Przez rok pracy nad licencjatem pisałam o nim na blogu dużo - wymyśliłam sobie taki temat, że musiałam czytać mnóstwo książek, co przekładało się na recenzje. O pracy magisterskiej wspominałam, ale nie było zbyt wielu okazji, aby dokładnie przedstawić to, czym zajmowałam się przez ostatnie dwa lata.
Po licencjacie o sposobach zapisu koreańskich nazw własnych w polskich książkach wiedziałam, że będę chciała kontynuować opieranie się w pracy naukowej na książkach o Korei. Pozostawało pytanie na czym dokładnie. Początkowe plany były takie, aby pisać wydawanych w Polsce książkach o Korei Północnej i nawet miałam wybrane 3 czy 4 lektury. Właśnie - dla mnie jest to ważne: zajmuję się narracją o Korei w Polsce czy też obrazem Korei w Polsce, stereotypem i tym podobne. To taka perspektywa. Gdy pisałam rozdział teoretyczny (głównie na podstawie Orientalizmu Saida, grzechów narracji o Innym Natalii Bloch, koncepcjach związanych z obrazem świata i stereotypem oraz podróżowaniem i turystyką - turystyka to taki ciekawy temat!) moja promotor odkryła, że w Warszawie jest wystawa Splendor i finezja. Duch i materia w sztuce Korei. I od słowa do słowa - pierwszy rozdział analityczny mojej magisterki dotyczył właśnie tej wystawy.
To było wyzwanie. Bo chociaż miałam tekst teoretyczny, do którego się odnosiłam, to jednak nie za bardzo wiedziałam cokolwiek o muzealnictwie. Jak się też później okazało większość polskich badań nad muzealnictwem, które mogły być dla mnie przydatne powstała w latach 1970-1980. (A gdy już napisałam ten rozdział, ba ten rozdział trochę zmieniony będzie opublikowany w czasopiśmie, to numer "Tekstów Drugich" został poświęcony muzeom...). W zeszłym roku o tej porze bardzo intensywnie nad tym rozdziałem pracowałam.
Nie pamiętam dokładnie, jak to wyszło, że ostatecznie wybrałam do analizy jeszcze dwie książki. Wiem natomiast dlaczego. Ponieważ zarówno Światu nie mamy czego zazdrościć, jak i Korea Południowa. Republika żywiołów mogą być uznane pod pewnymi względami za najlepsze książki na temat odpowiednio Korei Północnej i Korei Południowej na polskim rynku wydawniczym. Więc to, co o nich napisałam w magisterce jest... mocno krytyczne. Nikt, kto czyta bloga, nie jest zaskoczony. Aczkolwiek w czasie całego pisania magisterki ani razu nie wracałam do recenzji tych książek, które napisałam na blogu. Może ciekawie byłoby to zrobić. Ogólnie jednak gdybym miała napisać, czym te dwie książki wyróżniają się najbardziej - to tym, że Światu... to bardzo konkretna i blisko ludzi książka reporterska, a nie opracowanie dotyczące polityki czy stosunków międzynarodowych. I oczywiście nie jest to typowa relacja uciekinierów. Republika żywiołów zaś - nieco odwrotnie. Gdy spojrzy się na książki jakoś związane z Republiką Korei to w większości dotyczą one jakiś szczegółów (pracy, k-popu, k-beauty). [Ah, jest jeszcze jeden gatunek, który odnosi się do obu tych krajów - relacje z podróży czy raczej po podróży. W każdy razie - to nie są te książki.] A Republika żywiołów - no właśnie - przedstawia taki powiedzmy całościowy (nie powiem Wam w ilu akapitach udowadniam, że wcale nie jest taki całościowy, ale to nieistotne) obraz Korei Południowej. Taka ciekawostka, w sumie to sekret - uwielbiam pisać na polskim rynku wydawniczym albo książki wydawane w Polsce, bo dosłownie mam taki plik, do którego, z podziałem na lata, wpisuję sobie książki dotyczące Korei (oraz literaturę koreańską oraz autorów koreańsko-amerykańskich - w osobnej tabelce) i mogę łatwo sprawdzić kto, co i kiedy wydał i jak się to wpisuje w jakieś trendy. O ile one istnieją. Jakby ktoś potrzebował bibliografii to mogę służyć pomocą.
Chyba gdybym miała wybierać, którą książkę analizować raz jeszcze to zdecydowałabym się na Republikę żywiołów.
Jeśli zaś chodzi o obronę to wyszło całkiem zabawnie. Moja praca teoretycznie jest literaturoznawcza. Przy czym ja mam bardzo tekstologiczne podejście do tekstów - co się na pewno wiąże z moją specjalizacją, tematem licencjatu i pracą jako redaktor/korektor. W każdym razie byłam prawie pewna, że moja promotor zapyta mnie o rozdział o książce Światu nie mamy czego zazdrościć. A ona najpierw zapytała mnie o film Parasite - mówiłam o obrazie Korei oraz o recepcji i tym, czy możemy mówić o obrazie Korei, który tworzą recenzje tego filmu. Później - o rozdział o wystawie. Aby podsumować najważniejsze wnioski analizy. Oraz poza protokołem - o eksponaty, które mi się najbardziej podobały. Bo jakoś chyba nigdy nie było okazji. Natomiast od mojego recenzenta dostałam pytanie o... obraz Korei Północnej w filmie Defilada. Moja promotor była zaskoczona, mi się chciało śmiać. Jakbym kończyła kulturoznawstwo (albo filmoznawstwo) nie filologię polską. Notabene akurat wszystkie trzy, które broniłyśmy się jednego dnia, prezentowałyśmy prace obrazujące zwrot kulturowy w badaniach nad literaturą, bo pisałyśmy o: Czechach, Rosji i Korei.
Co prawda ani recenzent, ani przewodniczący komisji nie zapytali mnie o to, czy pojechałabym do którejś z Korei - takie pytanie usłyszałam na licencjacie - ale poza protokołem recenzent pytał skąd mi się zainteresowanie Koreą wzięło. Wydaje mi się, że wspominałam o tym na blogu, ale może nie. Ogólnie są dwie "wersje" - obie prawdziwe. Po prostu wersja oficjalna pomija fakt, że w ogóle zaczęłam zwracać uwagę na Korę przez k-pop (chociaż tak naprawdę, naprawdę moje pierwsze zetknięcia z Koreą dotyczą pielęgnacji, urody i informacji o operacjach plastycznych) i zaczyna się od tego, że polskie media podłapały temat, że jakiś piłkarz, jeśli Korea Południowa coś tam wygra, nie pójdzie do wojska. A że jego imię było w tychże doniesieniach medialnych zapisywane na wszelkie możliwe sposoby, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego tak jest. A potem już poszło i przerodziło się to w mój licencjat.
Prawie zapomniałam - w mojej magisterce jest też ankieta! Ale o niej napiszę osobno i to chyba nawet dwa wpisy. Myślę, że za tydzień pokaże się pierwszy, w którym przedstawię trochę jej wyników.
Przy ogłaszaniu oceny okazało się, że mam jakąś super mega średnią, że to wszystko, co mówiłam jest mega ciekawe, że wybrałam sobie specyficzny, ale interesujący obszar wiedzy. Że wykonałam mrówczą pracę. Ale chyba najbardziej poruszyły mnie słowa recenzenta: "No to jest pani teraz ekspertem. Cóż, nie ma zbyt wielu ludzi, którzy zajmują się tymi tematami, więc na pewno będę panią w przyszłości czytał". Mniej więcej. Ja? Ekspertem? Trochę się cieszę, bo wiem, że to raczej nie było powiedziane jako taki tam komplement na zakończenie egzaminu. Brzmi to też poważnie, ale jednocześnie to bardzo budujące.
Gdybyście byli zainteresowani jakimiś szczegółami albo innymi wrażeniami, to z ogromną chęcią odpowiem na pytania!
Jeśli obserwujecie blog od dłuższego czasu, być może wiecie, że interesuję się samolotami. Nie bardzo intensywnie, ale są one dla mnie fascynujące. Na nieco podobnej zasadzie, ale zdecydowanie mniej, interesuję się także pociągami (oraz wielkimi statkami). W każdym razie, gdy pojawiła się okazja, aby przeczytać książkę Opóźnienie może ulec zmianie z księgarni TaniaKsiazka.pl, nie mogłam odmówić.
Tytuł: Opóźnienie może ulec zmianie
Autor: Marcin Antosz
Wydawnictwo: Wydawnictwo MUZA S.A.
Na początek chciałabym zaznaczyć, że ogromnie podoba mi się tytuł. Nie wiem, czy wymyślał go ktoś w wydawnictwie, czy autor, ale świetny. Okładka także mi się podoba, jednak ciemno niebieski to dobry, elegancki wybór. I tu mniej więcej kończy się mój zachwyt stroną estetyczną tej książki (zapomniałam! zdjęcia są super, naprawdę!). Krój pisma, którym została złożona (wydaje mi się, że to Futura, ale mogę się mylić) nie jest zbyt przyjemny do długiego czytania i z jakiegoś powodu kojarzył mi się z lekkimi książkami młodzieżowymi.
Nie ma zbyt wielu książek, które mnie ani ziębią, ani grzeją, ale to jest jedna z nich. I nawet mam teorię czemu tak jest: język jest odrobinę zbyt prosty, jej ton nieco zbyt osobisty, a całość jest o wiele mniej fascynująca niż się spodziewałam. Biorąc pod uwagę zaangażowanie autora i opisywaną pasję do pociągów w samej książce brakuje... jakiejś iskry. Byłam naprawdę pozytywnie nastawiona do tej książki, ale też spodziewałam się czegoś bardziej w stylu reportażu. Jakiejś większej liczby szczegółów i ciekawostek. Na przykład system Radio-Stop dostał jeden marny akapit. A mi w głowie rodziło się tysiąc pytań: czy maszynista musi się tłumaczyć z jego używania, jak często kierujący pociągami z niego korzystają, jakie powstają przy tej okazji opóźnienia, czy maszyniści są zaskoczeni jego uruchomieniem...
Jeszcze w temacie czytania - nie mogłam się pozbyć wrażenia, że autor pisał tę książkę dla młodszej młodzieży, która mogłaby być zainteresowana pociągami. Ale też z drugiej strony - dzieci lubią szczegóły, modele i zapamiętują najdziwniejsze nazwy rzeczy. Pod koniec książki pojawia się informacja, że autor na swoim blogu dostawał wiele głosów (hejtu) od starszych kolejarzy za ten prosty język. Ja bym się obawiała, że to nie kwestia kolejarzy, bo jeśli blog pisany jest podobnie jak książka, to trochę rozumiem z czego ten zarzut o zbytnie upraszczanie wynika.
Ogólnie autor w tekście robi to, co mi się czasami też zdarza na blogu - "kłóci się / odpowiada" na różne zarzuty czy komentarze chociaż i tak osoba, której odpowiada tego nie przeczyta. Na blogu można podyskutować w komentarzach z innymi osobami, w książce - niekoniecznie. Myślę, że można to było zagadnienia poruszane w taki sposób przedstawić bardziej neutralnie. Czasami też informacje się powtarzają i to niemal w postaci dokładnie takich samych zdań. A że książkę czyta się bardzo szybko, to łatwo na to zwrócić uwagę.
To nie jest tak, że ta książka jest nudna (nie jest), bardzo źle się ją czyta, czy nie jest ciekawa (jest ciekawa, dowiedziałam się jakiś nowych rzeczy - obawiam się tylko, że nie zapamiętam ich na długo). Jest tylko o wiele mniej fascynująca niż sądziłam.
W sumie są jeszcze dwie rzeczy, które mi się podobały - rozdział ze słowniczkiem pracowników kolei (mógłby zostać rozbudowany!) oraz rozdział, gdzie autor opisywał swoje ulubione i najmniej ulubione na przykład dworce kolejowe.
Napiszę jeszcze raz - to nie jest zła książka. Tylko nie popełnijcie mojego błędu i nie zakładajcie, że znajdziecie tam jakieś statystyki czy coś w tym rodzaju. I gdyby to nie było do końca jasne na początku wpisu - tak dostałam książkę z księgarni Tania Książka. Można też spróbować i poszukać jakiś reportaży wśród innych nowości na tej stronie.
Byłam pewna, że taki wpis się w tym roku nie pojawi. A później zauważyłam, że od 9 lipca grają w moim kinie Czarną wdowę! A więc jednak czas najwyższy zrewidować swoje plany i sprawdzić, jakie jeszcze filmy jednak będą miały w tym roku premierę.
9 lipca
Czarna Wdowa
6 sieprnia
Legion samobójców: The Suicide Squad
20 sierpnia
Annette
3 września
Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni
17 września
Venom 2: Carnage
24 września
Drogi Evanie Hansenie
15 października
Diuna
Hamilton
5 listopada
Eternals
10 grudnia
West Side Story
Zastanawiam się, czy przegapiłam premierę In the Heights, ale nawet bez tego filmu wśród wymienionych tytułów są aż 4 musicale. Widzę to niezaskakujące nagromadzenie filmów od Marvela i cieszę się, że był czas, aby od ich produkcji odpocząć (znaczy jeśli ktoś ma dostęp do Disney+ to inna sprawa - ja cieszę się z odpoczynku, chociaż Loki kusił). Zastanawiam się, czy dam radę przeczytać Diunę do czasu kinowej premiery filmu i szczerze... obawiam się, że nie. Zabieram się za to od liceum pewnie, ale jeśli przez ostatni rok tego nie zrobiłam, nie zapowiada się, aby do października miało się coś w tym temacie zmienić.
Co ciekawe, zwykle w tych zestawieniach obok filmów, na które naprawdę chciałabym iść do kina umieszczałam też takie zauważone w trakcie poszukiwań, które wydały mi się ciekawe. Tutaj - prawdą jest że Venom i Legion samobójców interesują mnie najmniej, ale wciąż chętnie zobaczyłabym te filmy w kinie.
Mogłabym napisać bardzo długi wstęp wyjaśniający co to za wpis, ale tak naprawdę to bardzo proste - supersubiektywy przegląd k-popowych piosenek z pierwszej połowy roku!
To przez takie wpisy martwię się, że wygląda, jakbym słuchała k-popu więcej niż słucham naprawdę... A potem sobie przypominam, ile klipów jeszcze wrzucam na Facebooka blogaska - tu nawet nie są opisane wszystkie. W każdym razie - o ile nie jest napisane inaczej - to istnieje prawdopodobieństwo, że widziałam raz teledysk do danej piosenki i nie słyszałam jej więcej w swoim życiu.
Jeong Sewoon - In the dark
Jego piosenki zawsze są takie przyjemne do słuchania i pogodne, więc In the dark było zaskoczeniem - ale jakim! To też niezwykle przyjemna piosenka, ale nie bez powodu ma taki tytuł, jaki ma. To na pewno bardziej dorosła piosenka, niż jego poprzednie single.
VICTON - What I Said
Miałam nie pisać o tej piosence, chociaż spodobała mi się przy pierwszym przesłuchaniu, ale jakoś nie czułam, że będę do niej wracała (bo wbrew pozorom nieczęsto słucham piosenek więcej niż raz). Po czym przyłapałam się, że nucę ją cały dzień. I następny. I kolejny. Więc musiałam o niej napisać.
Mayday wciąż podoba mi się bardziej, ale What I Said to też hit.
(G)I-DLE - HWAA
Wciąż uważam, że (G)I-DLE ma trochę jedną formułę na piosenki, ale chyba musiałabym być hipokrytką, aby nie docenić HWAA. W każdym razie musiałabym być wizualną hipokrytką, bo klip jest niesamowity i tak przemyślany i spójny. Chociaż dziwnie się urywa.
Epik High - Rosario
A w sumie to cała (na razie pierwsza część) płyta Epik High is Here.
Nie jestem team piosenki muszą mieć ważne/znaczące/mocne/osobiste słowa, nawet powiedziałabym, że często słucha mi się muzyki lepiej, gdy nie wiem, o czym śpiewają (dlatego prawie nie słucham nowych polskich piosenek). Epik High jest pod tym względem wyjątkiem, idźcie słuchajcie i czytajcie słowa. Chciałam napisać, która piosenka na płycie podoba mi się najbardziej, ale nie jestem w stanie wybrać. Ale bardzo polecam sprawdzić słowa do Based on a True Story, a sama muzyka kojarzy mi się z utworami z filmów studia Ghibi.
Po pewnym czasie okazało się, że najczęściej wracam do dwóch piosenek z płyty: True Crime i End of the Word.
Golden Child - Burn It
Miałam nie pisać tutaj o tym teledysku, bo pokazywałam go na Facebooku, ale chodził mi po głowie i uznałam, że trzeba zaznaczyć, że teledyski z wyraźną fabułą nie są ostatnio szczególnie popularne. A ten ma ponad 6 minut i opowiada o inwazji zombie. Wraz ze słowami piosenki i samą piosenką klip, który jest smutny, tworzy ciekawą synergię.
CIX - Cinema
Otóż ogłaszam, że CIX jest najbardziej zaskakującym młodym (debiutowali w 2019) zespołem. O ich poprzedniej piosence (bardziej teledysku) w sumie nie wiedziałam, co myśleć. Ten jest zdecydowanie łatwiejszy w interpretacji, a muzycznie myślę, że są oni dość nietypowi. Sama piosenka jest bardzo, bardzo przyjemna do słuchania.
DAYBREAK - Dosen't make sense
Próbowałam ubrać w słowa to, co czuję wobec tej piosenki i tego teledysku, ale mi się nie udało, więc musicie koniecznie zobaczyć klip i posłuchać piosenki!
Momoland X Chromance - Wrap Me In Plastic
Ponieważ oglądam wszytko, co się nawinie, oczywiście obejrzałam i posłuchałam też tego. Poczytałam też komentarze o tym, jaka to ta piosenka nie jest pomysłowa i kreatywna i inne ciekawe rzeczy. I mam tylko takie pytanie, czy piosenka Barbie Girl już przestała być kultowa, że najwyraźniej wiele osób o niej nie słyszało, bo to było moje pierwsze skojarzenie. Przy czym trzeba przyznać, że sama piosenka wżera się w mózg.
PIXY - Wings
Ponieważ nie przestanę opowiadać wszem i wobec o fenomenalnym wpisie Dziewczęce podejście do mrocznego konceptu w k-popie, nie mogłam też nie wspomnieć o tej piosence, gdyż bardzo ładnie wpisuje się w tenże koncept. W sumie to teledysk, sama piosenka podoba mi się nieszczególnie.
SHINee - Don't Call Me
Nie będę ukrywała, że po pierwszym przesłuchaniu sama piosenka nie spodobała mi się szczególnie. Po czasie się do niej przekonałam. Najistotniejsze jest jednak to, że wszystkie pozostałe piosenki na albumie są świetne i dużo tracicie jeśli go nie słuchaliście. Przy czym przesłuchanie albumu, może przynieść pytanie: dlaczego Don't Call Me zostało wybrane na główny singiel? bo każda jedna piosenka mogłaby nim być. Ale w sumie cały koncept płyty i sam tytuł płyty to Don't Call Me, co wiele wyjaśnia.
VERIVERY - Get Away
Uwielbiam ten teledysk, jest super. Ma wannę, telewizory (nie wiem, czy do czasu opublikowania tego wpisu, ten o telewizorach się pojawi i gdyby nie - to wiedzcie, że telewizory są bardzo ważne w klipach), dwie scenerie z ostatnią wieczerzą, z czego przynajmniej jedna kojarzy się z tym, że obrazuje grzech obżarstwa, jeden z telewizorów ma trochę rolę lustra w jego narcystycznym tropie. Mamy czaszkę i nikt nie powie mi, że nie ma ona czegoś wspólnego z Hamletem, bo musi mieć, gdyż ja tak mówię. Z bardziej unikatowych kwestii - wykorzystanie obrazu termowizyjnego! Nie spodziewałam się, że będzie aż tak pasował do całego teledysku. Podoba mi się także ogólny koncept, że członkowie zespołu porywają samych siebie. Chyba. Coś w tym rodzaju się w tym teledysku odbywa. Chyba że to red force z universum EXO ich porwała, bo tak mi się odrobię to przebudzenie w łóżkach skojarzyło z klipem do Lucky One.
Ach. Piosenka jest całkiem spoko.
G-reyshi - Blood Night
Wspominałam o PIXY, więc postanowiłam wspomnieć i o tym zespole, bo ten klip to też mniej więcej wpisuje się w dziewczęce podejście do mrocznego konceptu. Raczej mniej niż więcej, ale wykorzystuje niektóre motywy. Plus, wnioskując z tytułu, być może to bardziej koncept "wampir".
PURPLE KISS - Ponzona
Jest to drugi debiut i trzecia piosenka z mrocznym dziewczęcym konceptem w bardzo krótkim czasie. Ta ma także trochę magiczny klimat.
PENTAGON - DO or NOT
Chyba nie ma drugiego takiego zespołu, któremu niepodważalnie taki bardziej promienny, radosny, lekko retro koncept pasuje niż Pentagonowi. A teledysk jest w przyjemy sposób chaotyczny. Przesłuchałam nawet cały album, jest dobry. Oprócz piosenki That's Me. Nie rozumiem jej, dałam radę przesłuchać ją raz, jest dziwna i trochę wybija z rytmu. Ale poza nią same przyjemne piosenki.
ROSE - On The Ground
Bardzo, naprawdę bardzo, chciałam, aby mi się solowy debiut Rose spodobał, ale nie będę ukrywała, że mi się nie podobał. Przy pierwszym przesłuchaniu nie mogłam uwierzyć, co zrobili w refrenie i co bezpośrednio łączyło się z poczuciem, że to piosenka szyta z trzech innych. Byłam trochę rozczarowana teledyskiem, bo wydawał mi się zbyt podobny do Solo Jennie oraz do teledysków Blackpink. Aczkolwiek doceniam spadający na początku żyrandol. I scena na huśtawce mi się podoba. I tutaj następuje zaskoczenie. Bo obejrzałam nagranie z programu muzycznego, na którym widać choreografię. Już tutaj wiedziałam, że ta piosenka ma zaskakujący potencjał performatywny. A potem zobaczyłam nagranie z M Countdown i mogę napisać tylko jedno - to teatralna piosenka do wykonywania, niemal musicalowa z całą swoją otoczką. Wiele traci bez tej otoczki, ale z nią jest niesamowita.
DEMIAN - LOVE%
Do tej pory wszystkie piosenki były w kolejności chronologicznej (mamy połowę marca) a tutaj - piosenka z początku miesiąca. Bo po pierwszym przesłuchaniu jakoś do mnie nie przemówiła i nawet wiem dlaczego - nie lubię głosu/tonu/sposobu w jaki rapuje Dawn, który gościnnie występuje w tym utworze. Ale co się okazało - piosenka broni się sama, złapałam się na nuceniu jej, jest to jedna z nielicznych piosenek do których wracałam (powinnam jakoś to zaznaczać, piosenki, które naprawdę słucham i piosenki, o których tylko piszę).
WENDY - Like Water
Chciałam tylko wspomnieć, że solowy debiut Wendy jest jak dokładna odwrotność ostatniej piosenki Red Velvet. A poza tym to naprawdę ładna piosenka i naprawdę ładny teledysk.
ASTRO - ONE
Przy pierwszym posłuchaniu pomyślałam, że to dość inna piosenka niż zwykle ma ASTRO. Potem pomyślałam, że w sumie nie jest zła. Przy trzecim albo jeszcze nawet po drugim posłuchaniu pomyślałam, że tę piosenkę mogłoby wydać EXO. Po czym poszłam szukać, kto tę piosenkę napisał. I w sumie prawie miałam rację, bo producenci mniej lub bardziej bezpośrednio gdzieś tam z EXO mieli coś wspólnego, ale tylko trochę i nie sądzę, aby to miało wielkie znaczenie. A wiecie, co jest najciekawsze? Gdy to pisałam, to postanowiłam obejrzeć teledysk jeszcze raz (drugi, piosenki słuchałam na Spotify) i dopiero uderzyło mnie, że kojarzy mi się z klipem do Tempo EXO. Przy czym nie żeby one były szczególnie podobne ani nic. Żebyśmy się tylko źle nie zrozumieli - to tylko skojarzenia.
SHINee - Atlantis
Tak w skrócie po pierwszych 20 sekundach wiedziałam, że ta piosenka podoba mi się bardziej niż Don't Call Me. A potem się tylko w tym utwierdzałam. Key w teledysku udowadnia, że powinien zostać nowym księciem Disneya. Oni wszyscy w sumie, ale Key szczególnie.
Poza ty podobają mi się wszystkie 3 nowe piosenki i gdyby ktoś kazał mi wybierać pomiędzy Atlantis a Area to miałabym ogromny problem.
ITZY - mafia in the morning
ITZY
to zupełnie nie zespół dla mnie, ale wiadomo, że śledzę wszystko, co
wychodzi, więc także ich karierę. I muszę napisać, że jestem w szoku.
Widziałam gdzieś wcześniej na portalach, że fani mają poważne
wątpliwości, co do jakości wypuszczanych materiałów promocyjnych przed
tym comebackiem i tak dalej, ale nie spodziewałam się, że po ich
poprzednich klipach, ten będzie robił takie "tanie" wrażenie. Trochę
wymyślnych ruchów kamery mu nie pomaga; klip wygląda jakby wpuścić Stray
Kids na plan do klipów ostatnich comebacków GOT7 i sama piosenka też
brzmi, jakby była odrzutem z dwóch ostatnich płyt Stray Kids. No, jestem
w prawdziwym szoku.
TAEMIN - Advice
Czas na prawdziwe wyznanie - nie jestem ogromną fanką solowej kariery Taemina. Wiem nawet dokładnie z czego to wynika, ale to nie czas, aby się tłumaczyć (przy czym Danger zawdzięczam część zainteresowania k-popem, a do Press Your Number często wracam). W każdym razie Advice to jest mój ulubiony comeback Taemina, którego byłam świadkiem. Myślę, że na mojej liście wyląduje tuż za Press Your Number. Poza tym cała płyta mi się podoba. Akurat miałam trochę pracy, gdy wyszła, więc przesłuchałam ją chyba z milion razy, bo to dobre nuty, jeśli ma się coś do robienia.
B.I - illa illa
Początkowo miałam się tłumaczyć i wyjaśniać, ale w skrócie - mam słabość do B.I i to nie w znaczeniu biasa ani nic takiego i jestem naprawdę, naprawdę zadowolona, że wrócił z całą płytą. I tym, że są na niej i Lee Hi, i Tablo.
TOP 3 płyt: ta, VICTON i Atlatnis Shinee. Płytę Epic High też lubię, ale do niej nie wracam. I piszę to, czekając na specjalny album EXO.
EXO - Don't fight the feeling
Należałam do tych ludzi, którym Power bardzo się podobało, więc nie miałam poważnych obaw związanych z samą piosenką, bo to podobny koncept. I oczywiście niesamowicie cieszę się, że w ogóle coś nowego od EXO ujrzało światło dzienne. Pozostałe 4 piosenki z tego specjalnego albumu też bardzo mi się podobają.
TWICE - Alcohol-Free
Po pierwszych zapowiedziach spodziewałam się drugiego More&More, nie byłam tym zachwycona, ale to wakacyjny koncept. Okazało się, że jest gorzej. More&More jest lekko irytującą piosenką, ale do zniesienia. I zapamiętania. Alcohol-Free jest tak nijaką, monotonną piosenką, że oglądając teledysk, zastanawiałam się, czy ich wytwórnia tym chaosem, który w nim panuje, próbuje przykryć nudność piosenki. To jest absolutnie szokujące. Tym bardziej, że melodia utworu chyba była przyjemna. Problem jest taki, że nawet nie mam ochoty wracać ani jej słuchać, ani nawet oglądać klipu.
Dużo tu piszę o nieprzyjemnych zaskoczeniach, więc wspomnę o piosence, która niespodziewanie mi się podobała, a też jest takim wakacyjnym hymnem i jest to We Go fromis_9.
PS Chcecie mi powiedzieć, że TWICE miało taką piosenkę jak Perfect Word na japońską płytę, a na koreański comeback ktoś zadecydował, że wypuszczą coś takiego jak Alcohol-Free?
UP10TION - SPIN OFF
Jak łatwo zauważyć, zdecydowanie bardziej zwracam uwagę na koncept, wygląd teledysku i to, czy piosenka mi się podoba, niż mam profesjonalne podejście do samej muzyki. Ale ta konkretna piosenka bardzo mnie zasmuciła, bo nawet ja jestem w stanie powiedzieć, że została zrobiona jak jakiś dawny hit SHINee albo VIXX i ogólnie ma klimat k-popu sprzed kilku lat. I szkoda mi tego zespołu, bo dwaj jego członkowie już chyba nie są jego członkami, rozpoczęli solowe kariery, które z tego, co wiem idą im bardzo dobrze, a w zespole zostali "mniej popularni" członkowie, którzy teraz dostali bardzo średnią piosenkę - w sensie dobrze, że w ogóle mają nowe piosenki, ale jakoś szkoda mi tego zespołu.
Pink Fantasy - Poison
Z kronikarskiego obowiązku donoszę, że teledysk prezentuje "Mroczny dziewczęcy koncept", a sama piosenka mogłaby być openingiem anime.
ONEWE - Rain to Be
Śpieszę poinformować, że piosenka Rain to Be idealnie współgra z siedzącą głęboko we mnie drama queen. Ogólnie wydaje mi się, że nie miałam okazji o tym wcześniej wspomnieć, ale całkiem lubię ONEWE
A.C.E - Higher
Przyznaję, oglądałam teledysk do tej piosenki jakieś 5 razy, zanim zwróciłam uwagę na samą piosenkę. Przy czym potrzebowałam włączyć klip na telewizorze, aby dokładnie dostrzec momenty, w których zmienia się wysokość kadrów (tytuł może tu coś podpowiadać). Gdybym miała więcej czasu, to obejrzałabym ten klip jeszcze z milion razy, bo za każdym razem zauważam w nim nowe szczegóły.
DAY 6 (Even of Day) - Right Through Me
Day6 jako całość mieli comeback wcześniej w roku, ale nie był promowany - nie żeby ten był jakoś szczególnie. W każdym razie trochę mi umknął. Chociaż w sumie nie robi to różnicy, bo mi się zasadniczo podoba cała dyskografia Day6. Kwestia jest chyba taka, że klip do tej piosenki podoba mi się bardziej niż do You Make Me.
SF9 - Rain Drop
Nie jestem pewna, co myślę o tej piosence. W szczegółach, ogółem mi się podoba. Ale odkryłam coś ciekawego. Wieczorem, w dniu gdy usłyszałam ją po raz pierwszy, chodziłam i nuciłam... nie, nie tę piosenkę. Otóż chodziło mi po głowie Chum Drum Bedrum chociaż może słowo Vitas powie Wam więcej niż tytuł. Nie wiem, jakim sposobem te piosenki się jakoś połączyły w mojej głowie, ale się to stało.
I tu skończymy! A co zwróciło w pierwszej połowie roku Waszą uwagę?
Trwa mój zaskakująco dobry czas w oglądaniu dram! Miałam przerwę po It's Okay to Not Be Okay, ale wydaje mi się, że wracam na dobre tory. Doom at Your Service obejrzałam nawet jak harmonogram odcinków przykazał - po dwa na tydzień. Problem jest taki, że gdybym poczekała aż cała drama się ukaże, to być może wcale bym jej nie obejrzała...
Pierwsze odcinki podobały mi się tak bardzo, że nawet zmieniłam tapetę w laptopie na ten kadr.
Drama zaczyna się dla bohaterki prawdopodobnie najgorszym dniem, jaki ktokolwiek może sobie wyobrazić. dowiaduje się, że ma raka, 3 miesiące życia, jej chłopak ma żonę w ciąży, jej szef jest mizoginem (bohaterka pracuje w wydawnictwie!), ktoś ukradkiem nagrywa ją w metrze. A potem zaczął padać deszcz. Brat chce pieniędzy. W tym momencie byłam już przekonana, że nic innego się już nie może jej przytrafić. I w sumie się nie przydarza, ale dowiadujemy się, że jej rodzice nie żyją. Potem się upija, krzyczy do spadającej gwiazdy, aby "świat obrócił się w proch, poszedł do piekła i aby spadło na niego wszelkie nieszczęście" albo podobnie i u jej drzwi pojawia się fatum (albo zagłada, w każdym "doom") we własnej osobie. I gości się jak u siebie.
Brzmi to strasznie, ale to drama. Dramy są zabawne, a szczególnie, gdy mają dobrze dobranych bohaterów i jeszcze lepiej dobranych aktorów. Przy czym odrobinę przez to, jak bardzo jest zabawna dramatyczne sceny nie wypadają aż tak dramatycznie, jak by mogły. Przynajmniej część tych scen.
Niektórych pomysłów scenariuszowych można się też domyślić, ale nie wiem, czy to źle świadczy o dramie, bo są dość oczywiste. Ogólnie z czasem okazuje się, że to nie jest najbardziej subtelna drama pod słońcem. Przy czym - ta początkowa przewidywalność i pewna prostota fabuły zostaje zgrabnie skomplikowana. Albo tak się przynajmniej wydaje. Całe oglądanie Doom at Your Service to trochę kołysanie się w zastanawianiu, czy dany pomysł fabularny ma mieć głębsze znaczenie, czy tylko powierzchowne. I jest to odrobinę męczące. Wydaje mi się także, że im bliżej końca dramy, tym jej początkowe założenia bardziej uwierały twórców, niż pomagały rozwijać fabułę. Do niektórych wątków czy pomysłów nie wracano, chociaż sprawdziłyby się w innych miejscach dramy. W którymś momencie główny wątek tak się skomplikował, że już zupełnie nie wiedziałam, co bohaterowie chcą osiągnąć swoimi działaniami. Ostatecznie mam wrażenie, że ta drama to przykład czegoś, co wyglądało dobrze na papierze, ale niekoniecznie na ekranie. Ogólnie wydaje mi się, że cały ten koncept sprawdziłby się lepiej w książce, gdzie moglibyśmy lepiej poznać myśli bohaterów.
Chyba mój "ulubiony" przykład czegoś, co wydawało się ważne, ale w sumie nie było za bardzo adresowane w dramie to podkreślanie, że Fatum nie płacze. Że nie je, nie pije - dość oczywiste. Że nie płacze, choć bohaterka widziała go płaczącego i bogini też wiedziała, że płacze - z tego robiona była - że tak napiszę - "afera". Niby to miało chyba podkreślać, że Fatum nie ma uczuć. Ale wiemy, że ma. Dlaczego jednak rozpaczał, gdy w przeszłości bogini zmarła - nie wiemy. I ogólnie nic z tego nie wynikało.
A już odrobinę na marginesie, osoba, która pomyślała, że Dawon z SF9 może zagrać brata Park Bo Young, powinna dostać podwyżkę, bo pasuje świetnie. Bardzo przekonujący casting. A z innej strony, ktokolwiek wymyślił postać ciotki, powinien nie pisać więcej scenariuszy, bo tak niepotrzebnej postaci w serialu nie widziałam chyba nigdy.
Wątek bogini / pani bóg jest intrygujący i robi się coraz bardziej z każdym odcinkiem. Jej charakter bardziej przypomina takie typowe "nietypowe" niegrzeczne anioły - tylko że wszystko wie i wszystko może. Aczkolwiek - jest relacja pomiędzy ludźmi, jej istnieniem i istnieniem Fatum. A że Fatum jest trochę sobą znudzony i kombinuje, jak by tu nie istnieć, wyczuwam jakieś podejrzane intencje. Myślałam, że nie będę lubiła tego trójkąta miłosnego na drugim planie, ale pani bóg była postacią zdecydowanie bardziej godną nielubienia.
Po pierwsze, mieszkanie Na Ji-ny podobało mi się chyba nawet bardziej niż mroczny dom Fatum. Po drugie, aktor, który grał Cha Joo-ika powinien iść i grać wampiry, bo wygląda idealnie do takie roli. Nawet w którymś odcinku bohaterowie przyznawali, że sam Cha Joo-ik jest jak wampir.
W sumie to powinnam napisać, że trójkąt miłosny mógłby dostać własną dramę, bo do tej jest doklejony i całościowo nie ma to za wiele sensu. Jasne w trójkąt są uwikłani: menadżer głównej bohaterki, jej przyjaciółka pisarka oraz współlokator menadżera będący jednocześnie szefem brata bohaterki. Ich wątek tonalnie, fabularnie różni się znacząco od głównego wątku. I tak jak pisałam - początkowo bardzo mi się nie podobało, to w którą stronę zmierza, później zaczęłam go rozpatrywać, jako osoby byt wewnątrz serialu. I jako taki sprawdzał się nawet nieźle, bo naprawdę główny wątek był konfundujący. Z czasem nawet się jakoś tam się zaangażowałam w relację tych bohaterów, a pod koniec serialu bardzo żałowałam, że w początkowych odcinkach główna bohaterka i Cho Joo-ik nie mają więcej interakcji, bo bohaterowie mieli ciekawą chemię.
Ostatecznie nie wiem, czy ta drama mi się podobała. Dużo obiecywała, podobały mi się niektóre początkowe pomysły. Pierwsze odcinki były też bardzo zabawne. Później nawet tego zabrakło. Można to wyjaśnić tym, że główna bohaterka w sumie czeka na śmierć względnie koniec świata. Ale z czasem motywacje bohaterów i pomysły scenariuszowe zaczynają się mieszać, robią się konfundujące dla widza, nie wiadomo, co z czego wynika. Wiele rzeczy okazuje się jeszcze bardziej powierzchownych, niż się wydawały. Brakowało jakiejś spójności, głównej myśli. Koncept Fatum był wykorzystany bardzo słabo. Cały w sumie potencjał tej historii został słabo wykorzystany. A ja naprawdę do końca w nią wierzyłam. Natomiast doniesienia o oglądalności z Korei sugerowały, że widzowie rozpoznali, że będzie to słabszy serial dużo wcześniej.
Nie spodziewałam się, że film, o którym dziś przeczytacie, obejrzę w kinie. Uratowało mnie istnienie Dyskusyjnego Klubu Filmowego i fakt, że potrzebowali czegoś na zamknięcie sezonu. I chociaż zachowanie ludzi w kinie skutecznie odstrasza przed odwiedzeniem tego przybytku ponownie w najbliższym czasie, to nie żałuję, że poszłam i Minari zobaczyłam. To była moja pierwsza wyprawa do kina od dokładnie 10 miesięcy (nawet bardzo dokładnie, bo ostatni raz byłam 28 sierpnia 2020, a Minari widziałam 28 czerwca).
Opisuję, co dzieje się w filmie. Po seansie zdałam sobie sprawę, że chyba wszystkie sytuacje i potencjalne zwroty akcji i tak odkryły materiały promocyjne filmu (a sama nie widziałam ich nawet aż tak wielu), więc jeśli ktoś widział zwiastun czy nawet fotosy, to bez ogromnego trudu może ułożyć sobie fabułę. Tym bardziej, że recenzję zaczynam od opisu dwóch scen z początku i dwóch scen z końca Minari. Ale o czym jest sam film? O koreańskiej rodzinie w Stanach Zjednoczonych, która przenosi się do Arkansas.
Lubię różne proste formalne rozwiązania, które łączą całość danego dzieła. Minari można rozpatrywać odrobinę jak powieść szkatułkową i to dwa razy w ramach filmu. Pierwszy raz, to gdy na samym początku filmu słyszymy, że ojciec planuje, aby cała rodzina spała razem na podłodze w salonie nowego domu. Ale tego nie widzimy. Nie wiemy, czy rzeczywiście się to wydarzyło. Docieramy jednak do tego momentu pod koniec filmu. Druga scena łącząca początek i koniec (choć to nieco bardziej skomplikowane) to sekwencje poszukiwania wody i wybierania miejsca na studnię. To skomplikowanie objawia się w tym, że dłuższa wersja tytułu dzisiejszego wpisu mogłaby na przykład brzmieć "Życie polega na rozpoczynaniu wciąż na nowo".
Przez cały film motywy wody i ognia są bardzo istotne. Zwracajcie na nie uwagę w trakcie oglądania. Niekiedy ich symbolika jest wypowiedziana bardzo wyprost - aż do bólu bym powiedziała, czasami trzeba samemu zastanawiać się co mogą symbolizować.
Dzieci potrafią być jednocześnie najbardziej niewinnymi i najbardziej okrutnymi stworzeniami na świecie i ten film dobrze to obrazuje. I to tak na przykładzie Davida i Anny, jak i dzieci, które gdzieś tam są w tle. Żałuję tylko, że Annie poświęcono tak mało uwagi. Jako najstarsza siostra w scenie nad potokiem, gdy Anna musiała być odpowiedzialna i za siebie, i za brata, i jeszcze patrzeć na nie do końca odpowiedzialnego dorosłego, widziałam siebie.
Co do Davida, czyli najmłodszego członka rodziny, ponieważ to film mniej lub bardziej biograficzny reżysera, można w tym bohaterze widzieć alter ego Lee Isaaca Chunga. Podobno reżyser nie konsultował wizji swojego dzieciństwa z rodzicami, film jest zrobiony z tego, co on pamiętał. I widać to w montażu. Gdy czasami widzimy skutki, ale nie widzimy przyczyn. Albo gdy okazuje się, że minęło nieco więcej czasu niż widz mógł przypuszczać. Większość scen w filmie to takie obrazki, w których David bierze udział lub które mógł słyszeć/widzieć. Nie powiedziałabym, że film przedstawia dziecięcą perspektywę, ale dziecięcą pamięć już owszem. W skrócie - momentami może się wydawać, że narracja jest odrobinę pourywana. Nie do tego stopnia, aby traciła spójność albo miało się wrażenie, że widzimy na ekranie niepowiązane obrazki - absolutnie nie. Tylko czasami występuje taka drobna fragmentaryczność.
Ale są też elementy tego filmu, które układają się jak puzzle wskakujące na odpowiednie miejsca z każdą wręcz sekundą rozwoju fabuły. Tu bym szczególnie przywołała zachęcanie Davida przez mamę, aby ten się modlił o zobaczenie nieba. Monica jest pokazana jako postać dla której kościół czy może bardziej wspólnota jest ważna. Muszę tu napisać, że czasami film jest aż nadto bezpośredni. W przypadku mamy było to pokazane, że jest samotna, ale dostajemy też scenę, w której tata stwierdza to wprost w rozmowie z nią. Mógł tego nie mówić, mógł tylko zapytać, czy nie chcą pójść do kościoła. Wracając do Davida. Myślę, że dla widza było to oczywiste, że kazanie się dziecku modlić o "zobaczenie nieba dla dzieci" buduje straszną wizję. Okazuje się, że David był zdecydowanie bardziej świadomy swojej sytuacji - ma chore serce - niż mogłoby się wydawać. Ta scena wiele wyjaśnia, ale tworzy także coś w rodzaju precedensu - gdy widz ogląda Davida, który przyznaje się, że boi się umrzeć i słyszy i widzi to, co mówi i robi babcia, wie dokładnie, co stanie się później.
Zapomniałam napisać, ale osoba odpowiedzialna za kostiumy powinna dostać specjalną nagrodę za to, jak wyglądała postać mamy, bo prezentowała się na ekranie pięknie. Wiem, że postać babci skradła serca, a kreacja aktorska przyniosła Youn Yuh-jung nagrody, ale - o ile na logikę rozumiem, że babcia miała opiekować się wnukami i dlatego jej jest w filmie dużo, bo Monica i Jacob pracują, tak z pewnego punku widzenia miałam poczucie, że babcia zabrała miejsce w filmie postaciom mamy i siostry. David na końcu filmu się do niej przekonał, ja jako widz wciąż podzielałam jego ambiwalentny stosunek.
Wydaje mi się, że poruszyłam już wszystkie najważniejsze kwestie, o których chciałam wspomnieć. Jeśli będziecie mieli okazję, to zobaczcie ten film, szczególnie jeśli lubicie takie ludzkie, rodzinne historie. Górnolotnie można by napisać uniwersalne, ale ogólnie chodzi o to, że w filmie trochę dzieje się dobrze, a trochę dzieje się źle - jak w życiu.
Być może drogą do poznania innej kultury nie są książki naukowe i reportaże czy podróże, czy cokolwiek podobnego, ale oryginalne komediowe seriale Netflixa. Bo pokazują jak dana kultura śmieje się sama z siebie i tego, jak jest postrzegana przez inne kraje. Posłuchajmy, co Koreańczycy mają sami o sobie do powiedzenia. A w sumie do pośmiania się.
Powinnam zacząć od tego, że nie lubię sitcomów i nie przepadam za
wytworami kultury, które z założenia mają być zabawne, a jeśli mają być
karykaturalne i przerysowane to najczęściej w ogóle się do nich nie
zbliżam. Ale coś w So Not Worth It mnie zaintrygowało i zaczęłam
oglądać.
Co to jest So Not Worth It i jakich bohaterów tam poznajemy? To oryginalny koreański sitcom Netflixa. Jego akcja dzieje się w międzynarodowym akademiku. Nasi bohaterowie to: Se-wan, jest Koreanką, ale ma stypendium i pomaga profesorowi w dbaniu o porządek w akademiku. Gdybym miałam wskazywać główną postać, to byłaby to ona. Przez znajomych z akademika zwykle jest określana jako samolubna i tak - to dość antypatyczna postać, chociaż serial próbuje pogłębić jej historię, aby widz poczuł do niej nić sympatii. W moim przypadku to nie wyszło, nie lubię takiego ukrywania historii bohaterów i tłumaczenia ich niezbyt miłego charakteru i kombinowania, smutną historią rodzinną. Kolejna postać to Jamie - student z Ameryki, który nie zna życia. Później - dla odmiany znająca życie Carson. Hans, dla którego zasady i reguły są najważniejsze. Minnie z Tajlandii z obsesją na puncie k-dram. To trochę postać, która jest groźna głównie dla siebie. Sam - notoryczny i małostkowy kłamca. W sumie jedyny bohater, który przechodzi w tym serialu jakąś drogę i przemianę, co biorąc pod uwagę, jak był pokazywany w początkowych odcinkach jest całkiem zaskakujące. Hyun-min, który pomieszkuje w akademiku kątem. Terris - pod pewnymi względami jest najspokojniejszy z całego towarzystwa.
Czy So Not Worth It jest zabawne? Owszem, ale im bliżej końca tym mniej niestety. Rozumiem, że twórcy chcieli eksplorować różne tematy, ale gdzieś po drodze okazuje się, że serial gubi wiele swojego potencjału. Niektóre wątki są wyjaśnione w odrobinę niezadowalający sposób. A odcinki nie mają po 20 minut, tylko po pół godziny i jest ich 12, więc był czas, aby przedstawić je lepiej. Moją szczególną uwagę zwrócił motyw z narkotykami. Widzimy w serialu doniesienia medialne, że międzynarodowi studenci szmuglują narkotyki. Gdzieś się to przewija, ale nie dotyczy bezpośrednio naszych głównych bohaterów w żaden sposób. Afera związana z Se-wan i Jamie'em zagłuszyła dochodzenie narkotykowe, ale ja nie mogłam się przestać zastanawiać, czy pomysł, aby zamieszać w narkotyki bohaterów to zbyt duże tabu. Serial pokazał, że policja czy inne służby wytropią przemytnika, a więc są takie skuteczne. Nie wiem, czy w kontekście, w jakim słyszy się o Korei Południowej i narkotykach, nie jest to swego rodzaju ostrzeżenie. (Albo już za dużo czasu spędziłam, analizując materiały do mojej magisterki i podchodzę to tematu poważniej niż powinnam).
W każdym razie, ogromnie
podobał mi się odcinek 3, gdy Jamie wpada przestraszony tym, że Korea
Północna wystrzeliła pocisk, a cała spółka ma to, delikatnie mówiąc, w
nosie i o wiele bardziej interesuje ich rozwód jakieś pary celebrytów. W jednym z pierwszych (chyba nawet dokładnie pierwszym) epizodów Hyun-min dostaje całą sekwencję musicalową i naprawdę wyglądała imponująco, jedna trzecia budżetu serialu została na nią przeznaczona.
Interesujący był też odcinek, gdy rozeszły się plotki, że Jamie i Se-wan
się spotykają. Komu z nich bardziej się oberwało? Oczywiście
dziewczynie. So Not Worth It dość delikatnie porusza kwestie prześladowania i dokuczania w internecie. Ważne, że porusza, ale mógłby zdecydowanie bardziej stanowczo podejść do tego tematu. Tym bardziej, że jestem pewna, że cała główna obsada się ma jakieś doświadczenia związane z tym tematem.
Chemia na ekranie? Raczej fizyka!
So
Not Worth It ma swoje dobre momenty, nawet świetne, wręcz błyskotliwe.
Carson, która rozpracowała Terrisa? Przemiłe. Ogólnie trochę ciociowa
Carson była najprzyjemniejszą postacią całego serialu - może dlatego że
najbardziej spójną. Mój największy kłopot z tym serialem jest taki, że
gdy już nastawiłam się na sitcom to scenarzyści dodali tam melodramat.
Momentami efekt jest taki, że Se-wan gra w dramie, niekiedy całkiem
poważnej, a reszta bohaterów orbituje wokół niej w serialu komediowym.
Nie mam problemu, aby sitcom poruszał poważniejsze tematy, ale temu
konkretnemu lepiej wychodzi odnoszenie się do kultury koreańskiej niż
relacji dzieci i matek. Sam ten wątek jest ciekawy, ale trochę miałam
poczucie, że pogłębianie historii Se-wan służyło tylko temu, aby
wydawała się mniej antypatyczna.
Przypuszczalnie mogłabym zbadać ten serial moim koreańskim bingo i sprawdzić, ile tropów się w nim pojawia. Powyżej widzimy oczywiste stwierdzenie o kimchi. W jakiejś książce czytałam dosłownie takie samo stwierdzenie, jakie wypowiada Jamie na 3 kadrze. Nie ukrywam, że wszystkie tego typu odniesienia interesowały mnie w serialu szczególnie. I jeszcze aktywizm Hansa. Który na przykład ogromnie przejmował się jakąś sytuacją w Afryce w pierwszym odcinku. Następnie przerzucił się na protestowanie przeciwko pracy dzieci przy obieraniu krewetek. Gdyby ktoś bardzo chciał, to mógłby zarzucić, że serial cały aktywizm przedstawia w krzywym zwierciadle, ja miałam jednak wrażenie, że wyśmiewa kompleks wybawcy i takie bardzo powierzchowne zaangażowanie.
W sumie mam ochotę obejrzeć ten serial jeszcze raz, bo jestem pewna, że są tam jakieś smaczki, których przy pierwszym seansie nie zauważyłam. Podsumowując, polecam! I w ogóle zapowiada się, że będzie kolejny sezon!
Jedną z największych tragedii mojego życia jest fakt, że książka Babel. W dwadzieścia języków dookoła świata ukazała się miesiąc po tym, gdy obroniłam licencjat z polskiego. Bo otwiera ona oczy na dużo szersze zagadnienia, na których dowodów potrzebowałam. gdy mój licencjat pisałam. Na przykład w polskich czasopismach albo książkach typu zbiór artykułów naukowych (czy to po konferencji, czy zebranych jakimś innym sposobem) dotyczących szeroko albo mniej szeroko pojętej Azji procentowy rozkład artykułów przypadających na dane państwa plasował się mniej więcej tak: 70% Chiny, 25% Japonia, 5% cała reszta. I w ten całej reszcie mieszczą się na przykład Indie, Turcja, Iran; (przeglądanie tych czasopism skłania także do zastanawiania się nad definicją "Azji" czy konceptem Azji, ale to już inny temat). Wiem, że pokazuje to bardziej zainteresowania naukowe niż żywą niechęć. Ale na dwadzieścia najbardziej rozpowszechnionych języków świata 12 to języki z Azji (powiedzmy). Poza tym książka ma rozdział o języku koreańskim. W każdym razie chodzi mi tylko o to, że poza chińskim (mandaryńskim) są także inne ciekawe języki azjatyckie.
Tytuł: Babel. W dwadzieścia języków dookoła świata Autor: Gaston Dorren Tłumaczka: Anna Sak Wydawnictwo: Wydawnictwo Karakter Rok: 2019
Co do samej książki - Babel w przeciwieństwie do Języcznych zasługuje na cały hype, który się wokół tej książki wytworzył.
Poszczególne rozdziały Babel to w dużej części opowieści o historii danego języka, czasami są to jakieś ciekawostki, elementy języka albo kultury językowej charakterystyczne dla konkretnego języka. Pierwszy rozdział to na przykład opiera się na doświadczeniu autora z nauką wietnamskiego. Rozdział o arabskim ma w dużej części charakter słowniczka. Dwa rozdziały mają konwencję wywiadów. Poza tego rodzaju różnorodnością, jest także różnorodność tonalna - to znaczy tam, gdzie może być zabawnie i to pasuje - tam jest zabawnie. Tam, gdzie powinno być poważniej - jest poważniej.
Czy nie jest to książka dla językoznawców? Albo zbyt językoznawcza? Nie powiedziałabym, ale też nie wiem, czy poleciłabym tę książkę osobie, która tak zupełnie nie interesuje się językami/językoznawstwem. Miałam dużo przyjemności, gdy autor dążył i dążył do jakiegoś pojęcia językoznawczego, a ja wiedziałam dokładnie do którego, ale były też miejsca czy pojęcia, które sama musiałam sprawdzać. Bo to też ciekawe, większość pojęć jest zgrabnie wplecionych w tekst i wyjaśnionych, ale bywają takie - i często są to te bardziej skomplikowane - które są rzucone i niewyjaśnione. Przy czym - ogólnie nie ma ich aż tak wielu. Bo Babel to jednak pod wieloma względami książka bardziej o historii języka (i czasami o geopolityce) niż gramatyce.
Ciekawe jest też to, że autor w wielu miejscach dobrze odgaduje (czy projektuje) reakcje czytelnika i od razu zaspokaja jego ciekawość. Z innej strony, czasami można odnieść wrażenie, że dany język był jedynie pretekstem, aby opowiedzieć o czymś zupełnie innym. Albo przeprowadzić możliwie męczącą analogię do języka angielskiego. Na przykład rozdział o rosyjskim. Może nie był męczący, ale czytanie o porównywaniu rosyjskiego i angielskiego było bardzo, bardzo dziwne. Ogólnie angielski jest jak najbardziej logicznym wyborem jako punkt odniesienia, ale mam wrażenie, że momentami brakowało w tym umiaru.
Wydaje mi się, że widziałam gdzieś zapowiedź tłumaczenia książki autora o językach europejskich. Nie mogę się jej doczekać.
W tym semestrze nie mam za wiele do napisania związanego bezpośrednio ze studiami, ale czerwiec i lipiec to czasy egzaminów licencjackich, inżynierskich czy magisterskich (nie wiem, jak u innych, ale moja pierwsza promotorka i promotor bardzo dbali o to, żebyśmy nie mówili obrony - tak się przyjęło, ale obrona odnosi się do doktoratu; moja obecna promotor nie zwraca na to uwagi) i zaczął powoli wypływać temat dotyczący prezentów dla promotora, komisji. Różne uczelnie, wydziały - a wręcz różni promotorzy, recenzenci i zapewne komisje mają inne podejścia do tego tematu. Postanowiłam zebrać historie i typy podejścia promotorów do tego tematu.
Prosto z mostu
Promotorka prosto z mostu powiedziała nam, żeby kupić jej, recenzentce i przewodniczącej komisji storczyki.
Jeśli kupowanie prezentów jest przyjęte na danej uczelni, takie podejście ułatwia sprawę studentom.
To część pracy
Zupełnie inne podejście miał mój drugi promotor. On powiedział nam prosto z mostu, że uważa prezenty za przeżytek, nie jesteśmy w szkole, a obrona to nie Dzień Nauczyciela (notabene - na uczelniach się go nie obchodzi, a słyszałam już o pomysłach studentów pierwszych lat, aby obdarowywać prowadzących prezentami - nie róbcie tego) i mamy mu nic nie kupować, bo to cześć pracy i obowiązków, jeśli jest się pracownikiem uczelni.
Także sytuacja była jasna.
Cichociemny albo weź się domyśl
Nic nie powie, nawet nie wspomni o temacie prezentów. Studenci sami z siebie zwykle dochodzą do wniosku, że wypada coś kupić, a potem zamiast się uczyć i szlifować prace, wymyślają, zastanawiają się i wybierają jedną ofiarę, która będzie za prezent odpowiadała. Trzeba go kupić, przetransportować i pilnować.
Takie wychodzenie z założenia, że prezenty na egzamin/obronę się kupuje, nie jest bezpodstawne, wielu studentów chce szczerze podziękować swojemu promotorowi czy promotor, ale jednocześnie... wielu wcale nie chce i bardzo się cieszy, że będzie to ostatnia okazja, gdy go widzą. Udawanie, że tematu prezentów nie ma, nie jest dobrym podejściem. Lepiej postawić sprawę jasno - albo co się chce, albo nic.
Kulturalne czy nie?
Próbowałam znaleźć informację, czy zasady dobrych manier coś mówią o prezentach dla promotorów. Krótka odpowiedź brzmi - nie. Ale jest jedna rzecz, o której koniecznie trzeba pamiętać, a może nie być tak intuicyjna, jak niektórym się wydaje. Szczególnie jeśli słyszeli na przykład opowieść o rozkładaniu obrusów i ciastek przed komisją... Chodzi o to, że prezenty daje się PO obronie. Z prostej, ale jak wspominałam być może wcale nieoczywistej przyczyny (a już szczególnie jeśli ma się dobry kontakt z promotorem) - aby nikt nie posądził Was o dawanie promotorowi czy członkom komisji łapówki. Nie chcecie być oskarżeni o próbę przekupstwa.
W takiej sytuacji promotor i komisja najpewniej z miejsca każą Wam to wszystko schować i przyjść z tym później, o ile w ogóle będą chcieli to potem przyjąć.
Jest także sprawa tego, czy komisji (przewodniczącemu i recenzentowi) także dawać prezenty. W większość przypadków prezenty dla promotorów naprawdę wynikają z tego, że student chce podziękować za roczną czy dwuletnią współpracę. W przypadku członków komisji - recenzenta można znać i można wiedzieć, czy naprawdę przeczytał on Twoją pracę, czy tylko wstęp i zakończenie, jeśli to dla Ciebie ważne w kontekście prezentu. O tym, kim jest szef komisji, często studenci dowiadują się w momencie obrony. Wracając jeszcze do wdzięczności, z historii innych studentów, wynika, że naprawdę jeśli współpraca z promotorem się nie układała, to prezentów nie było i już.
Także z innych rozmów między studentami i prowadzącymi wiem, że - chociaż w internetach piszą różnie - alkohol jest bardzo drażliwym tematem i lepiej go nie kupować. A na pewno nie jako niespodziankę. Jeśli się umówiliście ze swoim promotorem to inna sprawa, ale jeśli nie - omijajcie alkohole z daleka.
Ogólnie należałoby uważać z każdym drogim i potencjalnie nietypowym (albo uczulającym) prezentem.
Z moich obserwacji i rozmów wynika też, że studenci wcale nie czują aż tak dużej presji, aby prezenty kupować, a wręcz przez pandemię i zdalne egzaminy dyplomowe ta presja spada, nawet teraz, gdy już część obron odbywa się na miejscu. Także jeśli to była kwestia, którą z jakiegoś powodu się przejmowaliście - niepotrzebnie.
I może jeszcze jedna uwaga, informacja, czy pocieszenie. Egzamin dyplomowy człowiek zasadniczo zdaje raz na koniec danego etapu studiów, więc jeśli ktoś mu nie powie (promotor, starsi koledzy), jak taki egzamin wygląda - to zapewne nie będzie wiedział. Na trzecim roku polskiego byłam już po jednej obronie licencjatu, więc na seminarium sam promotor kazał mi opowiadać jak to wyglądało, bo już coś wiedziałam. Na licencjacie z zarządzania instytucjami artystycznymi wiele rzeczy po kolei tłumaczyła nam promotor. To jak wyglądają egzaminy dyplomowe, to oczywiście nie jest jakaś wiedza tajemna, ale niezaprzeczalnie różnią się one od innych egzaminów i można czegoś o jego przebiegu nie wiedzieć. I nie przejmujcie się, że nie wiecie.
Kto nie lubi inspirujących opowieść o pokonywaniu własnych ograniczeń i spełnianiu marzeń, gdy wydaje się to niemożliwe? Ja. Nie lubię takich opowieść, bo zawsze wydają mi się za bardzo oderwane od rzeczywistości. I często zamiast poczucia bycia zainspirowaną, czuję się po nich jeszcze bardziej przygnębiona, niż byłam przed obejrzeniem. A jednak dość szybko po tym, gdy zauważyłam, że drama Navillera jest dostępna na Netflixie zaczęłam ją oglądać. Dlaczego? Bo jest o balecie.
Drama powstała na podstawie webtoona i ma 12 odcinków - i wydaje mi się, że to właśnie dokładnie ta kombinacja sprawia, że w odcinkach niesamowicie dużo się dzieje i momentami przejścia pomiędzy emocjonalnymi a lekkimi, zabawnymi scenami są dość gwałtowne i te emocje nie mogą do końca wybrzmieć. Przy czym Navillera ma jeden z najbardziej emocjonalnych pierwszych odcinków dramy, jaki kiedykolwiek widziałam. Już punkty wyjścia naszych bohaterów nie są łatwe, a jeszcze w ciągu pierwszego odcinka się skomplikują i wręcz stają się przytłaczające.
Pozostałe odcinki nie są aż tak przytłaczające emocjonalnie, ale fabularnie są dość pościskane. W czasie ogladania łapałam się na tym, że gdy już włączyłam odcinek to mogłam na raz obejrzeć i 3. Ale gdy robiłam sobie przerwę, to nie wracałam do tej dramy i przez tydzień. Chciałam ją dokończyć, ale niekiedy trudno było zabrać się za oglądanie.
Słówko o bohaterach: Chae-rok jest aspirującym tancerzem baletowym, który jeszcze na dobrą sprawę nie tańczy w balecie, ale szkoli go osobiście jeden z najlepszych baletmistrzów w Korei Południowej. Chae-rok mieszka sam, jego mama nie żyje, a ojciec ma wyjść z więzienia. Moje pierwsze wrażenia o tej postaci były takie, że to bardzo niegrzeczny młody człowiek i nieco brakuje mu manier. Aż dziwne, że pan Shim się nie zniechęcił. Pan Shim to siedemdziesięciolatek, który chce spełnić swoje marzenie, aby nauczyć się baletu. I Chae-rok będzie go uczył.
Na drugim planie pojawia się liczna rodzina pana Shima. Po pierwsze jego żona (co do której od początku miałam niepokojące przeczucia), a także jego dwóch synów i córka. I ta część drugiego plany jest dużo bardziej rozwinięta, o życiu i perypetiach poszczególnych osób dowiadujemy się dużo więcej, niż od strony drugiego planu Chae-roka. Tu poznajemy jego ojca, przyjaciela, byłego znajomego. Można także powiedzieć, że wątek baletmistrza i baletmistrzyni, którzy czuwają nad Chae-rokiem to trochę jego drugi plan. Poza tym oczywiście te plany łączą się ze sobą. Na przykład pan Shim spotyka się z "wrogiem" Chae-roka. Okazuje się także, że wnuczka pana Shima i Chae-rok się znają. Jedną z rzeczy, która najbardziej mi się podobała w tej dramie to, to że Eun-ho i Chae-rok nie dostali wątku romantycznego i po prostu zostali przyjaciółmi. Ogólnie drama kończy się mniej więcej tak, że wszyscy zostają jedną wielką rodziną. I też wszyscy w jakiś sposób spełniają swoje różne ambicje czy odkrywają swoje drogi i to że nie w każdym wielu można coś w życiu zmienić, znaleźć nowe źródło satysfakcji i spełnienia.
Może się wydawać, że tych bohaterów na drugim planie jest dużo (jeszcze mamy ortopedę, o którym zapomniałam wspomnieć; drama też momentami o nim zapomina a szkoda, bo mógłby powiększyć rodzinę;o och i baletnicę oraz pianistę ze studia!), ale to wszystko działa i jest spójne. To co dzieje się u jednych bohaterów, podkreśla albo kontrastuje to, co dzieje się u innych.
Miałam jeszcze wspomnieć, że szczególnie pierwszy odcinek (a może nawet pierwsze trzy) są nagrane trochę jak film. Trudno to poczucie dokładnie wyjaśnić, ale jest coś w pracy kamery i kolorystyce, że ma się takie wrażenie. Później się ono rozmywa.