czwartek, 10 marca 2016

Nie tylko w kinie i teatrze IX

Hello!
Trudno w to uwierzyć, ale ostatni post z mojego ukochanego cyklu "Nie tylko w kinie i teatrze" pojawił się na blogu prawie 3 miesiące temu, tak długą nieobecność trzeba szybko nadrobić.

Oscar Isaac 
który miał wczoraj urodziny pojawił się w teledysku do piosenki "Gravity" Trentemøllera.



Emily Browning 
Drugi teledysk jest warty uwagi, a jeśli chodzi o trzeci, to pokazywałam go przy okazji notki o zespole (jest podlinkowana niżej) i w ramach ciekawostki dodam, że Emily i wokalista Years&Years zagrali razem w filmie-musicalu "Dziewczyny". Szczególnie dobry film to nie jest, bohaterka grana przez Emily jest irytująca ponad przeciętną, ale z drugiej strony nie żałuję, że go widziałam. 


"Light Surrounding You" - Evermore


"No Matter What You Say" - Imperial Teen


"Take Shelter" - Years & Years

Patrick Fischler 
Aktora kojarzę głównie z dość epizodycznej roli Autora w "Once Upon A Time", a ostatnio grał także jednego z komunistycznych scenarzystów w "Ave, Cezar!". Wracając do pierwszego faktu troszkę mi zajęło odkrycie skąd go znam. 


Nate Ruess - "Take It Back"

Tyler Posey
Czasami dzięki szukaniu materiałów do tych notek, znajduję nie tylko zupełnie nowe piosenki i zespoły, ale także niekiedy samych aktorów. Jak w tym przypadku. 


Halsey - "Colors"

A poniżej razem z Chloë Grace Moretz w teledysku mocno inspirowanym "West Side Story"


Zaczęliśmy panem z obsady nowych "Gwiezdnych wojen" zakończymy panią. Gwendoline Christie
I z dzisiejszych teledysków ten podoba mi się najbardziej. 


Patrick Wolf  - "Damaris"






wtorek, 8 marca 2016

Miejska dżungla ("Zwierzogród")

Hello!
Idąc na "Zwierzogród" nie wiedziałam na co się piszę. Zapowiedzi i plakaty nieszczególnie przyciągnęły moją uwagę, ale przyciągnęły koleżanki ze studiów i w czasie okienka pomiędzy zajęciami, wyciągnęła mnie do kina. Nie żałuję, że dałam się namówić.


W pierwszym momencie, po kilkunastu minutach trwania filmu, zaczęłam się obawiać, że to produkcja typu: idź spełniać swoje marzenia, na pewno ci się uda, motywująca i ucząca. Słowem irytująca. Na szczęście okazała się bardziej skomplikowana.


Głównej bohaterce udaje się ukończyć z wyróżnieniem szkołę policyjną i zostaje pierwszym królikiem-policjantem w mieście. Pierwszego dnia zostaje przydzielona do pilnowania parkometrów. Udaje jej się nie załamać, chociaż liczyła na prawdziwe zmienianie świata. I w wyniku wielu różnych zbiegów okoliczności, udaje jej się dostać sprawę zaginionej wydry. Przy okazji poznaje lisa Nicka, którego wplątuje w swoje sprawy i razem prowadzą śledztwo.

Kraina różnorodności.

"Zwierzogród" to komedia kryminalna dla dzieci, z daleko idącymi, licznymi przesłaniami. O tym, że nie należy się bać, oceniać po pozorach, ale trzeba walczyć ze stereotypami, a, co może ważniejsze, samemu nie dać się w stereotypie zamknąć. Zdecydowanie otwiera oczy na świat, czego najlepszym przykładem są rodzice głównej bohaterki. Ważne są także kompromisy, porozumienia i to, że chęć do znalezienia wspólnego języka, musi pojawić się z obu rozmawiających stron. O spełnianiu marzeń oczywiście także, ale pokazuje, że spełnienie marzenia to dopiero początek długiej drogi, którą trzeba przejść, aby w pełni je urzeczywistnić. Pokazuje też, jak ważna jest wzajemna pomoc i zaufanie, i do jak dobrych rezultatów mogą prowadzić.


Główna bohaterka wcale nie jest jednak idealna, nie zawsze zachowuje się odpowiednio (w bajce autentycznie pokazany jest szantaż) czasami lekkomyślna i przez brak pomyślunku spowodowała nie małe kłopoty w mieście. Ale co ważniejsze potrafiła się do tego przyznać i ponieść konsekwencje tego co powiedziała. Trzeba jednak przyznać, że od głównej bohaterki dużo ciekawszy jest Nick. Uosobienie szczwanego lisa, a tak naprawdę wrażliwa jednostka, która nauczyła się radzić sobie w życiu. Niewypowiedzianie pomocna dla Judy w trakcie śledztwa, wie jak wszystko załatwić. Jednocześnie nie było pokazane, że któreś z nich jest zawsze lepsze i ma rację. Zarówno Nick jak i Judy mieli i dobre, i złe pomysły, ale najczęściej udawało im się wybrać ten najkorzystniejszy na drodze pewnych kompromisów.
Nie mogłam, już chyba nie potrafię oglądać bajek i filmów, bez patrzenia na to jak przedstawione są w nich kobiety, a jak mężczyźni i wydaje mi się, że "Zwierzogród" całkiem dobrze sobie radzi w kwestii równouprawnienia.


Najbardziej zaskakujący w całej animacji jest fakt, że dzieli się ona na dwie części. Odnalezienie zaginionych zwierząt to tylko połowa sukcesu, teraz trzeba jeszcze wyjaśnić co się z nimi stało. Otrzymujemy więc nawet 2 śledztwa i oba są równie ciekawie przedstawione. Nie oznacza to, że "Zwierzogród" nie jest przewidywalny. Jest. Pewnych rzeczy, niespodziewanych zwrotów akcji i tego, że niektóre sytuacje po prostu muszą zaistnieć, bardzo łatwo się domyślić, ale czerpie się z tego faktu raczej satysfakcję, niż jest to irytujące. Przykład, który może być uznany przez niektórych za spoiler więc ostrzegam. Bohaterowie wpadli w łapy niedźwiedzi polarnych i zaprowadzeni do ich szefa. Do pokoju wchodzą trzy coraz co większe miśki. Ostatni podchodzi do biurka, odwraca znajdujące się na nim krzesełko, na którym siedzi kret - "Ojciec chrzestny". I na dodatek wypowiada kwestie wzięte prosto z filmu! Scena jest absolutnie genialna i przezabawna. Podobnie jak sekwencja z leniwcami, ale ona jest nie do opisania słowami.


"Zwierzogród" to mądra, ale nie nachalnie, przezabawna bajka, na której doskonale będą się bawić (nie tylko) dzieci.

niedziela, 6 marca 2016

Sometimes

Hello!
Dziś anime, które nie pasowały, aby umieścić je w 3 poprzednich notkach, ani nie pasują do kategorii kolejnej. Taki mój animowy margines rzeczy, które zobaczyłam nieco przypadkiem i wiedziona niczym nie uzasadnioną ciekawością. Albo niekiedy podstępnym szantażem. Przygotuję notkę na temat tego jak Koleżanka z ławki "zmusza" mnie do pochłaniania kolejnych odcinków, kolejnych serii.



"Shiki" 
 K. zaczęła oglądać, a ja jak się okazało, miałam je w planach. Chociaż to pseudo głęboki, prawie horror z dość rozczarowującym, jak na standardy anime, zakończeniem, to jednak oglądanie nie należało do najgorszych.


Akcja anime rozpoczyna się pewnego upalnego lata w Sotobie, mieścinie położonej w górach i ze wszystkich stron otoczonej lasami. Ze względu na dużą ilość surowca to właśnie w tym regionie wyrabia się trumny i w nich chowa zmarłych (w Japonii zwłoki poddaje się zazwyczaj kremacji). W tym prowincjonalnym miasteczku zaczynają ginąć ludzie. Na początku nikt niczego nie podejrzewa, ponieważ ofiarami padają jedynie starsze osoby, ale śmierć nastoletniej dziewczyny imieniem Megumi, a potem kilku dorosłych w kwiecie wieku sprawia, że niektórzy mieszkańcy zaczynają interesować się tą anomalią. Jedną z takich osób jest Natsuno - chłopak, w którym zadurzyła się Megumi - co prawda on nigdy jej nie lubił, ale dziewczyna zdaje się prześladować go nawet po śmierci... W całą sprawę angażuje się także miejscowy lekarz, do którego coraz częściej zgłaszają się pacjenci z objawami anemii. Każdy z takich przypadków kończy się śmiercią, którą ów lekarz, Toshio Okazaki, traktuje jako osobistą porażkę. Kolejny z wątków dotyczy przyjaciela Okazakiego, mnicha i pisarza, Seishina Muroi. Od jakiegoś czasu w miejscowej kaplicy, zawsze po zmierzchu, odwiedza go pewna dziewczynka, Sunako. Ta sama, która na początku lata wraz z rodzicami wprowadziła się do nowo wybudowanej rezydencji na wzgórzu... (shinden.pl)



"Zankyo no Terror"
Mam bardzo skomplikowaną relację z tym anime. Oglądała je K. i się zachwycała, stwierdziłam, że spróbuję, ale niestety jest ono bardzo charakterystycznie zrobione i nie wytrzymałam nawet całego pierwszego odcinka. Za to, po może 2-3 dniach, obejrzałam ostatni. I teraz nie pamiętam co było wcześniej, czy to oglądanie czy piosenka ze ścieżki dźwiękowej, którą K. mi wysłała i która ostatecznie mnie przekonała. I obejrzałam. Tak dogłębnie smutnego anime nie widziałam ani wcześniej, ani do tego pory. Zostaje z człowiekiem na dłużej i ma fenomenalną ścieżkę dźwiękową.


Tokijska policja próbuje schwytać dwoje młodocianych terrorystów, którzy z nieznanych przyczyn podkładają w mieście bomby. (filmweb.pl)


"Free!"
Jedyne sportowe anime jakie widziałam i chyba na zawsze będzie mu przysługiwał ten zaszczytny tytuł. To całkiem przyjemne anime o przyjaźni, wzlotach i upadkach, próbach wzajemnego zrozumienia. Chyba trochę pretenduje do bycia nauczycielem życia we wspólnocie i chce aby przekładać pokazane w nim rozwiązania do życia codziennego, ale nie jest mentorskie. I generalnie patrzenie nie boli.



Haruka, Makoto i Nagisa spotykają się po latach w liceum, gdzie postanawiają utworzyć szkolny klub pływacki.

Dementuję plotki oni nie są parami, choć dokładnie tak to wygląda i wiele dziewczyn ma z tego pożywkę, anime jest po prostu skrojone do tworzenia fanfików i zaspokajania potrzeb tworzenia męsko-męskich par. 

"No.6"
 Kolejne anime, za które nie mogłam się zabrać, bo było dziwnie narysowane, a K. się zachwycała. W końcu się jednak przekonałam i muszę przyznać, że byłam bardzo mile zaskoczona tym jakie to dobre anime, z zakończeniem bardzo animowym. A do postaci przywiązujesz się z miejsca, czy tego chcesz czy nie chcesz.


Po ostatniej wielkiej wojnie na świecie pozostało jedynie sześć obszarów zdatnych do zamieszkania, jednym z nich jest tytułowa metropolia No.6. Dwunastoletni chłopiec imieniem Shion jest mieszkańcem Cronos - luksusowej dzielnicy tego miasta. W dniu swoich urodzin Shion udziela schronienia Nezumiemu, który ucieka przed siłami porządkowymi. Od tego momentu życie chłopca bardzo się komplikuje. Po wykryciu złamania prawa bohater najpierw zostaje pozbawiony wszelkich przywilejów, a następnie sam staje się celem dla bezwzględnych strażników porządku. Wkrótce jedynym ratunkiem dla chłopca staje się ucieczka z miasta i dołączenie do rzeszy ludzi zamieszkujących slumsy. (filmweb.pl)


 
"Barakamon"
Jedyne komediowe anime jakie widziałam i podobno jedno z lepszych w swoim gatunku. Myślałam, że nie obejrzę do końca przez głos małej przyjaciółki głównego bohatera, ale dotrwałam i bardzo się z tego cieszę. Zaskakująca jest umiejętność przekazywania pewnych wartości, zasad i temu podobnych właśnie przez anime. Gotowy czy nie i tak coś wyniesiesz z oglądania, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.


Jako karę za uderzenie sławnego kaligrafa, młody, przystojny Handa Seishuu zostaje zesłany na malutką wysepkę. Jako ktoś, kto nigdy nie żył poza miastem, Handa musi dostosować się do swoich nowych zwariowanych sąsiadów, do ludzi poruszających się traktorem, niechcianych gości, którzy nigdy nie używają drzwi przednich, czy dzieci używających jego domu jako placu zabaw. Czy Handa poradzi sobie w takim otoczeniu? Dowiedz się oglądając tę zwariowaną, pełną śmiechu komedię.

 
"Kyokai no Kanata" 
Anime podbiło tumblr i chociaż zazwyczaj obraz par nie robi na mnie wrażenia, postanowiłam sprawdzić co to za postaci i czemu ludzie tak się nimi zachwycają. Okazało się, że nie do końca jest to taki tam, pierwszy z brzegu romans i sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. A do tego w klimacie prawie fantasy. Albo i nie prawie w sumie.



Akihito Kanbara na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie zupełnie przeciętnego licealisty. Chłopak skrywa jednak pewien sekret: w rzeczywistości jest tylko w połowie człowiekiem, a płynąca w jego żyłach krew youmu powoduje, że wszelkie zadane mu rany leczą się w mgnieniu oka, czyniąc go nieśmiertelnym. Pewnego dnia, Akihito poznaje równie niezwyczajną jak on Mirai Kuriyamę, posiadającą umiejętność manipulowania własną krwią. Przypadkowe z pozoru spotkanie tej dwójki daje początek dziwnym wydarzeniom, ujawniając przy okazji ukrywane przez bohaterów tajemnice.

Pozdrawiam, M

piątek, 4 marca 2016

Nie widziałam a kocham - "Hamilton"

Hello!
Jeśli polubiliście stronę bloga na facebook'u, a jeśli nie to zachęcam, po prawej jest odpowiedni odnośnik, to zauważyliście pojawiające się tam piosenki z amerykańskiego musicalu "Hamilton". To moja najnowsza musicalowa miłość. Jednocześnie jest to fenomen, pewnie na skalę światową, bo to musical absolutnie unikatowy. Postanowiłam zebrać dostępne informacje i podzielić się tym co znalazłam.


Musical miał premierę w lutym 2015 roku, a powstał inspirowany biografią "Aleksander Hamilton" Rona Chernowa. Muzykę, słowa, a nawet książkę napisał Lin-Manuel Miranda, który wciela także głównego bohatera. Na początku wystawiany w The Public Theater, w sierpniu przeniesiony do Richard Rodgers Theatre.

Jedną interesujących informacji jest to, że narratorem musicalu jest główny przeciwnik głównego bohatera czyli Burr. Nie mam pojęcia, ani pomysłu jak dokładnie wygląda to opowiadanie z jego perspektywy - musiałabym zobaczyć musical, ale taka forma prowadzenia narracji od razu skojarzyła mi się z filmem "Amadeusz".


Musical od początku zdobywał same pozytywne recenzje, został ciepło przyjęty przez krytyków a wręcz gorąco przez publiczność. Obecnie nie sposób zdobyć na niego biletów. Chyba że w loterii.
Co jednak sprawia, że "Hamilton" jest tak niezwykły? Otóż jest to pierwszy hip-hopowy musical na Broadwayu, jest absolutnie niesamowity i totalnie porwał wszystkich ludzi.
Doczytałam, dosłuchałam sprawa z muzyką jest nieco bardziej skomplikowana, hip-hop to mocne uproszczenie.


Pierwszy raz z "Hamiltonem" zetknęłam się na tumblrze, co jest dość zaskakujące samo w sobie, ale oprócz sprawdzenia, że to musical nie zainteresowałam się nim bardziej, choć często natrafiałam na kolejne wzmianki, gify i inne rzeczy, których pełno na tej stronie. Poważnie do "Hamiltona" podeszłam gdy zdobył w tym roku Grammy. Ale to nie jedyna nagroda jaką dostał - ma na koncie również 7 (albo 8) z 14 nominacji nagród Drama Desk Award. Album z musicalu na liście Billoboardu zadebiutował na 12 miejscu, najwyżej od 50 lat, dla tego typu nagrania

"In the words of Miranda, it’s “a story about America then, told by America now.”"

Wracając do medium jakim jest tumblr to fakt, że musical i to początkowo dość offowy, zaintrygował użytkowników tej strony to całkiem spore osiągnięcie. Ale "Hamilton" zdobył popularność również w typowych mediach i stał się tematem artykułów w gazetach i to ilościach hurtowych, ale podobno nie zawsze najlepszej jakości. Obsada często jest zapraszana do telewizyjnych programów wszelkiego rodzaju.   Na twitterze "Hamilton" wygenerował milion tweetów. Powstał specjalny hashtag #HAM4HAM gdzie Lin-Manuel i obsada przekazują informacje, kto zdobył bilety w losowaniu, a do tego dokładają coś od siebie, zaśpiewają piosenkę, czy powiedzą coś ciekawego. Nagrania te można znaleźć bez problemu na youtube. To się nazywa kontakt z fanami.
 W Stanach wytworzył się wręcz coś na kształt kultu wokół musicalu. Jego własny fandom.


"Hamilton" według wielu jest przepowiednią zmian w teatrze, nie tylko musicalowym. W nowoczesnej muzycznie formie, została opowiedziana fascynująca historia jednego z ojców założycieli Stanów (chciałabym się lepiej wiedzieć jakie dokładnie Amerykanie mają podejście do jego postaci, wiem, że jego podobizna znajduje się na banknocie dziesięciodolarowym) w strojach (chyba) z epoki, ale z współczesną choreografią i z krótkich fragmentów, które można znaleźć wynika także, że z bardzo ciekawym wykorzystaniem świateł i scenografii. I najważniejsze mówią (śpiewają) prawie slangiem, językiem współczesnych buntowników.
Podobno to największy broadwayowy fenomen od czasu "Rent" czyli od 20 lat.


Z historii przedstawionej w musicalu można dowiedzieć się więcej niż z lekcji historii i w dużo przyjemniejszy sposób, tego ostatniego jestem pewna. A musical podobno jest bardzo bliski prawdy historycznej. I do tego jest bardzo patriotyczny. I nie tylko w stosunku do Ameryki, ale także małej ojczyzny jaką jest w tym wypadku Nowy York. 

"With “Hamilton,” Broadway is officially the coolest place on the planet. And the smartest. And most exhilarating." 

W oczy rzuca się także fakt wielokulturowości obsady, musical świetnie radzi sobie w sprawie różnorodności. Burr'a gra czarnoskóry aktor, z trzech sióstr Schuyler także jest ciemnoskóra, ale to tylko najbardziej rzucające się w oczy przykłady. No i fakt, że Hamilton jest Latynosem. I też nie jedynym w obsadzie. I nikt nie ma z tym problemu, a wszyscy się cieszą, że tak doskonale wpisuje się we współczesne problemy.

Ostatnia piosenka, fenomenalna i wzruszająca.

Do napisania tego wszystkiego wykorzystałam informacje znajdujące się na tych stronach:
Hamilton (musical) - Wikipedia; zajrzyjcie koniecznie do recenzji "The New York Times" ; fenomenalny tekst, który czyta się z ogromną przyjemnością, a którego jedynie fragmenty przetłumaczyłam i napisałam - 10 Reasons Hamilton Dominated 2015 and Will Own 2016, Too. Informacje i nagrania z Ham4Ham Broadway hit 'Hamilton' has a Web win on its hands. 
Mój przypadek - 'Hamilton' the Musical, Or How To Love Something You Cannot See. A tu można posłuchać po kolei wszystkich piosenek. A tu jest strona musicalu. Bardzo, bardzo ciekawe video z wywiadem Off-Broadway 'Hamilton' Is A Smash Hit | All In | MSNBC

środa, 2 marca 2016

Peggy, Peggy, dlaczego ci to zrobili ("Agent Carter" S2)

Hello!
Nie sądziłam, że uda mi się tak szybko napisać o zakończonym wczoraj drugim sezonie serialu "Agent Carter", ale niespodziewane okoliczności sprawiły, że znalazłam trochę czasu do zagospodarowania i oto kilka uwag do serialu.


Po pierwsze wysłanie Peggy do Los Angeles jest co najmniej naciągane i oprócz pierwszego odcinka, miasto nie za bardzo różni się od Nowego Yorku. Przeniesienie miejsca akcji nie zbudowało szczególnego klimatu. Tyle, że w tym sezonie przykrywką SSR jest agencja teatralna, a naszą złą jest gwiazda kina. I Howard ma wytwórnię filmową. I cała sprawa do rozwiązania jest gdzieś na trzecim planie, naprawdę nieszczególnie ciekawa.


Po drugie. Kobiety. Jaki to jest kobiecy serial, jakie kobiety są tam ważne. Oczywiście charakteru Peggy nie trzeba nikomu wyjaśniać, jak by to bardzo współcześnie określić jest badassem. I nie ona jedna jak się okazuje. Naszym przeciwnikiem, jak się okazuje także jest kobieta, na dodatek geniusz fizyki. Pojawia się pani Jarvis, i choć na początku wydawało się, że to taka prosta, idealna postać, okazało się, że poprowadzili ją nieco ciekawiej, choć nieszczególnie odkrywczo czy oryginalnie. Powraca Dottie i robi zamieszanie. Mamy także Rose, czyli recepcjonistę pilnującą przykrywki, ale także potrafiącą dokopać jeśli jest taka potrzeba.


Po trzecie. Od pierwszego sezonu kibicowałam Danielowi i Peggy i to bardzo. Bardzo. Gdy więc się okazało, że Daniel chce się oświadczyć, a Peggy dostała absztyfikanta to byłam dość zaskoczona. Czyli nie będzie tak łatwo. I o ile Daniel i jego narzeczona-pielęgniarka (która powinna też pojawić się w punkcie drugim, bo jak łatwo wywnioskować po wykonywanym przez nią zawodzie, była niezwykle pomocna)  to prawdopodobna historia, to główna bohaterka i doktor Wilkes ani trochę do siebie nie pasują. Ani ich naciągany wątek miłosny nie pasuje do serialu.


Cztery. Słowo naciągany pojawiło się już dwa razy i całkiem dobrze charakteryzuje ten sezon. Już w poprzednim niektóre elementy mocno nie trzymały się kupy, ale ten bardzo niebezpiecznie zbliża się do granic absurdu. Bo z "Agent Carter" jest taki problem, że nie wiadomo czy traktować to jak serial superbohaterski czy coś co pretenduje do miana serialu kryminalnego czy detektywistycznego. I nie żądam nawet realności, ale w przypadku tego serialu nawet prawdopodobność świata przedstawionego jest trudna do kupienia. W pierwszym sezonie można było przymknąć na to oko, ale w drugim powinno to już być nieco bardziej spójne, a na pewno fakt przeniesienia akcji nie ułatwił tego zadania. Do tego serial nie wie czy chce być traktowany poważnie czy jednak nie.


Pięć. Stare i nowe pomysły. Wykorzystano chyba wszystkie motywy - przebieranki, wynalazki - jakie pojawiły się w poprzednim sezonie i to w wyjątkowo wręcz odtwórczy, mechaniczny sposób, ale pojawiły się retrospekcje, co prawda nie wiele, ale bardzo fascynujące i pozwoliły dowiedzieć się paru naprawdę intrygujących rzeczy z przeszłości Peggy i całkiem sporo wyjaśniały.


Sześć. Jarvis. Cudownie rozwinięto jego postać, naprawdę na początku sezonu nie można się było spodziewać jak bardzo Peggy ma wpływ na jego życie, a okazał się on naprawdę ogromny. Jarvis zasługuje w tym sezonie na szczególną uwagę, bo jest jedną z nielicznych postaci, które przechodzą jakieś wyraźne przemiany i okazuje się być jedną z najbardziej emocjonalnych osób w serialu. Na pewno duży wpływ na to miało pojawianie się jego żony w serialu i relacja z nią, może nie w bezpośredniej opozycji do Peggy, ale był to taki układ drabiniasty. Zdecydowanie James D'Arcy ma najwięcej do grania w tym sezonie.


Czytałam moje czysto fanowskie wywody na temat pierwszego sezonu i naprawdę mi przykro, że do drugiego nie potrafiłam podejść tak entuzjastycznie i bezkrytycznie. Ale niedoskonałości, niedociągnięcia albo naciągnięcia tak bardzo rzucały się w oczy, że nie dało się tego nie widzieć. Mam poczucie, że serial skrzywdził Peggy zamiast dać jej się wykazać i rozwinąć skrzydła. Chociaż muszę przyznać, że w finale nawet moje fanowskie uczucia zostały w końcu spełnione. A jednocześnie już jest potwierdzenie, że kolejny sezon będzie i nie wiem co o tym myśleć. Są w serialu wątki niewyjaśnione od pierwszego sezonu, w tym także wiele rzeczy pojawiło się na moment i nic z nimi nie zrobiono. Serial buduje takie poczucie, że wszystkie sprawy, które obecnie są na wierzchu to tylko mały fragment z góry lodowej. Ale naprawdę nie wiem ile jeszcze może potrwać jej odkrywanie.

poniedziałek, 29 lutego 2016

Największe odkrycie drugiego semestru: na studiach trzeba coś robić

Hello!
Ponieważ drugi semestr moich studiów trwa już dwa tygodnie, a właśnie rozpoczyna trzeci, a w komentarzach zdarzają się pytania (TAK!) śpieszę donieść co też ciekawego dzieje się na zarządzaniu instytucjami artystycznymi. A piszę o tym dopiero teraz, bo jedne z zajęć mam co dwa tygodnie i pierwsze miały miejsce dopiero dziś.

Mam nadzieję, że do końca studiów nie skończą mi się zdjęcia Hermiony.

Kompletnie zmienił mi się plan i to nie tylko pod względem zajęć, ale także ich rozłożenia w czasie. Na szczęście piątki w dalszym ciągu mam wolne. Jedynymi zajęciami, które pozostały bez zmian jest fonetyka, bo już z kształcenia zintegrowanego angielskiego zmieniła nam się prowadząca i dość mocno zmieniła nam się forma zajęć. Póki co mamy sporo słówek i mówek, ale utrzymane są one w takim artystycznym klimacie więc jak najbardziej pasuje to do kierunku. Zobaczymy jednak co będzie dalej. Analiza dzieła literackiego - nie, nie interpretowanie choć oczywiście nie da się od tego uciec (na drugim roku prawdopodobnie będę miała coś co się zowie: czytanie poezji) i będziemy pracować głównie na wierszach, ale jednak od strony budowy. Teatr powszechny XX wieku jest kontynuacją zajęć z wieku XIX, ale z innym prowadzącym i będziemy głównie oglądać i omawiać poszczególne sztuki. Podobnie jak na zajęciach nazwanych Sztuka a teatr, ale będziemy rozmawiać o performansach, malarstwie, muzyce w teatrze. W tym semestrze Warsztat Aktorski mamy z panem Florianem Staniewskim, a na tapecie mamy "Sen nocy letniej" i zobaczymy co z tego wyniknie. Dla urozmaicenia mam też Podstawy finansów i rachunkowości, zajęcia, które przerażają większość mojej grupy, a na które ja cieszę się najbardziej, bo może w końcu nauczę się czegoś pożytecznego. Wyobraźnia miasta to zdecydowanie zajęcia o najciekawszej i najbardziej tajemniczej nazwie jakie mamy, na których będziemy się zastanawiać jaki potencjał artystyczny drzemie w mieście. I zajęcia, które mieliśmy dziś po raz pierwszy: Sztuka internetu i nowych mediów. Ponieważ prowadzący zajmuje się głównie robieniem różnego rodzaju video (naprawdę bardzo, bardzo różnego) i to głównie właśnie w tym kontekście będą odbywały się te zajęcia. A być może dodatkowo uda nam się zrealizować warsztaty z animacji poklatkowej.


Nie zdawałam sobie do końca sprawy jakie mogą być konsekwencje faktu, że mój kierunek znajduje się w Katedrze Anglistyki i Amerykanistyki, a są takie, że zajęcia z Wprowadzenia do dramatologii (czytamy i omawiamy dramaty) oraz z Języka i formy rozporządzeń i pism urzędowych mam po angielsku. Skłamię jeśli powiem, że mnie to nie przeraża. Przeraża mnie bardzo, ale postanowiłam podejść do tego jak do przygody i trzymać się jak tonący brzytwy przekonania, że to może mi tylko wyjść na dobre. Zasadniczo pisma urzędowe prowadzi z nami pani tłumacz więc póki co zajmujemy się stylistyczną stroną języka, a potem właśnie będziemy uczyć się rozumienia i tłumaczenia pism. Natomiast dramatologia to coś jak analiza i interpretacja.

Jeśli pytania o studia będą się pojawiać, być może pod koniec marca coś jeszcze o nich napiszę, no i na pewno na początku czerwca będą się pojawiać podsumowania i studiów, i mieszkania w akademiki, i czasu w Gdańsku.


sobota, 27 lutego 2016

Dokąd zmierzacie w samotności i nieszczęściu ("Marnie. Przyjaciółka ze snów")

Hello!
Tegoroczny, nominowany do Oscara film ze studia Ghibli to "Marnie. Przyjaciółka ze snów", reżyser- Hiromasa Yonebayashi. I choć wiadomo, że nagrodę dostanie "Inside Out", a jak nie dostanie to będzie zdecydowanie największe zaskoczenie Oscarów, ale warto przyjrzeć się także pozostałym tytułom, bo w kategorii film animowany znajdują się nie tylko typowe bajki dla dzieci. Postanowiłam zająć się "Marnie" oczywiście ze względu na rok z anime.


Kompletnie nie byłam przygotowana na to co ta animacja przedstawia. Opis znajdujący się na filmwebie mówi niewiele - Młoda dziewczyna zostaje w celach zdrowotnych wysłana na wieś, gdzie nawiązuje niecodzienną przyjaźń z mieszkanką lokalnej posiadłości- i jest to ledwie zalążek całej fabuły. Główna bohaterka Anna oprócz problemów zdrowotnych ma także problemy natury bardziej wewnętrznej i z nimi też będzie próbowała sobie poradzić. I zdecydowanie to jest najważniejszą osią filmu. Trzeba być cierpliwym i przygotować się na kino psychologiczne, obserwować to, co dzieje się z bohaterką. Trudno w przypadku tej animacji mówić o akcji, bo tam naprawdę niewiele się dzieje i muszę przyznać, że miałam momenty zwątpienia - spokojnie można by skrócić film o co najmniej 20 minut - ale warto wytrzymać do końca.


Jeśli zaś chodzi o tytułową Marnie, to od początku - ah ten polski tytuł, ale angielski brzmi "When Marnie Was There" -  wiadomo, że coś jest z jej postacią nie tak, tylko nie wiadomo co i teoretycznie chyba widzowi najbardziej powinno zależeć na tym, aby dowiedzieć się co to za postać. Po poznaniu odpowiedzi trudno jest coś o niej napisać, niechcący nie zdradzając zbyt wiele.


Jak to zwykle bywa w wypadku japońskich animacji, ta także niesie ze sobą przesłanie, ale nie jest ono aż tak klarowne i uniwersalne jak zawsze. A przynajmniej nie wszystkie przesłania, bo lekcje płynące z anime, są rozłożone na co najmniej 3 poziomy, podobnie jak jego fabuła. Wychodzi z tego wyjątkowo ciekawa układanka, ale żeby się o tym przekonać, trzeba obejrzeć całe 100 minut. Wiele rzeczy w trakcie oglądania jest niezrozumiałych, a film z każda minutą robi się coraz dziwniejszy, aż na koniec następuje bardzo, bardzo emocjonująca kumulacja tego wszystkiego. I to kolejna nieco utrudniająca oglądanie cecha tego filmu - większość akcentów przełożono na końcówkę i naprawdę przebrnięcie przez, trzeba niestety to napisać, zwyczajnie nudny początek, jest wyzwaniem. Od pierwszych minut widać także, że nie będzie to lekki film, jedynym jasnym punktem są Setus i Kiyomasa i gdyby nie ich epizodyczne wypowiedzi, nieco podnoszące na duchu, mogłoby być jeszcze trudniej oglądać animację.


Zwróćcie uwagę na tytuł recenzji, to najlepsze podsumowanie tego film. Annie udaje się odkryć sekrety z przeszłości, docenić to co ma i nie tylko uzyskać zrozumienie, ale także być wyrozumiałą. Jej droga była trudna, ale warta przejścia.


"Marnie. Przyjaciółka ze snów" to nieco za długa animacja, z bardzo poruszającym wyjaśnieniem wątków, ale do obejrzenia raz i niestety, nie ma w niej nic takiego, co zapadałoby na dłużej w pamięć. Podobno to ostatnia produkcja studia Ghibli i nie jestem pewna czy to godne pożegnanie. Oczywiście w głębi serca liczę, że powstaną kolejne animacje, nigdy nic nie wiadomo. 

czwartek, 25 lutego 2016

Twoje fikcyjne oblicze

 Hello!
Jak wiadomo wszem i wobec M. kocha wszelkiego rodzaju tagi i ku jej uciesze została nominowana przez Corteen do odpowiedzenia na kilka pytanek. Niezbyt łatwych, trzeba przyznać.

 1. Postać, którą kiedyś przypominałaś. 
 Aż tak bardzo się nie zmieniłam ale tu pasuje Jamie Sullivan z  "A Walk to Remember".

2. Postać, którą obecnie przypominasz.
 Oczywiście Kłapouchy. Zawsze najbardziej go lubiłam. 



3. Jak myślisz, jaką postać będziesz przypominać w niedalekiej przyszłości?
 Nie miałam zupełnie pomysłu kogo tu umieścić, szukałam inspiracji i zobaczyłam kadr ze "Stowarzyszenia Umarłych Poetów" i już wiedziałam, że musi to być John Keating.

4. Postać, do której podobieństwo napawa Cię dumą.
 Pierwszą postacią o jakiej pomyślałam czytając ten punkt był Bilbo Baggins. Drugą Hermiona.
A trzecią, choć to smutne, Neil Perry, z wspomnianego w poprzednim punkcie filmu.


5. Postać, do której wolałabyś/byś nie być podobny/a.
 Nie ma jednej konkretnej, wolałabym nie przypominać morderców.


6. Postać, z którą dzielisz wiele zalet.
 Najtrafniejszą odpowiedzią jest chyba doktor Watson.


7. Postać, z którą dzielisz wiele wad.
 Uwielbiam "Zakochaną złośnicę" i czasami przypominam Katarinę.

8. Postać, z którą dzielisz pasję i gust.
 Z tego, co wiem, raczej niewiele postaci przyznaje się do oglądania seriali czy chodzenia do kina i życia w takim filmowym świecie, ale kojarzę jedną, która pasjonuje się książkami i do niej mi najbliżej, a jest to Belle.


9. Postać o podobnych poglądach na świat.
Chyba już kiedyś o tym wspominałam: czytając "Gwiazd naszych wina" odkryłam, że jestem jak Augustus.

10. Postać, z którą łączy Cię wiele, choć wydaje się to absurdalne.
Nie do końca wiem jako można definiować absurdalne więc dla mnie będzie to fakt, że łączy mnie wiele i z wieloma postaciami z anime. Na przykład z Yoshino z "Zetsuen no Tempest".

Nieszczególnie się rozpisałam, oczywiście w niektórych punktach nie poprzestałam na jednej postaci, ale pytania były całkiem konkretne więc i odpowiedzi musiały być podobne.

wtorek, 23 lutego 2016

Coś więcej? ("Charlie i fabryka czekolady")

Hello!
Nie wiem w jakim momencie "Charlie i fabryka czekolady" przykuł moją uwagę na tyle, że zaczęłam poważnie zastanawiać się nad ukrytym przekazem zawartym w jego treści. Było to na długo po obejrzeniu filmów, chyba w momencie gdy dowiedziałam się, że istnieje książka. Aby sprawdzić czy faktycznie "Charlie" pokazuje coś więcej trzeba było więc ją przeczytać, co też uczyniłam.
Przy okazji dowiedziałam się, że książka jest lekturą w podstawówce.


Zaczynając czytanie książki, byłam przekonana, że ma ona głębszy sens, ale nie wiedziałam w jaki sposób zostanie on zaznaczony. Trzeba przyznać, że w dość zaskakujący. Książka napisana jest bardzo prostym i przyjemnym, dynamicznym językiem, doskonale oddającym tempo akcji, szczególnie gdy opisywane jest zwiedzanie fabryki. Chociaż mam jedno zastrzeżenie: wyrażenie typu "strasznie cenne" nie powinno pojawić się w tłumaczeniu, to dość potoczny zwrot i choć nie jestem pewna, czy nie jest to jednak celowy zabieg, podkreślający status społeczny osoby wypowiadającej te słowa, to jednak razi w oczy. 

" - Bicze! - rozpłakała się Veruca Salt. - Ale do czego pan używa biczy?
- Do bicia śmietany, rzecz jasna - odpowiedział pan Wonka. - Jak sobie wyobrażasz uzyskanie bitej śmietany bez biczy? Bita śmietana nie jest bitą śmietaną, jeśli się jej porządnie nie zbije. Podobnie jak jajko sadzone nie jest jajkiem sadzonym, póki się go wiosną nie zasadzi w polu."

Ten sens czy też lekcja do nauczenia zawiera się w treści piosenek Umpa-Lumpasów. Muszę przyznać, że byłam lekko zaszokowana, bo są bardzo wymowne, nie owijają w bawełnę, momentami wręcz do granic brutalności, a przecież to książka dla dzieci. Jednak znów zastanawiam się, czy taka dosłowność nie jest specjalna, aby do ludzi lepiej i dokładniej dotarło to, o czym czytają. Roald Dahl piętnuje w książce obżarstwo, łakomstwo, rozpieszczenie, chciwość oraz fakt, że dzieci spędzają za dużo czasu przed telewizorem oraz kilka pomniejszych przywar. Co ważne nauka płynie nie tylko dla dzieci, ale chyba nawet bardziej, dla dorosłych, bo całkiem słusznie, w wielu miejscach podkreślane jest, że rodzice nie mają dla dzieci czasu i na różne sposoby próbują im to zrekompensować.

"Maleńkie twarze rzeczywiście odwróciły się w stronę drzwi i popatrzyły na pana Wonkę.
- No i proszę! - zawołał triumfalnie. - Wyglądają! Nie ma wątpliwości! Te cukierki nie są okrągłe, a wyglądają!" 

Z drugiej strony książkę spokojnie można potraktować jako opowieść o zwiedzaniu fabryki czekolady, bez ukrytego przekazu, a po prostu opowiadającej o faktach, tym co się stało. Tak było i nic z tego nie wynika.

" - O ciotko przenajświętsza! - odpowiedział pan Wonka. - Nie wspominaj przy mnie o tym obrzydlistwie! Czy ty wiesz. z czego robi się płatki śniadaniowe? Z ołówkowych ostróżyn wysypanych ze strugaczek!"


"Mamy ich! Haczyk połknięty!
Teraz, bez dalszej już zachęty 
Przejdą na jasną stronę mocy
I będą czytać we dnie, w nocy,
W domu, w szkole, w parku, w wannie - 
No - będą czytać nieustannie"

niedziela, 21 lutego 2016

Often

Hello!
Dziś anime obejrzane z polecenia brata i jak się okazuje pod pewnymi względami, wszystkie są do siebie dość podobne.


"Ao no exorcist"
Nastoletni Rin dowiaduje się, że jest synem Szatana. Mimo to chłopak postanawia zostać egzorcystą. 
(filmweb.pl)

Ciekawe i całkiem zaskakujące momentami anime. I prawdę powiedziawszy trudno mi coś więcej o nim napisać. Chociaż podobało mi się podobnie jak wszystkie pozostałe. Ale nie było aż tak ładnie narysowane i w sumie niczym niezwykle szczególnym się nie wyróżniało.


"Black Bullet"
W roku 2021, ludzkość została zdziesiątkowana przez epidemię pasożytniczego wirusa, który przemienia zainfekowanych w potwory zwane Gastrea. Ci, którzy przeżyli, zostali zmuszeni do życia w obszarze chronionym przez Monolity, struktury utworzone z Veranium, jedynego metalu mogącego ranić potwory. Wirusem można się zarazić tylko przez płyny ustrojowe, jednak matki mogły przekazać jego geny swojemu dziecku. Tak narodziły się przeklęte dzieci - czerwonookie dziewczęta z wrodzoną odpornością na wirus i nadludzkimi zdolnościami.
W celu walki z Gastrea utworzono wyspecjalizowaną grupę znaną jako Obrona Cywilna. Tworzą się tam pary składające się z Inicjatora, którym jest przeklęte dziecko i Promotora mającego wyszkolić swojego Inicjatora. Po 10 latach do lokalnej jednostki zostaje przypisany Rentarou Satomi, szesnastoletni uczeń Liceum Magata. Wraz ze swoim inicjatorem, Enju Aiharą, rozpoczynają tajną misję, która może uchronić przed zniszczeniem całego Tokio.
(shinden.pl)



Naprawdę cudowne anime, odrobinkę infantylne, ale ciekawe. W sumie jedyną rzeczą, która mi się nie podobała, był fakt, że twórcy często porzucali wątki, nie wyjaśniając ci, albo wycofywali się z jakiś gdy wyraźnie zaczynało robić się zbyt poważnie. Albo pokazywali coś ważnego, ale potem nie potrafili pokazać konsekwencji. Czasami też trochę jak by zapominali, co działo się w poprzednich odcinkach. Po prostu było nieco niedopracowane, ale naprawdę urocze.Chociaż momentami smutne.


"Hataraku Maou-sama!"
 Król Demonów wraz ze swoim sługą trafia do współczesnego Tokio. Pozbawieni magicznych mocy rozpoczynają życie pośród zwykłych śmiertelników. (filmweb.pl) A w ślad za nimi podąża Bohaterka, mająca za zadanie zająć się Królem Demonów, z tym, że podobnie jak on sama także traci moce.
Wyglądają jak ludzie i w świecie ludzi będą musieli zmierzyć się z ludzkimi problemami. Oto seria, w której między innymi zobaczycie, jak potężny władca demonów pracuje w McRoland’s, robiąc najlepsze frytki w okolicy. (shinden.pl)


Najbardziej ze wszystkich argumentów brata przemówił do mnie ten o pracy głównego bohatera w McRoland. A potem się okazało, że to nie taka głupia bajeczka i parodia, jak się wydawało. Poważne też to nie jest, ale na pewno pokazuje, że podział na dobro i zło, wcale nie jest taki oczywisty, jak by się wydawało. We władcy demonów można się zakochać, a jemu samemu bardzo zależy na pracy. Zaskoczyła mnie całkiem przemyślana wewnętrzna budowa tego anime, bo początek i koniec bardzo ładnie ze sobą korespondują.

"Mirai Nikki"
 Psychologiczny thriller, opowiadający historię chłopaka o imieniu Yuki (Misuzu Togashi) - samotnika, stroniącego od ludzi. Jego ulubionym zajęciem jest pisanie pamiętnika w telefonie. Każda notatka jest jednak zapisem obserwacji zachowań ludzi wokół niego. Ponadto Yuki posiada dwóch wyimaginowanych przyjaciół - słodką Muru Muru oraz Boga Czasu i Przestrzeni, Deus Ex Machina. Yuki pewnego dnia przekonuje się o tym, że są oni czymś więcej niż tylko wytworami jego wyobraźni... Co więcej, wpisy w komórkowym pamiętniku Yukiego nagle zaczynają dotyczyć wydarzeń z przyszłości. (shinden.pl)



Dość długo zabierałam się za oglądanie i podchodziłam do "Mirai Nikki" jak pies do jeża. Ale jak już zaczęłam, to nie spodziewałam się tego co zobaczę, chociaż brat ostrzegał i mówił. W sumie jest dość straszne, a thriller psychologiczny to chyba najdokładniejsze słowa jakimi można go opisać.
Główny bohater jest nieco porąbany, ja śledząc jego poczynania non stop zastanawiałam się czy on tak na poważnie, jednak udaje, a może jest zwyczajnie głupi, albo może w drugą stronę: jest tak zdolnym manipulatorem. Nie byłoby tego problemu gdyby nie Yuno jego dziewczyna, chociaż to zdecydowanie bardziej skomplikowana relacja, a ona sama jest po prostu psychiczna. Także nie tylko akcja jest dynamiczna, ale powiązania między postaciami również. Z tym, że, co zaskakujące, zakończenie i odcinek specjalny, pięknie to wszystko, może nie niszczą, ale ujawniają, że z jakiegoś powodu, pewne rzeczy muszą zostać złagodzone. Nie rozumiem dlaczego, skoro twórcy zdecydowali się na tak ciężkie anime, nie udźwignęli tego do końca.


"Yahari Ore no Seishun Love Come wa Machigatteiru"
Anime, które skończyłam oglądać całkiem niedawno temu. A zaczęłam, bo jednocześnie brat mi o nim powiedział, a wcześniej tego samego dnia, sama je sprawdzałam po zobaczeniu jakiegoś obrazka na tumblr. I jest to anime z najdłuższą nazwą, jakie widziałam.

Z nieprzeciętnością często w parze idzie wyobcowanie. Ludzie o odmiennym światopoglądzie, własnej, odbiegającej od reszty tłumu opinii na większość spraw, myślący poza schematami, mają też często kłopoty z odnalezieniem się w społeczeństwie i zdobyciem przyjaciół. Taką osobą zdecydowanie jest główny bohater - Hikigaya Hachiman. Ponadprzeciętnie inteligentny, a jednocześnie leniwy i niesystematyczny, przepełniony cynizmem uczeń liceum o sarkastycznym podejściu niemal do wszystkiego, co go otacza. Gdyby chciał, z pewnością mógłby być popularny i cieszyć się młodością, jednak, jak mawia, nie chce utożsamiać się z "bandą kłamców", czyli, jak twierdzi, tylko udającymi szczęśliwych rówieśnikami. Olewackie podejście do edukacji i integracji sprawia, iż szkolna wychowawczyni zmusza go do dołączenia do klubu ochotników, w którym do tej pory była tylko jedna osoba - chodząca doskonałość skryta za grubą maską pozorów - Yukinoshita Yukino. Razem tworzą duet nie z tej ziemi, a ich przesączone jadem dialogi to istny raj dla fanów potyczek słownych. Jeszcze ciekawiej bywa, gdy od czasu do czasu tej dwójce zdarzy się współpracować pomagając innym, a tym właśnie zajmuje się ich klub. (shinden.pl)




Prawie, prawie utożsamiam się z głównym bohaterem, ale pomimo samotniczego trybu życia, jednak jest parę istotnych kwestii, w których się różnimy. Natomiast bohaterka jest ciekawą postacią jednak momentami niesamowicie irytującą. W sumie często jest tak, że i ona i on robią/mówią coś podobnego, ale jemu się obrywa, a jej nie. Śledzenie losów tej niezwykłej pary jest jednak zaskakująco ciekawe.

Trzymajcie się, M