niedziela, 2 grudnia 2018

Kocham Instagram - listopad 2018

Hello!
Kiedyś narzekałam w pojedynczych wpisach, gdy bardzo czułam, że mam na co narzekać. Ostatnio rolę narzekających wpisów przejęły wpisy ze zdjęciami z Instagramu. Poważne się zastanawiam czy nie przerwać ich robienia, bo pokazują tylko wyimek zdjęć, a mi od wakacji, gdy Instagram zamienił mi się za bardzo w bookstargram, starałam się wrzucać tam trochę więcej zdjęć na których nie ma książek.


Ale to nie zmienia faktu, że do zestawienia najbardziej serduszkowanych zdjęć trafiają te z książkami. I jedno z dźwigami, co mi się podoba już dużo bardziej. Nie żeby koniecznie dźwigi były dużo ładniejsze od książek, ale w przypadku mojego robienia zdjęć dźwigi są dużo bardziej fotogeniczne. Chociaż mój profesor twierdził, że coś takiego jak fotogeniczność nie istnieje. Ale mówił to w kontekście portretów. Więc jeśli portret nie wychodzi to fotograf dupa, a nie, że ty jesteś niefotogeniczna/fotogeniczny.


Tak mi się zebrały koreańskie książki w jednym rządku. To nic, że żadnej nie napisał Koreańczyk. Chociaż w ostatniej są chyba 2 referaty: jeden Koreańczyka i jeden Koreanki. Jeszcze Wam nie napiszę jak dokładnie brzmi tytuł mojego licencjatu, ale mogę napisać, że łączy on wszystkie trzy książki i faktycznie już są one w nim opisane. Nie zamykam zgadywania możecie próbować strzelać, bo w dalszym ciągu oprócz grupy z seminarium, najbliższych koleżanek na studiach i rodziny, mój temat w sumie zna tylko eM z eM poleca.



Ostatnia sprawa na dziś: M dostała pracę na grudzień, co oznacza, że drastycznie skrócił się czas, którym dysponuje w dni wolne od zajęć na uczelni. I w niektóre dni, gdy jest rano na uczelni, a po południu pracuje też. Co oznacza, że prawdopodobnie w grudniu ujrzą światło dzienne wszystkie te wpisy, których nie miałam kiedy opublikować do tej pory, ale nie powinna się zaburzyć ich częstotliwość. Ewentualnie pora publikacji, będą bliżej 21 niż 20. Ale to oznacza też, że mogę być mniej aktywna i na Facbooku i na Instagramie. Ale za to ile będę miała historii do opowiadania potem. 

Pozdrawiam, M

piątek, 30 listopada 2018

Blogerzy kulinarni książkują 2018

Hello!
I druga część poprzedniego wpisu. Jeszcze więcej książek. Jeszcze mniej autorów. I dlatego tym razem to oni i ich blogi są pogrubione a nie tytuły.


 Bez glutenu. Bez wyrzeczeń.
Słodkie sekrety czyli bezglutenowe, roślinne historie pisane lukrem
Weronika Madejska
BLOG: natchniona.pl
Wydawnictwo: Septem

Zdrowa tarczyca
Depresja. Jedzenie, które leczy
Jedzenie, które leczy
Dieta Raw Food
Jedz i pracuj... nad własnym zdrowiem
Jedz i pracuj nad własnym zdrowiem. Szybkie i zdrowie dania do pracy
Jem to, co kocham i chudnę
Para w kuchni. 60 potraw na parze
Detoksy. Jak oczyścić swój organizm
Karolina odNowa
Swojsko. Karolina na tropie polskich smaków
Karolina na detoksie. Oczyszczanie organizmu w 7 dni

Na szczęście. Przewodnik po świadomym życiu przez cały rok
Karolina i Maciej Szaciłło
BLOG: medytujemy.pl
Wydawnictwo: Wydawnictwo Zwierciadło
Wydawnictwo: Agora (książki, które w tytule mają Karolinę)

Lunchbox na każdy dzień. Przepisy inspirowane japońskim bento
Malwina Bareła
BLOG: filozofiasmaku.blogspot.pl
Wydawnictwo: Znak

Moje wypieki. Całkiem nowe przepisy
Moje wypieki i desery na każdą okazję
Moje wypieki. Wielki powrót
Moje wypieki i desery
Moje wypieki na cztery pory roku
Moje przepisy i pomysły
Dorota Świątkowska
BLOG: mojewypieki.com
Wydawnictwo: Egmont

Jaglany detoks. Oczyść organizm w 7 dni!
Jaglany detoks dla biegaczy. Oczyść organizm w biegu!
Jaglany detoks. Kolejny krok
Leczenie dietą. Wygraj z candidą!
Boży skalpel. Uzdrowienie postem.
Wzmocnij jelita. Wygraj z lękiem i depresją, przestań zajadać stres
Zatrzymaj Hashimoto. Wzmocnij tarczycę!
Marek Zaremba
BLOG: gotujzdrowo.com
Wydawnictwo: Wydawnictwo Pascal / Boży skalpel - Wydawnictwo Esprit

Dieta oczyszczająca . Program naturalnej regeneracji organizmu
Ewa Jarosz
BLOG: dietetykwstolicy.pl
Wydawnictwo: Edgard

Qmam kasze. Do ostatniego okruszka
Maia Sobczak
BLOG: qmamkasze.pl
Wydawnictwo: Wydawnictwo Marginesy

Młodziej, piękniej, zdrowiej. Sprawdzone sposoby, jak dbać o urodę.
Zamień chemię na energię. Zdrowie i siła na wynos
Święta bez chemii. Zdrowe przepisy na tradycyjne potrawy na Boże Narodzenie i inne święta
Julita Bator
BLOG: julitabator.pl
Wydawnictwo: Znak

Dieta MIND. Sposób na długie życie
Mikołaj Choroszyński
BLOG: bdieta.pl/blog
Wydawnictwo: Wydawnictwo M

Super laska. Skończ z dietetyczną recydywą!
Anna Gruszczyńska
BLOG: wilczoglodna.pl
Wydawnictwo: Wydawnictwo SNQ


Podsumowując: 36 książek (mówiłam, że więcej), 7 autorek, 2 autorów i jedna para, w sumie 11 osób oraz dwanaście wydawnictw.
Ale trochę oszukałam, bo jedna z książek powinna zasadniczo się znaleźć w poprzednim zestawieniu, a jest tu.

Trzymajcie się, M

środa, 28 listopada 2018

Blogerzy książkują 2018

 Hello!
Nadchodzi ten czas, gdy Wy szukacie prezentów dla bliskich, a ja chciałabym napisać, że przychodzę Wam z pomocną listą książek napisanych przez blogerów i blogerki, aby ułatwić zadanie i podpowiedzieć na co możecie zwrócić uwagę. Ale to nie do końca tak. 
Tak naprawdę robię tę listę tylko po to, aby sprawdzić, który autor lub wydawnictwo korzystają z Brand24.

Oczywiście żartuję, ale prawdą jest, że blog zalicza znaczny wzrost wejść po publikacji tych list. A przynajmniej było tak w dwóch poprzednich latach. Lista podzielona jest na dwie części: tu są normalni blogerzy, a za dwa dni pojawi się spis książek kulinarnych. Vlogerzy się nie popisali i ich część może powróci w przyszłym roku, ale w tym nie miałam za bardzo o czym pisać. 
Nie będę przypominała czym kierowałam się przy doborze tytułów, zaznaczę tylko, że to jest lista. Nie ranking, nie top 10.


Miej umiar. 52 kroki do życia po swojemu
Natalia Knopek
BLOG: simplife.pl
Wydawnictwo: Wydawnictwo Pascal


Siła ziół
Patrycja Machałek
BLOG: prosteprojekty.com
Wydawnictwo: Znak


Szczęśliwy jak łosoś
Anna Kurek
BLOG: norwegolozka.com
Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie


Zaufanie, czyli waluta przyszłości.
Michał Szafrański
BLOG finansowyninja
Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Relacja


Siła niedoskonałości. Dlaczego perfekcyjnie nie zawsze oznacza najlepiej
Zaakceptuj siebie. O sile samowspółczucia
Przekleństwo perfekcjonizmu. Dlaczego idealnie nie zawsze oznacza najlepiej
Malwina Huńczak
BLOG: malwinahunczak
Wydawnictwo: Edgard


Lunatycy
To tylko seks
Jan Favre
stayfly.pl


W to mi graj
Joanna Glogaza
BLOG: jannaglogaza.com
Wydawnictwo: Altenberg


Moja dusza pachnie Tobą
Dotyk Twoich słów
Aleksandra Steć
aleksandrasteć.pl
Wydawnictwo: Drukarnia FastGraw / CAMILOVE 


Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet
Karolina Bednarz
BLOG: wkrainietajfunów.pl
Wydawnictwo: Wydawnictwo Czarne


Life Mastery. Sztuka tworzenia epickiego życia
Obsesja doskonałości. Zostań legendą sportu
Niemożliwe. Pokonaj ego. Żyj bez granic.
Ego vs Ja. Zmieniając siebie, zmienisz przyszłość
Wybitność to kwestia wyboru
Dawid Piątkowski
BLOG: dawidpiatkowski.com
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kos


Autentyczność przyciąga. Jak budować swoją markę na prawdziwym i porywającym przekazie?
Wydanie 2 - Autentyczność przyciąga. Jak budować swoją markę na prawdziwym i porywającym przekazie + 40 inspirujących ćwiczeń
Anna Piwowarska
BLOG: autentycznycopywriting.pl
Wydawnictwo: Onepress


Człowiek otwarty
Kalina Moskaluk
BLOG: lagomlife.pl


Warsztaty stylu. Autorska metoda, dzięki której odkryjesz swój styl.
Maria Młyńska
BLOG: ubierajsieklasycznie.pl
Wydawnictwo: Flow Books

 

ZA WCZEŚNIE. Rozmowy z rodzicami wcześniaków urodzonych w 23-29 tygodniu ciąży
Marta Spyrczak
martaspyrczak.pl


Poza trasą
Rafał Urbanelis
BLOG: nakreche.com
Wydawnictwo: Wydawnictwo SNQ


Z Nowym Jorkiem na NY
Magdalena Muszyńska-Chafitz
BLOG: littletownshoes.com
Wydawnictwo: Wydawnictwo Czerwone i Czarne

Biznes ci ucieka
Marcin Osman
marcinosman.pl
Wydawnictwo: OSM Consult Sp. z o. o.

Podsumowując: dwadzieścia pięć książek, napisanych przez dwanaście autorek i pięciu autorów, wydanych przez czternaście wydawnictw (plus prawdopodobnie self-publishing).
I już nie mogę się doczekać zbierania kolejnych tytułów na przyszły rok! 

LOVE, M

poniedziałek, 26 listopada 2018

Tylko te oczy - Doctro Who 11: The Witchfinders

Hello!
Dziś chciałabym zacząć od podziękowań za ciepłe przyjęcie ostatniego wpisu, bo byłam (i ciągle jestem) bardzo pozytywnie zaskoczona ilością miłych słów, które o nim dostałam. O The Rose pisało mi się bardzo dobrze i muszę przyznać, że czułam, że to niezły tekst, ale nie spodziewałam się komplementów w komentarzach. Także dziękuję właśnie tutaj, bo chociaż staram się odpisywać na komentarze, to mało kto wraca i jest sprawdza. A przy okazji chciałabym także Was zaprosić na Facebooka bloga <o tutaj>! 

Ósmy odcinek powinien był mi się podobać, bo był z gatunku tych które najbardziej lubię. Czyli dział się w przeszłości i dotykał jakiegoś intrygującego elementu historii. Ale się zawiodłam, bo The Witchfinders jest, niestety, bardzo nudnym odcinkiem. 

Z odcinka, który za podstawę bierze polowania na czarownice, można zrobić mnóstwo ciekawych historii. A zaprezentowana w odcinku jest rozczarowująco powtarzalna, w takim sensie, że oczywiście, że to kobiety nie były żadnymi czarownicami. Ba, za życia nie miały nawet wiele wspólnego z tym, co im się stało, gdy już zostały utopione. Połączenie czarownica-zombie-kosmita brzmi dziwnie, ale daje duże pole do popisu dla wyobraźni. A tu nie. Punkt kulminacyjny jest bardzo przesunięty, a samo rozwiązanie też było dość przewidywalne. 


Chyba starano się zagrać na nieco filozoficznej nucie i kosmiczno-czarownicową fabułę wykorzystać jako pretekst do rozmowy o tym, jak ludzie zachowują się gdy się czegoś obawiają, gdy czegoś nie znają. Jak nasze traumy i lęki z przeszłości wpływają na życie. Ale nie wyszło. Bo tylko podkreśliło nudę samej fabuły i fakt, że te hasła także się już i przesz ten, i przez poprzednie sezony Doctora Who przewinęły. 

Odcinek trochę ratuje Alan Cumming jako król James. Ten człowiek ma tak hipnotyzujące oczy, że nie można nie patrzeć na ekran, gdy on na nim jest. A moment jego pojawienia się w odcinku odrobinkę sugeruje, że jakimś sposobem klimat epizodu się zmieni na nieco zabawniejszy, ale nie dajcie się zwieść. Chociaż te momenty, gdy król James jest na ekranie ogląda się zdecydowanie najlepiej. 

Może jeśli ktoś niedawno skończył oglądać nową Sabrinę (ja) i mu się podobała (trochę mniej, ale nie mam kiedy opublikować recenzji) i ma ochotę powrócić do takiego świata, gdzie chodzą i krzyczą "Szatan!" to mu się ten odcinek spodoba bardziej niż mi. Ja się zawiodłam, a nie miałam wielkich oczekiwań. 

Trzymajcie się, M

sobota, 24 listopada 2018

The Rose

Hello!
Dawno, bardzo dawno nie było wpisu, w którym dzieliłabym się konkretnym zespołem lub muzykiem, którego słucham. Ostatnio w tym temacie popełniłam dwuczęściowy wpis o kpopie (tu możecie przeczytać <część 1.> i <część 2.> ) i trochę innych, ale bardziej ogólnych z teledyskami i piosenkami niż zespołami, jak to miał miejsce... ponad dwa lata temu, bo ostatni wpis ukierunkowany na konkretnych muzyków pojawił się tu 6 października 2016 roku i dotyczył One Republic. Sama jestem w szoku. Czas tę zespołową posuchę przerwać. Ale nie wyrwać się z k-popu. Tego już mi się raczej nie uda zrobić, a na pewno nie będzie to prędko.


Zespół The Rose debiutował 2 (lub 3 - zależy od strefy czasowej) sierpnia 2017 , ale gdy usłyszałam ich piosenkę "Sorry" nie miałam pojęcia, że są nowi w tym biznesie. Po pierwsze była to po prostu kolejna piosenka z teledyskiem, który trzeba było obejrzeć, bez szczególnego zwracania uwagi, kto tam gra i śpiewa. Po drugie, ogólnie w tamtym czasie nie byłam jeszcze aż tak w to wszystko wkręcona. Ale "Sorry" pokochałam z miejsca, bo okazało się, że to dokładnie taki pop-rockowy bandowy klimat, który lubiłam od zawsze. Poza tym w teledysku mają wannę. To od razu plus 100 punktów i pojawili się w pierwszym wannowym wpisie.


Nie pomyliłam się, co do klimatu, bo bez trudu można znaleźć The Rose coverujące The 1975. Co prawda coverowali też inne piosenki i zespoły, ale ja potrzebuję tu tylko The 1975. Sami członkowie zespołu mówią, że angielski pop to ich klimat. Mój totalnie też. 

Ich drugim singlem było "Like We Used To". I skłamałabym, gdybym powiedziała, że piosenka spodobała mi się od razu. Ale ja, w przeciwieństwie do (chyba) ogółu społeczeństwa z czasem się do piosenki przekonałam. Bo trzeba przyznać, że początkowo sprawia ona wrażenie niezbyt pozytywnej i wydaje się, że klip też będzie opowiadał jakąś smutną opowieść o kłótni i o tym, że nie można się dogadać między sobą. Ostatecznie piosenka piosenką, w sumie jest całkiem przyjemna, a klip jest pocieszający.


Pierwszy minialbum zespołu ukazał się 16 kwietnia i nosił tytuł Void. Singiel promujący to "Baby", która to piosenka, wydaje się, została przyjęta lepiej niż "Like We Used To". A poza tym klip jest niesamowity. Nie żeby był niezwykle odkrywczy w kwestiach technicznych, bo jestem prawie pewna, że nie jest, chociaż jest bardzo ładny, a hasło: jakość! aż z niego krzyczy, a jednocześnie za każdym razem, gdy go oglądam, dostrzegam w nim coś nowego. Może troszeczkę przesadzam, ale nie odbierając niczego piosence, bo i bez klipu by sobie poradziła, to on ma chyba jakąś głębszą tajemnicę niż słowa utworu. 
A poza tym kojarzy się z klipem do "Crooked" G-Dragona, chociaż oba klipy opowiadają inne historie. 


Void oprócz ich debiutanckiego utworu, "Like We Used To" i "Baby"  zawiera dwa inne utwory, które uwielbiam i nie wiem, który bardziej. Pierwszy to "Candy (So Good)" i to jest totalnie utwór w stylu The 1975, ma też trochę łatwego do śpiewania tekstu po angielsku więc to jeszcze jeden plus. A "I.L.Y." jest śliczną balladą i chociaż mój związek z rzewnymi, melancholijnymi piosenkami często jest skomplikowany, to ta podbiła moje serce chyba perkusją. Chociaż gdyby nie została wprowadzona, sądzę, że piosenka dalej by mi się podobała.


Z drugim minialbumem - Dawn - miałam trochę większy problem. I nie tylko ja, bo zespół musiał zdjąć teledysk do głównego singla "She's in the Rain" z powodu tego, że fani Shinee dopatrzyli się w wykorzystanych w nim, jako ozdoby, elementy scenografii fotografiach, zdjęć z instagramowego profilu Jonghyuna. Powiem szczerze, że nie wiem, jak ktoś mógł pomyśleć, że wzięcie tych zdjęć to dobry pomysł. I wytwórnia i osoby odpowiedzialne za klip się z tego tłumaczyły. I słusznie. Ale napisano na ten temat już wiele, więc nie będę dokładać swoich cegiełek. Chociaż myślałam, że oryginalny klip po zmianach wróci, ale nie. Jeszcze przed aferą został udostępniony inny film z piosenką - Lyrics Video - ale główne skrzypce gra w nim historia rysowana piaskiem. 


Co do samego albumu, mam wrażenie, że piosenki na nim są mniej różnorodne niż na poprzednim. Dalej są to bardzo ładne utwory, ale po pierwsze są nieco wszystkie do siebie podobne, a po drugie są podobne do piosenek z Void. Gdyby ktoś miał ochotę się ze mną kłócić - świetnie zdaję sobie sprawę, że obracamy się w pewnym gatunku, ale nawet w ramach gatunku można bardzo dużo zrobić. I oni już pokazali, że potrafią, a Dawn jest mało odkrywcze. 

Jedyna rzecz, która smuci mnie ogromnie, to fakt, że chociaż w 2018 roku mieli, w sumie mają, bo nawet dokładnie teraz są w Europie, już drugą trasę po naszym kontynencie omijają Polskę. A, gdyby tu przyjechali to naprawdę bardzo poważnie rozważyłabym, czy nie wydać tych niebotycznych pieniędzy na podróż pociągiem z Gdańska do Warszawy. Chociaż mogliby przyjechać latem, bo z domu dużo łatwiej mi się dostać do stolicy. 

LOVE, M

czwartek, 22 listopada 2018

Piraci w przestworzach - Niebo jest nasze

Hello!
Być może wiecie, a być może nie, bo bardzo dawno o tym nie pisałam, choć planuję to w najbliższym czasie zmienić, jednym z moich ulubionych programów telewizyjnych jest Katastrofa w przestworzach na  National Geographic Channel i ogólnie troszkę interesuję się samolotami. Gdy więc usłyszałam o reportażu dotyczącym porwań samolotów w Stanach Zjednoczonych i znalazłam go w BUGu nie było możliwości, abym szybko go nie przeczytała.
Wstęp był pisany, gdy jeszcze planowałam najpierw opublikować recenzję, a dopiero później wpisy z odcinkami Katastrofy, ale postanowiłam go nie zmieniać.


Tytuł: Niebo jest nasze. Miłość i terror w złotym wieku piractwa powietrznego
Autor: Brendan I. Koerner
Tłumaczenie: Barbara Gadomska
Wydawnictwo: Wydawnictwo Czarne 

Początkowo byłam minimalnie rozczarowana, bo spodziewałam się, że będą to szczegółowo opisane różne porwania, ale autor skupił się na porwaniu samolotu Western Airlines lot 701. Gdy się przez chwilę nad tym zastanowić, to wynika z podtytułu, ale miałam swoją wizję tej książki w głowie. Treść okazała się inna, ale nie gorsza. Po prostu musiałam się przestawić i skupić na poznawaniu tej jednej historii. Która została wybrana do bliższego zaprezentowania jak sądzę z kilku powodów - było to typowe i nietypowe porwanie. To znaczy: dokonały go dwie osoby - Cathy Kerkow i Roger Holder, samolot ostatecznie, bo kilku zmianach dokładnie wcześniej przygotowanych planów, których nie udało się zrealizować dokładnie z zamierzeniami, wylądował w Algierii. Ale jednocześnie było to porwanie manifestacja polityczna, chociaż i polityka przeciwko, które było skierowane, zmieniała się kilka razy w czasie lotu i po wylądowaniu. 

Złoty wiek piractwa powietrznego w Stanach Zjednoczonych (ale jego akty miały miejsce na całym świecie, także wcześniej - autor wspomina o Polakach, którzy porwali samolot LOT-u do Danii) przypada na lata 60. i 70. Większość porywach chciało się udać na Kubę. I się udawało, bo linie lotnicze przyjęły politykę całkowitej współpracy, a pasażerowie wsiadali na pokłady statków powietrznych ze świadomością, że być może zahaczą o Hawanę w drodze do celu. Gdy o tym czytałam, z dzisiejszej perspektywy, to wszystko brzmi bardzo nieprawdopodobnie. A, gdy teraz o tym piszę, niewiarygodnie. Ale pół wieku temu porywacze wykorzystywali samoloty zasadniczo zgodnie z ich przeznaczeniem - to znaczy, jako środek transportu. Co nie zmienia faktu, że to przerażające, gdy się czyta o 6 porwaniach samolotów w ciągu 14 dni. Albo więcej. Naprawdę statystyki były porażające.


Prościej uwierzyć, że wielkie korporacje i lobbyści w amerykańskim senacie nie chcieli zwiększenia kontroli bezpieczeństwa i wprowadzenia procedur przeszukań i skanów. To jest takie samo teraz i 50 lat temu. Choć nie zmienia faktu, że gdyby procedury były lepsze albo chociaż lepiej przestrzegane do wielu z tych porwań by nie doszło. Jednocześnie cieszy to, iż wydaje się, że w dzisiejszych czasach nikt nie ma wątpliwości, że rygorystyczne sprawdzanie bezpieczeństwa na lotniskach to absolutna podstawa. 

Z jeszcze innej strony czytanie o tym, że we wszystkie samoloty wyposażono w mapy nawigacyjne na Kubę, utworzono specjalne połączenie kontrolerów lotów z Hawaną, a pilotom dawano rozmówki hiszpańskie znajdowało się chyba jeszcze wyżej w kategorii rzeczy nie do uwierzenia niż ilość porwań, aż do granic bycia zabawnymi faktami. 

To w ogólnej kwestii tego, czego można się z książki dowiedzieć. Opisanych pokrótce jest kilka porwań, pokazane jest jak żądania i pomysły porywaczy się zmieniały, ale także to jak FBI próbowała (bo wychodziło średnio) sobie z nimi radzić. Poza tym bardzo dobrze poznajemy naszych głównych bohaterów i to razem z rodzicami i dzieciństwem. 

Niebo jest nasze czyta się bardzo dobrze, chociaż potrzeba kilkunastu stron, aby zrozumieć jak dokładnie prowadzona będzie ta historia, a jak będą wplatane w nią inne. Początkowo chronologia jest też zaburzona więc może to utrudniać pierwsze minuty czytania, ale szybko można się odnaleźć. I przekonać, że wybranie jednej historii do reprezentowania pozostałych porwań było dobrym pomysłem. Choć nie idealnym, bo autor prezentuje zdecydowanie za dużo z życia prywatnego bohaterów, które, szczególnie w przypadku Cathy, nie miało wielkiej roli w porwaniu. Trochę inaczej z Holderem, bo jego zdrowie psychiczne miało sporo wspólnego z porwaniem, ale w dalszym ciągu, jest w książce kilka fragmentów, które spokojnie można by wyciąć bez uszczerbku na jej jakości. 

I ostatnie uwagi. Do okładki - białe litery na niebieskim tle wyglądają fantastycznie, ale czarne i o wiele mniejsze są trudne do odczytania na takim tle. Do przypisów - to pierwsza książka nie na studia, w której było tak bardzo dużo odsyłaczy. I to na końcu, a nie na dole strony. Nie znoszę takich przypisów. Do treści - żałuję, że autor nie poprowadził historii dalej i nie napisał więcej o późniejszym terrorze w przestworzach, ale trzeba mu przyznać, że to, co zdecydował się opisać, zakończył bardzo zgrabnie.

Trzymajcie się, M



wtorek, 20 listopada 2018

Zaskakująco niebezpieczna zabawa - Doctor Who 11: Kerblam!

Hello!
Niektórzy boją się lalek, inni boją się clownów, jeszcze inni pająków. Ja boję się ludzi, którzy są non stop uśmiechnięci, a jeszcze bardziej boję się, gdy ciągle uśmiechnięte są roboty.


W Doctorze Who pojawiły się roboty, które miały dbać o to, aby człowiek był zawsze uśmiechnięty to znaczy szczęśliwy. Roboty w odcinku Kerblam! też mają cały czas uśmiechnięty wyraz twarzy, ale zasadniczo są listonoszami czy może bardziej kurierami, a cała akcja rozgrywa się w ogromnej siedzibie głównej tej firmy doręczającej. 

Kerblam! nie bardzo głębokim i zmuszającym do przemyśleń, ale trzeba przyznać, że ostateczne odsłonięcie i odkrycie, co czy kto, stroi za nadaniem listu o pomoc zajmuje odcinkowi sporo czasu. To trzymanie w niepewności jest trochę udawane, bo nie wierzę, że oglądający nie przypuszczali jak odcinek może się skończyć. To znaczy, że nie kosmici i nie roboty i nie system, ale to ludzie, bo ludzie są błędem systemu, nawalają. I są źli. To, że ludzie są niezbyt dobrzy w całym serialu pojawiło się mnóstwo raz i w tym sezonie ten motyw ukrywania, kto naprawdę stoi za wydarzeniami był już wykorzystany. Pytanie, który z człowieków okaże się tym złym i jak bardzo nie będzie to ta postać, która wyglądała na złego ludzia od samego początku. 


Nie bawiłam się źle oglądając ten odcinek, ale zobaczyłam go rano, recenzję piszę wieczorem i prawie zapomniałam o czym on był. Poza tymi dość oczywistymi wnioskami, które poczyniłam wyżej, można dodać, że widać po scenariuszach każdego kolejnego odcinka bardziej, że są one bardzo pisane na fakt, że Doctor ma teraz trójkę towarzyszy. Dla każdego musi się znaleźć coś do zrobienia i każdy musi odegrać jakąś rolę w fabule, ale mam wrażenie, że żaden z towarzyszy nie ma za bardzo relacji z samą Doctor. Tak naprawdę nie widzimy na ekranie zbyt wielu interakcji pomiędzy nimi. Najbardziej integrują się ze sobą Ryan i Yaz. Dzięki podziałowi ról odcinki mijają naprawdę szybko, ale nie wiem, czy fakt, że tak bardzo widać, jak tworzone są scenariusze to dobrze.


Poza tym spostrzegawczy widz dostrzeże przewijające się w tle plakaty z robotami w mundurach. Muszę napisać, że bardzo mnie te plakaty niepokoiły. A mający jeszcze więcej obaw już nigdy w życiu nie będzie się bawił... nie napiszę czym, bo byłby trochę spoiler. Przekonajcie się sami. 

Trzymajcie się, M

niedziela, 18 listopada 2018

Kto szuka ten znajdzie, także to czego się nie spodziewa - Kultura popularna a polityka na przykładzie Korei Południowej po 1988 roku

Hello!
Im dłużej jestem na studiach i im więcej siedzę w bibliotece, tym bardziej dochodzę do wniosku, że wszystko już było i naprawdę nie można wymyślić niczego nowego. I nie mam nam myśli tu końca wielkich narracji, ani poezji, ani książek dla dzieci. Tylko artykuły naukowe. Ale sądzę, że moje myślenie wzięło się tylko stąd, że czytałam jeszcze za mało. I, że chyba nie wierzę we własną kreatywność. Bo inni ludzie mają jej niekończące się pokłady. A także mniej lub bardziej specyficzne zainteresowania, którym chyba nigdy nie przestanę się dziwić. Bo gdyby ktoś miał wątpliwości to uważam, że pisanie o zaskakujących, nieoczywistych, względnie sprawach, na których zna się autor danej książki i albo bardzo wąski krąg odbiorców, albo i tylko jedna osoba poza autorem, jest super. Komuś mogłoby się to wydawać niepotrzebne, a kto inny mógłby się podśmiewać z tych tematów, ale dla mnie jest to świetna sprawa. I zdecydowanie poszerza horyzonty. A nawet w jednej dziedzinie mogą one być dużo odleglejsze niż mogłoby nam się wydawać.


Tytuł: Kultura popularna a polityka na przykładzie Korei Południowej po 1988 roku
Autor: Julia Trzcińska
Wydawnictwo: Wydawnictwo Adam Marszałek

A najlepsi są autorzy, którzy potrafią tak przemycić swoje zainteresowania do książek, aby wydało się to zupełnie neutralne i nikt tego nie zauważy. I taką autorką jest chyba Julia Trzcińska, która napisała Kultura popularna a polityka na przykładzie Korei Południowej po 1988. To trochę straszne, ale gdyby nie mój przez wielu uważany za szalony pomysł na licencjat, na pewno bym tej książki nie znalazła. Chociaż hasła kultura popularna i Korea Południowa są mi bliskie, ale nie ma na ich temat po polsku takich książek jak o anime, jego fanach i kulturze popularnej Japonii, więc prawdopodobnie nawet bym ich nie szukała. W każdym razie autorce pod tym mądrym tytułem udało się ukryć książkę o hallyu i fanach dram i kpopu. 

Chciałabym być obiektywna, ale autorka jak nic jest fanką EXO, chociaż dopatrzyłam się do tego, gdy już doszłam do odpowiedniego fragmentu, gdzieś w połowie książki. A samo czytanie i chyba fakt, że ona istnieje, sprawił mi jakaś taką wewnętrzną radość. Naprawdę przekopałam się przez dość dużą liczbę książek o Korei i, chociaż nie chciałabym przesadzać, ale jakieś 80% z nich dotyczy Korei Północnej. Do tego jakieś artykuły o ekonomii, gospodarce, prawie. Plus zagadnienia językowe. Zrobiłabym zestawienie mojej bibliografii z licencjatu, ale nie jest ona jeszcze zamknięta. Także powiedziałabym, że dużo racji mają ci, którzy twierdzą, że Korea Południowa jest uznawana za mniej interesującą nie tylko od Japonii i Chin, ale także od Korei Północnej. 

Odnoszę wrażenie, że do Polski koreańskie trendy nie wdarły się jednak przez uszy ani oczy, a przez skórę. To znaczy zrobiła się moda na koreańskie kosmetyki i koreańską pielęgnację. Autorka o tym nie wspomina, ja sama nie wiem czy popularność kosmetyków w naszym kraju ma jakiekolwiek przełożenie na popularność popkultury (ze znanych mi przykładów wynika, że nie, ale ktoś zainteresowany bardziej mógłby to zbadać, ja na pewno wyniki takiej pracy bym przeczytała) koreańskiej, ale zaznacza Korea Południowa jest intrygującym krajem, a ciekawość kosmetyków może prowadzić do ciekawości kultury. 

Napisałam cztery akapity i jeszcze prawie ani słowa o samej książce. I absolutnie nie będzie obiektywnie, bo opiszę ją przez pryzmat tego, czego dowiedziałam się na pierwszych studiach i w ciągu ostatniego półtora roku wzmożonego zainteresowania Koreą oraz ponad 6 latach zainteresowania kulturą popularną objawionego w postaci tego bloga.

Zaczyna się ona od rozdziału o różnych spojrzeniach na kulturę masową i popularną, ale także na teorię piękna i przeżycia estetycznego, trochę o teoriach komunikologów (nie spotkałam wcześniej tego określenia, ale okazało się, że to między innymi panowie, których teksty czytałam na zajęciach teorie mediów - chyba jednak będę wdzięczna moim pierwszym studiom, bo przydają się w nieoczekiwanych momentach) i ogólnie to teoretyczne wprowadzenie. 

Drugi rozdział to kolokwialnie pisząc roast na temat koreańskiego dziennikarstwa, którego obraz jawi się jako, delikatnie mówiąc, bez wchodzenia w szczegóły, chociaż są ciekawe, daleki od profesjonalizmu.  Autorka pisze także o telewizji i radiu, ale podkreślając, że w kontekście polityki to jednak gazety są bardziej opiniotwórcze. Jeśli ktoś potrzebuje małego podręcznego kompendium na tematy na własny użytek to polecam, bo to chyba pierwsza książka, w której spotkałam tyle informacji na ten temat.

Na inne też: Koreańska Fala (autorka sama pisze, ze po polsku nic na ten temat nie ma i ja jej wierzę; znaczy teraz są te książki o BTS, ale ich jakość pominę wymownym milczeniem). A tutaj w trzecim rozdziale mamy k-pop, i dramy, i ogólny opis zjawiska Koreańskiej Fali. Wszystko w ujęciu historycznym, co oznacza, że mniej więcej od 2000 roku (i trochę w latach 90.). Oczywiście wszystko zespojone jest z wątkiem polityki oraz trochę tego, że sami Koreańczycy nie rozumieją dlaczego ich wytwory popkultury podobają się poza Azją.

A potem pani autorka opisuje EXO. Albo inaczej na ich przykładzie opisuje machinę marketingową kpopu. Na jedno wychodzi, ale gwoli ścisłości zaznaczam. Czytamy o ogromnej kontroli wytwórni muzycznych, produkowaniu idoli, systemie treningów i szkoleniu. Ogólnie o całym procesie. Autorka pisze także o Rainie. A później jak popularność muzyki i dram łączy się z turystyką i tworzeniem kolejnych kulturalnych produktów na bazie już danych (na przykład gier komputerowych), reklamach, itp. Tym razem bardziej w kontekście ekonomicznym niż politycznym. Można także przeczytać o brandingu Korei i soft power i wiele innych, ale nie piszę streszczenia tej książki (chociaż trochę ten tekst tak wygląda).

Czwarty rozdział jest o każdym z nas - o fanach. I znów przeczytałam, że fani to osoby infantylne, z brakami w psychice i które "nie mogą reprezentować wysokiego poziomu intelektualnego" (cytat z Jenkinsa za opisywaną książką, na stronie 86-87). Oczywiście autorka referuje poglądy i badania innych osób, nie wygląda na to aby były to jej wnioski. Poza tym spojrzenie na fanów się zmienia, ale o ogólnych podobnych twierdzeniach czytałam już w książkach o fanach anime. Ogólnie jednak czytanie o tym, jak postrzegani są fani przez naukowców, powoduje nagłą chęć przestania być fanem czegokolwiek. Sama mam wrażenie, że badaczom skończyły się grupy społeczne, których można się czepiać. Powinni zajmować się zjawiskami nie ludźmi. A jeśli ludźmi to przynajmniej ich nie obrażać.

Autora pisze także o fanklubach idoli i różnego rodzaju korzyściach, jakie odnoszą osoby je prowadzące. O znanych na całym świecie grupach tanecznych coverujących znane kpopowe utwory. Julia Trzcińska referuje także wyniki wywiadów przeprowadzonych przez innych badaczy: otóż zanim fan zainteresował się Koreą, interesował się najczęściej Japonią lub Chinami. Wspominam o tym, bo moja droga do Korei wiodła przez Japonię i czytałam historie wielu osób, które najpierw interesowały się anime, a dopiero potem pochłonęła je Koreańska Fala. Chociaż sądzę, że w tym aspekcie w ciągu ostatniego roku mogły zajść duże zmiany. Autora opisuje także bardzo pozytywne wyniki ankiet dotyczących tego, jak kpop zmienił życie ankietowanych, a także reakcje ludzi na kpopowe teledyski.

Bardzo ładne jest zakończenie książki, autorka zaznacza to, co wydaje się, że wielu badaczy kultury popularnej pomija - w tym momencie jest ona nieodłącznym elementem kultury i nie można jej powstrzymać oraz ogólnie podsumowuje wszystkie problemy, które poruszała.

Naprawdę rzadko mam silną potrzebę, aby posiadać jakąś książkę na półce, ale jak tylko wpadnie mi do kieszeni kilka dodatkowych groszy to ją kupię. Tym bardziej, że jak właśnie sprawdziłam, nie będzie to bardzo droga przyjemność, gdyż książeczka kosztuje 16.90.

LOVE, M

PS W książce jest literówka na stronie 108. Przypuszczam, że zamiast "Srillex" miało być napisane "Skrillex".

piątek, 16 listopada 2018

Najciekawsze odcinki Katastrofy w przestworzach

Hello!
Ostatnio wspominałam, że odcinków Katastrofy w przestworzach jest ponad 150, więc dzisiejszy wybór jest chyba nawet bardziej ograniczony niż wybór moich ulubionych odcinków. Może to pierwsza część, ale jeśli dalej będę tak często wspominała o samolotach, jak robiłam to do tej pory (czyli raz na 4 lata; chociaż z tymi postami, które publikuję teraz, bo będzie jeszcze jeden, już nie o Katastrofie) statystyka wynosi jeden na rok, lepiej) to może nie nastąpić to zbyt szybko.



1. Tragedia w kabinie pilota 
Nie wiem czy to nie tylko najciekawsza, ale i nie najdziwniejsza historia przedstawiona w Katastrofie w przestworzach. Wyobrażacie sobie, że przednia szyba samolotu, ta znajdująca się w kokpicie pilotów, postanowi nagle polecieć własnym torem i odłączy się od samolotu? Nie za bardzo? Ale tak się stało. Spowodowało to także, że jeden z pilotów został wyssany na zewnątrz, ale uratowała go załoga pokładowa, która w trakcie dalszego lotu i lądowania trzymała pilota za nogi i chociaż niesamowicie zmarzł i był poobijany, przeżył. Oczywiście fakt, że drugi pilot sprowadził samolot po takiej dekompresji jest równie niesamowity jak przeżycie kapitana.

2. Porwanie nad Afryką
Gdy w odcinkach, jako ewentualną możliwość wylądowania, wskazuje się wodowanie, na jakieś 99,99% pojawi się nagranie pokazujące, rozbicie się etiopskiego samolotu. Piloci próbowali zrobić, co mogli, aby samolot uratować, ale porywacze nie rozumieli, że nie mają wystarczającej ilości paliwa. Wodowanie niestety się nie udało, samolot przechylił się na jedno skrzydło, ale nie zginęli wszyscy na pokładzie, ocalało 50 ze 175 osób. 

3. Katastrofa na Teneryfie 
To historia najgorszej katastrofy lotniczej, która, uwaga, zasadniczo miała miejsce na ziemi. W gęstej mgle startujący samolot nie zauważył, że po pasie kołuje inna maszyna. Jej pilot próbował jeszcze zjechać  na bok, ale na niewiele się to zdało. Startujący samolot zerwał górną część poszycia samolotu na ziemi. Z pierwszej maszyny zginęli wszyscy, z drugiej uratowało się tylko 61 osób.

4. Operacja Babylift 
To niestety odcinek z serii naprawdę bardzo smutnych. Wojskowy samolot transportowy miał przewieść sieroty z Sajgonu na Filipiny. Niestety w trakcie lotu zostały wyrwane drzwi ładowni, a przy okazji także kilka bardzo istonych kabli, powodując znaczne utrudnienia w kierowaniu samolotem. Piloci próbowali dolecieć na lotnisko, ale stan i sterowność samolotu z czasem pogarszały się i samolot rozbił się na polu. 
    
5. Pilot kontra samolot 
To odcinek z gatunku tych spornych i technologicznych. A, że program stara się być w miarę możliwości bezstronny i przedstawia racje dwóch stron, widz samo może zdecydować, czy czuje, że zawinił jednak pilot, bo nie powinien był się popisywać, nawet jeśli był to lot pokazowy, czy jednak technologia w kokpicie zawiodła, bo nie działa spontanicznie i nie może być zaprogramowana, aby reagować dynamicznie, ma też oczywiście swoje ograniczenia, ale czasami zabezpieczenia wprowadzone aby uniknąć zaprzepaszczenia samolotu, sprawiają, że pilot nie może skutecznie uratować samolotu w sytuacji, której elektronika maszyny nie ma zaprogramowanej.


6. Zagadka na Heathrow 

Bardzo śledczy odcinek. Samolot, co prawda, rozbił się, ale tuż przed progiem pasa na Heathrow i był w całkiem dobrym stanie, piloci przeżyli (z resztą pasażerowie także), ze znalezieniem czarnych skrzynek nie było problemu, a ustalenie przyczyn katastrofy zajęło ponad rok, a ostateczny raport ukazał się ponad dwa lata po "lądowaniu". Ale nie napiszę Wam, co się stało, obejrzyjcie sobie sami. 


Im dłużej siedzę i wybieram kolejne odcinki, tym widzę więcej ciekawych, ale wspomnę jeszcze tylko pokrótce o 4, aby dobić do 10.

7. Katastrofa w Monachium 
Jeśli dobrze pamiętam to śledztwo było bardzo ciekawe, bo chciano bardzo zrzucić winę na pilotów, ale ostatecznie okazało się, że przyczyna była nieco inna. 

8. Kula ognia nad Sioux City

Przypadek, gdy piloci stracili sterowność maszyny, ale udało im się mniej więcej kontrolować ciąg silników i podjąć próbę lądowania. Niestety wielu pasażerów zginęło.

9. Awaria wszystkich silników/ Lot bez silników
Już wspominałam, że najciekawsze są historie, gdy samolot traci wszystkie silniki.  To zawsze robi wrażenie, jak nagle w samolocie mogą przestać działać wszystkie silniki. Nikt nie przewiduje raczej takich możliwości, a jak się ogląda Katastrofę, można dojść do wniosku, że dzieje się to częściej niż nam się wydaje. 

10. Brak kontroli
Smutny odcinek, bo więcej pasażerów mogłoby przeżyć, gdyby pomoc dotarła do nich szybciej. Natomiast sam samolot rozbił się, bo stracił sterowność, ale piloci starali się utrzymać go w powietrzu kontrolując ciąg silników.

Tak naprawdę każdy odcinek Katastrofy w przestworzach jest na swój sposób ciekawy, bo nie ma dwóch takich samych historii i takich samych załóg. Ogólnie jest to jeden z najciekawszych programów w telewizji. 
 
Zapraszam na blogaskowego Facebooka oraz mojego Instagramy (bookart_klaudia) oraz redaktorskie_drobnostki! 

Trzymajcie się, M



środa, 14 listopada 2018

Czego mogłoby nie być - Bramy Światłości tom 2

Hello!
Tydzień i jeden dzień przed premierą trzeciego tomu Bram Światłości wypożyczyłam tom drugi. Nie planowałam tego, okazało się to dopiero dzień później (i dzięki temu mogłam napisać ładny post na Instagramie), ale takim sposobem w dniu premiery tegoż trzeciego tomu publikuję recenzję drugiego. Skoro już go przeczytałam. A recenzję pierwszego tomu możecie przeczytać o tam <Coś się dzieje ("Bramy Światłości: Tom 1"). Wspominam w niej nawet o opisach trzech poprzednich książek, ale z jakiś powodów nie chciałam tam linkować tych wywodów. Więc tu też nie będę.


Tytuł: Bramy Światłości tom 2
Autor: Maja Lidia Kossakowska 
Wydawnictwo: Fabryka Słów 

Zastanawiam się czy tom pierwszy naprawdę był lepszy czy to fakt, że pomiędzy czytaniem pierwszego a drugiego tomu zdążyłam studiować polonistykę prawie dwa lata, bo zauważyłam, że albo nie zwróciłam uwagi na wiele aspektów tej książki, albo ta jest jednak zwyczajnie gorsza. Pewności nie mam, nie mam też czasu na przeczytanie teraz tomu I, więc napiszę, co zauważyłam w tym tomie.

Po pierwsze - opisy. Długie, bardzo długie. Ale autorka chyba wyzbyła się za to tych potrójnych wyliczeń. Albo ja ich nie czytałam, bo przyznaję szczerze, zdarzało mi się omijać niektóre akapity z opisami. Bo druga sprawa: autorka się powtarza. Jest taki fragment w tej książce, że zastanawiałam się czy na pewno moje wydanie jest dobre, czy strony się nie powieliły, bo prawie słowo w słowo fragment takiej miniopowieści historycznej powtarza się dwa razy. To mogło być zrobione specjalnie (i pewnie było, bo miało taki kontekst), ale miałam silne poczucie, że to błąd i nie powinno się   powtarzać tak długich fragmentów. A jak przeczytam jeszcze raz, że coś było jadelitowe to udam się na poszukiwania słownika synonimów.

Zdecydowanie za dużo jest w Bramach Światłości rozwiązań typu Deux ex machina, ale w kontekście tej książki to  stwierdzenie jest nawet całkiem zabawne. Bohaterowie powinni jednak ratować się sami, a autorka zamiast wprowadzać kolejne postaci (tak jakby rozbicie książki na powiedzmy 3 główne wątki to było jeszcze za mało), mogłaby wymyślić "zastosowania" dla tych, które już w powieści ma. A nie dokładać kolejne i kolejne, nawet na jedną akcję. Poza tym wewnętrzne spoilery mnie bardzo irytowały. To znaczy takie komentarze narratora w stylu "Później miało się okazać, jak bardzo się mylili". Jedno takie zdanie, spoko. Nawet dwa dałoby się przeżyć. Ale każde kolejne brzmi jak sztuczna akcja marketingowa w treści książki, nakazująca kupić kolejny tom, bo inaczej nie dowiemy się co poszło nie tak. Bo w tym wyjaśnia się dokładnie nic. 

Dzieje się w Bramach Światłości trochę, ale mam wrażenie, że gdybym bardzo się uparła, byłabym w stanie streścić ten tom w 6 punktach, a książka ma ponad 500 stron. Ale czyta się ją naprawdę błyskawicznie. Z tym że przydział stron na poszczególne wątki jest niesamowicie nierówny. W pewnym momencie przygody Razjela w Głębi się urywają i to wprowadzeniem nowej postaci i takim "spoilerem", o jakim wspominałam wyżej. Wątek Asmodeusza podobnie się urywa i chociaż wydaje się, że mógłby być jeszcze wspomniany w tym tomie - nie jest. A o wyprawie, odkąd Daimon się od niej odłącza, nie dowiadujemy się praktycznie nic. Jest jedna scena, gdy Sereda dowiaduje się, że Anioł Zagłady "nie żyje" i nic więcej. Czy próbowała go jednak szukać? Czy inni Aniołowie decydowali się coś zrobić? Nic. A jeśli pojawi się to w trzecim tomie, muszę napisać, że będzie to kolejny dowód na bardzo słaby podział materiału na części. Nie będę wspominała nawet o tym, co dzieje się w samym Niebie, bo są tam dosłownie dwie sceny. 

Prawda jest taka, że chociaż czyta się ten tom szybko i naprawdę dobrze przy tym bawi, choć jest zdecydowanie mniej zabawny niż poprzedni, to czuję, że mógłby nie istnieć. Jest jak taki quest poboczny w grze. Myślę, że można by spokojnie przeczytać I i III tom i niewiele by się straciło. Może zrozumienie tego, co przypuszczalnie będzie się działo w Głębi bez wiedzy z tej części, mogłoby być trudne, ale poza tym Bramy Światłości tom 2 nic nie wnosi. Wyprawa nie posuwa się dalej (znaczy my nic o tym nie wiemy), bohaterowie nie dojrzewają i nie zmieniają swojego charakteru (a szkoda, bo jak wiele innych rzeczy, dopiero teraz zauważyłam, jak bardzo wielu bohaterów jest niesamowicie dziecinnych). Czytając, aż tak tego nie odczuwałam, ale teraz jestem trochę zła. Nie mam poczucia, że zmarnowałam czas, ale ten tom można było wydać, jako tom 1,5 i miałoby to więcej sensu niż robienie z niego pełnoprawnej kontynuacji.


Trzymajcie się, M