituru, aby zapewnić sobie zaliczenie mogą podejrzeć bieliznę koleżanek. Ciekawe kto to wymyślał.

Wiem, że trzeba pożyczyć długopis, ale z obserwacji wynika, że najczęściej pożyczaną rzeczą przed maturą jest kalkulator. Lepiej zaopatrzyć się w 2. I jeszcze przed wyjściem do szkoły warto zebrać kopniaki na szczęście. Aby efekt był widoczny najlepiej od wszystkich domowników. A gdyby któryś z nich miał zamiar towarzyszyć nam w drodze, to musi iść boso. W sumie całkiem sporo jest tych przesądów, szkoda tylko, że jeden głupszy od drugiego, ale występują nie tylko w Polsce tu dziewczyna pisze o zabobonach egzaminalnych w Anglii i Rosji.


 Wbrew pozorom nie jest to notka na poważnie. Miłego długiego weekendu, M




środa, 29 kwietnia 2015

Blue box

Hello!
Trochę na odstresowanie przed maturą, a trochę, bo duży wyszywany projekt jest w sepii i już nie mogę patrzeć na wszelkie odcienie brązowego, a także, ponieważ jestem fanką "Doctora Who" i do innego projektu potrzebowałam elementu związanego z tym serialem, w niedzielę narysowałam wzór i przez ostatnie 4 dni wyszywałam TARDIS.



Popadam w samozachwyt i żałuję, że zdjęcia nie oddają kolorów, bo wygląda absolutnie pięknie. Bardzo szkoda, że nie możecie obejrzeć tego na żywo, bo kolory na zdjęciach są blade i nijak nie oddają rzeczywistości.

LOVE, M


poniedziałek, 27 kwietnia 2015

512. Wierz w miłość od pierwszego wejrzenia

Hello!
Nie ma lepszego sposobu na poprawienie sobie humoru i pozytywne nastawienie się do życia, niż zajrzenie do "Dużego Małego Poradnika Życia". Dawno już nic nie prezentowałam, a mój nastrój w ciągu ostatnich dni to idealna okazja.

513. Nigdy nie wyśmiewaj się z cudzych marzeń.
517. Kiedy jesteś w doskonałym nastroju, zawiadom o tym swoją twarz.
519. Kochaj głęboko i namiętnie. Możesz wprawdzie zostać zraniony, ale to jedyny sposób, żeby żyć pełnią życia.
525. Każdej jesieni zgarnij wielką kupę liści i rzuć się w nią z kimś, kogo kochasz.
528. Prowadź rejestr swoich osiągnięć w pracy. W ten sposób, kiedy poprosisz o podwyżkę, będziesz miał gotowe argumenty.
552. Pamiętaj, że każdy napotkany człowiek czegoś się boi, coś kocha i coś stracił. 
555. Mów wolno, myśl szybko. 
557. Nie podziwiaj ludzi za ich bogactwo, ale za twórcze i szczodre sposoby jego wykorzystywania.
563. Pamiętaj, że w tej samej chwili, kiedy mówisz: "Poddaję się", ktoś inny, oceniając tę samą sytuację, mówi: "O rany, ale okazja". 
573. Nie przegapiaj drobnych radości życia, goniąc za tymi wielkimi. 

Udało mi się wczoraj zażegnać kryzys ze zdjęciami i grafikami. Przy okazji zrobiłam też małą rewolucję, kilka razy zmieniałam nick, aż google mi powiedziało, że teraz będę mogła to zrobić, aż za kilka miesięcy i w końcu zostałam przy Mirabelka P. Wszytko to związane jest z tym, że połączyłam konto google i blogera, na pewno nie dla własnej wygody, bo zupełnie się w tym nie odnajduję, ale potrzebowałam jakiejś zmiany i chyba otwarcia się na nowe możliwości. A przynajmniej mam taką nadzieję.

Pozdrawiam, M

sobota, 25 kwietnia 2015

Koniec pewnej epoki

Hello!
Wczoraj skończyłam naukę w liceum. Myślałam, że będzie mi smutno, ale prawda jest taka- jedyną rzeczą jakiej będzie mi brakowało to chór. Plusem całej tej imprezy była jej długość, a w zasadzie krótkość. To znaczy jedyne 2 godziny na hali plus pół w salach. Dostałam kolejne dwie książki do kolekcji. Stanęły obok tych z poprzednich lat.
Naprawdę chciałabym żeby mi było smutno z powodu ukończenia liceum. Na zakończeniu jednak stało się coś takiego, że poczułam się jak by ktoś wbił mi nóż w plecy. Niestety, sytuacja zaistniała w niespodziewanym zbiegu okoliczności i tylko cudem wytrzymałam do końca.

 Jestem na tym nagraniu, niestety nie mam biretu i mnie nie widać. 
Jak by się ktoś zastanawiał to stoję za dziewczynką pierwszą od lewej.

Bloga zakładałam na początku pierwszej klasy. Nie mam pojęcia, kiedy to minęło. Wiem jednak, że dużo się nauczyłam w tym czasie. Oczywiście nie mam na myśli tylko szkoły, bo o tym czego z niej się nauczyłam poinformują wyniki matury. Najważniejsze- wiem, że nie zawsze warto, wręcz nie zawsze trzeba marnować siły na utrzymywanie znajomości. Jeśli wysiłki jednakowo nie płyną z dwóch stron, nie warto. Zawsze ta strona, która stara się bardziej, będzie się czuła niedoceniona i wykorzystana. Przez te 3 lata tyle razy przejechałam się na ludziach, że teraz już nawet nie mam ochoty tego robić.  Bez sensu jest także zabieganie o czyjąś przyjaźń. Niby to wszystko takie oczywiste. Jednak jestem na tyle naiwna, że za każdym razem muszę sobie o tym przypominać. Trochę uderzam w takie dołujące struny, ale dopóki nie wyjaśni się sprawa, o której pisałam powyżej, mam lekki uraz do ludzi.



Źródło: www.moja-ostroleka.pl

W nagłówku jest jednak napisane "pozytywna" więc przejdę do weselszych tematów.  Zrobiłam dziś maturkę z matmy- 54%! Jak na mnie to cud i jestem trochę spokojniejsza o czerwcowe wyniki. I o oglądanie seriali, jednak tak bardzo nie przeszkadzają w nauce. Druga sprawa: dziś okazało się, że film "Avengers: Cza Ultrona" będzie grany w moim mieście. Kolejny cud, w końcu obejrzę coś w dniu premiery. A wcześniej tego dnia będę miała maturę na poziomie rozszerzonym z polskiego. W czasie matur mam zamiar nie przestawać pisać, a nawet zaplanowałam coś specjalnego na maj. Mam nadzieję, że wyjdzie.
To chyba jeszcze nie cała relacja z zakończenia roku, bo, jak widać chociażby na nagraniu chóru, kręcili się po hali specjaliści od robienia zdjęć/filmów, jednak nie mam pojęcia, czy znajdzie się to na stronie szkoły.
Tak naprawdę to mam wakacje. Niesamowite.

LOVE, M

EDIT. 26.04. Wczoraj wszystko było dobrze, dziś, zobaczyłam, że zamiast nagłówka i paru innych obrazków jest znak zakaz wjazdu. Nie mam pojęcia co się stało, próbuję coś z tym zrobić, ale pojęcia nie mam jak. Gdyby ktoś miał pomysł co mi się tu stało i jak to naprawić to proszę o informację w komentarzu, M