czwartek, 1 stycznia 2015

W skrócie

Hello!
Tytuł posta jest nieporozumieniem, ja nie umiem nic zrobić w skrócie czy krótko, nawet jak zrobię sobie takie założenie. Dlatego z góry uprzedzam. Oczywiście mnie też nie ominie jakieś podsumowanie. Ale postanowiłam zrobić to wybierając po jednym, może dwóch postach, bądź serii postów z całego roku, z których jestem szczególnie duma, albo które podobały się osobom tu zaglądającym, żeby je przypomnieć.A przy okazji mam możliwość wykorzystania różnych obrazków i gifów, które zbieram, ale jakoś nigdy nie pasują do tego co piszę.
Styczeń. W sumie, aż 10 notek, ale jak sobie przypomniałam to ze względu na przygotowania do Olimpiady. A mi się wydawało, że to było już bardzo dawno temu.
Tu notka o Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. Tylko i wyłącznie dlatego, że widać jakie krótkie mam włosy. A tu prezent jaki zrobiłam Zebrze na Boże Narodzenie, czyli wyszyta Zebra.


Luty. Również 10 notek. Ale tematycznie, przynajmniej teraz na to patrząc dużo ciekawsze niż styczniowe.
W związku z tym wybrałam 3 notki. W tej narzekam na brak umiejętności odczytywania znaków drogowych, potem z tego powstał całkiem udany felieton na język polski. Znalazłam też moment, w którym zainteresowałam się Hannibalem, bo w autobusie widziałam fragment "Po drugiej stronie maski". Było to na wycieczce w Opinogórze. I kilka słów o jednym z moich ulubionych filmów, czyli o "Atlasie chmur".

Marzec. Znów wybrałam 3, po prostu inaczej się nie dało. Ostrzegałam, że słowo skrót to wielkie nadużycie. Moim zachwytom nad wszystkim co związane z teatrem nie ma końca, a jeśli do tego dodać muzykę to niczego więcej mi do życia nie potrzeba. Ale musicale! to takie małe spełnienie marzeń. Moja miłość do herbaty obawia się o tu. I nic w tej materii się nie zmieniło. Po obejrzeniu filmu, szybko nadrobiłam książkę i przygotowałam wybór cytatów z "Atlasu chmur".

Kwiecień. Kto by się spodziewał, że będą 3 linki? Zaczynamy od wyszywanej flagi Wielkiej Brytanii. Następnie notka, która nie wzbudziła zbyt dużego zainteresowania, ale jestem pewna, że temat inspiracji kiedyś tu jeszcze powróci. I ostatnia z kwietnia, ciekawa rozmowa na temat lenistwa. Zapomniałam, że tu jest, a nieźle się uśmiałam jak ją przeczytałam.

Maj. Udało mi się odnaleźć animowany film mojego dzieciństwa. Jeszcze go od tamtej pory nie obejrzałam ponownie, ciągle mnie przeraża.Mowa o Metropolis. Ciekawszą rzeczą, która wydarzyła się w maju był mój udział w audycji radiowej. Bardzo się cieszę, że się zgłosiłyśmy. O tym jak bardzo to przeżywałam można przeczytać tu. Kilka zdjęć na zakończenie maja zamieściłam w tym miejscu. A, że wyjątkowo mi się podobają, znalazły swoje miejsce w podsumowaniu.

Czerwiec. Znów niechcący zwiększam ilość notek, do których będę się odnosić. Ale najwyraźniej czerwiec był moim dobrym miesiącem. Krótką relację z wycieczki do Warszawy możecie przeczytać tu. Oczywiście piszę o tym głównie dlatego, że byliśmy w teatrze. W książkach o Kłamcy też zakochałam się w czerwcu. Objawem mojej innej fanowskiej miłości jest recenzja "Przeszłości która nadejdzie". A kolejnej, choć nie do końca mojej, jest urodzinowy Sherlock Holmes dla Koleżanki z ławki.

Lipiec. W tym miesiącu napisałam aż 16 notek. Najbardziej jestem dumna z tych o Doctorze Who, bo właśnie w lipcu rozpoczęłam cykl wakacyjnych notek o serialu. Z innych wakacyjnych rzeczy, byłam na koloniach w górach i oczywiście nad Morskim Okiem. To chyba najbardziej fotogeniczne miejsce jakie odwiedziłam. W lipcu przeczytałam też "Niezbędnik obserwatorów gwiazd" i tu możecie przeczytać recenzję tej książki.

Sierpień. Skończyłam wyszywać obrazek na podstawie Gwiaździstej nocy i jestem z efektu bardzo zadowolona. Nie żebym lubiła się chwalić, ale na 18, która co prawda była w lipcu, dostałam najlepsze, najcudowniejsze i najidealniejsze prezenty w życiu. Moja miłość do bajek ujawnia się po raz kolejny w recenzji drugiej części bajki "Jak wytresować smoka".  A tu kilka zdjęć z Main Tower czyli początek fotorelacji z mojego pobytu we Frankfurcie.

Wrzesień. Na początku roku szkolnego byłam załamana wyborem studiów i tu daję upust moim obawom. Natomiast tu piszę o teatralnym festiwalu jaki miał miejsce w moim mieście. Dobrze, że mam gdzie gromadzić tego typu wspomnienia. Jednym z najpiękniejszych zabytków Frankfurtu jest Alte Oper. We wrześniu zostałam też porwana do kolejnego fandomu i tu znajduje się recenzja pierwszego sezonu "Dawno, dawno temu:.

Październik. Były to głównie przygotowania do konkursu chórów w Bydgoszczy. Efekty można obejrzeć tu. A poza tym recenzja jedno z najlepszych filmów, jakie oglądałam w tym roku czyli "Bogowie". A także wyraz mojej miłości do Anglii i kilka słów o genialnej książce, po której od razu chce się wsiąść w samolot i lecieć, sprawdzić czy to o czym pisze autorka to prawda. Piszę o "Przejrzeć Anglików".
Listopad. Lektury nie muszą być z góry uważane jako złe książki. "Mistrzem i Małgorzatą" byłam zachwycona. I w sumie cały czas jestem. Natomiast tu pokazuję jak można połączyć pasję do zagadek i samolotów, czyli pisze o programie "Katastrofa w przestworzach". Na film "Interstellar" wybrałam się, żeby mieć o czym rozmawiać z Koleżanką z ławki. W notce, coś co ma zamiar uchodzić za recenzję.

Grudzień. Najbardziej duma jestem z rozpoczęcia cyklu Zima z Hannibalem. Przy okazji zobaczyłam, że link z obrazka nie działa tak jak powinien, ale już chyba to naprawiłam. Całkiem podoba mi się także prawie recenzja "Strażników Galaktyki" . A szczególnie zdjęcia jakie tam są. I jeszcze dwa objawy moich fanowskich miłości. Pierwszy to wybór cytatów z książki "Kłamca 2,5", a link do poprzedniej zbiorowej recenzji 4 pozostałych jest w czerwcu. Drugi to wyszyte prezenty dla Bliźniaczek i Koleżanki z ławki. Chyba muszę się zabrać i sobie taki zrobić, tak mi się podobają.

 To inna wersja nowego nagłówka na bloga, jest jeszcze jedna w podobnie fanowskim stylu, ale gdzieś mi zaginęła. Oczywiście autorstwa K.

Nie często udaje mi się znaleźć w internecie, szczególnie na yt, coć naprawdę interesującego i do tego ładnego. Dlatego jestem taka duma, że znalazłam ten filmik ^^ Nie mogłam się powstrzymać i musiałam, go tu pokazać jeszcze raz.

Całkiem jestem zadowolona z tej pisaniny, miło było sobie przypomnieć niektóre rzeczy. Próbowałam znaleźć moment metamorfozy bloga, bo zaszła ona wyraźnie. Głównym tego objawem było pojawiające się recenzje, a za taką pierwszą można uznać "Przeszłość, która nadejdzie", a tendencja wzrostowa rozpoczęła się w wakacje, przy okazji pisania o Doctorze Who. Dzięki Koleżance z ławki zmienił się też wygląd bloga, bo zrobiła mi prześliczny nagłówek.

Szczęśliwego Nowego Roku i Spełnienia Wszystkich Marzeń, M

wtorek, 30 grudnia 2014

Wierzysz w świętego Mikołaja?

Hello!
Tegoroczna świąteczna atmosfera utrzymuje się w mnie wyjątkowo długo. Może przez rodzinne plany na Sylwestra, ale na pewno też ze względu na to, że dopiero wczoraj udało mi się obejrzeć świąteczny odcinek Doctora Who. Ale recenzowanie jednego odcinka to trochę zbyt ambitne zadanie, tym bardziej, że nie był on powalający; Dlatego przedstawiam Wam spis myśli, dygresji i odczuć, które towarzyszyły mi podczas oglądania. Takie coś ma chyba nawet swoją nazwę, a ja mam tony kartek zapisanych, a korzystam z nich podczas pisania recenzji, głównie seriali.

Jakby nie było ciekawszego miejsca do rozbicia się niż dach Clary. Nie żebym jej nie lubiła czy coś.
Przyznali się, że oboje skłamali w ostatnim odcinku. Nie było innego wyjścia. A jak się okłamywali to było to wzruszające.
Danny? Nie, proszę. Chociaż może to i urocze.
Jak to się mówi- zbyt piękne, aby było prawdziwe.
Tablice <3
Jeśli pyta się o coś ludzi, a odpowiedź brzmi: "to długa historia" to zdecydowanie jest niepokojące.
Clara jest samolubna, a Doctor za dobry. Ale Danny zaskakuje.
A Clara znów musi się z nim pożegnać, to prawie wzruszające.
Incepcja?
Zabawy typu otwórz książkę na tej stronie a pierwsze słowo opisuje twoje życie, nigdy mi się nie podobały. Jak widać słusznie.
Powinno być w Doctorze więcej postaci typu Mikołaja, jest fantastyczny
Święty bohaterem dnia! Znowu.
O dziwo Clara i Doctor w saniach Mikołaja wyjątkowo ładnie wyglądają.
Stara Clara, szok.
Nie, nie, nie korony, nie. To jest Dziesiątego Doctora!
Ufff.. to znów tylko sen.
Cóż liczyłam, że to jednak będzie ostatni odcinek Clary.

Odcinek jest bardzo średni. Liczyłam na coś bardziej wow. I, że pozbędą się Clary, która pod koniec tego odcinka była wybitnie wręcz irytująca. Senni kosmici nie byli zbyt przerażający. A całość to było trochę połączenie Listen i Time Heist, ale wyszło blado. Generalnie cały odcinek ukradł sobie święty Mikołaj, był fantastyczny i jego obecność to jedyny powód, aby ten odcinek obejrzeć.

Pozdrawiam ciepło, M

niedziela, 28 grudnia 2014

Umilkły? ("Milczenie owiec")

Hello!
Kontynuujemy podróż w świat Hannibala Lectera tym razem w książce "Milczenie owiec".

Główna bohaterka (Clarice Starling) nie budzi głębszych uczuć. Ani sympatii, ani szczególnej antypatii. Może dlatego, że niekiedy wydaje się, jakby sama nic nie czuła. Jest ona sfrustrowaną postacią, której wydaje się, że jest ważna. Do tego niczym szczególnym się nie wyróżnia i książka to dość często podkreśla. Ale to właśnie ją wybrano, aby spotkała się z Lecterem. Dość trudno utożsamić się z Clarice. Całą książkę ma się wrażenie, że uczestniczymy we wszystkim z boku, akcja nas nie wciąga. Wszystkie odniesienia do przeszłości bohaterki czy sugestie, tego co ona czuje, nie dodają jej wcale charakteru. Z jednej strony autor chciał chyba pokazać, że taką Clarice mógłby być każdy, a z drugiej jest to jednak postać mało realistyczna.

Za to doktor Lecter jest dużo bardziej realistycznie wykreowany niż Clarice. Może dlatego, że jak wspominałam, pomimo pisania o jej uczuciach jej się nie czuje. Natomiast Hannibal zachwyca. Błyskotliwością, chytrością. Przeraża oczywiście też, jak że by inaczej. Ale właśnie o to chodzi, on wywołuje jakieś uczucia. Bo to czy sam coś czuje to już inna sprawa. On się lubi bawić.

W sumie przez 3/4 książki jedynymi ciekawszymi momentami są spotkania z Lecterem, oraz podążanie za tym co on mówi. Prawie wszystko co policja czy FBI chce zrobić samodzielnie niezbyt dobrze im wychodzi. Późniejsze zamieszanie też oczywiście jest spowodowane Hannibalem. I znów dlatego, że policja nie mogła sobie poradzić. Ta bezradność służb jest dość zaskakująca i niepokojąca, ale to nie główny temat książki, choć z drugiej strony, może to celowe. Wracając do samej książki, nie chce napisać, że 3/4 jest w zasadzie nudne i jedynie doktor Lecter zapewnia nam rozrywkę. I robi to nawet siedząc za kratkami.

W Milczeniu owiec dostajemy za to lepszą zagadkę niż w Czerwonym smoku. A przynajmniej bliżej przyglądamy się jej rozwiązywaniu. Do tego dodajmy ambicje Hannibala, aby pomóc w rozwiązywaniu, czytaj dobrze się bawić i zagrać paru osobom na nosie i śledztwo od razu jest bardziej skomplikowane. Albo zabawniejsze, zależy jak na to spojrzeć. A zagadka się rozwiązała, bo dla Hannibala nie była zagadką, a on postanowił pomóc głównej bohaterce.

A morderca, podobnie jak w Czerwonym smoku, to nie jest jakiś tam sobie zwykły przestępca. Choć mamy dużo mniej rozdziałów, w których jest opisany, to jego postać jest niezwykle interesująca. Ale dlaczego napisać nie mogę, bo to jeden z najważniejszych tropów śledztwa. Sama jednak kreacja i pomysł na zbrodnie jest niezwykle oryginalny. A postać zasługuje na jakieś dogłębne padania psychologiczne.

Znów powtarza się schemat, że cała akcja rozgrywa się pod koniec książki. Wszystkie tragiczne wydarzenia, rozwiązanie zagadki. wręcz zostajemy z jeszcze większą. A nawet sam sposób trafienia do mordercy też był dość ciekawy. A nawet zabawny.

Na szczególną uwagę zasługuje Jack. Z nim najprościej się utożsamić. Autor daje nam też, niewielki, ale zawsze wgląd, w jego życie prywatne. A nie jest ono usłane różami. Jednak temu jesteśmy jednak w stanie uwierzyć, że to postać z krwi i kości. Do tego jest zwyczajnie najsympatyczniejszy. A, że czytelnik potrzebuje postaci, którą może polubić, może jej współczuć i ją zrozumieć więc dostaje Jacka.

Pozdrawiam, M

piątek, 26 grudnia 2014

Prezent dla mamy

Hello!
Jak najbardziej pozostaję w klimacie bożonarodzeniowym. Tym bardziej, że spadł śnieg, ale ja nie pogardziłabym jeszcze mrozem. Może w końcu udałoby mi się wybrać na łyżwy. Przejdźmy jednak do ciekawszej części świąt, czyli do prezentów. I znów nie tych, które dostałam ja, ale tych, które zrobiłam. Tym razem wyszyta Maryja z Piety na podstawie wzoru z rzeźby Michała Anioła. Szukając jej zdjęcia wpadłam na całkiem interesujący tekst tutaj i wykorzystałam zdjęcie, które tam się znajduje.
 



Trzymajcie się, M

środa, 24 grudnia 2014

Święta, święta


Wesołych Świąt 
Bogatego Mikołaja
Szalonego Sylwestra 
i Spełnienia Wszystkich Marzeń w Nowym Roku

Życzy M

Nie mam pojęcia kiedy minął mi cały wrzesień, październik, listopad i grudzień. To niesamowite jak czas szybko mija. Ale przy okazji świąt warto się na chwilę zatrzymać. Tym bardziej, że wielkimi krokami zbliża się koniec roku. 
Można też poświęcić też 3 minutki na posłuchanie kolędy w wykonaniu mojego chóru. Miałyśmy taki mini koncert w niedzielę, w centrum handlowym. 



Nie wiem czy już wspominałam, że nigdy nie wychodzę na zdjęciach normalnie jak śpiewam. 

Jeszcze raz najlepsze życzenia, M 

sobota, 20 grudnia 2014

Portret mordercy ( "Czerwony smok")

 Hello!
Tytuł książki od razu mówi nam o kim jest, nie dajmy się zmylić opisami na okładce książki. Po lekkim rozczarowaniu i ogromnym zaskoczeniu można się do książki przyzwyczaić. Spodziewałam się typowego kryminału i zagadki. Ale to stanowi może jedną trzecią fabuły. Albo i jeszcze mniej, bo my wiemy kto zabijał, a tylko obserwujemy procedury śledcze i postępy. Dużo więcej miejsca poświęcono pytaniom i odpowiedziom dlaczego. Jest to książka psychologiczna po prostu. Dokładniej thriller, ale oprócz samej końcówki, trudno powiedzieć, że trzyma w napięciu.

Portret Czerwonego Smoka jest nad wyraz sugestywny. Można się tylko cieszyć z braku narracji pierwszoosobowej, bo siedzenie w jego głowie nie mogłaby należeć do przyjemności. To generalnie nie jest przyjemna postać, choć w trakcie czytania, można odrobinę zmienić zdanie na jego temat. Jednak nawet jeśli pewne rzeczy w związku z nim zostały wyjaśnione, to czyny nie mogą być usprawiedliwione. Jego historia, ta najwcześniejsza, nie wzbudza w czytelniku ani litości, ani żalu czy zrozumienia. I tej części nie czytało się dobrze, była męcząca. A książka to generalnie dość dokładne jego studium psychologiczne.

Powtórzenia, użycie w dwóch kolejnych zdaniach, trzy razy „ich”. I inne irytujące wpadki językowe, ale to chyba wina tłumaczenia. Krótkie jedno, dwu zdaniowe opisy cudownie wplecione i idealnie podkreślające wydarzenia, do tego mnóstwo epitetów. Dzięki temu nadmiar czasowników tak nie razi. Niekiedy lekko wulgarny język bez wyraźnej przyczyny czy konieczności. Irytujące rozmowy Willa i jego żony, która sama w sobie też jest irytująca. Ale autor znajduje bardzo dobre sposoby na wyjaśnienie wydarzeń z przeszłości. A Hannibal jest zwyczajnie obłąkany i dość niepokojący. Niby prawie go nie ma, ale tak jakby zawsze był w cieniu. I trzeba się go obawiać. Nie wiem czemu, ale najbardziej piorunujące wrażenie zrobił na mnie ten fragment: „ Lecter poczuł się o wiele lepiej. Jeszcze mu zrobi niespodziankę i zadzwoni, albo jak będzie podskakiwał, to zamówi dla niego szpitalny pojemnik na odchody po operacji brzucha, najlepiej z doręczeniem do domu, tak tylko, żeby przywołać w pamięci stare czasy”.

Dużym plusem książki są bohaterowie drugoplanowi. Jack, o którym nie można złego słowa napisać, doktor Bloom, którego prawie nie ma, ale on wierzy w chęć zmiany mordercy. Niewidoma Reba, która jest postacią idealnie napisaną. I Freddy, o którym nie mogę zbyt dużo napisać, nie zdradzając fabuły. Jest on dość mocno związany z jednym z wątków śledztwa. Ale mogę nadmienić, że wtrącanie się w nie swoje sprawy nie popłaca.

Wyszło chyba odrobinę zbyt krytycznie, jak by poza kilkoma zaletami książka miała same minusy, nieznośne postacie, a czytanie było męczące. A to nie prawda. Bo „Czerwonego Smoka” czyta się znakomicie i nie sposób oderwać się od lektury. Gdyby nie to, że czytałam w tygodniu to przypuszczam, że wystarczyło by mi sobotnie popołudnie. Wszystko o czym autor pisze jest niezwykle interesujące, nawet pomimo moich wcześniejszych uwag, i zwyczajnie chce się wiedzieć co działo się dalej. Albo raczej, co jeszcze siedzi w głowach bohaterów.

czwartek, 18 grudnia 2014

"Kłamca 2,5"

Hello!
W końcu udało mi się dopaść książkę pod tytułem "Kłamca 2,5". O pierwszych 4 częściach pisałam <tu>, a ta stanowi pewne uzupełnienie, jak sugeruje sam tytuł i zawiera 3 krótkie nowelki i jedno dłuższe opowiadanie. Pierwsze gdzieś mi w sumie umknęło, zwróciłam uwagę tylko na obecność łapaczy snów. Druga była dość zabawna, nawet bardzo, ale skończyła się tragicznie. A trzecia, znów pokazuje nam, z jakim spryciarzem mamy do czynienia.
To co kocham we wszystkich książkach to łączenie mitologii, popkultury i czego tylko się da. Efektem tego misz-maszu wcale jednak nie jest chaos, ale nad wyraz ciekawe rozwiązania fabularne i liczne zaskoczenia dla czytelnika.
Miałam wybrać kilkanaście cytatów, ale chyba muszę się ograniczyć, bo większość śmiesznych rzeczy w książce jest równocześnie dość wulgarna.

To ilustracja obrazująca pierwszy cytat ^^
> "Stało się jasne, że kimkolwiek był ten przystojniak - zaginionym synem Roberta Redforda czy dzieckiem zakazanego romansu między Bradem Pittem a Charliem Hunnamem - jego podpis albo już się liczył, albo wkrótce będzie."
  Nie wiem czy dobrze widać, ale Kłamczuch, czyli miś, wygląda zupełnie jak Zimowy Żołnierz. 

> "Przerwał, by skłonić się kolejnemu mężczyźnie, szczupłemu, by nie powiedzieć chudemu Brytyjczykowi o twarzy ozdobionej dwudniowym zarostem.
- Lokstar... - powiedział tamten, lekko wznosząc trzymany w ręku kieliszek.
- Tom.. - zrewanżował się Loki, przykładając dwa palce do skroni w niedbałym salucie.
Gdy tamten ich minął, Kłamca wskazał go ruchem głowy i powiedział: 
- Poznałem go niedawno, Anglik, aktor teatralny, szekspirowski, ale z filmowymi ambicjami. Pewnie go to zgubi, bo jak nic skończy w jakimś blockbusterze ubrany jak debil, usiłując swym niezłym przecież aktorstwem załatać dziury w scenariuszu i posklejać niespójną, nielogiczną całość. 
(...)
- No jak to co? Przecież właśnie powiedziałem: zagra w jakimś badziewiu groteskowo czarny charakter..."

Ten dość długi cytat, musiał się tutaj znaleźć. Gdy tylko przeczytałam słowo szczupły, już wiedziałam o kim będzie mowa, a gdy moje przypuszczenia się sprawdziły, uznałam, że autor zrobił po prostu cudowną rzecz dla wszystkich fanów pana Toma. A w kontekście całej książki nawiązanie do aktora, który gra nie jej bohatera, ale tego samego jest absolutnie genialne. 
> "Jak się okazało, detektyw James Gordon nie miał wystarczających uprawnień, by dostać się do zabezpieczonych dowodów(...) to w rozpaczy zamknąć się w męskiej toalecie i tam, niczym gąsienica zamknięta w kokonie, przeistoczyć w gładko ogolonego, eleganckiego metro-motyla z FBI.(...) zamachał mundurowym legitymacją niejakiego agenta Clarence'a Starlinga (...)" 

Gdybym kiedyś pisała pracę na temat łączenia i nawiązań w książkach to zrobiłabym to na przykładzie tej serii. Wyszukiwanie tego wszystkiego to super zabawa. A tym bardziej, że gdyby nie to iż ostatnio przeczytałam Milczenie owiec, nawet tego nawiązania bym nie zobaczyła. Warto jeszcze wspomnieć, że nasz bohater nosi trampki z filmu Fight Club, a jedna z pobocznych postaci nazywa się Mike Wazowski. Mamy nawet wspomnienie o Herostratesie. 


LOVE, M



wtorek, 16 grudnia 2014

Jednak nie zamarzliśmy (OUAT S4 P1)

Hello!
Szału na "Frozen" ciąg dalszy. Choć mi ta bajka bardzo się nie podobała, to pomysłu na wykorzystanie jej w serialu nie przekreślałam. Ale jednak Królowa Śniegu to Królowa Śniegu- klasyka, z którą nie powinno się zadzierać. W serialu jednak świetnie wyjaśniono skąd Elsa ma moce i jaki jest jej związek z Królową Śniegu. To ogromny plus, że nie ma udawania, że to ona nią jest.

Zacznę jednak od końca. Wiele można temu serialowi zarzucić, ale jego twórcy mają niesamowitą zdolność to robienia rozdzierających serce finałów. Chyba przestanę je oglądać, bo to za dużo emocji na raz jak dla mnie. I akurat obrywa się jednej postaci absolutnie niesłusznie, a drugiej słusznie, tylko szkoda tej, która musiała wymierzyć karę.

Co do pojawiających się wątków. O ile Królowa Śniegu była postacią dość ciekawą i takim typem złego bohatera, który w zasadzie chce dobrze tylko złymi środkami, i jak pozna się jej całą historię to można ją zrozumieć i jej wybaczyć, to poszukiwanie Anny wcale nie było emocjonujące. Taki podrzędny pretekst dlaczego Elsa pojawiła się w miasteczku. Za to wątek Robin Hooda i Reginy w poszukiwaniu szczęśliwego zakończenia, absolutnie fantastyczny. Liczyłam na odrobinę więcej Emmy i Haka, ale jak widać w ilości wątków można się zgubić, a musimy dodać to tego jeszcze Rumpla i jego wstrętne knowania.
Taki piękny początek, a takie smutne zakończenie.

Jeśli w poprzednich sezonach miałam problem z zadecydowaniem czy lubię czy nie lubię Rumpla to po tym nie mam wątpliwości - wszystko co złe to on. Nie możne od tego uciec i nawet nie próbuje, a Królowa Śniegu i jej lustro też koniec końców wypadają blado, przy jego działaniach. Szkoda tylko Belli. Już myślałam, żę jest ona jednak tylko taką naiwną postacią, ale teraz wiem, że się pomyliłam. Jest dużo głębsza i można się po niej więcej spodziewać niż oczekiwałam.  Koniec końców to jej się najwięcej obrywa i to tylko dlatego, że była dobra.

Za to jak twórcy pozbyli się Marion powinni dostać Oskara. Wykazali się sprytem i rozwiązali tragedię z finału poprzedniego sezonu. Dali rozwinąć się jednej z najciekawszych par, oczywiście zaraz po Haku i Emmie, czyli Reginie i Robin Hoodowi. Szkoda, że tylko na 11 odcinków. A ja z każdym uwielbiałam ich coraz bardziej. Znów gratulacje dla twórców za to cudowne zakończenie. Przyzwyczaiłam się, że Regina jest dobra, stara się przynajmniej, jeśli znów będzie zła to ja będę rozczarowana.

Podsumowując wątek główny, bo chyba takim miało być poszukiwanie Anny wypada blado. Nadrabia za to Królowa Śniegu, Regina i Robin, oraz Rumpel. Chociaż prawdę powiedziawszy oprócz odcinka z randką Emmy i Haka i perypetii z nią związanych, odcinka po rozbiciu lustra, wszelkich przygód Reginy i Robina oraz finału to niewiele rzeczy jakoś utknęło mi w pamięci. Ale mam pewne obawy, że ze względu na ilość złych postaci w następnej części sezonu i tego co stało się z Rumplem, można spodziewać się za dużego misz-maszu.

 
A to zrobiłam sama, po kilku dniach męczenia się i rysowania wzoru. Uwielbiam robić takie miniaturki.
 
I link do bardzo ciekawej wypowiedzi aktorki grającej Emmę. Nawet chciałam to przetłumaczyć w ramach wprawki na jutrzejszą próbną maturę, ale dałam sobie spokój. <klik>
Pozdrawiam, M

niedziela, 14 grudnia 2014

Pytanie tylko dlaczego? ("Hannibal" S1)

Hello!
Moje skomplikowane relacje z Hannibalem opisywałam w poście inaugurującym tę serię <klik> więc dziś należałoby przejść do konkretów. A zaczynam od pierwszego sezonu serialu.

Moje zamiłowanie do pisania o bohaterach ma w tym wypadku uzasadnienie. W przypadku serialu psychologicznego, a właśnie taki, oprócz bycia strasznym, jest ten serial, nie sposób, nie analizować postaci. Bo bardziej od tego co, interesuje nas dlaczego, bohaterowie coś zrobili. Podróż po ich charakterach jest fascynująca i przerażająca jednocześnie, z resztą jak cały przedstawiony w serialu świat.

Przez pierwsze kilkanaście odcinków zastanawiałam się dlaczego serial nosi tytuł "Hannibal" a nie "Will". Ten pierwszy nie pojawiał się na ekranie zbyt często, a jego występy były w sumie mało interesujące. Ale z czasem oczywiście się to zmienia, co jest ogromnym plusem. Skupmy się jednak przez chwilę na Willu. Na początku mu zazdrościłam, uważałam, że jego empatia to sprawa wręcz fascynująca. I w sumie nie ma co się dziwić zainteresowaniu psychiatrów jego osobą. Jednak moja fascynacja z każdym kolejnym odcinkiem zmieniała się w coraz większe obawy. Obserwowanie wewnętrznej zapaści bohatera było dość traumatyczne. Nawet pomimo ostrzeżeń Koleżanki z ławki, że będzie z nim naprawdę źle. A Will to trochę taki bohater, który z automatu postrzegany jest jako biedny. Wiem, że to ulubione określenie fandomu, a fandom często trafia w sedno. Ale wcześniej takie słowa padły z ust Hannibala, a jemu, jako psychiatrze, powinniśmy wierzyć jeszcze bardziej.

Uwielbiam kryminały i już sam ten fakt przemawia na korzyść serialu. Mogłabym pracować jako śledczy. Problem w tym, że gdybym musiała iść i oglądać powiedzmy rozczłonowane ciało to bym nie poszła i tu rodzi się problem. Na szczęście tylko dla mojej przyszłej kariery, nie dla serialu. Bo patrzenie na takie rzeczy na ekranie, aż tak mnie nie przeraża, choć pozostaje to straszne.
Ta kwestia o której pisałam też w pierwszej notce (zachęcam do przeczytania jeśli ktoś tego nie zrobił i ma zamiar czepiać się tego jak piszę, tam tłumaczę, dlaczego jest tak a nie inaczej). Starłam się nie włączać odcinków po 20 i gdy nie było nikogo w domu. Nie jestem człowiekiem, który potrzebuje się straszyć z własnej woli. W tym wypadku wygrała ciekawość. W sumie nie ma tam wybitnie przerażających rzeczy, porażające owszem. Tylko w kilku miejscach musiałam siedzieć z zasłoniętymi oczami. A najstraszniejszy było odcinek z dziewczyną, która myślała, że nie żyje.
Na pomoc w odpowiedzi na pytanie, kiedy zasłonić sobie oczy, przychodziła mi muzyka. Tak idealnie dobrana, nie wyprzedzała faktów, chociaż przygotowywała na nie. Ale była nie tylko do tego idealna, była idealna tak po prostu, mogłabym pisać o niej w samych superlatywach. Pojawiły się tam i moje ulubione fragmenty muzyki klasycznej i klasyki i nawet arie operowe.

Ominęłam Hannibala. Bo nie ukrywam, że mam z tą postacią problem. W takiej eleganckiej oprawie taki barbarzyńca. Jest to paradoks, który przynajmniej póki co, wykracza poza moje granice rozumienia postaci. Tym bardziej, że jest on tak perfekcyjnie zagrany.

Siłą pierwszego sezonu jest to, że się zmienia i rozwija, nie dając widzowi czasu się nudzić. Obserwowanie postaci, jest na tyle fascynujące, że czasami ich otoczenie gdzieś ucieka. Jest trochę jak w greckiej tragedii- wszystko prowadzi do katastrofy.

Pozdrawiam, M

piątek, 12 grudnia 2014

"Duży Mały Poradnik Życia"

Hello!
Z książki "Duży Mały Poradnik Życia"  korzystam na blogu dość często. Przy którymś z pierwszych wpisów wspominałam, że dostałam ją kilka lat temu na Boże Narodzenie i to jeden z najlepszych prezentów jakie kiedykolwiek dostałam. Dziś, ze względu na grudniową porę i zbliżającą się Gwiazdkę, nie tylko garść porad jej autora, ale także kilka zdjęć i słów na temat sposobu wydania i tego jak książka się prezentuje.


 Książka jest wydana niesamowicie elegancko i ładnie w niewielkim, choć dość grubym formacie.
Jeśli nie macie pomysłu na prezent to rekomenduję z całego serca. A ostatnio widziałam nawet kalendarz na przyszły rok, zawierający te porady.

 Niestety zdjęcia tego nie oddają, ale to wina aparatu i pory, w której były robione.
Porady, których jest bardzo dużo, bo to w sumie trzy połączone książki, są pokazane bardzo przejrzyście, a niektóre dodatkowo wyszczególnione. Na końcu książki znajduje się jeszcze jeden bonus w postaci oryginalnego, angielskiego zapisu tych zdań.




Udanego weekendu, ja cały poświęcam na powtórki do próbnych matur, M