środa, 10 czerwca 2020

Koronastudia, czyli o 2 semestrze filologii polskiej drugiego stopnia

Hello!
Nie lubię i nie podobają mi się słowa stworzone na początku pandemii koronawirusa w Polsce, koronaferie, koronawakacje i tak dalej, a jednocześnie nie ma lepszego słowa niż koronastudia, które zawierałoby w sobie wszystkie absurdy oraz dziwne i mniej dziwne sprawy związane ze studiowaniem przez internet.


Zastanawiałam się też, czy w ogóle pisać ten tekst, bo na pewno nie będzie on tak informacyjny dla przyszłych studentów studiów drugiego stopnia (magisterskich studiów uzupełniających - uważam, że brzmi ładniej), bo mam nadzieję, że nikt już nie będzie studiował w takich warunkach, a jednocześnie pisałam je zawsze po to, aby przedstawić plan zajęć i to jak mniej więcej one wyglądają. O podejściu prowadzących do prowadzenia zajęć on-line już pisałam, dzisiaj opiszę pokrótce same zajęcia. Zwykle pisałam tez te wpisy po zakończeniu sesji, gdy już byłam pewna, że zaliczyłam dany semestr, ale w tym roku po pierwsze przedłużono nam sesję, a po drugie jakoś zupełnie nie mogę poważnie o tej sesji myśleć, chociaż mam egzaminy (wczoraj i dzisiaj na przykład z angielskiego) i się do nich oczywiście przygotowuję, ale jednocześnie, jak można poważnie podejść do egzaminu, gdy pisze się go w piżamach, ze swojego własnego pokoju, 300 kilometrów od uczelni (studiuję na Uniwersytecie Gdańskim).

Specjalizacja:


Warsztaty edytorskie

 

Napiszę osoby wpis o tych zajęciach i o książce, którą redagowaliśmy w ich czasie, gdy dowiem się, kiedy ta książka będzie miała swoją premierę. Z tego co wiemy, wynika, że być może będzie to wrzesień. I w sumie to nie mogę się doczekać, bo chciałabym bardzo o niej napisać.


Marketing w praktyce wydawniczej (ćwiczenia)

 

Prowadząca pokazywała nam prezentację, na zaliczenie robiliśmy prezentację o wybranym wydawnictwie. Na piątym semestrze licencjatu mieliśmy prawie takie same zajęcia. 


Współczesna kultura audiowizualna (ćwiczenia i wykład)

 

Tak naprawdę to były ćwiczenia razy dwa, bo na wykłady musieliśmy przygotowywać prezentację. Tyle że tematy tych prezentacji było dowolne w ramach przedmiotu. Ja z koleżanką miałam o podcastach, koleżanki zrobiły strasznych serialach dostępnych na Netfliksie, ktoś inny o youtuberach. Jedyny wykład, który naprawdę mieliśmy było o manipulacji, ale na niego także musieliśmy przygotować przykładny manipulacji w mediach.

Prowadzący od ćwiczeń postanowił skupić się na jednym temacie, a tematem tym był Nick Cave i na jego przykładzie analizowaliśmy aspekty takie jak postać sceniczna, biografia, transpozycja pomiędzy różnymi mediami. Było trochę czytania, trochę oglądania i trochę słuchania muzyki. Tak naprawdę podobały mi się tylko ostatnie zajęcia, bo analizowaliśmy teledyski i okazało się, że koleżanka i ja mamy całkiem trafne spostrzeżenia dotyczące Humble Kendricka Lamara (a trzy lata temu pisałam tutaj, że ten klip mi się nie podoba). 

Przedmioty podstawowe:


Dyskurs publiczny (ćwiczenia i wykład)


W skrócie analizowanie mów polityków pod kątem językowym. Z jednej strony, rozumiem, dlaczego te zajęcia mogą się wydawać ludziom interesujące, z drugiej, gdy przyszło mi analizować wystąpienie Donalda Tuska sprzed bodajże dwunastu lat, to było to trudne zadanie, bo badacze dyskursu często się ze sobą nie zgadzają, wyciągają sprzeczne wnioski z tych samych wypowiedzi. Także zdalna forma nauczania nie sprzyja temu przedmiotowi. Po pierwsze, nie mieliśmy wcześniej podobnych zajęć, po drugie, gdybyśmy mogli wspólne czytać/oglądać wystąpienia i zadawać na bieżąco pytania, na pewno byłoby to z większą korzyścią. Dyskurs publiczny to jeden z nielicznych niemalże praktycznych przedmiotów i taka sucha forma prowadzenia tych zajęć, polegająca na wysyłaniu zadań do zrobienia i materiałów nie przynosi dobrych rezultatów.


Historia języka polskiego i jego odmian stylowych (ćwiczenia)


Kontynuacja zajęć z pierwszego semestru. Robiliśmy prezentacje na zadane już na początku roku tematy, wysyłaliśmy je do sprawdzenia, a po poprawkach do całej grupy. 

Komparatystyka (ćwiczenia i wykład)

 

Na wykładach profesor głównie omawiała różne książki komparatystyczne - od publikacji bardzo dobrych do publikacji budzących poważne wątpliwości merytoryczne. Najogólniej komparatystyka to literaturoznawstwo porównawcze, badające między innymi wpływy i zależności pomiędzy literaturami poszczególnych krajów czy narodów czy zajmujące się koncepcją literatury światowej. Ale także wpływów muzyki czy rzeźbiarstwa ma literaturę.

Ćwiczenia to ciekawy przykład, gdy dwie grupy, które mają je z tą samą prowadzącą robią różne rzeczy. Moja grupa zajmowała się Jądrem ciemności  - musieliśmy je przeczytać, wymyślić temat komparatystyczny wyimaginowanej pracy, napisać jej abstrakt i przygotować bibliografię; czytaliśmy także wstęp do Orientalizmu Saida (ta książka oraz postkolonializm to jakiś nadrzędny motyw tych studiów od zeszłego semestru) i kilkanaście artykułów, z których robiliśmy notatki na ocenę, robiliśmy też prezentacje bądź referaty na przykład na temat historii Konga. Bliżej końca semestru porównywaliśmy Jeźdźca miedzianego oraz Ustęp z III części Dziadów. Druga grupa analizowała między innymi Beniowskiego i Sonety krymskie także w kontekście Orientalizmu, ale oni pracowali nawet inaczej niż my - pisali pracki w grupach, my robiliśmy to głównie samodzielnie bądź parami.

Literatura dla dzieci i młodzieży (ćwiczenia)


Prowadząca miała prezentację i opowiadała nam o charakterystycznych cechach książek dla dzieci. Gdy zaczęły się studia zdalne wysyłała nam różne materiały do poczytania czy posłuchania. Na zaliczenie robiliśmy prezentację czy też projekt polegający na zaplanowaniu przedsięwzięcia, które miałoby na celu promowanie czytelnictwa wśród dzieci. Dodam tylko, że te zajęcia prowadziła ta sama osoba, co marketing. Z tego, co wiem, druga grupa miała bardziej normalne zajęcia. 

Literatura polska od średniowiecza do oświecenia (ćwiczenia)


Kontynuacja ćwiczeń z poprzedniego semestru. Dalej interpretowaliśmy teksty dawne i umieszczaliśmy je w odpowiednich kontekstach.

Literatura polska wieku XIX (ćwiczenia i wykład)


Fenomen na skalę UG. To znaczy prowadzący zajmuje się tak wąską koncepcją w ramach literatury XIX i początku XX wieku, że jako wykłady (i niekiedy treść ćwiczeń) wysyłał  nam swoje artykuły naukowe i zadawał nam prace pisemne, polegające na doszukiwaniu się tej jego koncepcji w zadanych na ćwiczenia lekturach.
Ten przedmiot kontynuowany jest na następnym semestrze, ale będą tylko ćwiczenia i egzamin.


Literatura polska wieku XX i XXI  (ćwiczenia)


Dużo czytania i lektur, i opracowań. To trochę straszne, ale zaskakująco ciekawe zajęcia. Na ostatnich omawialiśmy na przykład Poczwarkę  Doroty Terakowskiej i okazało się, że to nie jest taka powieść tendencyjna czy powieść z kluczem, jak kto woli, jak przedstawia się ją w szkole, bo jeśli dobrze pamiętam, to była ona omawiana w gimnazjum, a na pewno była lekturą. Ale wiem, że moi bracia już jej nie czytali, więc możecie mi dać znać, czy wciąż jest na liście lektur.
Zaliczenie przedmiotu: obecności, aktywność, ale podstawą był pisemny referat i to z rodzaju takich dłuższych, dobrze przemyślanych i z bogatą bibliografią.
Egzamin z tego przedmiotu także jest w przyszłym semestrze, podobnie jak jeszcze jedna tura ćwiczeń oraz wykłady. Prowadzący wymyślili też sobie taka formułę podziału zagadnień na egzamin oraz ilość lektur do jego zaliczenia, że nie mamy wyjścia, tylko zacząć czytać je już w wakacje.


Najnowsze zagadnienia współczesnej polszczyzny (ćwiczenia)


Zajęcia miały wyglądać tak, że czytamy zadany artykuł, przychodzimy na zajęcia i o nim rozmawiamy. Zdążyliśmy porozmawiać o zmianach we współczesnej fonetyce. Po przejściu w tryb studiów zdalnych prowadząca podsyłała nam różne artykuły żebyśmy sobie poczytali.
Na zaliczenie każdy dostał pytanie/zagadnienie i musiał napisać poradę językową, wzorując się na tych ze strony poradni PWN.

Teoria tekstu (ćwiczenia i wykład)


Można powiedzieć, że to przykład odwrotny do dyskursu. Otóż tym zajęciom, jak nazwa wskazuje, na dobre wyszło to, że prowadząca postanowiła napisać treść wykładów i wysłać je nam jako pliki tekstowe. To wciąż trudne zagadnienia, ale przynajmniej dostaliśmy zebrane wiadomości z zaufanego źródła, a nie musieliśmy siedzieć na wykładach i robić niedoskonałe notatki. Poza tym wiadomo, jak wyglądają wykłady: dygresje od dygresji. A tutaj konkret w formie tekstowej. Przy czym to wciąż trudne i dostawaliśmy sporo komentarzy do prac, które robiliśmy w ramach ćwiczeń, na podstawie tych wykładów.

A nad zestawem pytań / zadań do zrobienia na zaliczenie siedzę od trzech dni, a zrobione mam tylko nieco ponad połowę.

Współczesna myśl humanistyczna (ćwiczenia i wykład)


Jedne z moich ulubionych zajęć w tym semestrze z najlepszym i najbardziej ogarniętym zestawem prowadzących. Podstawą tych zajęć jest druga część podręcznika Teorie literatury XX wieku, a omawiane tam zagadnienia to między innymi postkolonializm, feminizm czy narratywizm. Na wykładach profesor głównie omawiał najważniejsze punkty z poszczególnych tematów. Na ćwiczeniach czytaliśmy konkretne artykuły napisane w myśl danej metody.

Jeśli macie jakieś pytania to ja zawsze chętnie na nie odpowiem!
LOVE, M

sobota, 6 czerwca 2020

Baby Yoda

Hello!
Nie wiem, jak to zrobiłam, ale miesiąc temu przegapiłam idealną okazję, aby pokazać światu wyszywanego Baby Yodę. Przecież 4 maja to Dzień Gwiezdnych wojen. 

Baby Yoda

The Child (Baby Yoda)

Wyszywanka powstała na specjalne życzenie brata w czasie, gdy jeszcze Baby Yoda był na ustach wszystkich oglądających serial The Mandalorian. Ludzie w internecie chętnie dzielili się swoimi koncepcjami na wyszywanie Baby Yody i wzorami także nie było problemów z inspiracjami. 
Muszę jednak przyznać, że jak na tak mały wzór, było może nie tyle trudny, co zaskakująco upierdliwy do wyszywania. Trudno było tak rozplanować sobie pracę, aby niepotrzebnie nie wracać w pewne miejsca wzoru, bo zostały niewyszyte, a także szczegóły przy rączkach i rękawach były bardziej denerwujące do wyszywania, niż można by było przypuszczać. 
Teraz, gdy patrzę na zdjęcia widzę, że spokojnie mogłam bardziej oddzielić napis od postaci, ale pamiętam też, że gdy go rozplanowywałam, to dużo czasu zajęło mi rozliczenie, gdzie powinny być poszczególne litery. 
Tym co podoba mi się szczególnie w tym obrazku są kolory, a najbardziej zielony kolor samego Baby Yody. Na zdjęciach przez światło wygląda on na nieco bardziej nasycony niż jest w rzeczywistości. Na żywo jest całość jest nieco bardziej przygaszona.

The Mandalorian


LOVE, M

środa, 3 czerwca 2020

Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego - Kill Me, Heal Me

Hello!
O Kill Me, Heal Me wspominałam we wpisie o dramach, które zapomniałam oglądać dalej i pisałam, że jednak wróciłam do tego tytułu, chociaż pierwsze spotkanie z tym serialem było raczej odstraszające. 

Cha Do-hyun, Shin Se-gi, Oh Li-jin

I tak, to nie jest drama, którą polecałabym ludziom jako pierwszy ani nawet drugi koreański serial do oglądania. Po pierwsze z dramami jest tak, że najlepiej zaczynać od serii najwyżej sprzed dwóch-trzech lat, bo z jakiegoś powodu dramy bardzo szybko się starzeją (albo to poczucie estetyki i technologia zmienia się jeszcze szybciej), a po drugie trzeba przyzwyczaić się do pewnych schematów i sposobów podchodzenia do pokazywania pewnych scen, a nawet humoru - i to jest drama, którą lepiej oglądać już z pewną bazową wiedzą, jak seriale działają. 

Wszystkie zastrzeżenia mamy już za sobą, więc teraz czas przejść do wrażeń z dramy. I pierwsze jest takie, że zaskakująco szybko się ją ogląda, przynajmniej na początku, bo niestety im bliżej końca, tym bardziej się dłuży. A to, że Kill Me, Heal Me jest dramą z początku 2015 roku widać najbardziej po scenach z babką i matką głównego bohatera oraz w całej korporacyjnej intrydze. 

Kill Me, Heal Me

Cha Do-hyun - cierpiący na zaburzenia dysocjacyjne osobowości (DID), spadkobierca znanej firmy - postanawia zatrudnić sekretnego lekarza, aby odzyskać kontrolę nad swoim życiem.


Kiedyś gdzieś wspominałam, że oficjalne opisy dram często nijak się mają do tego, co oglądamy przez kilka początkowych odcinków. Tutaj na przykład Oh Li-jin zostaje prywatną lekarką Do-hyuna w ósmym (8!) odcinku. Chciałam jakoś przeredagować ten tekst, ale gdybym to zrobiła nie udowodniłabym, że ten opis - ani żaden inny dłuższy, który można znaleźć w internecie - nie oddaje złożoności fabuły Kill Me, Heal Me, bo zanim bohaterowie dotrą do momentu, gdy Li-jin zostaje prywatnym lekarzem Do-hyuna przeżywają (i to dość istotne słowo) po drodze wiele przygód (a to pewien eufemizm). To tak uprzedzając, abyście się nie zdziwili, że to nie jest tylko historia o pacjencie i lekarzu. 

Shin Se-gi

 Subtelnie wersja 1


W ciele Do-hyuna żyje siedem osobowości, a Do-hyun jest hostem i głównym bohaterem serialu. Poza tym często pojawia się Shin Se-gi, który jako pierwszy zbliża się do pani doktor i który pamięta traumę; Ferry Park, którego poznają rodzice oraz brat Li-jin; Ahn Yo-seob i Ahn Yo-na to bliźnięta, chłopiec z usposobienia jest artystą, ale jest także osobowością ze skłonnościami samobójczymi, Yo-na pojawia się, gdy Do-hyun przeżywa ogromy stres i podobno ma pomóc z nim sobie poradzić, ale jako osobowość jest bardzo głośną osobą i podoba się jej brat Li-jin, Li-on. Mamy także dwie tajemnicze osobowości: Nanę oraz Pana X. Z tego co wiem, Kill Me, Heal Me jest całkiem przyzwoitym pokazaniem DID w popkulturze, ale w tym temacie powinien wypowiadać się ktoś, kto się zna na temacie. Ja mogę tylko napisać, że zwykle w dramach bohaterowie mają problemy z komunikowaniem się między sobą, całe wątki opierają się na nieporozumieniach, które wynikają z tego, że bohaterowie ze sobą nie rozmawiają. A w Kill Me, Heal Me "krzyczy się" na głównego bohatera, żeby zamiast myśleć o pozbywaniu się swoich osobowości, spróbował się z nimi porozumieć i jakoś dogadać. 

Oh Li-jin

Fabularnie jest trochę zbyt szybko i w zbyt oczywisty sposób, że bohaterowie mają jakąś wspólną przeszłość, której oboje (znaczy Do-hyun), nie pamiętają, a która związana jest z traumą, którą pamięta Shin Se-gi. Scenarzyści mogli zacząć wspominać o tym zdecydowanie później, bo drama ma 20 odcinków. I niestety im bliżej końca tym odcinki ogląda się coraz trudniej. Wątki zaczynają się nudzić, bo są niepotrzebnie porozciągane. Poza tym praktycznie od początku widz wie więcej od bohaterów, więc tylko czeka, aż oni dojdą do prawdy. I powinno to być pokazane w intrygujący sposób, a tutaj jest niekoniecznie. Scenarzystom udaje się zaskoczyć widza pod koniec serialu, jednak chwilowy szok przygasa, gdy zauważy się, że końcówka jest nieco za bardzo ściśnięta i tak naprawdę brakuje kilku szczegółów, aby dokładnie wyjaśnić, dlaczego wygląda ona tak, a nie inaczej. 

Oh Li-on

Subtelnie wersja 2. Nie wspomniałam o tym w tekście głównym, ale ta drama na naprawdę zabawne momenty.


Wyraźnie widać, że to jednak wątek z tajemnicą i traumą jest mocną stroną tego serialu. Wątek romansowy pomiędzy Li-jin i głównym bohaterem (głównymi bohaterami? - bo najpierw Shin Se-gi zakochuje się w pani doktor / a potem pani doktor zakochuje się w Cha Do-hyunie) jako linia fabularna jest zupełnie nieszczególny, ale na pewno jest nieprofesjonalny. Samą Li-jin prawdopodobnie zaliczyłabym do grona najbardziej irytujących bohaterek wszech czasów, gdyby nie to, że mamy okazję widzieć ją w wielu różnych sytuacjach i różnych okolicznościach i możemy dostrzec szczerość kryjącą się za jej głośną osobowością. 

Początek Kill Me, Heal Me całkowicie mnie urzekł, ale niestety z czasem oglądanie dramy stało się męczące - i to nie tylko, dlatego że odsłaniane były mroczne tajemnice przeszłości. Jestem jednak pewna, że to drama, o której nie tak łatwo będzie zapomnieć. 

LOVE, M

niedziela, 31 maja 2020

Kocham Instagram: grudzień 2019 - maj 2020

Hello!
Przez jakiś czas na blogu ukazywały się regularnie wpisy z najlepszymi zdjęciami z mojego Instagramu. Z początkiem tego roku przestałam je robić, bo i mniej intensywnie publikowałam tam zdjęcia i kalendarz publikacji wpisów uległ trochę zmianie i zwyczajnie trudno było taki wpis gdzieś wcisnąć. Po 5 miesiącach zrozumiałam jednak, że te wpisy miały jedną istotną zaletę - pomagały mi utrzymać porządek w zdjęciach na telefonie. Jednym słowem - obudziłam się ostatnio z tysiącem zdjęć, które muszę przeorganizować. I skoro już się za to zabieram to mogę zrobić o tym wpis.

Orient w literaturze. Literatura w Oriencie. Historia Korei. Reżyseria teatralna.

Muszę się przyznać, że przez całe to studiowanie zdalne straciłam niestety dużo entuzjazmu i zaangażowania w pisanie mojej pracy magisterskiej. Temat oczywiście dalej mnie ciekawi i nie zamieniłabym go na żaden inny, ale pisanie nie idzie mi ani trochę.

Jak rozmawiać o ksiażkach, których się nie czytało.

Zbiór zdjęć pesymistycznych. Pierwszy cytat jest pesymistyczny wprost, książka, którą widać na drugim zdjęciu podobała mi się bardzo średnio (Strategia słonia i dżdżownicy - Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało?),  a cytat trzeci jest przygnębiający i obnażający ludzkie zachowania.

Mickiewicz. Everest. Oskar i pani Róża.

Ponieważ wciąż nie mogę znaleźć sposobu na współpracę z bloggerem i powiększenie zdjęć, muszę napisać, jaki cytat zaprezentowano na plakacie z Mickiewiczem: "Nie ten jest egoistą, kto od ludzi stroni, ale ten, kto za bliźnim, jak za łupem goni".
Everest pozostaje moją ulubioną książką, nad którą pracowałam i nawet Wam napiszę, że na stronie Wydawnictwa ADAMADA jest promocja i można go kupić za 36 złotych.

Printed in North Korea. Wielki następca.
Mam taki plan, że w te wakacje zacznę w końcu pisać więcej o książkach na blogu - seriale do oglądania raczej mi się nie skończą, ale wiele anime poprzesuwano na jesień albo nawet na przyszły rok; na początku lipca powinien pojawić się wpis z kinowymi planami na drugą połowę roku i prawdopodobnie będzie wyglądał on tak, że powtórzę filmy ze stycznia, tylko że wszystkie na jesieni/zimą a latem będzie posucha. Więc jeśli korzystanie z wypożyczalni w bibliotekach będzie wyglądało w miarę normalnie to liczę na wakacyjny wzrost czytelnictwa niezwiązanego ze studiami. Chociaż moi profesorowie od literatury XX i XXI wieku oczekują, że będziemy czytać lektury w wakacje...

Pozdrawiam, M

środa, 27 maja 2020

Pora na przygodę. Z domieszką poirytowania - My Roommate is a Detective

Hello!
Koncept postaci Sherlocka Holmesa oraz ogólnie detektywi to bohaterowie, którzy od lat nieustannie mnie ciekawią. Dlatego, gdy przeczytałam, że drama My Roommate is a Detective to taki chiński Sherlock Holmes wiedziałam, że muszę na nią zerknąć. I nie żałuję, że to zrobiłam.

Uprzedzając, tak powiązania z Sherlockiem są i twórcy nie kryją kim się inspirowali, ale jednocześnie to archetyp genialnego detektywa, charaktery i doświadczenia życiowe bohaterów są inne. I jeszcze jedno uprzedzenie - wiem, że wiele osób zakładało, że osobą, której współlokatorem jest detektyw, jest inspektor Chusheng (archetyp Lestrade'a). Nie, detektyw jest współlokatorem dziennikarki i córki mafioza.

Lu Yao

Kochamy samoświadome dramy, które przełamują czwartą ścianę.


Jaki ten serial jest piękny i przyjemny wizualnie (i nie mam wcale na myśli urody aktora grającego, a może trochę mam, na pewno mam na myśli stroje, w których chodził on i ogólnie wszystkie stylizacje bohaterów). Zaczynając od budynków, poprzez ich wnętrza, aż do budowania kadrów razem z postaciami oraz światła - czyste piękno. Retro i stylistyka Szanghaju lat 20. XX wieku, a przynajmniej czas akcji jest tak ustanowiony. Czy stylistyka jest poprawna historycznie - nie mam pojęcia. Oraz czy ogólnie (albo na ile) podawane w serialu wydarzenia historyczne są faktyczne.

W tym serialu nawet prosektorium było eleganckie. Plus przez jakiś czas nie dawało mi spokoju poczucie, że widziałam już postać podobną do Lu - po kilku odcinkach uświadomiłam sobie, że jest podobny do wcielenia Doctora Who granego przez Matta Smitha.

Sherlock Holmes My Roommate is a Detective

W serialu zestawienie tych kadrów jest dokładnie zaplanowane jako oczekiwania kontra rzeczywistość i na dodatek gra z tym, że Lu jest wzorowany na Sherlocku Holmesie.


Podtrzymuję wszystko, co napisałam o tym, jak ładnie ten serial wygląda, ale im dłużej się go ogląda, tym bardziej ma się poczucie teatru telewizji - wszystko piękne, ale widać, że ustawione.

Najgorsze w początkowych odcinkach są sugestie, że Lu Yao (czyli nasz główny bohater) i dziennikarka mogliby się kiedykolwiek polubić. Mówię temu stanowcze nie. Youning jest nie tylko jedną z najbardziej irytujących bohaterek serialowych wszech czasów, ale jest także zwyczajnie głupia (nie w znaczeniu głupiutka jak podlotek, zwyczajnie durna i niemyśląca o konsekwencjach swoich działań), teoretycznie sprawdza się jako źródło wiedzy dla bohaterów, ale jednocześnie poziom jej "dziennikarstwa" kojarzył mi się z Freddy Lounds z serialu Hannibal, tylko na sterydach. Najgorsze w tej postaci jest to że do tych dwóch cech, dołącza jeszcze fakt, że dziewczyna jest złośliwa i się panoszy oraz ma niesamowicie wpływowego i bogatego ojca (i udaje, że wcale nie korzysta z przywilejów, które jej to daje). Nie wiem, jak osoba, która wymyślała tę postać mogła zakładać, że widzowie ją polubią i że będą chcieli, aby Lou ją polubił.

Youning Lu Yao

Kochamy więcej samoświadomych dram, które wiedzą, że mają irytującą bohaterkę. 


A potem sobie uświadomiłam, że jak nic dziewczyna ma jakąś tajemnicę, traumę (po 2 odcinkach przyszło mi do głowy, że wychowywała się bez matki i dlatego powinno nam być jej szkoda), która sprawi, że zrozumiemy jej zachowanie. Czy M umie przewidywać przyszłość czy to po prostu kwestia kliszy? W 5 odcinku wyjaśnia się czemu powinniśmy z nią empatyzować. Czy to działa? Absolutnie nie. Na widza. Lu Yao rozumie ją po tym wszystkim trochę bardziej, bo bohaterowie dzielą podobne doświadczenia. Widzowi Youning przestaje przeszkadzać koło 28 odcinka, gdy już nie ma się za bardzo wyboru i trzeba ją akceptować.

Chusheng

Jest to pewna zbrodnia na estetyce, że Chusheng nosił mundur tylko w kilku pierwszych odcinkach.


Co do spraw, które nasi bohaterowie rozwiązują - często są pokazywane jako nadprzyrodzone, magiczne i horrorowate, a Lu udowadnia, że wcale nie. Nie ma jednak w odcinkach ogromnego napięcia i zwrotów akcji, sprawy są takie sobie (chyba że to kwestia tego, ile zna się kryminałów). Zamiast tego wiele spraw okazuje się ostatecznie bardzo smutnych czy wręcz tragicznych. Poza tym jednak nawet jeśli sprawy są tylko takie sobie, to odcinki mijają niesamowicie szybko. Być może po części jest to zasługa tego, że odcinek ≠ sprawa. I nie wiem, czy nie było to frustrujące dla osób, które serial oglądały na bieżąco, ale dla mnie to świetne rozwiązanie, bo każda zagadka dostawała tyle czasu, ile potrzebowała.

My Roommate is a Detective

Poza sprawami kryminalnymi powracającym motywem w serialu są Anglicy, którzy służą za naczelnego złego tego serialu. Nie znam się na historii Szanghaju, ale bardzo ciekawe było obserwowanie na drugim planie tej walki o wpływy, o to żeby szanghajczycy przypadkiem nie mieli jej za wiele. A do tego także gangi czy mafie w mieście musiały jeszcze dogadywać się między sobą i dopiero z Anglikami. Jeszcze innym elementem było to, że Anglicy uważali Lu Yao z jego zdolnościami (oraz rodzinnymi koneksjami) za niebezpiecznego dla swoich interesów i robili wiele, aby Lu Yao Szanghaj opuścił.

Uroczym i miłym dla mego serca dodatkiem do serialu były nawiązania i wstawki, najczęściej w dialogach. Na przykład serial wspomina o miłości Marii Skłodowskiej-Curie i Piotra Curie, nawiązuje do Picassa, Lu Yao zachwyca się wydaniem Wieczorów medańskich, a w pewnym momencie prosi Chushenga o żelazko z Niemiec, bo polskie mu się nie sprawdzało. Czy Polska w latach 20. eksportowała żelazka?

My Roommate is a Detective

To jest cudowna i idealna drama do oglądania po dwa odcinki dziennie, tylko że ma 36 odcinków, co rozkłada oglądanie na ponad dwa tygodnie i w tym czasie widz zdąży przywiązać się do bohaterów bardziej niżby przypuszczał. Bardzo dawno nie było mi tak zwyczajnie smutno, że nie mam kolejnego odcinka serialu do włączenia. Nie miałabym nic przeciwko drugiemu sezonowi (i spokojnie można go zrobić) a jednocześnie a drama ma tak konkretne, sensowne i spajające zakończenie, że może szkoda byłoby je ruszać. Ale smutno mi nadal. 

LOVE, M

niedziela, 24 maja 2020

Ile teledyskowych trendów zmieściło DAY6 w 24 klipach?

Hello!
W zeszłe wakacje zrobiłam dwa wpisy dotyczące teledyskowych trendów:10 najpopularniejszych teledyskowych trendów oraz Kto jest bardziej trendy: LOONA czy BLACKPINK? i od tamtego czasu zastanawiałam się nad kontynuowaniem tej serii. Już wtedy miałam na oku teledyski DAY6, bo zespół w samym 2017 roku pokazał światu aż 12 klipów, a w sumie do tej pory razem z teledyskami do japońskich singli naliczyłam 24 teledyski. Także materiału pod dostatkiem. 

To z teledysku do Zombie.

 

Jednak niewielki problem z DAY6 jest taki, że to nie do końca k-popowy boysband. To znaczy to "chłopcy" i w sumie są "zespołem", ale są zespołem w bardziej dosłownym tego słowa znaczeniu - instrumenty na żywo, gitary, perkusja te sprawy. Na Wikipedii mają napisane, że są zespołem rockowym; mi się wydaje, że w podstawach to bardziej pop-rock, ale ich piosenki prezentują całą rozciągłość muzycznych zainteresowań członków - także bywają bardzo różne. A ogólnie to idealnie wpisują się w taką muzykę, którą lubię najbardziej.

DAY6 wydało 6 minialbum The Book of Us: The Demon z głównym singlem Zombie 11 maja i pomyślałam, że to idealny czas, aby w końcu o nich napisać, bo jak sądzę, już zdążyliście się domyślić, że zespół bardzo lubię. Zombie zrobiło na mnie ogromne wrażenie, ale to ogromnie smutna piosenka; z całego albumu najbardziej podoba mi się Love me or Leave me. Jak widzicie dzisiejszy wpis to pretekst, abym mogła popisać sobie, jak bardzo lubię DAY6. 

Letting Go DAY6

Przejdźmy do trendów. W dwóch wspominanych wyżej wpisach wymieniłam w sumie 13 trendów. Dzisiejszy wpis to trochę eksperyment - bo może się okazać, że w klipach DAY6 tych trendów wcale nie ma i wyjdzie mi wpis bez treści. A więc sprawdzamy! 

1. Ostatnia wieczerza. 

Naciągam odrobinę ten punkt, ale w teledysku do piosenki Letting Go Jae siedzi przy stole. W sumie nawet dwóch - siedzą naprzeciwko siebie. I chociaż ujęcie jest dość krótkie to jest. 



2. Wanna.

Jestem lekko rozczarowana, ale nie zaskoczona, bo o braku wanny wiedziałam od zawsze.

3. Pustkowie.

Tu (to znaczy w klipie do piosenki Hi Hello) mamy taki teledysk drogi, ale nagrany na drodze pośród niczego, więc mniej więcej wpisuje się w koncepcję tego trendu. 

4. Dokumentalne. 

Teledyski dokumentalne dzielą się na dwa typy 
A) stylizowane na dokumentalne i tu przykładem będzie I'm Serious
B) z kamerą za kulisami / członkowie zespołu sami się nagrywają i w ten typ wpisuje się Dear My Day.

5. Hongkong.

Nie dopatrzyłam się, aby DAY6 coś tam nagrało.

6. Retro (plus rolki).

Retro! Uwielbiam ten koncept!



7. To miejsce! 

Tam też nie byli. 

8. Złote rybki.

DAY6 nie posiada złotych rybek albo ja ich nie widziałam.


9. Miasto.

DAY6 nagrywa albo w studiu, albo na pustych ulicach, albo 4 ich klipy to tak naprawdę minifilm, więc nie mają zbyt wielu okazji do próbowania bardziej zewnętrznych konceptów jak widać. 

10. Czarno-białe.

Tu mamy dwóch kandydatów. Klip do DANCE DANCE cały jest czarno-biały. Teledysk do piosenki Sweet Chaos jest czarno-biały w pierwszej połowie. 

11. Sklep / wózek sklepowy.

O to tutaj jest jeden z klipów z tej minifilmowej serii (w sumie to minifilmowe serie są nawet dwie, ale nie jest to teraz istotne). W każdym razie w tym teledysku Young K pracuje w sklepie i postanowiłam włączyć go do tej kategorii. 


12. Pralnia.

Nie ma, ale nie jest to coś szczególnie zaskakującego. 


13. Samochody. 

Jakie piękne zamknięcie - samochód jako ważny rekwizyt jest w pierwszy wspominanym dziś klipie, czyli do piosenki Letting Go. I po małym śledztwie obecność i trendu numer jeden, i trendu numer trzynaście w tym konkretnym wideo nie powinna być zaskakująca. Otóż za teledysk odpowiadało VM Project Architecture.


Podsumowanie 7/13. Powiedzmy połowa. Wpis me treść, ja jestem szczęśliwa, że znalazłam w końcu czas i wymówkę, aby napisać o DAY6. Chociaż mogłam wybrać sobie weselszy comeback, a nie dosłownie taki, w którym ogłoszono, że zespół odwołuje wszystkie aktywności ze względu na potrzebę psychicznego odpoczynku, a potem głównym singlem z albumu okazuje się piosenka, która niemalże dokładnie to tłumaczy. Chociaż poprzednio miałam ochotę o nich pisać przy Shoot Me, a to też nie był wesoły comeback, ale piosenka świetna. 

LOVE, M


środa, 20 maja 2020

Dramy, które zapomniałam oglądać dalej

Hello!
Jak wspominałam - w najbliższym czasie na blogu będzie sporo wpisów o serialach, bo w sumie tylko je ostatnio oglądam. Do kina tęsknię bardzo, ale oglądanie nowych filmów na Netflixie jakoś mnie nie przekonuje. Z książek zaś jestem gdzieś pomiędzy Poezją staropolską wobec genologii retorycznej a Teoriami literatury XX wieku.

Dziś przedstawiam Wam 7 dram, które zaczęłam oglądać, ale nie skończyłam oraz wspominam o dwóch w ramach tego, aby się zmotywować do ich dokończenia.

Kill Me, Heal Me
Jeśli się nie mylę to jest to plakat/okładka do ścieżki dźwiękowej serialu Kill Me, Heal Me, który jest specjalnym przypadkiem na tej liście.


Do nich nie wrócę i pozostaną w wiecznym zapomnieniu:

He is Psychometric

 

Wdziałam 4 albo 5 odcinków tej dramy i pamiętam, że byłam nimi bardzo poruszona, ale później niewiele z tego wynikało. Fabuła nie była porywająca, ani szczególnie ciekawa i prawdopodobnie, gdyby nie to, że gdzieś miałam ten tytuł zapisany to w ogóle zapomniałabym o istnieniu tej dramy. 

Are You Human Too ?


To jest jedyny przykład dramy, którą, choć bardzo mi się podobała i bardzo ciekawiło mnie, jak się skończy, przestałam oglądać, bo nie byłam w stanie znieść głównej bohaterki.  Po prostu w pewnym momencie stwierdziłam, że irytuje mnie tak bardzo, że nie muszę mieć cierpliwości, aby oglądać tę dramę dalej.

Designated Survivor: 60 Days 


Czytałam sporo dobrego o oryginalnej wersji, czytałam też dużo dobrego o koreańskiej, ale to drama, w której dobremu człowiekowi przytrafiają się złe rzeczy, bo inni ludzie knują i tworzą intrygi. Życie i tak jest niesprawiedliwe, nie muszę jeszcze oglądać dramy, która to potwierdza.

Designated Survivor: 60 Days


Chief of Staff


Chyba po prostu nie mam nerwów do oglądania dram politycznych. Nawet jeśli gra w niej aktor, którego lubię, a pierwsza piosenka ze ścieżki dźwiękowej podbiła moje serce w mniej niż 10 sekund. 

Witch's Love


Tutaj nie tyle zapomniałam, co obejrzałam 3-4 odcinki i pomyślałam, że wolę oglądać nieco bardziej ambitne produkcje. Przy czym to nie tak, że to, co zobaczyłam mi się nie podobało, bo Witch's Love wygląda na bardzo miłą produkcję do oglądania dalej, tyle tylko, że trudno napisać o niej coś więcej.

The King in Love / The King Loves


Zobaczyłam jeden odcinek, po czym zapomniałam, że ta drama istnieje. Tylko tyle i aż tyle.

Vagabond  


Nawet zaczęłam pisać recenzję tej dramy:

Jeśli drama na Netflixie ma opis: Kiedy jego bratanek ginie w katastrofie lotniczej kaskader Cha Dal-heon postanawia zbadać przyczyny wypadku z pomocą tajnej agentki Go Hae-ri, to jest pewne, że będę musiała ją sprawdzić, bo brzmi jak dramowa wersja Katastrofy w przestworzach. Z tym, że to już na wstępie rodzi pewne problemy. Jak bardzo skomplikowana musiałaby być przyczyna katastrofy żeby szukać jej 16 odcinków? Ile dodatkowych elementów fabuły trzeba dołożyć? Ogólnie - szukanie odpowiedzi na pytanie "Dlaczego samolot się rozbił?" to trochę za mało na fabułę dramy.

VAGABOND

I w sumie w swoich pierwszych intuicjach miałam rację - przestałam to oglądać po 5 odcinkach i nie byłam się w stanie zmusić, aby włączyć kolejny, bo nie interesowało mnie, jak bohaterowie dojdą do prawdy, a dodatkowo irytowały mnie karykaturalnie złe postaci polityków i pracowników korporacji lotniczych. W skrócie oglądanie tej dramy jest bardzo męczące.


Do nich wrócę (kiedyś na pewno):

 

Kill Me, Heal Me


Z tą dramą jest taki kłopot, że próbowałam zacząć ją oglądać, gdzieś na początku mojej darmowej drogi w 2017 roku i to mógł być mój błąd, bo nie jest to dobry tytuł na rozpoczynanie swojej przygody z dramami. Ale Auditory hallucination to jedna z moich ulubionych piosenek z dram, chociaż wydaje mi się, że nie wspominałam o niej we wpisach.

Aktualizacja jeszcze przed opublikowaniem: otóż w czasie pomiędzy napisaniem tego wpisu a jego opublikowaniem zdążyłam obejrzeć 12 z 20 odcinków Kill Me, Heal Me. Także faktycznie poczułam się zmotywowana. Ale postanowiłam zostawić ją na liście, bo zabranie się za oglądanie zajęło mi ponad dwa lata.

Kill Me, Heal Me poster

Hotel del Luna


Obejrzałam 4 albo 5 odcinków, bawiłam się świetnie, a później nie mogłam znaleźć w sobie ambicji, aby włączyć kolejne. Być może wynikało to z popularności dramy, która spowodowała, że poczułam wewnętrzną presję, że nie mogę ją obejrzeć, a później o niej nie napisać - a gdy drama wychodziła nie miałam ani siły, ani czasu, aby pisać dłuższe i bardziej ambitne recenzje. Ale jestem pewna, że kiedyś ją dooglądam i o niej napiszę.


Mam dziwne wrażenie, że o czymś jeszcze zapomniałam, ale wpisuje się to nawet w koncept dzisiejszego tekstu.

Pozdrawiam, M

środa, 13 maja 2020

Typy prowadzących w czasie studiowania online

Hello!
Dzisiejszy wpis jest efektem frustracji na ogarnięcie całych uczelni wyższych oraz poszczególnych prowadzących w czasie tego całego nauczania zdalnego. W pewnym momencie osiągnęliśmy już pewien poziom stabilizacji, ale zbliża się sesja, a my nieustannie dostajemy sprzeczne sygnały od naszych prowadzących, co jest bardzo frustrujące. Tak naprawdę chyba wszyscy chcielibyśmy, aby ogłoszono cokolwiek - my się jakoś dostosujemy - byleby coś ogłoszono.

studia zdalne

Wszystkie poniższe typy powstały z doświadczeń moich i mojego brata, ale nie wszystkie - wbrew pozorom - są złe, bo niektórzy prowadzący ogarniają lepiej niż można było przypuszczać. A też taka ciekawa uwaga i coś, czego chyba się nie spodziewałam po zajęciach online. Otóż jeśli zajęcia na żywo były stresujące i wymagające - dalej takie są. Jeśli były miłe i sympatyczne - także są takie wciąż. Jeśli były nudne - nic nie się zmieniło. A spodziewałam się, że coś się zmieni - albo na lepsze, albo na gorsze - a nic takiego się nie stało.


Typ 0

Kto? Wszyscy
Co? Nic nie wiedzą.

Typ 1

Ogarnął najszybciej ze wszystkich MS Teams i zrobił nawet miniwykład na próbę, aby sprawdzić, czy wszystko działa. 

Typ 2

Ogarnął Zooma i zajęcia odbywają się w miarę po kolei.

Typ 3

Najpierw nie wiedział co ogarnąć, więc kazał nam napisać prace, a potem stwierdził, że Discord jest super.

Typ 4

Studentom za mało jeszcze platform do zajęć on-line? Czemu by nie wypróbować Google Classroom?

Ale poważnie doceniamy za zaangażowanie, bo osoba, która zdecydowała się na tę platformę, przynajmniej zdecydowała się na nią dość szybko i ogólnie nie pracowało się tam źle.

Typ 5

Wychodzący z założenia, że wszyscy mają Skype.
Ale najpierw nieodzywający się przez dwa tygodnie, niech studenci domyślają się, co mają robić.

Typ 6

Wysyła skany z zadaniami. Tydzień później wysyła kolejne zadania i odpowiedzi. Nic więcej, nawet dzień dobry. 

Typ 7

Podzielcie się w grupy, będziecie tak pracować cały czas. Tu macie tekst wykładu, tu macie dopowiedzenie tego, co powinno być na ćwiczeniach, tu macie zadanka. Termin dwa tygodnie, powodzenia. 

Typ 8

Dla naszej grupy to w sumie lepiej, bo te nasze zajęcia i tak wymagają poświęcania im dużej ilości czasu w domu. To pierwsze zadanie macie 3 tygodnie. Odezwę się jak sprawdzę.

Typ 9

Na zaliczenie miały być prezentacje więc je zróbcie i nic więcej nie będę od was chcieć. 

Typ 10

Na zaliczenie miała być jakaś minipracka, więc macie tu tematy, a ja będę wam podsyłała jakieś artykuły. Poczytajcie sobie.

Typ 11

Wydaje mu się, że ogarnął MS Teams, ale tak naprawdę nie ogarnął. I zastanawiaj się studencie, w którym spotkaniu nasz zajęcia.

Typ 12

Eksperyment sam się nie przeprowadzi więc zapraszam na wycieczkę po laboratorium. Takie z kamerą wśród laboratorium.

Typ 13

Plan zajęć? Jaki plan zajęć? Jak ja chcę przeprowadzić teraz zajęcia, to będą teraz. Ale nie martwcie się drodzy studenci, nagram i wam wyślę. 

Typ 14

Nie odzywa się do studentów przez dwa tygodnie, ale zrobił grupę w MS Teams, to podejrzane. Po czym wpisuje spotkanie na 2 minuty przed zajęciami. 

Typ 15

Po którym nikt się nie spodziewał, a ogarnia lepiej sprawę lepiej niż doktoranci. On się cieszy, a studenci cieszą się nawet bardziej. 

Typ 16

Wykłady? Jakie wykłady? Macie sylabus, sprawdźcie bibliografię.
Biblioteki zamknięte? Nic mnie to nie obchodzi. 

Typ 17

Ćwiczenia odbywają się zupełnie normalnie, tak normalnie, że ma się 15 minut na odesłanie mailem dowodów tego, że coś się na tych ćwiczeniach robiło.

Typ 18

Którego wykłady przez internet są ciekawsze niż ćwiczenia online.

Nie wiem, jak to możliwe, ale wykładu słuchałam, choć w sumie nie musiałam, a na ćwiczeniach, na których powinnam być bardziej uważna - przysypiałam.

Typ 19

Cichociemny albo Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie

Zajęcia zaczynają się od poniedziałku (bo od połowy semestru), jest niedziela wieczór, ale prowadzący nie dał nikomu znaku życia.

Typ 20

Prowadzący, któremu wydaje się, że jak wyśle nam swoje artykuły naukowe jako prowadzenie wykładów i ćwiczeń i zada nam napisanie prac na 2 strony to przeprowadził zajęcia. 

Miesiąc, jeśli nie dłużej, nasza starościna roku wchodziła na głowę dziekanowi, a inni pisali i rozmawiali z kim się dało, aby nie musieć pisać prac na zaliczenie obecności wykładu. W końcu się udało, ale dwie prace i tak trzeba było napisać, a prowadzący dalej nie wykazuje jakiejkolwiek chęci, aby prowadzić wykłady zdalnie.

Dla osób, które być może nie do końca wiedzą, jak działają wykłady (a są osoby ze mną na roku, które tego nie widzą) - na moim wydziale wykłady są obowiązkowe trzeba być na nich obecnym. Z tym, że to co robisz po podpisaniu listy - nikogo nie obchodzi. Dlatego tak zdenerwowaliśmy się tym, że wymagano od nas pisania prac z wykładów. 

A dwa - ostatnio przeżyłam kolejne załamanie nerwowe, gdy przeszło mi pisać pracę, na podstawie wniosków ze wcześniejszej pracy, tylko że oczywiście prowadzący nie raczy odpisać, czy nasz prace były dobre czy nie i takim sposobem można napisać dwie prace kompletnych głupot. Tym bardziej, że dotyczyło to dość abstrakcyjnego zagadnienia, które nie jest popularne w badaniach literackich. 

Inna sprawa jest taka, że my kolektywnie nie wierzymy, że prowadzącemu chce się czytać te prace. Będzie nam musiał jakoś wystawić oceny, ale to inna sprawa.


Jestem ciekawa czy macie podobne doświadczenia albo Wasi nauczyciele/prowadzący zachowują się jeszcze inaczej i mają odmienne podejścia do obecnej sytuacji. 

Trzymajcie się, M

sobota, 9 maja 2020

Zbyt piękne, aby było prawdziwe - SKY Castle

Hello!
SKY Castle było dramą, która podbiła Koreę na przełomie 2018 i 2019 roku. Z tego, co wiem nie przebiła się jednak do międzynarodowego świata fanów dram. Głównym argumentem było to, że ze światem przedstawionym (elity lekarzy i prawników) i systemem edukacji Korei trudno było znaleźć jakieś osobiste połączenie i utożsamienie. A ja napiszę, że wszyscy powinniśmy się cieszyć, że przyszło nam to oglądać tylko w dramie i mieć nadzieję, że była ona bardzo przehiperbolizowana. Chociaż czytałam, że wcale nie i dla ludzi w Korei była boleśnie realistyczna. 

SKY Castle Cast

Pierwszy odcinek SKY Castle robi świetną robotę z przedstawieniem postaci oraz ich środowiska i od razu rozstawieniem ich po kątach. A jednocześnie od początku jest w tej dramie coś niesamowicie niepokojącego, zbyt idealnego - od razu widać, że to sztuczne. 

Najkrótszym zarysem fabuły tej dramy byłaby odpowiedź na pytanie: Jakie są konsekwencje przelewania własnych ambicji na dzieci? A dokładniej obserwujemy głównie matki, które zrobią wszystko (dosłownie), aby zapewnić swoim dzieciom edukację - czy tego chcą, czy nie. A SKY Castle jest nazwą sąsiedztwa, w którym nasi bohaterowie mieszkają, a której to nazwy pierwsza część jest akronimem od 3 najbardziej prestiżowych uniwersytetów w Korei: Seoul National University, Korea Universtity oraz Yonsei University.

Obsada jest dość liczna i trudno byłoby opisać sytuację każdej rodziny, ale w najprostszym układzie ta drama sprowadza się do tych dwóch rzeczy - ambicji rodziców i reakcji dzieci na te ambicje. Poniżej skupiłam się tylko na wybranych aspektach - wyszło tak, że głównie postaciach - bo opisywanie całej dramy nie jest konieczne. 

SKY Castle No Seung-hye

Wątek Seung-hye i jej męża był jednym z ciekawszych i najbardziej satysfakcjonujących do oglądania.


Koniecznie trzeba napisać, że praca kamery i ujęcia, budowanie kadrów robi w tej dramie ogromne wrażenie i bardzo akuratnie podkreśla tak nastroje, jak i działania bohaterów. Szczególnie w pierwszym odcinku.

Hye-na - na początku bardzo się jej kibicuje - jest buntowniczką, która mówi, co myśli, a w tym świecie, w którym funkcjonuje - to zupełnie nie do pomyślenia. Ale choć czuć, że jest ona szczera, po pierwsze nie wybudza sympatii, po drugie - gdy tylko nadarza się okazja, odkrywamy, ze Hye-na ma w sobie niesamowite pokłady zazdrości i zawiści (i być może mama wcale nie wychowała jej tak dobrze, jak dziewczyna chciałaby wierzyć), a z czasem okazuje się także, że jest niezwykle wyrachowana.

Ye-seo

 To Ye-seo nie Hye-na.


Nie zdradzając za dużo - wystarczy spojrzeć na jej relację z Woo-joo. On ją szczerze lubi, ona o tym wie, ale wie także, że chłopaka lubi Ye-seo. A ponieważ Ye-seo to największy wróg Hye-ny, Hye-na spotyka się z Woo-joo na złość Ye-seo.

Chciałoby się, aby Hye-na nie zniżała się do poziomu ludzi ze SKY Castle, ale niestety to się dzieje. Niestety ona nie ma takiego zaplecza jak osoby ze SKY Castle i na jak sprytną nie chciałaby pozować - nie ma do nich startu.

Ye-seo - gdyby w tej dramie była sekunda więcej tej postaci, to nie byłabym w stanie jej oglądać. Ze świecą szukać drugiej tak samolubnej i egocentrycznej postaci w kulturze. Tym co różni ją od pozostałych dzieci ze SKY Castle jest to, że ona faktycznie chce dostać się na medycynę do Seoul National University i zostać lekarzem; rodzice nie musieli jej do niczego zmuszać.

SKY Castle Ye-seo

 Jak tu jej nie kochać.


Ze wszystkich postaci Ye-seo przechodzi najbardziej spektakularną drogę. W sumie cała jej rodzina przechodzi najwięcej - całe SKY Castle skupia się przecież głównie na jej mamie. Ye-seo była naprawdę nieznośną postacią, ale tym bardziej zakończenie dramy jest satysfakcjonujące.

Tatusiowie - przez 3/4 dramy tatusiowie są comic reliefem serii. Szczególnie, gdy są na ekranie razem. Oni też oczywiście spiskują i mają swoje intrygi - i jeśli dokładnie się im przyjrzeć, to są one obiektywnie poważniejsze niż sprawy mam, dotyczą szpitala, pacjentów i walki o dyrektorskie stołki, ale przedstawione są jak parodia westernu.

SKYCastle dads

Ale później drama, jak to drama, robi się naprawdę dramatyczna i tatusiowie także muszą swoje przejść. Słusznie, bo nie byli tatusiami tylko pracowali, więc w brutalny sposób musieli nauczyć się ojcowskiej odpowiedzialności. 

SKY Castle ma 20 odcinków, ale mogłabym obejrzeć kolejne 20, bo była tak wciągająca i zaskakująca. Drama o tym, co zrobią rodzice, aby ich dzieci dostały się na najlepsze studia była też zwyczajnie przerażająca. Cały czas obserwuje się postaci, które są zwykle są na granicy zachowywania się jak w miarę przyzwoity człowiek oraz zwykła dwulicowa szumowina. Dlatego często decyzje, które podejmują nasi bohaterowie są zaskakujące - nigdy nie wiadomo, która ze stron wygra, a czy podjęcie takiej, a nie innej decyzji nie było elementem strategi i podbudową pod kolejne działanie.

Ten tekst wyszedł mi bardziej ogólnikowy niż zakładałam, ale bardzo nie chciałam zacząć opisywać wątków każdej z rodzin z osoba. W skrócie: SKY Castle jest jedną z najlepszych dram jakie widziałam. Jeśli nie najlepszą. Niekoniecznie ulubioną, bo na bycie osobiście ulubioną jest nieco za poważna, ale w kategoriach w jakich można rozpatrywać ją obiektywnie - zdecydowanie jedną z najlepszych.

LOVE, M

środa, 6 maja 2020

Pierwsze wrażenia - sezon wiosenny 2020

Hello!
Poważnie zastanawiam się, czy robić pierwsze wrażenia z bieżącego sezonu, bo przez ostatnie dwa tygodnie obserwowałam falę informacji: anime o takim i takim tytule zostaje zawieszone po 3-4-5 odcinku, bo koronawirus. Wraca nie wiadomo kiedy / w lipcu / w październiku. Trochę to wyglądało jakby sezon wiosenny 2020 został odwołany. Ale są te pierwsze odcinki, wiadomo, że niektóre anime wyjdą w całości, a poza tym trzeba się przygotować i wiedzieć, czy w przyszłości wracać do tych tytułów. 

Woodpecker Detective's Office

Kitsutsuki Tanteidokoro (Woodpecker Detective's Office)

 

Koncept tego anime mi się podoba - poeta i detektyw w jednym - podobał mi się pierwszy odcinek, bo ładnie wyjaśniał usytuowanie bohaterów. Ale już drugi odcinek zakłada, że będziemy mieli jakieś emocjonalne połączenie z bohaterami i będziemy przejmować się ich losami - niestety nie. Co sprawia, że drugi odcinek jest nudny, chociaż dużo się w nim dzieje. To anime zgubiło w drugim i trzecim odcinku swój temat, a że nie zapowiadało się na komediowy tytuł to niby zabawne sceny, które oglądamy, nie są zbyt przekonujące.

Kitsutsuki Tanteidokoro (Woodpecker Detective's Office)

Szkoda, raczej do tego anime nie wrócę, chociaż muszę to napisać jeszcze raz - pierwszy odcinek był bardzo dobry. Z plusów trzeba jeszcze zaznaczyć, że Kitsutsuki Tanteidokoro jest także bardzo ładne, szczególnie tła i scenografie, bo piękno bohaterów jest na dobrym poziomie, ale bez szczególnych zachwytów.


Kami no Tou (Tower of God)


Prawdopodobnie najbardziej hypowane anime tego sezonu. a powstało na podstawie koreańskiego komiksu i Stray Kids wykonują opening i ending.

Jak prostej fabuły by nie miało to anime - a póki co wiem tylko, że chłopak chce się wspiąć na szczyt wieży, bo na wieżę poszła bliska mu dziewczyna, plus na tymże szczycie można spełniać swoje marzenia - to wypełnia ono estetyczną i artystyczną pustkę tego sezonu.

Kami no Tou

To znaczy założenia tego anime są proste, bo dla bohatera wspinanie się po kolejnych poziomach wierzy jest zadaniem wypełnionym testami, w których cały czas naraża swoje życie. Tylko mam nadzieję, że to nie jest historia od zera do bohatera i Bam pozostanie tak uroczy, jak powiedziały mu dwie bohaterki w pierwszym odcinku. Ponadto ze wszystkich opisywanych dziś anime to jest najbardziej wciągające. 

Tower of God
Jest też animowo zabawne.

 

Kaguya-sama wa Kokurasetai?: Tensai-tachi no Renai Zunousen (Kaguya-sama: Love is War Season 2)

 

Drugi sezon tego anime byłoby bardzo trudno zepsuć i nie zapowiada się, aby było on gorszy niż pierwszy. Uśmiechałam się cały czas, oglądając pierwszy odcinek, to anime jest takie przyjemnie zabawne.

Kaguya-sama: Love is War Season 2

 

Fugou Keiji: Balance : Unlimited (The Millionaire Detective)


Ups, gdy pisałam o Tower of God zapomniałam o tym anime, które walczyło o tytuł najbardziej hypowanego tytułu tego sezonu. Ale musiało przegrać, bo padło ofiarą koronawirusa i jestem jednym z tych anime, które wróci latem.

Fugou Keiji: Balance : Unlimited (The Millionaire Detective)

No, ale sezon się nie liczy, jeśli w anime nie ma głosu Mamoru Miyano (ale nie podkłada jej postaci, którą widzicie na kadrze). Poza tym to anime ma najlepszy muzycznie opening ze wszystkich opisywanych serii. Estetycznie najciekawszy jest opening Bungou to Alchemist:Shinpan no Haguruma.

Ogólnie to anime jest zabawne w dziwny sposób. Mamy bohaterów: Daisuke (na obrazku) jest trochę jak Batman (i trochę jak Iron Man), ale nie musi nosić stroju i się kryć, a koncept jest taki, że uważa, że wszystko można kupić. Drugi bohater uważa, że Daisuke nie wie co to odpowiedzialność i ma zamiar go tego nauczyć. 

Arte

 

Nie przepadam za anime typu od zera do bohatera i o drodze pełnej przeszkód do spełniania marzeń i w sumie nie wiem, dlaczego postanowiłam zerknąć na to anime. Może spodziewałam się, że skoro dzieje się we Florencji w renesansie i dotyczy sztuki to będzie wyjątkowo ładne czy nawet artystyczne. Nie jest. A zainteresowanie bohaterką straciłam w połowie odcinka. Problem jest taki, że anime z takimi założeniami jakie ma Arte były już setki i jeśli od początku nie ma się czegoś, co by je wyróżniało, to po prostu wie się jak to działa i nie jest to nic ciekawego. A jak pisałam, Arte nie pomaga czas i miejsce akcji, bo ich potencjał jest zupełnie niewykorzystany ani nie wyróżnia się kreską. Chciałam być sprawiedliwa i obejrzałam drugi odcinek, ale nie zmienił on niczego w postrzeganiu tego anime.

Arte


Bungou to Alchemist: Shinpan no Haguruma

 

Bardzo ładne zamkniecie wpisu, bo to kolejne anime, w którym mamy pisarzy. Ale bardziej niż z  Kitsutsuki Tanteidokoro to anime oczywiście kojarzy się z Bungou Stray Dogs, bo mamy w nim nawet tych samych pisarzy. Oraz całkiem solidną obsadę głosową, choć zupełnie inną niż w BSD.
Styl tego anime też jest inny - Bungou to Alchemist ma bishounenową estetykę.

Bungou to Alchemist: Shinpan no Haguruma

Ale skupmy się na samym anime. Pierwszy odcinek jest nieco dziwny, zabawny i w ogóle nie za bardzo można połapać się o co chodzi. To znaczy trochę można, ale rzeczy rozwiązują się nie tak, jak byśmy przypuszczali. A potem popatrzyłam jeszcze chwilę na piękną postać Akutagawy Ryuunosuke w samurajskim wcieleniu i z mieczem i zrozumiałam, że to anime to książkowa wersja Touken Ranbu: Hanamaru, w którym ratowało się przeszłość, a tu ratuje się opowieści. To brzmi jak idealna animowana rozrywka dla mnie. 

Bungou to Alchemist Dazai Osamu

A tak wygląda Dazai Osamu w pierwszym odcinku. Oczywiście najbardziej podoba mi się jego fryzura. Ale widziałam też już gify z Khunem z Tower of God i jego kucykiem, na punkcie którego oszalał cały internet i ja razem z nim.



Podsumowując, powinnam dokończyć Tower of God, prawdopodobnie obejrzę Love is War i Bungou to Alchemist. 

LOVE, M