czwartek, 19 maja 2016

Róża Belle

Hello!
W nawiązaniu do zakończonego właśnie piątego sezonu "Once Upon A Time" przedstawiam Wam różę Belli (Belle's Rose)


Powyżej: M czasami udaje, że umie w przerabianie zdjęć, a nie umie. Chociaż pierwsze zdjęcie całkiem ciekawie wyszło.

Spodobał mi się wzór znaleziony w internecie i chciałam zobaczyć jak wyjdzie wyszyte, ale efekt, niestety, nie spełnia moich oczekiwań. Być może, gdyby róża została wyszyta na kanwie o jeszcze rzadszych oczkach prezentowałoby się to lepiej, bo na wzorze krzyżyki faktycznie były większe, ale nie sądziłam, że będzie to miało aż tak duży wpływ. Co nie zmienia faktu, że wyszywać takie miniaturki uwielbiam i trzeba próbować, aby dowiedzieć się jaki będzie efekt.

Poniżej: stan surowy. Zdjęcie nie było robione ani kalkulatorem, ani tosterem, ale za to na kolanie i taki oto jest tego rezultat.

PS. Znów nastąpi przesunięcie daty notki o anime, gdyż w weekend pojawi się kilka słów o nowych X-Menach.

LOVE, M

wtorek, 17 maja 2016

Najlepiej ("Once Upon A Time" S5 P2)

Hello!
Po dramatycznej końcówce pierwszej części piątego sezonu, o którym możecie przeczytać tutaj, udajemy się wraz z Emmą i spółką do zaświatów ratować Haka. Spoilery.


Nasi bohaterowie w królestwie Hadesa zajmują się  głównie pomaganiem osobom, które się tam znalazły przejść na drugą stronę. Trochę scenarzyści wpadli w pewien schemat, ale było sporo retrospekcji i drugi plan dobrze grał więc nie było to szczególnie irytujące. Pojawia się między innymi Herkules i ogromnie żałuję, że ma on tak małą acz uroczą rolę; Gaston czy brat Kiliana. 


W tej części sezonu zasadniczo powiększono rolę Zeleny, której nie lubiłam, a wręcz w poprzedniej recenzji sugerowałam żeby ją z serialu wyciąć. Cofam swoje słowa, bo tutaj jej postać została wykorzystana doskonale. Uwielbiam gdy bohaterowie się zmieniają i rozwijają a Zelena jest przykładem jednej z najbardziej zjawiskowych metamorfoz - zarówno w kontekście jej relacji z Hadesem i tego co mu zrobiła, ale, co jeszcze ważniejsze, Reginy i historii rodzinnych. Matka czarownic też wraca na moment i naprawia swoją rodzinę. Na moment wraca Ruby i Mulan oraz Dorotka z Oz. To był bardzo ciekawy odcinek, bo okazało się, że pocałunek Ruby uratował Dorotkę z klątwy. A bieda Mulan dalej jest sama. 


Konsekwencja z jaką scenarzyści piszą postać Rumpla jest ogromna. Raczej nie mam co liczyć na to, że stanie się on w końcu dobry. Ale w tym sezonie odkryłam jak bardzo on jest głupi. To znaczy - jeszcze się nie nauczył, że 'potrzebuję więcej mocy; wtedy zobaczysz, że wszystko co robiłem było dla ciebie; nie działa na Bellę i nigdy nie zadziała. (Prawdziwą naturę Rumpla cudownie pokazuje scena, gdy najpierw rzuca się po kryształ, a dopiero potem chce ratować Bellę) Poza tym prawie dokładnie wykorzystano oryginalną opowieść Rumpla, z tym, że to jego dotyczył kontrakt. Bardzo ładnie się to złożyło, bo jeśli się nie mylę, to Emilie grająca Bellę faktycznie jest w ciąży i scenarzyści całkiem pomysłowo to wykorzystali, zarówno w kontekście tego sezonu jak i przyszłego.


Denerwującym trendem jakim ostatnio karmią widzów scenarzyści jest kończenie sezonu na dwa odcinki wcześniej, po czym robienie 'wielkiego finału' wprowadzającego w to co będzie się działo w kolejnym sezonie. Jest irytujące zjawisko, bo chociaż finał jest ciekawy i przyszły sezon zapowiada się na bardzo inny od poprzednich, to jednocześnie jest to dowód na brak umiejętności i pomysłów scenarzystów na sprawne połączenie zakończenia i podprowadzenia do nowej historii. To natomiast jest smutne, bo w toku serialu nie raz udowadniali, że chociaż czasami kreatywność nieco ich ponosi, to są to naprawdę pomysłowe osoby. A odcinek przed wielkim finałem, to jeden z najbardziej grających na uczuciach widzów epizod w całym serialu. Ilość emocji towarzyszących oglądaniu przekracza wszelkie dopuszczalne normy. 


Zauważyłam to dopiero pisząc powyższe akapity, że główny wątek - ratowania Haka - nie był tak fascynujący jak by się chciało. To znaczy, znów, gdyby chodziło tylko o powrót z Zaświatów, byłoby za mało. Chociaż nie żeby udało się to bez komplikacji. Ale tło nieco przyćmiło najważniejszą sprawę. Co nie zmienia faktu, że ten sezon był chyba najlepszym w historii seriali. Ogromnie mi się też podobało, że go akcja działa się w Zaświatach czołówka z niebieskiego zmieniła kolor na taki brudno-pomarańczowy. 

PS. Mam Disqusa więc w końcu będę mogła odpowiadać na komentarze osób, które z niego korzystają na swoich blogach. Oraz zamówiona przez Mart założyłam Twittera, póki co z niego nie korzystam, ale plan jest taki aby używać go do pisania o tym co na bieżąco oglądam, np.: wrażeń po pojedynczym odcinku jakiegoś anime, o filmie w trakcie jego oglądania, być może także jakieś krótsze cytaty z książek i oczywiście informacje o postach na bieżąco.

LOVE, M

niedziela, 15 maja 2016

"Durarara!!!"

Hello!
Nigdy w życiu nie spodziewałabym się jak bardzo "Durarara!!!" (albo "DRRR!!!") może mi się spodobać, a już tym bardziej jak bardzo będę to anime doceniać. To wbrew pozorom nie jest to samo, ale, ponieważ te rzeczy się łączą, tym lepiej dla anime. 



Miejsce akcji osadzone jest w Ikebukuro, jednej z dzielnic Tokio rządzonej przez kolorowe gangi, do której to przybywa jeden z bohaterów - Mikado Ryugamine, który zamierza uczyć się w tamtejszej szkole. W anime pojawiają się ciekawe postacie jak na przykład Dullahan - bezgłowy jeździec snujący się bezszelestnie po ulicach Tokio, albo człowiek rzucający automatami z napojami. Jaka historia kryje się wśród ulic tego tłocznego miasta i co łączy tych wszystkich barwnych bohaterów? (shinden.pl)


Ten tytuł jest jak puzzle, z każdym odcinkiem pojawiają się nowe fragmenty, a gdy zaczynają układać się w całość, robi się całkiem mrocznie. I druga sprawa, gdy widzowi puzzelki się układają to w świecie przedstawionym sprawy się komplikują. A oglądający prawie zawsze doceniają to gdy wiedzą więcej niż bohaterowie.


W "DRRR!!!" jest całe mnóstwo bohaterów i każdy jest wykreowany wyjątkowo oryginalnie. Ciekawy jest także sposób narracji tego anime, bo odcinki to najczęściej coś na kształt opowieści jednego z bohaterów, przedstawiane z ich perspektywy. Niekiedy zawierają retrospekcje, czasami pokazują tę samą sytuację z dwóch stron. Dodatkowo dzięki temu, że pierwszy sezon ma
 odcinki, praktycznie każda postać dodaje historię od siebie. Ponad to anime jest całkiem zaskakujące, chociaż po pewnym czasie można zacząć łatwo domyślać się pewnych rzeczy, bo wyraźnie widać w jakim kierunku rozwija się fabuła.



Dwa openingi z pierwszego sezonu bardzo mi się podobały, natomiast ten z drugiego jest rozczarowujący, ale pokazuje jak wiele nowych postaci pojawi się w drugim sezonie, który ma tylko 12 odcinków.
Ponadto do sposobów opowiadania  dołącza zwracanie się bezpośrednio do widza, można to było poczuć już w poprzednim sezonie, ale w tym jest już bezpośrednie, albo bywa, bo choć liczyłam, że będzie używane częściej pojawia się tylko raz.


Nie wspominałam o konkretnych postaciach, a ponieważ anime na tak wiele części, opisywanie kolejnych bez jakichkolwiek informacji o bohaterach może być trudne. Mikado - w pierwszym sezonie zaskakuje, ale z charakteru to raczej taka ciapa, choć wiele sugeruje, że powoli będzie się zmieniał w bardziej liczącego się gracza. Masaomi - przyjaciel Mikado i jedna z najciekawszych postaci w anime, odkrywanie jego przeszłości i tego jak wpływa na jego teraźniejsze działania, to naprawdę fascynująca sprawa. Anri zamyka trójkę szkolnych przyjaciół i postaci, które okazują się być ciekawsze niż na początku się wydaje. Celty i Shinra, ona jest kurierem bez głowy, a on lekarzem. Mam wrażenie, że pierwszy sezon był głownie skupiony na poszukiwaniu tej głowy, ale w kolejnym ten wątek został porzucony. Shizuo - najsilniejszy facet przypuszczalnie na całym świecie i ma z tego powodu zdecydowanie więcej kłopotów niż pożytku. Jeśli miałabym wybierać postać, z którą wiązało się najwięcej zdarzeń w pierwszej części drugiego sezonu to byłoby to właśnie on. Izaya - to anime nie ma jako takiego złola, ale Izaya jak najbardziej pretenduje do tego miana. Jest informatorem, ale tak naprawdę manipulatorem, który w wielu wypadkach zabawia się pozostałymi bohaterami, tak aby sprawy układały się po jego myśli. Choć nie wiadomo jaki miałby mieć w tym cel. Z tych najważniejszych to chyba wszyscy, ale jak już wspominałam w akapitach powyżej, bohaterów jest naprawdę wielu i praktycznie każdy dostaje swoje 20 minut.


W podziale drugiego sezonu można się pogubić, bo ma on 3 części po 12 odcinków. Teraz przejdziemy do drugiej części, drugiego sezonu.Openingi niestety staczają się i są coraz gorsze, ale za to fabuła się zagęszcza. Gdy już wydaje nam się, że sprawy z gangami są wyjaśnione, pojawią się koleje grupy oraz bardziej profesjonalni gangsterzy, a wszystko to miesza się i dostarcza naszym bohaterom sporo problemów.Ponadto z odcinka na odcinek widać w oczach Mikado rosnące i rozwijające się szaleństwo.


Trzecia i ostatnia cześć drugiego sezonu ma chyba najweselszy opening ze wszystkich, ale i tak pierwszy pozostaje najlepszym.Ogromnie dużo spraw się nagromadziło i obserwowanie jak wszystkie postaci próbują sobie jakoś radzić w zaistniałych sytuacjach (choć zasadniczo wszystko ze wszystkim się łączy więc sytuacja jest jedna, ale tak skomplikowana, że w pewnych momentach nie sposób się nie pogubić) jest fascynujące, chociaż anime zgubiło gdzieś elementy prawdziwego zaskoczenia z pierwszego sezonu i jak Masaomi widzowie się przyzwyczaili więc nie robi to na nich wrażenia. Ale jednocześnie zaciskanie się więzi pomiędzy postaciami, które wcześniej raczej się ze sobą nie trzymały i budowanie relacji staje się coraz ciekawsze. Do czasu.


Pomimo obejrzenia tylu anime ile obejrzałam i tego, że część z nich naprawdę nie była dla dzieci, z jakiegoś powodu ciągle zaskakuje mnie to, że coś rysunkowego może być tak poważne. I momentami brutalne. I dotykające takich problemów, choć w dość 'nadprzyrodzonej' odsłonie. A do tego "DRRR!!" ma momentami niesamowicie smutną atmosferę. Ale koniec końców utrzymuje status quo.

Pozdrawiam, M

piątek, 13 maja 2016

Podchody ("Elementary" S4)

Hello!
"Elementary" to chyba jedyny normalny serial, jaki oglądam. To znaczy bez superbohaterów, magii i zjawisk paranormalnych. I naprawdę zaczynało mnie martwić, że 3 sezon nie był tak dobry, jak bym chciała. Na szczęście 4 jest wystarczająco ciekawy, aby zatrzeć niemiłe wrażenie po poprzednim.


Co prawda nie było wielkiej dramy z powodu powrotu Sherlocka do nałogu, a tego się spodziewałam, temat został wyjaśniony i zamknięty dość szybko, ale ponieważ tata ostrzegał Holmesa, że jak będzie niegrzeczny to się zjawi, Morland przybywa do Nowego Yorku i miesza. Początkowo dość subtelnie, ale ciągle gdzieś przemyka, a potem sprawy robią się bardzo poważne.


Morland jest zdecydowanie najciekawszą postacią całego, nie tylko sezony, ale serialu. Wypada bardzo intrygująco, a obserwowanie relacji ojciec - Sherlock - Joan jest niezwykle ciekawe. Sherlock jest podejrzliwy, ale próbuje ufać Morlandowi, oczywiście w swoim stylu, czyli wtrąca się w nieswoje sprawy, a jeśli jest mu tak wygodnie to także przeszkadza ojcu w życiu w Nowym Yorku. Joan natomiast jest nieco bardziej subtelna, ale praktycznie do ostatniego odcinka podejrzliwa, nie wspominając o ufaniu Morlandowi. Widzowie natomiast się wahają. Wiedzą więcej niż bohaterowie, ale to wcale nie pomaga w osądzeniu tej postaci. A dzięki grającemu go Johnowi Noble, jako ten 'o nie do końca wyjaśnionych intencjach' wypada bardzo przekonująco. Poza tym  Morland wcale nie zabiega o niczyją sympatię.

Skoro pojawił się ojciec Sherlocka, wspominana jest także jego mama. Informacje o niej są zaskakujące i smutne, ale wiele tłumaczą i wyjaśniają. Mama zawsze była ważna dla Holmesa, teraz jest chyba jeszcze ważniejsza. Sherlock w tym sezonie odkrywa swoją nieco bardziej ludzką stronę. Nawet znajduje dziewczynę, którą, jeśli dobrze pamiętam, widzimy, niestety, tylko w dwóch lub trzech odcinkach, ale jest.

Joan natomiast jest jak zawsze głosem rozsądku i jak zawsze dobrze jej to wychodzi. Dostaje nawet mini osobistą sprawę, która chyba nie zostaje do końca wyjaśniona więc może coś jeszcze z tego wyniknie. 

Niesamowicie szybko minął mi ten sezon, prawdopodobnie dlatego, że nie oglądałam go na bieżąco. Ale gdy przeszło do nadrabiania odcinków, to nawet oglądanie 4 po kolei nie było torturą. Zagadki są ciekawe, ale to nic wybitnego, za to obserwowanie detektywów, to bardzo pouczające zajęcie. Rzeczą, która zawsze mi się w "Elementary" podobała był fakt, że sprawy, nad którymi bohaterowie pracowali, bardzo często dotyczyły światowych spraw bieżących, podobnie jest w tym sezonie. A dodatkowo jest w nim też sporo nawiązań do książkowego pierwowzoru. 


Ah pisałam, że to normalny serial i nie ma w nim superbohaterów. Otóż zapomniałam, że w jednym z odcinków Sherlock przyznaje się, że ugryzł go radioaktywny detektyw. A odcinek dotyczył ludzi czujących się superbohaterami. Superbohaterowie są wszędzie. 

LOVE, M


środa, 11 maja 2016

10 spostrzeżeń osoby z nogą w gipsie

Hello!
Gipsu pozbyłam się 6 maja i przybywam, aby podzielić się spostrzeżeniami jakie poczyniłam w trakcie noszenia tej zbroi.
Przemyślenia są moje i dotyczą mojego noszenia gipsu, to tak aby rozwiać wszelkie wątpliwości.

Dwie różne skarpetki, bo stabilizator niemiłosiernie uwiera, a prawa jest długa i miękka co czyni noszenie tego cudu techniki nieco bardziej znośnym.

1. Brzydki i dziwny gips
Pierwszy raz w życiu miałam coś zagipsowane więc nie miałam pojęcia jak taki opatrunek powinien wyglądać i gdy zrobili mi go w Gdańsku stwierdziłam: okey gips jak gips. Do czasu kontroli w Ostrołęce - okazało się, że mój gips jest wyjątkowo brzydko zrobiony i pan technik bardzo nad tym ubolewał, a pani pielęgniarka całkiem dobrze kryła się ze śmiechem. Dobrze, że z domu nie wychodziłam. Natomiast przy zdejmowaniu pan technik (inny niż na kontroli) stwierdził, że przez dwadzieścia lat swojej kariery nie widział tak grubego i nawatowanego (właśnie stworzyłam to słowo) gipsu, a przy jego ściąganiu nieźle się napocił.

2. Zastrzyki
W szpitalu w Gdańsku miałam jeszcze plan, aby tam z tym gipsem zostać (w Gdańsku, nie w szpitalu). Do czasu, gdy okazało się że trzeba robić zastrzyki. Codziennie. Podziękuję. Zaraz po tej informacji zadzwoniłam do rodziców z żądaniem, aby po mnie przyjechali. Przez te 3 tygodnie moja Mama nieźle się wprawiła w strzykaniu. Ja liczyłam, że się przyzwyczaję i oswoję mój lęk do zastrzyków, ale to się nie stało. Za to mój brzuch był cały pokuty i w pewnym momencie miałam na nim 4 siniaki.

3. Przenoszenie czegokolwiek
Mój szalony plan zostania w Gdańsku z gipsem, oprócz zastrzyków, pokrzyżowała także sprawa przemieszczania rzeczy z miejsca na miejsca. Człowiek nie ma trzech rąk, tylko dwie, które aktualnie zajęte są przez kule. Własna bezradność to coś, co kompletnie mnie przytłacza, nie tylko w tym kontekście. Niemożliwość robienia czegokolwiek nie jest dobrym uczuciem, a świadomość, że by się chciało a nie można, jest jeszcze gorsza.

4. Kule, skakanie i przemieszczanie się
Dość szybko opanowałam chodzenie o kulach. Przez pierwsze kilka dni głównie jednak siedziałam, a w drugim tygodniu, gdy poczułam się nieco pewniej, nawet próbowałam przemieszczać się skacząc na jednej nodze. Z tym, że lewą kostkę też miałam stłuczoną, nieporównywalnie mniej niż prawą, ale też dawała o sobie znać. A skacząc spowodowałam, że zaczęła mnie boleć w jeszcze innym miejscu. Używajcie kul to najlepsze i najbezpieczniejsze wyjście.

4A. Zakwasy
Kontrolę w szpitalu, a musiałam tam pojechać dwa razy tego samego dnia, wiązała się z zejściem i wejściem po schodach na trzecie piętro. Dwa razy. Następnego dnia dowiedziałam się o istnieniu wielu ciekawych mięśni w okolicach barków i ramion, o których wcześniej nie miałam pojęcia, a teraz bolały.

5. Wszystkie kolory świata
Miały moje palce prawej stopy. Począwszy od sino-białego, poprzez fioletowy po czerwony. I towarzyszyły temu odpowiednie efekty cieplne, czyli od zimna do gorąca i z powrotem. Na szczęście obyło się bez niepokojącego drętwienia.

6. Jedzenie
Czytałam, że ludzie gdy mają gips to tyją. Otóż mnie spotkało coś prawie, że odwrotnego. Kompletnie straciłam apetyt, choć na początku miałam ogromną ochotę na słodycze, ale to chyba było odreagowywanie stresu. Za to miałam niesamowite pragnienie. Piłam herbatę, za herbatą i było mi mało. Teraz się zastanawiam, czy to nie mogło być związane z lekami na rozrzedzenie krwi i przeciw zakrzepom. Ale, żeby tego było mało, mojemu brzuchowi się nudziło i miałam kilka dni, gdy poważnie obawiałam się wystąpienia prawdziwych rewelacji żołądkowych. Na szczęście, wzięcie probiotyku bądź jakiegoś innego magicznego specyfiku, ratowało sytuację.

7. Pięta
Gdy zeszła mi opuchlizna (a przynajmniej największa jej część) w gipsie zrobiło się nieco luźniej. To, jak się okazało, nie była dobra wiadomość dla mojej pięty, która płonęła żywym ogniem. Byłam pewna, że jest obtarta jak nigdy od żadnych butów. Bardzo, bardzo, bardzo nieprzyjemne i bolące uczucie. 

8.Ból nogi a ból pupy
Jak wspominałam, w pierwszym tygodniu głównie siedziałam, a nie jestem przyzwyczajona do takiego trybu życia. Dodatkowo nogę trzeba było trzymać wyżej. I tu pojawia się dylemat, która część ciała ma cię boleć noga, bo gdy się wstaje uczucie napływania tam krwi jest dość nieprzyjemne, czy tyłek. Dla własnego zdrowia najczęściej wybierałam jednak ból pupy.

9.Ludzie
Najbardziej osobisty punkt tej listy. Na swoim profilu na fb nie publikuję zbyt wielu rzeczy, ale o skręceniu kostki postanowiłam jednak poinformować. Mogłam była tego nie robić, bo teraz mam trochę pretensji do znajomych, że się nie zainteresowali. Ale dzięki temu przynajmniej wiem kogo naprawdę obchodzę.

10. Księżniczka na ziarnku grochu.
Noga w górze - to jedna z pierwszych rzeczy jakie się słyszy przy gipsie i jak najbardziej miałam tego przestrzegać. Z tym, że ułożenie kilku koców tak, aby nodze (w gipsie!) było wygodnie było prawie niemożliwe. Naprawdę miałam wrażenie, że to osobny byt, który jakimś cudem czuje każdą fałdkę podwyższenia. I druga sprawa, gdy spało mi się zaskakująco wygodnie, to najczęściej się budziłam i odkrywałam, że noga spadła z podwyższenia.

Zabawa się dopiero zaczyna
Zapomnijcie o tym co przeczytaliście wcześniej! naprawdę uciążliwy gips robi się dopiero, gdy się go zdejmie. Póki kostka była sztywna, stabilna i bezpieczna w swojej zbroi nie bolała nawet przez moment. A gdy gips zdjęto okazało się, że moja stopa wygląda jak czerwono-fioletowy balonik i trzeba naprawdę uważać, aby go nie przebić. O stawaniu na prawą nogę bez stabilizatora mogę zapomnieć, nie da się, ale stabilizator do wygodnych rzeczy nie należy. Do tego problemem jest jednoczesne noszenie go i butów, na szczęście znalazły się jedne, w których ta sztuczka wychodzi. Moją stylówę na najbliższe dni widzicie na  załączonym obrazku.
 
Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz mojego Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki! 

 Trzymajcie się, M

poniedziałek, 9 maja 2016

"Devil and Realist" & "Monochrome factor"

Hello!
Rzadko zdarza mi się znaleźć i zainteresować się jakimś anime zupełnym przypadkiem, a tak było w wypadku "Makai Ouji: Devils and Realist", na które zwróciłam uwagę szukając zupełnie czegoś innego. Nie mogłam jednak przejść obojętnie wobec tytułu, w którego opisie znajdują się słowa: William, lokaj, demon. Skojarzenie z "Kuroshitsuji" jest automatyczne i podświadome, i słuszne, choć to nieco inny rodzaj anime.


Makai Ouji: Devils and Realist
Historia obraca się wokół Williama, potomka arystokratycznej rodziny posiadającego niezwykłą inteligencję. Pewnego dnia jego wujek, za sprawą nieudanego przedsięwzięcia, traci praktycznie cały swój majątek. Obawiając się, że dobre imię jego rodziny zostało zszargane, William wraca do swojego domu razem z towarzyszącym mu lokajem, mając na celu znalezienie cokolwiek co można by sprzedać i choć trochę podreperować rodzinny budżet. Przeszukiwanie posiadłości owocuje odnalezieniem podziemnego pokoju wybudowanego tam przez jego przodków. Znajduje się tam magiczna pieczęć, dzięki której naszemu bohaterowi nieświadomie udaje się przywołać demona. Istota ta informuje go, że jego imię brzmi Dantalion i wyjawia, iż William jest tzw. desygnatorem, osobą posiadającą prawo do wyznaczenia następnego władcy świata demonów. (animezone.pl)


Zaskakującym jest to jak bardzo "Devils and Realist" jest zabawne, a jeszcze bardziej, że to właśnie tym mnie ostatecznie przekonało. Do tego jest przeurocze i śliczne. I niestety ma tylko 12 odcinków. A powinno mieć zdecydowanie więcej, a kolejny sezon raczej nie powstanie, szkoda. W anime jest mnóstwo ciekawych postaci, każdy znajdzie coś da siebie. Oczywiście prym wiedzie główny bohater tytułowy realista, faktycznie na początku jego racjonalne podejście jest podkreślane, potem nieco mniej, ale do końca nie jest przekonany o prawdziwości demonów czy diabłów. W przeciwieństwie do swojego kolegi Isaaca, który jest nimi absolutnie zachwycony i zafascynowany. Z demonów najważniejszy jest Dantalion, ale pojawia się ich znacznie więcej, a na dłużej w sumie 3. I chodzą z Williamem do szkoły, aby go pilnować.


Anime jest nieco przewidywalne, ale trudno mieć mu to za złe, bo naprawdę przyjemnie się je ogląda. Niestety nie wszystko zostaje wyjaśnione. Najważniejsza sprawa, co prawda rozwiązuje się sama, ale tajemnica, którą stanowi to dlaczego William nie pamięta Dantaliona i w zasadzie jakie dokładnie są pomiędzy nimi relacje, nie otrzymuje odpowiedzi.


Jakiś czas temu pisałam o shounen ai i wspominałam, że jestem w trakcie oglądania kolejnego i choć można by wywnioskować, że to anime opisane powyżej, ale nie. W "Devil i Realis" są co prawda pewne aluzje, ale w tak niewielkiej ilości, że naciągane byłoby umieszczenie go w tym gatunku. Tym bardziej, że podobno w mandze to wcale nie występuje. Wracając do głównego wątku, anime, o którym wtedy wspominałam to "Monochrome Factor" znalezione w czasie poszukiwań 3 tytułu do tamtej notki, zostało zdyskwalifikowane z powodu 24 odcinków. W końcu jednak, pomimo to, zaczęłam je oglądać. I bardzo, bardzo spodobało mi się poniższe zdjęcie. 

 

Wracając do domu nastoletni Akira spotyka dziwnego człowieka, który nie ma cienia. Proponuje on Akirze przyłączenie się do niego i walczenie przy jego boku. Akira odmawia, wobec czego człowiek bez cienia odchodzi mówiąc, że jeszcze się spotkają. Wieczorem Akira razem z przyjacielem z dzieciństwa - Kengo wychodzą na miasto. Poproszeni przez koleżankę z klasy Ayę idą do szkoły, aby odszukać jej ulubioną maskotkę. Niestety, w szkole zostają zaatakowani przez dziwne, czarne potwory. Na ratunek przychodzi im człowiek bez cienia - Shirogane. Ponieważ w wyniku walki Akira traci swój cień, przez co staje się niewidzialny dla innych ludzi zgadza się na propozycję współpracy z Shirogane. Akira staje się duchem bez cienia, który walczy z potworami ze świata ciemności i stara się utrzymać równowagę między światłem a ciemnością. (shinden.pl)


Prawie mi się to anime podobało, ale niestety cierpi na syndrom 24 odcinkowych serii czyli nudnawe i niepotrzebne odcinki, szczególnie w tej drugiej (po 12 odcinku) części. W pierwszej Akira i Shirogane walczą ze złymi cieniami, zbierają drużynę i jest to nawet ciekawe. Niestety wraz z zakończeniem 12 odcinka i zniknięciem jednej z postaci fabuła zaczęła się sypać. Tym bardziej, że pomimo ciągłego gadania Akiry: "masz mi wszytko wyjaśnić! masz mi to wytłumaczyć!' itp.itd. twórcy są wręcz wyjątkowo skąpi w dawaniu jakichkolwiek informacji, także utykamy w dość nudnych wydarzeniach, ze strzępkami informacji, licząc, że może w końcu coś się wyjaśni. Plus jest taki, że zebrana drużyna to naprawdę ciekawe i różnorodne postaci, chociaż wiadomo czego się po nich spodziewać to ułatwiają zniesienie nudy. A potem są 3 odcinki wielkiego finału, które nawet pomimo wielkiej zdrady nie robią wrażenia. Od początku wiadomo jak to się skończy i co się musi stać. Ale przynajmniej coś się dzieje.


Z tego co udało mi się doczytać, to w mandze motyw shounen ai nie występuje. Wyszło jej 11 tomów i wydają się być bardziej interesujące niż anime.

Trzymajcie się, M

sobota, 7 maja 2016

Serce i rozum ("Captain America: Civil War")

Hello!
Dwie i pół godziny nowego Kapitana to zdecydowanie za mało, przydałoby się drugie tyle. Zakończenie przychodzi znienacka i zostawia widza z rozdziawioną buzią. Raczej nie spoileruję, a jeśli owszem to uprzedzam wcześniej.


Wcale nie zaczęłam od końca, ale gdy zobaczyłam, że jakiekolwiek dalsze wyjaśnienie i losy bohaterów tego filmu zobaczymy najprawdopodobniej dopiero za dwa lata w "Black Panther", to tym bardziej czuć niedosyt. Choć to nie oznacza, że w Kapitanie nic się nie działo, bo działo się bardzo, bardzo wiele.
Podobnie jak w "Czasie Ultrona" od razu zostajemy rzuceni w wir walki i prawie nie ma momentów, gdy bohaterowie robią coś co nie jest biciem siebie nawzajem. Bo tytuł polski wcale nie jest taki durny jak mogłoby się wydawać.
Protokół o kontroli bohaterów to tylko punkt wyjścia do czegoś bardziej skomplikowanego. To znaczy w tej sprawie prawie udało się dojść do pewnego kompromisu, ale pewien sprytny plan zemsty wszystko utrudnia i kolejne konflikty nakładają się na siebie, aż do momentu starcia Kapitana, Buckiego (jak to odmienić?!) i Iron Mana, znanego z trailera. I choć bitwa TeamCap i TeamIron na lotnisku jest zjawiskowa to zdecydowanie ważniejsza jest ta bardziej kameralna.


Jakimś cudem nie powtórzono jednak schematu "co za dużo to niezdrowo" znanego z Ultrona, a raczej utrzymano klimat "Zimowego Żołnierza". Chociaż zdecydowanie niedostatecznie rozbudowano wątek granej przez Daniela Brühla postaci Zema, której starannie przeprowadzony plan zemsty w pewnym momencie sprawia, że wrzący, i tak, kocioł napięcia pomiędzy bohaterami wybucha.
Mści się także Black Panther, ale jemu zemsta nie przeżarła mózgu i okazuje się najbardziej rozsądną postacią w całym filmie. I kradnie on ten film zdecydowanie bardziej niż nowy Spider Man. Który, o ile jest w kostiumie jest znośny i do tego reprezentantem wszystkich fanów w tym filmie, i został do niego dołączony po to, aby utrzymać pewien znany z Marvela poziom humoru, bo tez niego mogłoby być naprawdę ciężko. Natomiast pierwsze spotkanie z Peterem w wykonaniu Starka jest nieprzekonujące. To głównie ze względu na nową ciocię May. Ja tylko czekam, aż następny Pająk będzie uczniem podstawówki, a ciocia będzie miała 25 la. Ale ja jestem bardzo sceptycznie nastawiona do każdego nowego Spider-Mana. Ten Peter także dostaje swoją wersję "wielka moc to wielka odpowiedzialność" w wersji pasującej do klimatu tego filmu.


Uroczym i dość jednoznacznym wątkiem jest znajomość Visiona i Scarlet Witch, chociaż zasadniczo są po dwóch stronach barykady. Ciekawe czy coś więcej z tego wyniknie, zapowiada się, że owszem. I taką mam nadzieję. Poza tym Vision jest średnio ciekawy w filmie, natomiast Wanda zaprezentowała się bardzo dobrze. Zarówno jako postać jak i aktorsko Elizabeth Olsen wypada zaskakująco sympatycznie.
Dość dużą i niezaprzeczalnie ważną rolę gra Czarna Wdowa (już są zapowiedzi, że w końcu, w końcu jest duża szansa na jej samodzielny film). To bardzo ciekawe, bo jest ona bardzo zaskakującą postacią i, co cudowne, nieoczywistą. Ale mam nadzieję, że w jej filmie znajdzie się  miejsce dla Clinta. Chociaż dalej nie wybaczyłam twórcom, że na romans pomiędzy nimi nie ma szans, bo tym co robi Clint w Kapitanie to "zawodzenie swoich dzieci". Ale ja i tak darzę go ogromną sympatią. 


W utrzymaniu humoru filmu pomaga Pająkowi Sam Wilson. Falcon jest pomocny, miły i lojalny jak nikt inny. A do tego jako jedyny, obok Kapitana, jako tako dogaduje się z Buckym. Jest jeszcze Sharon Carter - w końcu wyjaśnia się, że Peggy to jej ciocia - i jest ona bardzo pomocna w misji Steva, za co zostaje odpowiednio nagrodzona.
Ant-Man jest jak zawsze cudowny zarówno jako malutki jak i ogromny człowieczek. Tylko jego nowa maska nie wygląda dobrze. Plus w czasie walki z dużą mrówką, Spider Man robi nawiązanie, bardzo dosłowne, do "Imperium kontratakuje" i takim sposobem Ant-Man zostaje zwalony z nóg. W filmie pojawia się Bilbo lub doktor Watson, jak kto woli, czyli Martin Freeman. Jego postać ma być jeszcze rozwijana, bo póki co niezbyt wiele można o niej powiedzieć.


Ten film jest "Kapitanem Ameryką" ponieważ Kapitan ma rację. Z tym, że ta racja ma niezbyt dobre fundamenty, opiera się na jego przekonaniach i wierze w ludzi. A to bardzo kłóci się z prawem, dlatego Cap i cała jego drużyna zostaje kryminalistami. I chociaż ja jestem cały sercem TeamCap to mam wrażenie, że jest on jednak zbyt samolubny momentami. Natomiast Iron Man boryka się z traumami, poczuciem winy i samotnością. W większość spraw nie sposób się z nim nie zgodzić i często zwyczajnie mu się współczuje. Od pierwszego filmu Tony stał się jednak bardzo zgorzkniały, trzeba się mocno doszukiwać tej postaci, która z miejsca podbiła serca widzów, bo gdzieś znika. W tym wszystkim Kapitan wypada nieco jak zbuntowany nastolatek, a Iron Man jak mędrzec. I jak wspominałam wyżej, prawie udało się dojść do kompromisu, ale nastąpiło bum i nici z pojednania. Ja tym bum byłam szczerze przerażona. Niestety, doszła do fabuły trzecia zemsta.
Gdzie w tym wszystkim siedzi Bucky? Żył on sobie w miarę spokojnie, ale bez wątpienia miotał się pomiędzy tym co było i tym co będzie. A potem, w związku z planem Zema, musiał opuścić swoją kryjówkę i nim zaczynają miotać. Kapitan pomimo wszystko daje radę przekonać go, że jest po jego stronie i razem próbują dopaść Zema.


Zaskoczenia i niezaskoczenia. Tu mogą być spoilery i to naprawdę ogromne. W filmie jest sporo zaskakujących rzeczy, niekoniecznie zwrotów akcji, ale wydarzeń, których nikt się nie spodziewa. Albo to tylko ja. Na przykład Peggy umiera i pokazano jej pogrzeb. (To jedna z trzech scen, na których się wzruszyłam). Z jednej strony jest to naturalna kolej rzeczy, po tym co widzieliśmy w Zimowym Żołnierzu, ale świadomość, że już jej nie ma łamie serce. Największym zaskoczeniem i szokiem jest natomiast, to co wydarzyło się w 1991 roku. Po prostu nie mam słów. Z drugiej jednak strony, albo dlatego, że widziałam już tak wiele filmów z MCU, albo dlatego, że po prostu jest przewidywalny, zdarzało mi się całkiem nieźle zgadywać co będzie się dalej działo. Ale nie przeszkadza to w oglądaniu, bo te domysły kształtują się w jego trakcie i czasami jest tak, że bardzo się nie chce aby się sprawdziły, ale niestety. 
Mam ogromną ochotę iść na ten film do kina raz jeszcze, a jednocześnie czuję, że Zimowy Żołnierz był odrobinę jednak lepszy, a ten Kapitan jest w pewnych elementach wtórny. Mogłabym się pokusić o porównanie tych filmów, ale wspomnę tylko o tym, że w obu są super pościgi na ulicach miasta, ale w tym pierwszy lepsze, rozwalanie budynków też w tym pierwszy jest lepsze. I z jakiegoś powodu ważną rolę w scenografii odgrywają zbiorniki wodne, a Civil War jest ich więcej i chyba kryją ciekawsze rzeczy. 


Zakończenie filmu sugeruje, że kwestie kontroli bohaterów zdecydowanie powrócą. I choć rozumiem Kapitana ("jeśli będą chcieli nas wysłać w miejsce, gdzie nie jesteśmy koniecznie potrzebni; a uziemią gdy nasza pomoc będzie nieodzowna" - mniej więcej) myślę, że kontrola nad bohaterami jest jak najbardziej zasadna. Do Kapitana nie podchodzi matka, która straciła syna w Sokowi, natomiast do Starka owszem. Tony jest taki biedy i smutny w tym filmie, że nie sposób przejść wobec tego co twierdzi obojętnie, nawet jeśli cały sercem jest się za Kapitanem. I cały film tak się widz buja, wiedząc, że w pewnych kwestiach Rogers ma niezaprzeczalną rację, a w innych powinien posłuchać Irona Mana. Dlatego tak naprawdę nikt nie wygrywa (ale zerknijmy jeszcze raz na tytuł filmu).


Ktoś się chyba uczył od marvelowych seriali Netflixa i w Civil War jest walka na korytarzu i klatce schodowej. Co prawda nie tak ciemna jak w "Daredevilu", ale od razu się z nim kojarzy. Pierwszą wersją tytułu tego wpisu było "Walczą i biją się" i sekwencje oraz choreografie walk są fenomenalne wróćmy chociażby do tej Iron, Cap i Bucky z trailera, albo praktycznie wszystkie sceny z udziałem Black Panther. Ale oni tyle tam się biją, że nie sposób zachwycać się każdą walką. 
Tytuł najbardziej jednoczącej kino sceny otrzymuje scena w garbusie <3 Poza tym mi się to naprawdę podobało, bardzo, ale znów mam wrażenie, że to co napisałam wbrew najlepszym chęciom nie jest tak entuzjastyczne jak bym chciała. Głównie z powodu, o którym wspominałam w pierwszym akapicie. Ale ja chcę jeszcze raz. 


I zostawiam dwie recenzje popularnych blogerek: Myszy - polecam szczególnie sekcję "Spoilerowe piski", bo jest tam wiele uroczych, malutkich i błyskotliwych spostrzeżeń. I Zwierza. Ale ostrzegam, bo Zwierz pisze spoilerowo i o tym o czym M pisać nie chciała.

LOVE, M



czwartek, 5 maja 2016

Tardis

Hello!
Prawdopodobnie w maju będę dużo publikowała moich wyszywanych prac. Wynika to oczywiście z tego, że jestem uziemiona i miałam sporo czasu. A dziś TARDIS. Druga w moim wykonaniu, ale tym razem robiona na zamówienie z czego jestem bardzo zadowolona. Postanowiłam wykorzystać okazję i zrobić to co uwielbiam, czyli gifa. 


Poprzednią zrobiłam prawie dokładnie rok temu, ale ta wyszła mi zdecydowanie lepiej.




Pozdrawiam, M

wtorek, 3 maja 2016

O miłości ("Dama kameliowa")

Hello!
Pierwszy raz za czytanie "Damy kameliowej" zabrałam się będąc w drugiej lub trzeciej klasie gimnazjum, jednak nie było mi dane dokończyć. I nie zraził mnie nawet fakt, że w trzecim akapicie dowiadujemy się, że główna bohaterka nie żyje, ale to co opisane jest 40 stron dalej, a mianowicie ekshumacja Małgorzaty. Nie czytałam dalej, zatrzasnęłam książkę i odstawiłam ją na półkę stwierdzając, że wolę spać spokojnie niż dowiedzieć się, jak potoczyły się dalsze losy bohaterów. Po latach ciekawość jednak zwyciężyła.


Miałam raczej mgliste pojęcie o czym jest ta książka, zarówno gdy próbowałam ją czytać po raz pierwszy jak i teraz. A jej temat jest najbanalniejszy z możliwych - miłość. Francuskiej kurtyzany i młodzieńca. Miłość szalona, z jego strony od pierwszego wejrzenia, niemożliwa, z jej strony wymagająca poświęceń, ale prawdziwa. Być może zbyt łatwo dałam się przekonać, że ich miłość jest jednak szczera pomimo, że znali się jeden dzień, ale bohater sam zdawał sobie sprawę, jak bardzo jest to kuriozalna sytuacja.

"Przez dwadzieścia pięć dni w miesiącu kamelie były białe, przez pozostałe pięć - czerwone, i nikt: ani bywalcy teatru, ani znajomi Małgorzaty, ani ja, który o tym wspominam, nikt nie umiał wytłumaczyć tej zmiany kolorów."

Powieść jest krótka, nieco ponad 200 stron, ale ile się dzieje na jej kartach. Chociaż głównie to emocje bohaterów bądź to co w emocjach robią. Każde możliwe uczucie znane człowiekowi nie jest obce bohaterom, od wściekłości, zazdrości do najszczerszego szacunku i najbardziej oddanej miłości i zawsze są to uczucia gorące i pełne namiętności, często zaburzające osąd Armanda z czego wynika wiele nieprzyjemności.

"Niestety, tajemnice zmarły wraz z boginią i mimo najlepszej woli panie z towarzystwa mogły wytropić jedynie to, co przeznaczono na sprzedaż po zgonie bohaterki, a nic z tego, co było na sprzedaż za jej życia."

Narrator na samym początku informuje czytelnika, że historia jest prawdziwa. I faktycznie autor powieści - Aleksander Dumas - miał romans z pierwowzorem Małgorzaty, a sam w powieści występowałby jak Armand. "Dama kameliowa" ma bardzo ciekawy sposób narracji. Narrator słyszał jedynie o głównej bohaterce, ale zainteresowała go wyprzedaż jej majątku, gdzie nabył książkę. Kilka dni później w mieszkaniu narratora zjawia się tajemniczy młodzieniec chcący odkupić książkę. Narrator mu ją oddaje i tak zaczyna się ich przyjaźń w wyniku, której Armand opowiada narratorowi tragiczną historię miłości Małgorzaty do niego, bo nie ulega wątpliwości, że ona była bardziej pokrzywdzoną stroną. Na końcu jest także list bohaterki do przyjaciela (bo tak się do siebie zwracali) ze wszystkimi wyjaśnieniami. Nie spodziewałam się, że historia napisana przez mężczyznę, opowiadana z perspektywy mężczyzny (a w sumie nawet dwóch) może być, aż tak uczuciowa.

"Przypomniałem sobie tej epizod, gdyż i ja, gotów cierpieć dla tej kobiety, obawiałem się, by nie przystała na mnie zbyt szybko, dając mi skwapliwie miłość, którą wolałbym opłacić długim oczekiwaniem lub wielką ofiarą. Tacy już jesteśmy, my, mężczyźni. Prawdziwe to szczęście, że wyobraźnia zostawia jeszcze zmysłom ową cząstkę poezji i że pożądanie ciała czyni to ustępstwo na rzecz marzeń duszy"

Ponadto autor zawarł w jej treści wiele przemyśleń, na temat obyczajowości, oczywiście podejścia społeczeństwa do kurtyzan czy relacji damsko-męskich. Ale nie są to opinie nachalne, ale doskonale wplecione w ciągłość treści.

LOVE, M

niedziela, 1 maja 2016

Straszne i piękne ("Metropolis")

Hello!
O "Metropolis" wspominałam na blogu nie raz. O tym, że go odnalazłam po długich poszukiwaniach prawie dokładnie 2 lata temu i o tym, że jeszcze go nie obejrzałam. Do dziś. 


Wiedziałam, że ta bajka raczej nie jest dla dzieci, ale po obejrzeniu zastanawiam się jakim cudem ktoś dopuścił do puszczenia jej w telewizji w porannym paśmie. Chyba nie został wcześniej obejrzany. A z drugiej strony gdybym go wtedy nie zobaczyła, nie miałabym nic co wywarło aż takie wrażenie i nie miałabym się czym teraz zachwycać. 


Detektyw wraz z bratankiem przybywają do Metropolis w poszukiwaniu groźnego naukowca-przestępcy. Przypadkowo ratują dziewczynę o imieniu Tima, której pochodzenie i przeznaczenie jest tajemnicą.

Animacja jest brutalna, bezlitosna i okrutna. Jest także przerażające. Jak na film dla młodszego widza bardzo dużo tam strzelania, zabijania i wybuchów. Do tego zawiera w sobie elementy polityki i spraw społecznych - wybucha nieudana rewolucja przeciw robotom, bo ludzie oskarżają je o zabieranie im miejsc pracy, ale także rywalizacja polityczna toczy się pomiędzy księciem Red a burmistrzem miasta i, jak łatwo się domyślić, każdy próbuje zrealizować swoje osobiste plany. Sprawy są zdecydowanie bardziej zawiłe i skomplikowane niż mogłoby się wydawać, a główny bohater zostaje w nie wciągnięty nie z własnej woli a jest tylko dzieckiem. Dodatkowo Timę, czyli dziewczynę-robota ściga przybrany syn księcia Rock, który zostawia za sobą trupy, a jego relacja z ojcem mogłaby być materiałem do badań psychologicznych.
Biorąc to wszystko pod uwagę warto jeszcze zaznaczyć, że zdecydowanie jest to film, w którym przy każdym kolejnym oglądaniu odnajdzie się więcej znaczeń.


Jak na japońską animację postaci wyglądają dość zaskakująco, są bardzo charakterystyczne i choć mają wielkie oczy to przypominają postaci znane z niejapońskich bajek. Metropolis jako miasto także prezentuje się wyjątkowo, ilość szczegółów i często skomplikowania budowli robi wrażenie. Ale największe jest w sekwencjach rozpadania się zikkuratu (to kolejny kontekst, który można wykorzystać przy interpretowaniu filmu)- to właśnie te sceny tak zapadły mi w pamięć. Zupełnie jednak nie pamiętałam o muzyce. Powyższej scenie towarzyszyła piosenka Raya Charlesa "I Can't Stop Loving You", to trzeba zobaczyć, bo efekt jest niesamowity.


Anime ma klimat filmu detektywistycznego, ale takiej klasyki gatunku, łącznie z przejściami pomiędzy scenami polegającymi na zaczernianiu ekranu aż tylko jeden element w kółku pozostaje widoczny, a wszystkiemu towarzyszy jazzowa. Co ciekawe dużo lepsza wtedy gdy jest radosna, niż gdy ma podkreślać jakieś dramatyczne wydarzenia. Choć założenie jest takie, że animacja dzieje się w przyszłości jest bardzo retro. 


"Metropolis" ma próg wiekowy 13+ i to chyba faktycznie odpowiedni wiek, aby podejść do tego filmu. A potem warto tak raz na 2 lata go odświeżyć. Bo choć kreska i animacja będą się jeszcze bardziej starzały (ale może fakt, że od początku jest stylizowana na starszą jednak ją uratuje) to rzeczy które można z oglądania filmu wynieść będzie przybywało. 

Trzymajcie się, M