piątek, 10 czerwca 2016

"Pani Noc" - miłość i inne choroby

Hello!
Komentarzowe szaleństwo pod ostatnim postem było dla mnie sporym zaskoczeniem, ale jednocześnie dostałam tylko jeden głos na temat tego, które cytaty z "Pani Noc" mają ukazać się jako pierwsze. Taki sposobem te o miłości są pierwsze. Znalazły się tu też takie, które są ważne, poważne i nie pasowały do pozostałych 3 kategorii.

Limitowane wydanie, tylko 1000 kopii, są na świecie szczęściarze, którzy je posiadają. Zastanawiam się, czy nie "pobawić się" jak w przypadku "Darów" i "Diabelskich maszyn" w poszukiwanie okładek "Pani Noc" z różnych stron świata.

> " - Przybyłem do Los Angeles, by przywrócić miłość. - Fiołkowe oczy Malcolma przepełniała żałoba. - Wszystkie największe filmy są o miłości: miłości utraconej, znalezionej, zniszczonej, odzyskanej, kupionej, sprzedanej, umierającej i rodzącej się. Uwielbiam kino, kłopot tylko w tym, że kino zapomniało, czym jest. Eksplozje, efekty specjalne... Nie ma tym to polegało, kiedy zaczynałem się nim interesować. Wtedy ważniejsze było zapalenie papierosa w taki sposób, żeby wyglądał jak ogień z nieba, i rozpalenie kobiety w taki sposób, żeby wyglądała jak anioł. - Westchnął ciężko. - Przybyłem, żeby wskrzesić prawdziwą miłość."

> "Emma się roześmiała, czując ustępujące napięcie. Clary i Jace byli instytucją. Legenda. Musieli być razem."

> "W oczach bliskich, kiedy patrzyli na Juliana, była miłość, a także troska i lęk, ale Emma zastanawiała się, czy on to dostrzegał. Czy widział tylko dzieci, dla których tak wiele poświęcił, a które były szczęśliwe z kimś innym. Czy tak jak ona patrzył na kuchnię i przypominał sobie, jak uczył się ją sprzątać kiedy miał dwanaście lat. (...) I zrobiłby to znowu, pomyślała Emma. Oczywiście, że tak - kochał ich gorąco. Jednym co sprawiało, że Julian się wściekał, był lęk o siostry i braci." 

> "W tej chwili bezruchu Emma spojrzała wprost na Julesa i zobaczyła, że on patrzy na nią. Wypełniła ją duma. To był jej Julian. Wrażliwy chłopiec o wrażliwej duszy, ale w każdej duszy kryje się jej przeciwieństwo, a przeciwieństwem wrażliwości była bezwzględność - przepiękne szczątki miłosierdzia."

> " - Powiedział, że jesteś łagodny - odpowiedział Kieran. - Że jesteś najłagodniejszą osobą, jaką zna, - Uśmiechnął się. Kiedy się uśmiechał, jego twarz była ucieleśnieniem lodowatego piękna, jak krystaliczna powierzchnia szronu. - Nie jesteś łagodny. Masz bezwzględne serce."

> "- Pozwól, że przed śmiercią wyjawię ci prawdę. To sekret Nefilim. Oni nienawidzą miłości, ludzkiej miłości, bo urodzili się aniołami. I chociaż Bóg powierzył aniołom opiekę nad ludźmi, anioły zostały stworzone pierwsze i zawsze nienawidziły drugiego dzieła Boga. To dlatego Lucyfer upadł. (...) Miłość to słabość ludzkich istot i anioły pogardzają nimi z jej powodu. Clave także pogardza miłością i dlatego ją karze."

> " - I kocham cię. Jesteś wszystkim, co kocham na tej ziemi i pod tym niebem. (...) Gwiazdy zgasną, zanim cię zapomnę Marku Blackthornie."

> "Arthur gwałtownie odniósł głowę i spojrzał na niego całkiem przytomnym wzrokiem.
-Dobry z ciebie chłopiec - powiedział. - Ale w ostatecznym rozrachunku to ci nie pomoże."

> " - Przestań.
- Nie przestanę. Lubię szczęśliwe zakończenia.
- To nie jest historia miłosna, Malcolmie - wycedził Julian przez zęby.
- Każda historia jest historią miłosną."

> "Mapy trzymano w masywnej skrzyni ozdobionej herbem rodu Blackthornów (ciernistym pierścieniem) i opatrzonej rodzinnym mottem: Lex malla, lex nulla.
Złe prawo to nie prawo."

 LOVE, M 

środa, 8 czerwca 2016

Miłość i zemsta ("Pani Noc")

Hello!
Znacie to uczucie, gdy bardzo chcecie, z różnych powodów, aby czytana książka czy oglądany film bardzo się Wam spodobał, a on za żadne skarby świata nie może Was przekonać? Właśnie tak mam z "Panią Noc". Co jest dość zaskakujące, bo moja miłość do świata Nocnych Łowców jest powszechnie znana i byłam pewna, że nowa seria przypadnie mi do gustu. A, niestety, podoba mi się bardzo średnio.


Zanim zaczęłam pisać przeczytałam "Panią Noc" dwa razy w nadziei, że może przy kolejnym czytaniu historia bardziej przypadnie mi do gustu, ale to się nie stało. Zastanawiam się jak wielki wpływ ma na to jej długość - 800 stron to nie byle co. Z jednej strony, podzielenie tego na dwa tomy byłoby bardzo praktycznym pomysłem, z drugiej w fabule nie ma takiego miejsca, w którym można by ją uciąć z sensem i tak, aby czytelnik od razu miał ochotę sięgnąć po kolejny tom. Chociaż trzeba przyznać, że tak gdzie trzeba jest całkiem zaskakująca.

Dzieje się dużo, nawet bardzo i nie jestem pewna, czy książka nie cierpi na syndrom "co za dużo, to niezdrowo", bo nie jest to wcale tak łatwo rozstrzygnąć. Sam główny wątek - szukanie zabójcy rodziców Emmy jest obudowany, mniejszymi wątkami; do tego oczywiście dołącza romans; i nie wolno zapominać, że Jules ma 4 młodszego rodzeństwa, które czynnie uczestniczy w śledztwie, ale ma także swoje pomniejsze sprawy; ale Jules ma także starszego brata, z którym są związane co najmniej jeszcze 2 dodatkowe wątki, a to i tak jeszcze nie wszystko. W tle pojawia się także Jem i Tessa z mechanicznej serii. Taka uwaga na marginesie - choć Cassandra Clare przypomina sporo podstawowej wiedzy ze świata Nocnych Łowców w pierwszych rozdziałach książki, to zabieranie się za jej czytanie bez znajomości "Darów Anioła" i "Diabelskich maszyn" mija się z celem. Clary i Jace się pojawiają, podobnie jak Magnus, a dołączone do tomu opowiadanie dotyczy zaręczyn Simona i Izabelle i jest bardzo miłym dodatkiem.

Jak widać na załączonym obrazku, choć według mnie zdecydowanie druga połowa, a nawet tak 1/3 od końca jest lepsza, to więcej ciekawych cytatów znajduje się w pierwszej części książki. Choć akcja faluje i bardzo to czuć czytając, to właśnie pod koniec już mamy raczej ciągłe napięcie bez jakiś większych chwil na refleksję. Oczywiście mamy imprezę, chociaż lepszym określeniem byłby bal, bez tego książki Cassandry obejść się nie mogą, ale wybaczam, bo wydarzenia w Teatrze Nocy są bardzo intensywne na różnych poziomach akcji.

Pora przejść do mojej ulubionej części, czyli bohaterów i zaczniemy od tego, którego nie lubię najbardziej, czyli Cristiny. Nie rozumiem o co została tam wciśnięta, chociaż doskonale to wiem - Emma po prostu musiała mieć przyjaciółkę i nie było skąd jej wytrzasnąć. I być może bym ją nawet przeżyła, gdyby nie rozwijanie jej osobistego wątku. Ta książka i tak ma 800 stron, a z historii Cristiny byłoby naprawdę dobre opowiadanie.

Próbuję napisać bezspoilerowo więc: na drugim planie niepokojąco szybko rozwija się zainteresowanie romantyczne dwójki postaci. Prawie, prawie się pocałowali. Ale w tym momencie przybyła postać numer 3. Postać numer jeden powiedziała postaci numer 2, żeby sobie poszła, a on załatwi sprawę więc postać numer jeden i numer 3 zostały same i BUM całują się. Obie postaci to mężczyźni. I tak, fakt, że chłopcy się całują nie jest aż taki zaskakujący, ale kontekst sytuacji i późniejszy rozwój tego wątku jest jednym z najciekawszych i najbardziej poruszających w całej książce.

Jules i spółka. Uwielbiam tę rodzinę i jak tylko rozpoczynały się przemyślenia Juliana na temat braci i sióstr, to nie mogłam się nie wzruszać. To jak on jest oddany tym dzieciom i to jak jest to opisane w książce to coś niesamowitego. Jedne z najlepszych fragmentów książki dotyczą odpowiedzialności Juliana i wszystkiego tego co się z nią wiąże, zarówno z dobrej jak i złej strony. Jak tylko zaczynał się ten temat to miałam takie: ja tam pójdę, zajmę się tymi dziećmi, a ty idź i sobie odpocznij, bo długo już tak nie pociągniesz. Każde z Blackthornów ma swoje pięć minut, chociaż Mark z wiadomych powodów trochę więcej, a także sporo miejsca poświęcone jest Tiberiusowi, który jest jedną z najciekawszych postaci w całym świecie Nocnych Łowców i jestem bardzo, bardzo ciekawa co się będzie z nim działo.

Przez mniej więcej pół książki Emma jest ślepa na uczucia Julesa, bardziej niż była ślepa Clary na Simona, a sytuacja jest tym zabawniejsza, że po pierwsze Emma też kocha Juliana, tylko dużo później to sobie uświadamia, natomiast Jules kocha Emmę ogromnie. Ale już w drugiej połowie książki jest już zupełnie co innego i autorka szaleje. Wiem, że tematy miłości parabatai bardzo intrygowały fanów książki praktycznie od pierwszego tomu Darów więc eksploracja tych zagadnień jest wielce fascynująca. I chociaż autorka naprawdę szaleje już w pierwszym tomie i kręci, to obie poprzednie serie kończą się dobrze więc ciekawe jak rozwiąże się ta sytuacja.

Pierwszy tom "Mrocznych intryg" jednocześnie wyjaśnia wątek, który przypuszczałam, że będzie się ciągnął przez całą serię i rozpoczyna nowy. Czuję w tej historii ogromy potencjał i naprawdę, naprawdę wierzę, że kolejne tomy będą podobać mi się bardziej niż ten. Ale jednocześnie obawiam się, że może być w nich jeszcze więcej naładowane niż w tej. Premiera kolejnej części w kwietniu. Ale mam w zanadrzu 4 (nawiązania do Sherlocka Holmesa, do popkultury, o miłości i poważne, oraz śmieszne - które chcecie najpierw?) posty z cytatami z tej książki, więc szybko o niej nie zapomnimy. 

LOVE, M 

poniedziałek, 6 czerwca 2016

ZOO Gdańsk

 Hello!
Wiecie co robią poważni studenci zarządzania instytucjami artystycznymi (ZIA) z okazji Dnia Dziecka? Idą do zoo!
Z powyższego stwierdzenia tylko określenie 'poważni' nie jest prawdziwe, bo sami siebie określiliśmy ZIArtownisiami. Nie wiem, czy tylko nasz rocznik jest taki kreatywny, czy wyższe też mają takie poczucie humoru. W każdym razie zapraszam na mini relację.

Odwiedzających witają żółwie. Na pewno już gdzieś pisałam, że to jedne z moich ulubionych zwierzątek. 

Jeśli się dobrze przyjrzycie to na tym zdjęciu zobaczycie żyrafy.


Pelikany same się dookreślają. 




Kot arabski zrobił furorę. Spędziliśmy przy nim jakieś 10 minut z ogromnym entuzjazmem robiąc zdjęcia i zachwycając się nieustannie. Po czym teraz okazało się, że ze wszystkich moich zdjęć tylko to jedno wyszło w miarę.


Mam słabość do robienia zdjęć ścieżkom, przejściom, tunelom i ładnym chodnikom. 


Tu nie musicie się przyglądać, żyrafy widać od razu. Mam nadzieję. 


 Białe w czarne paski, czy czarne w białe paski? Nigdy nie pamiętam.


Przy surykatkach spędziliśmy jeszcze więcej czasu niż przy kocie. Bo a) było ich więcej; b) zachowywały się bardzo tak jakby chciały uciec, między innymi wspinały się na jakiś krzak albo biedne drapały szybki i biegały dookoła wybiegu.



Prawie artystyczne zdjęcie żółwi. Niestety robienie zdjęć przez szyby w dziwnie oświetlonych miejscach raczej nie sprawia, że są one dobrej jakości.


Trafiliśmy na czas karmienia pingwinów. Podobno ulubioną rozrywką dzieci jest obstawianie, które z nich najlepiej odpowiadają bohaterom "Pingwinów z Madagaskaru", ale niestety nie byliśmy świadkami takiej rozmowy.


Być może przy tych zwierzątkach spłynęło na mnie oświecenie, ale nie wiem, bo robiłam zdjęcia w okularach przeciwsłonecznych.


Prawie jak misie z bajki.


A to chyba najładniejsze zdjęcie jakie udało mi się zrobić. Zupełnie niezaskakujące jest to, że wcale nie przedstawia zwierząt. 

Spędziliśmy tam około godzin i wcale nie było tego czuć, chociaż wracaliśmy umęczeni jak mało kiedy. Mnie noga boli do tej pory, chyba trochę za bardzo zaszalałam, ale było warto. 

LOVE, M

sobota, 4 czerwca 2016

"Kore Wa Zombie desu ka?" & "Strike the Blood"

Hello!
Gdybym miała wybierać najdziwniejsze anime jakie widziałam oto zwycięzca. Tym bardziej, że zupełnie się tego nie spodziewałam, bo zaczęłam je oglądać, ponieważ natknęłam się na wzmianki o nim w czasie szukania informacji do notki o Szekspirze w anime.

Kore Wa Zombie desu ka?
Aikawa Ayumu jest na pozór zwykłym licealistą, lubiącym swoje spokojne i dosyć samotne życie. Pewnej nocy zostaje zabity przez seryjnego mordercę, jednak zamiast umrzeć, zostaje przywrócony do życia przez nekromantkę Eucliwood Hellscythe i staje się zombie. Gdyby tego było jeszcze mało, podczas jednego z nocnych spacerów po cmentarzu natrafia na znającą magię, niezwykle energiczną Masou Shoujo Harunę, walczącą z ogromnym niedźwiedziem, która później z niewyjaśnionego powodu traci swoją moc i zmuszona jest zamieszkać z chłopakiem do rozwiązania tego problemu. Wkrótce do wesołej gromadki dołącza jeszcze więcej nietypowych postaci, w tym wampiry-ninja. (shinden.pl)

Z jakiś przyczyn zbiór podpisów: komedia, akcja, harem, ecchi, nadprzyrodzone oraz ninja, wampiry i zombie, podobnie z resztą jak opis, który tak naprawdę przeczytałam dokładnie dopiero teraz, nie przykuły mojej uwagi, tylko zaczęłam oglądać to bez przygotowania. Pierwsze co mnie uderzyło to fakt, że to nie jest anime dla dzieci choć mogłoby się wydawać. Jak ma się lać krew to się leje, a ponieważ nasz bohater jest zombie, co sprawia, że szybko się zrasta, nie ma problemu z narażaniem swojego ciała na różne sytuacje. I druga sprawa to ecchi więc produkcja dla chłopców. Chociaż kłóci się to z tym, że główny bohater, ponieważ posiadł moc Haruny, przemienia się (oczywiście jest do tego specjalna sekwencja) w wojowniczkę, w różowej sukience i z kokardą we włosach, itp. Ale anime ogląda się zaskakująco przyjemnie i postaci są całkiem sympatyczne. I chociaż momentami jest kompletnie niedorzeczne to także urocze. Jakoś się te lepsze i gorsze aspekty wyrównują. To cudo ma 2 sezony, ale drugi jest słaby, a gdyby ktoś przejmował się fabułą to ona potrzebuje trzeciego.

Ponadto po obejrzeniu tych 22 odcinków doszłam do wniosku, że jednak niewiele ma to wspólnego z Szekspirem i chyba coś źle przeczytałam i postanowiłam sprawdzić to raz jeszcze. I faktycznie. W czasie wyszukiwania zamiast całego tytułu "King of the Night" znalazłam tak nazwaną postać i poszłam tym tropem. I zostałam wyprowadzona w pole bardziej niż się spodziewałam, bo jest to owszem serial, ale taki zupełnie normalny, nie animowany. Oglądała nie będę, ale opis fabuły wiele wyjaśnia: "Ryosuke Matoba is a passionate guy who works at the prestigious nightclub for women, “Romeo,” in Kabuki-cho, Shinjuku. His only goal is to become the #1 “host” there. In reality though, most of the time he serves as the assistant to other hosts. What’s worse, his sales figures are always the lowest. Still, his pure-hearted and honest personality helps comfort the emotionally hamstrung women who come to the club. Will Ryosuke be able to conquer the city that never sleeps and become the yaoh (king of the night)? This is the story of young hosts working in a nightclub for women in the neon-blazing Kabuki-cho. Every week, Ryosuke comes across female customers with interesting episodes and clashes with Seiya - currently ranking #1 in Romeo - and his group" 

Strike the Blood
Czwarty Przodek to najsilniejszy wampir świata, który powinien istnieć tylko w legendach. Powinien. Z jakiegoś powodu ten tajemniczy wampir pojawił się w Japonii w towarzystwie dwunastu siejących nieszczęścia Kenjuu. Obserwować oraz w razie czego zlikwidować Czwartego Przodka – zadanie to rząd, na czele z Królem Lwem, przydziela magowi bojowemu znanemu jako Miecz Szamana. Jednakże nie wiadomo dlaczego, ale do misji zostaje wyznaczona uczennica Miecza Szamana, Yukina Himegari. Dzierżąc w dłoniach najsilniejszą broń przeciw-przodkom, duchową włócznię, dziewczyna dociera do Dzielnicy Demonów w mieście Itogami. Jaka jednak jest prawdziwa tożsamość Czwartego Przodka, a raczej Kojou Akatsukiego, którego tam niespodziewanie spotyka? (shinden.pl)


Zaczęłam oglądać to anime w ramach szukania materiału do innej notki, ale okazało się zbyt podobne do opisywanego powyżej (aż sprawdziłam czy przypadkiem to samo studio nie jest odpowiedzialne za oba tytuły, ale nie) i zbyt mało interesujące w kontekście tematu tej drugiej notki, że postanowiłam umieścić je tutaj.

Główny bohater jest wampirem otoczonym przez dziewczyny, a jakże (tak się kończy jak się nie czyta dokładnie otagowania tytułów i nie zauważ się słowa harem), i pakuje się w kłopoty, oczywiście przypadkowo, on chciałby tylko żyć sobie w spokoju, ale niestety jest zbyt ważny. I niestety te jego 'przygody' od niechcenia nie są aż tak ciekawe. Tytuł opisywany powyżej był niedorzeczny i zabawny, a ten niestety nudzi. Do tego stopnia, że w trakcie oglądania 10 odcina włączyłam 24 aby sprawdzić, czy bohater będzie z dziewczyną, z którą chciałam aby był, bo tylko ta kwestia jakoś mnie zajmowała. I niestety się rozczarowałam, choć anime postanowiłam dokończyć. Nie było takie złe, ale okropnie przewidywalne.


PS. Nie zapisałam tytułu tego anime, nie zaznaczyłam na filmwebie, że go obejrzałam i potem szukałam go 15 minut. Ja mam słabą pamięć, ale czasami aż mnie samą przeraża.
PPS. Anime dostanie odcinek OVA. Prawdę powiedziawszy nie wiem czemu, bo to anime prawie nie ma fanów, albo ja się na nich nie natknęłam. Musiałam szukać obrazków na pintereście, bo tumblr był praktycznie pusty.

Pozdrawiam, M

czwartek, 2 czerwca 2016

8

Hello!
Przy okazji kwietniowej ankiety blogowej pojawiły się głosy, abym napisała coś więcej o sobie. Niniejszym spełniam to życzenie.
A tak dla uzupełnienia, bardzo chętnie odpowiadam na wszelkiego rodzaju nominacje i tagi, i z nich można się sporo dowiedzieć, ale dzisiejsza notka będzie nieco bardziej osobista. To znaczy, że gdybyście znali mnie osobiście, pewnie o większość rzeczy, o których piszę przekonalibyście się na własnej skórze, ale ponieważ 'znamy się tylko z widzenia' nie macie takiej okazji.

Zdziwieni? Sprawdźcie punkt 8.

1. Jestem nieśmiałym introwertykiem (chociaż być może bliżej mi jednak do ambiwersji) i prawdopodobnie mam jakąś lekką formę fobii społecznej. Takie połączenie nie ułatwia życia. Ponadto nie znoszę, gdy ktoś twierdzi, że nieśmiałość to choroba i trzeba ją leczyć.To taka sama cecha charakteru jak każda inna i, owszem, dla lepszego funkcjonowania w społeczeństwie warto nad nią pracować, ale słowo 'leczenie' nie jest tu adekwatne. Ale to zupełnie inny temat. Poza tym uwielbiam robić internetowe testy psychologiczne, w których okazuje się, że coś jest ze mną nie tak, a potem śmieję się z tego z mamą.

2. To może łączyć się z punktem poprzednim. Gdy muszę załatwić coś emailem 2 dni zajmuje mi napisanie go, a 5 sprawdzenie odpowiedzi. Chociaż ostatnio wszystkie odpowiedzi są pozytywne, nie znoszę ich czytać.

3. Chyba jeszcze o tym nie wspominałam: oprócz standardowej pary dziurek w uszach, w lewym mam 3 dodatkowe. Pierwszą zrobiła mi D. na koloniach 5 lat temu, dwóch kolejnych także się dorobiłam na koloniach, ale rok później. Jedną zrobiła mi koleżanka, trzecią zrobiłam sama. A niedawno dorobiłabym się kolejnej, bo zakładając kolczyki nie trafiłam tam gdzie trzeba i zraniłam sobie ucho, krew leciała tak bardzo, że musiałam nakleić plaster. Ponadto kiedyś chciałam mieć kolczyk w brwi, był to zamiar nawet poważny, ale nie został zrealizowany.

4. Czasami żartuję w taki sposób, że wypowiadam pewne uwagi w bardzo, bardzo poważny sposób, a gdy mówię na serio, to się śmieję. Niezbyt wielu ludzi szybko to łapie, przez co często dochodzi do pewnych nieporozumień. Ostatnio jeden z kolegów na studiach stwierdził, że chyba musiał mi coś zrobić i trzymał się na dystans prawie dwa tygodnie, dopóki Mart nie wyjaśniła całej sytuacji.

5. Nie wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia. To znaczy, ktoś może się komuś spodobać na pierwszy rzut oka (tę myśl jeszcze rozwinę), ale bliżej mi do stwierdzenia 'najpierw przyjaźń, potem miłość'.

6. Kontynuując punkt poprzedni. Te rzut oka i wiesz, że ktoś ci się podoba. W moim wypadku działa to najczęściej tak, że nawet nie mam ochoty poznawać osoby, która wydała mi się interesująca, tylko pozachowywać się jak gimnazjalistka, powzdychać z ukrycia. Idealne określenie: obiekt westchnień. Niczego więcej nie trzeba. Świetnie się to sprawdza nie tylko w odniesieniu do aktorów.

7. Czasami wydaje mi się, że mam lęk wysokości, a jednocześnie ciągnie mnie na wszelkie punkty widokowe i miejsca skąd można popatrzeć na miasto z góry. To nawet nie musi być jakaś szczególna wysokość, mogą być nawet mury GTSu. Mam plan, aby w najbliższym czasie wybrać się na dach Europejskiego Centrum Solidarności.

8. Uwielbiam fryzurę, którą ktoś gdzieś nazwał wiedźmińskim supełkiem bądź węzełkiem. I nie wiem, czy podoba mi się bardziej jej nazwa, czy to jak bardzo jest wygodna, ładna i praktyczna. A zasadniczo jest kucyk lub koczek (wtedy to węzełek)..... a z resztą, jaki wiedźmin jest każdy widzi na górze. Ale  mam krótkie i ciemne włosy więc czasami zdarza mi się też udawać Królewnę Śnieżkę.

Chciałam napisać 10, ale nie będę się zmuszać, za to dodam link do cudownego wpisu Riennahery - "Jesteś ponurakiem? Nic nie szkodzi." 
Jeśli mielibyście jakieś bardziej konkretne pytania, to śmiało piszcie w komentarzach.

Trzymajcie się, M

wtorek, 31 maja 2016

Przedsiębiorców kinowych upadki i wzloty ("Dwóch panów z branży")

Hello!
Alfred Hitchcock powiedział: "Film to życie, z którego wymazano plamy nudy". "Dwóch panów z branży" to książka napisana według tego zdania. 

Wcale nie obłożyłam książki dziejącej się na początku XX wieku, karteczkami z całkiem nowych filmów superbohaterskich.

Pożar, kobiety, porwania i inspektorzy podatkowi. To nie fabuła powieści gangsterskiej, to historia dwóch niedoszłych prawników – Polaka i Żyda, którzy po wyrzuceniu ze studiów uznali, że założenie kina będzie dobrym pomysłem.
Czy da się jednak prowadzić spokojny i rentowny biznes w międzywojennej Warszawie, kiedy w tle rozgrywa się wielka historia? Mimo przeciwności losu dwójka bohaterów ma tylko jeden wspólny cel – nie zbankrutować.

Książka Katarzyny Czajki to fascynująca, utrzymana w klimacie retro, okraszona sporą dawką bezpretensjonalnego humoru opowieść o przyjaźni, historii i magii wielkiego ekranu.

Akcja książki rozpoczyna się w 1909, o czym bardzo ładnie informują czytelnika plansze w kształcie klapsów filmowych. A mniejsze oddzielają poszczególne fragmenty dziejące się w danym roku. Fabuła przeskakuje do przodu najczęściej o mniej więcej 3 lata i są o nieco za długie odstępy. W książce prawie nie czuć upływającego czasu, a z drugiej strony im bliżej końca tym robi się lepsza, choć bardziej niepokojąca. Nieubłaganie zbliżamy się do 1939 roku i fakty historyczne zaczynają coraz bardziej doskwierać bohaterom. 

 Jedna informacja o "nowoczesnych lampach" na stronie zdecydowanie wystarczy.

Przez większą cześć książki spoglądamy na wydarzenia oczami Adama, ale szczególnie na początku, opisy są tak sugestywne jakbyśmy mieli do czynienia z narratorem wszechwiedzącym. Nawet się zaczynałam obawiać, że ta tendencja się utrzyma, ale później wpadamy w wir wydarzeń i na tego typu detale nie ma czasu. Co nie znaczy, że nie ma innych szczegółów, bo tych jest całkiem sporo. 
Muszę przyznać, że choć pomiędzy narracją z punktu wiedzenia Adama i Mariana nie ma kolosalnej różnicy, to jednak lepiej czytało mi się fragment (bo to mniej niż 1/3 książki) gdzie czytelnik siedzi w głowie Mariana. Z jakiegoś powodu przyjemniej patrzy się na świat jego oczyma.

Jednym z pierwszych określeń jakie przyszło mi do głowy, gdy czytałam "Dwóch panów z branży" było: błyskotliwa. Przede wszystkim rozmowy pomiędzy głównymi bohaterami, które często były też nad wyraz zabawne. Cudne są rozmowy na temat repertuaru. Panowie debatują 2 strony czy dany tytuł się dobrze sprzeda, a czytelnik musi się sam domyślić o jaki film chodzi, bo tytuł pada w ostatnim zdaniu. Nie spodziewałam się też, że czytanie kontrolach pożarowych, pożarach, na których nasi bohaterowie się niczego nie uczą czy próbach nie zbankrutowania może być tak ciekawe. Chociaż fragmentaryczność książki trochę doskwiera.

Kinowi przedsiębiorcy - oprócz przygód z kontrolami wszelkiej maści - mają także rodziny. Szczególnie (nadużywam dziś tego słowa) ważny jest wątek ojców obu panów, którzy sami będąc prawnikami, tego samego oczekiwali od synów. Jeden z najbardziej wzruszających momentów w książce to fragment gdzie jeden z ojców godzi się z faktem, że jego syn ma kino. Adam i Marian mają także żony i dzieci, i te postaci umiejętnie trzymają się drugiego planu, tak, że ich obecność jest wyraźna i ważna, ale wszyscy wiemy, że kino jest najważniejsze.
Z pewnych powodów zaintrygowało mnie nazwisko jednego z bohaterów.

Gdy dotarłam mniej więcej do 1933 roku, a potem 1938 czytanie stawało się coraz trudniejsze. Choć jak wspominałam wyżej im dalej tym książka robi się lepsza. Ale historia i te lata bardzo ciążą. Bardzo chce się dowiedzieć co będzie dalej, ale czytelnika bardzo się tego obawia. Kończy się to tym, że czyta się fragment z danego roku, odkłada książkę, parzy ile zostało, myśli ile jeszcze można powiedzmy bezpiecznie przeczytać, dociera do kolejnego roku i znów odkłada, bo historia kroczy za nim, a potem czyta dalej. Fabuła nie obejmuje czasu II wojny światowej, nasi bohaterowie spotykają się już po niej. Nie muszę dodawać, że ostatni rozdział przeczytałam płacząc. 

Słuchałam wywiadu, gdzie autorka przyznaje się, że ma pomysł na kontynuację. Tak. Bardzo proszę. 

LOVE, M

piątek, 27 maja 2016

Myszyniec - Boże Ciało 2016

Hello!
Wczoraj na facebooku bloga było wyjątkowo cicho, a normalnie dzieje się tam zaskakująco dużo (naprawdę, sama się nie spodziewałam, że będę potrafiła opublikować tam 4 rzeczy dziennie), bo byłam w Myszyńcu na procesji Bożego Ciała. Dziś więc pokazuję zdjęcia. Chciałam zrobić nieco lepszą relację, ale było naprawdę bardzo dużo ludzi, poruszanie się pomiędzy nimi było trudne i tak, a dodatkowo ja nadal chodzę w stabilizatorze (i jeszcze trochę pochodzę). Mam pewien pomysł jak to zrobić lepiej w przyszłym roku.
A zdjęcia z Myszyńca były też w jednej z najpierwszych notek na blogu. Tak mi się przypomniało.



LOVE, M

środa, 25 maja 2016

Banał ("Teatr odtrąconych poetów")

Hello!
Każdy z nas ma swoje dziwactwa, mniejsze, większe, a którymi musi się mierzyć na co dzień. Bohaterka książki "Teatr odtrąconych poetów" ma nerwicę natręctw i ataki paniki, i próbuje z tym żyć.


Każdy pragnie akceptacji.
Ale jak być zaakceptowanym, jeśli jest się innym? Jeśli nie akceptuje się samego siebie?
Sam ma 16 lat, robi sobie mistrzowski makijaż i jest jak inne dziewczyny w liceum.
Samanta cierpi na ataki paniki i natręctwo myśli.
Sam bardzo zależy na jej popularnych przyjaciółkach, bez których nie wyobraża sobie życia.
Samanta bezpiecznie czuje się tylko w basenie, podczas samotnego treningu.
Sam i Samanta to ta sama dziewczyna.
Swoje problemy ukrywa, żeby nie być samotną w szkole. Jej życie zmienia się, gdy trafi a do Teatru Poetów w piwnicy szkoły, w którym spotykają się niedopasowani, ignorowani albo odrzucani przez innych uczniów. Znajduje ciepło i akceptację. A nawet uczucie. Ale wtedy zdarza się coś, co każe jej nie ufać sobie…

Teatr odtrąconych poetów to opowieść o odmienności. Młodzi bohaterowie naznaczeni chorobą, wyglądem, pochodzeniem, przeżytą tragedią czy nadmierną wrażliwością zmagają się z samotnością i odrzuceniem przez rówieśników. Nie akceptują siebie i czują, że świat nie akceptuje ich. Mimo to szukają swojego miejsca i… je znajdują.

Prawie nie czytam młodzieżowych powieści obyczajowych, a dzięki tej książce przekonałam się, że szybko więcej czytać nie zacznę. Opis sugeruje, że może być to bardzo ciekawa opowieść i nawet całkiem poważna. Nic z tych rzeczy. Naprawdę, pomijając obsesję bohaterki na punkcie trójki, niewiele jest powiedziane o objawach jej choroby, bo sytuacje, w których zaczyna się denerwować i ich opisy, nie odbiegają od normy, tego co może stres wywołać. Chociaż istotną postacią jest psychiatra Sam - Sue i sesje terapeutyczne, być może to nawet najciekawszy wątek całej książki.

Oprócz swojej choroby i obsesji na punkcie tego, by nikt się o niej nie dowiedział, Sam nie ma charakteru, a w sumie to sensem tej książki jest stworzenie go. Bohaterce pomaga w tym nowa przyjaciółka - Caroline i to chyba najbardziej zaskakujący element książki, ale nawet po pewnym wydarzeniu, wszystko wraca do stanu poprzedniego więc... po co to było.

Ten tytuł to naprawdę ogromny banał. Od pierwszego pojawienia się AJ wiadomo, że Sam z nim będzie. I nawet nie jest to spoiler, to jest tak oczywiste, że bardziej się nie da, to musiało się tak skończyć innego wyjścia nie było. Po drodze jest mały dramat, ale, tak jak w przypadku Caroline, wszystko się jakoś układa. Druga ciekawa kwestia, że Sam jest wyjątkowo napalona. Wybaczcie kolokwializm, nie potrafię znaleźć lepszego słowa. Nic tylko myśli o pocałunkach i zastanawia się nad innymi romantycznymi rzeczami (to natomiast są lekkie eufemizmy). Między innymi dołeczkami AJ. Sama mam dołeczki (tak jakby ktoś miał wątpliwości: chodzi o takie w policzkach, które pojawiają się przy uśmiechaniu), czuję mentalny związek ze wszystkimi osobami, które też je mają, ale nie potrzebuję być informowana co trzy strony, że bohater też je ma.

Poza tym książka jest porównywana do "Stowarzyszenia Umarłych Poetów", albo może lepiej stawiana obok tego tytułu. I jedna, i druga rzecz, to ogromna ujma, oczywiście dla Stowarzyszenia . Przykładać tak banalną, przewidywalną i zupełnie nieporuszającą historię do tego, co zostało przedstawione w Stowarzyszeniu to hańba. Ale, ale angielski tytuł to: "Every last word", który nie tylko ma nieco więcej sensu niż polski, ale także nie ma jednoznacznych konotacji ze "Stowarzyszeniem Umarłych Poetów". To chyba wydawnictwo chciało coś osiągnąć tłumacząc, a w zasadzie nadając taki a nie inny tytuł.

Narracja prowadzona jest pierwszoosobowo i cała książka jest bardzo Samocentryczna. Zasadniczo tam nie ma drugiego planu, tylko od razu przechodzimy do trzeciego. Szalona Ósemka, czyli niby najlepsze przyjaciółki bohaterki są wyjęte ze stereotypu, tak bardzo, że czytanie o nich boli, podobnie jak Poeci, którzy oryginalnością także nie grzeszą i każdego można opisać jednym określeniem. Kwestia poezji jest dość sztucznie stawiana na piedestale i chyba nikogo nie zaskoczy, że wiersze bohaterów w dużej większości są naprawdę słabe. Poza tym nie ma ich aż tak wiele, ile można by się spodziewać. W sumie jest ich bardzo niewiele.

Nie jestem pewna, ale nie będę sprawdzać, bo nie będę czytać całej książki jeszcze raz, ale wydaje mi się, że autorka w trakcie historii pokręciła coś z datami i tym kto Teatr Poetów zakładał. Ogólnie w książce jest kilka błędów typu: nie ma kreseczki nad ó i tym podobnych. Jest to nieco irytujące, ale niedopracowana forma pasuje do banalnej treści.

Pozdrawiam, M

poniedziałek, 23 maja 2016

O pragnieniach szczęścia ("Księżniczka Kaguya")

Hello!
Ciąg dalszy odkrywania niesamowitych animacji studia Ghibli. Dziś chyba najbardziej niezwykła "Księżniczka Kaguya". Film powstał na podstawie legendy o zbieraczu bambusa - wikipedia dostarcza bardzo ciekawych informacji - a reżyserował go Isao Takahata.


Zbieracz bambusa znajduje w jednej z łodyg mikroskopijną dziewczynkę i zabiera ją do domu. Z żoną postanawiają ją wychować jak własne dziecko. Dziewczyna rośnie jak na drożdżach, bawi się z dziećmi i jest nad wyraz ciekawa świata. W jakiś czas potem jej tata znajduje w bambusie szaty i złoto. Myśląc, że to znak z niebios, aby dziewczynkę wychować po królewsku, postanawia kupić dom w stolicy, zatrudnić nauczycielkę i rozpocząć bogate życie. Choć Kaguya jest nad wyraz zdolna, przez większość czasu podchodzi do nauki jak do zabawy. W pewnym momencie wszystko się zmienia. Księżniczka zaczyna być prawdziwą damą, a jej urodę zna cały świat. Dziewczyna przed piątką najważniejszych zalotników postawiła zadania, które musieli spełnić, aby móc ubiegać się o jej rękę. Nawet sam cesarz był zainteresowany piękną Księżniczką. Kaguya nie chciała jednak za nikogo wychodzić, wtedy też przypomniała sobie o swoim księżycowym pochodzeniu.


"Księżniczka Kaguya" intrygowała mnie od momentu, gdy zobaczyłam pierwsze kadry. Rysunki są tak różne od tego, do czego przyzwyczaiło nas studio Ghibli, że kontrast jest absolutnie uderzający i robi ogromne wrażenie. To uczta dla oczu i totalne przeżycie estetyczne. I choć można się kłócić, bo rysunki tak naprawdę są dość mało szczegółowe, postaci niekiedy wyglądają wyjątkowo dziwnie (szczególnie, gdy mają mieć zdziwione miny - można się ich wystraszyć) i bez wątpienia trzeba się przyzwyczaić do tego charakterystycznego wyglądu, ale gdy już raz wsiąknie się w ten świat nie można go opuścić. Muzyka jest bardzo ładna, ale niekoniecznie zapadająca w pamięć, natomiast, mam wrażenie, że głosy aktorów zostały wyjątkowo starannie dobrane, bo idealnie pasują do postaci. A wszystko razem powoduje, że w czasie oglądania człowieka ogarnia jakiś niesamowity spokój.


Fabuła i relacje pomiędzy bohaterami pozostawiają naprawdę szerokie pole do interpretacji, naprawdę każdy element należałoby poddać wnikliwej analizie. A jednocześnie w czasie oglądania tak duża ilość rzeczy, nad którymi warto się zastanowić nie przytacza, ale zdecydowane sprawia, że o filmie długo nie można zapomnieć.


Dla mnie najciekawszym i chyba najważniejszym wątkiem oprócz, oczywiście samego dorastania głównej bohaterki, jest jej ojciec. To bardzo typowy przykład rodzica, który chce dla swojego dziecka jak najlepiej i robi dokładnie na odwrót niż trzeba, to znaczy rzeczy, które mu się wydają są dla Księżniczki dobre. Z drugiej strony ona nieszczególnie oponuje, wierząc, że robiąc to co tata jej każe uszczęśliwia go i koło się zamyka. W końcu Kaguya sama mówi, że nie była w stanie przyjąć szczęścia jakiego chcieli dla niej rodzice.


"Księżniczka Kaguya" to dość poważna historia, momentami, szczególnie na początku (a warto dodać, że film trwa ponad dwie godziny) jest nawet całkiem zabawne, ale im dalej tym robi się ciężej. Ale nie jest to męczące, po prostu Księżniczka dorasta i wszystko także robi się poważniejsze.


Powtórzę się po raz kolejny, ale wszystkie długometrażowe animacje tego typu, które obejrzałam do tej pory, wymagają zdecydowanie, aby wracać do niech co jakiś czas. Po pierwsze za każdym razem odkrywa się coś nowego, albo zauważa wcześniej niedostrzegane szczegóły, a po drugie można lepiej zrozumieć to co wychwyciło się przy wcześniejszym oglądaniu. Pewne jest to, że jeden seans nie wystarczy.  

Pozdrawiam, M



sobota, 21 maja 2016

"Henryku, nie" ("X-Men Apocalypse")

Hello!
Każdy z nas ma ważne filmy, seriale, a nawet całe cykle filmowe. Dla mnie jednym z najważniejszych są "X-Meni". Wychowałam się na filmach o mutantach, oglądałam kreskówkę, a potem z rodzeństwem bawiłam się w "X-Menów". Wpis o "Przeszłość która nadejdzie" odmienił oblicze bloga, była to pierwsza Recenzja, która się tu pojawiła.
Dzisiejszy wpis z recenzją raczej nie będzie miał wiele wspólnego, to jeden wielki spoiler i fanowskie uwagi. 


1. W przeciwieństwie do "Civil War" nowi "X-meni" nie zbierali przed premierą zbyt dobrych opinii, przypuszczam, że ta tendencja będzie się utrzymywać, bo fabuła filmu jest niezbyt mądra, ale o tym za chwilę, byłam pełna obaw i prawie pewna, że ten film mi się nie spodoba. Ale podobał mi się. Co prawda bez efektu "Civil War" - chcę więcej, bo więcej bym nie wytrzymała, ale dobrze się bawiłam oglądając go, a to wcale mi się często nie zdarza. 
2. A nie wytrzymałabym więcej, bo a) nie wiem czy to wina kina i 3D, ale w trakcie seansu bardzo rozbolała mnie głowa i b) ból głowy mógł też być spowodowany tym, że cały film zastanawiałam się nad tym jak Apocalypse jest niepotrzebny. To nawet nie jest zmarnowany potencjał, to po prostu zbędny dodatek. Ta fabuła jest tak płytka, że szkoda klawiatury, aby pisać o niej coś więcej.
3. A dokładniej to katalizator potrzebny, aby Magneto miał usprawiedliwienie do robienia złych rzeczy. 


4. Z tym, że tym razem złe rzeczy robione przez Erika mają wyjątkowo dobre podstawy. Dziwnie brzmi to zdanie, ale Magneto żył sobie w Prószkowie w Polsce spokojnie przez 10 lat, po czym uratował kolegę z fabryki, na oczach innych, którzy na niego donieśli, milicja po niego przyszła i niestety w wyniku nieszczęśliwego wypadku, żona i córka Erika zostały zabite. Takiej rozpaczy dawno w filmie nie widziałam, oczywiście milicjanci z miejsca stracili życie. Po czym Magneto idzie do fabryki mścić się na kolegach, ale w tym momencie teleportuje się tam Apocalypse, morduje pracowników i zabiera Erika ze sobą.
5. Wątek polski. Polskie internety oszalały gdy okazało się, że Magneto mieszka w Polsce, a bardziej ,że mówi i śpiewa po polsku. Mnie też takie rzeczy ogromnie cieszą więc byłam mocno ciekawa co pokażą. W fabryce w tle słychać sporo polskich głosów, praktycznie cała rozmowa Erika, albo Henryka, bo pod takim imieniem żył w Polsce, z milicjantami jest po polsku, jego córka i żona (grana przez Carolinę Bartczak) mówią po polsku, a Erik śpiewa kołysankę. Ich dom, co prawa, nie wygląda jak polski dom z tamtych czasów, szczególnie z zewnątrz, ale wybaczamy.
I trzeba zmienić teraz klasyczne "Erik, no" na "Henryku, proszę cię, nie rób tego".
Gdy Apocalypse przychodzi po Magneto, zabiera go do Auschwitz, które Erik niszczy. Napisać, że to było dziwne to nic nie napisać. 
6. Córka Erika była Królewną Śnieżką. 


7. A Quicksilver znów kradnie cały film. I choć mówi Raven, że jest synem Erika to jemu samemu jednak nie. Poza tym w "Przeszłość, która nadejdzie" pokazano także jego siostrę, która także powinna być córką Magneto, ale w tym filmie zupełnie ten wątek porzucono i powiedziane jest, że Erik odszedł od mamy Petera jeszcze przed jego narodzinami. Quicksilver dostaje cudowną scenę ratowania wszystkich z wybuchającej szkoły, wypada to przezabawnie, ale w poprzednim filmie miał dużo lepszą piosnkę (której notabene słucham pisząc to wszystko).
8. Linie czasowe "X-Menów" są chyba bardziej skomplikowane od tych "Doctora Who". Zasadniczo jeśli jeszcze nie oglądaliście żadnego filmu z serii to możecie spokojnie obejrzeć tylko 3 najnowsze, a resztę sobie darować, bo przestały mieć rację bytu. A szkoda, bo bardzo je lubię. I trochę odrobinę jestem zła, na to pisanie tej historii na nowo. 
8a. A nawet początek filmu, gdy przenosimy się w czasie ze starożytnego Egiptu to czasu, w którym dzieje się akcja też nieco przypomina początek "Doctora Who"


9. Postacią, która w tym filmie jest jeszcze bardziej niepotrzebna niż Apocalypse jest Moira. Proszę nich koś mi logicznie wytłumaczy po co ona tam jest, oprócz bycia irytującym love interest Charlesa. Nigdy jej nie lubiłam, ale w tym filmie tak bardzo można ją wyciąć, że ktoś powinien zostać ukarany za to, że tego nie zrobiono. 
10. Rozwiązała się zagadka dlaczego Charles jest łysy. 
11. Momentami film cudnie gra światłami. Genialna jest scena, gdy Magneto i Charles komunikują się telepatycznie, Magneto stoi w pomarańczowym świetle, towarzyszą mu Apocalypse i jego jeźdźcy, którzy stoją w świetle niebieskim. W dalszej części filmu jest scena dziejąca się w głowach Apocalypsa i Charlesa (pomijam fakt, że odrobinę nie rozumiem tego zamysły i jego wykonania, ale mniejsza) gdzie Apocalypse ma ciemnoszare, prawie ciemne tło, a profesor jasnoszare, prawie białe. To tak dla pewności, żeby widzowie dobrze wiedzieli kto tu jest dobry a kto zły.

12. Młodzi X-Meni są totalnie nieinteresujący z wyjątkiem Quicksilvera. A naprawdę lubiłam dorosłe wersje Cyklopa i Jean oraz Kurta. 
12a. Storm z każdym filmem faktycznie ma coraz krótsze włosy.
13. Ale dostajemy scenę, w które poznają oni Wolverina i wiele ona wyjaśnia. Bardzo wiele. Poza tym Logan nie wypowiada ani słowa, tylko wybiega na, oczywiście, a jakżeby inaczej, ośnieżoną, lesistą przestrzeń.
14. Młodzi X-Meni wybrali się do kina na "Powrót Jedi" i po wyjściu sobie dyskutują, zgodnie uznając, że "Imperium kontratakuje: to najlepsza część, ale jeszcze bardziej zgadają się ze stwierdzenie, które padło z ust Jean, że trzecia część jest zawsze najgorsza. Wszyscy fani załapali, prawda?  
W "Civil War" też było nawiązanie do "Gwiezdnych wojen", czy ktoś mógłby mi powiedzieć, czy w "Batman v Superman" też się przypadkiem jakieś pojawiło? 


15. Ogólnie, jeśli miałam jakieś wątpliwości, czy lubię Magneto, straciłam je po tym filmie i z całym przekonaniem jestem jego fanką.  A niestety Charles traci w moich oczach. Ale McAvoya kocham całym sercem zawsze i czego by nie grał. Poza tym relacja profesora i Magneto jak zawsze opiera się na tym, że jeden wierzy w drugiego, ale temu drugiemu nie wychodzi spełnianie oczekiwań pierwszego, a i tak się kochają. 


Chyba wszytko. Sophie z Bucherwelt napisała coś co zdecydowanie jest recenzją, pod którą z resztą w 99% mogę podpisać się obiema łapkami, także zachęcam do przeczytania. 

LOVE, M