poniedziałek, 10 grudnia 2018

Bez serca - Illang

Hello!
Nie odkryję Ameryki, jeśli napiszę, że wśród ludzi oglądających filmy pojawił się nowy nawyk czy wręcz nowy gatunek filmowy, związany z nowymi formami dystrybucji filmów. Brzmi to prawie enigmatycznie, a chodzi tylko i wyłącznie o kategorię filmów: obejrzałam, bo był na Netflixie. Od filmów oglądanych przypadkiem w telewizji różni je to, że widz przechodzi jednak jakiś proces decyzyjny i to on klika na konkretną miniaturkę, a nie zaczyna mu się wyświetlać losowy film. Ale według ludzi, którzy oglądają tym sposobem więcej filmów niż ja, są one w większości tylko trochę lepsze od filmów typowo telewizyjnych.


Mając za sobą te wyjaśnienia mogę przejść do pierwszego filmu (fabularnego; do tej pory Netflix służył mi do oglądania dokumentów, seriali, dram i Atlasu chmur), który trochę obejrzałam tym sposobem. Ale tylko trochę. A dokładnie to było tak, że się o nim dowiedziałam, wiedziałam, że gra w nim Minho z Shinee, sprawdziłam, czy jest na Netflixie i nie było. Ale dosłownie po 3 czy 4 dniach dowiedziałam się, że będzie. I obejrzałam. 

Po pierwsze przeczytałam na Wikipedii i sprawdziłam kilka stron z ocenami i wiedziałam, że nie jest to najlepszy na świecie film. Ba, krytycy raczej uznawali, że plasuje się poniżej średniej, a z kin w Korei został dość szybko zdjęty. Także byłam nastawiona na zły film. A Illang: Wilcza brygada jest głównie za długi w stosunku do niewielkiej ilości intrygi, którą prezentuje.

Wilcza brygada to super jednostka w super jednostce. Jej członkowie to nie ludzie to wilki. Ale jeden z nich ma traumę, którą złe siły różnych jednostek rządowych chcą wykorzystać przeciwko niemu aby dalej panował chaos. To zdecydowanie nie jest najlepszy opis tego filmu, ale lepszy być nie może, aby nie zdradzić za wiele z fabuły, która rozpoczyna się w połowie filmu. Dosłownie Illang składa się z dwóch części z czego pierwsza też ma dwie. Początek to zarys historyczny, który sam w sobie jest intrygujący, bo to antyutopia o połączeniu Korei Północnej i Południowej. Fabuła rozgrywa się w nie aż tak dalekiej przyszłości. Natomiast oprócz tego wprowadzenia o świecie przedstawionym później dowiadujemy się bardzo niewiele. W ramach wprowadzenia mamy też pokazane działania specjalnej jednostki w przeszłości, po czym przechodzimy do akcji w teraźniejszości. Obie powodują, że Im Joong-kyung zaczyna kwestionować działania brygady. Później przechodzimy do wątku, gdzie główny bohater poznaje Lee Yoon-hee i dowiadujemy się o interpretacji Czerwonego kapturka, która obowiązuje w tym świecie. I tak się kończy pierwsza połowa filmu. Przedstawienie tych dwóch elementów zajmuje ponad godzinę.

A po niej poznajemy intrygę. Która w sumie jest ciekawa, tylko, że wiemy o niej naprawdę niewiele. Bohaterowie uciekają, mordują, zmieniają albo nie zmieniają strony po których stoją i ogólnie dzieje się. Z tym, że żaden z bohaterów nie ma charakteru (główny może trochę, ale to główny bohater), ich motywacje, o ile jakieś są, to władza lub inne dość niskie pobudki, a wszystkiemu patronuje polityka. Ogólnie naprawdę żadnego bohatera nie poznajemy bliżej, a o jakiejś ewolucji charakteru mówić już w ogóle nie można. Obserwujemy ich, ale zupełnie nic wobec nich nie czujemy. Nic. A powinniśmy, bo jakby z założenia nasz główny bohater powinien być bardzo skomplikowany wewnętrznie.

Ale uwaga, na ten film nie patrzy się źle. Pod względem zdjęć jest naprawdę dobry, czasami naprawdę ma przebłyski wielkiej błyskotliwości. Widać, że był robiony na duży ekran i na pewno robił wrażenie, bo i na komputerze robi. Poza tym to jest bardzo brutalny film, bardzo. Nie wiem czy to nie najbardziej brutalny film jaki w życiu widziałam. Ale jest tak zrobiony, że nawet mi, a unikam tego typu produkcji, to nie przeszkadzało. Sceny walki robią wrażenie, a pościg na parkingu to już w ogóle WOW. A w tych technicznych kategoriach został w Korei nominowany do kilku nagród także naprawdę coś w nich jest.

Ten film jest jak członkowie Wilczej brygady - bez serca.
Brakuje mu wyjaśnienia intrygi, bohaterom brakuje charakteru. A gdyby ktoś przypadkiem chciałby oglądać tylko dla Minho to niech tego nie robi, bo nie warto.

Trzymajcie się, M
(gdybyście się zastanawiali jakie mam opóźnienie w publikowaniu wpisów to ten był napisany 21.10.2018)

sobota, 8 grudnia 2018

BTS Backstage 1000

Hello!
Uwielbiam blogowe rocznice, urodziny bloga, szykowanie postów na specjalne okazje i tym podobne sprawy. A dziś zastanawiam się co jest większym powodem do świętowania: 6 urodziny bloga obchodzone na przełomie sierpnia i września czy jednak fakt, że dzisiejszy wpis to tysięczny post na blogu. 1000. Dobra, tysiąc robi zdecydowanie większe wrażenie niż sześć.

Oto jak wygląda kalendarz z planowaniem wpisów. Każdy miesiąc wygląda zdecydowanie bardziej jak ten po prawej.

Tysięczny  post wypadł trzy lata, dwa miesiące i dwa dni po 500. Zajrzałam kto tamten komentował. Do dziś wymieniam komentarze tylko z jedną z tych osób, reszta poznikała. Ale nie będę się rozwodzić ani o stanie blogosfery, ani o ubywaniu znajomych blogerów, bo w ciągu ostatniego roku robiłam to wystarczająco wiele razy.

To jest tylko mała część zdjęć, w sumie było ich około 10-12.

Może najpierw wyjaśnię, co oznacza tytuł wpisu. Otóż jakiś czas temu wymyśliłam, że chciałabym pokazać na blogu zdjęcia, które wykonałam szykując rzeczy na Instagram bądź bloga, ale nie wyszły. Albo wyszły, ale akurat inne nadawało się lepiej do tego, co chciałam pokazać. A takich zdjęć mam tony. Albo były robione przy jakiejś okazji, ale potem nie było miejsca, żeby je pokazać.


Potem zaczęłam się zastanawiać jak nowy, przypuszczalnie, cykl nazwać. Najpierw miało być samo Behind The Scenes, ale niezbyt mi się ono podoba w pełnym brzmieniu. Potem zastanawiałam się nad samym Backstage, ale chociaż podoba mi się bardziej to samo wydaje się jakieś takie puste. Po wysiłkach mających sprawić, aby słowo backstage nie było samotne, skończyło się na tym, co widzicie w tytule. Taka konfiguracja (chyba dzięki tym dwóm B na początku) najlepiej brzmi w mojej głowie.

Gdy pisałam powyższe słowa, uświadomiłam sobie, że nawet nie brałam pod rozwagę możliwości nazwania cyklu po polsku. Ale gdybym brała pewnie kończyłabym z Kulisami bloga i chyba nie byłabym zadowolona. A może bym była, bo to i po polsku i nawet by się łączyło z ZIArtem.


Zastanawiam się czy tysiąc wpisów to nie grafomania. Ale recenzje to nie do końca utwory literackie więc można nawet jak są bezwartościowe to nie powinnam się powstrzymać. I raczej tego nie zrobię. Za bardzo to lubię. 

W środku, jeśli dobrze pamiętam, jest zdjęcie Emancypantek.

Troszkę, odrobinkę słaba jest data, kiedy ten wpis wypada. Bo zaraz koniec roku i jego podsumowanie. Ale pomyślałam, że nigdy nie zebrałam wszystkich podsumowań w jednym miejscu, a są one ładnym przeglądem tego, co robiłam na blogu przez ostatnie kilka lat.
Gdyby ktoś miał wątpliwości, bo pojawiały się głosy zdziwienia, podsumowania to mój wybór ulubionych/najlepiej klikających się wpisów z danego roku.
> W skrócie
> W skrócie 2015
> 2016 - Podsumowanie
> 2017 PODSUMOWANIE 
Nawet nie wiedziałam, że każdy jeden z tych wpisów ma inny tytuł...

W tym obchodzeniu tysięcznego wpisu zabawny jest fakt, że z moją matematyką jest naprawdę źle. To znaczy liczyłam, liczyłam i źle policzyłam. Niestety zauważyłam to za późno, aby to zmienić, bo około 6 rano 6 grudnia. Tak naprawdę to właśnie wpis z mikołajek był 1000. Ten jest 1001. Rozważałam zamienienie kolejności, ale rano tego dnia byłam na zajęciach, po południu w pracy i nie miałam czasu go dokończyć. Ale już jest. Chociaż niewiele brakowało, aby i dziś nie było, ale to już inna sprawa. Cieszmy się, że jest opcja automatycznego publikowania wpisów, bo nie wiem co bym bez niej ostatnio zrobiła.


Gdy wybierałam zdjęcia do wpisu, doszłam w wniosku, że chociaż pomysł jest niezły, to z jego wykonaniem, w taki sposób, w jaki początkowo to sobie zaplanowałam, mógłby być problem. Trzeba brać pod uwagę, jak i ile ładuje się wpis z dużą ilością zdjęć. A wiem, że bywa to problematyczne. Więc skala wpisu jest mniejsza niż zakładałam i muszę jeszcze ulepszyć ten pomysł. Może jednak bardziej pójdę w stronę kulis - to znaczy zdjęć, takich jak pierwsze, ale z drugiej strony, pokazywanie ile zdjęć się klika, zanim zrobi się i wybierze, które będzie w mediach społecznościowych też uważam, że jest ciekawe. Może Wy mi coś podpowiecie? 

Chciałabym dziś bardzo świętować, ale będę kończyła dziewięciogodzinną zmianę, gdy wpis zostanie opublikowany.
Trzymajcie się, M


czwartek, 6 grudnia 2018

Import i eksport - 1983

Hello!
Trochę planowałam, a trochę nie planowałam zobaczyć serial 1983. Na pewno chciałam zerknąć jak wygląda i co to za historia. A potem okazało się, że ma tylko osiem godzinnych odcinków, które sobie leciały i nawet pomimo tego że byłam w międzyczasie w pracy, zobaczyłam je w ciągu dwóch dni. Serial sam się ogląda i nie przesadzam, nie zauważałam momentu, gdy zmieniały mi się odcinki.

To jeszcze nie znaczy, że planowałam o nim pisać, bo tego nie planowałam wcale. (A jak zobaczyłam ile i jak się pisze o tym serialu, to ogólnie trochę zaczęłam obawiać się opublikować ten tekst). Ale gdzieś pomiędzy drugim i trzecim odcinkiem doszłam do jednego wniosku, którym muszę się podzielić. Otóż w 1983 mamy ruch oporu, rebeliantów, jak zwał tak zwał, kierowany (a przynajmniej jakaś część) przez Effy. Albo Ofelię, bo tak ją nazwali rodzice. Zawsze wydawało mi się, że taka osoba, aby przekonać ludzi, że walczy za słuszną sprawę musi mieć charakter i być charyzmatyczna. A Effy jest tak bardzo nieprzekonująca, że calusieńki sezon zastanawiałam się jakim cudem te wszystkie osoby właśnie jej słuchają. I tylko aby o tym wspomnieć piszę dzisiejszy tekst. Więc sprawa jest poważna. Bo sama koncepcja tego ruchu oporu i ogólnie wizja świata, czy też alternatywna historia Polski pokazana w tym serialu, jakoś się kupy nie trzyma.


Trochę mało wiemy o tym jak ten świat działa. To znaczy, może gdybym pokazała serial mojej Mamie i mojemu Tacie złapaliby filary tego świata w mig. Nie ja i gdy się nad nimi zastanawiam tym mniej rozumiem. Poza tym ten serial jest szary. Zarówno dość dosłownie - kolorystycznie, czasami jest tak, że nie można rozpoznać szczegółów, jest ciemno, buro i jakby ktoś nałożył filtr, ale także mniej dosłownie - dobro, zło to pojęcia względne. A przynajmniej odniosłam takie wrażenie, bo nie ma w nim komu "kibicować", kim się naprawdę zainteresować, bo z jednej strony powinniśmy chyba być za ruchem oporu - ale jest pokazany tak, że trzeba się dziwić, że w ogóle ktoś w nim jest. Można by się zastanowić, czy nie kibicować Kajetanowi, ale z każdym kolejnym odcinkiem robi się coraz bardziej nijaki. Później wręcz denerwujący, szczególnie jego stosunek do Karoliny. A Anatolowi nie ma w czym kibicować. To znaczy ze wszystkich postaci on jest najbardziej ogarnięty, ma pokłopotaną przeszłość, problematyczną teraźniejszość, ale wie jak sobie w życiu radzić i zaangażowanie widza w jego historię jest w sumie minimalne. Co prawda, mnie najbardziej ciekawiło, co on będzie robił, ale jednocześnie nie za bardzo było właściwie wiadomo co on robi. 


To, że nie wiemy o co chodzi postaciom to też problem, ale akurat milicja i Anatol najlepiej tłumaczyli się ze swoich działań. Przy czym ja dalej nie wiem, co kto chciał osiągnąć i dlaczego tak. 
Co mi się podobało? Wątek rodziców Kajetana. To było ciekawe i takie życiowe - do czego zdolny jest człowiek, aby przetrwać. Choć jednocześnie nie wiem co myśleć o jego zakończeniu. Podobała mi się też postać Wujka. Taki typ spod ciemnej gwiazdy, gangster w białym golfie, który nie wiadomo po której jest stronie. Znaczy miał być neutralny, ale trochę się to zmienia w trakcie serialu.


To nie jest tak, że mi się ten serial podobał czy nie podobał. Nie wiem, czy on jest dobry czy niedobry. Mam wrażenie, że wielu, wielu rzeczy nie zrozumiałam, ale boję się, że to nie to. Tylko, że tam tak naprawdę nie ma nic do rozumienia, bo to taka tam sobie wizja, równie prawdopodobna co spójna. Bo w sumie chyba pierwszy raz w życiu mam poczucie, że nie wiem co obejrzałam. Za dużo w tym serialu pustych miejsc i to niekiedy całkiem dosłownie, bo pojawia się jakaś postać/wątek/wzmianka, coś co wydaje się, że będzie wiele znaczyło albo odegra ważną rolę, a to znika i nie wraca do końca. Plus to chyba miało przekonywać - zupełnie nie działa. Jak wspomniałam wyżej mnie interesowały tylko losy Anatola. I rodziców Kajetana.

A ogólnie 1983 to pierwszy polski serial jak obejrzałam w całości. Netflix jednak robi swoje, bo nawet jak była nie wiem Wataha czy Belfer (bo o tych kojarzę, że dobrze mówiono) to były one w TV, a ja telewizji w Gdańsku nie oglądam. Bo TV to TV, nie lubię, wręcz nie znoszę, korzystania z playerów, ipli czy co tam jeszcze służy do odtwarzania programów telewizyjnych na komputerze.

Czekam na Wasze opinie, M

wtorek, 4 grudnia 2018

Ciekawiej - Doctor Who 11: It Takes You Away

Hello!
Nowa seria Doctora Who zbliża się do końca - jeszcze jeden odcinek sezonu oraz odcinek na Nowy Rok (a nie na Boże Narodzenie - trochę mi przykro, bo lubiłam te odcinki) i pożegnamy się z jedenastym sezonem. Ale na razie kilka słów o dziewiątym odcinku.


Początkowo wydaje się, że będzie to banalny, nieciekawy i nudny odcinek. Bo sprawia wrażenie, że powinniśmy bardzo obawiać się jakiegoś niewidzialnego zagrożenia, które tylko słychać i straszy niewidomą dziewczynkę, której pomagają bohaterowie. I w przeciwieństwie do fabuły, która gdzieś w połowie okazuje się dużo ciekawsza niż się zapowiadało, dziewczynka jest wyjątkowo nieprzyjemną postacią. 

W porównaniu z nudnawym odcinkiem sprzed tygodnia ten, dzięki początkowemu sugerowaniu, że to jakiś odcinek thriller, choć ciężko było w to uwierzyć, bo jako taki był mało przekonujący, ten oglądało się z zaciekawieniem. Trochę zabrakło w nim głębi, choć próbowano zagrać na emocjach rodzinnych i kwestii wyboru, ale bohaterowie tego odcinka byli zupełnie nieprzekonujący. Dużo lepiej zagrał wątek z Grahamem, ale nie trudno się było domyślić, jak historia się skończy. 


Bardzo przypadło mi tez do gustu rozwiązanie kosmiczne i świadomy wszechświat (albo podobnie oglądałam po angielsku, mam nadzieję, że dobrze zrozumiałam) i tłumaczenie, ile Doctor miała babci. Mam wrażenie, że dawno koncepcja ingerencji kosmosu/obcych w naszą rzeczywistość nie była tak przemyślana i spójna. Choć wytłumaczenie tej koncepcji jest bardziej skomplikowane niż ona sama, ale to nic. W każdym razie Doctor miała kilka naprawdę błyskotliwych momentów, czego nie można powiedzieć o towarzyszach, może poza Grahamem. 

Ogólnie to całkiem przyjemny odcinek, z mini plot twistem, ale nie zapewnia szczególnie dużo materiału do analizy żeby się nad nim za bardzo rozwodzić.

Trzymajcie się, M


niedziela, 2 grudnia 2018

Kocham Instagram - listopad 2018

Hello!
Kiedyś narzekałam w pojedynczych wpisach, gdy bardzo czułam, że mam na co narzekać. Ostatnio rolę narzekających wpisów przejęły wpisy ze zdjęciami z Instagramu. Poważne się zastanawiam czy nie przerwać ich robienia, bo pokazują tylko wyimek zdjęć, a mi od wakacji, gdy Instagram zamienił mi się za bardzo w bookstargram, starałam się wrzucać tam trochę więcej zdjęć na których nie ma książek.


Ale to nie zmienia faktu, że do zestawienia najbardziej serduszkowanych zdjęć trafiają te z książkami. I jedno z dźwigami, co mi się podoba już dużo bardziej. Nie żeby koniecznie dźwigi były dużo ładniejsze od książek, ale w przypadku mojego robienia zdjęć dźwigi są dużo bardziej fotogeniczne. Chociaż mój profesor twierdził, że coś takiego jak fotogeniczność nie istnieje. Ale mówił to w kontekście portretów. Więc jeśli portret nie wychodzi to fotograf dupa, a nie, że ty jesteś niefotogeniczna/fotogeniczny.


Tak mi się zebrały koreańskie książki w jednym rządku. To nic, że żadnej nie napisał Koreańczyk. Chociaż w ostatniej są chyba 2 referaty: jeden Koreańczyka i jeden Koreanki. Jeszcze Wam nie napiszę jak dokładnie brzmi tytuł mojego licencjatu, ale mogę napisać, że łączy on wszystkie trzy książki i faktycznie już są one w nim opisane. Nie zamykam zgadywania możecie próbować strzelać, bo w dalszym ciągu oprócz grupy z seminarium, najbliższych koleżanek na studiach i rodziny, mój temat w sumie zna tylko eM z eM poleca.



Ostatnia sprawa na dziś: M dostała pracę na grudzień, co oznacza, że drastycznie skrócił się czas, którym dysponuje w dni wolne od zajęć na uczelni. I w niektóre dni, gdy jest rano na uczelni, a po południu pracuje też. Co oznacza, że prawdopodobnie w grudniu ujrzą światło dzienne wszystkie te wpisy, których nie miałam kiedy opublikować do tej pory, ale nie powinna się zaburzyć ich częstotliwość. Ewentualnie pora publikacji, będą bliżej 21 niż 20. Ale to oznacza też, że mogę być mniej aktywna i na Facbooku i na Instagramie. Ale za to ile będę miała historii do opowiadania potem. 

Pozdrawiam, M

piątek, 30 listopada 2018

Blogerzy kulinarni książkują 2018

Hello!
I druga część poprzedniego wpisu. Jeszcze więcej książek. Jeszcze mniej autorów. I dlatego tym razem to oni i ich blogi są pogrubione a nie tytuły.


 Bez glutenu. Bez wyrzeczeń.
Słodkie sekrety czyli bezglutenowe, roślinne historie pisane lukrem
Weronika Madejska
BLOG: natchniona.pl
Wydawnictwo: Septem

Zdrowa tarczyca
Depresja. Jedzenie, które leczy
Jedzenie, które leczy
Dieta Raw Food
Jedz i pracuj... nad własnym zdrowiem
Jedz i pracuj nad własnym zdrowiem. Szybkie i zdrowie dania do pracy
Jem to, co kocham i chudnę
Para w kuchni. 60 potraw na parze
Detoksy. Jak oczyścić swój organizm
Karolina odNowa
Swojsko. Karolina na tropie polskich smaków
Karolina na detoksie. Oczyszczanie organizmu w 7 dni

Na szczęście. Przewodnik po świadomym życiu przez cały rok
Karolina i Maciej Szaciłło
BLOG: medytujemy.pl
Wydawnictwo: Wydawnictwo Zwierciadło
Wydawnictwo: Agora (książki, które w tytule mają Karolinę)

Lunchbox na każdy dzień. Przepisy inspirowane japońskim bento
Malwina Bareła
BLOG: filozofiasmaku.blogspot.pl
Wydawnictwo: Znak

Moje wypieki. Całkiem nowe przepisy
Moje wypieki i desery na każdą okazję
Moje wypieki. Wielki powrót
Moje wypieki i desery
Moje wypieki na cztery pory roku
Moje przepisy i pomysły
Dorota Świątkowska
BLOG: mojewypieki.com
Wydawnictwo: Egmont

Jaglany detoks. Oczyść organizm w 7 dni!
Jaglany detoks dla biegaczy. Oczyść organizm w biegu!
Jaglany detoks. Kolejny krok
Leczenie dietą. Wygraj z candidą!
Boży skalpel. Uzdrowienie postem.
Wzmocnij jelita. Wygraj z lękiem i depresją, przestań zajadać stres
Zatrzymaj Hashimoto. Wzmocnij tarczycę!
Marek Zaremba
BLOG: gotujzdrowo.com
Wydawnictwo: Wydawnictwo Pascal / Boży skalpel - Wydawnictwo Esprit

Dieta oczyszczająca . Program naturalnej regeneracji organizmu
Ewa Jarosz
BLOG: dietetykwstolicy.pl
Wydawnictwo: Edgard

Qmam kasze. Do ostatniego okruszka
Maia Sobczak
BLOG: qmamkasze.pl
Wydawnictwo: Wydawnictwo Marginesy

Młodziej, piękniej, zdrowiej. Sprawdzone sposoby, jak dbać o urodę.
Zamień chemię na energię. Zdrowie i siła na wynos
Święta bez chemii. Zdrowe przepisy na tradycyjne potrawy na Boże Narodzenie i inne święta
Julita Bator
BLOG: julitabator.pl
Wydawnictwo: Znak

Dieta MIND. Sposób na długie życie
Mikołaj Choroszyński
BLOG: bdieta.pl/blog
Wydawnictwo: Wydawnictwo M

Super laska. Skończ z dietetyczną recydywą!
Anna Gruszczyńska
BLOG: wilczoglodna.pl
Wydawnictwo: Wydawnictwo SNQ


Podsumowując: 36 książek (mówiłam, że więcej), 7 autorek, 2 autorów i jedna para, w sumie 11 osób oraz dwanaście wydawnictw.
Ale trochę oszukałam, bo jedna z książek powinna zasadniczo się znaleźć w poprzednim zestawieniu, a jest tu.

Trzymajcie się, M

środa, 28 listopada 2018

Blogerzy książkują 2018

 Hello!
Nadchodzi ten czas, gdy Wy szukacie prezentów dla bliskich, a ja chciałabym napisać, że przychodzę Wam z pomocną listą książek napisanych przez blogerów i blogerki, aby ułatwić zadanie i podpowiedzieć na co możecie zwrócić uwagę. Ale to nie do końca tak. 
Tak naprawdę robię tę listę tylko po to, aby sprawdzić, który autor lub wydawnictwo korzystają z Brand24.

Oczywiście żartuję, ale prawdą jest, że blog zalicza znaczny wzrost wejść po publikacji tych list. A przynajmniej było tak w dwóch poprzednich latach. Lista podzielona jest na dwie części: tu są normalni blogerzy, a za dwa dni pojawi się spis książek kulinarnych. Vlogerzy się nie popisali i ich część może powróci w przyszłym roku, ale w tym nie miałam za bardzo o czym pisać. 
Nie będę przypominała czym kierowałam się przy doborze tytułów, zaznaczę tylko, że to jest lista. Nie ranking, nie top 10.


Miej umiar. 52 kroki do życia po swojemu
Natalia Knopek
BLOG: simplife.pl
Wydawnictwo: Wydawnictwo Pascal


Siła ziół
Patrycja Machałek
BLOG: prosteprojekty.com
Wydawnictwo: Znak


Szczęśliwy jak łosoś
Anna Kurek
BLOG: norwegolozka.com
Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie


Zaufanie, czyli waluta przyszłości.
Michał Szafrański
BLOG finansowyninja
Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Relacja


Siła niedoskonałości. Dlaczego perfekcyjnie nie zawsze oznacza najlepiej
Zaakceptuj siebie. O sile samowspółczucia
Przekleństwo perfekcjonizmu. Dlaczego idealnie nie zawsze oznacza najlepiej
Malwina Huńczak
BLOG: malwinahunczak
Wydawnictwo: Edgard


Lunatycy
To tylko seks
Jan Favre
stayfly.pl


W to mi graj
Joanna Glogaza
BLOG: jannaglogaza.com
Wydawnictwo: Altenberg


Moja dusza pachnie Tobą
Dotyk Twoich słów
Aleksandra Steć
aleksandrasteć.pl
Wydawnictwo: Drukarnia FastGraw / CAMILOVE 


Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet
Karolina Bednarz
BLOG: wkrainietajfunów.pl
Wydawnictwo: Wydawnictwo Czarne


Life Mastery. Sztuka tworzenia epickiego życia
Obsesja doskonałości. Zostań legendą sportu
Niemożliwe. Pokonaj ego. Żyj bez granic.
Ego vs Ja. Zmieniając siebie, zmienisz przyszłość
Wybitność to kwestia wyboru
Dawid Piątkowski
BLOG: dawidpiatkowski.com
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kos


Autentyczność przyciąga. Jak budować swoją markę na prawdziwym i porywającym przekazie?
Wydanie 2 - Autentyczność przyciąga. Jak budować swoją markę na prawdziwym i porywającym przekazie + 40 inspirujących ćwiczeń
Anna Piwowarska
BLOG: autentycznycopywriting.pl
Wydawnictwo: Onepress


Człowiek otwarty
Kalina Moskaluk
BLOG: lagomlife.pl


Warsztaty stylu. Autorska metoda, dzięki której odkryjesz swój styl.
Maria Młyńska
BLOG: ubierajsieklasycznie.pl
Wydawnictwo: Flow Books

 

ZA WCZEŚNIE. Rozmowy z rodzicami wcześniaków urodzonych w 23-29 tygodniu ciąży
Marta Spyrczak
martaspyrczak.pl


Poza trasą
Rafał Urbanelis
BLOG: nakreche.com
Wydawnictwo: Wydawnictwo SNQ


Z Nowym Jorkiem na NY
Magdalena Muszyńska-Chafitz
BLOG: littletownshoes.com
Wydawnictwo: Wydawnictwo Czerwone i Czarne

Biznes ci ucieka
Marcin Osman
marcinosman.pl
Wydawnictwo: OSM Consult Sp. z o. o.

Podsumowując: dwadzieścia pięć książek, napisanych przez dwanaście autorek i pięciu autorów, wydanych przez czternaście wydawnictw (plus prawdopodobnie self-publishing).
I już nie mogę się doczekać zbierania kolejnych tytułów na przyszły rok! 

LOVE, M

poniedziałek, 26 listopada 2018

Tylko te oczy - Doctro Who 11: The Witchfinders

Hello!
Dziś chciałabym zacząć od podziękowań za ciepłe przyjęcie ostatniego wpisu, bo byłam (i ciągle jestem) bardzo pozytywnie zaskoczona ilością miłych słów, które o nim dostałam. O The Rose pisało mi się bardzo dobrze i muszę przyznać, że czułam, że to niezły tekst, ale nie spodziewałam się komplementów w komentarzach. Także dziękuję właśnie tutaj, bo chociaż staram się odpisywać na komentarze, to mało kto wraca i jest sprawdza. A przy okazji chciałabym także Was zaprosić na Facebooka bloga <o tutaj>

Ósmy odcinek powinien był mi się podobać, bo był z gatunku tych które najbardziej lubię. Czyli dział się w przeszłości i dotykał jakiegoś intrygującego elementu historii. Ale się zawiodłam, bo The Witchfinders jest, niestety, bardzo nudnym odcinkiem. 

Z odcinka, który za podstawę bierze polowania na czarownice, można zrobić mnóstwo ciekawych historii. A zaprezentowana w odcinku jest rozczarowująco powtarzalna, w takim sensie, że oczywiście, że to kobiety nie były żadnymi czarownicami. Ba, za życia nie miały nawet wiele wspólnego z tym, co im się stało, gdy już zostały utopione. Połączenie czarownica-zombie-kosmita brzmi dziwnie, ale daje duże pole do popisu dla wyobraźni. A tu nie. Punkt kulminacyjny jest bardzo przesunięty, a samo rozwiązanie też było dość przewidywalne. 


Chyba starano się zagrać na nieco filozoficznej nucie i kosmiczno-czarownicową fabułę wykorzystać jako pretekst do rozmowy o tym, jak ludzie zachowują się gdy się czegoś obawiają, gdy czegoś nie znają. Jak nasze traumy i lęki z przeszłości wpływają na życie. Ale nie wyszło. Bo tylko podkreśliło nudę samej fabuły i fakt, że te hasła także się już i przesz ten, i przez poprzednie sezony Doctora Who przewinęły. 

Odcinek trochę ratuje Alan Cumming jako król James. Ten człowiek ma tak hipnotyzujące oczy, że nie można nie patrzeć na ekran, gdy on na nim jest. A moment jego pojawienia się w odcinku odrobinkę sugeruje, że jakimś sposobem klimat epizodu się zmieni na nieco zabawniejszy, ale nie dajcie się zwieść. Chociaż te momenty, gdy król James jest na ekranie ogląda się zdecydowanie najlepiej. 

Może jeśli ktoś niedawno skończył oglądać nową Sabrinę (ja) i mu się podobała (trochę mniej, ale nie mam kiedy opublikować recenzji) i ma ochotę powrócić do takiego świata, gdzie chodzą i krzyczą "Szatan!" to mu się ten odcinek spodoba bardziej niż mi. Ja się zawiodłam, a nie miałam wielkich oczekiwań. 

Trzymajcie się, M

sobota, 24 listopada 2018

The Rose

Hello!
Dawno, bardzo dawno nie było wpisu, w którym dzieliłabym się konkretnym zespołem lub muzykiem, którego słucham. Ostatnio w tym temacie popełniłam dwuczęściowy wpis o kpopie (tu możecie przeczytać <część 1.> i <część 2.> ) i trochę innych, ale bardziej ogólnych z teledyskami i piosenkami niż zespołami, jak to miał miejsce... ponad dwa lata temu, bo ostatni wpis ukierunkowany na konkretnych muzyków pojawił się tu 6 października 2016 roku i dotyczył One Republic. Sama jestem w szoku. Czas tę zespołową posuchę przerwać. Ale nie wyrwać się z k-popu. Tego już mi się raczej nie uda zrobić, a na pewno nie będzie to prędko.


Zespół The Rose debiutował 2 (lub 3 - zależy od strefy czasowej) sierpnia 2017 , ale gdy usłyszałam ich piosenkę "Sorry" nie miałam pojęcia, że są nowi w tym biznesie. Po pierwsze była to po prostu kolejna piosenka z teledyskiem, który trzeba było obejrzeć, bez szczególnego zwracania uwagi, kto tam gra i śpiewa. Po drugie, ogólnie w tamtym czasie nie byłam jeszcze aż tak w to wszystko wkręcona. Ale "Sorry" pokochałam z miejsca, bo okazało się, że to dokładnie taki pop-rockowy bandowy klimat, który lubiłam od zawsze. Poza tym w teledysku mają wannę. To od razu plus 100 punktów i pojawili się w pierwszym wannowym wpisie.


Nie pomyliłam się, co do klimatu, bo bez trudu można znaleźć The Rose coverujące The 1975. Co prawda coverowali też inne piosenki i zespoły, ale ja potrzebuję tu tylko The 1975. Sami członkowie zespołu mówią, że angielski pop to ich klimat. Mój totalnie też. 

Ich drugim singlem było "Like We Used To". I skłamałabym, gdybym powiedziała, że piosenka spodobała mi się od razu. Ale ja, w przeciwieństwie do (chyba) ogółu społeczeństwa z czasem się do piosenki przekonałam. Bo trzeba przyznać, że początkowo sprawia ona wrażenie niezbyt pozytywnej i wydaje się, że klip też będzie opowiadał jakąś smutną opowieść o kłótni i o tym, że nie można się dogadać między sobą. Ostatecznie piosenka piosenką, w sumie jest całkiem przyjemna, a klip jest pocieszający.


Pierwszy minialbum zespołu ukazał się 16 kwietnia i nosił tytuł Void. Singiel promujący to "Baby", która to piosenka, wydaje się, została przyjęta lepiej niż "Like We Used To". A poza tym klip jest niesamowity. Nie żeby był niezwykle odkrywczy w kwestiach technicznych, bo jestem prawie pewna, że nie jest, chociaż jest bardzo ładny, a hasło: jakość! aż z niego krzyczy, a jednocześnie za każdym razem, gdy go oglądam, dostrzegam w nim coś nowego. Może troszeczkę przesadzam, ale nie odbierając niczego piosence, bo i bez klipu by sobie poradziła, to on ma chyba jakąś głębszą tajemnicę niż słowa utworu. 
A poza tym kojarzy się z klipem do "Crooked" G-Dragona, chociaż oba klipy opowiadają inne historie. 


Void oprócz ich debiutanckiego utworu, "Like We Used To" i "Baby"  zawiera dwa inne utwory, które uwielbiam i nie wiem, który bardziej. Pierwszy to "Candy (So Good)" i to jest totalnie utwór w stylu The 1975, ma też trochę łatwego do śpiewania tekstu po angielsku więc to jeszcze jeden plus. A "I.L.Y." jest śliczną balladą i chociaż mój związek z rzewnymi, melancholijnymi piosenkami często jest skomplikowany, to ta podbiła moje serce chyba perkusją. Chociaż gdyby nie została wprowadzona, sądzę, że piosenka dalej by mi się podobała.


Z drugim minialbumem - Dawn - miałam trochę większy problem. I nie tylko ja, bo zespół musiał zdjąć teledysk do głównego singla "She's in the Rain" z powodu tego, że fani Shinee dopatrzyli się w wykorzystanych w nim, jako ozdoby, elementy scenografii fotografiach, zdjęć z instagramowego profilu Jonghyuna. Powiem szczerze, że nie wiem, jak ktoś mógł pomyśleć, że wzięcie tych zdjęć to dobry pomysł. I wytwórnia i osoby odpowiedzialne za klip się z tego tłumaczyły. I słusznie. Ale napisano na ten temat już wiele, więc nie będę dokładać swoich cegiełek. Chociaż myślałam, że oryginalny klip po zmianach wróci, ale nie. Jeszcze przed aferą został udostępniony inny film z piosenką - Lyrics Video - ale główne skrzypce gra w nim historia rysowana piaskiem. 


Co do samego albumu, mam wrażenie, że piosenki na nim są mniej różnorodne niż na poprzednim. Dalej są to bardzo ładne utwory, ale po pierwsze są nieco wszystkie do siebie podobne, a po drugie są podobne do piosenek z Void. Gdyby ktoś miał ochotę się ze mną kłócić - świetnie zdaję sobie sprawę, że obracamy się w pewnym gatunku, ale nawet w ramach gatunku można bardzo dużo zrobić. I oni już pokazali, że potrafią, a Dawn jest mało odkrywcze. 

Jedyna rzecz, która smuci mnie ogromnie, to fakt, że chociaż w 2018 roku mieli, w sumie mają, bo nawet dokładnie teraz są w Europie, już drugą trasę po naszym kontynencie omijają Polskę. A, gdyby tu przyjechali to naprawdę bardzo poważnie rozważyłabym, czy nie wydać tych niebotycznych pieniędzy na podróż pociągiem z Gdańska do Warszawy. Chociaż mogliby przyjechać latem, bo z domu dużo łatwiej mi się dostać do stolicy. 

LOVE, M

czwartek, 22 listopada 2018

Piraci w przestworzach - Niebo jest nasze

Hello!
Być może wiecie, a być może nie, bo bardzo dawno o tym nie pisałam, choć planuję to w najbliższym czasie zmienić, jednym z moich ulubionych programów telewizyjnych jest Katastrofa w przestworzach na  National Geographic Channel i ogólnie troszkę interesuję się samolotami. Gdy więc usłyszałam o reportażu dotyczącym porwań samolotów w Stanach Zjednoczonych i znalazłam go w BUGu nie było możliwości, abym szybko go nie przeczytała.
Wstęp był pisany, gdy jeszcze planowałam najpierw opublikować recenzję, a dopiero później wpisy z odcinkami Katastrofy, ale postanowiłam go nie zmieniać.


Tytuł: Niebo jest nasze. Miłość i terror w złotym wieku piractwa powietrznego
Autor: Brendan I. Koerner
Tłumaczenie: Barbara Gadomska
Wydawnictwo: Wydawnictwo Czarne 

Początkowo byłam minimalnie rozczarowana, bo spodziewałam się, że będą to szczegółowo opisane różne porwania, ale autor skupił się na porwaniu samolotu Western Airlines lot 701. Gdy się przez chwilę nad tym zastanowić, to wynika z podtytułu, ale miałam swoją wizję tej książki w głowie. Treść okazała się inna, ale nie gorsza. Po prostu musiałam się przestawić i skupić na poznawaniu tej jednej historii. Która została wybrana do bliższego zaprezentowania jak sądzę z kilku powodów - było to typowe i nietypowe porwanie. To znaczy: dokonały go dwie osoby - Cathy Kerkow i Roger Holder, samolot ostatecznie, bo kilku zmianach dokładnie wcześniej przygotowanych planów, których nie udało się zrealizować dokładnie z zamierzeniami, wylądował w Algierii. Ale jednocześnie było to porwanie manifestacja polityczna, chociaż i polityka przeciwko, które było skierowane, zmieniała się kilka razy w czasie lotu i po wylądowaniu. 

Złoty wiek piractwa powietrznego w Stanach Zjednoczonych (ale jego akty miały miejsce na całym świecie, także wcześniej - autor wspomina o Polakach, którzy porwali samolot LOT-u do Danii) przypada na lata 60. i 70. Większość porywach chciało się udać na Kubę. I się udawało, bo linie lotnicze przyjęły politykę całkowitej współpracy, a pasażerowie wsiadali na pokłady statków powietrznych ze świadomością, że być może zahaczą o Hawanę w drodze do celu. Gdy o tym czytałam, z dzisiejszej perspektywy, to wszystko brzmi bardzo nieprawdopodobnie. A, gdy teraz o tym piszę, niewiarygodnie. Ale pół wieku temu porywacze wykorzystywali samoloty zasadniczo zgodnie z ich przeznaczeniem - to znaczy, jako środek transportu. Co nie zmienia faktu, że to przerażające, gdy się czyta o 6 porwaniach samolotów w ciągu 14 dni. Albo więcej. Naprawdę statystyki były porażające.


Prościej uwierzyć, że wielkie korporacje i lobbyści w amerykańskim senacie nie chcieli zwiększenia kontroli bezpieczeństwa i wprowadzenia procedur przeszukań i skanów. To jest takie samo teraz i 50 lat temu. Choć nie zmienia faktu, że gdyby procedury były lepsze albo chociaż lepiej przestrzegane do wielu z tych porwań by nie doszło. Jednocześnie cieszy to, iż wydaje się, że w dzisiejszych czasach nikt nie ma wątpliwości, że rygorystyczne sprawdzanie bezpieczeństwa na lotniskach to absolutna podstawa. 

Z jeszcze innej strony czytanie o tym, że we wszystkie samoloty wyposażono w mapy nawigacyjne na Kubę, utworzono specjalne połączenie kontrolerów lotów z Hawaną, a pilotom dawano rozmówki hiszpańskie znajdowało się chyba jeszcze wyżej w kategorii rzeczy nie do uwierzenia niż ilość porwań, aż do granic bycia zabawnymi faktami. 

To w ogólnej kwestii tego, czego można się z książki dowiedzieć. Opisanych pokrótce jest kilka porwań, pokazane jest jak żądania i pomysły porywaczy się zmieniały, ale także to jak FBI próbowała (bo wychodziło średnio) sobie z nimi radzić. Poza tym bardzo dobrze poznajemy naszych głównych bohaterów i to razem z rodzicami i dzieciństwem. 

Niebo jest nasze czyta się bardzo dobrze, chociaż potrzeba kilkunastu stron, aby zrozumieć jak dokładnie prowadzona będzie ta historia, a jak będą wplatane w nią inne. Początkowo chronologia jest też zaburzona więc może to utrudniać pierwsze minuty czytania, ale szybko można się odnaleźć. I przekonać, że wybranie jednej historii do reprezentowania pozostałych porwań było dobrym pomysłem. Choć nie idealnym, bo autor prezentuje zdecydowanie za dużo z życia prywatnego bohaterów, które, szczególnie w przypadku Cathy, nie miało wielkiej roli w porwaniu. Trochę inaczej z Holderem, bo jego zdrowie psychiczne miało sporo wspólnego z porwaniem, ale w dalszym ciągu, jest w książce kilka fragmentów, które spokojnie można by wyciąć bez uszczerbku na jej jakości. 

I ostatnie uwagi. Do okładki - białe litery na niebieskim tle wyglądają fantastycznie, ale czarne i o wiele mniejsze są trudne do odczytania na takim tle. Do przypisów - to pierwsza książka nie na studia, w której było tak bardzo dużo odsyłaczy. I to na końcu, a nie na dole strony. Nie znoszę takich przypisów. Do treści - żałuję, że autor nie poprowadził historii dalej i nie napisał więcej o późniejszym terrorze w przestworzach, ale trzeba mu przyznać, że to, co zdecydował się opisać, zakończył bardzo zgrabnie.

Trzymajcie się, M