wtorek, 7 sierpnia 2018

(Nie)spodzianka - Gemina

Hello!
Ostatni bardzo martwi mnie stosunek postów z etykietką książki i etykietką zdjęcia. To znaczy książki mają 99 (teraz już 100) i zdjęcia mają 100. Nie powinno tak być i powinnam to zmienić, ale książki, które czytam ostatnio są lepsze do pokazywania na Instagramie niż pisania recenzji. Taki los, gdy w wakacje nadrabia się klasyki literatury światowej albo czyta książki, które zdecydowanie nie są powieściami i pisanie ich recenzji mogłoby być, nawet nie tyle trudne, co teksty mogłyby okazać się nieinteresujące.

Pewnie dlatego, chociaż w pokoju stoi góra książek, a niektóre z nich powinnam przeczytać rok temu za pisanie pierwszej od dłuższego czasu recenzji zabrałam się, gdy dotarła do mnie Gemina, czyli drugi tom serii Iluminae. I jeśli Moondrive zdecyduje się wydać i trzeci, to będzie to moja jedyna pełna trylogia albo seria. Ale wracając do Geminy i Iluminae. O pierwszym tomie możecie przeczytać tu (Niespodzianka ("Illuminae")), ale w skrócie powtórzę, że zakończenie jest zaskakująco nijakie i robi z ciekawej książki, fabularnie książkę podobną do innych. 

Po pierwsze Gemina jest dużo mniej fotogeniczna w środku niż Iluminae. Po drugie cierpi na dokładnie ten sam problem, co poprzedniczka, czyli fakt, że przez komunikatory i opisy nagrań z kamer nie można przekazać uczuć i emocji. A kłopot jest tym większy, że zmieniamy statek i dostajemy dwójkę nowych bohaterów, których nie znaliśmy wcześniej. Czytelnik potrzebuje więc dodatkowego zaangażowania aby wzbudzić w sobie jakieś odczucia wobec nieznanych postaci.

Kojarzycie takiego mema o przepisywaniu pracy domowej, tylko żeby trochę zmienić aby nikt się nie kapnął? Gemina to trochę taki autoplagiat z Iluminae. Tylko dodali do niej jakieś elementy z Obcego. Naprawdę. Po stacji skoku Haimdall (to nie statek, nie lata, obraca się dookoła dziury w czasoprzestrzeni) grasują jakieś kosmiczne larwy, z których rodzina Nika robiła narkotyki. Całkiem wygodne, wypuścić mózgożerne potworki aby gdzieś po drodze załatwiły bardzo złych ludzi, ale gdy nie są potrzebne można o nich pozapominać. 

Wracając do postaci: znów mamy sytuację, gdy nieciekawa postać dziewczęca Hanna jest na pierwszym planie. Zamiast osobowości ma zbiór cech wynikających z tego, że córką dowódcy statku. Natomiast Nik z mafii, który ma dramatyczną aczkolwiek przewidywalną historię rodzinną i zalążki charakteru jest potraktowany trochę po macoszemu... i wspominałam, że Gemina to trochę powtórzenie Iluminae w innej scenerii? 


Gdzieś po 100-150 stronach bardzo chciałam aby do opowiadania tej historii wrócił rąbnięty komputer z pierwszego tomu, czyli Aidan. Bo w dalszym ciągu to "postać", która ma najwięcej charakteru i jego perspektywa patrzenia na ludzi jest najbardziej interesująca. Poza tym, dzięki Ilumiane wiedziałam, że ta seria to książki dla kogoś mniej więcej w wieku bohaterów (czyli powiedzmy 15-16 lat), bo starszych czytelników będzie denerwowała niekompetencja przeciwników Hanny i Nika. Nie żebym nie kibicowała naszym bohaterom, ale zdecydowanie za łatwo im poszło. Bo znów wracamy do głównego problemu: nic wobec tej fabuły się nie czuje. A powinno chociaż jakieś minimalne zagrożenie, przecież wszyscy (albo i wszyscy razy dwa) mogą zginąć. Ale znów, autorzy chyba się boją, podjąć bardziej odważne decyzje dotyczące eliminowania postaci. Nie będę wchodziła w szczegóły typu prawdopodobieństwo, bo musiałabym napisać dużo rzeczy niezbyt dobrze świadczących o treści, Gemina to trochę powieść tendencyjna, trzeba ją czytać nie zadając zbyt wielu pytań, tylko po prostu jak jest przedstawiona i nie zastanawiać się czemu losy ludzkości zostały powierzone trójce nastolatków.

Z drugiej strony Gemina jest nieco ciekawsza pod względem informowania o tym wielkim planie złego BeiTechu i zakończenie nie jest takie rozczarowujące. Mam nadzieję, że w 3 części bohaterowie z Iluminae i Geminy będą razem, dostaniemy szansę poznać ich lepiej, a szczególnie Ezrę i Nika (nie rozumiem wypychania na pierwszy plan dziewczyn bez charakteru, dajcie im chociaż trochę osobowości), bo zasługują, a już szczególnie Nik. Czekam na 3 cześć, chociaż mam wrażenie, że nietrudno po dotychczasowej historii domyślić się jak to się wszystko skończy. 

Pozdrawiam, M

niedziela, 5 sierpnia 2018

Lilo i Stich 2 Mały feler Sticha

Hello!
Dalej jest gorąco,  a mnie na dodatek wywiało na weekend za Warszawę (teoretycznie w odwiedziny do rodziny, praktycznie - do żółwia, możecie go nawet tu zobaczyć) i zaczęłam czytać Geminę i choćbym miała nie spać, to recenzja będzie we wtorek, ale póki co krótka "analiza" Lilo i Stich 2.


Tak jak w piątek kilka uwag ogólnych: druga część Lilo i Sticha jest nieco zabawniejsza niż poprzednia, w czym dużą zasługę mają interakcje pomiędzy Nani a kosmitami przebywającymi w jej domu. Ale śmieszność tej bajki bez kontekstu, całej sceny, pewnej wiedzy (na przykład o tym, że Lilo jest fanką Elvisa) nie jest już zabawna. I jasne żart o tym, że inny  kosmitom wolno robić kręgi w zbożu a Jambie nie, jest śmieszny, ale mam wrażenie, że bez całej scenki dużo traci na wartości.
Pewnie dlatego, gdy już skończyłam oglądanie i wybrałam screeny do opisania okazało się, że to nawet nie za bardzo są jakieś wielkie dowcipy. W każdym razie, jeśli chcecie się pośmiać, najlepiej obejrzeć cały film.

W dubbingu było, że film jest z 1961 roku (Błękitne Hawaje, do których potem jest mnóstwo odniesień; w tej części jest chyba nawet więcej Elvisa niż w poprzedniej; chociaż Stich w stroju jak z tej lampy w jedynce występował na plaży i wierzę naprawdę, że to strój z tego filmu). I sprawdziłam w 3 źródłach, ale Elvis nawet w 1971 roku nie zagrał w żadnym filmie. To nie jedyny błąd w napisach. W każdym miejscu, gdzie niebieski kosmita był nazywany po imieniu zamiast Stich było STITCH. W każdym.


Lilo jest bardzo prawdziwym i szczerym dzieckiem. Oczywiście w tej części nie była zbyt wyrozumiała dla Sticha i zbyt szybko go oceniła zamiast zapytać się co z nim nie tak, ale z drugiej strony czuję, że to zachowania bardzo odpowiadające i wiekowi w którym była Lilo, jak i jej charakterowi.


Bardzo ciekawa konkluzja.


A powyżej przykład zmiany podobnej do "wodzenia za nos" z poprzedniej części. W dubbingu Jumba mówi "Dajcie jej medal z ziemniaka, toż to wzór cnót". Zmiana nie jest aż tak wielka w porównaniu z pierwszym filmem, ale tak samo jak w nim dubbing okazuje się dużo bardziej zabawny.


A tu dowód na to, że Jumba jest złym naukowcem. Wcześniej się diabolicznie śmiał, ale nie było to dobre dla jego gardła. A sama scena, jak Stich, jest urocza. Przynajmniej tu, bo potem robi się trochę dramatyczna. Bo chociaż Jumba jest "złym naukowcem" to martwi się o swojego stworka-potworka.

 

Oprócz interakcji Nani z kosmitami oraz prób pomocy Davidowi przez Pleakleya, kosmici sami w sobie także są zabawni. A najbardziej, gdy próbują się zakamuflować, wtopić w tłum, itp. i pomóc Lilo i Nani. 

Trzymajcie się, M

piątek, 3 sierpnia 2018

Lilo i Stich

Hello!
Upał wszystkim daje się we znaki i uniemożliwia normalne funkcjonowanie. Mam pokój wychodzący na wschód więc ostatnio nie budzę się, bo jestem wyspana, tylko dlatego że jest tak gorąco, że dalsze spanie jest niemożliwe. Po południu za to robi się tam przyjemniej, ale cały dzień spędzony w takim upale niewiele się chce. Nawet trzymać oczu otwartych. Czytać czy oglądać nowe rzeczy. Nic się nie chce. 
Ale o czymś pisać trzeba, a że jestem w domu mam dostęp do kolekcji DVD i na dziś po raz kolejny obejrzałam Lilo i Stich.


Zawsze uwielbiałam tę kwestię.

Na początek ogólne obserwacje z oglądania polskiego dubbingu jednocześnie z polskimi napisami. Po pierwsze prawie się nie różnią. Pojedyncze słowa są czasami inne, przy czym w dubbingu często lepsze. Poza tym kwestie dubbingowe są często dłuższe niż w napisach. 
Kolejna kwestia, na którą zwróciłam uwagę to fakt, że w Lilo i Stich wcale nie ma aż tak wiele kwestii i dialogów. I przy właśnie takim uważnym oglądaniu to można zauważyć. Plus jest taki, że ta bajka ma cudną muzykę. Lilo jest przecież fanką Elvisa, a bajka dzieje się na Hawajach.


To wszystko o czym napisałam wyżej, sprawia jednak, że nie ma w Lilo i Stichu zbyt wielu zabawnych bądź naprawdę charakterystycznych kwestii. Oprócz tej sekwencji powyżej, bo tę zna chyba każdy. 
Nie piszę tych wpisów, jako recenzji, ale Lilo i Stich to chyba nie do końca doceniana animacja. A przynajmniej Vaiana odebrała jej część chwały, choć nie wiem czy zasłużenie. Do mnie dużo bardziej trafiają rodzinne aspekty Lilo i Sticha, fakt, że Lilo choć chce zaprzyjaźnić się z innymi dziewczynkami, zupełnie nie ma zamiaru się zmieniać. W kontekście księżniczek Disneya natomiast fakt, że David to postać na drugim planie, a postaci męskie to kosmici. Z czego jeden udaje momentami kobietę. Oraz ich szefową jest pani kosmitka.


W dubbingu było ziemniaków. Plus mam wrażenie, że obecnie dużo powszechniejsza jest jednak nazwa słodkich ziemniaków przez b, czyli bataty.


A tu była największa i najbardziej trafna różnica pomiędzy napisami a dubbingiem. 
Głos szefowej kosmitów w tym miejscu mówił: "Nie mam nosa, za który moglibyście mnie wodzić".
Osoba, która nie mogła tego usłyszeć straciła naprawdę wiele, bo wypowiedziana kwestia jest naprawdę dużo lepsza niż wersja z napisów. 

Mam w kolekcji także drugą część tej bajki i jeśli dalej będzie tak upalnie to kolejny tego typu wpis może pojawić się na blogu dużo wcześniej niż bym chciała. 

Trzymacie się, M


środa, 1 sierpnia 2018

Kocham Instagram #12 lipiec 2018

Hello!
Lipiec się skończył, a więc czas sprawdzić, której zdjęcia dostały na Instagramie w tym miesiącu najwięcej serduszek.

Bank rozbiło zdjęcie pierwsze w drugim wierszu i to tak, że nie wiem czy nie jest to najbardziej serduszkowane zdjęcie na całym moim Insta. Niestety blogger zniszczył jakość, co w sumie od dawna się już nie zdarzało więc się trochę zdziwiłam. 

Poza tym ładnie widać, co najlepiej ogólnie sprawdza się na moim Instagramie - książki i Victor. Dobrze wiedzieć na przyszłość i choć ogólnie mnie to cieszy, niektóre zdjęcie, które mi się bardziej podobają albo znaczą dla mnie trochę więcej są odrobinę niezauważane. Albo po prostu akurat mi się podobają i myślę, że innym też by mogły, ale się mylę.

Przyznam się - boli mnie też trochę, że z jakiegoś powodu tegoroczne wpisy związane z urodzinami nie klikały się tak dobrze jakbym chciała, zarówno na blogu jaki i Instagramie. I nie wiem zupełnie dlaczego, bo zgodnie z wszelkimi prawami, przewidywaniami i prognozami i tym, co miało miejsce w poprzednich latach - powinny były. 

Ogólnie w lipcu trochę się na Insta leniłam a trochę kombinowałam. Zdjęcia pojawiły się tylko 22 zdjęcia. Z czego na 5 były książki i wszystkie są powyżej. 3 zdjęcia Victora też są wyżej. Ale one nie były tak planowane. Poza tym lipiec wyszedł mi niebiesko-różowy i to niespecjalnie, przynajmniej nie do końca. Co widać, jeśli przejrzy się całokształt. Bo utrzymywanie jakiejś spójnej stylistyki oznaczałoby pewne ograniczenie, a chociaż nie wszystko dostaje tyle serduszek ile bym chciała, to jednak są jakoś ważne dla mnie rzeczy. I chcę aby tam były.

LOVE, M

poniedziałek, 30 lipca 2018

Pierwsze wrażenia:sezon letni anime 2018

Hello!
Bardzo lubię pisać pierwsze wrażenia o anime, bo rzutują one mocno na ocenę całego anime i łatwo później odnieść się do tego pisząc o całym sezonie. Poza tym, jeśli nawet nie dokończę danego tytułu, wiem mniej więcej o czym był i nie czuję się tak do tyłu z newsami. I ewentualnie szybko odsiewam anime, które raczej popularne nie będą i mogę skupić się na ciekawszych tytułach. A z drugiej strony dzięki temu, mam też przegląd anime, za których oglądanie, gdyby nie to, że właśnie wychodzą, nigdy bym się nie zabrała. 
Problem jest tylko taki, że zauważyłam, że te moje pierwsze wrażenia czasami są zbyt długie i później, w recenzji całego sezony, zbyt wiele rzeczy powtarzam. Więc dziś naprawdę szybki, ale za to wielu tytułów, przegląd tego, co proponuje nam sezon letni 2018.

Powroty!
Atak Tytanów
Pierwsza rzecz, na którą zwrócili uwagę wszyscy i to jeszcze zanim cały odcinek się pojawił- nowy opening. I ja dołączam się do głosów krytycznych, ale nie dlatego, że opening jest tak inny od poprzednich, choć nie ukrywam, że wolałabym, aby był podobnie mocny, ale dlatego, że obraz i muzyka się zupełnie nie zgrywają. Nie wiem kto to montował, ale przypuszczam, że ktoś z zerowym wyczuciem rytmu. Bo sam utwór nie jest zły i nawet rozumiem, że fabuła się zmienia, rozwija więc nie można było tkwić w miejscu w związku z openingami. Ale można było zrobić to lepiej.
A poza tym Tytani to dalej Tytani, ale cieszę się, że anime nie utrzymuje status quo i wiele elementów ulega w nim ewolucji.


Free!! Drive to the Future 
Ostatni raz o Free pisałam ponad 2 lata temu i nie spodziewałam się, że jeszcze kiedyś wspomnę o nim na blogu, a tu proszę. I nawet dobrze się złożyło, bo wtedy nie napisałam zbyt wiele, a przydałoby się mieć nieco lepszy punkt wyjścia. W każdym razie bohaterowie nam podorastali, zrobiło się ich się jeszcze więcej, a tym, co mi się najbardziej podoba w tym anime jest fakt, że znamy postaci od dzieciaków, przez nastolatków i teraz studentów, a nie kojarzę innego anime, które pokazywałoby, aż tyle życia swoich bohaterów. A poza tym jest takie ładne, takie ładne.



To nie jest reprezentatywny obrazek dla Banana Fish, to chyba jedyna tego typu scena w dotychczasowych odcinkach.

Nowości!
Banana Fish
Fenomenalne anime, które wypełnia w moim sercu pustkę po 91 Days (dajcie mi kolejny sezon!). Jest tylko znacznie poważniejsze i ma zupełnie inną kreskę. Spokojnie przeszłoby jako amerykańska animacja dla dorosłych, z tym, że amerykańskie kreskówki dla tak starszego widza są raczej komediowo-satyryczno-wulgarno-żenujące, a przynajmniej te, które kojarzę. A tu czystego humoru, zabawności jest tyle co kot napłakał. Mam nadzieję, że będzie miało 24 odcinki, bo zasługuje.

Angels of Death (Satsuriku no Tenshi)
Nie bez powodu nie ogądam horrorów: a) istnieje szansa, że dostanę zawału serca w trakcie oglądania, b) często są żenująco głupie, dokładnie jak Angels of Death. Zdecydowałam się na to anime spojrzeć, bo to J.C.Staff i podobno miało być dobre, widziałam też w mediach parę pochlebnych opinii o pierwszych odcinkach. Nie wiem jakim cudem, bo nie trzeba oglądać horrorów, aby znać wszystkie schematy i możliwości kreatywne twórców. A to anime aż kipi od oczywistości. Wniosek jest jeden - nie zabierać się za oglądanie czegoś, co nie tylko nie jest dla ciebie, ale także jest zwyczajnie słabe.


Tenrou: Sirius the Jaeger
Ostatnim anime z wampirami, które oglądałam, było chyba Owari no Serpah, które jest śliczne i urocze, ale które nie ma kolejnego sezonu. To za to wygląda na dziecinne, ale nikt nie zadaje sobie szczególnego trudu, aby cenzurować krew a ta leje się strumieniami. Ale samo anime wydaje się dość naiwne, nie wiem czy ta rozbieżność, nie sprawi, że nie będzie się go niestety dobrze oglądać, bo główny bohater ma całkiem ładny projekt postaci. Może być też jeszcze drugi problem, większy od pierwszego, zapowiada się, że to nudnawe i typowe anime. Trochę mi szkoda, że tak potencjalnie ciekawy bohater, trafił do tak słabego tytułu.



 Biała krwinka wymiata, a czerwona jest pierwszy dzień w pracy ^^
Cells At Work (Hataraku Saibou)
Jak napiszę, że to japońska wersja Było sobie życie, to będę się czuła jakby odkrywała Amerykę albo wynajdowała koło na nowo, ale trudno, nie ma lepszego punktu odniesienia. Z tym, że biała krwinka to trochę psychopatyczny morderca, a, co już mniej zaskakujące, czerwona to całkiem urocza acz odrobinę niezdarna dziewczyna. Poza tym plus z oglądania tego anime jest taki, że można podłapać trochę słownictwa po angielsku, którego raczej nie ma na lekcjach w szkole. Serio, musiałam to oglądać z włączonym translatorem, bo czasami nie dało rady nawet z kontekstu wywnioskować o jakich organach czy komórkach mówią. Nie polecam dla hipochondryków. Ogólnie dawno nie widziałam tak fajnego pierwszego odcinka. Po prostu. 


Lord of Vermilion: Guren no Ou
Dwie rzeczy:
1. W pierwszym odcinku tego anime były nawiązania do 3 sztuk Szekspira, a bohater twierdzi, że jest fanem
2. Bohaterowi głos podkłada Yuki Kaji aka Eren aka jeden z moich ulubionych aktorów głosowych
co oznacza, że chociaż anime jest średnio ładne, choć, ma lepsze momenty i średnio ciekawe, ogólnie zapowiada się na dość średni tytuł, bo podobne motywy były już nieraz wykorzystywane,  prawdopodobnie je dokończę. 

Z interesujących tytułów i takich, które faktycznie mogłabym oglądać dalej to tyle. Innych próbowała nie będę, bo to już nie moje typy anime. A z tych prawdopodobnie zrezygnuję z dalszego oglądania Tenrou: Sirius the Jeager oraz Angels of Death, bo kontynuowanie byłoby w moim przypadku bez sensu.

Mam nadzieję, że Wy znaleźliście dla siebie coś do oglądania,
pozdrawiam, M

sobota, 28 lipca 2018

Kawaii - Powrót legendarnego magazynu

Hello!
Do tej pory o gazetach zdarzyło mi się pisać na blogu dwa razy - raz zimą i raz wiosną w zeszłym roku i nie sądziłam, że kiedyś do tego wrócę. Ani Otaku, czyli pierwsza gazeta, o której pisałam, ani Arigato - druga - nie zachęciły mnie szczególnie do kupienia swoich następnych egzemplarzy. Ale wydarzył się coś niespodziewanego. Pierwszy polski magazyn o mandze i anime Kawaii, który ukazywał się od 1997 do 2005, dostał wydanie specjalne. Po 13 latach od ostatniego numeru. 
Nie będę udawała, że znałam ten magazyn wcześniej, bo pierwszy raz przeczytałam o nim w komentarzach pod jednym z wcześniej wspomnianych wpisów. Ale, ponieważ przeczytałam coś w rodzaju "Oh, Kawaii to był prawdziwy magazyn" to, gdy przez mangowo-animową część polskiego internetu przewinęła się informacja, że wraca, musiałam go sprawdzić. 

Wiele osób było zdziwionych, że zasadniczo jest to wydanie specjalne CD-Action. Mnie to troszkę bawi, ale podoba mi się ta inicjatywa i mam nadzieję, że magazyn dobrze się sprzeda. A co w nim znajdziemy?



Przegląd premier anime: wiosna 2018! I ogólnie napisałabym, że to super dział i bardzo pomocny, bo sama się gubię w nowo wypuszczanych tytułach, ale na za dwa dni mam zaplanowany wpis o pierwszych wrażeniach z sezonu letniego, a recenzja Tokyo Ghoul;re już się na blogu pojawiła, więc pomysł doskonały, ale powinien to być przegląd premier na sezon letni. Plus taki, że istnieje spora szansa, że sama wiosną przeoczyłam jakieś ciekawe tytuły więc może uda mi się uzupełnić listę anime do obejrzenia. 

Później mamy przegląd anime na Netflixie - całkiem gorący temat. Tym bardziej, że znane i lubiane serie są dam łatwo dostępne. Nic tylko oglądać. 

Oraz nowości wydawniczych potraktowany po macoszemu i zmieszczony na jednej stronie. Ale dowiedziałam się, że Waneko ma zamiar wydać Angels of Death pod polskim tytułem Aniołowie zbrodni, a anime właśnie wychodzi i jest horrorowato-durnowate, ale co kto lubi. Zauważyłam tylko brak zapowiedzi z Wydawnictwa Hanami, a wydaje mi się, że powinni mieć coś nowego w najbliższych miesiącach i z Studia JG, ale to może dlatego, że oni wydają Otaku. 

Później następują większe artykuły poświęcone poszczególnym anime. Mamy Dragon Balla, Attack on Titan, Kulinarne pojedynki (pytanie: dlaczego Atak Tytanów jest zapisany po angielsku, a Kulinarne pojedynki po polsku, a kolejne anime znów raz tak, raz tak, a raz po japońsku), Yuri on Ice, Hoozuki no reitetsu, Little Witch Academia, Your lie in April (albo Twe kwietniowe kłamstwo), później nie wiadomo skąd jest jednostronny tekst o mandze, później znów większe artykuły o Jojo's Bizarre Adventure, Capitanie Tsubasie, Batman Ninja, One Punch Man, Boruto, Neon Genesis Evangelion, Akirze. Mamy też kącik Granmacje, czyli nic dobrego nie wynika z łączenia anime i gier. Co nieco o Pokemon Go. Gdyby ktoś miał wątpliwości, czy ludzie dalej w to grają - owszem. Moi bracia na przykład grają i gdy wychodzimy na spacery do Pokestopów, czy jeszcze lepiej gymów to dzieciaki dalej się tam kręcą. 

Następnie jest tekst o Kawai Monster Cafe, o Dir en Gray, o narodzinach fandomu w Polsce. Później są Różności i tekst o Junjim Ito. Oraz wzory do rysowania: Czarodziejki z Księżyca, Son Goku i Victora Nikiforowa (pytanie: dlaczego w tej sekcji zapisany jest jako Victor Nikiforow - ekhem i jeśli już miał być tak zapisywany to dlaczego nie przez v na końcu nazwiska - a w i przy tekście o samym anime zdecydowano się na Wiktor; być może nie wszystkich, ale mnie taki niekonsekwencje straszliwie denerwują, a jeszcze dotyczą Victora). Na końcu mamy dłuższy tekst o Botan Doro i już na dobre zakończenie są Kawaii wspomnienia.


Przeprowadziłam Was przez całą gazetę nie bez powodu - chciałam pokazać, że w tym historycznym wznowieniu pierwszym nowym wydaniu, czy jak jeszcze inaczej ładnie to nazwać zdecydowano się na popularne, znane, wychodzące anime i co ciekawe, skupiono się głównie na anime. Dla mnie to cudownie, bo mam takie życie, że do czytania wolę i raczej wpadają mi w ręce raczej inne rzeczy niż mangi. Co nie znaczy, że wcale ich nie czytam, lubię też wiedzieć, czy anime, które wychodzą/wychodziły mają swoje mangi wydane po polsku. Także skupienie na anime to wielki plus. 

Poza tym okładki ładnie wyglądają, bo zamiast reklam to obrazki, nawet fajniejsze od załączonych plakatów (jest z Ataku Tytanów oraz z takim samym Son Goku, jak na okładce), bo na śliskim papierze, z Neon Genesis Evangelion, Yuri!!! On Ice oraz Tytanów

Teksty są ciekawe i chociaż trochę się bałam, ale spodziewałam i nie zdziwiłoby mnie to, że będą pisane jak dla osób, które już coś o danym anime wiedzą, a wręcz mają z nim jakąś więź emocjonalną. Ale nie: większość ma przynajmniej część wprowadzającą, wyjaśniającą więc to nie problem. I dzięki temu dowiedziałam się, że Dragon Ball wszedł na ekrany polskich telewizorów 22 lata temu, czyli w roku, w którym się urodziłam. Ale z drugiej strony w przypadku takiego Ataku Tytanów w tekście są takie oczywistości, że miałam wrażenie, że czytam jakąś broszurkę wprowadzającą do anime niż tekst je opisujący. I trochę napisaną jak do dzieciaka, choć jednocześnie można wyczuć, że autor teksu niekoniecznie uważa, aby dzieci mogły Tytanów oglądać. 

Czytałam mnóstwo tekstów o Yuri on Ice, ale ten znajdujący się w tym magazynie jest tak pozytywnie poprawny i napisany jakoś zupełnie bez emocji, chociaż bardzo anime chwali, to jest trochę po prostu wyliczanką: świetna muzyka, niesamowite choreografie, ciekawy scenariusz i cały akapit obudowany wokół tego stwierdzenia. Poza tym wszyscy już dawno temu się zgodzili, że fanserwis fanserwisem, ale relacja pomiędzy Yurim i Victorem jest zdecydowanie poważniejsza. Wśród ciekawostek znajduje się też informacje o filmie pełnometrażowym, która nie tyle jest nieaktualna, co w tym momencie niepełna, bo przecież pojawił się już nawet pierwszy plakat i zapowiedziano, że będzie w przyszłym roku. 

Nie będę kontynuowała, aż tak szczegółowego opisywania tekstów, ale muszę zaznaczyć, że gdy skończę pisać na pewno obejrzę Hoozuki no reitetsu (jak mogłam w ogóle ominąć to anime). Poza tym Kawaii odznacza się tym samym, co Otaku i Arigato - to, czy dany tekst ci się podoba czy nie, zależy zdecydowanie bardziej niż w innych gazetach, od tego, kto go napisał. Ogólnie jednak artykuły w Kawaii są zdecydowanie mniej zabawne niż w dwóch wymienionych wcześniej magazynach. Dla mnie to dobrze, bo naprawdę czasami czytając czułam się wręcz zażenowana, a tu trzymane jest jednak jakieś decorum - jeśli żart pasuje to jest, jeśli nie to nie wciskamy go na siłę. 

Trzeba też przyznać, że udało się Kawaii ładnie wstrzelić z tekstem o Evangelionie, skupionym w dużej mierze na filmach, bo choć autor tekstu jeszcze pisze, że nic nie wiadomo o czwartym filmie, to przed paroma dniami pojawiła się już informacja, że film anime ma wejść do japońskich kin w 2020. 


I tekst na bardzo mój temat, bo uwielbiam historie początków i skąd się co wzięło, czyli Anime w Polsce: narodziny fandomu. Czytałam książkę na ten temat (i drugą trochę zbliżoną), ale cieszę się, że przedstawiono to zgrabnie w magazynie, bo on będzie zawsze pod ręką, a książka niekoniecznie. A Czarodziejka z Księżyca pojawiła się w polskiej telewizji na rok zanim się urodziłam, ale emitowana była przez 6 lat i podobno przez 5 pierwsze lata mojego życia oglądałam ją z moim chrzestnym. 

Tekstu o Junjim Ito raczej nie przeczytam, choć jestem dorosła, a przed nim znajduje się ostrzeżenie, że dla dorosłych i żeby nie czytać gdy ma się zamiar jeść, je się lub po jedzeniu. Dziękuję, to wystarczająco sugestywne, abym nie czytała go wcale. Miałam też wątpliwości, czy czytać tekst Botan Doro opowieść o latarni w kształcie kwiatu piwonii, bo ilustracje, którymi był opatrzony sugerowały coś straszącego, ale okazało się, że to ciekawa legenda.

Notabene zespół, o którym można przeczytać, czyli Dir en Grey, ma w październiku koncert w Warszawie. Także jak ktoś jest fanem to powinien się konicznie zainteresować. 

Podsumowując: nie wiem, czy kupię następny numer, ale chciałabym żeby się ukazał. Teksty dobrze się czytało, ale mam wrażenie, że część była zdecydowanie za prosta. Jeśli twórcy chcieli dotrzeć do osób, które kupowały tę gazetę te 13 lat temu, to chyba nie wzięli pod uwagę, że te osoby mają o te 13 lat więcej. Ale jeśli chcieli dotrzeć do obecnych 13-latków, to być może dzięki tej prostocie, skupieniu na anime i popularnych tytułach to może się uda. Będę czekała na informację, czy kolejny numer wychodzi, ale o kupnie zadecyduje to, czy będzie w nim coś nieoczywistego. Bo na start znane rzeczy są świetne, ale dalej powinno być coś ciekawszego. 

Kawaii ma jeszcze jeden plus - mogłam je kupić w Tesco i kosztowało mnie niecałe 7 zł. Otaku ani Arigato tam nigdy nie widziałam. 

Trzymajcie się, M

czwartek, 26 lipca 2018

Kto ma 22 lata? - urodziny godzina po godzinie

Hello!
Pomysł na robienie zdjęć przez cały dzień przez godzinę podpatrzyłam w internecie już dawno temu i były to moje 3 lub 4 urodziny, gdy to robiłam. Z tego co pamiętam, założeniem tego projektu było kreatywne odkrywanie codzienności, ale mój prawdziwy poziom zaangażowania w prawdziwe znaczenie tego pomysłu jest taki, że zapominam nawet, że na blogu zdecydowanie lepiej prezentują się zdjęcia poziome, a nie pionowe i nie pamiętam, aby przekręcić telefon, gdy je robię. 

W moim wydaniu to po prostu łatwy sposób pokazania jak mniej więcej ostatnio spędzam dni. 
To znaczy łatwe jest robienie zdjęć, bo podpisywanie ich trwa zdecydowanie za długo.  Dobrze, że nie zdecydowałam się publikować tego dokładnie w dniu urodzin, bo i tak nie wyrobiłabym się z pisaniem.


8.00
Ostatnio zmieniłam stronę spania i gdy się budzę, nie widzę mojej pięknej ściany tylko okno. Poza tym jak na moje urodziny obudziłam się w całkiem niezłym humorze, a to już jakiś postęp, bo zwykle z jakiegoś irracjonalnego powodu w dniu urodzin jestem zawsze zezłoszczona.


9.00
Dopiero o 9 zabrałam się za prawdziwie profesjonalne zaparzanie kawy, bo odkąd mam Instagram i wrzucam na niego zdjęcia codziennie wieczorem, pierwszą rzeczą, jaką robię jest sprawdzanie, jak zdjęcie się spodobało. A potem przeglądam zdjęcia innych ludzi, stories i niekończącą się wyszukiwarkę i zanim się obejrzę mija 40 minut. 
10.00
Nie było po co robić tortu, ale odkąd wróciłam do domu na wakacje miałam ochotę zrobić babeczki i uznałam, że mogę sobie upiec je na urodziny. W Gdańsku nie za bardzo mam jak rozwijać swoje umiejętności piekarskie, ale nawet w domu zapomniałam, że mamy specjalne foremki, żeby babeczki się nie rozlewały więc pierwsza partia nie wyszła zbyt estetyczna. 
Ale, ponieważ prawie porzuciłam już moje marzenia o imprezie niespodziance i próbuję dosięgnąć bycia realistką, za którą uważa mnie część znających mnie osób, to nieważne jak moje babeczki wyglądały skoro i tak były tylko dla mnie.  

Plus, urodziny w wakacje mogą wydawać się super sprawą, ale nie są. Większość moich najbliższych znajomych nie jest w tym czasie w Ostrołęce, a pewna część z nich nie jest nawet w Polsce. Ba, niektórzy są na innym kontynencie. Zawszę będę zazdrościła ludziom, którzy mają jakąś w miarę stałą paczkę znajomych, którzy faktycznie potrafią się spotkać wszyscy razem, bo mi to nigdy w życiu nie wyszło. I  nie sądzę, żeby było możliwe żeby jeszcze wyszło.


11.00
Babeczki piekły się dalej, a mi, pomiędzy wyjmowaniem i wykładaniem do piekarnika, nakładaniem do foremek i przygotowywaniem kolejnej porcji ciasta, udało się obejrzeć nieco mojego ulubionego obok Jednego z Dziesięciu programu telewizyjnego, czyli Katastrofy w przestworzach. Nawet pisałam o nim kiedyś na blogu, ale nie sądzę, by ktokolwiek, kto obecnie go czyta, mógł to pamiętać. 


12.00
Koło 4 piekącej się partii przestałam liczyć, ile babeczek udało się zrobić. I gdyby nie to, że miałam później wyjść to prawdopodobnie zrobiłabym ich więcej.  Bo przepis jest banalnie prosty i mogę się z Wami nim podzielić (bo na blogu jest też sekcja Miam (a jak, zrobiłam literówkę w tagu), która umiera śmiercią naturalną). 

Składniki suche:
2,5 szklanki mąki
3/4 szklanki cukru 
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka cukru waniliowego (sama zawsze i do każdego ciasta wsypuję po prosu całą, małą torebeczkę tego cukru; nie polecam tej sztuczki jednak w przypadku proszku do pieczenia)
szczypta soli.

Składniki mokre:
50g roztopionego masła
2 lekko roztrzepane jajka
1 i 1/4 szklanki mleka 

Składniki powinny być w temperaturze pokojowej. A wykonanie jest banalnie proste: najpierw łączy się razem wszystkie składniki z danej grupy razem, a później do suchych dodaje mokre i delikatnie, niezbyt długo miesza. Podobno, jeśli ktoś się przyłoży do mieszania składników razem, to babeczki nie chcą rosnąć. Nieszczególnie chcą też rosnąć, jeśli coś się do nich doda. Robiłam z czekoladą i były o 1/3 niższe od tych bez niczego. A, chociaż proste, samo to ciasto w formie babeczki jest bardzo smaczne. Te cudeńka pieką się w 180 stopniach, około 20-25 minut.  


Notabene. Ostateczny efekt mojego babeczkowego poranka możecie zobaczyć na Instagramie <o tu>.


13.00.
O tej godzinie szykowałam się do wyjścia na miasto i Mama próbowała ogarnąć moje włosy, ale się nie udało. Miały być ładne warkoczyki, a koniec końców i tak chodziłam w koczku. 


14.00
Załatwiałam z bratem bardzo ważne sprawy. Jego poszła szybko i łatwo. Z moją okazało się, że nie mogłam znaleźć tego, czego potrzebowałam na stronie banku ani pani w oddziale też nie może tego zrobić, bo to opcja dostępna tylko z poziomu aplikacji banku na telefon. Mój telefon ma tak mało miejsca, ze ledwie aktualizacje systemu się na nim mieszczą, a nie mogę instalować aplikacji bezpośrednio na karcie pamięci. Irytujące to, ale udało się zrobić to na tablecie. Teraz jednak pomyślałam, że są przecież osoby, które wcale nie korzystają z żadnej bankowości internetowej, czy to mobilnej czy na komputerze i ciekawe, co pani w oddziale zrobiłaby, gdyby taki ktoś do niej przyszedł i chciał załatwić to samo, co ja. 


15.00
Ostrołęcka Wieża Eiffla albo Tokyo Tower, czyli wieża telewizyjna, chyba najwyższa budowla w mieście, a dzięki odległości i perspektywie wygląda na niższą niż latarnia uliczna. W każdym razie po około 2 godzinach łażenia w końcu byłam w drodze do domu. 

Pomyślałam teraz o jednej ciekawej rzeczy. Otóż uwielbiam chodzić i spacerować, wtedy czuję się najlepiej i najlepiej rozmawia mi się z ludźmi. Mogłabym spokojnie powiedzieć, że jeśli nie byłeś/byłaś ze mną na przynajmniej godzinnym (a to i tak niewiele) spacerze to mnie nie znasz. Chociaż czytanie bloga też robi robotę, bo i tu lubię się wynurzać. Ale przez ekran nie widać tego, że gdy tak sobie idę potrafię być zaskakująco spontaniczna i zabawna. I wielu innych rzeczy, które przebywanie w pomieszczeniach skutecznie hamuje. 


16.00
Uwielbiam mój widok z okna i nieraz już o tym pisałam, ale w ostatnim czasie zaszły w nim zmiany, które zdecydowanie mi się nie podobają. Przycinać i wycinać drzewa jest łatwo, ale zasadzić nowe już niekoniecznie. 

A druga sprawa przez takie sąsiedztwo wiosną i latem mój pokój niesamowicie się kurzy. Codziennie sprzątać mi się raczej nie chce, ale mój laptop zbiera kurz lepiej niż niejeden odkrzacz więc trzeba. W każdym razie wróciłam z wojaży po mieście i trochę ogarniałam moje włości. 


17.00 
Plan jest taki, że 30 lipca pojawi się wpis z pierwszymi wrażeniami z sezonu letniego, więc w końcu usiadłam i zabrałam się za nadrabianie anime. I nawet podobały mi się odcinki, które widziałam tego dnia, ale zostało mi jeszcze sporo do zobaczenia.


18.00
A tak mniej więcej wygląda kącik, gdzie spędzam najwięcej czasu. Akurat dalej oglądałam anime, z tego co widzę było to właśnie Banana Fish i naprawdę nie chciało mi się ruszać z krzesła. Mój widok za oknem już znacie, a teraz widzicie także część mojego stanowiska dowodzenia. Drugą część widać trochę na zdjęciu wyżej, bo mój pokój ma ten plus, że posiada dwa biurka - jedno do laptopa, a drugie do pisania, wykorzystywane też jako stół i ogólna przechowalnia rzeczy, z którymi nie wiadomo co zrobić.


19.00
Nadrabiałam internetowe czytanie. Blogi, nie blogi, portale informacyjne. Jestem tak przyzwyczajona do czytania wiadomości, że gdy przychodzi mi obejrzeć jakiś program z newsami w TV to zawsze mam wrażenie, że tak mało tam mówią, że i tak nic nie wiem albo informują o rzeczach, które już czytałam. 

20 i 21.
Miałam gościa i okazało się, że zgubiłam gdzieś całą godzinę.

22.00
A tak wyglądał księżyc, a w sumie pół, bo pół było już za blokiem. A podobno jutro jakieś super zaćmienie, nie przegapcie, bo następne tego typu ma być dopiero za 100 lat! 
PS Księżyc, to to światło wyżej. Niżej to latarnia ^ ^ 


23.00
Czytam ostatnio Wojny konsolowe  i niby idzie mi dobrze, ale to intrygujący przykład książki, która w sumie jest ciekawa, ale nie jest pasjonująca. Nie mam problemu żeby ją odłożyć, nie mam potrzeby przeczytania jeszcze tylko jednego rozdziału, choć jednocześnie jest interesująca i można się z niej dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy, a jest tak napisana, że i laik szybko połapie się o co chodzi. I cały czas rozważam: napisać czy nie napisać całej recenzji. I czy zdążę ją przeczytać, zanim kolejne grube (Wojny konsolowe mają 572 strony) tomiszcze do mnie dotrze, bo dziś ruszyły wysyłki Geminy, a moje branie udziału w tej akcji wydawniczej to jeden z niestety nielicznych przykładów mojej działalności w ramach bycia trochę blogerem książkowym. 

I to by było w sumie na tyle, 
LOVE, M
I dziękuję bardzo, bardzo za życzenia złożone pod wtorkowym wpisem, to bardzo, bardzo, bardzo miłe!

wtorek, 24 lipca 2018

Co ma 22 lata?

Hello!
Jeszcze przed ciepłym przyjęciem wpisu o tym, co w tym roku skoczyło 10 lat lub wydarzyło się dziesięć lat temu, wiedziałam, że pomysł na cofanie się parę lat i zadziwianie samej siebie, co miało miejsce 10, 15, 20 lat temu wykorzystam w przyszłości niejeden raz. Tym bardziej ucieszyłam się, gdy pomysł się spodobał, a wiele komentujących osób było w podobnym szoku, że od pewnych zdarzeń minęło tyle tak. jak ja, gdy szukałam materiałów do wpisu.



A dziś wpis szczególny, bo cofamy się o dokładnie 22 lata, do roku 1996, bo 24 lipca to data moich urodzin. Przekonamy się, co oprócz faktu, że przyszłam na świat wtedy się wydarzyło. 

1. Debiutowało Spice Girl.

2. Jednym z największych hitów była Macarena.

3. Michael Jackson miał swój pierwszy i jedyny koncert w Polsce.

4. Nasz kraj odwiedziła także królowa Elżbieta.

5. Sklonowano owieczkę i nazwano ją Dolly.

6. Powstaje i ma swoją premierę Rent.

7. Jedna z najbardziej, jeśli nie po prostu najbardziej, coverowana piosenka świata dostaje swój najbardziej znany cover - Killing Me Softly (with His Song) a zespołem, który tego dokonał było Fuges.

8. Andrea Bocelli wydał drugą, częściowo z angielskimi słowami piosenkę Time to Say Goodbye zaśpiewaną razem z Sarah Brightman.
Notatka ode mnie: dopiero gdzieś w zeszłym roku usłyszałam, że tam faktycznie są słowa po angielsku, zawsze wydawało mi się, że po prostu jedna wersja jest, a druga nie jest duetem.

9. Jednym z polskich hitów, które chyba można by na naszą skalę przyrównać do Makareny była Makumba od Big Cyca.

10. Został wydany pierwszy numer CD-Action.



11. Utworzono dwa Parki Narodowe: "Bory Tucholskie" oraz Narwiański Park Narodowy.

12. Odkryto pierwiastek Kopernik. (Ale swoje miano oficjalnie otrzymał dopiero w 2010 roku)

13. Wisława Szymborska otrzymała literacką Nagrodę Nobla.

14. Odbywały się XXVI Letnie Igrzyska Olimpijskie w Atlancie.

15. Oscara dostał Braveheart. Waleczne serce.

16. Premierę miał film Angielski pacjent. Który Oskara dostał na kolejnej gali.

17. Powołano Radę Języka Polskiego.

18. Inne Oscarowe ciekawostki: Nicolas Cage dostał za najlepszą rolę pierwszoplanową. Pocahontas dostała za całą muzykę oraz za piosenkę Colors of the Wind.

19. Swoją premierę miało Diablo.

20. Dwie ważne ekranizacje dzieł Szekspira: Hamlet Kennetha Branagha oraz Romeo i Julia z Leonardo DiCaprio oraz Claire Danes w rolach głównych.

21. Zostało założone YG Entertainment

22. Mój ulubiony film o trąbach powietrznych, czyli Twister, miał swoją premierę.

Gdy zaczynałam pisać i grzebać w internecie dwadzieścia dwie pozycje to wydawało mi się bardzo dużo. Teraz natomiast brakuje mi podpunktów. A z drugiej strony, skoro wykorzystałam już 22, czy na przyszły rok znajdę kolejne, ale już 23 informacje na tyle ciekawe i na tyle związane bezpośrednio ze mną, aby je tu zamieścić? Przypuszczam, że tak, bo im bardziej szukam tym bardziej znajduję. I właśnie sobie uświadomiłam, że oprócz wzmianki o literackim Noblu (i może trochę informacji o powstaniu RJP) w żadnym punkcie nie wspomniałam nawet o książkach. Także mogę być spokojna o materiał na przyszły rok. 

LOVE, M

niedziela, 22 lipca 2018

Koniec i początek - Tokyo Ghoul:re

Hello!
To miał być wpis podsumowujący sezon wiosenny 2018, ale nawet już po powrocie do domu i posiadaniu czasu na oglądanie oprócz anime, o którym dzisiaj, żadne inne nie wzbudziło mojego zainteresowania i nie zachęciło do oglądania. Zresztą, obecny sezon letni także oprócz powrotów i może 2-3 tytułów nie zapowiada się zbyt ciekawie, ale może dzięki temu znajdę czas żeby nadrobić anime, które zaczęłam jesienią i zimą, a w trakcie roku akademickiego nie miałam czasu oglądać ich na bieżąco.

Zacznijmy od tego, że Tokyo Ghoul to w ogóle nie jest seria, którą powinnam oglądać i która powinna mi się podobać. Ghoule, zjadanie ludzi i ogólny horror to jest coś od czego trzymam się z daleka. A jednak Tokyo Ghoula oglądam i w sumie lubię. Nawet próbowałam czytać mangę, ale to akurat mi nie wyszło. W każdym razie 2 poprzednie sezony obejrzałam z zainteresowaniem i czekałam na trzeci. Lekki problem jest taki, że było to ponad 2 lata temu i zdążyłam trochę pozapominać mniej istotne szczegóły.


Na przykład większość drugoplanowych, nieinteresujących postaci. Przez dłuższy czas nie byłam pewna, kto pojawił się w poprzednich Tokyo Ghoulach, a kto to nowe postaci. Oczywiście oprócz tych wyraźnie nowych, czyli kolegów i koleżanek głównego bohatera z jego obecnego miejsca pracy. Przypuszczam, że jeśli ktoś czyta ten tekst albo widział poprzednie sezony, albo chociaż trochę wie o czym jest TG, ale wypada zarysować sytuację, jaką zastajemy rozpoczynając oglądanie 3 sezonu. Mijają trochę czasu od zakończenia drugiego sezonu, nasz stary-nowy główny bohater ma ciało Kena Kanekiego, ale nazywa się Sasaki Haise i żyje jako inspektor od ghouli - tropi je i eliminuje. Nie ma prawie wspomnień Kanekiego, ale żyje on głęboko w jego podświadomości. 


Sasaki, jako inspektor ma swoją drużynę Quinx i przez cały sezon głównie obserwujemy ich wspólne działania przeciwko ghoulom. Przy okazji, projekty postaci męskich członów tej drużyny, a dokładnie dwóch: Shirazu oraz Uriego są przebrzydkie i wcale nie pasują do stylistyki Tokyo Ghoula. Przypominają inne anime, jakby urwali się z gorszej wersji Durarary albo Soul Eatera. Myślałam, że da się przyzwyczaić do ich wyglądu, ale jest denerwujący do ostatniego odcinka. 


Co do samego sezonu. Żałuję, że Tokyo Ghoul już w pierwszym zgubił swój prawie filozoficzny wymiar i próby szukania jakiejś głębi skazane są na porażkę, a naprawdę lubiłam zastanawianie się czy ludzie i ghoule będą w stanie jakoś się porozumieć. Albo anime powinno dać nam bardzo jasną i wyraźną odpowiedź, że nie i wyjaśniło by to sprawę. Koniec końców o tym sezonie można napisać niewiele więcej niż napisałam w streszczeniu. Kręci się on wokół Drużyny Quinx, ale jej członkowie widza niezbyt obchodzą. To ogólnie jest jeden z problem tego anime, poprzednich sezonów też, że oglądający nie za bardzo wie, po której stronie ma stanąć. Inspektorzy i tokijska policja to w większości nieprzyjemne typki, a w dużej części są także niepotrzebnie i dla zabawy brutalni. "Dobrych" ghouli w tym sezonie nie uświadczysz, a wszystkie złe ghoule zachowują się jakby potrzebowały dobrej terapii psychiatrycznej. A nasza drużyna, która jest pomiędzy ludźmi a ghoulami (bo jej członkowie mają powszczepiane kagune i co prawda nie są jednookimi ghoulami, ale są silne jak one) jest nieciekawa. 


Sama się trzymam tego, że lubię Kanekiego. Szczególnie tego z początku pierwszego sezonu, a Sasaki na co dzień ma do niego podobny charakter więc to miłe. Ale cały sezon oglądałam tylko po to, aby zobaczyć kiedy Sasaki zniknie a Kaneki wróci, bo to jest mój bohater, dla którego oglądam to anime i to jego losy mnie interesują. I Touka, ale nie wiem, czy cały jej czas ekranowy w tym seoznie wynosi więcej niż sekund. Poza tym sam Haise ma nieco za mało czasu, jak na przeobrażenie, które ma w nim zajść w czasie tych 12 odcinków. Za dużo jest wyróżnionych punków kulminacyjnych za mało samej drogi. 


Ale nie będę narzekała. Jeśli oglądanie anime czegoś uczy, to jest to cierpliwość. A w tym wypadku na kolejny sezon trzeba będzie poczekać tylko jeden sezon, bo Tokyo Ghoul:re wraca już w październiku. I nie mogę się doczekać, aby zobaczyć, jak nasz główny bohater narozrabia.

A wiecie co wraca dzisiaj? 
Atak Tytanów! 

Pozdrawiam, M


piątek, 20 lipca 2018

Strach ma wielkie oczy

Hello!
Już prawie przyzwyczaiłam się do pisania co dwa dni, nawet odkrywam, że mam więcej do napisania niż bym chciała, ale to pocieszające, że tematów w najbliższym czasie mi nie zabraknie. A z niektórym autentycznie się nie wyrabiam w terminie, w którym chciałabym, je opublikować. Ale co się odwlecze to nie uciecze i dzisiaj post z typu, którego w sumie dawno nie było. Bo pisanie o studiach to nie to samo, co pisanie o sobie, a dziś dzielę się z Wami moimi największymi strachami.A konkretnie tymi, z którymi wiążą się jakieś ciekawe historie.


1. Boję się medycznych fantomów. 
Takich sztucznych ludzików do ćwiczenia pierwszej pomocy. W gimnazjum na jednych zajęciach mieliśmy na nich ćwiczyć resuscytację, ale nie byłam w stanie ich dotknąć. I nie chodzi o to, że brzydziłam się robić to zadanie po innej osobie, a to było bardzo częste wśród koleżanek, ja nawet nie mogę na nie patrzeć. Po prostu, gdy przyszła moja kolej i stanęłam nad fantomem moja twarz zaczęła się mienić wszystkimi kolorami tęczy i skończyła na bladozielonym, a ja mało nie skończyłam zemdlona na ziemi. Nauczyciel kazał mi usiąść i zasady resuscytacji zdawałam pisemnie. Fantomy są dla mnie zdecydowanie zbyt podobne do ludzi, którzy nie żyją. 
Co ciekawe, sklepowe manekiny na przykład nie robią na mnie wrażenia, ale na fantomy nie mogę patrzeć nawet w telewizji.

2. Miałam wypadek samochodowy dwa dni po odebraniu prawa jazdy. 
To była moja druga podróż naszym autem, było to 15 sierpnia i jechaliśmy do babci. Wiozłam całą rodzinę bez jednego brata, bo się nie mieści. Wypadek nie był z mojej winy. Jechałam prostą drogą w terenie zabudowanym więc 50 km/h, ustawił się za mną sznurek samochodów. Niektóre mnie wyprzedzały, więc nie zdziwiłam się go kolejne auto robiło to samo. Zdziwiłam się, że w sekundzie zamiast zobaczyć tył tego samochodu, zobaczyłam  jego boczne drzwi. Stało się tak, że akurat byłam na wysokości skrzyżowania i kobieta nie dość, że chciała mnie wyprzedzić to jeszcze zdążyć skręcić przede mną w prawo. Uderzyłam ją prawym przodem auta w jej prawy tył. Dobrze, że jechałam zgodnie z przepisami, bo jej auto i tak się przekręciło. Cała sytuacja była bardzo, bardzo, bardzo zaskakująca. Mój tata, który siedział obok mnie i trzymał rękę na hamulcu ręcznym nie zdążył nawet go pociągnąć, ja wiem, że nacisnęłam hamulec z całej siły i trochę uderzyłam głową o kierownicę. Gdy już stanęliśmy mama musiała wyciągnąć mnie z auta, bo przestraszyłam się tak bardzo, że nie mogłam stać na nogach. Później uświadomiłam sobie, że byłam święcie przekonana, że uderzyłam w bok tego samochodu. Kobieta, która zajechała mi drogę chciała utrzymywać, że to moja wina, bo powinnam się była zatrzymać i ją przepuścić żeby mogła sobie skręcić. Na szczęście policjanci, którzy przyjechali byli lepiej zaznajomieni z przepisami. A niewiele ich tu nawet trzeba było, gdyż na tym odcinku drogi była podwójna ciągła. Ale pani wyciągała argumenty, że bardziej doświadczony kierowca by się zatrzymał i podobne. Policjanci wzięli mnie w obronę, po pierwsze, że nie ja przekroczyłam podwójną ciągłą i jechałam dopuszczalną prędkością, po drugie, że skoro dopiero co odebrałam prawo jazdy to na pewno dobrze znam kodeks drogowy, no i najważniejsze, że skoro zdałam egzamin to umiem jeździć. Kobieta się też czepiała, że nie prowadził mój tata, ale na to policjanci też powiedzieli, że przecież muszę jeździć, aby się nauczyć poruszać w prawdziwym ruchu drogowym. 
Było jeszcze trochę pomniejszych spraw w związku z tym, ale ogólnie kobieta dostała mandat, a ja wbrew nawet temu, co sama o sobie myślałam, nie miałam żadnej traumy ani nic i później jeździłam normalnie. 

3. Wszystko, co nagłe.
Nie przepadam za określeniem jump scare, ale całkiem nieźle oddaje ono moje reakcje na wszystkie nagłe i głośne wydarzenia w moim życiu. Podskakiwanie na dźwięk klaksonu przejeżdżającego obok samochodu, panika, gdy nie daj Boże pociąg jadący pod wiaduktem, którym właśnie przechodzę, wyda jakiś dźwięk (gdy szłam ostatni raz w salonie miałam taką sytuację, widziała ją para strażników miejskich w samochodzie, a ja widziałam, jaki mają ze mnie ubaw), nagłe wchodzenie do mojego pokoju, o albo pojawianie się znikąd obok mnie - to wszystko mogą być przyczyny zawału i mojej śmierci. Zawsze tak było i niewiele mogę na to poradzić, ale dodatkowo w Sylwestra w 2015 roku wybuchł przede mną fajerwerk i od tamtego czasu jest w sumie jeszcze gorzej. Szczególnie jeśli nie wiem skąd nagły dźwięk może pochodzić. Kiedyś rozmawiałam z koleżankami z prowadzącą po zajęciach, a na pustym już korytarzu upadła miotła z zestawu do sprzątania. Dźwięk poniósł się echem i był bardzo głośny. Do tego stopnia, że ja w sali tak się przestraszyłam, krzyknęłam i zaczęłam uciekać w stronę, z której ten dźwięk nie dochodził.
A ostatnio odkryłam, że potrafię się przestraszyć mojego łapacza snów. Wisi on też nad włącznikiem światła w moim pokoju i, gdy ostatnio wchodziłam do pokoju, zamiast włącznika dotknęłam piórek z łapacza i odrobinę się zdziwiłam, co to jest i co robi w moim pokoju.

4. Gęsi
Są absolutnie straszne i nawet teraz nie chciałabym musieć być w pobliżu żadnej. Jeśli mieliście sposobność zobaczyć dziób i zęby tego potwora to pewnie rozumiecie czemu. Ale, gdy byłam młodsza to odczucie było jeszcze silniejsze. Moja babcia chowała gęsi na odgrodzonej części podwórka, za płotem. I jeśli faktycznie były tam akurat wypuszczone, nie było lepszego sposobu, aby zagonić mnie do domu, bo nie chciałam być na podwórku wtedy, gdy one. Ale raz zdarzyło się tak, że byłam u babci z rodzicami, siedzieliśmy wszyscy na podwórku, gęsi były w swojej części więc czułam się nawet bezpiecznie. Dopóki ktoś nie musiał do nich zajrzeć, a  jedna z nich wydostała się na tę część podwórka, na której byłam ja. Zaczęłam uciekać, przez całą długość podwórka, bo chciałam dobiec do 'strego domu' i tam się schować. Ale po drodze się przewróciłam. Podwójnie przestraszona zaczęłam drzeć się wniebogłosy, tak, że gęś (której w tym momencie prawie mi szkoda) zawróciła. Chciałabym powiedzieć, że tak oto pięcioletnia ja pokonałam jeden z moich największych strachów, ale bałam się i boję tych stworzeń do tej pory.

To nie jest skończona lista, ale, jak często, wpis jest już dłuższy niż chciałam.

A Wy czego się boicie?
Trzymajcie się, M